Niedotlenienie. Opowieść o naszych niemieckich babkach - Marta Hożewska

-
Proszę czekać

Wstęp

Mama nie znała dobrze języka, więc w domu rozmawiali z tatą po niemiecku. A babcia Lina w ogóle nie rozumiała polskiego. "Ona musi mówić po polsku" - denerwował się ojciec. Wieczorami, po powrocie z pracy, brał mnie na barana i jeździł ze mną po mieszkaniu, śpiewając Wio koniku, a jak się postarasz. Żebym się jakoś z tym polskim osłuchała.

Andrzej, mój starszy brat, który chodził już do szkoły, też mnie poduczał. Wcześniej cienko znał polski, oj, cienko, ale ponieważ był pupilkiem mamy, rodzice posłali go na korepetycje. Mnie nie. Mną nikt się nie przejmował. Tylko babcia Lina rozumiała, przez co przechodzę. Ale ona jedna nie mogła mnie nauczyć tego języka.

Kiedy miałam pójść do pierwszej klasy szkoły podstawowej, mówiłam już po polsku, ale nie za dobrze. Przez wakacje godzinami ćwiczyłam przed lustrem terkoczące "r", żeby nikt nie powiedział o mnie "szwabka".

NIKT! NIKT! NIKT!

Rozumiesz?

Byłam małą Niemeczką, której największym lękiem było to, że ktoś zwróci uwagę na jej akcent. Miałam kilka lat, a już wtedy wiedziałam, że być Niemką to nic dobrego.

Na szczęście w szkole trafiłam na życzliwych nauczycieli. Byłam grzeczną dziewczynką ze złotymi warkoczami, która nikomu nie zawadzała, a mój brat to już w ogóle służył za wzór dla innych uczniów. W książkach, które dostawał jako nagrody na koniec roku, pisano: "Andrzejowi, perle naszej szkoły...". Tacy z nas byli dobrzy Niemcy.

Pierwszy rok przeżyłam.

*

To wszystko wina babci Liny. Tej kochanej, dobrej babci Liny. Gdyby nie ona, Anna nie urodziłaby się w wałbrzyskim Sobięcinie i nigdy nie musiałaby uczyć się wymowy polskiego "r". Gdyby babcia, jak wielu Niemców, wyjechała po wojnie na Zachód, życie Anny potoczyłoby się zupełnie inaczej. Byłaby Niemką w Niemczech mówiącą po niemiecku. Z koleżankami na podwórku bawiłaby się bez strachu, że usłyszą obcy akcent. Bez wstydu zapraszałaby je do domu. Jej tożsamość byłaby jasno określona, a życie prostsze.

Wałbrzych widziany z lotu ptaka, 1975 r.

Ale babcia Lina nie wyjechała. W Wałbrzychu urodziła swoją jedyną córkę Ruth, a ona urodziła tu Annę. Trzy pokolenia kobiet. Trzy pokolenia Niemek. Lina - Ruth - Anna. Żyły, dorastały, uczyły się, pracowały, kochały i zawiera­ły przyjaźnie w Polsce. A jednocześnie każda z nich wiedziała - i czuła bardzo dotkliwie, każda na swój sposób - że jest nie u siebie. Choć przecież ich rodzina żyła tu od pokoleń. Los sprawił, że ich historia rozegrała się w tym górniczym mieście, które po drugiej wojnie światowej decyzją wielkich tego świata znalazło się po przeciwnej stronie polsko-niemieckiej granicy. Dla jednych były to "Ziemie Odzyskane"*. Dla innych "Ziemie Utracone" albo "Ziemie Zabrane". Czym były dla Liny, Ruth i Anny? Czy da się to wyrazić?

Wyobrażam sobie, że to tak, jakby ktoś odciął ci tlen. Zmiana kompletnie niezauważalna, dalej mieszkasz przecież w swoim domu, z pozoru nic się nie dzieje, a jednak czujesz, że się dusisz. Wszystko wokół zaczyna wirować, chcesz wziąć oddech, ale tracisz orientację i nic z tym nie możesz zrobić. Nic. Skupiasz się tylko na tym, by przetrwać.

Wychowałam się w tym samym mieście co Anna, ale dopiero po wielu latach zdałam sobie sprawę, jak różne to były miejsca dla niej i dla mnie. Jako potomkini Kresowiaków wiem dobrze, co to tęsknota za utraconym. Wiem, co to znaczy kurczowo trzymać się tradycji, gdy ona jako jedyna łączy z miejscem, które zostało tak daleko, że to aż przeobraziło się w mit. Ale czy można tęsknić, gdy nigdy się nie wyjechało? Czy można czuć nostalgię za tym, co nieutracone?

Chociaż obie urodziłyśmy się w Wałbrzychu w podobnym czasie i uczęszczałyśmy do tego samego liceum, nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy. A nawet gdybyśmy się wtedy poznały - czy Anna zdradziłaby mi sekret swojego pochodzenia? Czy opowiedziałaby mi, jak uczyła się polskiego "r"? Czy wyznałaby, że zamiast chodzić do przedszkola, odwiedzała z babcią Liną cmentarz ewangelicki, by pielęgnować groby tych, których rodziny wyjechały na Zachód? Dzisiaj może mi o tym opowiedzieć, choć robi to - wciąż! - nie bez pewnego lęku.

Słucham tej opowieści o trzech pokoleniach kobiet z Wałbrzycha z zaciekawieniem i niedowierzaniem. Słucham tak, jak się słucha historii o tajemniczych, ukrytych lądach. Nie do wiary, że tyle lat tu mieszkałam, nie mając pojęcia, że wśród moich sąsiadów, koleżanek i kolegów są oni - Niemcy, którzy zostali.

* Zdecydowałam się na użycie cudzysłowu w celu podkreślenia propagando­wego charakteru tego określenia [jeżeli nie wskazano inaczej, wszystkie przypisy dolne pochodzą od autorki].

Lina

Lina urodziła się w 1897 roku w Nieder-Hermsdorf*, czyli dzisiejszej dzielnicy Sobięcin, która wtedy była jeszcze osobną miejscowością w powiecie Waldenburg (dzisiejszym Wałbrzychu). Dziewczynka przyszła na świat w wielodzietnej ewangelickiej rodzinie Spillmannów. Była najmłodszym dzieckiem Karoline (z domu Lerche) i Augusta. Rodzice ślub wzięli w Hohen­friedebergu (Dobromierzu), ale wszystkie ich dzieci pojawiły się na świecie już w Hermsdorfie, gdzie zapewne August Spillmann znalazł się z powodu łatwo dostępnej pracy.

Lina miała pięcioro rodzeństwa - Idę, Marthę, Reinholda, Fritza i Richarda. Od najstarszej siostry dzieliło ją kilkanaście lat. Na zdjęciu z czerwca 1911 roku wygląda niezwyk­­le dojrzale jak na czternastolatkę. Właśnie ukończyła pobliską siedmioklasową ewangelicką szkołę powszechną** i przystą­piła do konfirmacji, czyli uroczystego obrzędu wyznania wiary i ślubowania wierności Kościołowi.

Lina Spillmann w dniu konfirmacji

Lata dziecięce Liny przypadły na czas rozkwitu Hermsdorfu. Od XVI wieku eksploatowano tu nisko zalegające złoża węgla kamiennego. Rozwój górnictwa i otwarcie linii kolejowej sprawiły, że wioska licząca w 1846 roku niecały tysiąc mieszkańców stała się tętniącym życiem miasteczkiem. Sześć szybów - niemiecką nazwę miejscowość wzięła właśnie od jednego z nich, szybu Hermann - toczyło na powierzchnię grudy czarnego złota, z komina cegielni ulatywały nad okolicę chmury pyłu, a do uszu mieszkańców raz po raz dobiegały huki z nieodleg­łego kamieniołomu. Działała tu jedna z największych kopalń zagłębia prowadzona przez przedsiębiorstwo węglowe Vereinig­­te Glückhilf-Friedenshoffnung. Przemysł potrzebował siły roboczej, więc w okolicy osiedlało się coraz więcej pracowników wraz z rodzinami. Na zachodnim krańcu miejscowości władze kopalń wraz z prywatnymi właścicielami wzniosły całe osiedle domów górniczych, a od 1898 roku do Wałbrzycha można było dostać się tramwajem i zapewne Lina niejeden raz do niego wsiadała, żeby znaleźć się w centrum nieodległego miasta. W 1910 roku społeczność Hermsdorfu liczyła już ponad jedenaście tysięcy obywateli.

Na widokówkach i fotografiach z przełomu XIX i XX wieku Sobięcin prezentuje się jednak nie jak ośrodek przemysłowy, ale raczej jak letnisko albo urocze górskie uzdrowisko. Zresztą pod koniec XIX wieku rzeczywiście snuto plany nadania mu statusu uzdrowiska. Pod względem "miejskości" zabudowy nie ustępował samemu Wałbrzychowi.

Świadectwo ukończenia szkoły przez Linę

*

Sielską młodość Liny przerwał wybuch pierwszej wojny światowej. Była młoda i zakochana w ślusarzu z Glatz (dzisiejszego Kłodzka), który pracował w kopalni w Sobięcinie. Spillmannówna miała wówczas skończone siedemnaście lat, on o pięć więcej. Ale z Liny nie była żadna trzpiotka. Całą wojnę cierpliwie czekała na swojego Franza, z którym zaręczyła się, nim ten wraz z ponad tysiącem mężczyzn z Herms­dorfu wyruszył na front***.

* Pisane także jako Nieder Hermsdorf lub Niederhermsdorf, w skrócie często Hermsdorf.

** Evangelischen Volksschule Nieder-Hermsdorf Kreis Waldenburg. Na terenie Dolnego Śląska istniały także szkoły ludowe (elementarne) i katolickie, jednak to właśnie ewangelickich było najwięcej, ponieważ to wyznanie dominowało wśród społeczności.

*** W czasie pierwszej wojny światowej do wojska wzięto 1250 mężczyzn z Sobięcina.

Franz

W domu Anny najcenniejszą rodzinną pamiątką z okresu wojny są pocztówki słane do "Fräulein Liny Spillmann" z różnych zakątków Europy. Franz używał kurrenty, czyli pisma gotyckiego, które wyszło z użycia osiemdziesiąt lat temu i które niewielu potrafi dziś odczytać*. Zapewne nie kłamał, że miłe listy od narzeczonej sprawiają mu ogromną radość, lecz sam był dość oszczędny w słowach. "Jak tylko będę mógł, będę pisał do Ciebie" - zapewniał na pocztówce wysłanej w 1915 roku, na której dwóch niemieckich żołnierzy stoi wśród obsypanych białym kwieciem drzew. "Pozdrowienia z okazji Zielonych Świątek", głosi nadruk na pogodnym niebie.

Na kartce wysłanej do Liny rok później widnieje rynek francuskiego miasteczka okupowany przez niemieckich żołnierzy. "St. Quentin. Rathausplatz" - czytamy na odwrocie i wiemy już, że Franz był w północnej Francji. Pisał, że został przeniesiony z czwartego eskadronu do drugiego i choć jest "zdrów i wesół", nie może jeszcze dostać urlopu. Niedługo później trafił do francuskiej niewoli.

Gdy w końcu wrócił z wojny wycieńczony i chory, był cieniem dawnego siebie. Chociaż i tak miał szczęście - trzystu dziesięciu mężczyzn z Sobięcina zginęło, a wielu innych odniosło rany. Franz natomiast już w marcu 1918 roku stanął z Liną na ślubnym kobiercu. Wychudzony, ale w wojskowym mundurze.

Pocztówka z Francji wysłana przez Franza
Lina i Franz Frankowie z gośćmi w dniu ślubu

Walka na froncie i niewola sprawiły, że zmienił poglądy na wiele spraw. Nie widział już dla siebie miejsca w Kościele ewangelickim, który w czasie wojny gorliwie zachęcał żołnierzy do walki i popierał "wojnę sprawiedliwą". Franz, wiedziony pacyfistycznymi pobudkami, postanowił przystąpić do Świadków Jehowy. Nie spodobało się to - rzecz jasna - pobożnym sąsiadom. Gadali, że Franke przeszedł na "kocią wiarę". On się jednak nie ugiął. Może tylko bardziej zamknął się w sobie. Całe dnie spędzał na studiowaniu Biblii, słuchaniu radia i pielęgnowaniu ogrodu. Właściwie zajmował się tylko tym i własnym zdrowiem, a mimo to do końca życia nie udało mu się pozbyć przywie­zionej z tułaczki gruźlicy.

Ze skromnej wojskowej renty Franza nie dało się utrzymać rodziny, więc ten obowiązek spoczął na Linie. Przez lata prowadziła sklep kolonialny, w którym pracowała do późna. Na szczęście nie brakowało jej klientów. Wpadali po dobry tytoń i wyśmienite czekoladki. Największy zarobek dawali jednak ci, do których sama woziła zamówione towary. Wózeczkiem zrobionym przez Franza transportowała masło, ciemne jak noc holenderskie kakao, aromatyczne ziarna kawy, bialutki ryż, wianuszki fig, przepyszne śledzie i wiele innych delikatesów "zamorskiego" pochodzenia. Dzięki temu oboje mogli wieść w miarę spokojne, drobnomieszczańskie życie, a w domu zawsze było drogie wówczas gute Butter, czyli prawdziwe, dobrej jakości masło - jak wierzono, doskonałe remedium na gruźlicę.

* Kartki przetłumaczył Piotr Retecki.

Walterek

W lipcu 1921 roku przyszedł na świat Walterek, pierworodny syn Liny i Franza. Cóż to był za chłopczyk i jakaż to była radość! Miał śliczne blond loki i słodką buzię. Istny aniołek! Znał go cały Sobięcin. Ciotki - siostry Liny - prześcigały się w kupowaniu mu zabawek. Jeszcze nie umiał chodzić, a już obdarowały go konikiem na biegunach. Zresztą kto go nie rozpieszczał? Wszyscy byli nim zauroczeni. Nawet sąsiedzi - także ci, którzy kręcili nosem na kocią wiarę Franza.

Mały Walterek, oczko w głowie całej rodziny, na swoim koniku na biegunach. Obok niego Lina Franke w białej bluzce

Walterek często bawił się z innymi dziećmi na podwórku. Pewnego jesiennego dnia 1924 roku już z daleka dostrzegł, że Hauptstrasse nadchodzi jedna z sióstr jego mamy. Podbiegł natychmiast do cioci, by go przytuliła i dała mu buziaka. A może i coś słodkiego? Ciocia sięgnęła do torebki, ale zamiast cukierka wyciągnęła pół marki. Wręczyła ją smykowi, by kupił sobie czekoladkę. Sklep był tuż tuż, bardzo blisko, dosłownie po drugiej stronie ulicy, a ruchu przecież żadnego. Prawie żadnego.

Walterek wystrzelił jak z procy... prosto pod tramwaj.

*

Gdy Lina usłyszała tragiczną wieść o śmierci syna, straciła przytomność. Właściwie nie wiadomo, jak ustała na nogach w czasie pogrzebu. Czy wiedziała, że do trumny wsadzono sześćdziesiąt sześć części ciała Walterka? W okolicy szeptano, że Bóg pokarał Franza za przejście na kocią wiarę.

Chłopca pochowano jednak nie na protestanckim, ale na katolickim cmentarzu. Z rodzinnych dokumentów wynika, że został wcześniej ochrzczony w Kościele katolickim. Czy Lina przeszła na katolicyzm? Nie mamy żadnych świadectw potwierdzających ten fakt. Metrykę chrztu jej synka podpisał jednak znany nie tylko Wrocławianom katolicki ksiądz Paul Peikert (autor kroniki oblężenia twierdzy Wrocław), który od 1923 roku przez dziesięć lat pracował jako proboszcz w parafii w Sobięcinie.

- Myśmy pielęgnowali ten grób, ale to, co robią z nim ludzie z dzielnicy, przyjaciele i sąsiedzi, to już jest bałwochwalstwo - mówi stłumionym głosem Anna.

Akt chrztu, akt urodzenia oraz świadectwo zgonu Walterka Frankego. Środkowy dokument podpisany przez ks. Paula Peikerta

W stulecie śmierci odnowiła nagrobek Walterka - aniołka, który nie musiał stać się niemieckim żołnierzem. A pewnie by nim został, bo latem 1939 roku z Wałbrzycha i z powiatu, w związku z planowaną agresją na Polskę, powołano do wojska około dwóch tysięcy młodych mężczyzn.

W 1945 roku sąsiadki Liny, których synowie nie wrócili z wojny, powiedziały do niej: "Ty masz przynajmniej grób dziecka, a my nie wiemy, gdzie zostali pochowani nasi synowie".

Ruth

W 1926 roku pojawiła się na świecie młodsza siostra Walterka, Ruth. W przyszłości, której nikt nie był w stanie sobie wyobrazić, w polskim Wałbrzychu, zostanie mamą Anny i Andrzeja. Tymczasem od swojej matki, która wciąż po śmierci synka chodzi w żałobie, otrzymuje w dwójnasób miłość, lęk i poczucie utraty. Za siebie i za brata.

*

Nie jest to dobry czas dla Wałbrzycha. Nie jest to dobry czas dla dzieci. Światowy kryzys nie omija miasta. Po pierwszej wojnie światowej na skutek odcięcia od części rynków zbytu oraz z powodu inflacji wzrasta bezrobocie. Nawet górnicy pozostają bez pracy. Zamykane są niektóre szyby. Pogłębia się nędza w najbiedniejszych dzielnicach.

W 1925 roku na zlecenie magistratu przeprowadza się badania wśród dzieci, by poznać ich status społeczny i stan zdrowia. Wyniki okazują się szokujące i zatrważające. Większość ma niedowagę, odstają od normy także pod względem wzrostu, poza tym są nosicielami wielu chorób, przede wszystkim skrofulozy - gruźlicy węzłów chłonnych, która dotyka osoby żyjące w złych warunkach sanitarnych1.

We wrześniu 1928 roku w czasie swojej wizyty w mieście prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg wykonuje kilka pięknych gestów, obiecuje większe wsparcie i słowa dotrzymuje. Dzięki zapewnionym przez niego środkom sytuacja mieszkaniowa Wałbrzyszan faktycznie się poprawia, jednak tutejszy górnik nadal zarabia niemal dwa razy mniej niż górnik pracujący w Zagłębiu Ruhry, bo koszty wydobycia węgla na Dolnym Śląsku są ogromne, a podatki wyższe niż w innych niemieckich miastach.

Region wałbrzyski powszechnie uchodzi w Niemczech za obszar nędzy. W 1929 roku duet komunizujących twórców, Léo Lania i Piel Jutzi, kręci propagandowy reportaż filmowy na ten temat - Um's tägliche Brot - Hunger in Waldenburg (O chleb powszedni - Głód w Wałbrzychu). Rok później hrabia Alexander Stenbock-Fermor udaje się w podróż po proletariackich Niemczech i wraca wstrząśnięty. Nie może zapomnieć postarzałych i poszarzałych twarzy niedożywionych, ubranych w łachmany dzieci.

"[...] na 5854 uczniów szkół powszechnych aż 926 dzieci nie miało żadnego płaszcza, 5 dzieci żadnej koszuli, 281 tylko jedną koszulę, 1320 jedną parę pończoch, a 3 dzieci żadnych pończoch, 2239 jedną parę butów, 50 w ogóle nie miało obuwia. [...] Ze wszystkich dzieci aż 1169 było niedożywionych, co można było zauważyć, 1622 było chorych..."2 - napisze w książce Deutsch­land von Unten. Reise durch die Proletarische Provinz.

Trudno się dziwić, że największe poparcie wśród górników, robotników, drobnych wytwórców, a także ludności najbiedniejszych dzielnic i pobliskich przemysłowych miejscowości ma partia socjaldemokratyczna i to ona razem z innymi centrowymi ugrupowaniami sprawuje w mieście władzę. Sozialdemokratische Partei Deutschlands (SPD, Socjaldemokratyczna Partia Niemiec) ma w Sobięcinie zdecydowaną przewagę, a w 1928 roku Nationalsozialistische Deutsche Arbeiter­partei (NSDAP, Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) zdobywa w Wałbrzychu zaledwie dwa procent głosów. Jeszcze kilka lat później na wiec wyborczy Hitlera, zorganizowany 22 lipca 1932 roku na stadionie olimpijskim w dzielnicy Nowe Miasto, trzeba ściągać klakierów z innych miejscowości, nawet z czeskich Sudetów.

Jednak gdy Ruth zaczyna szkołę, w mieście - tak jak w całych Niemczech - rządzi już NSDAP. Na fotografii zrobionej z okazji rozpoczęcia roku szkolnego widzimy wysoką, szczupłą, jasnowłosą dziewczynkę trzymającą w dłoniach Schultüte, szkolny rożek obfitości. Jej mama włożyła do środka najlepsze sło­dycze ze swojego sklepu, pierwszy piórnik i drobny upominek. Taki sam rożek Ruth zrobi w przyszłości dla swojej córki Anny i także ją z nim sfotografuje.

Po powrocie ze szkoły Ruth całe popołudnia spędza z ojcem, którego uwielbia. Franz kupuje jej pierwsze nuty (sam nieźle gra na skrzypcach) i uczy podstaw gry na pianinie. Potem dziewczynka zaczyna chodzić na prywatne lekcje do nauczycielki muzyki. Franz wprowadza córkę również w sekrety przyrody. Razem zbierają w okolicy zioła, wspólnie pielęgnują ogród. Czasem łapią w lesie żmije i sprzedają je do apteki, by choć w małym stopniu dołożyć się do utrzymania domu.

Ruth

Pierwszego września 1939 roku fotograf robi uczniom pamiątkowe zdjęcia. Czy nastoletnia Ruth, pozując, przeczuwa, że ten rok szkolny będzie niepodobny do poprzednich? Czy wie, że wbrew przewidywaniom ojca wybuchła wojna, a większość Niemców wspiera Führera? Może zauważyła, że w czasie wakacji z sąsiedztwa ubyło mężczyzn, a jesienią, po pokonaniu Polski, w pracy zastąpili ich jeńcy?

Przemysłowy Wałbrzych był w czasie wojny miastem strategicznie ważnym. Codziennie widywano maszerujących w kolumnach cudzoziemskich robotników, których zwożono z innych krajów jako tanią siłę roboczą. Pracowali niemal we wszystkich zakładach: w fabryce Rudolpha Warmbta, która wcześniej produkowała okucia i zawiasy, a w czasie wojny amunicję, w Fabryce Octu i Spirytusu Seeligera i Kirchniawy, w fabrykach porcelany, kopalniach i w budynkach byłej drukarni Wunderlich & Co, gdzie przeniosła się zbombardowana fabryka przemysłu mechaniki precyzyjnej.

Niemcom nie wolno się było z nimi zadawać. Wszędzie na słupach ogłoszeniowych mogli przeczytać, że zostałoby to uznane za zdradę narodu niemieckiego.

*

Na zdjęciu widać, że Ruth będzie wysoką kobietą. Włożyła spódniczkę, bluzkę w kratkę, na wierzch fartuszek w kwiatki, na nogach ma podkolanówki i trzewiki. To ubranie będzie nosić dłużej, niż by chciała, bo nawet w Waldenburgu, który w międzywojniu stanowił centrum przemysłu lniarskiego, zacznie brakować tekstyliów. W czasie wojny prawie cała produkcja pójdzie na potrzeby wojska. Niezwykle trudno będzie kupić nowe ubrania, więc zręczne gospodynie zaczną przerabiać i łatać znoszone. Prasa niemiecka nie ustanie w namawianiu czytelników, by w ramach oszczędności po przyjściu z pracy przebierali się w stare rzeczy, a w kuchni używali fartucha.

Ruth Franke przed swoją szkołą w Sobięcinie, 1939 r.

W Waldenburgu i w całym powiecie, podobnie jak w czasie pierwszej wojny światowej, brakowało także podstawy niemieckiej diety - ziemniaków. Wszystko było na kartki. W kwietniu 1940 roku dodano jedną - na słodycze - dla dzieci, które nie skończyły czternastu lat. Ruth dostała ją tylko raz i było to jej symboliczne pożegnanie z dzieciństwem.

Kiedy niemieckie wojsko zaczęło ponosić porażki, wśród cywili w Waldenburgu i Hermsdorfie stopniowo narastał lęk. Coraz częściej otrzymywali urzędowe powiadomienia o ojcach i synach, którzy zginęli na froncie. Stali się bojaźliwi i ulegli, wystrzegali się wyrażania własnych opinii - widzieli, jak naziści rozprawiali się z wewnętrzną opozycją. Ukrywali więc emocje i pogrążali się w apatii. Przyjęli swój los, jakby był już przesądzony.

Tymczasem Ruth w czasie wojny zrobiła małą maturę i zaczęła pracę w banku. Poważnie myślała o przyszłości z Rudim, chłopakiem, z którym chodziła do szkoły i śpiewała w chórze. Nim został powołany do wojska i wyruszył, by w 1945 roku bronić Berlina, oświadczył jej się i został przyjęty.

Zginął po dwóch dniach walk.

- Niedawno odnalazłam zdjęcie - opowiada Anna - na którym mama idzie za jego trumną. Miał osiemnaście lat. To był w jej życiu trzeci mężczyzna, który zniknął. Najpierw brat Walterek, którego nie poznała, ale nieobecność odczuwała jak ból fantomowy, potem ukochany ojciec, no i wreszcie on, narzeczony Rudi.