Niegodziwcy - Lotte Hammer, Soren Hammer

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

W po­nie­dział­kowy ra­nek bia­łymi, weł­ni­stymi smu­gami kraj spo­wiła mgła. Dwoje dzieci prze­mie­rza­ją­cych szkolny dzie­dzi­niec wi­działo nie da­lej niż na metr. Szły na pa­mięć, ostroż­nie i ba­daw­czo sta­wia­jąc kroki. Chło­piec trzy­mał się z tyłu, pod pa­chą ści­skał szkolny ple­cak. Na­gle przy­sta­nął.

- Nie idź tak szybko!

Dziew­czynka też się za­trzy­mała. W jej wło­sach zgęst­niała mgła. Otarła kro­ple z czoła i cier­pli­wie cze­kała, aż młod­szy bra­ci­szek upora się z wło­że­niem ple­caka. Ode­zwał się po tu­recku; nie­czę­sto uży­wał tego ję­zyka, a pra­wie ni­gdy w roz­mo­wie z nią. Te­raz mo­co­wał się z szel­kami. Dziew­czynka po­de­szła bli­żej, ale mu nie po­mo­gła. Gdy ple­cak był już na swoim miej­scu, chło­piec wziął ją za rękę, a ona się ro­zej­rzała - wo­kół były tylko mgła i mrok.

- Zo­bacz, co na­ro­bi­łeś - po­wie­działa.

- Co na­ro­bi­łem? - za­py­tał cie­niut­kim gło­si­kiem i moc­niej ści­snął jej rękę.

- Wszystko jedno. I tak tego nie zro­zu­miesz.

Wy­brała kie­ru­nek na chy­bił tra­fił i nie wi­dząc wiele, zro­biła kilka kro­ków; po chwili znów przy­sta­nęła. Chło­piec do niej przy­lgnął.

- Je­ste­śmy zgu­bieni?

- Głu­pek.

- U mamy się świe­ciło.

- Tu też za­raz bę­dzie świa­tło.

- A co zna­czy "zgu­bieni"?

Nie od­po­wie­działa. Sta­rała się prze­ko­nać samą sie­bie, że nie ma się czego bać, że szkolny dzie­dzi­niec nie jest taki duży i że po pro­stu mu­szą iść da­lej.

- Nie wolno nam cho­dzić z ob­cymi. Co­kol­wiek by się działo, nie wolno nam cho­dzić z ob­cymi. Prawda?

Był bli­ski pła­czu; dziew­czynka cią­gnęła go za sobą, sta­wia­jąc ko­lejne nie­pewne kroki. Na­gle do­strze­gła słabe świa­tełko mi­go­czące z przodu i ru­szyła w jego stronę.

Gdy do­tarli do głów­nego wej­ścia, chło­piec pu­ścił jej rękę i spiesz­nie wszedł do bu­dynku, za­po­mi­na­jąc, że jesz­cze kilka mi­nut temu był bli­ski pła­czu.

Chwilę póź­niej spo­tkali się na ko­ry­ta­rzu do sali gim­na­stycz­nej. Dziew­czynka czy­tała, sie­dząc na ła­we­czce, a on przy­biegł z piłką w dło­niach.

- Po­grasz ze mną? Tak do­brze grasz.

- Po­wie­si­łeś kurtkę jak trzeba i po­rząd­nie usta­wi­łeś ple­cak?

Otwo­rzył sze­roko oczy i gor­li­wie po­ki­wał głową, sta­ra­jąc się wy­glą­dać jak ucie­le­śnie­nie wia­ry­god­no­ści.

- Idź na górę i zrób to.

Bez pro­te­stu czmych­nął na schody, ale wkrótce znowu się po­ja­wił i pro­sił, by z nim za­grała.

- Naj­pierw mu­szę skoń­czyć czy­tać. Ty za­cznij, a ja za­raz przyjdę.

Chło­piec scep­tycz­nie zer­k­nął na książkę. Była gruba.

- Ale za chwilę przyj­dziesz?

- Jak skoń­czę ten roz­dział. Idź tam i po­baw się sam. To nie po­trwa długo.

Chło­piec znik­nął za drzwiami. Po chwili dziew­czynka usły­szała do­cho­dzący z sali gim­na­stycz­nej od­głos od­bi­ja­nia piłki; po­chy­liła głowę nad lek­turą, od czasu do czasu za­my­kała oczy i wy­obra­żała so­bie, że znaj­duje się w opo­wie­ści, którą czyta.

Brat znów jej prze­rwał.

- Nie mam gdzie grać - za­wo­łał z sali.

- Dla­czego nie?

- Bo tu wi­szą ja­cyś pa­no­wie.

- To ich omi­jaj.

Chło­piec na­gle wy­rósł przed nią. Nie sły­szała jego kro­ków.

- Nie po­do­bają mi się ci pa­no­wie.

Dziew­czynka kilka razy ba­daw­czo wcią­gnęła po­wie­trze.

- Pu­ści­łeś bąka?

- Nie, ale nie po­do­bają mi się ci mar­twi pa­no­wie. Są po­cięci.

Podi­ry­to­wana wstała i po­szła do sali gim­na­stycz­nej. Chło­piec szedł tuż za nią.

Na pod­wie­szo­nych do su­fitu li­nach wi­siało pię­ciu męż­czyzn. Byli nadzy i wi­sieli twa­rzami do wej­ścia.

- Obrzy­dliwi, co?

- Obrzy­dliwi - od­po­wie­działa i za­mknęła drzwi.

Po­tem ob­jęła brata ra­mie­niem.

- Nie bę­dziemy grać w piłkę? - za­py­tał.

- Nie, nie te­raz. Po­szu­kamy ko­goś do­ro­słego.

Roz­dział 2

Szef po­li­cji kry­mi­nal­nej in­spek­tor Kon­rad Si­mon­sen cie­szył się urlo­pem. Sie­dział w domku let­ni­sko­wym, w po­koju wi­do­ko­wym, pa­lił czwar­tego tego rana pa­pie­rosa, są­czył czwartą kawę, ga­piąc się przez pa­no­ra­miczne okna na prze­pły­wa­jące po nie­bie stra­tusy, i nie my­ślał o ni­czym.

Wy­spor­to­wana młoda ko­bieta we­szła do po­koju po po­ran­nym biegu, zdjęła buty i skar­petki, nie sły­szał więc jej kro­ków i dla­tego wzdry­gnął się, gdy za­częła mó­wić. Poza tym był przy­zwy­cza­jony do sa­mot­no­ści.

- Ojej, tato. Mógł­byś tu cho­ciaż tro­chę prze­wie­trzyć.

Miała na my­śli dym pa­pie­ro­sowy, który ciężko wi­siał w po­wie­trzu. Otwo­rzyła na oścież drzwi na ta­ras, wpusz­cza­jąc do środka mor­ską bryzę, która po­tar­gała jej ja­sne loki. Przy­trzy­my­wała drzwi, póki nie uznała, że naj­gor­szy smród zo­stał prze­pę­dzony, po czym za­blo­ko­wała je kli­nem. Po­tem ciężko opa­dła na fo­tel na­prze­ciwko ojca, nie mar­twiąc się, że ga­zeta przy­trzy­my­wana gumką spodni jog­gin­go­wych bar­dzo się przy tym po­gnio­tła.

- Wi­taj o po­ranku, by­łaś aż w Blo­khus? Nie­zła trasa.

- Jaki po­ra­nek, jest już przed­po­łu­dnie, śpio­chu! Tak, by­łam w Blo­khus. A to wcale nie tak da­leko.

Ła­ko­mie wska­zał na ga­zetę.

- To dla mnie?

Od­po­wie­działa mu z iro­nią, ale bez ką­śli­wo­ści:

- Dzię­kuję ci, ko­chana có­reczko, że zro­bi­łaś mi kawę.

- Dzię­kuję ci, ko­chana Anno Mio, że zro­bi­łaś mi kawę.

Wy­cią­gnęła ga­zetę zza pa­ska, ale jej wzrok padł na po­piel­niczkę; su­ro­wość jej spoj­rze­nia uprze­dziła go o tym, co miało na­stą­pić za chwilę. Oskar­ży­ciel­sko wska­zała na nie­do­pałki, a jej born­holm­ski ak­cent stał się wy­raź­niej­szy:

- Cztery pa­pie­rosy przed śnia­da­niem.

- No ale prze­cież mam wolne! Na urlo­pie nie obo­wią­zują te same za­sady.

Mógł so­bie da­ro­wać tę wy­mówkę.

- Pa­lisz o wiele za dużo, pi­jesz też nie­mało, nie­zdrowo jesz, a stwier­dze­nie, że masz nad­wagę, bę­dzie już wkrótce uprzej­mo­ścią.

Bez prze­ko­na­nia pod­jął próbę obrony.

- W pracy pra­wie nie palę, tylko wie­czo­rami, i to umiar­ko­wa­nie, więc na urlo­pie mogę so­bie pa­lić, ile mi się żyw­nie po­doba.

- Taa, po­mi­ja­jąc to, że kła­miesz, brzmi to cał­kiem roz­sąd­nie.

Nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Zer­k­nął w stronę ga­zety, która znik­nęła z jego za­sięgu. W po­waż­nym gło­sie córki za­brzmiał jesz­cze je­den nie­przy­jemny ton:

- Do­brze wiesz, że je­steś mi wi­nien pięt­na­ście lat, prawda, tato?

Za­bo­lała go ta uwaga; do­brze znane po­czu­cie, że był kiep­skim ro­dzi­cem, prze­bu­dziło się z drzemki. Przez ostat­nie trzy lata trwało uśpione - od tego szczę­śli­wego ma­jo­wego wie­czoru, kiedy zja­wiła się na progu jego domu i wy­ja­śniła, że przy­je­chała na ty­dzień do Ko­pen­hagi i że naj­prak­tycz­niej i naj­ta­niej bę­dzie, je­śli za­mieszka u niego. Słowa wy­po­wie­dziane jak coś naj­bar­dziej oczy­wi­stego pod słoń­cem. Wkro­czyła do jego miesz­ka­nia i do jego ży­cia - nie­znana mu szes­na­sto­latka, uro­cza jak iskierka, ist­nie­jąca na­prawdę... Jego córka.

Poza pod­da­niem się i ży­wie­niem na­dziei na uła­ska­wie­nie nie mógł wiele zro­bić; wła­ściwe słowa nie przy­cho­dziły do głowy. Prze­pra­sza­nie wy­da­wało mu się głu­pie, a ła­twiej było obie­cać, że się po­prawi i za­cznie pro­wa­dzić zdrowy tryb ży­cia, niż słowa do­trzy­mać. Po­nadto z na­tury był po­wścią­gliwy i nie zwie­rzał się ze swo­ich od­czuć. Usi­ło­wał przy­rze­kać bez zbyt­niego za­pału, ale roz­ch­mu­rzyła się i zmie­niła te­mat:

- Jesz­cze do tego wró­cimy, tato. Po­wiedz, przy­zwy­cza­iłeś się już do tu­tej­szych wy­gód? A tak w ogóle to Na­tha­lie cał­kiem ele­gancką chatę tu po­sta­wiła.

Ten te­mat także był grzą­ski, choć nie tak oso­bi­sty i gdyby nie wie­dział, że jest ina­czej, mógłby po­dej­rze­wać, że ce­lowo za­częła o tym mó­wić, gdy on zmu­szony był się bro­nić. Ona po pro­stu taka nie była; to on trak­to­wał roz­mowy jak stra­te­giczne gry, w któ­rych jedno prze­grywa, a dru­gie zwy­cięża - przy­zwy­cza­je­nie, które zbyt ła­two kładł na karb cho­roby za­wo­do­wej po la­tach pro­wa­dze­nia prze­słu­chań. Nie chciał dać się spro­wo­ko­wać.

- Tak, ład­nie tu.

- Dla­czego się tak przed­wczo­raj ze­zło­ści­łeś, kiedy tu przy­je­cha­li­śmy?

- Po­nie­waż Hra­bianka jest moją pod­władną i tro­chę mnie to wszystko przy­tło­czyło.

- Prze­cież wie­dzia­łeś, że to jej dom.

- Tak, moja droga pa­nienko, wie­dzia­łem, ale nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiego stan­dardu. Każdy wła­ści­ciel, choćby naj­za­moż­niej­szy, chęt­nie by za­ro­bił na tej luk­su­so­wej chatce, a my wy­naj­mu­jemy ją za gro­sze, co jest nie­etyczne i z pew­no­ścią także nie­le­galne.

- Jest bo­gata, no i co z tego? Poza tym sam so­bie mo­żesz być "pa­nienką".

- A w lo­dówce są za­pasy na rok.

- Nie zo­sta­jemy tu na rok, tylko na dwa ty­go­dnie, ale jak nie chcesz, to nie jedz. Nic ci się nie sta­nie, je­śli nieco nad­wą­tlisz swoje za­pasy tłusz­czyku.

- Żad­nego je­dze­nia, pi­cia, pa­le­nia... Co jesz­cze?

Udała, że go nie sły­szy, i da­lej się z nim draż­niła:

- A wie­dzia­łeś, że ta­ras wy­ło­żony jest ręcz­nie ma­lo­wa­nym wło­skim gre­sem, a mar­mur w ko­ry­ta­rzu to luk­su­sowe płytki ?lands­brud?

- Skąd wiesz?

- Oczy­wi­ście od Na­tha­lie.

Nikt poza nią nie uży­wał imie­nia Hra­bianki i dla­tego dziw­nie to brzmiało. Na­zy­wała się Na­tha­lie von Ro­sen, ale wszy­scy, włą­cza­jąc ją samą, okre­ślali ją mia­nem Hra­bianki.

- By­łaś tu wcze­śniej?

- Tak, ja­sne.

- Co­raz go­rzej to brzmi.

- Pew­nie więc uznasz, że jest jesz­cze go­rzej, jak ci po­wiem, że mam dla cie­bie pre­zent.

- Pre­zent od kogo?

- Od Na­tha­lie, ale po­my­śla­łam, że le­piej bę­dzie, je­śli z nim tro­chę za­cze­kam.

Jego zdez­o­rien­to­wana mina nie była uda­wana.

- Oj, tato, cza­sami je­steś taki za­krę­cony. Nie tak trudno to zro­zu­mieć. Moim zda­niem bar­dzo się jej po­do­basz i gdy­byś tylko się po­sta­rał, no i zrzu­cił ja­kieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia kilo, mógł­byś na­wet nie­źle się oże­nić.

Szyb­kie od­głosy sta­wia­nia bo­sych stóp na za­bej­co­wa­nych na biało so­sno­wych de­skach pod­ło­go­wych wy­peł­niły po­kój i za­nim zdą­żył sko­men­to­wać jej ab­sur­dalny po­mysł, już jej nie było.

Pre­zent od Hra­bianki był ab­so­lut­nie wy­jąt­kowy. Anna Mia przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku fo­tela jak mała sa­lo­nowa małpka i nie od­ry­wała oczu od jego dłoni od­pa­ko­wu­ją­cych paczkę. Aron Nim­zo­witsch, Mein Sys­tem, wy­da­nie ory­gi­na­lne z 1925 roku, z de­dy­ka­cją sa­mego mi­strza - praw­dziwa pe­rełka, która przez chwilę nie­mal wpra­wiła go w eks­tazę. W tym cza­sie An­nie Mii udało się prze­czy­tać za­łą­czoną do pre­zentu kar­teczkę.

- Co ma na my­śli, pi­sząc "Dzię­kuję za po­moc"?

Od­wró­cił kartkę, ale po­nie­wcza­sie.

- Słu­chaj, czy ty na­prawdę je­steś taka nie­wy­cho­wana? Nie czyta się, do cho­lery, cu­dzej ko­re­spon­den­cji.

- Ja czy­tam. W czym jej po­mo­głeś?

- Nie twoja sprawa!

Przez chwilę mil­czeli, ona sie­dząc na opar­ciu fo­tela, on w fo­telu.

- Po­wiedz mi, jak do­brze wy się wła­ści­wie zna­cie?

- Kto? Ja i Na­tha­lie?

Jej nie­wy­stu­dio­wana obo­jęt­ność była nad wy­raz czy­telna.

- Tak, ja­sne.

- Nie twoja sprawa.

Wy­rów­nali ra­chunki.

Po chwili Anna Mia była już bar­dziej skora do wy­ja­śnień:

- Nie znam Na­tha­lie szcze­gól­nie do­brze i ni­czego nie knu­ły­śmy za two­imi ple­cami. Nie za wiele w każ­dym ra­zie, a że przy­je­cha­łam tu wcze­śniej, to czy­sty przy­pa­dek. Wpa­dły­śmy na sie­bie la­tem w Ska­gen i Na­tha­lie za­pro­siła mnie na lunch. Wiem też, kiedy jej po­mo­głeś. W trak­cie roz­wodu, prawda?

Ocią­gał się z od­po­wie­dzią.

- Tro­chę roz­ma­wia­li­śmy.

Czule po­gła­skała go po czubku głowy, prze­su­wa­jąc dłoń do gra­nicy wło­sów.

- Tato, przy­pusz­czam, że na­prawdę za­słu­ży­łeś na tę książkę. Spraw mi przy­jem­ność i cho­ciaż ten je­den raz nie mów o pie­nią­dzach. Na­tha­lie na pewno nie ocze­kuje ni­czego w za­mian za swoje pre­zenty, po pro­stu taka nie jest. I do­brze o tym wiesz.

- To prawda. Ale za­sady...

- Może je­steś zbyt za­sad­ni­czy w pew­nych kwe­stiach.

Anna Mia wstała i po­de­szła do jed­nego z okien. W tym cza­sie on ostroż­nie, nie­mal na­boż­nie, kart­ko­wał książkę.

- We­zmę prysz­nic, a ty w tym cza­sie po­myśl, co bę­dziemy dzi­siaj ro­bić.

- Tak, tak, ja­sne.

Mu­siała go za­wo­łać dwu­krot­nie, za­nim wstał i do niej pod­szedł. Na­wet nie za­uwa­żył ko­lej­nej zmiany jej na­stroju. My­ślami był w trak­cie par­tii sza­chów.

- Masz włą­czoną ko­mórkę? - za­py­tała.

- Nie, prze­cież usta­li­li­śmy, że od­ci­namy się od świata ze­wnętrz­nego. Dla­czego py­tasz?

Pod­no­sząc się, po­pa­trzył na sza­chowy dia­gram za­miesz­czony w książce, po­tem wyj­rzał przez okno i zba­dał wzro­kiem ho­ry­zont. Po­fał­do­wany, wy­dmowy kra­jo­braz roz­po­starł się przed nim na kształt nie­re­gu­lar­nych, zwie­trza­łych wznie­sień, lśniąco ja­snych po stro­nie sło­necz­nej, ciem­no­sza­rych i mrocz­nych po cie­ni­stej; nie­które z nich były za­własz­czone przez krzaki róży, inne pod­trzy­my­wane przez wy­dmu­chrzycę. W od­dali do­strze­gał Mo­rze Pół­nocne z biało po­ły­sku­ją­cymi grzy­wami fal, a wy­soko w gó­rze - stado gęsi gę­gaw le­cą­cych na po­łu­dnie wzdłuż li­nii brze­go­wej. Na­gle po­czuł, że Anna Mia go przy­tu­liła, jej głowa ciężko opa­dła na jego plecy. Za­wsty­dze­nie spra­wiło, że za­marł, jej mło­dość go obez­wład­niała. Nie po­ru­szył się jed­nak, a po chwili Anna Mia po­wie­działa:

- Tato, jadą po cie­bie.

Do­piero te­raz to doj­rzał. Obrzy­dłe ciało obce, nie­spiesz­nie wi­jące się krętą drogą przez wy­dmy - ra­dio­wóz.

Roz­dział 3

Nie­całe cztery go­dziny póź­niej Kon­rad Si­mon­sen stał w bu­dynku szkoły Lan­ge­b?k w Bag­sv?r­dzie, ga­piąc się na strugi desz­czu. W krza­kach za pla­cem za­baw tre­ser szko­lił psa, za po­mocą ge­stów i okrzy­ków wy­da­jąc zwie­rzę­ciu ko­mendy; od czasu do czasu przy­wo­ły­wał go do sie­bie, by go po­chwa­lić i po­kle­pać. Do tre­sera do­łą­czyła młoda ko­bieta z pla­sti­kową torbą na gło­wie, za­wi­niętą jak pro­wi­zo­ryczna chu­sta; przez ja­kiś czas ob­ser­wo­wał ge­sty­ku­la­cję funk­cjo­na­riu­sza, póki po­wiew wia­tru nie spra­wił, że szyba spły­nęła strugą wody, znie­kształ­ca­jąc ob­raz. Skie­ro­wał wzrok w stronę ko­ry­ta­rza. Ściany mie­niły się od­cie­niami żółci, były odra­pane i brudne; li­no­leum na pod­ło­dze zaś dziu­rawe i przy­po­mi­nało tor prze­szkód; tu i ów­dzie wi­siały różne, mniej lub bar­dziej udane prace pla­styczne, naj­bli­żej niego - wy­ko­nana z po­zwi­ja­nego sta­lo­wego drutu i mocno za­ku­rzo­nych pu­szek po coli.

Z re­zy­gna­cją wzru­szył ra­mio­nami.

- Do cho­lery, Hra­bianko.

Po­wie­dział to do sto­ją­cej za nim ko­biety, która roz­ma­wiała przez te­le­fon ko­mór­kowy. Nie zło­ścił się, ale chciał pod­kre­ślić ab­surd tego, że zo­stał ode­brany jak ja­kaś paczka eks­pre­sowa i prze­rzu­cony na drugi ko­niec kraju po to tylko, by tu stać i bez­pro­duk­tyw­nie ga­pić się na smętną paź­dzier­ni­kową aurę. Nie wie­dział wiele o śledz­twie, które miał pro­wa­dzić, nie miał po­ję­cia, gdzie skie­ro­wać kroki.

W re­ak­cji na jego wy­buch ko­bieta przy­kryła te­le­fon dło­nią.

- Cześć, Si­mon. Szkoda two­ich wa­ka­cji, ale kilka dni prze­cież mie­li­ście. Mam na­dzieję, że Anna Mia nie była bar­dzo roz­cza­ro­wana. Za chwilę przyj­dzie Arne i poda ci naj­now­sze in­for­ma­cje.

Uśmiech­nęła się i wró­ciła do roz­mowy te­le­fo­nicz­nej, za­nim zdą­żył od­po­wie­dzieć. Bez­wied­nie od­wza­jem­nił jej uśmiech i po­my­ślał, że Hra­bianka ma ładne zęby. Roz­luź­nił mię­śnie brzu­cha, po­zwa­la­jąc mu opaść, i znów wyj­rzał przez okno, za któ­rym na­dal roz­ta­czał się przy­gnę­bia­jący wi­dok. Hra­bianka nie za­koń­czyła roz­mowy, co od­czy­tał jako nie­przy­jemny znak tego, że wy­dział za­bójstw, gdy już na­dej­dzie ten dzień, bez więk­szego żalu po­że­gna obec­nego szefa.

A może jed­nak nie. Kon­rad Si­mon­sen jed­nym uchem przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie Hra­bianki - za­ło­żył, że kon­sul­tuje się z jed­nym z tech­ni­ków - i coś go za­nie­po­ko­iło. Zdra­dziła ją lekka eg­zal­ta­cja w gło­sie oraz for­mu­ło­wa­nie pro­ble­mów na ta­kim po­zio­mie uszcze­gó­ło­wie­nia, który nie pa­so­wał do obec­nego etapu śledz­twa. Kiedy nie­mal co do słowa po­wtó­rzyła już wcze­śniej za­dane py­ta­nie, chwy­cił ją za rękę, w któ­rej trzy­mała te­le­fon, i ostroż­nie skie­ro­wał ją w dół. Prze­rwała roz­mowę, nie za­koń­czyw­szy jej.

- Kiedy ostat­nio coś ja­dłaś?

- Nie je­stem pewna, ja­kiś czas temu. Która jest?

Do­sko­nale znał ten stan, wie­dział także, że to przej­ściowe. Każdy ze śled­czych od czasu do czasu pra­co­wał nad spra­wami, które go oso­bi­ście do­ty­kały; trudno było so­bie z nimi po­ra­dzić. Osa­dza­jące się w mó­zgu nie­przy­jemne ob­razy, któ­rych nie dało się wy­ma­zać. Ta sprawa naj­wy­raź­niej ją po­ru­szyła. On sam naj­go­rzej zno­sił do­cho­dze­nia, w któ­rych ofia­rami były dzieci, ale to aku­rat do­ty­czyło więk­szo­ści po­li­cjan­tów. I on rzecz ja­sna jesz­cze nie był w sali gim­na­stycz­nej. Od­su­nął od sie­bie tę myśl i skon­cen­tro­wał się na chwili obec­nej.

- Jedź do mia­sta i coś zjedz. Wróć za go­dzinę.

- Nie je­stem głodna.

- To jest roz­kaz, Hra­bianko. I wy­łącz te­le­fon.

Ski­nęła głową, w wy­ra­zie jej oczu do­strzegł jed­nak nie­zro­zu­mie­nie. Zwy­kle za­cho­wy­wała sto­icki spo­kój; ona, która nie da­wała się po­rwać emo­cjom, kiedy wszy­scy inni po­pa­dali w skraj­no­ści. Ob­ró­ciła się, a ni­kłe świa­tło dzienne pa­dło na jej twarz pod in­nym ką­tem. Do­strzegł te­raz, że jej cera do­pa­so­wała się barwą do po­pie­la­to­sza­rych wło­sów.

- To ohydna sprawa, Si­mon. Ni­gdy nie wi­dzia­łam cze­goś po­dob­nego.

- My­ślę, że nikt z nas nie wi­dział.

- Zaj­rze­li­śmy tam z Ar­nem i... Cho­lera, to było od­ra­ża­jące.

- Taaa, okej. A te­raz stąd zmy­kaj, nie mam czasu, żeby cię niań­czyć.

Ko­men­ta­rzowi to­wa­rzy­szył uśmiech, który miał zła­go­dzić jego ostrość. Udała, że tego nie do­strze­gła; poza tym nie ru­szyła się z miej­sca. Za­sta­na­wiał się, czy jej nie przy­tu­lić lub cho­ciaż nie po­ło­żyć ręki na jej ra­mie­niu, ale po­rzu­cił tę myśl; ta­kie ge­sty nie były w jego stylu. W końcu po­wie­działa:

- Za chwilę już bę­dzie ze mną le­piej.

- Wiem. Na ra­zie.

Ode­szła.

*

Szkolną pra­cow­nię na­uki czy­ta­nia prze­kształ­cono w tym­cza­sowe cen­trum do­cho­dze­niowe. Dwa re­gały, z któ­rych książki prze­ło­żono na pa­ra­pet, stały te­raz pu­ste, a na stole znaj­du­ją­cym się po­środku po­miesz­cze­nia le­żała paczka pa­pieru i pu­dełko z ołów­kami. Na ciem­no­zie­lo­nej ta­blicy szkol­nej po­wie­szono nową, białą, więc do wy­ja­śnia­nia sprawy można było uży­wać ma­za­ków za­miast kredy. Na jed­nej ze ścian znaj­do­wała się plan­sza z pla­nem szkoły. Po­wie­szono ją na łapu-capu i w re­zul­ta­cie była ża­ło­śnie wy­ko­śla­wiona.

Z lekko prze­krzy­wioną głową Kon­rad Si­mon­sen za­czął stu­dio­wać plan, a Arne Pe­der­sen wy­ko­rzy­stał oka­zję, żeby wy­trzeć sie­dzi­sko swo­jego krze­sła. Jego spodnie już i tak były po­pla­mione w dwóch miej­scach, a on nie chciał po­gar­szać ich stanu.

- Jaki mia­łeś lot?

- Nie­przy­jemny.

- A jak do­mek let­ni­skowy? Od­zy­skasz opłatę?

- Nie są­dzę.

Krze­sła, które pa­mię­tały lep­sze czasy, nie­bez­piecz­nie za­trzesz­czały pod cię­ża­rem męż­czyzn. Si­mon­sen oparł ło­kieć o blat i zwięźle za­py­tał:

- Jak z tobą?

Pe­der­sen nie był za­sko­czony.

- Le­piej, ale na po­czątku było nie naj­we­se­lej. Dwa razy pu­ści­łem pa­wia, a to nie zda­rzyło mi się od lat. To zna­czy w ogóle nie, ani raz, ani dwa razy.

- Ale już jest do­brze?

- No wiesz, tak jest, gdy w spra­wie w ja­kiś spo­sób uczest­ni­czą dzieci.

- Arne, od­po­wiedz: już w po­rządku?

Pe­der­sen spoj­rzał mu w oczy.

- Jest do­brze.

- Okej, to zdaj mi ra­port: prze­bieg, za­soby i stan obecny.

Jego słowa za­brzmiały bar­dziej bez­po­śred­nio i roz­ka­zu­jąco, niż so­bie tego ży­czył, ale na­dal był po­iry­to­wany dłu­gim cze­ka­niem i te­raz chciał, żeby fakty przed­sta­wiano mu bez zbęd­nego owi­ja­nia w ba­wełnę. Jego dys­po­zy­cja wy­wo­łała na­tych­mia­stowy od­zew. Pe­der­sen bez emo­cji, szcze­gó­łowo i po ko­lei omó­wił sprawę, po­cząw­szy od matki Tur­czynki, która około go­dziny szó­stej pięt­na­ście po­że­gnała się z dziećmi przy sto­ja­kach ro­we­ro­wych na prawo od wjazdu do szkoły.

- Dzi­siaj jest pierw­szy dzień po fe­riach je­sien­nych i szkoła jest otwarta. Dwoje dzieci idzie do swo­ich klas, prze­biera się w szatni, po czym spo­tyka się przy sali gim­na­stycz­nej w skrzy­dle B, żeby po­grać w piłkę. W sali od­kry­wają pięć ciał. Dziew­czynka, star­sza z ro­dzeń­stwa, bez­sku­tecz­nie szuka do­ro­słego, ni­kogo nie znaj­duje, więc dzwoni na nu­mer sto dwa­na­ście z te­le­fonu w po­koju na­uczy­ciel­skim. Zo­staje prze­kie­ro­wana na po­ste­ru­nek po­li­cji w Glad­saxe. Zgło­sze­nie przy­jęto o szó­stej czter­dzie­ści je­den. Ofi­cer dy­żurny... Mo­ment...

Za­sta­na­wiał się przez dłuż­szą chwilę; wresz­cie ode­zwał się Si­mon­sen:

- Na­zwi­sko jest nie­istotne, ale po­wiedz, czy te dzieci nie przy­szły za wcze­śnie? Wy­da­wało mi się, że lek­cje za­czy­nają się o ósmej.

- No wła­śnie, też się zdzi­wi­łem, więc za­py­ta­łem dy­rek­tora. Oka­zuje się, że jest grupa dzieci, które przy­cho­dzą do szkoły na długo przed roz­po­czę­ciem za­jęć. Wszyst­kie szkoły znają ten pro­blem. Nie­któ­rzy z ro­dzi­ców chcą w ten spo­sób za­osz­czę­dzić na gmin­nej świe­tlicy, inni są zbyt za­jęci...

Si­mon­sen mu prze­rwał.

- Okej, okej, da­lej.

- Tak... Przy czym to ja by­łem? Więc ofi­cer dy­żurny mówi dziew­czynce, żeby po­cze­kała, aż zjawi się ja­kiś na­uczy­ciel, i wtedy ona kon­tak­tuje się z za­kła­dem pracy swo­jej matki w Gen­to­fte. Matki nie udaje się zna­leźć, ale wła­ści­ciel firmy, miesz­ka­jący tu Li­bań­czyk, który tro­chę zna dziew­czynkę, po­sta­na­wia przy­je­chać. Jest w szkole tuż przed siódmą. Z sali gim­na­stycz­nej wy­pro­wa­dza ośmioro dzieci, które do­łą­czyły do ro­dzeń­stwa. Także on kon­tak­tuje się z po­ste­run­kiem w Glad­saxe i o siód­mej trzy­dzie­ści osiem przy­jeż­dża pa­trol...

Si­mon­sen prze­rwał.

- O siód­mej trzy­dzie­ści osiem?!

Pe­der­sen od­wró­cił wzrok i za­czął po­pra­wiać kra­wat - wy­ko­nu­jąc zwód, który jego szef znał aż na­zbyt do­brze.

- Po­daj na­zwi­sko i wy­tłu­macz mi, co się stało.

Dal­sze ukry­wa­nie było bez­ce­lowe, po­dał na­zwi­sko ofi­cera dy­żur­nego i wy­ja­śnił:

- Uznał, że tych zgło­szeń nie trzeba trak­to­wać zbyt po­waż­nie... Bo "ja­sne było, że dzwo­niły ja­kieś dwa ara­busy". Tak, to jest nie­stety cy­tat.

Si­mon­sen był szcze­rze za­sko­czony.

- Dla­czego kry­jesz ta­kiego pa­lanta? Znasz go?

Pe­der­sen zo­stał przez na­turę ob­da­rzony mło­dzień­czym wy­glą­dem. Mimo czter­dzie­stu lat przy­po­mi­nał prze­ro­śnię­tego mło­dzie­niaszka, a te­raz po­czer­wie­niał na ca­łej twa­rzy, tak że jego ob­li­cze nie­mal zlało się z pło­mien­nie ru­dymi wło­sami.

- By­li­śmy ra­zem w szkole po­li­cyj­nej. Ra­zem ob­sta­wiamy za­kłady.

Si­mon­sen zmarsz­czył czoło i zmru­żył oczy, za­nie­chał jed­nak dal­szych py­tań. Arne Pe­der­sen był zdol­nym śled­czym, kre­atyw­nym i sku­tecz­nym, to ja­sne, że pew­nego dnia zo­sta­nie sze­fem wy­działu, ale jego za­mi­ło­wa­nie do gier było sprawą po­wszech­nie znaną i opo­wia­dano o nim wiele hi­sto­ry­jek. Pew­nego dnia będą mu­sieli o tym po­roz­ma­wiać, ale jesz­cze nie te­raz, a je­śli Pe­der­sen winny był temu głup­kowi ja­kieś pie­nią­dze, to Si­mon­sen nie chciał o tym wie­dzieć.

- Zo­stawmy to. Mów da­lej.

- Funk­cjo­na­riu­sze wzy­wają wspar­cie, szkoła zo­staje za­bez­pie­czona, a dzieci ode­słane do do­mów. Per­so­nel zbiera się w po­koju na­uczy­ciel­skim i, oczy­wi­ście, zo­sta­jemy we­zwani. Je­stem tu o dzie­wią­tej, po­sy­łam po cie­bie, na­stęp­nie po­wia­da­miam szefa okręgu po­li­cyj­nego i kon­tak­tuję się z Tro­ul­se­nem, Pau­line i Hra­bianką. Wpra­wiam w ruch całą ma­chinę, wzy­wam wszyst­kie moż­liwe służby: śled­czych, tech­ni­ków, spe­cja­li­stów me­dy­cyny są­do­wej, pa­trole z psami. Tak, jest tu na­wet sam Elvang.

- Po co psy? Czego szu­kają?

- Dzie­się­ciu dłoni. Mię­dzy in­nymi.

- Do dia­bła!

- Wła­śnie, do dia­bła.

- By­łeś w sali gim­na­stycz­nej?

- Nie, sta­łem w progu. Dwa razy, pierw­szy raz, jak już mó­wi­łem, zro­biło mi się nie­do­brze. Bie­gają tam w tych swo­ich ko­smicz­nych stro­jach, jak w ja­kimś fil­mie science fic­tion; le­d­wie tam zdą­ży­łem na­brać po­wie­trza, a ura­czono mnie dłuż­szym wy­wo­dem o moż­li­wo­ści kon­ta­mi­na­cji na miej­scu zda­rze­nia. Sam zgad­nij, kto za tym stał. Zu­pełna hi­ste­ria.

- Szef Cen­tral­nego La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­nego do­staje pen­sję za hi­ste­rię w ta­kich spra­wach. A co z Elvan­giem?

- Co z nim? On oczy­wi­ście też mu­siał cze­kać. Więc poza...

Szu­kał słów.

- Poza czym?

- Na­zwał mnie mod­ni­siem, ale to prze­cież nie­zbyt istotne dla sprawy.

- Nie, poza tym że naj­wy­raź­niej jesz­cze nie skap­ca­niał.

- Śmiej się, śmiej, za­raz bę­dzie twoja ko­lej. Czeka na cie­bie; sala jest już na pewno udo­stęp­niona. Ale a pro­pos Elvanga to wiem już na pewno, dla­czego nie jest na eme­ry­tu­rze. Nowa dziew­czyna mo­jego brata pra­cuje w Mi­ni­ster­stwie Edu­ka­cji, któ­remu, jak wiesz, pod­lega Szpi­tal Kró­lew­ski. To jest pewna in­for­ma­cja, nie ja­kieś tam plotki, chcesz wie­dzieć dla­czego?

Si­mon­sen stwier­dził z za­do­wo­le­niem, że jego pod­władny po­trafi wyjść poza lo­gicz­nie upo­rząd­ko­wane fakty, i od­po­wie­dział z uśmie­chem:

- Oczy­wi­ście, jak bę­dzie na to czas. Co z na­szymi za­so­bami?

- Brak osta­tecz­nej de­cy­zji, ale de­li­kat­nie mó­wiąc, wy­gląda to obie­cu­jąco. Zo­sta­niemy prze­kształ­ceni w grupę spe­cjalną. Zmie­niają struk­turę or­ga­ni­za­cyjną.

- Brzmi to ra­czej od­strę­cza­jąco. Kim są oni?

- Nie wiem. Mó­wię ci, pierw­sza go­dzina to był istny cyrk, ni­gdy nie wi­dzia­łem cze­goś po­dob­nego. Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści dzwo­nił dwa razy i za­żą­dał, żeby go in­for­mo­wać o każ­dej mi­nu­cie do­cho­dze­nia.

- Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści? Dla­czego, do dia­bła, nie trzyma się zwy­kłej pro­ce­dury?

- Nie mam po­ję­cia, nie py­ta­łem.

- O każ­dej mi­nu­cie. Tak po­wie­dział?

- Tak jest. Cy­tuję.

- Za­dzi­wia­jące.

- Zga­dza się. Poza tym kilka razy dzwo­nił ko­men­dant główny po­li­cji, żeby za­zna­czyć, że mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści ma być in­for­mo­wany; za dru­gim ra­zem za­gro­ził przy­jaz­dem, ale Hra­bianka go od tego od­wio­dła. No i jesz­cze szef okręgu, ale to aku­rat zro­zu­miałe. Prze­wod­ni­czą­cemu za­rządu gminy Glad­saxe sie­dzi na karku bur­mistrz, więc ten też cią­gle wi­siał na te­le­fo­nie. Dzwo­nił jesz­cze pro­ku­ra­tor ge­ne­ralny, nie­źle wku­rzony.

- Pro­ku­ra­tor ge­ne­ralny? Kto go włą­czył do sprawy?

- On sam mnie o to za­py­tał. Nie chciał mieć nic wspól­nego ze śledz­twem. Wy­daje mi się, że tak po­wie­dział. Trudno go zro­zu­mieć, ale kto go w to wcią­gnął, tego się nie do­wie­dzia­łem. Hra­bianka też bę­dzie miała co ro­bić. Prze­wod­ni­czący par­la­men­tar­nej ko­mi­sji spra­wie­dli­wo­ści i jego za­stępca. Mię­dzy in­nymi.

- Boże ucho­waj, ale baj­zel!

- Tak, ale to jesz­cze nie wszystko. Na ko­niec za­dzwo­nił se­kre­tarz stanu z Kan­ce­la­rii Pre­miera Hel­mer Ham­mer, tak, tak się wła­śnie na­zywa, i to za­raz po dru­gim te­le­fo­nie mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści, więc już mi pusz­czały nerwy. No i by­łem dość po­ru­szony tym wszyst­kim, ale wi­dzę to do­piero te­raz. Po­wie­dzia­łem mu bez ogró­dek, że je­śli nie bę­dziemy mieć tro­chę spo­koju przy pracy, nie bę­dzie w ogóle o czym in­for­mo­wać, choćby dzwo­niła sama kró­lowa. Po czym rzu­ci­łem słu­chawką czy co się tam robi z ko­mórką.

- Hm, to nie było zbyt mą­dre. Co po­tem?

- Za­dzwo­nił po­now­nie.

- Nie­źle, bę­dziesz te­raz szli­fo­wać kra­węż­niki?

- Nie, przy­naj­mniej on jest dość roz­sądny. Nie ma po­ję­cia o pracy po­li­cji, sam się do tego od razu przy­znał, ale obie­cał, że zaj­mie się tym wy­dzwa­nia­niem, i naj­wi­docz­niej to zro­bił. W każ­dym ra­zie nie ode­bra­li­śmy już żad­nego "te­le­fonu od wo­dza".

Pe­der­sen wy­glą­dał, jakby ze­szło z niego na­pię­cie. Si­mon­sen spró­bo­wał spro­wa­dzić roz­mowę na wła­ściwy tor, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać znie­cier­pli­wie­nia.

- To rze­czy­wi­ście po­cie­sza­jące, ale nie mówi nic o na­szych za­so­bach.

- Prze­ciw­nie. Bo po­wie­dział, że ty masz pro­wa­dzić śledz­two...

- Już to ro­bię.

- Tak, tak. Po­zwól mi do­koń­czyć, jak mó­wi­łem, ty masz pro­wa­dzić śledz­two i in­for­mo­wać wy­łącz­nie jego. Ni­kogo wię­cej.

- Nor­malne pro­ce­dury są unie­waż­nione?

- To też, ale jest jesz­cze le­piej. Sam wy­bie­rasz człon­ków ze­społu, nie ma żad­nych ogra­ni­czeń ani pod wzglę­dem czasu pracy i wiel­ko­ści grupy, ani bu­dżetu. Ewen­tu­al­nymi prze­szko­dami biu­ro­kra­tycz­nymi zaj­mie się on sam, więc cały swój czas mo­żesz po­świę­cić śledz­twu.

- Nie­złe roz­da­nie.

- Tak, ma głowę na karku. Pod­kre­ślił, że to jesz­cze nie­ofi­cjalne, ale za­ła­twie­nie tego to tylko for­mal­ność. Masz się z nim skon­tak­to­wać w wol­nej chwili, tu jest jego nu­mer. I summa sum­ma­rum, Si­mon, je­steś nie­malże pa­nem sa­mego sie­bie.

- Tak po­wie­dział?

- Nie, to mój wnio­sek.

- Hm, nie po­doba mi się to igno­ro­wa­nie pro­ce­dur.

- To lep­sze, niż gdyby wszy­scy święci prze­ga­niali nas od za­da­nia do za­da­nia we­dług wła­snego wi­dzi­mi­się.

- Moż­liwe, cho­ciaż to się jesz­cze okaże. Te­raz po­win­ni­śmy się sku­pić na czymś in­nym.

Na­gle za­dzwo­nił dzwo­nek, gło­śno i prze­szy­wa­jąco. Nikt nie po­my­ślał, żeby go wy­łą­czyć po ode­sła­niu dzieci do do­mów. Si­mon­sen wzdry­gnął się, a jego krze­sło za­skrzy­piało. Na uła­mek se­kundy od­ru­chowo przy­brał po­zy­cję uczniow­ską w ławce. Pe­der­sen, u któ­rego dźwięk szkol­nego dzwonka nie wią­zał się z żadną traumą, spo­koj­nie cze­kał, aż bu­cze­nie usta­nie, po czym za­koń­czył skła­da­nie ra­portu.

- Ak­tu­alny po­dział za­dań wy­gląda na­stę­pu­jąco: grupa Pau­line prze­szu­kuje te­ren są­sia­dów i dal­sze oto­cze­nie szkoły, Hra­bianka jest od­po­wie­dzialna za prze­szu­ka­nie po­miesz­czeń szkol­nych, Tro­ul­sen pro­wa­dzi prze­słu­cha­nia per­so­nelu, a ja je­stem wolny, skoro ty się po­ja­wi­łeś. Na­szym naj­bar­dziej pa­lą­cym pro­ble­mem jest iden­ty­fi­ka­cja zwłok oraz to, że znik­nął woźny. Na­zywa się Per Clau­sen i naj­praw­do­po­dob­niej otwo­rzył szkołę dziś rano, choć nikt go nie wi­dział. Być może jest nie­dy­spo­no­wany z po­wodu upo­je­nia al­ko­ho­lo­wego, to mu się cza­sami zda­rza. Iden­ty­fi­ka­cją zaj­muje się około dwu­dzie­stu do­świad­czo­nych lu­dzi, któ­rzy pró­bują usta­lić, czy ktoś zgło­sił za­gi­nię­cie tych pię­ciu męż­czyzn. Na ra­zie jed­nak bez skutku.

Si­mon­sen za­sta­no­wił się, po­tem wstał, a Pe­der­sen po­szedł jego śla­dem.

- Spo­tkamy się za pół go­dziny, za­dbaj, żeby ta in­for­ma­cja do­tarła do in­nych. Mo­że­cie po mnie przyjść do sali gim­na­stycz­nej, ale naj­pierw chcę na osob­no­ści po­roz­ma­wiać z Elvan­giem. Po­wiedz Tro­ul­se­nowi, że nikt, na­wet marny po­moc­nik, nie może opu­ścić tego miej­sca bez mo­jego ze­zwo­le­nia, i wcią­gnij Pau­line do środka, wy­gląda jak zmo­kła kura. Co ona w ogóle robi na ze­wnątrz, czy te psy może w czymś po­ma­gają?

- Daj spo­kój, brak jej jesz­cze do­świad­cze­nia.

- Nie na­bie­rze go, mok­nąc. Za­łatw jej po­rządną pe­le­rynę prze­ciw­desz­czową, pa­trol szkolny na pewno ta­kie ma. I jesz­cze jedno. Do sali gim­na­stycz­nej we­szło dzie­się­cioro uczniów. Czy we­zwano po­go­to­wie kry­zy­sowe? Co z ro­dzi­cami, po­in­for­mo­wano ich?

- O, nie.

Pe­der­sen wal­nął pię­ścią w fu­trynę. Sam był oj­cem dwójki dzieci.

- Zaj­mij się tym, ale naj­pierw za­pro­wadź mnie do Elvanga. Po dro­dze mo­żesz mi o nim opo­wie­dzieć. Do­brze się spi­sa­łeś, Arne. Wy­soce za­do­wa­la­jąco.

Jego po­chwała za­brzmiała pu­sto. Jak for­mułka wy­uczona na kur­sie dla me­ne­dże­rów.

Roz­dział 4

Cmen­tarz był zu­peł­nie pu­sty, a sa­motny męż­czy­zna z pa­ra­so­lem po­ru­szał się mię­dzy na­grob­kami po­woli, nie­mal z po­korą, jakby wy­czu­wał, że tu nie pa­suje. Gruz na ścieżce chrzę­ścił pod każ­dym kro­kiem, nie­sto­sow­nie ha­ła­su­jąc w wil­got­nej ci­szy tego miej­sca. Męż­czy­zna za­trzy­mał się przy pro­stym na­grobku na skraju cmen­ta­rza i roz­ło­żył krze­sełko. Za­nim usiadł, ostroż­nie po­ło­żył na gro­bie bu­kiet. Deszcz w ostat­nim czu­łym ge­ście na­tury spra­wił, że kwiaty od­zy­skały świe­żość, a męż­czy­zna o imie­niu Erik uśmiech­nął się na ten wi­dok.

- Przy­nio­słem kwiaty, tato, bo dzi­siaj jest wy­jąt­kowy dzień, cze­ka­łem na niego po­twor­nie długo. Może od dzie­ciń­stwa, cho­ciaż to nie brzmi lo­giczne. W ra­diu wła­śnie po­dali, że zna­le­ziono stra­co­nych, reszta dnia na pewno bę­dzie hi­ste­ryczna.

Za­milkł i spoj­rzał w dół, mi­nęła dłuż­sza chwila, za­nim znowu się ode­zwał. Uśmiech­nął się, a jego uśmiech po­cho­dził z serca, co nie zda­rzało się czę­sto. Uwiel­biał tu prze­sia­dy­wać, oto­czony ła­god­nym spo­ko­jem, od­da­lony od świata; po­zwa­lał mi­nu­tom umie­rać, jedna po dru­giej, nad gro­bem ojca snuł opo­wie­ści o rze­czach wiel­kich i ma­łych. Jego praca wy­ma­gała eks­tra­wer­sji, ale jego du­sza dzia­łała od­wrot­nie, być może to wła­śnie sta­no­wiło ta­jem­nicę jego za­wo­do­wego suk­cesu. Suk­cesu, który - pa­ra­dok­sal­nie - był mu obo­jętny i z któ­rego zre­zy­gno­wałby bez chwili wa­ha­nia, gdyby tylko dzięki temu mógł zmie­nić swoje dzie­ciń­stwo.

- Na­pię­cie mnie spa­lało, cho­ciaż już w so­botę do­sta­łem od Drze­wo­łaza prze­syłkę z fil­mami wi­deo z mi­ni­busa i sali gim­na­stycz­nej, więc wie­dzia­łem, że to już się stało, ale...

Zda­nie nie zo­stało do­koń­czone, a on prze­sko­czył do ko­lej­nego te­matu:

- Dziś rano by­łem w biu­rze, mie­li­śmy ewa­lu­ację z klien­tem. Kam­pa­nia idzie wy­śmie­ni­cie, wszy­scy się wza­jem­nie wy­chwa­lają. Oni sprze­da­dzą kupę ciu­chów dla pod­lot­ków, my do­damy ko­lejny suk­ces do na­szej li­sty i obie strony za­ro­bią nie­przy­zwo­ite pie­nią­dze. Nikt na­wet nie wspo­mniał o tych ośmiu dziew­czyn­kach, które wła­śnie ofe­rują swoje wdzięki jak cu­kierki na co dru­gim słu­pie ogło­sze­nio­wym w mie­ście. Boże, one le­d­wie wkra­czają w okres doj­rze­wa­nia i... tak, wiem, brzmi to ob­łud­nie, bo prze­cież je­stem za to od­po­wie­dzialny, ale nie da­łem so­bie z tym rady i wzią­łem wolne na resztę dnia.

Deszcz po­woli usta­wał. Męż­czy­zna zło­żył pa­ra­sol, po­trzą­snął nim i po­ło­żył go obok krze­sełka, za­nim nie­pew­nie za­czął mó­wić da­lej.

- To oczy­wi­ście jedna z za­let by­cia sze­fem, mogę przy­cho­dzić i wy­cho­dzić, kiedy mi pa­suje, a dzi­siaj sam nie wiem, dla­czego wy­sze­dłem. Zro­bi­li­śmy tak wiele ta­kich kam­pa­nii, a ta wcale nie jest naj­ostrzej­sza, więc może to tylko ja te­raz je­stem taki wy­czu­lony.

Ze­gar na wieży ko­ściel­nej wy­bił pełną go­dzinę. Męż­czy­zna pod­niósł się, roz­pro­sto­wał nogi, przy­kuc­nął przy gro­bie i usu­nął kilka mo­krych li­ści, które przy­kle­iły się do ka­mie­nia na­grob­nego. Póź­niej de­li­kat­nie prze­su­nął pal­cami po na­pi­sie, w przód i w tył, kil­ka­krot­nie. Arne Chri­stian M?rk. 1934-1979. Pe­dan­tycz­nie oczysz­cza­jąc grób z naj­mniej­szych na­wet chwa­stów, któ­rych nie doj­rzał ogrod­nik, mó­wił da­lej do zmar­łego.

- Wczo­raj mia­łem bar­dzo wzru­sza­jące po­że­gna­nie z Pe­rem, wiesz, z Pe­rem Clau­se­nem, tym woź­nym, o któ­rym ci opo­wia­da­łem. Jest fan­ta­stycz­nym go­ściem, będę za nim tę­sk­nił. Naj­pierw zje­dli­śmy lunch, a po­tem obej­rze­li­śmy te frag­menty wi­deo, które zmon­to­wa­łem. Bar­dzo mnie po­chwa­lił, ale one rze­czy­wi­ście do­brze wy­szły. Szcze­gól­nie je­den z mi­ni­busa jest świetny, mała sza­tań­ska pe­rełka, która z pew­no­ścią wstrzą­śnie opi­nią pu­bliczną i po­ru­szy du­cha na­rodu; może mieć de­cy­du­jące zna­cze­nie, tylko po­cze­kaj i sam zo­ba­czysz. To był po­mysł Pera, żeby nad każ­dym sie­dze­niem za­mon­to­wać ukrytą ka­merę. Nie lada za­da­nie, ale oka­zało się warte za­chodu. Poza tym roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim, nie tylko o nad­cho­dzą­cych ty­go­dniach, zu­peł­nie jakby przy­szedł na nie­dzielną her­batkę. Trudno mi so­bie wy­obra­zić, że już go ni­gdy nie zo­ba­czę.

Drogą za cmen­ta­rzem prze­je­chał sa­mo­chód, po­rwane strzępki ba­sów z jego ra­dia na chwilę prze­rwały cmen­tarny spo­kój. Cze­kał, aż znów na­sta­nie ci­sza.

- Gdy się że­gna­li­śmy, Per po­wie­dział coś, o czym dużo my­śla­łem. Do wi­dze­nia, gąb­ko­ja­dzie. To były jego ostat­nie słowa skie­ro­wane do mnie. Gąb­ko­jad. Po­wie­dział to z tym swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym ma­łym, krzy­wym uśmiesz­kiem. Na­wią­zy­wał oczy­wi­ście do tego, że jako dziecko ja­dłem gąbkę, bo my­śla­łem, że ona wchło­nie to, co we mnie brzyd­kie. Pra­wie za­po­mnia­łem, że mu o tym opo­wie­dzia­łem. O tym, jak zdo­by­wa­łem te małe ka­wałki gąbki ze wszyst­kich moż­li­wych źró­deł: z po­du­szek i sie­dzeń me­bli, pi­łek gim­na­stycz­nych, z wkładki w moim ka­sku jeź­dziec­kim, tak, wy­ry­wa­łem ją na­wet z po­du­sze­czek na ra­miona z ubrań mamy. Mó­wiąc o tym, przy­po­mi­nam so­bie jej smak, choć może nikt by nie po­dej­rze­wał, że gąbka w ogóle sma­kuje. Ale ma smak po­czu­cia winy.

Po­trzą­snął głową, żeby prze­go­nić wła­sne my­śli, i do­dał z na­my­słem:

- Nie­przy­jem­nie jest to wspo­mi­nać i... Tak, Per być może tra­fił w sedno. Osta­tecz­nie chyba tym wła­śnie je­stem: gąb­ko­ja­dem.

Pro­log

Męż­czy­zna rzu­cił ostat­nie po­lana na stos, po czym wy­pro­sto­wał się i przy­ci­ska­jąc dło­nie do krzyża, od­chy­lił się kilka razy, by zła­go­dzić na­gły ból ple­ców. Przy­wykł do pracy fi­zycz­nej, więc te kilka go­dzin, które spę­dził w polu, na­peł­nia­jąc dół, nie wy­da­wało mu się ni­czym wiel­kim, a bio­rąc pod uwagę ca­ło­dzienny wy­si­łek, nie­znaczny ból mię­śni nie był nie­po­ko­jący. Po pro­stu go dzi­wił.

Z tru­dem pod­niósł ostatni po­jem­nik z naftą i wy­lał jego za­war­tość na po­lana, któ­rych górna war­stwa zrów­nała się z kra­wę­dzią wy­kopu. Około pięt­na­stu ku­bi­ków do­brze wy­su­szo­nego drewna bu­ko­wego z nie­wielką do­mieszką wiązu, kasz­ta­nowca i brzozy oraz mło­dej śliwy z czer­wo­no­bru­na­tną korą po stro­nie sło­necz­nej, a zie­lon­kawą po za­cie­nio­nej - oce­nił okiem znawcy. Do tego trzy­dzie­ści je­den wor­ków wę­gla - liczba, którą wbił so­bie do głowy, za­nim za­czął pracę, ra­chu­jąc na­stęp­nie wo­rek za wor­kiem, w miarę jak je prze­no­sił, dzięki czemu czyn­ność ta nie wy­da­wała mu się na­zbyt mo­no­tonna. Zer­k­nąw­szy na ze­ga­rek, stwier­dził, że jego tar­czę po­krywa za­krze­pła krew i za­sła­nia obie wska­zówki. Tak samo jak ostat­nim ra­zem, gdy spraw­dzał go­dzinę. Roz­draż­niony zdjął ze­ga­rek i rzu­cił go na stertę drewna, po czym za­czął się przy­glą­dać ciem­nie­ją­cemu niebu. Chmury na za­cho­dzie wi­siały ni­sko, roz­świe­tlał je kar­ma­zy­nowy blask wie­czor­nego słońca, a le­żące na skraju pola je­zioro było szare i le­d­wie wi­do­czne. Nad­cią­gała bu­rza.

Z ple­caka wy­jął ubra­nia na zmianę i pla­sti­kowy wo­rek z wil­got­nymi jed­no­ra­zo­wymi ście­recz­kami. Od­sło­nił swój ży­la­sty tu­łów i cho­ciaż szybko marzł, do­tyk szmatki na skó­rze oka­zał się przy­jemny, gdy me­to­dycz­nie przy­stą­pił do my­cia. Szcze­gól­nie sta­ran­nie wy­cie­rał ręce i głowę, gdzie pył wę­glowy osa­dził się naj­moc­niej i mógł przy­cią­gać uwagę, dla­tego po­ża­ło­wał, że nie wziął ze sobą lu­sterka. Uśmiech­nął się smutno do zmierz­chu. Za­zwy­czaj nie przy­wią­zy­wał wagi do swo­jego od­bi­cia w lu­strze, ale ten dzień był wy­jąt­kowy. Może wła­śnie dziś, na tym opusz­czo­nym przez Boga ze­landz­kim ścier­ni­sku, mógł my­śleć o so­bie z odro­biną dumy; a może na­wet zrzu­cić z sie­bie to idio­tyczne prze­zwi­sko. Wszy­scy na­zy­wali go Drze­wo­ła­zem. Nie­wielu było ta­kich, pra­wie nikt, któ­rzy zna­liby jego praw­dziwe imię - imię z cza­sów, gdy jesz­cze ko­muś na nim za­le­żało i jemu za­le­żało na kimś. Aż... prze­stało tak być.

Po­wrót my­ślą do kra­iny dzie­ciń­stwa zo­stał uka­rany - ból ple­ców prze­niósł się na po­śladki i da­lej na uda jak zło­wiesz­czy świąd. Zi­gno­ro­wał go, kon­cen­tru­jąc się na zmia­nie ubra­nia. Strój ro­bo­czy po­rzu­cił na sto­sie drewna. Skoń­czyw­szy, po­czuł sło­dycz ze­msty roz­cho­dzącą się po ciele. Oprócz jed­nej nie­prze­wi­dzia­nej sy­tu­acji, którą za­cho­wał dla sie­bie i tym sa­mym zde­cy­do­wał się za­jąć tym póź­niej na wła­sną rękę, co do joty wy­ko­nał za­da­nie. Te­raz była ko­lej po­zo­sta­łych.

Wy­cią­gnął za­pal­niczkę, po­chy­lił się i pod­pa­lił stos. Nafta od razu się za­jęła, pło­mie­nie buch­nęły gwał­tow­nie, zmu­sza­jąc go do od­sko­cze­nia. Przez chwilę grzał się w cie­ple ogni­ska, ale jego wro­dzona nie­chęć do ognia wkrótce zwy­cię­żyła.

Zmierz­cha­jące niebo roz­darła bły­ska­wica. Od­wró­cił się spo­koj­nie i za­czął je ob­ser­wo­wać; bu­rza na­de­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Znad uskoku po le­wej, gdzie las opa­dał ku je­zioru, wiatr przy­ga­niał cięż­kie chmury. Wy­glą­dało to tak, jakby roz­warły się pie­kielne cze­lu­ści, by oswo­bo­dzić ciemne moce. I znów bły­ska­wica, a po niej ko­lejna czarna chmura wy­ła­nia­jąca się znad uskoku. Lu­nął deszcz. Wiel­kie, na­pa­stliwe kro­ple, ty­siące ostrych strzał od­bi­ja­ją­cych się ry­ko­sze­tem od po­wierzchni pola, pod­bi­ja­ją­cych grudki ziemi spo­mię­dzy sztywno ster­czą­cych ścierni. Po­tęż­nie, oczysz­cza­jąco, spra­wie­dli­wie.

Przez chwilę z nie­po­ko­jem spo­glą­dał na ogni­sko, jed­nak woda nie zdo­łała za­ga­sić ognia, je­dy­nie trzy­mała ję­zyki pło­mieni na wo­dzy. Od­wró­cił się i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem po­dą­żył w stronę lasu. Wkrótce znik­nął w mroku.