Lina podkradała jedzenie dzieciom z bogatszych domów. Zaczęła, gdy matka wyprzedała wszystko, co ktokolwiek zechciał kupić. Pani Fischmanowa po śmierci męża nie znalazła pracy, zresztą wcale nie szukała. Córka wspominała, że matka umiała mówić ładnie po niemiecku i pięknie haftować, ale do życia się nie nadawała. Jako że była pobożna, postanowiła pościć dwa razy w tygodniu. Te dni niewiele różniły się od pozostałych. Stawała się przezroczysta, przez skórę prześwitywały setki naczyń krwionośnych - chciała nimi odpłynąć, ale nie wiedziała dokąd.
Gdy odprawiła służącą i sprzedała dom - około 1923 roku - przyszła dewaluacja marki niemieckiej i zostali praktycznie z niczym. Stać ich było na wynajęcie nędznej klitki bez światła i ogrzewania, z wilgotnymi ścianami i grzybem, którym można by się wyżywić, tyle go było.
Lina nie chciała głodować. Krytykowała matkę za bezradność. I szukała sposobów, żeby zmienić swój los. Poszła do dziadków - wiedziała, że są bogaci, sześcioro ich dzieci pracowało w Ameryce, siedmioro kolejnych prowadziło interesy kupieckie w Polsce. Choć był zimowy wieczór, a ona była głodna, nawet nie wpuścili jej do domu. Mówili, że wszystkiemu winna jest mama, której posag zbyt szybko się skończył. A wnuczka winna, że ma taką matkę.
Chodziła też do ciotek, sióstr ojca - między innymi do Złaty Lewenthal, która prowadziła sklep obuwniczy przy ulicy Przemyskiej w Samborze i zdecydowała się wziąć na wychowanie najstarszą siostrę Liny, Taubę. I jeszcze do ulubionej Dwajgi Erlich, która miała sklepik w samym centrum miasta i zawsze coś Linie dawała, ale nie dużo, bo sama miała niewiele. W Stryju i Rzeszowie żyły inne ciotki od sklepów, ale była za mała, żeby do nich dotrzeć.
Wymyśliła sobie zajęcie. Oferowała się innym matkom do bawienia i pomocy w karmieniu niejadków. Najpierw poszła do Reginci Littmann, córki markotnego chasyda i grubej Jenty. Dziewczyna nie mogła jeść takich ilości, jakie szykowała matka, więc Lina zjadała jej posiłki. Regincia była szczęśliwa, bo nie musiała się męczyć, Jenta - bo jedzenie znikało. Lina znalazła pracę marzeń. Później wybierała zwłaszcza takie domy, w których dzieci były otyłe. Gdy poszła do szkoły, zjadała resztki.
Powiedziała matce, skąd bierze jedzenie, ale ta nawet nie chciała słuchać. Pójdziesz do piekła, by leżeć na wiecznie rozżarzonym łożu, mówi Chaja. Lina rysuje w powietrzu prostokątny kształt. O, tu będę leżeć. Uznałam, że skoro tak, muszę jeść więcej i na zapas, by przetrzymać piekielne katusze. Matka była święta kobieta. Ale ja wybrałam bardziej życiowe metody działania.
Weszło jej to w krew. Nie tyle kłamanie, ile przeświadczenie, że każdy środek - także oszustwo - jest słuszny w walce o przetrwanie własne i tych, na których jej zależy. Kłamstwa Liny nigdy nie były łatwe, przeciwnie, pięły się misternie aż do celu, rozrastały jak pleśń, przenikając każdą materię, której dotknęły. Działały niczym penicylina, dawały siłę na zwalczanie przeciwności. Osłabiały też strach - kłamiącej i tych, których otaczały.
Bo osoby obejmowane troską kłamstwa były Linie najbliższe, najdroższe. Matka i rodzeństwo, później własne dzieci. Dzięki temu paktowi zachowywała dozgonną lojalność nawet wobec ludzi, których dopiero poznawała. Zresztą oszustwa były tak misternie splecione z tkanką otaczającej rzeczywistości, że i dla Liny stawały się prawdą. Oddawała im swoje siły, umacniała je własnym ciałem. Była gotowa wytrwale ich bronić - z wdzięczności, że pozwoliły jej ocaleć.
Ona była jak moja córka. Jeśli kogoś w życiu kochałam, to właśnie matkę, mówi Lina. Za co? Za kłamstwa. Nie precyzuje czyje, ale zapewne właśnie w ich wspólnocie tkwiła sprawcza moc. Jednocześnie Lina gardziła biernością Chai. Zmącone emocje córki, która czuła się odpowiedzialna za własną matkę - jak gdyby ta była młodsza i bardziej zależna. Jej prawdy nie dawały szans na przeżycie, prowokowały do rozwijania scenariuszy zaradczych. I ćwiczyły Linę w przetrwaniu, przygotowując na to, co miało nastąpić.