Rozdział 3
Niecałe cztery godziny później Konrad Simonsen stał w budynku szkoły Langeb?k w Bagsv?rdzie, gapiąc się na strugi deszczu. W krzakach za placem zabaw treser szkolił psa, za pomocą gestów i okrzyków wydając zwierzęciu komendy; od czasu do czasu przywoływał go do siebie, by go pochwalić i poklepać. Do tresera dołączyła młoda kobieta z plastikową torbą na głowie, zawiniętą jak prowizoryczna chusta; przez jakiś czas obserwował gestykulację funkcjonariusza, póki powiew wiatru nie sprawił, że szyba spłynęła strugą wody, zniekształcając obraz. Skierował wzrok w stronę korytarza. Ściany mieniły się odcieniami żółci, były odrapane i brudne; linoleum na podłodze zaś dziurawe i przypominało tor przeszkód; tu i ówdzie wisiały różne, mniej lub bardziej udane prace plastyczne, najbliżej niego - wykonana z pozwijanego stalowego drutu i mocno zakurzonych puszek po coli.
Z rezygnacją wzruszył ramionami.
- Do cholery, Hrabianko.
Powiedział to do stojącej za nim kobiety, która rozmawiała przez telefon komórkowy. Nie złościł się, ale chciał podkreślić absurd tego, że został odebrany jak jakaś paczka ekspresowa i przerzucony na drugi koniec kraju po to tylko, by tu stać i bezproduktywnie gapić się na smętną październikową aurę. Nie wiedział wiele o śledztwie, które miał prowadzić, nie miał pojęcia, gdzie skierować kroki.
W reakcji na jego wybuch kobieta przykryła telefon dłonią.
- Cześć, Simon. Szkoda twoich wakacji, ale kilka dni przecież mieliście. Mam nadzieję, że Anna Mia nie była bardzo rozczarowana. Za chwilę przyjdzie Arne i poda ci najnowsze informacje.
Uśmiechnęła się i wróciła do rozmowy telefonicznej, zanim zdążył odpowiedzieć. Bezwiednie odwzajemnił jej uśmiech i pomyślał, że Hrabianka ma ładne zęby. Rozluźnił mięśnie brzucha, pozwalając mu opaść, i znów wyjrzał przez okno, za którym nadal roztaczał się przygnębiający widok. Hrabianka nie zakończyła rozmowy, co odczytał jako nieprzyjemny znak tego, że wydział zabójstw, gdy już nadejdzie ten dzień, bez większego żalu pożegna obecnego szefa.
A może jednak nie. Konrad Simonsen jednym uchem przysłuchiwał się rozmowie Hrabianki - założył, że konsultuje się z jednym z techników - i coś go zaniepokoiło. Zdradziła ją lekka egzaltacja w głosie oraz formułowanie problemów na takim poziomie uszczegółowienia, który nie pasował do obecnego etapu śledztwa. Kiedy niemal co do słowa powtórzyła już wcześniej zadane pytanie, chwycił ją za rękę, w której trzymała telefon, i ostrożnie skierował ją w dół. Przerwała rozmowę, nie zakończywszy jej.
- Kiedy ostatnio coś jadłaś?
- Nie jestem pewna, jakiś czas temu. Która jest?
Doskonale znał ten stan, wiedział także, że to przejściowe. Każdy ze śledczych od czasu do czasu pracował nad sprawami, które go osobiście dotykały; trudno było sobie z nimi poradzić. Osadzające się w mózgu nieprzyjemne obrazy, których nie dało się wymazać. Ta sprawa najwyraźniej ją poruszyła. On sam najgorzej znosił dochodzenia, w których ofiarami były dzieci, ale to akurat dotyczyło większości policjantów. I on rzecz jasna jeszcze nie był w sali gimnastycznej. Odsunął od siebie tę myśl i skoncentrował się na chwili obecnej.
- Jedź do miasta i coś zjedz. Wróć za godzinę.
- Nie jestem głodna.
- To jest rozkaz, Hrabianko. I wyłącz telefon.
Skinęła głową, w wyrazie jej oczu dostrzegł jednak niezrozumienie. Zwykle zachowywała stoicki spokój; ona, która nie dawała się porwać emocjom, kiedy wszyscy inni popadali w skrajności. Obróciła się, a nikłe światło dzienne padło na jej twarz pod innym kątem. Dostrzegł teraz, że jej cera dopasowała się barwą do popielatoszarych włosów.
- To ohydna sprawa, Simon. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.
- Myślę, że nikt z nas nie widział.
- Zajrzeliśmy tam z Arnem i... Cholera, to było odrażające.
- Taaa, okej. A teraz stąd zmykaj, nie mam czasu, żeby cię niańczyć.
Komentarzowi towarzyszył uśmiech, który miał złagodzić jego ostrość. Udała, że tego nie dostrzegła; poza tym nie ruszyła się z miejsca. Zastanawiał się, czy jej nie przytulić lub chociaż nie położyć ręki na jej ramieniu, ale porzucił tę myśl; takie gesty nie były w jego stylu. W końcu powiedziała:
- Za chwilę już będzie ze mną lepiej.
- Wiem. Na razie.
Odeszła.
*
Szkolną pracownię nauki czytania przekształcono w tymczasowe centrum dochodzeniowe. Dwa regały, z których książki przełożono na parapet, stały teraz puste, a na stole znajdującym się pośrodku pomieszczenia leżała paczka papieru i pudełko z ołówkami. Na ciemnozielonej tablicy szkolnej powieszono nową, białą, więc do wyjaśniania sprawy można było używać mazaków zamiast kredy. Na jednej ze ścian znajdowała się plansza z planem szkoły. Powieszono ją na łapu-capu i w rezultacie była żałośnie wykoślawiona.
Z lekko przekrzywioną głową Konrad Simonsen zaczął studiować plan, a Arne Pedersen wykorzystał okazję, żeby wytrzeć siedzisko swojego krzesła. Jego spodnie już i tak były poplamione w dwóch miejscach, a on nie chciał pogarszać ich stanu.
- Jaki miałeś lot?
- Nieprzyjemny.
- A jak domek letniskowy? Odzyskasz opłatę?
- Nie sądzę.
Krzesła, które pamiętały lepsze czasy, niebezpiecznie zatrzeszczały pod ciężarem mężczyzn. Simonsen oparł łokieć o blat i zwięźle zapytał:
- Jak z tobą?
Pedersen nie był zaskoczony.
- Lepiej, ale na początku było nie najweselej. Dwa razy puściłem pawia, a to nie zdarzyło mi się od lat. To znaczy w ogóle nie, ani raz, ani dwa razy.
- Ale już jest dobrze?
- No wiesz, tak jest, gdy w sprawie w jakiś sposób uczestniczą dzieci.
- Arne, odpowiedz: już w porządku?
Pedersen spojrzał mu w oczy.
- Jest dobrze.
- Okej, to zdaj mi raport: przebieg, zasoby i stan obecny.
Jego słowa zabrzmiały bardziej bezpośrednio i rozkazująco, niż sobie tego życzył, ale nadal był poirytowany długim czekaniem i teraz chciał, żeby fakty przedstawiano mu bez zbędnego owijania w bawełnę. Jego dyspozycja wywołała natychmiastowy odzew. Pedersen bez emocji, szczegółowo i po kolei omówił sprawę, począwszy od matki Turczynki, która około godziny szóstej piętnaście pożegnała się z dziećmi przy stojakach rowerowych na prawo od wjazdu do szkoły.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień po feriach jesiennych i szkoła jest otwarta. Dwoje dzieci idzie do swoich klas, przebiera się w szatni, po czym spotyka się przy sali gimnastycznej w skrzydle B, żeby pograć w piłkę. W sali odkrywają pięć ciał. Dziewczynka, starsza z rodzeństwa, bezskutecznie szuka dorosłego, nikogo nie znajduje, więc dzwoni na numer sto dwanaście z telefonu w pokoju nauczycielskim. Zostaje przekierowana na posterunek policji w Gladsaxe. Zgłoszenie przyjęto o szóstej czterdzieści jeden. Oficer dyżurny... Moment...
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę; wreszcie odezwał się Simonsen:
- Nazwisko jest nieistotne, ale powiedz, czy te dzieci nie przyszły za wcześnie? Wydawało mi się, że lekcje zaczynają się o ósmej.
- No właśnie, też się zdziwiłem, więc zapytałem dyrektora. Okazuje się, że jest grupa dzieci, które przychodzą do szkoły na długo przed rozpoczęciem zajęć. Wszystkie szkoły znają ten problem. Niektórzy z rodziców chcą w ten sposób zaoszczędzić na gminnej świetlicy, inni są zbyt zajęci...
Simonsen mu przerwał.
- Okej, okej, dalej.
- Tak... Przy czym to ja byłem? Więc oficer dyżurny mówi dziewczynce, żeby poczekała, aż zjawi się jakiś nauczyciel, i wtedy ona kontaktuje się z zakładem pracy swojej matki w Gentofte. Matki nie udaje się znaleźć, ale właściciel firmy, mieszkający tu Libańczyk, który trochę zna dziewczynkę, postanawia przyjechać. Jest w szkole tuż przed siódmą. Z sali gimnastycznej wyprowadza ośmioro dzieci, które dołączyły do rodzeństwa. Także on kontaktuje się z posterunkiem w Gladsaxe i o siódmej trzydzieści osiem przyjeżdża patrol...
Simonsen przerwał.
- O siódmej trzydzieści osiem?!
Pedersen odwrócił wzrok i zaczął poprawiać krawat - wykonując zwód, który jego szef znał aż nazbyt dobrze.
- Podaj nazwisko i wytłumacz mi, co się stało.
Dalsze ukrywanie było bezcelowe, podał nazwisko oficera dyżurnego i wyjaśnił:
- Uznał, że tych zgłoszeń nie trzeba traktować zbyt poważnie... Bo "jasne było, że dzwoniły jakieś dwa arabusy". Tak, to jest niestety cytat.
Simonsen był szczerze zaskoczony.
- Dlaczego kryjesz takiego palanta? Znasz go?
Pedersen został przez naturę obdarzony młodzieńczym wyglądem. Mimo czterdziestu lat przypominał przerośniętego młodzieniaszka, a teraz poczerwieniał na całej twarzy, tak że jego oblicze niemal zlało się z płomiennie rudymi włosami.
- Byliśmy razem w szkole policyjnej. Razem obstawiamy zakłady.
Simonsen zmarszczył czoło i zmrużył oczy, zaniechał jednak dalszych pytań. Arne Pedersen był zdolnym śledczym, kreatywnym i skutecznym, to jasne, że pewnego dnia zostanie szefem wydziału, ale jego zamiłowanie do gier było sprawą powszechnie znaną i opowiadano o nim wiele historyjek. Pewnego dnia będą musieli o tym porozmawiać, ale jeszcze nie teraz, a jeśli Pedersen winny był temu głupkowi jakieś pieniądze, to Simonsen nie chciał o tym wiedzieć.
- Zostawmy to. Mów dalej.
- Funkcjonariusze wzywają wsparcie, szkoła zostaje zabezpieczona, a dzieci odesłane do domów. Personel zbiera się w pokoju nauczycielskim i, oczywiście, zostajemy wezwani. Jestem tu o dziewiątej, posyłam po ciebie, następnie powiadamiam szefa okręgu policyjnego i kontaktuję się z Troulsenem, Pauline i Hrabianką. Wprawiam w ruch całą machinę, wzywam wszystkie możliwe służby: śledczych, techników, specjalistów medycyny sądowej, patrole z psami. Tak, jest tu nawet sam Elvang.
- Po co psy? Czego szukają?
- Dziesięciu dłoni. Między innymi.
- Do diabła!
- Właśnie, do diabła.
- Byłeś w sali gimnastycznej?
- Nie, stałem w progu. Dwa razy, pierwszy raz, jak już mówiłem, zrobiło mi się niedobrze. Biegają tam w tych swoich kosmicznych strojach, jak w jakimś filmie science fiction; ledwie tam zdążyłem nabrać powietrza, a uraczono mnie dłuższym wywodem o możliwości kontaminacji na miejscu zdarzenia. Sam zgadnij, kto za tym stał. Zupełna histeria.
- Szef Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego dostaje pensję za histerię w takich sprawach. A co z Elvangiem?
- Co z nim? On oczywiście też musiał czekać. Więc poza...
Szukał słów.
- Poza czym?
- Nazwał mnie modnisiem, ale to przecież niezbyt istotne dla sprawy.
- Nie, poza tym że najwyraźniej jeszcze nie skapcaniał.
- Śmiej się, śmiej, zaraz będzie twoja kolej. Czeka na ciebie; sala jest już na pewno udostępniona. Ale a propos Elvanga to wiem już na pewno, dlaczego nie jest na emeryturze. Nowa dziewczyna mojego brata pracuje w Ministerstwie Edukacji, któremu, jak wiesz, podlega Szpital Królewski. To jest pewna informacja, nie jakieś tam plotki, chcesz wiedzieć dlaczego?
Simonsen stwierdził z zadowoleniem, że jego podwładny potrafi wyjść poza logicznie uporządkowane fakty, i odpowiedział z uśmiechem:
- Oczywiście, jak będzie na to czas. Co z naszymi zasobami?
- Brak ostatecznej decyzji, ale delikatnie mówiąc, wygląda to obiecująco. Zostaniemy przekształceni w grupę specjalną. Zmieniają strukturę organizacyjną.
- Brzmi to raczej odstręczająco. Kim są oni?
- Nie wiem. Mówię ci, pierwsza godzina to był istny cyrk, nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Minister sprawiedliwości dzwonił dwa razy i zażądał, żeby go informować o każdej minucie dochodzenia.
- Minister sprawiedliwości? Dlaczego, do diabła, nie trzyma się zwykłej procedury?
- Nie mam pojęcia, nie pytałem.
- O każdej minucie. Tak powiedział?
- Tak jest. Cytuję.
- Zadziwiające.
- Zgadza się. Poza tym kilka razy dzwonił komendant główny policji, żeby zaznaczyć, że minister sprawiedliwości ma być informowany; za drugim razem zagroził przyjazdem, ale Hrabianka go od tego odwiodła. No i jeszcze szef okręgu, ale to akurat zrozumiałe. Przewodniczącemu zarządu gminy Gladsaxe siedzi na karku burmistrz, więc ten też ciągle wisiał na telefonie. Dzwonił jeszcze prokurator generalny, nieźle wkurzony.
- Prokurator generalny? Kto go włączył do sprawy?
- On sam mnie o to zapytał. Nie chciał mieć nic wspólnego ze śledztwem. Wydaje mi się, że tak powiedział. Trudno go zrozumieć, ale kto go w to wciągnął, tego się nie dowiedziałem. Hrabianka też będzie miała co robić. Przewodniczący parlamentarnej komisji sprawiedliwości i jego zastępca. Między innymi.
- Boże uchowaj, ale bajzel!
- Tak, ale to jeszcze nie wszystko. Na koniec zadzwonił sekretarz stanu z Kancelarii Premiera Helmer Hammer, tak, tak się właśnie nazywa, i to zaraz po drugim telefonie ministra sprawiedliwości, więc już mi puszczały nerwy. No i byłem dość poruszony tym wszystkim, ale widzę to dopiero teraz. Powiedziałem mu bez ogródek, że jeśli nie będziemy mieć trochę spokoju przy pracy, nie będzie w ogóle o czym informować, choćby dzwoniła sama królowa. Po czym rzuciłem słuchawką czy co się tam robi z komórką.
- Hm, to nie było zbyt mądre. Co potem?
- Zadzwonił ponownie.
- Nieźle, będziesz teraz szlifować krawężniki?
- Nie, przynajmniej on jest dość rozsądny. Nie ma pojęcia o pracy policji, sam się do tego od razu przyznał, ale obiecał, że zajmie się tym wydzwanianiem, i najwidoczniej to zrobił. W każdym razie nie odebraliśmy już żadnego "telefonu od wodza".
Pedersen wyglądał, jakby zeszło z niego napięcie. Simonsen spróbował sprowadzić rozmowę na właściwy tor, starając się nie okazywać zniecierpliwienia.
- To rzeczywiście pocieszające, ale nie mówi nic o naszych zasobach.
- Przeciwnie. Bo powiedział, że ty masz prowadzić śledztwo...
- Już to robię.
- Tak, tak. Pozwól mi dokończyć, jak mówiłem, ty masz prowadzić śledztwo i informować wyłącznie jego. Nikogo więcej.
- Normalne procedury są unieważnione?
- To też, ale jest jeszcze lepiej. Sam wybierasz członków zespołu, nie ma żadnych ograniczeń ani pod względem czasu pracy i wielkości grupy, ani budżetu. Ewentualnymi przeszkodami biurokratycznymi zajmie się on sam, więc cały swój czas możesz poświęcić śledztwu.
- Niezłe rozdanie.
- Tak, ma głowę na karku. Podkreślił, że to jeszcze nieoficjalne, ale załatwienie tego to tylko formalność. Masz się z nim skontaktować w wolnej chwili, tu jest jego numer. I summa summarum, Simon, jesteś niemalże panem samego siebie.
- Tak powiedział?
- Nie, to mój wniosek.
- Hm, nie podoba mi się to ignorowanie procedur.
- To lepsze, niż gdyby wszyscy święci przeganiali nas od zadania do zadania według własnego widzimisię.
- Możliwe, chociaż to się jeszcze okaże. Teraz powinniśmy się skupić na czymś innym.
Nagle zadzwonił dzwonek, głośno i przeszywająco. Nikt nie pomyślał, żeby go wyłączyć po odesłaniu dzieci do domów. Simonsen wzdrygnął się, a jego krzesło zaskrzypiało. Na ułamek sekundy odruchowo przybrał pozycję uczniowską w ławce. Pedersen, u którego dźwięk szkolnego dzwonka nie wiązał się z żadną traumą, spokojnie czekał, aż buczenie ustanie, po czym zakończył składanie raportu.
- Aktualny podział zadań wygląda następująco: grupa Pauline przeszukuje teren sąsiadów i dalsze otoczenie szkoły, Hrabianka jest odpowiedzialna za przeszukanie pomieszczeń szkolnych, Troulsen prowadzi przesłuchania personelu, a ja jestem wolny, skoro ty się pojawiłeś. Naszym najbardziej palącym problemem jest identyfikacja zwłok oraz to, że zniknął woźny. Nazywa się Per Clausen i najprawdopodobniej otworzył szkołę dziś rano, choć nikt go nie widział. Być może jest niedysponowany z powodu upojenia alkoholowego, to mu się czasami zdarza. Identyfikacją zajmuje się około dwudziestu doświadczonych ludzi, którzy próbują ustalić, czy ktoś zgłosił zaginięcie tych pięciu mężczyzn. Na razie jednak bez skutku.
Simonsen zastanowił się, potem wstał, a Pedersen poszedł jego śladem.
- Spotkamy się za pół godziny, zadbaj, żeby ta informacja dotarła do innych. Możecie po mnie przyjść do sali gimnastycznej, ale najpierw chcę na osobności porozmawiać z Elvangiem. Powiedz Troulsenowi, że nikt, nawet marny pomocnik, nie może opuścić tego miejsca bez mojego zezwolenia, i wciągnij Pauline do środka, wygląda jak zmokła kura. Co ona w ogóle robi na zewnątrz, czy te psy może w czymś pomagają?
- Daj spokój, brak jej jeszcze doświadczenia.
- Nie nabierze go, moknąc. Załatw jej porządną pelerynę przeciwdeszczową, patrol szkolny na pewno takie ma. I jeszcze jedno. Do sali gimnastycznej weszło dziesięcioro uczniów. Czy wezwano pogotowie kryzysowe? Co z rodzicami, poinformowano ich?
- O, nie.
Pedersen walnął pięścią w futrynę. Sam był ojcem dwójki dzieci.
- Zajmij się tym, ale najpierw zaprowadź mnie do Elvanga. Po drodze możesz mi o nim opowiedzieć. Dobrze się spisałeś, Arne. Wysoce zadowalająco.
Jego pochwała zabrzmiała pusto. Jak formułka wyuczona na kursie dla menedżerów.