Powiedz moje imię
Odkrywamy, że będziemy kobietami, obserwując przykłady, jakie mamy w swoim otoczeniu, czując pragnienie wzorców i potrzebę uczestnictwa w spuściźnie, którą kobiety przekazują kolejnym pokoleniom kobiet, a która jest niedostępna dla mężczyzn.
Z Peruką nie warto było ryzykować. Ta maciupka kobieta emanowała poczuciem władzy z każdego znoszonego szwu. Oczywiście rozmawiałam z nią przy każdej okazji. Nie żebym poprzez rozmowy z Peruką sama miała nabyć umiejętność przeklinania ciąż czy inne ponure moce. A może tego się właśnie spodziewałam. W każdym razie rozumiałam, że unosi się wokół niej coś, co sprawia, że otoczenie ją odrzuca, i było mi z tego powodu bardzo przykro. Wyobrażałam sobie, jak codziennie rano nakłada makijaż niezgrabnymi ruchami osoby, która już nie całkiem panuje nad układem nerwowym, której anatomia i umiejętności zostały częściowo przejęte przez nadciągającą ciemność. Mimo to Peruka nigdy nie opuszczała wyznaczonego spotkania z maską, tak jak ja każdego ranka konstruowałam swoją. Różnica polega na tym, że jej maska na jakimś etapie życia musiała reprezentować władzę, moc, piękno; choć teraz była kompletnie zniszczona, to gdybyśmy umieli się właściwie przyjrzeć, na pewno dostrzeglibyśmy tam cień dawnego splendoru, ale nie umieliśmy. Ja się za swoją maską chowałam, powstała ze strachu i wstydu; w tym wieku nie powinnam jej potrzebować ani tym bardziej nosić.
Dlatego chciałam z Peruką rozmawiać, musiałam od niej uzyskać choćby najmniejszy kawałek spuścizny, żeby dalej konstruować kobietę, którą miałam się stać.
Ja, bystra dziewczynka, ukryta ciota, jąkała, grubaska, z zaślepką na lewym oku i w okularach znacznie większych niż pożądane, stanowiłam przeciwieństwo koszmarnego bachora i wszystko wskazywało na to, że nie mam w sobie ani grama tego niewinnego okrucieństwa, które przypisuje się dzieciom. Kiedy dorośli na mnie patrzyli, albo ich bawiłam, albo odczuwali wobec mnie współczucie, nic poważnego, po prostu przypominałam im, jak wysportowane i pewne siebie są ich dzieciaki, co ich uspokajało; moja obecność ich uspokajała, z wyjątkiem tych naprawdę złych. Zdawałam sobie z tego sprawę i nauczyłam się wykorzystywać to na swoją korzyść. Owszem, potrafiłam myśleć okrutnie. Świadomość, że trzeba się chować w szafie, skutkuje wielką przebiegłością, jeśli chodzi o grę w prawdę i kłamstwa, o to, co można pokazać innym, a czego nie.
Zaaranżowałam niby przypadkowe spotkanie, bazgrząc po dolnych schodkach naszego budynku kawałkiem cegły. Peruka co najmniej cztery razy dziennie mijała nasze drzwi w drodze na swoje tajemnicze spacery, objuczona reklamówkami wypełnionymi nie wiadomo czym.
- Znam imiona wszystkich sąsiadek z naszej ulicy.
Powiedziałam to takim tonem, jakim mała dziewczynka naśladowałaby młodsze dziecko, bo bycia podstępną pizdą także można się nauczyć, kiedy malujemy się po kryjomu, tańczymy w swoim pokoju do piosenek Raffaelli Carry i Bonnie Tyler i wiemy, że z tych wszystkich powodów czeka nas trudne życie.
- Czyżby? - odrzekła, krztusząc się suchością własnego gardła, tak bardzo była nieprzyzwyczajona do mówienia, jeśli nie liczyć rzucania klątw.
- Tak. Pani Lola, pani Paca, pani Luisa, pani Amparo, pani Mercedes, pani Pascuala...
W ten sposób brzmiało to w mojej głowie, ale w rzeczywistości zacięłam się już na pierwszej "pani", litera "p" jest jak brodawka na języku jąkały.
- Mówże porządnie! - skarciła mnie, już się nie krztusząc.
Wystarczyły jej dwa słowa, żeby rozgrzać swoje słomiane gardło. Powiedziała to ostro ale bez okrucieństwa. Jak rozkaz. I podziałało. Wyklepałam litanię imion mieszkanek naszej ulicy niczym zdrowaśkę i kusiło mnie, żeby wyrecytować jeszcze całą księgę męczenników, gdybym ją znała, tylko po to, by posłuchać, jak płynnie mówię.
- A ja to co? Nie mieszkam przy tej ulicy? - Nie wydawała się oburzona, sprawiała raczej wrażenie rozbawionej.
W tej chwili mogłam z satysfakcją zatrzasnąć tę jakże subtelną pułapkę, którą zastawiłam. Dzięki mowie ciała zranionej sarenki, pewnej dozie pozornej nonszalancji i łatwiutkiej przynęcie miałam poznać jej imię. Poznać imię czarownicy to nie to samo, co odkryć imię demona, czarownic nie da się za jego pośrednictwem kontrolować ani przywoływać, ale można przejść z nimi na ty, a nigdy nie zaszkodzi mieć pod ręką zaufaną wiedźmę, do której można mówić po imieniu. Nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy: zwracając się do Peruki właściwie, na pewno zdobyłabym jej zaufanie.
Spodziewałam się jakiegoś tajemniczego imienia, jak u starożytnej Rzymianki albo wróżki z bajki, jakiejś Grimeldy, Morgany, Salustii, sama nie wiem, trzysylabowego słowa z głoskami zębowymi i gardłowymi, które aż trzeszczą w ustach.
- Mam na imię María.
Przynajmniej miało trzy sylaby.
- Ja mam na imię Aaa... aaa...
W gardle jąkały samogłoski otwarte są jak zamknięte zawory. Prysnął już czar rzucony na moją wymowę.
- Wiem, jak ci na imię. Znam twoją matkę od dziecka. A twojego ojca od czasów, kiedy sprzedawał ptysie w parku z tacy większej od niego. I twoich dziadków. Nigdy ci nie powiedzieli, jak mam na imię?
Zadała to pytanie nieskazitelnie czystym tonem, nie było tu miejsca na nieporozumienia, przesunęła swego dialektycznego gońca prosto na pole mojego dyskursywnego króla. To ona zastawiła na mnie pułapkę. Byłam bliska posikania się ze wstydu, musiałam więc na szybko coś zmyślić albo znaleźć jakąś wymówkę.
Ale tamtego poranka z jakiegoś powodu wybrałam przemoc i zaskoczyłam samą siebie, wyznając prawdę, której nawet najbardziej szemrane typki z dzielnicy nie odważyłyby się wypowiedzieć na głos przy tej kobiecie. Zresztą nie powinno się kłamać, więc palnęłam po prostu:
- Peruka. Zawsze mówią na ciebie Peruka.
Jeśli miała opleść mi flaki bluszczem mocą złego oka o natychmiastowym działaniu, wolałam polec z podniesioną głową, prezentując pewność siebie i siłę charakteru.
Spojrzała na mnie spośród nieruchomej martwej tkanki, w którą była obleczona, jednocześnie przytomna i nieobecna. Tak, jak łeb zabitego zwierzęcia patrzyłby ze ściany myśliwego. Wrogo, ze szklistą cierpliwością, która czeka po drugiej stronie zasłony życia i choć w tym świecie słabnie, to w zaświatach rośnie w siłę i widmowa egzystencja zaczyna niemal dominować.
- Czyli Peruka - powiedziała z oddali.
Może to nie był początek najdłuższego ataku śmiechu w historii, ale mnie zdawał się trwać wiecznie. To było tak, jakby obserwować zmianę wyglądu kory wyjątkowo pomarszczonej sosny. W końcu zaczęłam się śmiać razem z nią. Wzajemnie zarażałyśmy się śmiechem, ludzie się zatrzymywali, żeby na to popatrzeć. Dziecko, które dopiero co wyrosło z pieluch, niezbyt ładne, i groteskowa staruszka zanoszące się śmiechem nad czymś, co tylko one dwie rozumiały. W tamtej chwili do?a María nie wydawała mi się złowroga, ani trochę. Kiedy szczerze się śmiejemy, nie mamy wieku, wygląda to tak samo na każdym etapie życia i można odnaleźć w naszej twarzy dziewczynkę, którą byłyśmy, albo staruszkę, którą się staniemy.
W tej błahej chwili bardzo niewiele nas dzieliło. Słusznie wybrałam ją jako wzór, nawet jeśli na tym spotkaniu miało się skończyć i nigdy już miałyśmy nie zamienić słowa. Zrozumiałam, że kobietom, które żyją po swojemu, starzeją się po swojemu i życie mają wyryte na twarzy, odsłonięte, ludzie przypinają łatkę egzaltacji i z nich szydzą, bo się ich boją.
- No dalej, wracaj do domu, późno się robi. I powiedz rodzicom, żeby zdjęli ci to coś z oka.
- Mam zeza i mi to oko ucieka.
- To lewe oko, a ono nigdy się nie myli. Skoro patrzy w inne miejsce niż prawe, korzystaj z tego, chce ci coś pokazać.
Już miałam jej powiedzieć, że tak naprawdę to lekkie zniekształcenie nerwu wzrokowego, które można łatwo skorygować. Uwielbiałam żargon medyczny i byłam bardzo ciekawym dzieckiem, wiec dokładnie zapamiętałam, co mi dolega, żeby móc o tym opowiadać przy każdej możliwej okazji. Wszystko tak zapamiętywałam. Uznałam jednak, że nie powinnam zarzucać pani Maríi informacjami tuż po tym, jak się razem śmiałyśmy. Żeby zostać wielką damą, należy wiedzieć, kiedy się wycofać. Koniec końców, właśnie darowała mi życie i była tak miła, żeby zaczarować mój język, dzięki czemu mogłam bez zacinania się wypowiedzieć kilka zdań. Stwierdziłam więc tylko:
- Bardzo ładnie pani pachnie, pani Marío.
- Nie przesadzaj.
Zabrzmiało to jak trzask z bicza; obróciła się i podjęła przerwaną wędrówkę do parku, jak gdyby nigdy nic, jakby wcale nie wytworzyła się między nami chwilowa więź. Błyskawicznie zniknęła mi z oczu, szła szybkim krokiem mimo ciężaru tych swoich odwiecznych, wypchanych reklamówek. Raczej nie trzymała w nich suchego chleba, nie wyobrażałam sobie, żeby miała rzucać okruszki ptakom, raczej mogłaby grzebać ich chrupiące ciałka u stóp czarnych topól rosnących przy avenida de Arcentales albo sosen w parku El Paraíso.