Niedokończone życie Phoebe Hicks - Agnieszka Taborska

Kup ebooka

37.00 zł
25.49 zł (25,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Placuszki z małża

Stwierdzenie, że kawałek małża tkwiący w znanym w całej Nowej Anglii daniu legł u podstaw fotografii spirytystycznej, nie jest wcale przesadą. Właśnie ów nieświeży kęs położył bowiem podwaliny pod szaleństwo, które na kilkadziesiąt lat opanowało umysły i serca nowoangielskich purytanów.

Pierwszego listopada 1847 roku Phoebe Hicks wróciła do domu wcześniej niż zwykle. Ledwie przestąpiła próg, pobiegła do sypialni, gdzie zamiast wdrapać się na wysokie i w pojęciu współczesnego czytelnika zbyt krótkie łoże, podeszła do miednicy. Nachyliła się nad nią i zwymiotowała. Zwymiotowała raz i drugi, i nawet po trzecim razie nie mogła się opanować. Wymiotowała całą noc, od czasu do czasu przemywając spoconą twarz wodą ze stojącego obok dzbana w jasnoniebieskie kwiaty. Już po godzinie nie miała w sobie nic prócz brunatnej cieczy, która dalej z niej płynęła. Czarne kosmyki oblepiały jej policzki. Uwolnione z ciasno spiętego, spartańskiego koczka, były lepkie, sztywne i cuchnące, podobne do rozciągniętego korkociągu. Przebiegały ją dreszcze, drętwiały dłonie, od gwałtownych wstrząsów pękała głowa, bolały nachylone nad miednicą plecy i unieruchomione w niewygodnej pozycji kolana. Skóra na całym ciele nabrała przykrej nadwrażliwości i reagowała na najmniejszy wyimaginowany podmuch. Rozsznurowany ostatkiem sił gorset przeobraził się w narzędzie tortur, świdrując umęczone, spragnione snu zakątki ciała. Zbyt ciasne nagle buty wrzynały się w palce, suknia tonęła w tym, co nie trafiło do przepełnionej misy. Każdy nowy spazm doprowadzał nieszczęsną Phoebe niemal do omdlenia. Kilkakrotnie tej nocy przemknęła jej przez głowę myśl, że nie doczeka rana, że umrze w tak nieestetyczny sposób, niespodziana ofiara clam fritters, placuszków z małża. Perspektywa śmierci, która raz na zawsze zwolniłaby ją z obowiązku kosztowania smażonych potraw, nie była jednak niemiła, tak straszne wspomnienie zostawiła serwująca portową specjalność restauracja, umeblowana okrągłymi stołami przykrytymi serwetami w niebieską kratę.

W sypialni panował półmrok, potem zapadła ciemność, aż wzeszło słońce, rzucając na miednicę zimne promienie. Wstawanie dnia stanowiło spektakl bolesny i powolny.

Myśli Phoebe błądziły po Nowej Anglii. Znalazły się w niej w środku lata, jakby na przekór listopadowej szarówce. Przemykały przez wdowie tarasy brunatnych domów, skąd żony rybaków cierpliwie wypatrywały powrotu statków. Biegły wzdłuż białych płotów okalających domostwa sędziów i pastorów. Dziwiły się niepasującym do ascetycznych fasad rokokowym wrotom. Ulatywały nad śnieżnymi dzwonnicami kościołów baptystów. Odpoczywały na zagraconych wiklinowymi meblami gankach. Głęboko oddychały w zatoce i przyklejały się do portowych zabudowań z czerwonej cegły. Marszczyły czoła na wieść o bliskim sztormie. Wpadały w zadumę nad miastem Providence, którego istnienie raz na zawsze sprzęgnięte jest z oceanem. Rozbijały się o pagórki nadające miastu kształt, tak jak siedem wzgórz nadaje kształt Rzymowi. Przysiadały na zbyt wietrznych plażach i dla zabawy zakopywały się w piasku. Wpełzały na nadbrzeżne skały, obrosłe muszlami i oblane morską pianą. Na wyspie Nantucket potykały się o kocie łby. Gubiły się w mgłach spowijających o świcie kształty obłe i kanciaste. Zaszywały w strzegące wejść do domostw kwitnące krzewy. Bez skargi znosiły rozpalone słońcem południa, najstraszliwszą godzinę piętnastą, zwiastujący ulgę przedwieczerz oraz dające krótkie wytchnienie noce, wypełnione wrzaskiem cykad. Szukały najwyższego wzniesienia, z którego rozciągałby się widok na stan Rhode Island. Przemykały przez grzybne lasy Vermont oraz zbyt małe na tyle ryb jeziora New Hampshire. W portach zaglądały na zasłane skorupami pokłady statków. Omijały tawerny specjalizujące się w morskich przysmakach. Nie opuszczały jednak krainy, która owego fatalnego dnia dała początek placuszkom z małża.

W końcu Phoebe usnęła. Padła na zasłane łoże, nie zdejmując gorsetu ani nie rozwiązując cisnących butów. Leżała w powodzi włosów, które dawno zapomniały o niewoli w koku, lecz niespodzianą wolność przypłaciły smrodem zawartości misy. Brunatna ciecz zaschła na prawej dłoni - lodowatej i kurczowo ściskającej róg prześcieradła. Phoebe śniła: szła przez coraz węższy tunel wyłożony oślizgłymi skorupami. Gdy dotarła do końca, czy raczej do tego, co przez chwilę wzięła za kres wędrówki, stanęła przed zielonymi, pulsującymi drzwiami. Ledwie je otworzyła, przekonała się, że są pułapką, w którą dała się złapać. Godzinami potem spadała, ocierając się o falujące ścianki aorty ziemi, wciągającej ją coraz głębiej i głębiej, aż do głośno bijącego serca. Wiedziała, że jeśli się spóźni i nie uchroni serca przed armią morskich potworów, ziemia umrze wraz z nią i uwięzionymi w jej żyłach ludźmi.

A jednak nie umarła. Już nazajutrz poczuła się lepiej i ponura ta przygoda poszłaby zapewne w niepamięć, gdyby nie talbotypia zrobiona przez ciekawskiego fotografa, zaglądającego późnym popołudniem w okna stojących przy ulicy Benefit domów. Kilka rzeczy złożyło się na szczęśliwy zbieg okoliczności. Po pierwsze, Phoebe Hicks zatruła się kawałkiem małża niedługo potem, gdy opatentowany w 1841 roku proces skrócił czas naświetlania do trzech minut. Unieruchomienie nad miednicą wystarczyło do uchwycenia owej historycznej chwili.

Po drugie, wynalazek Williama Henry'ego Foxa Talbota, w odróżnieniu od dagerotypu, umożliwił powielanie zdjęć w wielu odbitkach. Sława Phoebe mogła się więc rozchodzić w niespotykanym kilka lat wcześniej tempie.

Po trzecie, fotografie robione ową techniką cechowała nieostrość i wynikające z rozkładu chemikaliów stopniowe zanikanie obrazu. I ten fakt przyczynił się do umocnienia legendy Phoebe. Naiwne umysły były bowiem przekonane, że to duchy zabierają w zaświaty podobiznę ich ziemskiej przyjaciółki. Niewyraźne zdjęcie, na którym w półprzezroczystej zawartości misy ktoś ujrzał wydobywającą się z ust przyszłego medium ektoplazmę, otworzyło przed Phoebe wrota niespodziewanej kariery.