Niedokończona gawęda - Maria Kurecka

Kup ebooka

5.21 zł
4.32 zł (4,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

[ I ]

"Noskum prolepija benedikatvirgomaria - sęs anż gardję veje sjur nu!"

Niezrozumiały ten okrzyk wydobył się pomieszanymchórem z przeszło stu młodych ust. Dziewczynki, podlotki i dorosłe jużpanny tkwiły w równo wyciągniętych szeregach. Dopiero suchy trzaskdwóch niewielkich deszczułek w rękach wysuniętych z czarnego zakonnegohabitu rozerwał karną spoistość. Z przeszło stu ust wyrwał sięprzeciągły okrzyk ulgi, gromada rozpierzchła się w mig jak stadospłoszonych wron: rozległy się krzyki, piski, śmiechy, nawoływania. Oboisko zadudniła piłka. Zafurkotały granatowe, plisowane spódniczki.Podskakiwały na plecach szerokie, białą tasiemką trzykroć lamowane,marynarskie kołnierze.

- Et vous, mon enfant?1 - czarna zakonnica odwróciła się do drobnej postaci, tkwiącej ciągle jeszcze bez ruchu. - Il faut rejoindre les autres - jouer, courrir. 2

Dziecko w czarnej, brzydkiej sukience nawet niedrgnęło. Nie rozumiało ani jednego słowa. Przerażone i przeraźliwieobce tępo stało w rogu ogromnego placu.

Początkowa inwokacja w prawidłowej łacinie brzmiała zresztą nabożnie jako akt strzelisty: Nos cum prole pia benedicat Virgo Maria3z dodaną w poprawnej francuszczyźnie prośbą: Saints Anges Gardiens, veillez sur nous!4

Ona tego nie rozumiała. Nic zresztą prawie nierozumiała z tej obcej, używanej tutaj mowy, która do rozpaczydoprowadzała ją już od paru tygodni. Przywieziona tu, oddana wdoświadczone i sprawne ręce, pojmowała tylko najprostsze,najkonieczniejsze wskazówki, jakich udzielała jej - skąpo i szorstko -gruba rudowłosa i dorastająca już dziewczyna, która na samym początkuchwyciła ją za rękę i prowadząc długim, zimnym, bielonym korytarzem,oznajmiła:

- Jestem twoją ainee(starszą siostrą). Ale po polsku prawie nam mówić nie wolno. Zresztąnauczysz się tamtego i to prędko. - Po czym, dotykając palcemposzczególnych przedmiotów - były już w wysokiej sali o licznychrzędach łóżek - rozpoczęła pierwszą lekcję poglądową: - Le lit - łóżko, larmoire - szafa.

Czarne zakonnice same zresztą kaleczyły tęobowiązującą, obcą mowę. Z różnych pochodziły krajów, a rotacyjne cykledość mechanicznie przenosiły je co parę lat z jednego państwa doinnego, co znosiły z chrześcijańską pokorą. Sława ich pedagogicznych idydaktycznych osiągnięć nie ponosiła zresztą wskutek tych pielgrzymeknajmniejszego uszczerbku.

Internat klasztorny z założenia był wysoceekskluzywny, niewiarygodnie drogi, ale też odpowiednio zorganizowany iniemal stuprocentowo gwarantujący opuszczającym - po upływie należytychlat - jego progi córkom arystokracji, ziemiaństwa bądź sferbankowo-przemysłowych szlif jak najlepiej ułożonych panien z dobregodomu.

Ona nic o tym nie wiedziała. Gdyby była w staniezrozumieć - pewno i nie chciałaby wiedzieć. Na razie pojmowała tylkotyle, że - mimo zimnej bieli ścian i korytarzy, jasnych sal iklinicznej czystości - zapadła, czy raczej wrzucona została, dogłębokiej, czarnej studni, z której wyjścia nie było - być nie mogło.Masywne dębowe drzwi do głównego hallu, pobudowanego w otwarty z jednejtylko strony kwadrat czteropiętrowego budynku, zamykano wieczorem naliczne zamki i zabezpieczano grubą, żelazną sztabą.

Drzwi te poznała najpierw. Zapamiętałanajdokładniej. Przy nich przecież - trzęsącą się z zimna w długiej,białej i pod samą szyję zapinanej koszuli - odnajdywano ją niemal conocy przez kilka pierwszych miesięcy. Wzywany lekarz kręcił głową: -Tęskni do domu. Lunatyczka? E, nie. Przejdzie. - I zapisywałgorzko-słone lekarstwo, które wieczorem wlewano jej prosto do ustzimną, połyskliwą łyżką.

Radykalniejszy sposób zaaplikowała jedna zesłużebnic pańskich niższego - jak to się nazywało - chóru, do któregozaliczano kobiety nieuczone, a zajmujące się sprzątaniem, praniem,gotowaniem i wszelką gospodarską posługą: - Miskę z zimną wodą daćprzed łóżko - to będzie po kłopocie!

I było.

Młodszym i starszym uczestniczkom tego rojowiska, które z biegiem lat przekształcone miało zostać w szeregi des jeunes filles bien rangees5,wolno było w ciągu dnia posługiwać się także mową ojczystą. Ale okazjepo temu były ściśle uregulowane: przerwy szkolne, dwugodzinny poobiedniodpoczynek (grande recreation6)i oczywiście lekcje prowadzone przez panią od polskiego bądź panią odhistorii. Ta ostatnia zwłaszcza budziła postrach w co młodszychuczennicach niesamowitymi opowieściami. Można się było z nichdowiedzieć o legendarnym królu w wielkiej wieży nad jeziorem, któryniecnym podstępem zwabił tam swoich licznych stryjów i wytruł ich co donogi. Poniósł potem zasłużoną karę: żywcem go myszy zjadły. Dalej rzeczszła o pięknej, dziewiczej królowej, o której rękę ubiegał się rycerz zsąsiedniej krainy. Powody, dla których odtrąciła tego konkurenta idesperacko rzuciła się zaraz potem w głęboki nurt Wisły, nie wydawałysię początkowo jasne. Niebawem jednak konkluzja - i to w postaciśpiewno-rymowanej - dostępna stawała się nawet dziecku:

Ta opowieść jest o Wandzie Co nie chciała Niemca -Lepiej zawsze mieć Polaka Niźli cudzoziemca .

Ze wszyscy niemal cudzoziemcy godni byli kosza iwzgardy, dobitnie wyjaśniało - także przy tej okazji cytowane -porzekadło: "Jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem".