Niegodni - Roy Jacobsen

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W SE­RII DZIEŁ PI­SA­RZY SKAN­DY­NAW­SKICHUKA­ZAŁY SIĘ DO­TYCH­CZAS:

Ka­rin SMIR­NOFF, Wra­cam do domu, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Carl Frode TIL­LER, Ucieczka, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Nina WÄHÄ, Ba­betta, prze­ło­żyła Ju­styna Kwiat­kow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Je­dziemy z matką na pół­noc, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Tar­jei VESAAS, Wio­senna noc / Za­mek z lodu, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Tommi KIN­NU­NEN, Po­wie­działa, że nie ża­łuje, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, An­ne­liese PITZ, Czło­wiek, który ko­chał Sy­be­rię, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Helga FLA­TLAND, Ostatni raz, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Po­je­cha­łam do brata na po­łu­dnie, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Nina WÄHÄ, Te­sta­ment, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Kjell WESTÖ, Niebo w ko­lo­rze siarki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tu­by­le­wicz

Roy JACOB­SEN, Tylko matka, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Knut HAM­SUN, Sza­rady, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Laura LIN­D­STEDT, One­iron, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, Oczy z Ri­gela, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Stig DAGER­MAN, Po­pa­rzone dziecko, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Au­?ur Ava OLA­FS­DÓT­TIR, Bli­zna, prze­ło­żył Ja­cek Go­dek

Jo­nas T. BENGTS­SON, Ży­cie Sus, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Roy JACOB­SEN, Białe mo­rze, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­ren BLI­XEN, Po­że­gna­nie z Afryką, prze­ło­żyli Jó­zef Gie­buł­to­wicz i Ja­dwiga Piąt­kow­ska

Carl Frode TIL­LER, Po­czątki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Helga FLA­TLAND, Współ­cze­sna ro­dzina, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Roy JACOB­SEN, Nie­wi­dzialni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

1

Ko­lejna za­ci­śnięta pięść. Carl wpa­try­wał się spod grzywki w sma­żo­nego śle­dzia z po­na­ci­naną uko­śnie skórą, przy­pa­lony szczy­pio­rek i po­łówkę ziem­niaka - tyle miał do za­pro­po­no­wa­nia ten dzień. Za­uwa­żył cie­niut­kie żyłki na ka­mionce, ko­ja­rzące mu się z pa­ję­czyną, od­kąd pa­mię­tał, i skon­cen­tro­wał się na cza­sie, który mu­siał upły­nąć, za­nim znów bę­dzie mógł wbić wzrok w ojca - ten im­po­nu­jący prze­ciw­nik po dru­giej stro­nie stołu po­ło­żył obok dwóch śle­dzi i trzech ziem­nia­ków za­ci­śniętą pięść z wi­del­cem ster­czą­cym spo­mię­dzy knykci jak za­sa­dzone drzewo - na za­smu­co­nych od­de­chach matki oraz le­d­wie sły­szal­nych star­szej sio­stry Mony i ma­łej Agnes sta­ra­ją­cej się z ca­łych sił gryźć z za­mknię­tymi ustami; na owym nie­rów­nym tańcu dźwię­ków i ru­chów, nie­zbęd­nym, aby ze­brać tę pię­cio­oso­bową ro­dzinę wo­kół stołu przy obie­dzie.

Carl po­wtó­rzył:

- Du­pek.

Nie wy­wrzesz­czał tego, po pro­stu stwier­dził, przed­sta­wia­jąc po­nurą opi­nię syna o ojcu.

Wi­de­lec drgnął, ale nie opadł. Pan domu od­chy­lił się na krze­śle, aż drewno za­trzesz­czało, a po­zo­stali, każdy ze swo­jego sta­łego po­ste­runku wo­kół miej­sca zda­rze­nia, mo­gli po­dzi­wiać po­ru­sza­jącą się ryt­micz­nie grdykę w owło­sio­nym za­głę­bie­niu szyi, gdzie znów zbie­rało się na bu­rzę.

Ale nic się nie wy­da­rzyło.

Oj­ciec opu­ścił głowę, do­ty­ka­jąc pod­bród­kiem piersi, wy­dał z sie­bie prych­nię­cie, któ­rego sensu nikt nie zro­zu­miał, po­tem wbił oczy w ta­lerz, się­gnął po nóż i za­czął jeść; za­raz też spy­tał z peł­nymi ustami - bez naj­mniej­szego śladu wzbu­rze­nia - czy Agnes wie, czym różni się czarne od bia­łego. To była ich za­bawa: ojca i jego naj­młod­szej córki.

Agnes wpa­trzona w resztki swo­jego je­dze­nia uśmiech­nęła się nie­pew­nie i tak jak od niej ocze­ki­wano, po­wie­działa, że nie, więc oj­ciec z krzy­wym uśmiesz­kiem mógł za­cząć opo­wia­dać dow­cip o dwóch za­kon­ni­cach, które Bóg opu­ścił, bo nie wi­dział żad­nej róż­nicy mię­dzy nimi a dwiema sro­kami; naj­star­szy żart tego domu, koń­czący się zbu­rze­niem wieży i roz­strzy­gnię­ciem na ko­rzyść srok. Matka - którą dzieci i mąż na­zy­wali Mam­cią - wy­dała z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi, z wdzięcz­no­ścią i re­zy­gna­cją, po czym wstała, od­wró­cona do ro­dziny ty­łem do­koń­czyła po­si­łek na sto­jąco, ba­lan­su­jąc ta­le­rzem na pię­ciu pal­cach, zbie­ra­jący wszystko do ostat­niej dro­biny wi­de­lec w pra­wej ręce, a na­stęp­nie z trza­skiem wło­żyła ta­lerz do ka­mien­nego zlewu, na­lała so­bie szklankę wody, opróż­niła ją wiel­kimi ły­kami i sta­now­czo za gło­śno za­wo­łała, żeby Carl wresz­cie jadł, bo prze­cież nie co­dzien­nie jest śledź, a po­tem brał się do lek­cji.

Carl prze­niósł wzrok z jej za­su­pła­nej na ple­cach ta­siemki od far­tu­cha na świeżo ogo­lone po­liczki ojca, uni­ka­jąc jego spoj­rze­nia, i da­lej po­wę­dro­wał oczami w stronę star­szej sio­stry Mony, któ­rej w ciągu ostat­niego roku zmie­niły się za­równo kształty, jak i uspo­so­bie­nie, za­częła przy­po­mi­nać za­gnie­waną, lecz zgrabną gruszkę. Wie­dział, że od­miana w po­staci so­lid­nych bio­der i ud oraz za­okrą­glo­nych, lekko opa­da­ją­cych ra­mion de­pry­mo­wała ją i iry­to­wała, miała jed­nak za­go­rza­łych zwo­len­ni­ków wśród chło­pa­ków z ulicy, choć ża­den nie ośmie­lił się mó­wić o tym gło­śno. Na sku­tek tego Mona prze­cho­dziła męki okresu doj­rze­wa­nia ra­czej z kwa­śną, ob­ra­żoną miną niż z drwią­cym uśmie­chem świad­czą­cym o pew­no­ści sie­bie, nie­świa­doma, że bez po­dej­mo­wa­nia ja­kich­kol­wiek wy­sił­ków w nieco po­nad rok prze­obra­ziła się z chu­dego czu­pi­ra­dła - z tej wer­sji sie­bie rów­nież nie była za­do­wo­lona - w im­po­nu­jącą pięk­ność.

Czy nie było jej tro­chę za dużo?

Nie, Mony z po­wo­dze­niem mo­głoby być wię­cej, a za­rzu­cić coś na­le­żało ra­czej jej hu­mo­rom i cię­temu ję­zy­kowi, a nie syl­wetce, żywo pa­trzą­cym oczom, głod­nym ustom, by­stremu umy­słowi i płat­kom uszu, któ­rych w ogóle nie dało się opi­sać. Carl wi­dział to wszystko oczami ulicy, wi­dział wła­sną sio­strę; to było za­ra­zem im­po­nu­jące i wstrętne.

Mona pa­trzyła te­raz na brata z mie­szanką po­gardy i po­dziwu, co Carl uznał za do­bry znak - ow­szem, nie ro­zu­miała go, ale przy­naj­mniej nie stra­ciła na­dziei, że któ­re­goś dnia z niego też będą lu­dzie. Tak brzmiało naj­za­cie­klej­sze ha­sło ulicy, po­wta­rzane rów­nież przez naj­młod­szych: "Z cie­bie ni­gdy nie będą lu­dzie". Na­uczy­ciel do ucznia, ro­dzice do dzieci, pod­ro­śnięta mło­dzież do młod­szej mło­dzieży, mali chłopcy i dziew­czynki do jesz­cze mniej­szych chłop­ców i dziew­czy­nek.

Z cie­bie ni­gdy nie będą lu­dzie.

Je­śli ist­niała gdzieś dziel­nica, z któ­rej ab­so­lut­nie nikt nie miał wyjść na lu­dzi, to wła­śnie tu­taj.

Carl po­ło­żył na stole brudne dło­nie wnę­trzem do góry i za­pa­trzył się na białą kratę li­nii na skó­rze, za­czął ją po­rów­ny­wać z pa­ję­czyną na ka­mionce, znów zer­k­nął na dwu­znaczny uśmiech Mony, po­tem na ojca i oświad­czył:

- Z cie­bie ni­gdy nie będą lu­dzie.

Mam­cia za­nio­sła się krzy­kiem, Mona za­sło­niła usta rę­kami, a Agnes za­krztu­siła się je­dze­niem.

Ale oj­ciec sie­dział jak przy­śru­bo­wany, mocno zgar­biony, prze­żu­wa­jąc resztki obiadu - za­le­d­wie pół go­dziny wcze­śniej wy­chwa­lał go wy­szu­ka­nymi sło­wami, nie dla­tego, że to on oso­bi­ście go zor­ga­ni­zo­wał, ani też dla­tego, że był śledź; po pro­stu wy­jąt­kowo star­czyło dla wszyst­kich - i po­woli ki­wał głową w rytm po­tę­pia­ją­cych słów syna, jakby chciał je po­twier­dzić albo przy­naj­mniej za­sta­na­wiał się nad tym, że bez­czelny syn ma tak de­pry­mu­jący ob­raz ro­dzo­nego ojca; tak, tak, było się nad czym za­sta­na­wiać.

Carl wstał, za­bie­ra­jąc cały swój zbun­to­wany głód, wy­padł z miesz­ka­nia i zbiegł po scho­dach, po dwa-trzy stop­nie na­raz. Ostat­nich pięć po­ko­nał jed­nym sko­kiem, aż po­czuł, że palą go po­de­szwy stóp, a po otwar­ciu drzwi wej­ścio­wych dał się wchło­nąć wio­sen­nemu dniowi, usiadł na naj­niż­szym stop­niu przed wej­ściem do bu­dynku przy Knud Gra­ahs gate 7 w oku­po­wa­nej sto­licy eu­ro­pej­skiego kraju, zło­żone ręce oparł na ko­la­nach i czo­łem za­czął wa­lić w kostki pal­ców.

Na chod­niku mię­dzy ulicą a do­mem Olav i Roar od­wró­cili do góry no­gami zde­ze­lo­wany ro­wer, damkę. Olav z klu­czem na­staw­nym w pra­wej ręce, mań­kut Roar z klu­czem pła­skim w le­wej; Olav za­jęty na­pra­wia­niem scen­tro­wa­nego tyl­nego koła, Roar przed­niego. Twier­dzili, że zna­leźli tego grata przy mły­nie, przy­pusz­czal­nie zmal­tre­to­wała go cię­ża­rówka prze­wo­żąca zboże, i mo­zo­lili się przez cały dzień, usi­łu­jąc do­pro­wa­dzić go do stanu uży­wal­no­ści, nie po­szli na­wet do szkoły.

Nie wy­glą­dało to naj­le­piej, no ale ro­wer to ro­wer, na­wet je­śli nie ma ha­mul­ców ani opon, zresztą te rze­czy już zwi­nęli z jed­no­śladu przy­pię­tego przed skle­pem Mięso, Ryby i Ar­ty­kuły Ko­lo­nialne Da­gny Sa­lan­gen i przy­pusz­czal­nie nie­bę­dą­cego ni­czyją wła­sno­ścią. Te­raz pod­nie­śli głowy, po­pa­trzyli na Carla, wy­mie­nili mię­dzy sobą spoj­rze­nia i Olav za­py­tał, czy coś się stało.

Carl nie od­po­wie­dział.

Olav wzru­szył ra­mio­nami i wy­re­gu­lo­wał klucz. Przed nim na płach­cie na­ole­jo­wa­nego płótna le­żały na­rzę­dzia uło­żone po­rząd­nie jak pędzle w pu­dełku ma­la­rza, sprzęt w więk­szo­ści po­ży­czony ze szczo­drego warsz­tatu Mar­tin­sena. Pa­lące pro­mie­nie po­po­łu­dnio­wego słońca pa­dały uko­sem na po­dwó­rze, gru­cha­nie go­łębi, świer­got wró­bli w krza­kach i ryn­nach, bez naj­mniej­szego po­wiewu wia­tru. Carl roz­wa­żał, czy nie zdjąć ko­szuli. Dwa pię­tra nad nim otwo­rzyło się okno ku­chenne i prze­ni­kliwy głos Mony zmro­ził go aż po ce­bulki wło­sów: ma na­tych­miast wra­cać na górę i skoń­czyć obiad, do dia­bła!

Dźwięczny zło­śliwy śmiech.

Carl za­re­je­stro­wał, że Olav i Roar za­darli głowy i osło­nili oczy, żeby przyj­rzeć się Mo­nie, która z całą pew­no­ścią wy­chy­liła się z okna naj­da­lej, jak mo­gła. Gło­śny, cho­ciaż nie­pewny chi­chot chło­pa­ków, za­chę­ca­jący sar­kazm z dołu i z góry, po czym okno znów się za­trza­snęło, a oni na po­wrót mo­gli się sku­pić na ro­we­rze, du­sząc w so­bie ten chi­chot i słowa, któ­rych nikt nie mógł usły­szeć.

Za Car­lem otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe. Oj­ciec wy­szedł i w prze­lo­cie coś upu­ścił - pla­śnię­cie o ka­mienny sto­pień, za­wi­niątko z je­dze­niem - ru­szył da­lej boczną alejką i ski­nąw­szy po­spiesz­nie głową sa­mo­zwań­czym me­cha­ni­kom, skrę­cił na ulicę, wło­żył ka­pe­lusz na głowę, wresz­cie znik­nął mię­dzy ko­lum­nami, wy­cho­dząc na Hans Nie­lsen Hau­ges gate, żeby jesz­cze raz po­rzu­cić świat.

Carl za­uwa­żył coś nie­zwy­kłego w paczce z je­dze­niem - zo­rien­to­wał się, że to oj­ciec mu­siał ją za­pa­ko­wać, nie Mam­cia, spo­sobu Mamci na przy­go­to­wa­nie dru­giego śnia­da­nia nikt nie umiałby po­wtó­rzyć. Roz­wi­nął pa­pier i zo­ba­czył zim­nego śle­dzia wci­śnię­tego mię­dzy dwie kromki ra­zo­wego chleba, tego sa­mego śle­dzia, któ­rego po­rzu­cił w go­rączce walki. Przy­po­mi­nało to ame­ry­kań­skiego ham­bur­gera, żoł­nier­skie żar­cie; chwy­cił je w obie ręce i zjadł skórę, ości, śle­dzia, chleb i mar­ga­rynę, z za­mknię­tymi oczami, po dro­dze mu­siał dwa razy zro­bić prze­rwę na zła­pa­nie od­de­chu.

Pod­szedł Olav, sta­nął przed nim, ręce wy­tarł w szmatę i spy­tał, czy było do­bre.

- Mhm.

- Śledź?

- Mhm.

- Co to ja mia­łem po­wie­dzieć...? Nie mamy wen­tyli. Ani linki do ha­mulca.

- No i?

Olav mil­czał, zdzi­wiony, że Carl nie ro­zu­mie, do czego on zmie­rza, w końcu po­wie­dział:

- Po­my­śle­li­śmy, że mógł­byś iść do Nie-Żyda i spy­tać, czy cze­goś nie ma.

- Ja?

- Tak, ty.

- Dla­czego? To prze­cież twój oj­ciec.

- No wła­śnie. Ja­kie są szanse, że­bym coś od niego do­stał? Ro­ara też nie lubi.

- A mnie lubi?

- Tak mówi. Kalle to je­dyny dzie­ciak z tej ulicy, który ma coś w so­bie.

- Mówi tak?

- Mówi.

Olav był naj­lep­szym ko­legą Carla; nieco po­nad rok star­szy i dwa­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy, trudny, mocny jak skała i wy­ma­ga­jący przy­ja­ciel. Przy­gar­biony i ko­ści­sty, o gru­bych ry­sach twa­rzy i wło­sach ob­cię­tych na jeża; po­dobno przez nie­okieł­znane wi­cherki wy­glą­dały jak stóg siana, a wszel­kie próby ich przy­kle­pa­nia po­dej­mo­wane przez matkę speł­zały na ni­czym. O dziwo, matka miała wiel­kie na­dzieje wo­bec syna, który oświad­czył, że skoń­czy za­równo szkołę re­alną, jak i li­ceum, bę­dzie kimś, jak się mó­wiło, w co jego oj­ciec szcze­rze wąt­pił, ale nie dla­tego, by Nie-Ży­dowi bra­ko­wało uf­no­ści w zdol­no­ści syna - tu po pro­stu nikt nie cho­dził do li­ceum, poza tym Nie-Żyd prze­stał się ro­zu­mieć na wła­snym po­tomku, a w do­datku jesz­cze za­czął się go bać.

Olav ni­gdy nie od­ra­biał lek­cji, a w domu nie mó­wił ani słowa o szkole, na­uczy­cie­lach, uczniach, przed­mio­tach, o ni­czym. Kiedy ro­dzice kilka mie­sięcy przed za­koń­cze­niem roku do­stali od wy­cho­wawcy list z in­for­ma­cją, że ich syn źle się czuje w szkole i w ogóle tu nie pa­suje, Nie-Żyd do­strzegł pło­myk na­dziei: może uda się od­dać chło­paka na na­ukę za­wodu. Olav jed­nak spo­koj­nie dzię­ko­wał za wszystko, co przy­po­mi­nało do­bre rady, za­mie­rzał swoją na­ukę sfi­nan­so­wać sam i twier­dził, że w szkole jest mu do­brze, to na­uczy­ciele ni­czego nie ro­zu­mieją. Do­sta­wał lep­sze stop­nie niż więk­szość jego ko­le­gów.

Ze­zo­wał lekko na lewe oko, a to dwu­znaczne spoj­rze­nie od razu da­wało mu prze­wagę. Lu­dzie za­sta­na­wiali się, czy Olav w ogóle ich wi­dzi, czy może omija ich wzro­kiem, bo nie za­słu­gują, by na nich pa­trzeć, albo może pa­trzy na wskroś nich z ciężką, nie­zna­jącą stra­chu po­wagą. Olav śmiał się bar­dzo nie­chęt­nie. Miał dwa­na­ście lat młod­sze ro­dzeń­stwo, bliź­nięta Las­sego i Minnę, a ro­dzina jak wszy­scy inni tu­taj miesz­kała w po­koju z kuch­nią, fi­nan­so­wana nie tylko przez ojca, lecz rów­nież przez Olava, który od czasu do czasu wty­kał matce nie wia­domo skąd brane pie­nią­dze.

- Co ty na to? - spy­tał te­raz swo­jego przy­ja­ciela Carla.

- Nie wiem - od­parł Carl, sie­dzący jak wła­ści­ciel na swo­ich oso­bi­stych scho­dach.

- Czyli bę­dzie tak jak zwy­kle.

- To zna­czy?

- Do­sta­niesz w gębę, za­nim pój­dziesz na górę, albo pój­dziesz na górę, nie do­sta­jąc w gębę.

Carl się uśmiech­nął, zgniótł pa­pier i rzu­cił nim w ko­legę, który zwin­nie się uchy­lił.

- No to sprawa jest pro­sta.

- Prawda?

Olav już chciał się od­wró­cić do niego ple­cami, ale do­strzegł spuch­nięty po­li­czek, na­chy­lił się i uniósł pa­smo wło­sów z le­wej strony głowy Carla.

- Dziś już raz do­sta­łeś?

Carl się nie ode­zwał.

- Może tro­chę za dużo?

Carl wzru­szył ra­mio­nami.

- Po­trze­buję klu­cza.

- Ja­sne.

Olav ob­ró­cił górną po­łowę dłu­giego ciała o sto osiem­dzie­siąt stopni, wsa­dził lewą rękę do pra­wej kie­szeni i wy­cią­gnął pęk klu­czy wiel­ko­ści tego, jaki nosi do­zorca, zsu­nął z niego dwa klu­cze i po­dał je Car­lowi.

- Tylko w nic się nie wda­waj tam na gó­rze, bo nam się spie­szy.

Carl prze­ciął ulicę i wszedł do ka­mie­nicy nu­mer 29 przy Bret­te­vil­les gate, do klatki scho­do­wej bę­dą­cej od­wró­coną ko­pią tej, w któ­rej sam miesz­kał, gdzie jed­nak były inne za­pa­chy i zwy­czaje, inne buty, sło­mianki, bar­dziej żółte ściany, inne na­zwi­ska na ce­ra­micz­nych i mo­sięż­nych ta­blicz­kach, na­wet inne echo, co bu­dziło zdzi­wie­nie, po­nie­waż wszystko tu­taj tak bar­dzo przy­po­mi­nało jego dom. Dwa pię­tra po­ko­nał ma­łymi sko­kami. Sma­żona ce­bula, brą­zowy sos, go­to­wane mleko. Do­tarł na strych, klu­czem otwo­rzył so­bie drzwi do ciem­nego ko­ry­ta­rza łą­czą­cego cały kom­pleks bu­dyn­ków - osiem ka­mie­nic w jed­nym ogrom­nym kręgu, czy ra­czej rom­bie, pod nie­bem wo­kół jed­nego po­dwó­rza - i zna­lazł się w po­nu­rym, lecz ku­szą­cym kró­le­stwie, do któ­rego nie miało do­stępu żadne dziecko.

Spa­dła na niego kur­tyna roz­grza­nego w słońcu ku­rzu, mo­no­ton­nego gru­cha­nia go­łębi oraz krą­żą­cych tam i z po­wro­tem jak nie­to­pe­rze ja­skó­łek dy­mó­wek. Za­pa­lił świa­tło i ru­szył mię­dzy drzwiami do ko­mó­rek ku na­stęp­nym ko­ry­ta­rzo­wym drzwiom, znów użył klu­cza i na­ci­snął ko­lejny włącz­nik świa­tła. Po­biegł z po­wro­tem i zga­sił tam­ten pierw­szy, orien­to­wał się po świe­tle z tych no­wych drzwi, za­mknął je za sobą na klucz i szedł da­lej do na­stęp­nych; po­wtó­rzył całą pro­ce­durę, czu­jąc lek­kie mro­wie­nie w pal­cach. Za­le­d­wie trzy lata temu od­wa­żył się tu wejść pierw­szy raz, z mi­go­czącą świecą, która za­raz zga­sła, czy­niąc tę jego próbę mę­sko­ści na tyle ciężką, że kiedy spo­cony ze stra­chu zro­bił całą rundę i zbiegł po scho­dach w naj­dal­szym krańcu, a po­tem cały i zdrowy sta­nął w słońcu na Hans Nie­lsen Hau­ges gate, po­sta­no­wił, że to się ni­gdy wię­cej nie po­wtó­rzy.

Ni­gdy wię­cej nie po­wtó­rzy się strach.

Carl wró­cił tu już dzień póź­niej po nie­prze­spa­nej nocy, bo nie da­wała mu spo­koju myśl, co z nim nie tak. On, Carl, jest tchó­rzem? Na okrą­że­nie stry­chu mógł wziąć ze sobą Olava, Vi­dara, Jana, Ro­ara, ko­go­kol­wiek... Stwier­dził jed­nak, że strach trzeba zwal­czać na wła­sną rękę. I bez świecy. Otwo­rzył klu­czem pierw­sze drzwi i od­cze­kał, aż oczy przy­zwy­czają się do resz­tek świa­tła, które ist­nieją w każ­dej ciem­no­ści. Cier­pli­wie. Nie biec. Spo­koj­nie, zde­cy­do­wa­nie, bar­dziej sa­mot­nie niż kie­dy­kol­wiek, je­den chło­piec, sam na ca­łej kuli ziem­skiej, bez żad­nego zwięk­sza­nia tempa, bez żad­nych fan­ta­zji, puls, ja­skółka na twa­rzy, to nic, a co naj­waż­niej­sze: ni­komu o tym nie mó­wić.

Za­cho­wać triumf dla sie­bie.

Długo w tym wy­trwał. Do­póki Olav któ­re­goś dnia w prze­lo­cie nie rzu­cił, że zro­bił wczo­raj rundę po stry­chu, sa­motną rundę. Carl tak samo non­sza­lancko od­parł, że on też to zro­bił, kil­ka­krot­nie, i to już dawno temu. Olav przyj­rzał mu się ba­daw­czo, za­dał kilka rze­czo­wych py­tań o drzwi, świa­tło, klu­cze i ukryte ko­miny, a Carl od­po­wie­dział na nie rów­nie rze­czowo, bez prze­chwa­łek.

Stał te­raz przed drzwiami do ko­mórki ojca Olava, Nie-Żyda, który cztery go­dziny dzien­nie pra­co­wał jako księ­gowy w mły­nie, a resztę dnia spę­dzał za tymi drzwiami z su­ro­wych de­sek na stry­chu w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, na­pra­wia­jąc są­sia­dom mniej­sze i więk­sze rze­czy; jak tkwiący w swoim er­mi­tażu pu­stel­nik, do któ­rego każdy mógł się zwró­cić, kiedy prze­cie­kał kran albo gdy trzeba było pod­ze­lo­wać but, wy­pro­sto­wać mo­siężny za­wias czy do­ro­bić nowe ucho do garnka. Nie-Żyd pra­co­wał w me­talu, drew­nie, skó­rze, far­bach, kleju i la­kie­rze, pra­co­wał we wszyst­kim, był bo­ha­te­rem co­dzien­no­ści i nie zaj­mo­wał się uwol­nie­niem na­rodu spod nie­miec­kiego jarzma, lecz sta­rał się, jak mógł, żeby na­ród ja­koś to prze­trwał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki