Niedoręczony list - Sarah Blake

-
Proszę czekać

Dedykacja

Dla Josha, teraz i zawsze

Motto

Wojna zdarza się wszystkim ludziom i każdemu człowiekowi z osobna. Tyle mogę powiedzieć i zdaje się, że zawsze to mówiłam.

MARTHA GELLHORN The Face of War ("Oblicze wojny")

Prolog

Po wielu latach wróciłam wreszcie do Nowego Jorku. Podczas dyskusji o wojnie słuchałam niemądrych komentarzy na temat jej oczywistości i sensu. Starałam się nie zgasić papierosa, by tym samym nie dać sygnału moim rozmówcom, że czas zakończyć uroczystą kolację. Jednak tyle się teraz toczy wojen na naszych oczach i tyle się mówi o powtarzalności ich przyczyn i przebiegu (jakby wojną można było dyrygować jak utworem muzycznym), że, no cóż, wczoraj nie umiałam się powstrzymać.

- Co powiecie o naczelniczce poczty, która postanawia nie doręczyć listu? - zapytałam.

- Co za historia! - krzyknęła z zachwytem kobieta siedząca na końcu stołu w blasku świec. - Zamieniam się w słuch.

Moje pytanie wzbudziło żywe zainteresowanie. Poczta, listy napisane ręcznie, włożone do kieszeni i niedostarczone. Świetny żart! Wszystko się może zdarzyć. Rozpadnie się małżeństwo. Ktoś odwoła ślub. Światło świec przesunęło się ze sreber na oczy zebranych, szeroko otwarte na myśl o takim figlu. Biesiadnicy przerzucali się pomysłami. Ktoś nie dostał zawiadomienia od poborcy podatkowego. Ktoś inny nie otrzymał zawiadomienia o posadzie i nadal szukał pracy.

- Dzięki temu był szczęśliwy - podsunął starszy mężczyzna, uśmiechając się na myśl o takiej ironii losu.

- Czy naczelniczka przyznałaby się do tego?

- O nie - zdecydowała szybko kobieta siedząca po drugiej stronie stołu. - To by zepsuło zabawę.

- A więc zrobiła to dla zabawy? - Jej towarzysz poklepał ją delikatnie po nagim ramieniu.

- Nie. To by było zbyt banalne - oznajmił gospodarz. - Musiała w coś wierzyć. Tak jak naukowiec, który chce, żeby urządzenie przestało działać. Sabotażystka. - Między świecami posłał żonie uśmiech. - Świetna historia.

- Tylko że - wtrąciłam oschle - ona zrobiła to z zupełnie innego powodu.

Zapadła cisza.

- Chyba nie chcesz powiedzieć - rzucił ktoś - że to się stało naprawdę.

- Owszem.

- To potworne - pisnęła kobieta, która pierwsza zabrała głos. - Jeśli to prawda, to straszne i...

- Bezprawne. - Gospodarz pochylił się i napełnił jej kieliszek winem. - Kiedy to się wydarzyło?

- W czterdziestym pierwszym.

- Co takiego? - Gospodarz był wstrząśnięty.

Skinęłam głową. Moja odpowiedź tylko pogłębiła ich zdumienie. W naszych czasach każda pomyłka zostaje w mig wychwycona. Zawsze można podnieść słuchawkę i zadzwonić. Mamy faks i pocztę elektroniczną. Jednak wtedy list był często jedynym dostarczycielem wiadomości. A to dopiero, jakaś naczelniczka zabawiała się listami, pisanymi do rodziny bądź pisanymi przez rodzinę do syna, który walczył na wojnie! To się całkowicie rozmijało z naszym widzeniem tamtych czasów.

- To historia, której dotąd nie opowiedziałam.

- Bo trudno byłoby się nam z nią pogodzić? - próbował zażartować gospodarz.

- Bo mnie było trudno się z nią pogodzić - odparłam.

Dobry nastrój prysł. Gospodarz otworzył kolejną butelkę wina. Kobieta z końca stołu popatrzyła na mnie tak, jakby podejrzewała, że zmyślam. Ach, ci pisarze! Nie wolno im bezkrytycznie wierzyć.

Wszystko jedno, pomyślałam. Jestem stara i męczy mnie zadufana pewność siebie młodych. A dzisiaj wszyscy są młodzi.

Dawno temu wierzyłam, że gdyby ludzie mieli wybór, to wybraliby dobro, tak jak światło. Ufałam, że uczciwe, bezkompromisowe dziennikarstwo, które odważnie pokazuje prawdę, przyczyni się do naprawienia krzywd, wyeliminowania niesprawiedliwości, ochrony słabych i niewinnych. Na początku wierzyłam, że jeśli opinia publiczna przeciwstawi się społecznemu znieczuleniu, to zapragnie stanąć po stronie dobra, po stronie aniołów.

Jednak pisałam już o zbyt wielu wojnach - jak je siano, zasilano, jak wschodziły i rosły - żeby wierzyć w anioły, a także w promyk prawdy, który rozświetliłby ciemność. Każda opowieść - miłosna czy wojenna - jest o spojrzeniu w lewo, kiedy należało spojrzeć w prawo.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Opowiem tę historię po raz pierwszy. Zaczęłam ją pisać pod koniec lat czterdziestych, gdy wiele już wiedziałam, ale nie chcąc niczego zniekształcić, ciągle ją uzupełniałam. Moje informacje o tamtych wydarzeniach połączyłam z tym, czego wiedzieć nie mogłam. Wyobrażam sobie jednak, że tak mogło być naprawdę.

A dziewczyna, którą wtedy byłam - Frankie Bard, dziennikarka radiowa - nadal żyje na kartkach powieści, taka, jaką pamiętam z tamtych lat.

Frances Bard, Waszyngton, D.C.

JESIEŃ 1940

1

Historia zaczyna się, jak to często bywa, od tego, że kobieta postanawia uporządkować swoje sprawy.

Kilka tygodni wcześniej był szczyt sezonu letniego. Na poczcie kłębili się turyści. Iris obserwowała ich lśniące od olejku ciała i beztroską dziecinną wesołość, zastanawiając się, że jeżeli to, o czym myśli, się zdarzy, to musi być gotowa.

Powinna ofiarować Harry'emu dowód, że mimo czterdziestki, mimo że jest stara, on będzie jej pierwszym mężczyną. Zawsze bardziej ceniła słowa napisane na białej, czystej kartce niż wypowiedziane. Chodziło o...

- W porządku. - Doktor odwrócił się, żeby umyć ręce.

Dał jej tym do zrozumienia, żeby wstała i ubrała się, kiedy będzie stał tyłem do niej. Iris jednak nie pomyślała rano, żeby włożyć spódnicę. Uznała, że niebieska sukienka będzie bardziej odpowiednia na tę okazję. Choć doktor Broad bardzo dokładnie mył ręce, to i tak odwróciłby się, zanim wciągnęłaby sukienkę przez głowę. I jak by to wyglądało? Skórzana leżanka była wygodna i twarda, pachniała jak krzesła w bibliotece publicznej. Nie, nie poruszy się. Oderwała wzrok od sufitu i spojrzała na małą umywalkę, nad którą doktor mył ręce. Rzeczywiście był dokładny. Zawsze znajdzie się brud, który trzeba zmyć. A ponieważ następnym krokiem było uzyskanie zaświadczenia, najbardziej zależało jej na tym, żeby nic nie pobrudziło kartki.

Doktor wyprostował się i zakręcił kran. Strzepnął palce o umywalkę i sięgnął po ręcznik.

- Jest pani wstydliwa? - Wbił wzrok w ścianę.

- Ależ skąd!

- To dobrze - powiedział. - Zobaczymy się w gabinecie.

- Chodzi o zaświadczenie.

Doktor zastygł z ręką wyciągniętą w stronę drzwi. Spojrzał na Iris, a ona posłała mu służbowy uśmiech naczelniczki poczty; uprzejmy uśmiech panienki z okienka.

- Proszę... - Chwycił za klamkę. Zgrabnie ją nacisnął i otworzył drzwi. Poczekała, aż zamknęły się za nim cicho. Dopiero wtedy wstała. Jedną ręką trzymała spinkę, która wysunęła się z jej włosów, drugą uniosła nad czołem. Była jak po przebudzeniu, przed założeniem biustonosza i elastycznego pasa, całkowicie odprężona. W swojej sypialni nie czuła wstydu. Teraz jednak znajdowała się w samym sercu Bostonu, w budynku, którego okna wychodziły na park, we wrześniowy czwartek, w porze obiadu. Po drugiej stronie drzwi słyszała miarowe stukanie maszyny do pisania. Kiedy wychyliła się z leżanki, żeby sięgnąć po bieliznę, poczuła pod stopami chłód kafelków. Wciągnęła najpierw jedną pończochę, potem drugą i zapięła pas. Stanik, który wisiał na krześle, wycelował miseczki prosto w gabinet, jak tylne światła samochodu. Z uśmiechem włożyła go i po raz trzeci tego dnia pomyślała o Harrym Vale'u.

Usłyszała pukanie.

- Czekam.

- Jeszcze chwilę! - zawołała.

Wszystko tu było przyjazne. Doskonałe. Pan doktor mógł być dumny ze swojego gabinetu. Ciężkie zielone zasłony osłaniały wielkie okna, podłogę zaścielał szary puszysty dywan. Sekretarka pisała w kącie na maszynie. Wzięła od Iris płaszcz i powiesiła na drewnianym wieszaku. I wreszcie sam pan doktor, który był jak marzenie. Jak on te drzwi jej otworzył, jak wyciągnął do niej na powitanie ciepłą dłoń, dając do zrozumienia, żeby wstała. Zaprosił ją do gabinetu, wskazał krzesło przy dużym dębowym biurku i następnie sam usiadł. Nawet odpowiednio zaplótł dłonie pod brodą i spojrzał na nią z powagą, kiedy położyła na kolanach notes. Wspomnieli panią Salop. Wymienili grzeczne uwagi na temat kobiety, która poleciła jej pana doktora, jak znajomi, którzy wpadli na siebie w hotelu. Słuchał jej, po czym zapytał z uśmiechem, czy często bywa w Bostonie. Atmosfera nieznacznie ochłodła, kiedy Iris wyjawiła mu swoją prośbę. Nieznacznie, lecz zauważalnie. Kobieta wiedziała, że doktor zada jej pytania. Mimo przestronnego gabinetu miał ograniczoną wyobraźnię.

Z przyjemnością ją zbada, rzekł, opierając się wygodnie na krześle. Ale po co jej to zaświadczenie?

- Myślę, że każdy mężczyzna chciałby mieć takie zaświadczenie.

Chrząknął.

- Może jestem zbyt bezpośrednia - rzekła głośno Iris, obserwując, jak doktor kładzie ręce na poręczy krzesła, jakby miał za chwilę wstać.

- Zaczynamy? - Uśmiechnął się i rzeczywiście wstał, tym samym kończąc rozmowę.

Nie zdążyła odpowiedzieć.

Kiedy otworzyła drzwi jego gabinetu i wyszła z pomieszczenia, w którym ją badał, zobaczyła, jak teatralnie unosi głowę, przerywając zajęcie. Zrozumiała, że minęła okazja, żeby mu odpowiedzieć. Był bardzo zajęty, a ona była tylko jedną z wielu pacjentek.

- Proszę usiąść - rzekł.

- Czy wszystko w porządku?

- Jak najbardziej - odparł.

- Cieszę się.

Nie spuszczając z niej wzroku, podał jej kartkę, która leżała na biurku.

- Czy to wystarczy?

Wzięła od niego kartkę i przeczytała, co napisał.

Niniejszym zaświadczam, że zbadałem Pannę Iris James 21 września 1940 roku i stwierdzam, że pozostaje w stanie nietkniętym.

Nie pomyliła się co do niego. Nie poskąpił papieru. Papeteria była wyrafinowana, kremowa, o lnianej fakturze. Chociaż jej prośba nie wzbudziła w nim entuzjazmu, to zaświadczenie wykaligrafował pięknie. Może jako chłopiec zdobył nagrodę w szkolnym konkursie kaligrafii? Wcale by jej to nie zdziwiło.

- Doskonale. - Uśmiechnęła się. - Dziękuję.

- Cieszę się - odparł uprzejmie i podniósł się z krzesła. Ona również wstała i ruszyła do drzwi.

Przez chwilę stał i słuchał, jak pacjentka prosi pannę Prentiss o płaszcz i pyta o numer autobusu na dworzec. Obie kobiety miały przyjemną barwę głosu. Zazwyczaj nie zwracał na to uwagi, kiedy pracował. Drzwi się otworzyły i ponownie zamknęły. Panna Prentiss znowu zaczęła stukać na maszynie. Doktor podszedł do jednego z dwóch okien wychodzących na park. Omal nie przeoczył swojej pacjentki. Pospiesznie wyszła z budynku, przeszła na drugą stronę ulicy i znalazła się przed wejściem do parku. Szybko oddalała się w kierunku deptaku. Jakby czując na sobie jego spojrzenie, wyprostowała ramiona i podniosła głowę. Dziwna osóbka - zadumał się. Odprowadzał ją wzrokiem kilkadziesiąt metrów, dopóki nie wchłonęło jej miasto. Wrócił do biurka. Myślę, że każdy mężczyzna chciałby mieć takie zaświadczenie - oświadczyła w jego gabinecie.

Tymczasem bomby spadały na Coventry, Londyn i na Kent. Lśniące metalowe pociski w kształcie tępo zakończonych ołówków celowały w żywopłoty i dachy kryte gontem. Co to jest żywopłot? Gdzie leży Coventry? Na lekcjach historii i geografii armia Hitlera maszerowała po szkolnych mapach Europy, a w klasie obok, na lekcji angielskiego, śpiewano:

Wstanę i pójdę, pójdę,

Gdzie wyspa Innisfree,

I będzie tam lepianka

z gliny i z witek wierzb 1.

Bombowce przelatywały nad akacjami i nad Anglią śpiewającą o makolągwach i drozdach. Pojęcia traciły znaczenie. Brakowało dla nich amerykańskich odpowiedników. Rozpętała się wojna. Co to znaczy wojna? Na zdjęciach w magazynie "Life" dzieci z Coventry patrzyły prosto w oko wścibskiej kamery. Widzieliśmy je. Siedziały bez lęku w rowie wykopanym dla ich bezpieczeństwa. Dla utrzymania równowagi dwie dziewczynki w spódniczkach opierały rączki o piaszczysty rów. Był też chłopiec o nieruchomym spojrzeniu. Patrzył prosto na nas. Kołnierz jego marynarki spinała agrafka. On już był na wojnie, na którą nasi chłopcy nie pójdą. Tak nam obiecał prezydent. Mówił tak, jakby był jednym z nas, chociaż nim nie był, dzięki Bogu. Nikt tak nie uważał.

Oświadczył, że nasi chłopcy nie wezmą udziału w cudzej wojnie, i wierzyliśmy mu. Słuchaliśmy informacji o padających francuskich miastach, tak samo jak ludzie słuchają informacji o chorobach, dopóki sami nie zachorują.

Ciągle mówiono o niemieckiej inwazji. Czy Anglia się obroni? Angielskie czołgi i karabiny zostały porzucone po drugiej stronie kanału, w Dunkierce. Kiedy usłyszeliśmy, że Brytyjczycy wytoczyli armaty z British Museum i powieźli je nad Tamizę, kiwaliśmy głowami z aprobatą. Przez szesnaście dni bomby spadały na Londyn. Zatrzymywano autobusy. Niemowlęta wypadały z łóżeczek - informowano nas. Mimo to londyńczycy przekradali się nad ranem na stronę światła. Wiwatowaliśmy na ich cześć. Anglia się utrzyma. Nie było wiadomo, jak to się skończy. Na razie Buchenwald był jedynie niemieckim miastem, którego drzewa kąpały się w promieniach słońca. Auschwitz, Bergen-Belsen. To były tylko obco brzmiące nazwy. Kończyło się lato i nadal paliły się światła.

Iris znalazła pociąg jadący nad zatokę Buzzards. Z rozbawieniem patrzyła, jak worki z listami wędrują do wagonów towarowych, doczepionych z tyłu pociągu. Rzadko podróżowała z pocztą, ale czuła się wybornie, będąc pasażerką pierwszego wagonu. Gdyby mogła, zamieniłaby się na miejsca z maszynistą. Te wszystkie listy i słowa pędziły do kogoś, kto czekał, od kogoś, kto je napisał. Listy w kopertach we wszystkich kolorach tęczy, wymieszane w płóciennym worku, przepychały się i przytulały do siebie. W tym, że mogły podróżować i łączyć się z innymi myślami przelanymi na papier, tkwił głęboki sens.

Naczelnik stacji ogłosił odjazd pociągu Buffalo Express. Iris zerknęła na zegar, na którym wskazówki przyszywały jedną sekundę do drugiej. Za chwilę wsiądzie z tłumem pasażerów do pociągu i odzyska swoje imię i osobowość. Znowu będzie Iris James, naczelniczką urzędu pocztowego w mieście Franklin, w stanie Massachusetts.

Tam mieszka Harry. A siła, która sprawia, że serce Iris skacze do góry, kiedy widzi go na ulicy albo w kolejce na poczcie, staje się coraz większa. Rok temu wydawał jej się tylko sympatycznym mechanikiem. Pomógł zmienić koło albo miło pogawędził. Jednak pewnego dnia coś się zmieniło. Stał się dla niej kimś innym. Podszedł do niej niedawno w sklepie spożywczym Alden's Market. Odwróciła się do niego z puszką kukurydzy w śmietanie w jednej ręce i puszką kukurydzy bez śmietany w drugiej i uniosła obie, żeby wybrał. Patrzył to na nią, to na puszki, jakby się zastanawiał. Wreszcie wielką dłonią wskazał na puszkę bez śmietany. Skinęła głową. Pomyślała wtedy, że musiałby zadrzeć swoją, żeby ją pocałować.

Nigdy nie sądziła, że to się stanie. A jednak. Harry tak na nią patrzył, jakby dawał do zrozumienia, że coś ich łączy. I wcale się z tym nie krył. Co z tego, że Beth Alden obserwowała ich zza lady? Nieważne, że fala gorąca napływała z tyłu sklepu, stamtąd gdzie stały puszki. Iris poklepała dłonią notes. Dziwne? I co z tego? To, co wyznała lekarzowi, było świętą prawdą. Była pewna, że każdy mężczyzna chce wiedzieć, że jest tym pierwszym. Ofiaruje Harry'emu zaświadczenie, piękne i czyste jak biała suknia ślubna, na którą była za stara. Nawiasem mówiąc, wcale nie było jej do twarzy w bieli.

Iris wysiadła z pociągu w Nauset i minęła cztery ulice w drodze na przystanek, z którego odjeżdżał autobus do Franklin. Siedzący w cieniu pan Flores skoczył na równe nogi. Ruszył w jej stronę. Na szczęście zdążyła pociągnąć usta szminką i poprawić fryzurę, zanim pociąg wjechał na stację, bo uważnie się jej przyglądał.

- Dzień dobry, panno James. Jak się udała podróż?

- Dziękuję, bardzo dobrze. - Spojrzała mu głęboko w oczy, żeby, broń Boże, nie ośmielił się zadać więcej pytań.

Skinął głową i wskazał na otwarte drzwi autobusu. Iris weszła po trzech schodkach do środka, gdzie siedziała para cudzoziemców, kilka zagubionych samotnych kobiet oraz garstka mężczyzn. Idąc na tył autobusu, Iris skinęła głową na powitanie młodej kobiecie zatopionej w lekturze grubej książki. Kobieta pochylała się tak, że włosy opadały jej na twarz. Nie odwzajemniła gestu, nawet się nie poruszyła, kiedy Iris przeszła i usiadła trzy rzędy za nią.

Iris namacała w kieszeni paczkę papierosów Lucky Strike i wytrząsnęła jeden. Zapatrzyła się na ramiona pogrążonej w lekturze kobiety-dziecka. Pewnie jest uciekinierką - pomyślała, choć szatynka z włosami sięgającymi do kołnierzyka miała na sobie porządny, praktyczny niebieski kostiumik. Z pewnością taka kobietka o małym biuście wymagała męskiej opieki. Na widok mężczyzny wysoko zadzierała głowę i uśmiechała się z zachwytem jak niemowlę. Wreszcie odwróciła się, czując na sobie uważne spojrzenie Iris. Uśmiechnęła się przelotnie i odruchowo, jakby wyciągała dłoń, chcąc osłonić twarz od słońca. Iris przyjaźnie skinęła głową, wypuszczając ustami dym. Bez obawy - pomyślała, patrząc na plecy kobiety, kiedy ta się znowu odwróciła - nie gryzę. Autobus podskoczył, kiedy Flores usiadł za kierownicą i zakołysał się na siedzeniu. Silnik warknął głośno po przebudzeniu i zatrząsł podłogą pod stopami Iris.

Wroński kochał się z Anną.

Emma jeszcze raz przeczytała to zdanie, bo na chwilę jej uwagę przyciągnęła wysoka kobieta siedząca z tyłu autobusu. Czy naprawdę Tołstoj miał na myśli kochanie się? To niemożliwe. Czy pisałby o tym tak otwarcie? Przecież nie mogli tak po prostu uprawiać miłości w dziewiętnastym wieku. Na pewno chodziło o coś innego, o coś bardziej niewinnego. Emma zarumieniła się, trochę z poczucia winy. Nie chodziło o to, że uprawianie seksu nie jest miłe, ale przecież w jego wyniku przychodzą na świat dzieci. Chociaż to, co ona i Will robili w ciemności, nie miało nic wspólnego z dziećmi. Ale Anna i Wroński? Przecież byli niewolnikami konwenansów. Może to jakiś błąd w tłumaczeniu. Spojrzała na stronę tytułową, na imię i nazwisko pod Tołstojem - Constance Garnett. Chyba już wiedziała, o co chodzi. Wroński szepnął Annie do ucha czułe słówko, a panna Garnett użyła innego słowa, zmieniając różową scenę na szkarłatną. Jest pewnie żałosną starą panną, która widzi namiętność w skręconym materiale zamkniętej parasolki. Jak ta kobieta z końca autobusu.

Usiadła głębiej na siedzeniu, dzięki czemu jeszcze bardziej się wyprostowała. Była świeżo poślubioną żoną pana doktora. Miała na sobie gustowny kostium podróżny z odpowiednio dobranym szalem zarzuconym na ramiona. Wyjrzała przez okno. Odkąd dwa tygodnie temu powiedziała Willowi Fitchowi: Tak, wyjdę za ciebie. Kocham cię - bała się na niego spojrzeć. Coś trwałego, przyjemnego i zupełnie nowego pojawiło się w jakże często panującym w jej głowie zamęcie. Tak jakby głos Edwarda R. Murrowa 2, odważny, żarliwy i namiętny, naglący i intensywny, wytyczył jej szlak, który prowadził prosto do celu.

Pamet. Potem Dillworth. Wreszcie Drake. Z zamkniętymi oczami recytowała z pamięci nazwy miast znanych jej tylko z listów Willa, w których topografię jej nowej krainy wytyczały choroby jego pacjentów. Niewydolność serca. Zapalenie torebki stawowej. Poród bliźniaków w Drake, który był cudem, napisał Will, bo matka nie miała ani czasu, ani środków, żeby wyjechać z Cape.

- Czy twój Bobby kończy dwadzieścia czy dwadzieścia jeden lat? - Z zadumy wyrwał ją głos mężczyzny z przodu autobusu.

- Dwadzieścia jeden.

- Nie poślą ich. Najwyżej przeszkolą. A nawet niech tam, do diabła, zbudują parę mostów. Ale ich nie poślą.

Jego rozmówca milczał przez chwilę, wyglądając przez okno. Emma patrzyła na surowy zarys jego nosa i podbródka, jakby czekała na jakiś znak od niego. Szybko mijali drzewa rosnące przy drodze.

- Na pewno poślą - odpowiedział wreszcie, odwracając się do towarzysza.

Dobrze mi tak. Emma oparła się o siedzenie. Była zła na siebie, że podsłuchała ich rozmowę. Rano słyszała podobne zdanie i prawie udało się jej o tym zapomnieć. W Kongresie przegłosowano pobór do wojska. Młodzieńcy mieli się zgłaszać do komisji, które powstawały jak grzyby po deszczu w małych i dużych miastach. Niespecjalnie ją to obchodziło. Przyglądała się słabemu odbiciu swoich rąk w szybie. Will na pewno nie pójdzie. Tak powiedział. (Chociaż nie na sto procent - przyznała uczciwie przed samą sobą, bardzo tym zmartwiona). Nie powinien iść - zmieniła wersję. Bez wątpienia miał powód. Powoła się na choroby swoich pacjentów. Był ostatni z linii Fitchów. Jedyny lekarz na tym pustkowiu. No i właśnie została jego żoną.

Na pewno jej nie opuści. Życie każdego z nas obraca się wokół centralnego wydarzenia, które wszystko determinuje. Była zupełnie sama na świecie - dopóki nie poznała Willa. Epidemia z tysiąc dziewięćset osiemnastego roku zabrała jej matkę, ojca i brata. Umarli we śnie na hiszpankę. Tylko ona przeżyła. Zmarli tak dawno, że czasem jej się zdawało, jakby w ogóle nigdy nie żyli. Emma pamiętała dom na wzgórzu, daleko od morza, w którym się urodziła, i miasto, w którym powiewały flagi. Zdała sobie teraz sprawę, że pamięta namioty na polu, gdzie leżeli, bo szpital pękał w szwach. Jej wspomnienie o matce było związane z pielęgniarką w maseczce, która pochylała się nad kołyską i wsłuchiwała się w jej oddech.

Teraz rozpocznie się nowy rozdział. Sierota o poważnym spojrzeniu, z pieprzykiem u nasady szyi, została żoną lekarza. Ma męża, dom i miasto. Dzięki małżeństwu z Willem wyszła zza matowoszarej zasłony bezkształtnych lat, które spędziła we wspólnym pokoju na ostatnim piętrze internatu, gdzie na oparciu krzesła suszyły się pończochy. Jechała do siebie. Ćwiczyła w szybie uśmiechy. Jechała do domu. Do Willa.