Niedźwiedź i zakład o przyszłość - John Ironmonger

Kup ebooka

54.90 zł
46.67 zł (37,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1Cóż to był za dzień na powrót

Cóż to był za dzień na powrót do St Piran. Lato było takie, jak je Pan Bóg zaplanował. Kornwalijskie. Słońce wisiało wysoko na błękitnym niebie, na horyzoncie majaczył ledwie ślad mgiełki. Łodzie w zatoce zdawały się oazą spokoju, niczym wysepki samotności na płaskim, wyrozumiałym oceanie. Żywopłoty ciągnące się wzdłuż całej ścieżki na klifie huczały od rojących się pszczół i mieniły się skrzydłami motyli. Kwiaty polne stały w rozkwicie. Ptaki zajmowały się swoimi sprawami, czyli śpiewaniem. Wysoko ponad tym wszystkim unosiły się mewy srebrzyste, jakby zarządzały wydarzeniami poniżej, pełnym głosem wykrzykując spod niebios rozkazy. Jeśli powiał wietrzyk, to łagodny, niosący słone, świeże zapachy znad oceanu. Był to taki dzień, jaki może zapisać się w pamięci pod hasłem "idealny letni dzień".

Tom Horsmith, w wieku dziewiętnastu lat i jedenastu miesięcy, w ostatnich godzinach nastoletniego okresu swojego życia, ubrany w nowe dżinsy poszarpane na kolanach oraz T-shirt żółty jak słońce, przybył do wioski piechotą. Na ramionach miał plecak, a na nogach miękkie, skórzane buty. Przyszedł ścieżkami wzdłuż klifów, cztery mile od przystanku autobusowego w miasteczku Treadangel, a każdy krok wydawał się magiczny, jakby ziemia z trudem zachowywała dla siebie swoje skarby i była zmuszona podzielić się każdym nowym zapachem, brzęczeniem każdego owada i melodyjnym głosem każdego ptaka.

Wielkie miasto odziera człowieka z tych przyjemności, pomyślał Tom. Wysyła do podziemi. Wciska w nienaturalne przestrzenie, wydziela powietrze i zmywa kolory przyrody. Na ścieżce wzdłuż klifów trzeba uważać na każdy krok. Droga się wije, są skały i korzenie, stopnie do pokonania, przełazy do wspinania, strome urwiska i widoki zapierające dech w piersiach. A w mieście każdy krok jest taki sam; po prostu idziesz. Czekasz na światłach. Przechodzisz. Przemykasz między ludźmi, unikając spojrzenia obcych. Zerkasz w witryny sklepów. Idziesz. Krajobraz dźwiękowy miasta stanowią silniki samochodów, syreny i klaksony. I ludzkie głosy. A tutaj, pomyślał Tom, tu są tylko mewy.

Jak dobrze było wrócić.

Spod bramy gospodarstwa Corina Magwitha Tom dostrzegł wioskę; skupisko szarych, krytych łupkiem dachów, część zwrócona w jedną stronę, część w drugą, niczym dziecięce klocki po wybuchu histerii lub resztki wraku statku, rozrzucone i pozostawione na krańcu zatoki po wielkim sztormie. Pobielone domy. Szare, kamienne ściany. W porcie tylko trzy łodzie. Małe łódki. Ale była akurat środkowa faza w cyklu pływów. Inne statki pewnie wypłynęły w morze w poszukiwaniu ławic. Tom osłonił oczy dłonią i spojrzał dalej. Tam, za cyplem, znajdował się mały kecz Daniela Robina, łatwy do rozpoznania dzięki przedniej sterówce i czerwonej farbie. A dalej na horyzoncie - czy to nie ta nowa łódź Petera Shaunessy'ego? Piranesi? "Najlepsza łódka na wodzie", mówił Benny Shaunessy. Z tej odległości trudno było stwierdzić. Może znajdę pracę u Petera i Benny'ego, pomyślał Tom. Lato na łodziach nie wydawało się zbytnią udręką. Nie, kiedy pogoda była taka jak teraz. Mógłby łowić ryby. Mógłby wciągać sieci i obkładać ryby lodem. Mógłby pomagać z wciąganiem lin, zwijaniem i noszeniem.

A może znajdzie jakąś łatwiejszą pracę w wiosce. Gdzie trzeba mniej nosić. Jakąkolwiek. To tylko na trzy miesiące. Jego ostatni rok na uniwersytecie zacznie się w październiku. Nabrał głęboko w płuca haust ciepłego, atlantyckiego powietrza. A może w ogóle nie musi pracować. Jeszcze. Przez jakiś czas. Miał trochę skromnych oszczędności. Może mógłby się nacieszyć światłem słonecznym. Oszczędzać pieniądze. Mógłby siedzieć z książką na falochronie. Spać na słońcu. To by nie był zły sposób na spędzenie lata.

Zamknął bramkę na pole i ruszył ścieżką w dół, w stronę St Piran.

2Krąży wiele legend...

Krąży wiele legend na temat wioski St Piran; tak wiele, że czasami trudno odsiać prawdę od bajki. Są w wiosce (na przykład) ludzie, którzy mówią, że prastare kamienne głazy wyznaczające dwa końce falochronu to doczesne szczątki rybaków, Johna Brewstera i Matthew Treverrana, którzy zostali zamienieni w kamień (i słusznie) za to, że grali w kości w niedzielę. Inni opowiadają, że same mury falochronu to nic innego jak otwarte ramiona stukacza - kornwalijskiego demona z kopalni cyny w Botallack - który utonął w wodach Zatoki Piran, uciekając przed Świętym Michałem po gwałtownej kłótni przy kartach. Takie właśnie opowieści usłyszysz, jeśli będziesz spędzać czas w tej wiosce, jeśli masz uczciwą twarz i cierpliwość słuchać. W tej społeczności wciąż są tacy, którzy do dziś dnia chowają w trumnie bliskiej osoby ciało koguta. Ptak ożyje na tamtym świecie, a jego widok przypomni Świętemu Piotrowi, jak wyparł się Chrystusa, bo to właśnie kogut piał, kiedy Piotr dopuścił się tego śmiertelnego grzechu. Wspomnienie to oraz towarzyszący mu wstyd skłoni świętego do wyrozumiałości, kiedy będzie sądził zmarłego. Tak wygląda logika. Nie jest niczym niezwykłym, że kornwalijskie wioski trzymają się takich tradycji, ale St Piran, można by uznać, ma ewidentnie więcej zwyczajów niż większość z nich. W każde Boże Narodzenie wioskowe dzieci idą w paradzie pod górę przy świetle świec, pod ogromną kukłę wieloryba. Dzieje się to, powiedzą, na pamiątkę człowieka, który uratował wioskę przed jedną z wielkich pandemii, kiedy został zniesiony na plażę na grzbiecie wieloryba.

To czcze opowieści, te opowiadane w St Piran historie. Niektóre, jak opowieść o rybakach zamienionych w kamień, dotyczą krótkich wydarzeń. Można było być w St Piran w dniu, kiedy do nich doszło, a mimo to ich nie zauważyć. W jednej chwili John i Matthew, grający w kości rybacy, byli żywymi ludźmi. W następnej stanowili głazy podpierające falochron. Nikt, o ile wiemy, nie był tego świadkiem. Inne historie toczą się tygodniami. A nawet miesiącami. No i jest też historia zakładu i niedźwiedzia. Był taki czas, kiedy znał ją każdy człowiek na świecie. Albo chociaż jej fragment. Powiedzą ci, że ma ona coś wspólnego z jakimś niedźwiedziem. I ma. Ale to St Piran. Tu właśnie zaczęła się ta historia, tu również się skończyła. A tutejsi ludzie mają swój własny sposób opowiadania historii. Więc dla nich ta historia jest być może najdziwniejszą opowieścią ze wszystkich. Rozgrywa się nie na przestrzeni dni (jak mogły być może sugerować gazety) ani tygodni czy miesięcy, lecz dziesiątek lat. To historia ludzkiego życia. Martha Fishburne opowiadała fragmenty tej historii uczniom szkoły w St Piran i w swoim czasie niektórzy z nich spisali te kawałki, które zapamiętali. Charity Limber, która sprzątała w Marazion House, dużą część tej historii usłyszała od Monty'ego Causleya i wszystko opowiedziała Jeremy'emu Melonowi, który część opowieści spisał, ale tylko część, bo nie dożył do jej końca. Są zdjęcia, jeśli będzie ci zależało na tyle, by poszukać ich wystarczająco intensywnie, oraz bardzo dużo artykułów w starych gazetach, a nawet jeden czy dwóch starszych mieszkańców, którzy być może coś pamiętają. Powstały nawet film i sztuka, a większość szkolnych podręczników do historii z tego okresu oraz encyklopedii online zawiera taką czy inną wersję wydarzeń. Ale nic z tego nie pozwoliło rozwinąć się tej historii w pełni. I być może właśnie dlatego w St Piran wciąż snuje się te opowieści. Śniegu nie było w wiosce od pięćdziesięciu lat, może dłużej, ale jeszcze dziś żyją mieszkańcy, którzy w czerwcu wystawiają w oknach śnieżynki, a robią to, jak mówią, na pamiątkę zakładu i niedźwiedzia.

Było to dawno temu. Minęło ponad osiemdziesiąt lat, odkąd Tom Horsmith, wciąż tylko nastolatek, wszedł na rynek z plecakiem na plecach i uśmiechem na twarzy. To jego nazwisko miejscowi pamiętają, jeśli w ogóle pamiętają jakieś nazwisko. Ale każda opowieść w takiej wiosce jak St Piran ma swojego bohatera. W wielu występuje też jakiś czarny charakter. Czasami się mylą. Gdyby w tej lodowej historii był jakiś czarny charakter, moglibyśmy równie dobrze poznać go teraz. To w końcu jego nazwisko pamięta reszta świata, a duża część tego świata to jego uznaje za bohatera. Po prawdzie to wcale nie był czarnym charakterem. Nie do końca. Nie był też prawdziwym mieszkańcem wioski. Był przybyszem. Najeźdźcą. Nazywał się Monty Causley.

Był Kornwalijczykiem, ale nie, jak powiedzą ludzie, Kornwalijczykiem z St Piran. Mówią, że pochodził z Lostwithiel, gdzie jego rodzina produkowała cydr, chociaż niektórzy uważają, że pierwotnie wywodził się z Bodmin, a jego fortuna wzięła się z cyny. Nieważne. To on był właścicielem domu Marazion House na nabrzeżu, a Marazion House odgrywał kluczową rolę w tej grze losowej, która miała toczyć się w opowieści o zakładzie i niedźwiedziu. Dom był najbardziej imponującą budowlą w wiosce. Kamienny budynek, będący częścią samej geologii zatoki, wyglądał tak, jakby organicznie wyrósł ze ścian samego klifu, niczym coś w rodzaju sztucznej reorganizacji skalnej ściany, niezupełnie pionowy, nie do końca poziomy, budynek, który nigdy nie widział ołówka architekta ani sznurka pionu, tylko jakimś cudem wyewoluował fragmentami, kawałek tu, drugi kawałek tam, aż niczym starszawy krewny stał się ponadczasowym elementem portu. Imponujący. Fascynujący. Być może był pierwszym domem w St Piran. Nikt tak naprawdę nie wiedział. Może za nim znajdowały się jaskinie przemytników, zakopane głęboko wewnątrz klifu, skrywające dawno utracone skarby. Taki to właśnie był dom. Tajemniczy. Dom, który nie snuł żadnych opowieści. Zdawał się zajmować niebezpieczną strefę między morzem a lądem, nienaturalnie nisko jak na budynek na nabrzeżu, wyrzeźbiony z głazów, które mogły być skamieniałymi szczątkami grających w kości rybaków. Stał w małej, własnej zatoczce, jedyny budynek u szczytu żwirowej plaży, niewiele szerszej niż on sam. By dotrzeć do frontowych drzwi, trzeba było zejść tuzinem schodków na kamienną ścieżkę biegnącą wzdłuż plaży, a stamtąd wspiąć się po sześciu schodkach na ganek. Nikt obecnie nie zaprojektowałby takiego domu, ale Marazion stał w sprzeczności ze wszystkimi zasadami dobrej architektury. Kamienne ściany były poczerniałe ze starości, pozieleniałe od porostów, dziobate od maleńkich pąkli i nigdy tak naprawdę nie wysychały. Drobna mgiełka wody z fal przypływu oraz południowe wiatry i oceaniczne szkwały wspólnie nadały ścianom połysk.

Kto buduje dom tak blisko wody? Kiedy nadchodziły pływy syzygijne, morze prawie podchodziło pod frontowe drzwi. Podczas tych sporadycznych przypływów zdarzało się, że nie można było wyjść z domu i udać się do wioski bez zmoczenia sobie stóp. Schodki bywały śliskie po burzy, ale dom na pewno zbudowali mistrzowie kamieniarstwa, bo zimowe sztormy przychodziły i odchodziły, letnie słońce paliło, fale oceanu lizały próg domu i wycofywały się, a Marazion House stał niezmieniony, niewzruszony, nieporuszony, wraz ze wszystkimi swoimi niewypowiedzianymi sekretami. Mewy siadały na dachówkach tak, jakby dom stanowił po prostu kolejną ścianę urwiska i jakby tu właśnie wyewoluowały; a z dachu jednym skokiem i nurem mogły rzucać się w wody portu w czasie przypływu po szprotki, krewetki i porzucone frytki. Rynny i ściany domu nosiły ślady mewich ekskrementów, na całym obwodzie, jakby rozlała się farba.

Monty Causley był trzecim Causleyem, do którego należał Marazion House. Przed nim właścicielem domu był jego ojciec, a jeszcze wcześniej dziadek. Ale nie sprawiło to, że Monty, jego rodzice lub dziadkowie stali się prawdziwymi mieszkańcami St Piran. Nikt tak naprawdę nie mieszkał w Marazion House. Byli to nieobecni właściciele, wciąż obcy w wiosce. Dom stanowił co najwyżej kryjówkę przy okazji sporadycznych letnich wizyt, rzadko wykorzystywany i odległy dom wakacyjny. Poza tym stał pusty. Monty wynajmował go letnikom. Dwa tysiące czterysta funtów za tydzień zarabiał dom w środku lata. Tysiąc funtów za tydzień poza sezonem. Być może mógłby zarabiać więcej, gdyby znajdował się w jednym z popularnych ośrodków wakacyjnych, takich jak na przykład St Ives czy Porthcurno, czy nawet Newquay, gdzie surferzy wydłużali sezon; ale St Piran było trochę za daleko od ośrodków turystycznych, trochę zbyt trudno się tu było dostać. Wioska znajdowała się na końcu wąskiej drogi i nie miała innego wjazdu ani wyjazdu (pomijając ścieżki na klifach i morze). Przez większość zimowych miesięcy dom stał ciemny i niezamieszkały, zamknięty i zabarykadowany przed sztormami. A wiosną lub jesienią czasem trafiał się pusty tydzień, kiedy nikt go nie zarezerwował, i w te tygodnie, od czasu do czasu, Monty Causley wraz ze swoją żoną Carys przyjeżdżali z Londynu i parkowali na nabrzeżu.

Był skąpy. Tak mówili o Montym ludzie w Stormy Petrel Inn, gdzie miejscowi rozsiadali się pod koniec dnia, by umilić sobie wieczór dużym cydrem. Był skąpy i to wystarczyło, żeby zrobić z niego czarny charakter. Był skąpy i zakład był karą za jego skąpstwo. Fakt, że pojawiał się tylko wtedy, kiedy brakowało rezerwacji, stanowił dowód. Rzadko pijał w Petrel. Nigdy nie zamawiał kawy w kawiarni przy porcie. Rzadko ulegał pokusie kornwalijskich pierogów z pieca czy łupacza z frytkami w bistro Kenny'ego Kenneta. Bardzo niewiele kupował w sklepie Jessie Higgs. Rzadko go widywano. On i Carys przywozili ze sobą pudło jedzenia z jakiegoś eleganckiego sklepu w Londynie i nieśli je po kamiennych schodkach, wzdłuż krótkiej ścieżki i po schodkach do domu, po czym zamykali się tam, w Marazion House, z wyjątkiem tych dni, kiedy Monty prowadził kampanię przed wyborami. Na cały długi weekend (a czasami nawet na tydzień) znikali za dużymi frontowymi drzwiami.

- Nie ma żadnego wkładu w gospodarkę wioski - mówił Jeremy Melon, nie zwracając się do nikogo szczególnego, w barze poławiaczy homarów w Petrel.

- Skarbie, on wynajmuje swój dom - odpowiadała defensywnie Demelza Trevarrick. - Jego lokatorzy wydają tu fortunę.

- Ale cały czynsz za wynajem wraca do Londynu - kontrował Jeremy. - Ani pensa dla Kornwalii.

- Jego żona kupuje papierosy w sklepie Jessie - mówił ktoś.

- Raz czy dwa.

- Od czasu do czasu przychodzi tu jednak na drinka. - Ta uwaga padła z ust Jasona Anderssena, barmana.

- Nie dość często.

Charity Limber widywała Causleyów. Była sprzątaczką w Marazion House. Przychodziła rano odsunąć zasłony i posłać łóżka. Miała dwadzieścia siedem lat, dopiero co wyszła za mąż i kipiała życiem, niczym nowy pąk wiosennego kwiecia, ale Marazion House ją przytłaczał.

- Zimno tam - mówiła klientom Petrel. - Nieprzyjemnie.

- Ale co oni robią przez cały dzień? - pytali ludzie.

- On siedzi przy biurku i ani razu nie spojrzy przez okno - odpowiadała. - Ma swoje komputery, telefony i najróżniejsze urządzenia. Telefon dzwoni od ósmej rano i od tej pory on przez cały dzień rozmawia, ma wideokonferencje albo krzyczy coś do kogoś po drugiej stronie słuchawki.

- A ona? Carys Causley?

- Ona siedzi w oknie z krzyżówką i filiżanką herbaty, ale prawie na tę krzyżówkę nie patrzy. Spogląda na morze.

Spośród nich dwojga, Monty'ego i Carys Causleyów, więcej empatii w wiosce budziła ona. Ona, Carys, przynajmniej wychodziła. Nosiła jedwabne chustki ciasno zawiązane wokół głowy, nawet na słońcu. Chodziła z pochyloną głową, jakby cały czas wiało, a jej ulubiona trasa biegła wzdłuż prawej ręki demona-stukacza do jego ramienia, a potem wzdłuż drugiej ręki, wzdłuż całego falochronu aż po czubki palców, do skały, która według niektórych była Johnem Brewsterem. I z powrotem. Czasami, kiedy była ładna pogoda, chodziła wokół cypla na plażę Piran Sands, ale jej buty nie nadawały się do chodzenia po żwirze i skałach, więc tam zawracała z powrotem do Marazion House.

W jakim wieku byli Monty i Carys? Cóż, ona była młodsza od niego. A on mieścił się gdzieś w nieodgadnionym przedziale między trzydziestką a pięćdziesiątką. Tak samo jak ona. I tylko tyle wszyscy wiedzieli. Aż do zakładu. Najwyraźniej nie mieli dzieci. A w domu nie było żadnych zdjęć. W końcu przez większą część roku była to nieruchomość na wynajem wakacyjny. Została pozbawiona jakichkolwiek osobistych akcentów. Na półkach nie było żadnych szczególnie interesujących książek. Żadnych śladów jakiegokolwiek hobby. Żadnej sztuki na ścianach, z wyjątkiem obrazków marynistycznych, które mogły pochodzić z dowolnego sklepu z pamiątkami w Kornwalii. Każdy pokój był tak samo pozbawiony duszy jak korytarz hotelowy.

- Wydawałoby się, że mógłby mieć przynajmniej wędkę - mawiał Jeremy Melon.

- Albo jacht - dodawała Demelza.

I być może właśnie dlatego Monty Causley musiał być czarnym charakterem każdej opowieści rozgrywającej się w St Piran. Nie dlatego, że był koniecznie winny jakichś niegodziwości. Nie dlatego, że był absurdalnie bogaty. Ale ponieważ wydawał się winny tak niewielu innych rzeczy. Jak mężczyzna może żyć tak anonimowo, pracować tak gorliwie oraz tak rozmyślnie trzymać się z daleka od ścieżek na klifach, punktów widokowych oraz plaż, a także tak niewiele wydawać w miejscowych firmach i do tego nie mieć jakichkolwiek przewinień? To nie wydawało się w porządku. A w St Piran, jak w wielu małych miejscowościach, panuje naturalna podejrzliwość wobec wszystkich miejscowych, którzy się wyprowadzili. Jakie mogli mieć powody?

- Nigdy nie krytykujcie lekkomyślnie ani od niechcenia cudzych przekonań - mówiła dzieciom nauczycielka, Martha Fishburne, w swojej klasie w szkole w St Piran. - Bądźcie ostrożni, bardzo ostrożni, zanim osądzicie kogoś z powodu jego przekonań politycznych czy jego Boga.

Ale ta lekcja Marthy Fishburne była chyba wskazówką, którą bywalcy Petrel przeoczyli lub zapomnieli. Bo w ich licznych oczach istniało jedno przewinienie, któremu Monty Causley był karygodnie winny. Był torysem. To jego przestępstwo.

A może jednak socjalistą? Działo się to dawno temu i chociaż wtedy te sprawy wydawały się ważne, historia bywa zagmatwana, rządy i partie często zmieniały się i zamieniały przez te wszystkie lata, a strategie polityczne po obydwu stronach przychodziły i odchodziły. Kimkolwiek był, konserwatystą czy laburzystą, ludzie nienaturalnie się tym ekscytowali i połowa bywalców baru Petrel czuła się urażona oraz miała zastrzeżenia do Monty'ego Causleya z powodu jego poglądów politycznych, a druga połowa zgadzała się z tym, ponieważ politykom, czy to z jednej, czy z drugiej strony, nigdy nie można było ufać.

- Jeśli są dwie rzeczy, które może zrobić polityk - mawiał Jeremy Melon - i jedna jest słuszna, a druga niesłuszna, to zawsze można liczyć na to, że wybierze niesłuszną.

Monty Causley, należy zrozumieć, nie był po prostu torysem. Był osłem. Nadętą, samolubną marionetką rządu, któremu nikt nie ufał. A przynajmniej był taki w oczach bywalców baru poławiaczy homarów. Był naiwnym Kornwalijczykiem, który dał się bezmyślnie uwieść władzy. Był zdrajcą klasowym.

Oczywiście prawda zawsze zawiera więcej niuansów niż plotki. Skąd ktokolwiek z nas może wiedzieć, co tak naprawdę sobie myśli jakiś polityk z wiadomości, na ile jest mądry lub głupi, jakie są jego prawdziwe wartości? Dokonujemy osądu na podstawie lojalności partyjnej, na wpół zapomnianych komentarzy z pośpiesznych wywiadów radiowych, starannie dobranych zdjęć w gazetach. Malujemy sobie obraz osoby, której nigdy nie spotkaliśmy.

- Nigdy nie oceniajcie nikogo, dopóki nie spędzicie z nim całego dnia - mówiła Martha Fishburne dzieciom ze szkoły w St Piran. - A nawet to nie wystarczy. Kiedy oceniacie jakąś osobę - mawiała - nic wam to nie mówi o tym, jaka ona jest; mówi za to wiele o tym, jacy wy jesteście.

Ale ludzka natura jest, jaka jest. Dla mieszkańców St Piran w historii zakładu i niedźwiedzia mógł być tylko jeden czarny charakter. Był to szanowny pan poseł Montgomery Hendrick Causley. Członek parlamentu z ramienia Kornwalii Południowej. Winny postawionych mu zarzutów.

3Zaczęło się od sprzeczki

Dość dobrze wiemy, kiedy rozpoczęła się historia zakładu i niedźwiedzia. Zaczęła się od sprzeczki w Stormy Petrel Inn. Panowało kornwalijskie lato. Plaże były zatłoczone, a restauracje tętniły życiem. Pensjonat w St Piran, prowadzony przez Mosesa i Hedrę Penhallowów, ponownie otworzył podwoje jako hotel, The Fin Whale Hotel, z restauracją na parterze, obsługującą klientów w ogrodzie oraz na zewnątrz, na nabrzeżu portowym. W miejscu dawnej stacji pakowania ryb otworzyło się bistro The Beachcomber, a jego właściciel, Kenny Kennet, z braku miejsca w środku znalazł przestrzeń na stoliki i krzesła wzdłuż nabrzeża i często były one zajęte. Pub Petrel zareagował na tę nową modę na jedzenie al fresco własnymi stolikami i nikt jeszcze nie uzgodnił, gdzie powinna znajdować się granica między stolikami poszczególnych lokali, dlatego hotel, pub i bistro przepychały się w walce o miejsce i niewielu biesiadników kiedykolwiek miało jasność co do tego, które stoliki należą do której firmy. Po prawdzie ani pub, ani bistro czy hotel nie mogły sobie pozwolić na to, by jakiekolwiek niesnaski przeistoczyły się w spór publiczny z obawy, że mogłoby to doprowadzić władze hrabstwa do zakwestionowania, czy stoliki na nabrzeżu w ogóle są dozwolone. Tego nikt by nie chciał. Zapanował więc łatwy rozejm i latem na nabrzeżu portowym panował taki sam gwar jak na włoskiej piazzy, a amatorzy kawy i piwa oraz głodne rodziny czaili się w ładną pogodę dookoła w oczekiwaniu na stolik, zlatując się jak mewy do resztek frytek, kiedy tylko pojawiły się jakieś miejsca. Dawny gabinet lekarski przy Fish Street mieścił teraz lodziarnię. W jednym z domów rybackich na nabrzeżu sprzedawano pierożki z pieca. U szczytu Piran Walk znajdowała się budka oferująca rybę z frytkami. "Z dzisiejszego połowu", głosiły napisy reklamowe na czarnych tablicach rozstawionych na rynku. Małe St Piran, które od tak wielu wieków stanowiło senną, zapomnianą osadę na czubku hrabstwa Kornwalii, latem stało się eleganckim ośrodkiem. Naturalnym zapachom wodorostów, starego błota, oceanicznej mgiełki i ryb towarzyszyły teraz nowe zapachy piekących się ciabatt, cheeseburgerów i latte. Wąska dróżka wijąca się przez cztery mile od drogi z Treadangel do Penzance korkowała się z powodu liczby przyjeżdżających i wyjeżdżających samochodów. Rada hrabstwa wycięła w żywopłotach i łaskawie wyasfaltowała nowe mijanki, a podczas spotkań konwojów samochodowych niezgrabnym manewrom cofania do najbliższej z nich towarzyszyła atmosfera ogólnej życzliwej wesołości. W końcu była to Kornwalia. Takich rzeczy należy się spodziewać. Każdy był czymś zajęty. Każdy zarabiał. Rybacy sprzedawali ryby restauracjom. Mleczarz sprzedawał mleko lodziarni. Sklep z rękodziełem sprzedawał miejscowe dzieła sztuki i znaleziska wyrzucone przez morze na plażę. Maleńka osada odkryła handel i teraz, od Wielkanocy do pierwszych czerwonych liści jesiennych, aż huczała od aktywności odwiedzających.

W letni wieczór z trudem dostawało się nawet stolik w barze poławiaczy homarów w Petrel. Mniej więcej dzień po powrocie Toma do wioski on i Benny Shaunessy stanęli w barze ze swoimi drinkami, nie mogąc znaleźć miejsca dla dwóch osób.

- Nie powinniśmy narzekać - powiedział Benny. - To dobrze dla gospodarki.

Z kącika baru pomachał do nich jakiś mężczyzna w średnim wieku, w wyblakłej marynarce w paski, próbując zwrócić na siebie ich uwagę. Towarzyszyła mu kobieta z czupryną siwiejących loków, utrzymywanych w ryzach za pomocą czerwonego beretu. Mężczyzna wyglądał jak przesadnie wystrojony komentator wyścigu wioślarskiego Oxford-Cambridge. Kobieta przypominała starzejącą się nestorkę wybiegów paryskich.

- Czy to Jeremy Melon? - zapytał Tom.

- I Demelza. Zdaje się, że znaleźli nam stolik - powiedział Benny. Złapał swojego drinka i zaczął przebijać się przez ciżbę wieczornych gości.

- Zaraz zwolnią się cztery miejsca - powiedział Jeremy, wskazując głową w stronę grupy młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej zbierali się do wyjścia.

- Skarbie, jak wspaniale cię widzieć! - powiedziała Demelza. Wylewnie ucałowała Toma w policzek, po czym ostentacyjnie odsunęła go na odległość ramienia, by mu się przyjrzeć. - Niesamowicie wyrosłeś. I jesteś bajecznie przystojny. - Wślizgnęła się na miejsce zwolnione przez jednego z wychodzących gości, ledwie jego siedzenie zdążyło je opuścić. Poklepała miejsce obok siebie, zachęcając Toma, by się tam wcisnął. - Jak długo cię nie było? - zapytała.

- Dwa lata. Oprócz sporadycznych wizyt u Babci.

- Dwa lata, dobry Boże! - westchnęła Demelza. - I z kaczątka zamieniłeś się w łabędzia. To po prostu nie fair, prawda, Jeremy? To, że młodzi mężczyźni pojawiają się w wiosce w ten sposób, przypominając całej reszcie z nas o naszym rozpaczliwym skoku na główkę w królestwo zgrzybiałości, nie mówiąc już o naszym kurczącym się libido.

- W rzeczy samej - powiedział Jeremy.

- Nie zmieniłaś się ani na jotę, Demelzo - rzekł Tom ze śmiechem.

- Do tego nauczył się pochlebstwa - jęknęła Demelza. - Jaka nadzieja pozostaje biednym kobietom z St Piran z takim stworzeniem wśród nas? Jeremy! Załatwisz nam wszystkim drinka?

Jeremy zabrał szklankę Toma.

Było to około siódmej. Albo niewiele później. O siódmej trzydzieści wypili następną kolejkę. O ósmej Demelza postawiła kolejną. Całą czwórką przegrzebali kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy do puli i znaleźli dość, by starczyło na jeszcze jedną kolejkę, a potem, co zdumiewające, na kolejną. Zdawało się, że tak właśnie należy zrobić. Demelza piła gin z butelkami toniku i plasterkami ogórka. Jeremy zaczął od piwa, ale pęcherz w średnim wieku może znieść tylko określoną liczbę kufli, teraz więc sączył szkocką z lodem. Młodzi mężczyźni pili cydr. Był to mętny cydr, popularny w Petrel. (Historia, którą opowiadał Jacob, właściciel, brzmiała tak, że do każdej beczki wrzucano baranią nogę i kiedy mięso się rozpuściło, cydr był gotowy do picia. Czy była to prawda? Nikt chyba nie wiedział. Młodzi mężczyźni unosili szklanki do światła, żeby zweryfikować tę hipotezę).

Noc była ciepła. Niektórzy goście baru rozproszyli się między stolikami po stronie portu, kiedy opuścili je pierwsi biesiadnicy. Trzech młodych mężczyzn z Porthcurnow, wciśniętych w narożnik, zaczęło śpiewać szanty. Jakaś kobieta siedząca naprzeciwko dołączyła do nich na skrzypcach.

Która była godzina?

Późna. Ale było lato. Ciemność jeszcze nie zapadła. W swoim narożniku baru poławiaczy homarów Tom Horsmith wraz z towarzyszami pili właśnie szóstą, a może siódmą kolejkę i jak powie ci każdy barman, ta pora w trakcie wieczoru jest chyba najbardziej niebezpieczna dla osób pijących w towarzystwie. Nie ogarnęło ich jeszcze pijackie otępienie. A zahamowania mają cienkie jak papier. Poglądy wygłasza się o tej porze głośniej. O tej wieczornej godzinie pijący (w szczególności młodzi mężczyźni) uważają, że są niezniszczalni. I tak się złożyło, że właśnie w tym niebezpiecznym okresie, akurat kiedy skrzypaczka zrobiła sobie przerwę, do baru wszedł jakiś samotny mężczyzna i próbował zwrócić na siebie uwagę barmana.

- Ooo, co za niespodzianka - oświadczył Tom, machnąwszy dłonią w kierunku nowo przybyłego i mówiąc chyba zbyt głośno, bez zastanowienia, czy jego słowa słychać przy barze. - Popatrzcie, któż to taki.

- A któż to może być?

- Nikt inny jak niegodny dostawca kłamstw i oszustw dla niemytych mas ludzkich - powiedział Tom. - Pan Marazion House we własnej osobie. Czci niegodny Montague Causley, poseł do parlamentu.

Na tym etapie naszej narracji w tylnej sali pubu Petrel zgromadziła się niezła galeria postaci, być może dobrze więc będzie trochę ich przedstawić, zanim poznamy ciąg dalszy tej historii.

Na pierwszym miejscu listy znajduje się Thomas Horsmith. Tom. Już go poznaliśmy. Urodzony w St Piran i wychowany przez babcię, Babcię Horsmith. Brat Morwenny i Connora. Sympatyczny młody człowiek. Niezbyt wysoki. Niezbyt przystojny. Niebogaty. Nieświatowy. Czyli zwyczajny, młody człowiek. Ale człowiek z ikrą. Człowiek z pasją, śmiałością, ambicjami i wiarą w siebie. Jego matka, Kelly, zmarła na depresję, kiedy Tom miał tylko sześć lat, Morwenna siedem, a Connor trzy. Tak właśnie mówił o tym Tom. Zmarła na depresję. To choroba. Ludzie na to umierają. W rzeczywistości pewnego wieczoru poszła do łóżka i połknęła garść tabletek ecstasy oraz Bóg wie ile tabletek bez recepty. Jej ciało znalazła Morwenna. Było to dawno temu. Żadne z dzieci nie miało po tym jakiejś szczególnej traumy. Nawet Morwenna. Obecnie Tom ledwie już pamiętał matkę. Nie pamiętał tamtego poranka. Pamiętał za to pogrzeb w kościele w St Piran, wysoko na wzgórzu z widokiem na wioskę, w wietrzny poranek z mewami krążącymi wokół grobu.

Ojciec Toma był podobno rybakiem z Newlyn. Nie było go już na scenie. Cała trójka dzieci przyjęła nazwisko matki - Horsmith. Żadne z nich nie wiedziało chyba dokładnie, kto był ich ojcem ani czy mieli tego samego ojca, czy wcale nie, a Babcia nigdy nie była pomocna, jeśli chodzi o szczegóły, a może ona też nie wiedziała. Jakkolwiek było, żadne z dzieci, ani Tom, ani Morwenna, ani Connor, nigdy nie podjęło wysiłku, by się nad tym zastanawiać.

Na tym etapie historii Tom był studentem University College London. Dwa lata studiów już zaliczył. Został mu jeden rok. Nauki przyrodnicze. Trudny temat. Ale Tom - jak wynika z każdej znanej nam opowieści - był inteligentnym, młodym człowiekiem. Obiecującym. Dobrze sobie radził. Londyn, można by pomyśleć, nie jest aż tak daleko od St Piran. Pięć czy sześć godzin pociągiem do Penzance, godzina autobusem do Treadangel oraz jeszcze godzina dwadzieścia minut nadbrzeżną ścieżką do wioski. Podróż długa, ale nie trudna. Dlaczego Tom nie został u siebie i spędzał wakacje w St Piran? Cóż, takie sprawy są często skomplikowane i tak też było w przypadku Toma. To prawda, że w Londynie mógł znaleźć dobrze płatną pracę dorywczą. W St Piran już nie bardzo. Nawet w trakcie semestru praca kelnera w knajpce w Covent Garden mogła mu dać dwa razy tyle, ile mógłby zarobić w bistro Kenny'ego Kenneta Beachcomber na nabrzeżu. A każdy funt, którego zarobił w Londynie, to dodatkowy funt dla Babci i rodzeństwa, bo Babcia Horsmith rzadko czuła się na tyle dobrze, by pracować. Tom był więc w ciągu dnia studentem, w porze lunchu i wieczorami kelnerem, w weekendy dostawcą pizzy, a od czasu do czasu barmanem i zmywaczem kieliszków, jeśli harmonogram mu pozwalał. Miał budzik nastawiony na szóstą rano i plan dnia, w którym każda minuta była uwzględniona i starannie wykorzystana. O dziewiątej, powiedzmy, wykład na temat mechanizmów odkształcania skał magmowych, o dziesiątej kolejny na temat warunków sedymentacji i zapisu geologicznego, chwila na szybciutką kawę ze znajomymi i o jedenastej trzydzieści pędził już wzdłuż Charing Cross, by dotrzeć do Brasserie St George, zanim pojawili się pierwsi klienci na lunch. "Dla pani tarta z serem pleśniowym z Leicestershire, pieczony pasternak, sałatka z jabłkiem i orzechami, a dla pana duszony irlandzki udziec jagnięcy z grzybami portobello, walijska grzanka i podsmażana rukola. Dwa kieliszki Medoc i woda gazowana. Jakieś przystawki?" Potem z powrotem na kampus, na ćwiczenia praktyczne o drugiej trzydzieści z szacowania zasobów mineralnych, trwające przez resztę popołudnia, co zostawiało mu poniżej godziny, by złapać coś do jedzenia w kuchni swojego mieszkania, lawirując pomiędzy kilkorgiem studentów wszystkich (i żadnych) ras i płci, którzy się tam kręcili, uciąć sobie piętnastominutową pogawędkę, w pięć minut przebrać się w czystą koszulę, słuchając piosenki nowej, skandynawskiej grupy, którą po prostu musiał poznać, a potem zamknąć drzwi sypialni i otworzyć laptopa. Dwadzieścia minut na maile i media społecznościowe, czterdzieści minut klepania sześciuset słów wypracowania na temat wulkanów i ich wpływu na klimat, dopóki alarm nie kazał mu się ruszyć. I ruszał! Z mieszkania niedaleko stacji King's Cross do Brasserie St George w Covent Garden szło się trzydzieści cztery minuty. Idąc, nadrabiał SMS-y na telefonie. Zakładał trzydzieści sześć minut, na wypadek gdyby wszystkie światła były czerwone. "Tom! Spóźniłeś się". "Nie, proszę pana, jestem punktualnie". I oto są. Pierwsi goście na kolacji przed teatrem. "Dobry wieczór, jestem Tom. Będę dziś państwa obsługiwał. Czy życzą sobie państwo menu?"

W dniu swoich dwudziestych urodzin Tom był jeszcze ciągle w budowie, pełen potencjału, a kto wie, jakie cnoty lub przywary mogą się ujawnić?

Numer dwa na naszej liście osób do przedstawienia przed utarczką w Petrel to miejscowy przyrodnik, dr Jeremy Melon. Jeremy miał czterdzieści dziewięć lat, kiedy doszło do tej utarczki. Nie był, należy koniecznie stwierdzić, mężczyzną szukającym konfrontacji, dlatego jego udział w sporze był raczej do niego niepodobny. Można by powiedzieć, że przemawiał przez niego alkohol. Jeremy był takim człowiekiem, który normalnie raczej postarałby się wyjść wcześniej, by uniknąć jakichkolwiek nieprzyjemności, zamiast zostać i zmierzyć się z sytuacją. Był człowiekiem, który z reguły szukał łatwego życia. Uciekł do St Piran dwadzieścia trzy lata wcześniej. Nie wybrał tej wioski. Nie znalazł jej na mapie. Po prostu pewnego wieczoru wsiadł do samochodu i jechał, aż skończyła mu się droga. To skomplikowana historia. Ale taka jest większość historii. Był wcześniej nauczycielem - wykładowcą - na uniwersytecie w Leeds i cóż, był taki student, dość przystojny koleś, a Jeremy trochę za bardzo się przywiązał, sprawy jakoś potoczyły się same i w końcu Jeremy wylądował w samochodzie, we łzach i w drodze na południe. Przez lata, które minęły od tamtej pory, szczegóły tego incydentu zostały na szczęście zupełnie zapomniane, nawet przez samego Jeremy'ego, i o wydarzeniach, które doprowadziły go do wioski, rzadko kiedy wspominano. "Nigdy nie oglądaj się wstecz", mawiał Jeremy. I nigdy tego nie robił. Znalazł sobie swego rodzaju niszę, pisząc książki o historii naturalnej, wpisy do encyklopedii i oceniając wypracowania studentów dla amerykańskich koledżów. Zarobki miał niskie, ale wydatki też. Malował akwarelowe obrazki przedstawiające kraby, homary i mieszkańców skalistych sadzawek, a Kenny Kennet sprzedawał je w swoim sklepiku z rękodziełem na nabrzeżu. Więc dawał sobie radę.

Ale ponieważ życie rzadko zapewnia komukolwiek z nas zupełnie pozbawioną zmartwień egzystencję, wydarzenia sprzysięgły się, by dostarczyć Jeremy'emu Melonowi obfite źródło zmartwień w postaci Demelzy Trevarrick. Stanowili dziwaczną parę. Jeśli w ogóle byli parą. Jeremy zawsze wykazywał dość płynne preferencje, jeśli chodzi o sypialnię, a upodobania samej Demelzy były w tych sprawach równie zmienne, co wynikało z dość hippisowskiego stylu życia, do którego aspirowała, oraz zawodu pisarki romansów. "Robię to w celach badawczych, rozumiesz", mruczała sugestywnie do każdego mężczyzny lub kobiety, którzy mogliby dać się przekonać do czegokolwiek zbliżonego do intymnego uścisku. Demelza urodziła się i wychowała w St Piran, chociaż nikt nie miał pewności, gdzie właściwie spędziła lata kształtowania się osobowości. Była nieobecna w wiosce przez większość trzeciej dekady życia i niemal całą czwartą, a czasami nawet po czterdziestce znikała na miesiąc, dwa miesiące lub cały sezon. Ale zawsze wracała. "To miasteczko - mawiała - nigdy nie pozwala ci odejść". Śmiechem zbywała pytania dotyczące swojej przeszłości: "o wiele zbyt ponura, żeby się nią dzielić", dawnych miejsc zamieszkania: "wszędzie, skarbie, z wyjątkiem Truro", oraz tego, czy kiedykolwiek była zamężna: "nie spodziewasz się chyba, że będę pamiętać każdą kartkę, którą mogłam kiedyś podpisać". Jej powieści, chociaż rozgrywały się głównie w Kornwalii, często obejmowały lokalizacje na południu Francji, spotkania w Rzymie czy Mediolanie, a fabuły nieraz dryfowały w kierunku czegoś, co jej wydawca nazywał "pesymistycznym krańcem spektrum romantyzmu", gdzie główny bohater znajduje miłość i podczas wielkiego finału tragicznie ją traci, godząc się w zamian na samotne życie. Nie mieszkali razem - Jeremy i Demelza - chociaż ich domy znajdowały się w odległości zaledwie krótkiego spaceru; ale rzadko widywano jedno bez drugiego. Czyli samotne życie może było dla Demelzy wyborem, a może i nie. I kto wie, co się działo w sypialni któregokolwiek domku przy Fish Street? W takie rzeczy lepiej nigdy nie wnikać.

A więc jeszcze jedna osoba i wprowadzenia będziemy mieli z głowy. Benny Shaunessy. Przyjaciel Toma. W podobnym wieku. Młody mężczyzna tak różny od Toma, można by pomyśleć, jak to tylko możliwe w tej wiosce. Podczas gdy Tom był już prawie Londyńczykiem, niemal mieszczuchem, Benny rzadko znajdował powód, by wyjechać dalej niż do Treadangel. Był synem rybaka, wnukiem rybaka i morze miał wpisane w DNA. Gdyby prześledzić historię jego rodziny, znalazłoby się pewnie kolejnych Shaunessych wyciągających sieci na pokład łodzi i dotarło do samego Noego. Podczas gdy Tom był chudy, Benny był krępy i barczysty. Tom był niespokojny, Benny opanowany. Spokój wręcz z niego promieniował. Potrafił przez cały dzień stać za sterem łodzi i nie nudzić się ani przez chwilę. Tom z kolei zacząłby się wiercić już po dziesięciu minutach. Chodzili w szkole do tej samej klasy, Benny i Tom, odkąd mieli po pięć lat, przez całą podstawówkę, a potem do liceum w Treadangel, i dopiero wtedy, kiedy nauka po raz pierwszy zaczęła nabierać powagi, pojawił się między nimi pewien rozdźwięk. Ale kiedy jest się przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi, takie rzeczy mają bardzo małe znaczenie. Tom spędzał nad książkami więcej czasu niż Benny. To była ta prosta różnica. Tacy właśnie byli. Benny obserwował świat przez okno sali lekcyjnej. Śledził mewy na niebie, aż zniknęły mu z oczu nad cyplem Piran Head. "Benjaminie Shaunessy, czy byłbyś tak miły, żeby zaszczycić nas swoją obecnością?", mówiła nauczycielka. Ale było to trudne. W swojej głowie Benny ciągle słyszał morze. Pod twardym, szkolnym siedziskiem wyczuwał ruch fal. Wznoszenie się i opadanie oceanu. Czuł zapach mgiełki wodnej. Dlatego też tak powoli, że aż z trudem się to dostrzegało, krok po kroku Benny zostawał w tyle, a Tom cisnął naprzód. Nieważne. Absolutnie nieważne. Nauka to tylko jeden ze sposobów zarabiania na życie. Jest wiele innych. A czy ktoś kiedyś słyszał o czytaniu książek na morzu? Ale takie braterstwo, jakie powstaje, kiedy mężczyzna ma przyjaciela z dzieciństwa, przetrwa wszystkie rozłamy. Benny Shaunessy był tak samo wiernym i lojalnym przyjacielem jak każdy, którego Tom mógłby poznać w mieście. Mogli nie widywać się miesiącami, ale pięć minut z cydrem w barze Jacoba Anderssena wystarczało, żeby odłożyć na bok jakąkolwiek obcość, która mogła pojawić się podczas rozłąki. Byli przyjaciółmi. To wystarczało. Benny miał iść do pracy na łodzi swojego ojca. Wszyscy o tym wiedzieli. Tom Horsmith miał iść na uniwersytet i znajdować inne sposoby zarabiania pieniędzy, aż pewnego dnia, niezadowolony i zawiedziony, być może wróci do St Piran. A może nie wróci. Tak czy inaczej, przyjaźń miała przetrwać, a kiedy ma się dziewiętnaście lat, kogo w ogóle obchodzą takie rzeczy?

A więc to tyle. Jesteśmy w barze poławiaczy homarów w Stormy Petrel Inn i jest może jakaś dziesiąta czy jedenasta albo coś pomiędzy. Na ścianie nie było żadnych zegarów. Skrzypaczka i śpiewający wyszli gdzieś na przerwę. Wieczór zmierzał ku końcowi.

Benny miał nowy telefon. Pokazywał go Tomowi.

- Zrobię zdjęcie - mówił.

I właśnie w tej chwili do baru wszedł z dworu jakiś mężczyzna.

- Ooo, co za niespodzianka - powiedział Tom. - Popatrzcie, któż to taki.

Nowo przybyły obejrzał się, by zobaczyć, kto mówi.

- A któż to może być? - zapytał Jeremy.

- Niegodny dostawca kłamstw i oszustw dla niemytych mas ludzkich - powiedział Tom. - Pan Marazion House we własnej osobie. Nasz rzadko widywany i nigdy niesłyszany członek parlamentu: czci niegodny pan poseł Montague Causley.

Tak się właśnie zaczęło. Gdyby tylko nie było wpół do jedenastej w nocy. Gdyby nie znaleźli pieniędzy do puli. Gdyby w cydrze nie było baraniny. Gdyby Tom siedział zwrócony twarzą w drugą stronę.

Monty Causley jakby urósł na dźwięk tej obelgi, wyciągając szyję niczym urażona gęś. Na moment zamarł w tej pozycji, z zaciśniętymi ustami, wystawionym podbródkiem i ogniem w oczach.

Czas zwolnił. Ze środka baru rozpłynęła się wokół dziwna cisza, tak że nawet ci imprezowicze, którzy nie usłyszeli obelgi, nagle ucichli. Kobiecy śmiech z jakiegoś dalekiego narożnika zabrzmiał dziwnie nietaktownie. Causley odwrócił się i wbił w Toma spojrzenie - i od tej chwili nie było już odwrotu. Wszystkie oczy w barze skupiły się na nich. Z barowej burdy nie da się wycofać z nienaruszoną godnością. Nie w ostatnich godzinach wieczoru.

- To bardzo poważne oskarżenie - powiedział zimno Causley. - Nazwać mężczyznę kłamcą. Prosto w twarz. Ma pan jakieś dowody na poparcie tego oskarżenia? Czy to jest po prostu czyste zniesławienie?

Wtrącił się Jeremy Melon.

- To nie jest tak właściwie zniesławienie - powiedział. - Wydaje mi się, że zniesławienie musi być spisane. Być może szuka Pan słowa oszczerstwo.

- No i on tak właściwie nie użył słowa kłamca - dodała Demelza.

- Cóż, myślę, że określenie dostawca kłamstw można uznać za synonim słowa kłamca - powiedział Causley. - Więc wychodzi na to samo. Tak czy inaczej, powinien to udowodnić lub wycofać się z tego stwierdzenia albo zobaczy się ze mną w sądzie.

Wojownicza gadka, duchota, przekonanie o własnej nieomylności i cydr. Zabójcza mieszanka. Tom podniósł się z miejsca.

- Tom, nie... - powiedział Jeremy.

- Cóż, muszę przeprosić za użycie synonimu - powiedział Tom - ponieważ powinienem był użyć o wiele bardziej dosadnego słowa.

Wskazał polityka palcem i na wpół się odwrócił, tak że zwracał się nie tylko do Causleya, ale też do większości klientów baru.

- To ten mężczyzna, który jako radny obiecywał nam codzienne połączenia autobusowe z Treadangel. Czy ktoś tu w St Piran widział kiedyś autobus? - Uniósł brwi. - Czyli kłamstwo. To ten mężczyzna, który w kampanii do parlamentu mówił nam, że doprowadzi do zniesienia ceł eksportowych na kornwalijskie ryby wysyłane do Europy. Czy to zrobił? - Odwrócił się twarzą do posła. - Zrobił pan to? Nie. Kłamstwo. I, panie Causley, zdaje mi się, że pamiętam, jak opowiadał nam pan, że jeśli pana partia zostanie wybrana, szpital wiejski w Treadangel zostanie uratowany przed zamknięciem. Jesteście przy władzy od trzech lat. Szpital został zamknięty w lutym. Kłam-stwo. Obiecywał nam pan krótsze kolejki do szpitali. Obiecywał pan nam większe ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw wiejskich. Obiecywał nam pan umocnienia brzegowe na ścieżkach po klifach. Obiecywał pan duży, nowy grant inwestycyjny dla Kornwalii Południowej. Czy słyszę "K"?

- "K" - odpowiedziało kilka głosów z baru.

- Czy słyszę "ŁA"?

- "ŁA"! - Tym razem odpowiedź zabrzmiała głośniej, bo imprezowicze w Petrel zorientowali się, co się dzieje.

- Czy słyszę "M"?

- "M"!

- "CA"?

- "CA"!

- Co nam wychodzi?

- KŁAMCA! - zakrzyknęły głosy pijących.

- Oto pana synonim, panie Montgomery Causley - powiedział Tom, machnąwszy dłonią w stronę tłumu. Wyglądał na zadowolonego z siebie. - Czy pozwie pan cały bar?

Causley wyglądał na wzburzonego.

- Żadne z tych oskarżeń nie jest w porządku - zaprotestował. - To nie były kłamstwa.

- Czyżby? - Tom rozkoszował się poparciem tłumu. - To co to było?

- Aspiracje - odparł poseł. - Problemy, o których rozwiązanie obiecywałem walczyć. Problemy, o które walczyłem. Jeśli obiecasz rodzicom zdać egzamin, to obiecujesz zrobić, co w twojej mocy. Jeśli oblejesz, to nie stajesz się przez to kłamcą. Taki jest język polityki. Obiecujesz walczyć o sprawy, które popierasz. Nie da się wygrać każdej bitwy. Pan to wie. Ja to wiem. Wyborcy to wiedzą.

Tom nie wyglądał na przekonanego.

- Czyli obiecywał pan walczyć o te wszystkie rzeczy, ale przegrał pan każdą bitwę. Czy to właśnie chce pan powiedzieć? Albo jest pan kłamcą, albo kiepskim politykiem. A jeśli obiecuje pan zdać wszystkie egzaminy i obleje wszystkie po kolei, to czy to nie zaczyna wyglądać jak kłamstwo? - Zerknął na tłum.

- KŁAMCA! - odpowiedział mu okrzyk. - KŁAMCA.

Causley się najeżył.

- Jaką to szczególną relację masz pan z prawdą, która daje panu prawo wytykać mnie palcami? - oburzył się. - Ciężko pracuję na rzecz tego okręgu wyborczego.

- Zarabia pan fortunę dzięki interesom rodzinnym w North Sea Oil - powiedział Tom, ignorując ripostę Causleya. - Utrzymuje pan dom tutaj, apartament nad rzeką w Londynie i willę we Włoszech... a więc trzy domy... a spędza pan tu co, tydzień rocznie? Dwa?

- Moja praca jest w Londynie.

- A pana wyborcy w Kornwalii. Jakież to niewygodne. Ale ma pan słuszność. Złamane obietnice nie czynią pana kłamcą. Co najwyżej człowiekiem niegodnym zaufania. A zresztą, wie pan co? Żadna z tych rzeczy mnie nie obchodzi. Nie obchodzą mnie pana złamane obietnice. Obchodzi mnie tylko to jedno wielkie kłamstwo, które pan ludziom opowiada. Największe kłamstwo ze wszystkich.

W Stormy Petrel dało się słyszeć, jak tłum zbiorowo wstrzymuje oddech. Poczucie, że ta mała barowa sprzeczka za chwilę przeniesie się poziom wyżej.

- Neguje pan zmiany klimatu, panie Causley! - Tom dźgnął palcem powietrze w kierunku mężczyzny. - Sprzedaje pan bardzo niebezpieczne kłamstwo. Zaprzecza pan istnieniu zmian klimatycznych.

Na te słowa na twarzy Causleya zamiast grymasu pojawił się szeroki uśmiech. Ucieszyło go to oskarżenie. Zaśmiał się głośno i dość niezręcznie, po czym zrobił dwa kroki w kierunku Toma, tak że dwaj mężczyźni stanęli twarzą w twarz.

- A więc o to chodzi? W całej tej przemądrzałej aferze o prawdę i kłamstwa? Całym tym bełkocie o połączeniach autobusowych i rybach? Uraziłem pana drogocenne uczucia, bo mówię prawdę o zmianach klimatu?

- Nie mówi pan prawdy. Opowiada pan kłamstwa.

- Ooo... tak mi przykro. - Ton głosu Causleya był teraz sarkastyczny. - Czyżbym przyłapał biedny, delikatny płatek śniegu w trudny dzień? Nie potrafi pan poradzić sobie z odrobiną dyscypliny intelektualnej zastosowanej do pana ukochanych przekonań, nie zniżając się do tanich obelg ad personam? A może wszyscy mamy wielbić bożyszcza wokizmu, globalnego ocieplenia i wymierania bez zadawania pytań?

Siła tej reakcji najwyraźniej odebrała Tomowi Horsmithowi część energii. Jakby przełknął ślinę, a Causley skorzystał z tej przerwy, by powiększyć swoją przewagę.

- Ja nie zaprzeczam nauce, młody człowieku. Wie pan, czemu zaprzeczam? Nieuwzględnianiu niuansów. Upraszczaniu spraw złożonych. Temu właśnie zaprzeczam.

Może gdyby Monty Causley na tym poprzestał, wszyscy wróciliby na swoje miejsca, rozzłoszczeni i trochę posiniaczeni, ale w większości nieporuszeni. Godność zostałaby zachowana. Tłum w Petrel wróciłby do poważnej sprawy wypicia jak największej ilości trunków przed sygnałem do zamknięcia baru, a incydent zostałby szybko zapomniany. Ale Causley był członkiem parlamentu z ramienia Kornwalii Południowej. Prowadził debaty z najlepszymi. Krzyżował werbalne szpady z premierem i parował pytania Nicka Robinsona w BBC. Mógł zrobić z tego młodego karierowicza miazgę i zamierzał dokładnie pokazać zgromadzonemu towarzystwu, jaki potrafi być niszczycielski. I może dobrze by było przypomnieć, że zaprzeczanie zmianom klimatu, obecnie rzadko spotykany punkt widzenia, był w tamtych czasach dość powszechny w barach i salach obrad. Nawet amerykańscy prezydenci miewali takie poglądy. "Nie wierzę w to", brzmiały słynne słowa pewnego prezydenta, zapytanego o raport klimatyczny. Pewien rosyjski przywódca publicznie deliberował nad tym, że zmiany klimatu może nie będą dla jego kraju takie złe. "Dwa czy trzy stopnie by nie zaszkodziły", powiedział. "Będziemy mniej wydawać na futra, a zbiory zbóż wzrosną". Z takim wsparciem na wysokim szczeblu Monty Causley był całkowicie pewny swego stanowiska.

- Nie powinien pan próbować się kłócić, jeśli nie zna się pan na nauce - warknął ostro i pogardliwie. - Podam panu pewien drobny fakt, żeby mógł pan sobie pójść i się nad nim zastanowić. Wulkany. Wie pan, co to jest wulkan, prawda? Takie sterczące coś z dymem wylatującym z czubka. - Zaśmiał się z własnej błyskotliwości. - A więc czy wie pan, ile jest na świecie czynnych wulkanów? - Przerwał, by podkreślić swoją argumentację. - Dziesiątki tysięcy - powiedział. - Dziesiątki tysięcy wulkanów buchających dwutlenkiem węgla. Dzień w dzień. Dziesięć razy tyle CO2, ile cała ludzkość, z naszymi ciężarówkami, samochodami i elektrowniami, produkuje co roku. Proszę więc wrócić do swojej bańki i skupić się na łowieniu ryb, czy co tam pan robi, a mnie zostawić w spokoju, żebym mógł wypić swojego drinka.

To mówiąc, Causley dał krok w tył. Z jego punktu widzenia było już po kłótni. Na ustach błąkał mu się uśmiech. Może wyobrażał sobie, jak goście baru opowiadają tę historię swoim rodzinom po powrocie do domu. "Causley rozniósł go na strzępy", powiedzą. "Aż zabrakło mu języka w gębie".

Niestety dla Monty'ego Causleya po siedmiu kuflach cydru Jacoba Anderssena Tom Horsmith miał jeszcze trochę języka w gębie. Kiedy Causley się odsunął, Tom ruszył za nim i przycisnął posła do baru.

- Nigdy w życiu nie słyszałem bardziej idiotycznych błędów - powiedział. Mówił podniesionym tonem. - Tak się składa, że wiem, co to są wulkany, panie Causley. Jedną rzecz powiedział pan dobrze. To są sterczące cośki z dymem wylatującym z czubka. Ale nie mamy dziesięciu tysięcy aktywnych wulkanów. Aktualnie erupcję przechodzi czterdzieści sześć. Czterdzieści sześć. W zeszłym roku wybuchły pięćdziesiąt trzy. W całej historii ludzkości znanych było pięćset sześćdziesiąt wulkanów i każdy z nich ma swoją nazwę. A w epoce holocenu, która sięga mniej więcej jedenastu tysięcy siedmiuset lat wstecz, było tysiąc czterysta trzynaście wulkanów. A więc nie dziesięć tysięcy, panie Causley. Czterdzieści sześć. A wie pan, ile dwutlenku węgla emitują do atmosfery? Mniej więcej od dwustu do trzystu milionów ton rocznie. To całkiem spora liczba. Ma pan rację. Ale ludzkość pompuje do atmosfery sześćdziesiąt pięć milionów ton dziennie. Dziennie! Wyprzedzamy wulkany w ciągu zaledwie trzech dni. - Tom bojowo dźgnął Causleya palcem w mostek. - Nie powinien pan próbować się kłócić, jeśli nie zna się pan na nauce - powiedział.

Na tę uwagę spośród otaczających ich biesiadników dobiegł zachęcający okrzyk. I tym razem Tom powinien był chyba zostawić sprawę w spokoju. Ale jeszcze nie skończył.

- Świat się ociepla. Pokrywa lodowa topnieje. W ciągu pięćdziesięciu lat - powiedział - pański drogocenny Marazion House znajdzie się pod wodą.

Causley, który po tej litanii faktów Toma Horsmitha ledwo się trzymał, teraz chwycił się tej przepowiedni, by odzyskać trochę utraconego terytorium.

- Nie ma szans - prychnął. - Moja rodzina słyszy to od lat, a ja rzadko kiedy mam choćby kroplę wody powyżej frontowego schodka. Chyba że podczas naprawdę wielkich pływów.

- Dobra, to może się założymy? - powiedział teatralnie Tom. Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy wciąż może liczyć na aprobatę tłumu. - Założę się, że za pięćdziesiąt lat od dziś w czasie przypływu nie będzie pan w stanie usiąść w swoim salonie i się nie utopić.

Causley się zaśmiał.

- To ma być zakład? Jeśli chcemy się zakładać, to ktoś musi coś wygrać, a druga strona musi coś przegrać. Inaczej to nie będzie prawdziwy zakład. - Pochylił się w stronę młodszego mężczyzny. - Coś panu powiem. Moglibyśmy zrobić z tego prawdziwy zakład, jeśli pan chce. Mamy dziś przesilenie letnie. Tak się składa, że są też moje czterdzieste urodziny. Za pięćdziesiąt lat, jeśli dożyję, będę miał dziewięćdziesiąt. W moje dziewięćdziesiąte urodziny w czasie przypływu przesiedzę godzinę w moim salonie w Marazion House. Jeśli będzie znajdował się pod wodą, to utonę. Ale pan też musi wziąć na siebie takie ryzyko, młody człowieku. Więc jeśli ja przeżyję obiecane przez pana podniesienie poziomu wód, to pan musi zaryzykować to samo. Czyż to nie jest sprawiedliwe? Musi pan wejść do morza i się utopić.

- Nie rób tego, Tom! - To Jeremy się odezwał. Podszedł do młodego mężczyzny i położył mu dłoń na ramieniu. - Zostaw go w spokoju.

- Nie! - Tom strząsnął rękę Jeremy'ego. - Przyjmuję zakład. - Uśmiechnął się młodzieńczo. - To bardzo dziwny zbieg okoliczności. Mamy urodziny tego samego dnia, panie Causley. Kończę dwadzieścia lat. Dzisiaj. W przesilenie letnie. Więc za pięćdziesiąt lat będę miał siedemdziesiątkę. A pan dziewięćdziesiątkę. I jeśli pan się nie utopi, to ja to zrobię.

Minęła chwila. W barze panowała prawie zupełna cisza.

Z rogu pomieszczenia dobiegł głośny dźwięk gongu.

- Ostatnie zamówienia, proszę państwa! - zawołał Jason Anderssen.

Monty Causley wyciągnął rękę.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - powiedział.

Dłoń Toma uniosła się, by odwzajemnić uścisk.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin również panu, panie Causley - rzekł. - Jestem Tom Horsmith.

- Mów mi Monty - odpowiedział starszy mężczyzna.

Na chwilę nawiązali kontakt wzrokowy.

- Stawiam drinka - powiedział Causley.

- Dla mnie gin z tonikiem - zawołała Demelza.

Ktoś w barze zaczął klaskać.

- Zamawiajcie, co chcecie - odezwał się Causley. - Równie dobrze mogę postawić wszystkim.

I ta chwila zgody i życzliwości powinna być może stanowić zakończenie tego incydentu, po czym wszystko powinno było zostać zapomniane, a szczegóły zakładu stać się mętnym wspomnieniem po nocy ostrego picia. Tyle że kilka chwil wcześniej Benny Shaunessy wcisnął przycisk w telefonie.

- Wszystko nagrałem - powiedział. - Dla mnie jeszcze jeden cydr.

A podczas gdy tłum cisnął się wokół baru po drinki, Benny Shaunessy jeszcze kilka razy postukał w ekran.

- Wrzuciłem to do internetu - powiedział.

Ale nikt chyba go nie usłyszał. I tej nocy nikt z tłumu w Stormy Petrel nie zaszczycił zakładu ani jedną myślą.

Do północy jednak post Benny'ego został skopiowany i udostępniony trzydzieści jeden razy.

Do rana stał się prawdziwym fenomenem.