Nieco dłuższa historia czasu - Rebecca Struthers

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępu ty­łem do przodu[1*]

Jeff 10/3/71

Gdy jako dzie­więt­na­sto­latka za­czę­łam się uczyć ze­gar­mi­strzow­skiego fa­chu, wpa­jano mi, by ni­gdy nie zo­sta­wiać po so­bie śladu w od­na­wia­nych ze­gar­kach. Ale to wła­śnie ta­kie ślady opo­wia­dają nam cie­kawe hi­sto­rie tych, jak by nie pa­trzeć, nie­oży­wio­nych przed­mio­tów. Niech za przy­kład po­służy nam stary mo­del Omega Se­ama­ster, le­żący aku­rat na stole w moim warsz­ta­cie. 10 marca 1971 roku zo­stał na­pra­wiony przez męż­czy­znę imie­niem Jeff. Wiem o tym, bo Jeff wy­dra­pał swoje imię wraz z datą na­prawy na od­wro­cie tar­czy. Dzięki temu, gdyby ten kon­kretny eg­zem­plarz wró­cił kie­dyś do jego za­kładu, Jeff wie­działby, że już wcze­śniej się nim zaj­mo­wał, a na­wet kiedy to się działo.

Ze­gar­mi­strzo­wie zaj­mują się przed­mio­tami, któ­rych śred­nica zwy­kle nie prze­kra­cza kilku cen­ty­me­trów, przez co ich świat czę­sto ogra­ni­cza się do ob­szaru wiel­ko­ści pa­znok­cia, a wszystko inne prze­staje ist­nieć. Cza­sem upły­nie cały po­ra­nek, nim zo­rien­tuję się, że ani na chwilę nie pod­nio­słam wzroku znad re­pe­ro­wa­nego me­cha­ni­zmu, nie więk­szego od znaczka pocz­to­wego. Na­gle zdaję so­bie sprawę, że kawa w usta­wio­nym obok kubku dawno wy­sty­gła, a moje oczy nie­mal cał­kiem wy­schły - mu­sia­łam być tak skon­cen­tro­wana, że za­po­mnia­łam o mru­ga­niu. Tak się składa, że mój mąż Craig też jest ze­gar­mi­strzem, ale choć jego sta­no­wi­sko warsz­ta­towe jest usta­wione na­prze­ciwko mo­jego, po­tra­fimy spę­dzać całe dnie w ci­szy, ogra­ni­cza­jąc wy­mianę zdań do usta­le­nia, czyja tym ra­zem ko­lej, by wsta­wić wodę na her­batę. Gdy skła­damy nowy ze­ga­rek z czę­ści po­zy­ska­nych z nie­spraw­nych cza­so­mie­rzy lub cał­ko­wi­cie od pod­staw, zaj­muje nam to od sze­ściu mie­sięcy do sze­ściu lat. Na do­brą sprawę od­mie­rzamy tymi ze­gar­kami ko­lejne okresy w na­szym ży­ciu i bywa, że koń­cząc nad nimi pracę, do­strze­gamy w lu­strze, jak bar­dzo się w tym cza­sie po­sta­rze­li­śmy.

Nasz warsz­tat mie­ści się w osiem­na­sto­wiecz­nym za­kła­dzie złot­ni­czym w Je­wel­lery Qu­ar­ter, hi­sto­rycz­nej dziel­nicy Bir­ming­ham. Pra­co­wało tu sie­dem po­ko­leń rze­mieśl­ni­ków, a ściany wy­dają się prze­siąk­nięte hi­sto­rią. Znaj­du­jące się pod nami po­miesz­cze­nia są wy­peł­nione li­czą­cymi po kil­ka­set lat pra­sami, tłocz­ni­kami i ta­bli­cami z pro­jek­tami. Urzę­dują tam fa­chowcy, któ­rzy do dziś uży­wają tego wie­ko­wego sprzętu do wy­robu bi­żu­te­rii. Zaj­mo­wana przez nas nie­duża prze­strzeń na ostat­nim pię­trze jest sło­neczna i wy­daje się roz­le­gła, za co od­po­wia­dają świe­tliki i zwień­czone łu­kami okna. Gdy się tu wpro­wa­dza­li­śmy i urzą­dza­li­śmy, po­wie­dziano nam, że w trak­cie nie­miec­kich na­lo­tów bomba prze­biła dach i wy­lą­do­wała w środku, ale szczę­śli­wie nie eks­plo­do­wała. Ścią­ga­jąc starą izo­la­cję, która za­kry­wała je­den ze świe­tli­ków, tra­fi­łam na belkę uszko­dzoną przez na­zi­stow­ski nie­wy­pał. Wy­szo­ro­wa­łam ją i po­zo­sta­wi­łam od­sło­niętą. Gó­ruje te­raz nad to­karką sto­łową i wy­ci­narką, którą - jak na iro­nię - wy­pro­du­ko­wano w Niem­czech. Na­zwa­li­śmy ją Helga. Re­zy­duje na dłu­gim stole cią­gną­cym się wzdłuż ca­łej ściany warsz­tatu, za­sta­wio­nym mnó­stwem naj­róż­niej­szych ma­szyn sprzed lat. Pod bla­tem miesz­czą się ob­szerne szu­flady, wy­peł­nione po brzegi przy­ku­rzo­nymi we­rkami i pod­ze­spo­łami sta­rych ze­gar­ków, które gro­ma­dzi­li­śmy przez lata. Sporo z nich zo­stało od­ku­pio­nych od han­dla­rzy zło­tem i sre­brem, któ­rzy wy­mon­to­wali je z ko­pert ska­za­nych na prze­to­pie­nie, albo z li­kwi­do­wa­nego za­kładu, opróż­nia­nego po zmar­łym ze­gar­mi­strzu przez jego bli­skich. "Czy­ste" stoły ro­bo­cze są usy­tu­owane po prze­ciw­le­głej stro­nie warsz­tatu, moż­li­wie naj­da­lej od opił­ków me­talu i kro­pe­lek oleju wy­rzu­ca­nych od czasu do czasu w po­wie­trze przez pra­cu­jącą ma­szy­ne­rię.

W oba­wie przed ku­rzem i dro­bin­kami brudu, które mo­głyby się do­stać do de­li­kat­nych me­cha­ni­zmów, bar­dzo dbamy o czy­stość w za­kła­dzie. W za­awan­so­wa­nych tech­no­lo­gicz­nie fa­bry­kach ze­gar­ków w Szwaj­ca­rii i Azji Wschod­niej wejść na hale pro­duk­cyjne strzegą po­dwójne drzwi ze śluzą po­wietrzną i ma­tami de­kon­ta­mi­na­cyj­nymi, do któ­rych przy­kle­jają się za­nie­czysz­cze­nia z po­de­szew bu­tów. Ze­gar­mi­strzo­wie mają obo­wią­zek no­sze­nia far­tu­chów la­bo­ra­to­ryj­nych i za­kła­da­nia fo­lio­wych ochra­nia­czy na obu­wie. U nas pa­nuje nieco luź­niej­sza at­mos­fera. Nasz pies Ar­chie drze­mie w ką­cie warsz­tatu. Po ca­łym dniu wy­twa­rza­nia no­wych czę­ści do ze­gar­ków wnę­trze za­kładu pach­nie ole­jem ma­szy­no­wym. W cha­rak­te­ry­stycz­nej woni, przy­wo­dzą­cej na myśl ki­ście aro­ma­tycz­nych po­mi­dor­ków, da się wy­czuć me­ta­liczne nuty mie­dzi i że­laza. Wo­kół to­ka­rek, fre­za­rek i wier­ta­rek sto­ło­wych za­le­gają nie­wiel­kie kop­czyki mo­sięż­nych i sta­lo­wych wiór­ków, a po bla­tach bez­ład­nie wa­lają się szkice pod­ze­spo­łów, nie­rzadko po­pla­mione ole­jem i na­zna­czone kół­kami od­ci­śnię­tymi przez kubki z kawą. Re­gu­lar­nie za­mia­tamy pod­łogę, w każ­dej chwili go­towi przy­stą­pić do wspól­nego po­lo­wa­nia na drobne ele­menty, które przy­pad­kiem na niej wy­lą­do­wały. Cał­kiem moż­liwe, że w nie­jed­nym za­kła­dzie ze­gar­mi­strzow­skim z ta­kich po­gu­bio­nych czę­ści, wci­śnię­tych mię­dzy de­ski pod­ło­gowe lub ukry­wa­ją­cych się w szcze­li­nach pod szaf­kami na­rzę­dzio­wymi, da­łoby się zło­żyć kom­pletny ze­ga­rek. Nie bez po­wodu pod­łogę w na­szym warsz­ta­cie po­kry­li­śmy bla­do­sza­rymi pa­ne­lami - ko­lor ten sta­nowi do­sko­nały kon­trast dla żół­tego mo­sią­dzu i ja­sno­czer­wo­nego ru­binu[2*]. Rzadko się o tym mówi, ale jedną z pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści, ja­kie po­wi­nien opa­no­wać adept sztuki ze­gar­mi­strzow­skiej, jest zdol­ność wy­pa­try­wa­nia ma­lut­kich, błysz­czą­cych czę­ści na pod­ło­dze[3*].

Przed nami ten warsz­tat wy­naj­mo­wali ema­lier­nicy, a wcze­śniej, przez po­nad dwa stu­le­cia, pra­co­wało w nim wielu in­nych rze­mieśl­ni­ków. Od tego czasu nie­wiele się tu zmie­niło, przy­naj­mniej na na­szym pod­da­szu. Mimo że dys­po­nu­jemy kom­pu­te­rami, więk­szość na­rzę­dzi i ma­szyn, któ­rymi się po­słu­gu­jemy, li­czy so­bie mię­dzy pięć­dzie­siąt a sto pięć­dzie­siąt lat. Nasz fach też zresztą wy­wo­dzi się z dawno mi­nio­nych cza­sów. W zło­tym wieku ze­gar­mi­strzo­stwa, który przy­padł na sie­dem­na­ste i osiem­na­ste stu­le­cie, Wielka Bry­ta­nia była świa­to­wym li­de­rem pro­duk­cji ze­gar­ków. Obec­nie ze­gar­mi­strzo­wie, tacy jak Craig i ja, na­leżą do rzad­ko­ści. Gdy w 2012 roku za­kła­da­li­śmy wła­sną dzia­łal­ność, do­łą­czy­li­śmy do za­le­d­wie garstki po­dob­nych firm w kraju. Nie­ła­two zna­leźć spe­cja­li­stę po­tra­fią­cego zbu­do­wać od pod­staw me­cha­niczny ze­ga­rek i re­stau­ro­wać za­byt­kowe, ma­jące na­wet po kil­ka­set lat cza­so­mie­rze. A kurs ze­gar­mi­strzow­ski, który sami ukoń­czy­li­śmy, nie jest już pro­wa­dzony. Pu­bli­ko­wana przez or­ga­ni­za­cję He­ri­tage Cra­fts czer­wona li­sta za­gro­żo­nych rze­miosł (stwo­rzona na wzór czer­wo­nej księgi ga­tun­ków za­gro­żo­nych, tyle że do­ty­cząca tra­dy­cyj­nego rze­mio­sła) wska­zuje bry­tyj­skie ze­gar­mi­strzo­stwo rze­mieśl­ni­cze jako kry­tycz­nie za­gro­żone cał­ko­wi­tym wy­mar­ciem.

Po czę­ści nasz fach za­nika, po­nie­waż w za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gicz­nie epoce, w ja­kiej przy­szło nam żyć, układy ste­ro­wa­nia nu­me­rycz­nego (ang. com­pu­ter nu­me­ri­cal con­trol, CNC) po­tra­fią wy­ko­nać ze­ga­rek nie­mal bez udziału czło­wieka. Tu po­ja­wia się py­ta­nie, dla­czego w ogóle za­wra­camy so­bie głowę pracą z przed­po­to­po­wymi ma­szy­nami, skoro rów­nie do­brze mo­gli­by­śmy wpro­wa­dzić opra­co­wany na kom­pu­te­rze pro­jekt do opro­gra­mo­wa­nia ste­ru­ją­cego ob­ra­biarką nu­me­ryczną. Ale gdzie w tym ra­dość z two­rze­nia? Uwiel­biamy bru­dzić so­bie ręce, kle­cić coś i maj­stro­wać przy drob­niut­kich czę­ściach, tak by za­częły ze sobą współ­pra­co­wać. Po­tra­fimy za po­mocą słu­chu oce­nić, czy to­karka lub wier­tło pra­cują z ide­alną pręd­ko­ścią, a na pod­sta­wie oporu sta­wia­nego przez dany przy­rząd okre­ślić, czy na­piera z wła­ściwą siłą. Po­czu­cie więzi z przed­mio­tami oraz po­ko­le­niami rze­mieśl­ni­ków, któ­rzy tru­dzili się tym sa­mym fa­chem, spra­wia nam au­ten­tyczną przy­jem­ność.

Od­kąd pa­mię­tam, za­wsze fa­scy­no­wała mnie kon­cep­cja czasu, choć wcale nie mia­łam w pla­nach by­cia ze­gar­mi­strzy­nią. W szkole ma­rzy­łam, by zo­stać pa­to­lożką (było to, na długo za­nim se­riale kry­mi­nalne spra­wiły, że me­dy­cyna są­dowa stała się fajna). Za­li­cza­łam się do dzi­wa­ków - in­te­re­so­wało mnie, jak wszystko działa, w szcze­gól­no­ści ludz­kie ciało. Chcia­łam po­ma­gać lu­dziom, ale nie­spe­cjal­nie ra­dzi­łam so­bie w roz­mo­wach z nimi. Uzna­łam więc, że praca z nie­bosz­czy­kami oszczę­dzi mi trud­nych in­te­rak­cji z pa­cjen­tami. Po­do­bała mi się idea za­wodu pa­to­loga, zgod­nie z którą do­cie­ka­ła­bym, dla­czego or­ga­nizm prze­stał funk­cjo­no­wać. Ży­wi­łam też na­dzieję, że nie­jako przy oka­zji mo­gła­bym jed­nak ko­muś po­móc, dajmy na to, umoż­li­wia­jąc do­pro­wa­dze­nie win­nego przed ob­li­cze spra­wie­dli­wo­ści czy roz­wi­ja­jąc wie­dzę na te­mat śmier­tel­nej cho­roby.

Moje ma­rze­nia o ka­rie­rze w me­dy­cy­nie są­do­wej ni­gdy nie miały się zi­ścić, ale na do­brą sprawę re­pe­ro­wa­nie sta­rych ze­gar­ków w pew­nym sen­sie przy­po­mina sek­cję zwłok. Ich me­cha­ni­zmy skła­dają się z dzie­sią­tek, czę­sto se­tek, a cza­sami na­wet ty­sięcy pod­ze­spo­łów, spo­śród któ­rych każdy ma ja­sno okre­ślone dzia­ła­nie. Naj­prost­sze we­rki mają za za­da­nie je­dy­nie po­ka­zy­wać czas, te naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane (do­dat­kowe funk­cje w ze­garku są na­zy­wane wła­śnie "kom­pli­ka­cjami") po­tra­fią wy­bi­jać go­dzinę za sprawą pre­cy­zyj­nie na­stro­jo­nego dru­cika, wska­zy­wać wła­ściwą datę przez po­nad stu­le­cie, a na­wet śle­dzić po­ło­że­nie gwiazd. Je­śli któ­ry­kol­wiek z tych ele­men­tów za­czyna szwan­ko­wać, wy­maga czysz­cze­nia albo na­oli­wie­nia, me­cha­nizm prze­staje pra­co­wać. Jako re­no­wa­to­rzy roz­kła­damy go na czyn­niki pierw­sze, by usta­lić przy­czynę zgonu - dużą za­letę sta­nowi fakt, że po na­pra­wie­niu i po­now­nym zło­że­niu nasz pa­cjent otrzy­muje szansę na dal­sze ży­cie. Ostatni etap skła­da­nia ze­garka me­cha­nicz­nego po­lega na za­ło­że­niu ba­lansu. Do­piero wtedy cza­so­mierz za­czyna ty­kać. Nie ma chyba nic wspa­nial­szego, niż usły­szeć, jak urzą­dze­nie, które nie pra­co­wało od lat, może na­wet od stu­leci, na­gle ożywa, a ja wiem, że jego ty­ka­nie brzmi tak samo jak to, które sły­szał ze­gar­mistrz - jego twórca. Nie bez po­wodu rytm ba­lansu okre­ślamy "bi­ciem", z ko­lei spi­ralna sprę­żyna re­gu­lu­jąca jego pracę "od­dy­cha".

Z bie­giem lat za­czę­łam dzie­lić swoją uwagę mię­dzy pracę z ze­gar­kami a pi­sa­nie o nich i zgłę­bia­nie ich ta­jem­nic. Zo­sta­łam pierw­szą prak­ty­ku­jącą ze­gar­mi­strzy­nią w Wiel­kiej Bry­ta­nii, która obro­niła dok­to­rat do­ty­czący chro­no­me­trii an­ty­kwa­rycz­nej (na­uki o hi­sto­rii po­miaru czasu). W końcu re­no­wa­tor jest po czę­ści hi­sto­ry­kiem. Musi jed­nak mieć prak­tyczną wie­dzę hi­sto­ryczną. Trzeba wie­dzieć, jak coś zo­stało stwo­rzone i na ja­kiej za­sa­dzie dzia­łało, żeby przy­wró­cić tę rzecz do stanu zgod­nego z za­ło­że­niami jej kon­struk­tora. Jak mia­łam się prze­ko­nać, działa to w obie strony. Gdy ra­zem z Cra­igiem za­czę­li­śmy bu­do­wać ze­garki od pod­staw, moje ba­da­nia hi­sto­ryczne i prace na­ukowe wy­warły na nie dość za­uwa­żalny wpływ. Do­szło do swego ro­dzaju twór­czej wy­miany do­świad­czeń ho­ro­lo­gicz­nych. Dok­to­rat po­więk­szył mój do­tych­czas mi­kro­sko­pijny ze­gar­mi­strzow­ski świat. Mimo że ze­gar­mistrz zwy­kle kon­cen­truje się na punk­cie nie­rzadko mniej­szym od zia­renka ryżu, to in­spi­ra­cją dla chro­no­me­trii jest cały świat - urzeka mnie ten roz­dź­więk mię­dzy ska­lami mi­kro i ma­kro. Z ko­lei ślę­cze­nie nad ro­ze­bra­nym me­cha­ni­zmem osiem­na­sto­wiecz­nego cza­so­mie­rza z za­mia­rem od­czy­ta­nia, co ta­kiego ma do po­wie­dze­nia na te­mat swo­jego po­cho­dze­nia, a może też po­przed­nich wła­ści­cieli, uświa­do­miło mi, że to nie tylko hi­sto­ria ukształ­to­wała ze­ga­rek, lecz także: że ze­ga­rek ufor­mo­wał nas.

Stwier­dze­nie, że wy­na­le­zie­nie me­cha­nicz­nych cza­so­mie­rzy miało dla ludz­ko­ści tak duże zna­cze­nie jak skon­stru­owa­nie prasy dru­kar­skiej, nie by­łoby wcale prze­sadą. Wy­obraź­cie so­bie, że mu­si­cie zdą­żyć na po­ciąg, po­le­ga­jąc wy­łącz­nie na po­ło­że­niu słońca. Albo że ma­cie zor­ga­ni­zo­wać wi­de­okon­fe­ren­cję na Zoo­mie, w któ­rej bę­dzie uczest­ni­czyć dwie­ście osób z róż­nych stron świata, wy­chy­la­ją­cych się przez okno i wy­tę­ża­ją­cych słuch, by usły­szeć bi­cie dzwo­nów na naj­bliż­szej wieży ze­ga­ro­wej. Albo też, prze­cho­dząc do spraw de­cy­du­ją­cych o ży­ciu i śmierci, po­my­śl­cie o chi­rur­gach, któ­rzy prze­szcze­piają or­gan albo wy­ci­nają guz no­wo­two­rowy, mimo że nie dys­po­nują punk­tem od­nie­sie­nia po­zwa­la­ją­cym do­kład­nie mie­rzyć czę­stość rytmu serca pa­cjenta. Gdyby nie do­stęp do na­rzę­dzi, które umoż­li­wiają pre­cy­zyjne od­mie­rza­nie czasu, nie mo­gli­by­śmy pro­wa­dzić in­te­re­sów, pla­no­wać so­bie dnia, a na­wet ko­rzy­stać z ra­tu­ją­cych ży­cie osią­gnięć na­uki i me­dy­cyny. Na­sze funk­cjo­no­wa­nie opiera się na dzia­ła­niu ze­gara.

Ze­gar od sa­mego po­czątku od­zwier­cie­dlał i wzmac­niał na­szą za­leż­ność od czasu. Ze­gar nie jest źró­dłem czasu. On tylko do­ko­nuje po­miaru na­szego uwa­run­ko­wa­nego kul­tu­rowo po­strze­ga­nia jego upływu. Wszyst­kie urzą­dze­nia od­mie­rza­jące czas, za­równo te sta­ro­żytne, bu­do­wane z rzeź­bio­nych ko­ści zwie­rząt, jak i te, które pod­daję re­no­wa­cji w swoim warsz­ta­cie, służą nam do li­cze­nia, mie­rze­nia i ana­li­zo­wa­nia ota­cza­ją­cego nas świata. Pierwsi chro­no­me­tra­ży­ści ob­ser­wo­wali w tym celu zja­wi­ska na­tu­ralne i śle­dzili wę­drówkę ciał nie­bie­skich. Także dzi­siaj naj­now­sze urzą­dze­nia do­stępne na rynku - smar­twat­che ta­kie jak Ap­ple Watch - po­tra­fią "przy­glą­dać się" niebu, do­trzy­mu­jąc w ten spo­sób kroku na­szej pla­ne­cie, pę­dzą­cej nie­zmien­nie po swo­jej or­bi­cie wo­kół Słońca. Opra­co­wane przez lu­dzi sys­temy, ma­jące po­móc zro­zu­mieć te pro­cesy oraz na­sze miej­sce po­śród nich, to spo­sób na zmie­rze­nie się ze wszech­świa­tem i ob­ję­cie ro­zu­mem ca­łego ko­smicz­nego po­rządku - po to, by le­piej nam się żyło.

To, co na­zy­wamy ze­gar­kiem, a więc ma­lutki, da­jący się no­sić ze sobą ze­gar, sta­nowi jedno z naj­więk­szych osią­gnięć in­ży­nie­rii. Ze­garki me­cha­niczne na­leżą do naj­spraw­niej­szych ma­szyn, ja­kie kie­dy­kol­wiek zbu­do­wano. Mia­łam oka­zję zaj­mo­wać się eg­zem­pla­rzami, któ­rych nie ser­wi­so­wano od lat osiem­dzie­sią­tych, a mimo to ich me­cha­ni­zmy do­piero nie­dawno się za­trzy­mały. Trudno mi wska­zać ja­kie­kol­wiek inne urzą­dze­nie, które może pra­co­wać dzień i noc przez bli­sko cztery de­kady, za­nim bę­dzie wy­ma­gało in­ter­wen­cji me­cha­nika. Naj­bar­dziej skom­pli­ko­wany ze­ga­rek na świe­cie, a przy­naj­mniej no­szący ten ty­tuł w 2020 roku, składa się z bli­sko trzech ty­sięcy czę­ści. Od­mie­rza czas we­dług ka­len­da­rzy gre­go­riań­skiego, he­braj­skiego, astro­no­micz­nego i księ­ży­co­wego. Wy­bija go­dziny i mi­nuty. Wszystko to, wraz z pięć­dzie­się­cioma in­nymi kom­pli­ka­cjami, za­mknięto w urzą­dze­niu, które mie­ści się w dłoni. Z ko­lei naj­mniej­szy me­cha­nizm w hi­sto­rii po­cho­dzi z lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku - ze­gar­mi­strzow­ska ro­bota po­zwo­liła upchnąć aż dzie­więć­dzie­siąt osiem czę­ści w ko­per­cie o ob­ję­to­ści za­le­d­wie dwóch dzie­sią­tych cen­ty­me­tra sze­ścien­nego. Pierw­szy chro­no­metr - ze­ga­rek tak do­kładny, że mógł być uży­wany przez że­gla­rzy do ob­li­cza­nia dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej pod­czas rejsu - po­wstał po­nad sześć­dzie­siąt lat przed wy­na­le­zie­niem sil­nika elek­trycz­nego i wię­cej niż sto lat przed świa­tłem elek­trycz­nym. Od tego mo­mentu ze­garki to­wa­rzy­szyły lu­dziom pod­czas zdo­by­wa­nia Mo­unt Eve­re­stu, eks­plo­ro­wa­nia głę­bin Rowu Ma­riań­skiego, eks­pe­dy­cji na bie­guny pół­nocny i po­łu­dniowy, a na­wet lotu na Księ­życ.

To, jak poj­mu­jemy kon­cep­cję czasu, jest nie­ro­ze­rwal­nie po­łą­czone z na­szą kul­turą. Co wię­cej, słowo time jest naj­czę­ściej uży­wa­nym rze­czow­ni­kiem w ję­zyku an­giel­skim[1]. W świe­cie za­chod­niego ka­pi­ta­li­zmu czas jest czymś, co mamy albo czego nie mamy. Oszczę­dzamy go lub tra­cimy. Czas pę­dzi, to znów się wle­cze. Raz wy­daje się, że sta­nął w miej­scu, in­nym ra­zem można od­nieść wra­że­nie, że prze­cieka nam przez palce. Czas nie­ustan­nie pul­suje we wszyst­kim, co ro­bimy. Jest tłem i kon­tek­stem na­szego ist­nie­nia oraz miej­sca, które zaj­mu­jemy w nad­zwy­czaj zme­cha­ni­zo­wa­nym współ­cze­snym świe­cie.

Przez dzie­siątki ty­sięcy lat rów­no­waga sił mię­dzy czło­wie­kiem a cza­sem po­woli się zmie­niała. To, co pier­wot­nie opie­rało się na ob­ser­wa­cji zja­wisk na­tu­ral­nych, stop­niowo prze­ista­czało się w byt, który za­pra­gnę­li­śmy kon­tro­lo­wać. Mimo to czę­sto zdaje się, że to on spra­wuje kon­trolę nad nami. Czas, jak się prze­ko­na­li­śmy, nie jest tak okre­ślony, jak po­cząt­kowo są­dzi­li­śmy. Wcale nie musi być uni­wer­salny, nie­ubła­ga­nie pły­nący, nie­cze­ka­jący na ni­kogo. Jego upływ może być za to względny, oso­bi­sty, a pew­nego dnia na­wet od­wra­calny - przy­naj­mniej z me­dycz­nego punktu wi­dze­nia.

Nie­mal od po­czątku wie­dzia­łam, że wolę się zaj­mo­wać ze­gar­kami niż ze­ga­rami. Te pierw­sze od se­tek lat se­kun­dują nam w co­dzien­nym ży­ciu, no­szone na ciele lub przy nim. Od­kąd pa­mię­tam, do­strze­ga­łam w in­tym­nej na­tu­rze tego przy­wią­za­nia coś fa­scy­nu­ją­cego. Więź mię­dzy czło­wie­kiem a ze­gar­kiem, pod­kre­ślana ty­ka­niem od­zwier­cie­dla­ją­cym bi­cie na­szego serca i wpi­su­ją­cym się w do­bowy rytm funk­cjo­no­wa­nia ludz­kiego or­ga­ni­zmu, przez długi czas była naj­bliż­szą re­la­cją, jaką lu­dzie na­wią­zali z ma­szyną. Zmie­niło się to do­piero wraz z po­ja­wie­niem się te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych. Ze­garki są pod wie­loma wzglę­dami prze­dłu­że­niem nas sa­mych, pro­jek­cją na­szej toż­sa­mo­ści, oso­bo­wo­ści, aspi­ra­cji, jak rów­nież na­szego sta­tusu spo­łecz­nego i eko­no­micz­nego. Ze­ga­rek jest nie tylko na­szym oso­bi­stym cza­so­mie­rzem, lecz także swego ro­dzaju dzien­ni­kiem - uło­że­niem swo­ich wska­zó­wek po­rząd­kuje wspo­mnie­nia go­dzin, dni i lat, które prze­ży­li­śmy, no­sząc go na nad­garstku. Sta­nowi nie­oży­wione, a za­ra­zem wy­jąt­kowo ludz­kie re­po­zy­to­rium ży­cia.

Książka ta opo­wiada o hi­sto­rii po­miaru czasu, ale rów­nież o cza­sie sa­mym w so­bie, tyle że wi­dzia­nym z nie­re­gu­lar­nej per­spek­tywy dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nej ze­gar­mi­strzyni. Moją opo­wieść roz­pocznę od naj­wcze­śniej­szych cza­so­mie­rzy bu­do­wa­nych przez lu­dzi, wy­ko­ny­wa­nych z ko­ści zwie­rząt, któ­rych dzia­ła­nie opie­rało się na od­mie­rza­niu dłu­go­ści cie­nia, prze­le­wa­niu wody, prze­sy­py­wa­niu pia­sku czy roz­pa­la­niu ognia. Na­stęp­nie przyj­rzę się temu, jak wy­na­lazcy szu­kali spo­so­bów na po­łą­cze­nie na­tu­ral­nych źró­deł ener­gii z roz­wią­za­niami in­ży­nie­ryj­nymi. Urzą­dze­nia, które uzna­jemy dziś za pierw­sze w hi­sto­rii ze­gary, były tak na­prawdę nie­zwy­kłą wy­pad­kową zwy­kłej ludz­kiej cie­ka­wo­ści, eks­pe­ry­men­tów i zło­żo­nej wie­dzy na­uko­wej. Ich me­cha­ni­zmy, po­cząt­kowo tak ogromne, że mie­ściły się je­dy­nie we­wnątrz po­tęż­nych wież ko­ściel­nych, były pier­wo­wzo­rami zmi­nia­tu­ry­zo­wa­nych cza­so­mie­rzy, któ­rymi zaj­muję się na co dzień w swoim warsz­ta­cie.

Stam­tąd przej­dziemy do peł­nego nie­zwy­kło­ści świata ze­gar­ków. W ko­lej­nych roz­dzia­łach opo­wiem o naj­waż­niej­szych mo­men­tach w hi­sto­rii ze­garka - od jego na­ro­dzin przed pię­ciu­set laty po współ­cze­sność. Ob­ja­śnię nie­zro­zu­miałe osią­gnię­cia tech­niczne, dzięki któ­rym urzą­dze­nia do po­miaru czasu stały się po­ręczne i wy­star­cza­jąco do­kładne, by za­wo­jo­wać świat. Wy­tłu­ma­czę, jak te nie­wiel­kie przy­rządy umoż­li­wiły ko­or­dy­na­cję pracy, od­da­wa­nie czci bo­gom i pro­wa­dze­nie wo­jen. Jak po­mo­gły eu­ro­pej­skim na­cjom wy­zna­czać kursy na mo­rzach i oce­anach, na­no­sić na mapy nie­znane wcze­śniej kon­ty­nenty. Jak wsparły roz­wój glo­bal­nego han­dlu, jak prze­tarły ścieżkę ku eks­pan­sji ko­lo­nial­nej. Udo­wod­nię, że to od nich za­le­żało prze­trwa­nie nie­ustra­szo­nych od­kryw­ców i wy­cień­czo­nych walką żoł­nie­rzy. Po­każę, jak ogromny wpływ miały na de­cy­du­jące o lo­sach świata wy­da­rze­nia hi­sto­ryczne. Prze­śle­dzimy też drogę ze­garka: od oznaki za­moż­no­ści do po­pu­lar­nego na­rzę­dzia co­dzien­nego użytku, a na­stęp­nie zwrot w stronę sym­bolu sta­tusu spo­łecz­nego. Ze­ga­rek jest tak­to­mie­rzem za­chod­niej cy­wi­li­za­cji, po­ma­ga­ją­cym okre­ślić rytm, w ja­kim bie­gnie przed sie­bie na­sza hi­sto­ria, i w dal­szym ciągu kon­tro­lu­ją­cym epokę dyk­tatu czasu oraz pro­duk­tyw­no­ści.

Opo­wie­dziana tu hi­sto­ria ma rów­nież oso­bi­sty wy­dźwięk. Wszak moje za­in­te­re­so­wa­nia po­bły­skują zza ze­gar­ko­wego szkiełka. Wiele spo­śród cza­so­mie­rzy, które opi­suję, tra­fiło kie­dyś w moje ręce, nie­które mia­łam też przy­jem­ność na­pra­wiać. To, co można z nich wy­czy­tać, ma istotne zna­cze­nie dla tej książki. Pew­nego razu zaj­mo­wa­łam się ze­gar­kiem, który miał być pre­zen­tem ślub­nym od ro­dzi­ców. Znaj­do­wał się w po­sia­da­niu tej sa­mej ro­dziny od osiem­na­stego wieku. Trzy­ma­jąc go w dłoni, re­pe­ru­jąc jego me­cha­nizm, du­ma­jąc nad jego prze­szło­ścią i przy­szło­ścią, czu­łam się, jak­bym stała się mo­stem mię­dzy tym, co było, a tym, co bę­dzie. Praca z urzą­dze­niami, w któ­rych me­cha­nicz­nych trze­wiach drze­mią setki lat do­sko­na­le­nia sztuki ze­gar­mi­strzow­skiej, wy­wo­łuje dzi­waczne po­czu­cie sa­mo­świa­do­mo­ści. Roz­bie­ra­jąc na czę­ści pierw­sze za­byt­kowy ze­ga­rek, czuję nie­mal na­ma­calną więź z ludźmi, któ­rzy go zbu­do­wali, oraz tymi, któ­rzy go uży­wali. Moją uwagę przy­ku­wają na­wet naj­drob­niej­sze ślady lu­dzi z prze­szło­ści, swo­iste pod­pisy - ukryte po­śród try­bi­ków i zę­ba­tek ini­cjały czy imiona, jak w przy­padku Jeffa, albo li­czący so­bie dwie­ście pięć­dzie­siąt lat od­cisk palca ema­lier­nika, nie­chcący utrwa­lony na tur­ku­so­wym szkiełku scho­wa­nym pod tar­czą ze­garka kie­szon­ko­wego. Wy­pa­truję tych tro­pów, w pełni świa­doma tego, że je­stem tylko ko­lej­nym roz­dzia­łem w hi­sto­rii przed­miotu stwo­rzo­nego na długo przed mo­imi na­ro­dzi­nami, który, o ile wła­ści­wie o niego za­dbamy, prze­trwa jesz­cze setki lat po moim odej­ściu.

Ze­gar­mistrz jest ku­sto­szem chro­nią­cym te przed­mioty, chło­ną­cym ich hi­sto­rię, ale też przy­go­to­wu­ją­cym je na to, co na­stąpi. Zda­rza się, że na prze­gląd lub na­prawę tra­fia do mo­jego za­kładu ze­ga­rek, nad któ­rym pra­co­wa­łam przed laty. Od­no­szę wtedy wra­że­nie, jak­bym spo­tkała się z dawno nie­wi­dzia­nym przy­ja­cie­lem. Za­le­wają mnie wspo­mnie­nia zwią­zane ze zna­kami szcze­gól­nymi da­nego cza­so­mie­rza - bywa rów­nież, że za­pa­dają mi wtedy w pa­mięć nowe rze­czy. Pe­wien ze­ga­rek, na­pra­wiany przeze mnie nie­wiele wcze­śniej, wró­cił do mnie po za­la­niu wodą. Do in­cy­dentu do­szło wkrótce po wrę­cze­niu go jako pre­zentu na osiem­na­ste uro­dziny. Pod­czas wa­ka­cji na Ma­jorce ze­ga­rek od­był ką­piel w ba­se­nie wraz ze swoim no­wym, odro­binę za­mro­czo­nym al­ko­ho­lem wła­ści­cie­lem. Choć me­cha­nizm udało się przy­wró­cić do stanu pier­wot­nego, na tar­czy w oko­li­cach go­dziny trze­ciej po­zo­stało nie­wiel­kie od­bar­wie­nie, które już za­wsze bę­dzie przy­po­mi­nać o nie­bez­pie­czeń­stwie mie­sza­nia te­qu­ili z chlo­ro­waną wodą i za­byt­kową me­cha­niką pre­cy­zyjną.

Każ­dego ranka, gdy za­sia­dam przy warsz­ta­cie i za­bie­ram się do pracy, le­żący przede mną ze­ga­rek zwia­stuje nowy po­czą­tek. Ma do opo­wie­dze­nia wła­sną hi­sto­rię, która to­czy się poza in­ży­nie­ryjną per­fek­cją. Każde wgnie­ce­nie i za­dra­pa­nie, każde ukryte ozna­cze­nie po­zo­sta­wione przez in­nego ze­gar­mi­strza, a na­wet spo­sób, w jaki ze­ga­rek zo­stał skon­stru­owany, oraz ja­kie tech­niki za­sto­so­wano - wszystko to są tropy pro­wa­dzące do świata się­ga­ją­cego o wiele da­lej niż nie­wielki przed­miot, który mam przed sobą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki