Niedopowiedziane - Jarosław Prusiński

Kup ebooka

12.81 zł
10.89 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LIKWIDATOR

Za oknem listopad zmagał się z grudniem. Śnieg ustępował na chwilę deszczowi, by po chwili znowu przejść do ataku. Najczęściej jednak padała mieszanina mokrego śniegu i deszczu, pokrywając ulice brudną, topniejącą breją w akompaniamencie gniewnych pomruków zimnego wiatru.

Robert siedział przy starym odrapanym biurku pamiętającym chyba jeszcze głęboką komunę i palił kolejnego papierosa. Był już późny wieczór, wszyscy pracownicy fabryki przekładni zębatych siedzieli od dawna w swoich ciepłych domach, czytając gazety nad kolacją albo zaśmiewając się z opowieści przyniesionych z pracy. Możliwe, że śmieli się też z niego. Z małego grubego człowieczka, nie mającego nic wspólnego z poprzednim dyrektorem, zakładowym Casanovą. Był zaledwie p.o. dyrektora i został przysłany z ministerstwa, żeby uzdrowić sytuację firmy przed prywatyzacją. Co najmniej tak wszyscy sądzili. Kiedy dowiedzą się prawdy, przestaną się śmiać.

Robert był znudzony. Od lat zawsze to samo: takie same miasteczka, podobne zakłady, podobne, woskowe twarze ludzi, podobne epitety wykrzykiwane pod jego adresem, kiedy już wszystko stanie się jasne i podobne łzy kobiet. Wszystko do siebie podobne. Jakby nieustannie przeżywał jakiś pieprzony Dzień Świstaka. Wciąż to samo, ciągle te same argumenty: o chorych żonach, bezrobotnych mężach, dzieciach na utrzymaniu. Co go to wszystko obchodziło? Chcieli kapitalizmu to mają. A on przecież nie jest Bogiem, nawet nie wierzy w Boga, chociaż zaczął regularnie chodzić do kościoła. Tak wypada. Tak jak kiedyś nie wypadało. Ołtarze się zmieniają, ale wyznanie - nie. Robert był żarliwym wyznawcą. Wyznawał wiarę we władzę. Wyznawał ją za PRL, aż do czasu, kiedy go wydalono z partii za handlowanie na boku częściami zamiennymi do maszyn w fabryce, w której był sekretarzem POP i wyznaje ją teraz, za RP. A krótki pobyt w więzieniu dopisał sobie do własnej legendy - walczącego z komuną. Odsiadka za PRL była teraz złotym kluczem otwierającym wiele drzwi. Jak zdjęcie z papieżem. Pomagała też protekcja. Gdyby ten jego szwagier, poseł, bardziej się postarał, Robert wylądowałby lepiej. A tak ma gównianą robotę, grę znaczonymi kartami. Zawsze wiadomo kto zakład ma kupić i za ile. Zabawne, że kiedyś doszkalał się z technik negocjacji. On niczego z nikim nie negocjował. Grał znaczonymi kartami, to wszystko. W tej robocie dobre były tylko zarobki. Jednak nie aż tak dobre, żeby mógł to wszystko rzucić w diabły i gdzieś wyjechać. Na to nie mógł sobie pozwolić. I tak naprawdę - nie chciał. Czasem tylko, gdy jakiś fajans dzwonił do niego na zastrzeżoną komórkę i wydawał mu polecenia, każde zdanie kończąc słowem: "koleś", jakaś żyłka zaczynała mu pulsować i wtedy miewał takie myśli. Żeby to rzucić w cholerę. Ale potem mu przechodziło. Robert kochał pieniądze i kochał władzę. Choćby nawet taką mikroskopijną władzę nad życiem garstki ludzi w jakimś wydupowie. Był ich panem i władcą. Cezarem, który wskazuje kciuk do góry lub do dołu. Kimś, kto może to zrobić. I taka wyniosła Wiola z księgowości już nie będzie taka wyniosła, gdy dostanie "bilet". Będą drżały jej wargi, zaczerwieni się na dekolcie jak przy orgazmie... Może nawet złoży mu jakąś propozycję? I nie będzie wyniosła. Dotrze wreszcie do niej kim on jest. Tak, on to uwielbiał! 

IMPACT

Wtorek 1

Obudziłem się zanim budzik zdążył się rozpikolić, wwiercając w mózg swoim pikoleniem jak zardzewiałym, tępym wiertłem. Zerknąłem niechętnie, jednym okiem, na to narzędzie tortur stojące na stoliku przy łóżku. Jeszcze cała godzina. Kiedy człowiek był bardzo młody, można było spać jak kamień przez całą noc i w dodatku rano trzeba było go dźwigiem z łóżka podnosić. W wieku trochę starszym, co prawda w dalszym ciągu nie ma problemów z zaśnięciem, pomijając te wieczory, kiedy nie można zasnąć z jakiegoś powodu, kiedy jakieś dręczące myśli brzęczą jak uparta mucha, nie dając odpłynąć świadomości, ale za to trudno przespać całą noc. Często się człowiek budzi i potem leży w łóżku, przewracając co chwila na drugi bok albo wstaje i snuje się po mieszkaniu jak dusza potępiona. Zacząłem się zastanawiać, czy nie wstać tego dnia wcześniej, nie zrobić sobie kawy i chociaż raz nie biegać jak szaleniec we wszystkich kierunkach na raz ze świadomością, że nie uda mi się nie spóźnić. W takich sytuacjach zwykle się okazuje, że skarpetek jest cała szuflada, ale żadnej do pary, nie można znaleźć czystej bielizny, a koszula którą miałem założyć, chociaż wisiała w szafie, jest wymięta jak nieszczęście. Inne koszule są albo brudne albo też wygniecione i mając pełną świadomość swojej całkowitej bezsilności decyduję się w końcu na którąś z tych, co wygląda jak wyciągnięta psu z gardła, licząc na to, że marynarka zatuszuje trochę ten wygląd. Zdecydowałem jednak, że cała godzina wcześniej, to byłaby przesada i postanowiłem poleżeć jeszcze dwadzieścia minut. To leżenie musiało mnie uśpić, bo usłyszałem melodyjkę telefonu. Każda melodyjka po jakimś czasie zaczyna irytować, zwłaszcza o piątej trzydzieści rano!

- Awaria jest - usłyszałem głos Marcina. 

- No i co z tego? - spytałem otumaniony snem, nie mogąc połapać biegających bezładnie myśli.

- Pakowaczka stoi - wyjaśnił Marcin. Powiedział to takim tonem, jakby to była moja cholerna wina.

- A co ma robić? - dalej nie rozumiałem. - Biegać?

- Taaaa. Pakować powinna, a nie pakuje.

- Rozumiem - skłamałem i rozłączyłem się.

Nic nie rozumiałem. Świat realny dopiero zaczął do mnie powoli wracać, walcząc o swoje z resztkami snu. Pakowaczka tym razem. Zawsze coś się musi zepsuć, co nie dziwi w fabryce, która ma kilkaset maszyn. Jednak dziwne jest to, że najpoważniejsze awarie są w nocy albo w niedziele i święta. No i oczywiście w piątkowe popołudnia, kiedy już człowiek szykuje się do wyjścia z pracy. W piątkowe popołudnia awarie są zawsze!

Kolejny telefon złapał mnie w toalecie. To normalne, że w takiej sytuacji dzwonią wszyscy po kolei mówić mi to samo.

- Panie Pawle - kobiecy, poirytowany głos. - Pan wie, że nie możemy pakować? Pana to w ogóle obchodzi? I dlaczego pan zwleka z odebraniem telefonu? Pan myśli, że ja nie mam nic innego do roboty tylko wisieć na telefonie? Tak pan myśli?!

Nie powiedziałem jej ani jednego z tych zdań, które układały mi się w głowie. Nawet nie powiedziałem ani jednego z tych soczystych wyrazów zawierających "r", chociaż miałem wielką ochotę.

- Już jadę do zakładu, pani prezes.

- Już pan tu powinien być! - wrzasnęła i rozłączyła się.

- Panie kie-ro-wniku! Panie kie-ro-wniku! Awaria jest!

A to mi cholerna nowość! Przy bramie zakładu czekał mechanik. Miał co drugi ząb i włosy sterczące każdy w swoją stronę, jak druty. Przypomniało mi się określenie: "zęby zjadł na tej robocie". Ten je chyba zjadł dosłownie. Patrząc na niego, nie sposób było się nie uśmiechnąć.

OSADA

W stodole siedziała grupa ludzi. Jedni byli apatyczni, jakby chcieli powiedzieć: "a co mnie to wszystko obchodzi", inni przestraszeni, jeszcze inni błyskali wściekle oczami. Większość grupy stanowili mężczyźni, choć było też kilka kobiet. W tym dwie bardzo ładne. Może nawet trzy.

Zwożono ich przez cały dzień. Po dwie, cztery osoby. W kajdankach i kapturach na głowach jak skazańców. Natalię złapano w sklepie, gdy pakowała produkty do plecaka. Nie spodziewała się ludzi, tym bardziej takich, którzy zechcą zrobić jej krzywdę. Nawet nie rozglądała się na boki. Żyła od kilku tygodni w Jastarni. Była z córką na wakacjach, gdy to wszystko się zaczęło. I została tam, gdy się skończyło. Gdy nie było już ludzi, cywilizacji, transportu. Nie miała prawa jazdy, nigdy nie nauczyła się prowadzić samochodu, ale to i tak nie miało już znaczenia. Drogi były zablokowane opuszczonymi albo rozbitymi samochodami. Poza tym nie miała gdzie jechać. W Poznaniu miała tylko wynajęte mieszkanie i pracę, mąż odszedł w siną dal jeszcze przed urodzeniem małej. Pracy już nie miała, do poznańskiego ciasnego mieszkania nie tęskniła. Została w Jastarni w opuszczonym hotelu. Ona i jej pięcioletnia córeczka. Nie widziała nikogo żywego od tygodni. Tylko zmumifikowane trupy. Ciekawe, że nawet robactwo nie chciało zjadać ciał zakażanych wirusem. Znajdowała ludzi siedzących na ławkach, którzy wyglądali jak manekiny. Całkowicie zdrewniali. A może tak to działało na ludzi, że tkanka zmieniała się w coś zdrewniałego? To była jedyna dobra strona tego świństwa. Inaczej smród rozkładających się ciał byłby nie do zniesienia.

Całkowicie ją zaskoczyli. Właśnie zastanawiała się czy wziąć kilka puszek zielonego groszku, gdy mumie stojące w rogu sklepu nagle ożyły i złapały ją za ręce. Wykręciły je do tyłu i założyły na nie kajdanki. Była tak zaskoczona, że nawet nie próbowała się bronić. Także wtedy, gdy ci ludzie wepchnęli ją do furgonetki i gdzieś wywieźli. Nie bała się o siebie. I tak właściwie nie czuła się już żywa. Bała się tylko o Małą.

- Będę mówił w czasie przyszłym, choć niektóre z tych rzeczy już się zdarzyły, a inne dzieją się w tej chwili. - Niewysoki, łysiejący mężczyzna mówił cicho i spokojnie, ale jego głos był dziwnie donośny. Możliwe, że z powodu dobrej akustyki stodoły. - Wydaje się wam, że ta garstka ludzi, która pozostała po wojnie biologicznej nie ma się już czego obawiać. Sklepy są pełne żywności i wszystkich artykułów potrzebnych do życia. Myślicie, że starczy na trzy pokolenia... Nic bardziej mylnego. Pierwsze przeterminują się wyroby mleczarskie: mleko, jogurty, masło, sery białe. Równie szybko pieczywo. Dłużej będzie się nadawać mąka, ryż, kasza, ziemniaki, ale nie więcej niż rok. Podobnie sery żółte. Najdłużej wytrzymają konserwy. Dwa lata. Potem nie będzie już nic do jedzenia, co można by wziąć ze sklepu. Konserwy w dobrych warunkach mogą wytrzymać o kilka lat dłużej, ale nie w sklepach bez prądu. Po upalnym lecie wszystkie spuchną i będą puszkowaną trucizną. Jad kiełbasiany.

Pozostali przy życiu ludzie zbiją się w gromady dwóch kategorii. Pierwsza z nich to osadnicy. Ludzie ci będą tworzyć osady liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Będą hodować bydło i uprawiać ziemię tak jak my. Druga kategoria to koczownicy. Grupy, czy może należałoby powiedzieć: bandy, składające się z kilkunastu czy kilkudziesięciu osób będą włóczyły się po kraju i żywiły tym, co znajdą. Raczej nie będą stanowić zagrożenia dla osadników w pierwszym okresie. Będą zagrożeniem dla pojedynczych ludzi i małych grupek, które zapragną żyć niezależnie. Jeśli koczownicy natkną się na takich ludzi, to ich wyrżną. Młode i ładne kobiety mogą liczyć na wcielenie do grupy w roli nałożnic służącym wszystkim. Do czasu aż im się znudzą... To nie będzie długie i szczęśliwe życie.

Za dwa lata, kiedy zabraknie żywności, koczownicy zmienią taktykę. Możliwe, że będą się łączyć w większe grupy. Ich celem staną się osadnicy. Będą zabijać mężczyzn, starców i dzieci. Możliwe, że pozwolą przez jakiś czas żyć kobietom. Taką osadę będą eksploatować przez kilka tygodni lub kilka miesięcy, jeśli kobiety będą na nich pracować, ale w końcu zeżrą wszystkie krowy, kury i świnie. Wtedy ruszą do kolejnej osady. Pozostałe przy życiu kobiety zabiją albo pozostawią na śmierć głodową. Na jedno wychodzi...

- Mów dalej - powiedziała z kpiną w głosie jedna z trzech ładnych kobiet. - Nieczęsto słyszy się proroka na własne uszy.

- Wyścig z czasem już się rozpoczął - mówca skarcił ją wzrokiem. - Musimy nauczyć się sami wytwarzać żywność i wszystko, co jest niezbędne do życia. Musimy przygotować się do odparcia najazdów koczowników. Musimy nauczyć się leczenia ziołami, zanim lekarstwa się przeterminują.

- A co nas to obchodzi? - spytał jakiś rudy człowieczek z nerwowymi oczkami. - Żyjcie sobie jak chcecie.

- Nasza osada musi liczyć dwa, trzy tysiące osób, żeby spełnić swoją funkcję. Mówię o minimum. Idealna liczebność powinna wynosić między pięć a dziesięć tysięcy. Inaczej nie oprzemy się koczownikom i zginiemy. Dlatego ściągnęliśmy was wbrew waszej woli, żeby wam to wyjaśnić. Od kilku tygodni patrolujemy najbliższe okolice w poszukiwaniu niedobitków.

INWAZJA

Ten, który stał przede mną jeszcze przed chwilą miał długie jasne włosy. Teraz stał skulony, jakby się zapadł w sobie, a jasne włosy spadały kępami z kołnierza jego kurtki.

- Ruszać się, kurwa!

Człowiek, który krzyczał miał czerwoną twarz i nabrzmiałe żyły na skroniach i szyi. Co kilkanaście kroków stał ktoś taki i wrzeszczał. Tych z nas, którzy byli zdezorientowani albo zbyt powolni, popychano. Jak bydło idące na rzeź. W końcu korytarza uformowała się druga kolejka. Widok był tak absurdalny, że przez chwilę nie wiedziałem na co patrzę. A jednak to była prawda. W tej drugiej kolejce stali nadzy mężczyźni, skuleni z zimna, trzęsący się. Moja kolejka składała się z łysych, ale jeszcze ubranych, kolejka za mną, z ludzi, którzy wciąż mieli włosy, wciąż wyglądali normalnie. A więc na mnie kończyła się normalność, przede mną było coraz gorzej. W korytarzu było zimno, nikt tu chyba nie grzał, a na zewnątrz było minus dwadzieścia stopni. W środku pewnie niewiele powyżej zera. Wystarczająco ciepło, kiedy się jest w kurtce, ale zbyt zimno, żeby stać nago i boso na zimnej, pokrytej betonowymi płytkami podłodze. Zdecydowanie zbyt zimno! Ciarki przeszły mi po plecach na samą myśl, że ja też będę tam stał, wśród tych nagusów i będę trząsł się z zimna. Kolejka poruszała się wolno, ale metodycznie. Krok co kilka minut. Kolejne kilka minut i kolejny krok, a po nim kolejne minuty i kolejne kroki. 

Zabrano mi wszystko. Ubranie, dokumenty, pieniądze, zegarek, przybory toaletowe, wszystko. Stałem nagi, a oczy piekły mnie niemiłosiernie. Posypano mi głowę jakimś proszkiem. Prawdopodobnie trucizną na wszy. I ta trucizna dostała mi się do oczu i gardła. To pieczenie było gorsze niż zimno, które już napoczęło moje ciało. Chłód atakuje podstępnie, najpierw się skrada, muska zaledwie skórę, która pokrywa się malutkimi krosteczkami, a potem zaciska pętlę jak wąż boa, który dopadł ofiarę. Ciałem zaczynają wstrząsać dreszcze, człowiek dygocze, a potem przychodzi taka chwila, że zdajesz sobie sprawę, że nie wytrzymasz tego dłużej, że nie dasz rady. Mówisz, że to jeszcze tylko ta chwila, a potem coś zrobisz. Uciekniesz stąd, poszukasz koca, ubrania, pomocy, czegokolwiek. Wiesz, że nie dasz rady wytrzymać. Kiedy chwila mija, odkładasz decyzję do następnej, a potem do kolejnej. I wcale nie jest lepiej, a ty ciągle nie możesz się zdecydować, tylko stoisz i trzęsiesz się z zimna. To zimno chyba paraliżuje mózg, bo coraz trudniej podjąć decyzję. Można tylko stać i marznąć. I w końcu zdajesz sobie sprawę, że już nic nie zrobisz. Będziesz tak stał, bo nie masz już energii na to, żeby się poruszyć. Potrafisz się tylko kulić i dygotać. I już przestajesz wierzyć, że coś się stanie, ale ciągle odliczasz te chwile, jedna za drugą, jedna za drugą. Tylko tyle możesz zrobić. Odliczać je kolejno. I choć zapominasz po co to w ogóle robisz, dalej je odliczasz, jedną po drugiej. Zimno przestaje być zwykłym zimnem, a zaczyna być bólem. A ty dalej stoisz skulony i odliczasz te przeklęte chwile. A ból staje się nieznośny. Narastający i nieznośny, jakby ktoś cię przypiekał ogniem. To ciekawe, że duży chłód odczuwa się jakby parzył. Najbardziej parzyły mnie stopy. Co chwila podnosiłem jedną z nich i pocierałem o łydkę. Ten zabieg jednak niewiele pomagał. Często robimy rzeczy, które wiemy, że nie pomogą, ale je robimy, tylko po to, żeby coś robić. Ból się nasilał, a dygotanie nie dawało się opanować. Podobno, kiedy człowiek ma umrzeć z zimna, w końcowej fazie staje się senny. Nie wiedziałem jak można być sennym w czasie, gdy całe ciało płonie od zimna. Ale pewnie nie doszedłem jeszcze do tego etapu. Ciągle nie byłem senny, za to skóra paliła mnie, jakby była przypiekana żelazkiem.

Popchnięto mnie pod prysznic. Woda była letnia, prawie zimna, ale chociaż mogłem zmyć z siebie ten cholerny, biały proszek. 

***

OPOWIEŚCI Z WIELKICH STEPÓW

Egayah Torg umiał sprawić, żeby tańczyły dla niego kamienie. Umiał też przywołać wilki z lasu. Siadał z nimi pod sienią, rozmawiając jak z ludźmi, dzieląc się kawałkami chleba i skwarkami wyniesionymi z domu, a one go słuchały przekrzywiając łby. Matka chłopca przepłakała wiele nocy, modląc się, żeby Dar zniknął. Wioskowa wiedźma powiedziała, że często talent pojawia się we wczesnym dzieciństwie, a potem znika bez śladu. Modlitwy nie przynosiły jednak żadnego rezultatu. Talent jej syna z każdym dniem zdawał się przybierać na sile. W końcu stało się to, co musiało się stać. Do wioski przybył tropiciel Inkwizytora. Chodził po zabłoconych uliczkach i węszył jak pies. W końcu złapał trop, wyczuł zapach magii. Poszedł do chaty na skaju wsi i zastukał w drzwi.

Otworzyła mu młoda, rudowłosa kobieta o hardym spojrzeniu. Tropiciel wszedł do środka, odpychając ją z progu, przemierzył izbę krokami wzdłuż i wszerz, a potem usiadł za stołem, wyciągając z torby kilka przedmiotów. Jednym z nich były spore, żelazne obcęgi.

- Powiedz, kiedy będziesz gotowa trochę się zabawić - powiedział, przenosząc wzrok z kobiety na narzędzia leżące na stole. - Jestem cierpliwy i zawsze osiągam to, co zamierzyłem.

Gospodyni nie okazała strachu. Stała w wyzywającej pozie, patrząc na mężczyznę z pogardą.

- Chcesz wiedzieć, czy jestem czarownicą - warknęła przez zęby. - Właściwie już to wiesz. Czekasz tylko, aż się przyznam.

- Mów prawdę - w tropicielu była jakaś niepewność, jakby coś było nie tak, jak powinno. - Czuję zapach czarów z tego domu, ale nie czuję go od ciebie...

- Mieszkam tu sama - powiedziała twardo. - Jeśli coś czujesz, to pochodzi to ode mnie.

- Może - powiedział jeszcze mniej pewnie niż przed chwilą.

- No więc mnie zabij - kobieta nachyliła się tak, żeby inkwizytor mógł zajrzeć jej w dekolt - chyba, że weźmiesz inną zapłatę...

- Zakon nie walczy z wioskowymi czarownicami - bąknął lekko speszony. - Przydają się, leczą chłopów z liszajów i parchów...

- Nie walczy z czarownicami? - parsknęła pogardliwie wiedźma. - Mało to ich na stosach spaliliście?

- Czasem się zdarza - przyznał. - Ale my szukamy magów. Oni są prawdziwym zagrożeniem.

- Tu ich nie znajdziesz. Szkoda twojego czasu.

Tropiciel znowu się zadumał. Oczy zrobiły mu się szkliste, niewidzące. Węszył. Nie było czasu do stracenia. Wiedźma jednym ruchem ściągnęła z siebie suknię i stanęła przed przybyłym w całej okazałości na szeroko rozstawionych nogach. Oczy tropiciela ponownie zabłysły.

- Przyjmę zapłatę - przyciągnął ją do siebie za biodra. - Ale cokolwiek to jest: człowiek czy magiczny przedmiot, pozbądź się tego. Ja tu wrócę i wtedy ładny tyłek już nie wystarczy...

Egayah trząsł się ze strachu w ukrytym schowku pod podłogą. Słyszał jak czarownica jęczy. Ten człowiek robił jej coś złego. Chociaż to jęczenie było takie jakieś... inne.

Stary mag przeczuwał kłopoty. Nie chodziło nawet o zdolności magiczne, które posiadał, ale o zwykłe zwiastowanie złego dnia, jakie miewa każdy śmiertelnik. Wstając z łóżka uderzył się w duży palec u nogi, gdy przygotowywał jajecznicę dwa z trzech jaj wypadły mu z ręki i rozbiły się o podłogę, a kiedy chciał posiedzieć, swoim zwyczajem, na ławeczce przed domem, zaczęło padać. Wiedział, że to nie będzie dobry dzień.