Niegodziwość ojców - Asa Larsson

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WTO­REK, 26 KWIET­NIA

Re­beka prze­mie­rzała wy­lud­nione ko­ry­ta­rze szpi­tala w Ki­ru­nie. Lo­kalni po­li­tycy zdą­żyli zli­kwi­do­wać za­równo po­ro­dówkę, jak i chi­rur­gię ostrą. Ale le­ka­rza me­dy­cyny są­do­wej, Po­hja­nena, nie udało im się prze­su­nąć. "Li­kwi­duj­cie", po­wie­dział, "prze­nie­ście od­dział, to w końcu będę mógł prze­stać pra­co­wać". I nic z tego de­mon­tażu nie wy­cho­dziło, do­póki me­dyk po­zo­sta­wał przy ży­ciu. Nie­ustan­nie kró­lo­wał w swym pod­ziem­nym im­pe­rium.

Kiedy Re­beka za­dzwo­niła do drzwi pro­sek­to­rium, otwo­rzyła jej tech­niczka sek­cyjna, Anna Gran­lund.

Uśmiech­nęła się do Re­beki, tak jak uśmie­cha się do krew­nej, która po­dzieli z nią ry­chłą stratę. Po­hja­nen żył w cza­sie po­ży­czo­nym. Pra­co­wał tylko dla­tego, że chciał. Gran­lund mu to umoż­li­wiała. Roz­bie­rała jego zmar­łych, otwie­rała ich, prze­ci­nała skórę i po­włoki tak dys­kret­nie i sta­ran­nie, jak so­bie ży­czył. Wa­żyła or­gany, kro­iła wą­troby, serca, nerki i płuca i ukła­dała je w rów­niut­kie rzędy na sta­lo­wych bla­tach. Na­ci­nała brzu­chy, roz­kra­wała je­lita i ba­dała ich za­war­tość, prze­pi­ło­wy­wała czaszki, wy­cią­gała mó­zgi, wy­mie­niała ba­te­rie w dyk­ta­fo­nie Po­hja­nena, wmu­szała w me­dyka tro­chę soku z ja­błek, a kiedy koń­czył pracę, pi­sała jego pro­to­koły i za­szy­wała zmar­łych przed ich ostat­nią po­dróżą.

- Hej - przy­wi­tała Re­bekę ści­szo­nym gło­sem. - Lars śpi, ale pro­sił, żeby go obu­dzić, jak przyj­dziesz.

Po­hja­nen spał na sko­sma­co­nej so­fie w ja­dalni. Od­dech miał chra­pliwy, nie­re­gu­larny, płytki. Prze­bu­dził się, za­nim Anna Gran­lund mu­snęła jego ra­mię. Na wi­dok Re­beki wy­raz jego twa­rzy zła­god­niał.

- Mar­tins­son! - wy­krzyk­nął z za­do­wo­le­niem, wy­pro­sto­wał się na sła­bych no­gach i za­kasz­lał. - Co się z tobą stało? Wy­glą­dasz jak rok nie­uro­dzaju.

Re­beka i Anna wy­mie­niły spoj­rze­nia. Mógł je so­bie ob­ra­żać, ile du­sza za­pra­gnie, byle tylko nie wziął i nie umarł.

Po­hja­nen dzia­łał we­dle za­sady: atak jest naj­lep­szą obroną. Bo to on wy­glą­dał jak rok nie­uro­dzaju. Jego cera przy­brała po­żół­kły ko­lor ta­niego pa­pieru; miał pod­krą­żone oczy i za­pa­dłe po­liczki. O sofę stała oparta la­ska. Po­hja­nen rzu­cił na nią zło­wro­gie spoj­rze­nie, jakby była naj­gor­szą skar­ży­pytą, i mo­zol­nie, ale o wła­snych si­łach ru­szył w kie­runku sali ob­duk­cyj­nej.

- W są­dzie mam się po­ka­zać do­piero w przy­szłym ty­go­dniu - po­wie­działa Re­beka. - Wtedy we­zmę prysz­nic, włożę spód­nicę i ża­kiet. Może na­wet umyję zęby.

Zwłoki spo­czy­wały na me­ta­lo­wym stole.

Jak coś, co ar­che­olog zna­lazł na mo­kra­dłach, po­my­ślała Re­beka.

Na bla­cie przy ścia­nie wzno­sił się stos ubrań, które, jak przy­pusz­czała, na­le­żały do zmar­łego.

Po­hja­nen opadł na sta­lowy ta­bo­ret na kół­kach i wło­żył rę­ka­wiczki z la­teksu. Re­beka wci­snęła ręce głę­boko do kie­szeni. Jedna z lek­cji wy­nie­sio­nych ze współ­pracy z Po­hja­ne­nem. "Włóż ręce do kie­szeni. Za­ci­śnij je w pięść. I trzy­maj za­ci­śnięte".

- Jak wi­dzisz, to nie jest ża­den świe­żak - za­czął me­dyk. - Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że le­żał w za­mra­żarce bar­dzo długo. Po pro­stu zo­stał wy­su­szony przez wy­mro­że­nie.

- Za­strze­lony - po­wie­działa Re­beka, przy­glą­da­jąc się otwo­rowi w piersi męż­czy­zny.

Tę pierś zdo­biła wy­ta­tu­owana strip­ti­zerka z parą rę­ka­wic bok­ser­skich zwi­sa­ją­cych na sznur­kach z szyi. Kula prze­szyła jej gar­dło.

- Do przy­czyny śmierci za­raz doj­dziemy. Älä hät­täile, nie po­na­glaj! Doj­rza­łem jakby za­rysy ta­tu­aży, zdra­pa­łem więc na­skó­rek, by zo­ba­czyć, co przed­sta­wiają. Ta­tu­aże umiej­sca­wiają się w skó­rze wła­ści­wej, więc po chwili wi­dać je było cał­kiem wy­raź­nie. A te­raz py­ta­nie za dzie­sięć ty­sięcy ko­ron: co ci przy­cho­dzi na myśl, kiedy pa­trzysz na te dziary?

- Nic.

- Nic? Ta strip­ti­zerka na kla­cie? Ta­tu­aże ma­ry­nar­skie na ra­mio­nach? Niedź­wiedź po­larny z ob­na­żo­nymi kłami? Trzy kropki na dłoni? E, je­steś za młoda. Gość ma do­kład­nie ta­kie same ta­tu­aże, jak Börje Ström!

- Bok­ser?

- Tak. Dziwne, nie? Ström jest jak naj­bar­dziej żywy. Za­dzwo­ni­łem więc do niego. Na do­brą sprawę je­ste­śmy spo­krew­nieni. Jego mama i mój tato byli ku­zy­nami. No i tak.

- Za­dzwo­ni­łeś do niego... Nie uwa­żasz, że to po­li­cja po­winna...

- Jego stary, Ra­imo Ko­skela, za­gi­nął w sześć­dzie­sią­tym dru­gim, kiedy Ström miał je­de­na­ście lat. Ström po­twier­dził te­raz, że oj­ciec miał ta­kie ta­tu­aże, jak on sam. Nie wspo­mniał o tym w żad­nym wy­wia­dzie, z tego, co wiem. Nikt w ro­dzi­nie też o tym nie mó­wił, no, ale może w ogóle dużo o nim nie roz­ma­wia­li­śmy.

Po­hja­nen szarp­nął głową, jakby ją wła­śnie wy­cią­gnął z wia­dra wy­peł­nio­nego lo­do­watą wodą. Ja­kież to my­śli i wspo­mnie­nia na­su­wały mu się te­raz, że tak się z nich otrząsa?, za­sta­na­wiała się Re­beka.

- Spraw­dzi­łem za­mra­żarkę, w któ­rej le­żał - kon­ty­nu­ował me­dyk, ścią­ga­jąc rę­ka­wiczki. Z nie­by­wałą pre­cy­zją wrzu­cił je do ko­sza na śmieci. - Mo­głaby wy­stą­pić w jed­nym z tych pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych o an­ty­kach. Zro­bi­łem zdję­cie, wy­sła­łem tech­ni­kowi kry­mi­na­li­styki i do­wie­dzia­łem się, że ta skrzy­nia z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem po­cho­dzi z końca lat pięć­dzie­sią­tych albo po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych. I tu­taj zbli­żamy się do mo­jego, chrrr, kiep­skiego, chrrr, po­ło­że­nia...

Re­beka cze­kała cier­pli­wie, aż Po­hja­nen skoń­czy kasz­leć i zła­pie od­dech. Odro­binę da­lej, przy zmy­warce, Anna Gran­lund wy­cią­gnęła szyję jak re­ni­fer wie­trzący nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Do ja­snej cho­lery! - za­klął me­dyk. Wy­krztu­sił wy­dzie­linę w ba­weł­nianą chustkę do nosa, którą szybko zmiął i wło­żył do kie­szeni.

- Twoje kiep­skie po­ło­że­nie... - pod­po­wie­działa Re­beka neu­tral­nie i usłuż­nie, jak gdyby stała w sali roz­praw i chciała po­móc świad­kowi w ze­zna­niu.

- No wła­śnie - od­parł Po­hja­nen, wy­cie­ra­jąc czoło ze­wnętrzną czę­ścią dłoni. - Jak uważ­nie za­ob­ser­wo­wa­łaś, męż­czy­zna zo­stał po­strze­lony w pierś. Pro­blem w tym, że zbrod­nia ule­gła przedaw­nie­niu.

- Von Post ma pe­cha - stwier­dziła Re­beka. - Mor­der­stwo z za­mra­żarki to nie­zła gratka. On lubi ta­kie spek­ta­ku­larne rze­czy.

- Ale fart dla cie­bie. Bo po­my­śla­łem, że mo­gła­byś się temu tro­chę przyj­rzeć. Dla świę­tego spo­koju.

- Co!? Dla­czego mia­ła­bym wziąć się do przedaw­nio­nej sprawy, do mor­der­stwa sprzed pięć­dzie­się­ciu lat, dla świę­tego spo­koju? De­tek­tyw ama­tor to nie ja.

- Zrób to więc dla Ströma - wy­pa­lił Po­hja­nen. - Jego oj­ciec był nie­obecny przez całe jego ży­cie. I na­gle po­ja­wia się w za­mra­żarce. Jak we­dług cie­bie czło­wiek się czuje w ta­kiej sy­tu­acji?

- To musi być po­tworne uczu­cie - od­po­wie­działa Re­beka, przy­bie­ra­jąc jak naj­ła­god­niej­szy i naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nalny ton głosu, który ozna­czał, że prę­dzej jej kak­tus na ręce wy­ro­śnie, niż roz­ma­wia­jąca z nią osoba prze­for­suje swoją wolę. - Ale nie za­cznę pry­wat­nego do­cho­dze­nia, żeby za­pew­nić Strömowi spo­kój du­cha. Chyba to ro­zu­miesz?

Mi­li­me­trowy uśmiech, skrzy­żo­wane na piersi ra­miona, głowa ociu­pinkę prze­chy­lona w bok. Wy­stu­dio­wana, "miękka na po­wierzchni i twarda jak głaz w środku" poza. Po­hja­nen przej­rzał ją na wskroś i strasz­nie się wku­rzył. Nie cier­piał ta­kiego trak­to­wa­nia.

- Nie, nie ro­zu­miem - od­burk­nął. - Wszystko, czego od cie­bie wy­ma­gam, to że­byś w wol­nym cza­sie rzu­ciła okiem na sprawę.

- W wol­nym cza­sie! - Za­śmiała się głu­cho. - Prze­pra­szam, ja­kim wol­nym cza­sie?

- Mnie się py­tasz? Może w tym cza­sie, kiedy nie od­bie­rasz dzieci z przed­szkola i nie go­tu­jesz obiadu dla ro­dziny.

Oczy Re­beki po­czer­niały jak je­ziora na póź­no­je­sien­nych mo­kra­dłach. Usta roz­chy­liły się lekko, ła­piąc po­wie­trze.

Po­hja­nen na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­ich nie­prze­my­śla­nych słów, ale prze­pra­sza­nie ni­gdy nie było jego mocną stroną. Za­miast tego mó­wił da­lej, te­raz tro­chę bar­dziej ugo­do­wym to­nem.

- To może cho­ciaż po­roz­ma­wiasz z sio­strą tego, który był wła­ści­cie­lem za­mra­żarki? Wła­ści­ciela mamy tu­taj obok, więc na po­ga­wędkę z nim już za późno.

Za­śmiał się chra­pli­wie, wska­zu­jąc głową na chłod­nię, i pe­ro­ro­wał da­lej, jak gdyby sło­wami chciał od­da­lić się od tej przed chwilą wy­po­wie­dzia­nej uwagi na te­mat jej ży­cia ro­dzin­nego.

- Umarł dwa ty­go­dnie temu z po­wo­dów jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nych dla sta­rego al­ko­ho­lika. Za­bu­rze­nia rytmu serca i w końcu na­głe za­trzy­ma­nie krą­że­nia. Serce wa­żyło pół ki­lo­grama i to, że gość do­żył sie­dem­dzie­się­ciu dwóch lat, to nie­mal cud. Jego sio­stra przy­je­chała do niego rano na nar­tach, żeby spraw­dzić, jak wy­gląda sy­tu­acja, i... No cóż, brat mar­twy, a w za­mra­żarce oj­ciec Ströma. Za­dzwo­niła na po­li­cję, ta za­mó­wiła he­li­kop­ter z dźwi­gni­kiem, który prze­trans­por­to­wał skrzynkę na ląd, i w końcu prze­wie­ziono ją tu­taj. Sio­stra na­zywa się Ra­gn­hild Pek­kari. Po­wie­działa, że jak naj­szyb­ciej musi wró­cić na wy­spę. Miała tam od­szu­kać ja­kie­goś psa. Je­śli dam ci nu­mer te­le­fonu...

Prze­rwał w pół zda­nia, po­nie­waż Re­beka wpa­try­wała się w niego, jakby zo­ba­czyła zjawę.

- Ra­gn­hild Pek­kari? - po­wtó­rzyła po­woli. - A jak się na­zywa wy­spa?

- Nie po­wiem ci od ręki...

- Pa­lo­sa­ari? W Kurk­kio? A wła­ści­ciel za­mra­żarki, ten mar­twy pi­ja­czyna, to nie Henry Pek­kari?

- Tak. Znasz go? Leży tu w środku. - Kciu­kiem unie­sio­nym nad bar­kiem wska­zał drzwi chłodni. - Chcesz go zo­ba­czyć?

Po­liczki Re­beki za­pło­nęły.

- Nie. Ale Henry Pek­kari był moim wu­jem. Ra­gn­hild jest moją ciotką. Albo ina­czej, moja mama do­ra­stała ra­zem z nimi w ro­dzi­nie za­stęp­czej.

- Co ty nie po­wiesz! - wy­rzu­cił z sie­bie z nie­do­wie­rza­niem Po­hja­nen. - Ale w ta­kim ra­zie jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­rego...

- Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści! - ucięła Re­beka. - Je­śli o mnie cho­dzi, to ro­dzina Pek­ka­rich może wy­pier­da­lać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki