Niecierpliwe - Djali Amadou Amal

Kup ebooka

38.00 zł
33.44 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VIII

W przed­dzień ślu­bu Al­ha­dji Issa przy­słał kil­ka­dzie­si­ąt wor­ków orzesz­ków coli oraz kar­to­nów z cu­kier­ka­mi i ła­ko­ci na uro­czy­sto­ść zwa­ną tégal. Prze­sta­łam już w ogó­le sy­piać. W gło­wie kłębi­ły mi się nie­ustan­nie te same ob­ra­zy. Naj­trud­niej będzie za­po­mnieć o Ami­nou. Czy kie­dy­kol­wiek mi się to uda? I czy rze­czy­wi­ście chcę o nim za­po­mnieć? Jego wspo­mnie­nie było żywe i bło­gie. Czu­łam się sa­mot­na. Je­śli na­wet mat­ka zda­wa­ła so­bie spra­wę z mo­jej roz­pa­czy, za­pew­ne sądzi­ła, że to zwy­kła dzie­ci­na­da i że gdy zo­sta­nę mężat­ką, będę za­do­wo­lo­na ze swo­je­go losu. Przede wszyst­kim jed­nak jej zda­niem po­win­nam zro­zu­mieć, że ta­kie jest moje prze­zna­cze­nie, a "na prze­zna­cze­nie nic nie mo­żna po­ra­dzić", jak ma­wia­ła. Czyż wkrót­ce nie będę żoną jed­ne­go z naj­bo­gat­szych lu­dzi w mie­ście?

Ow­szem, wła­śnie o ta­kim lo­sie dla cór­ki ma­rzy ka­żda mat­ka. Dzi­ęki temu wszyst­kie jej wspó­łżo­ny zzie­le­nie­ją z za­zdro­ści! Wy­star­czy­ło przy­po­mnieć so­bie bły­ski po­żądli­wo­ści w oczach ma­coch i przy­rod­nich sióstr na wi­dok no­wiut­kie­go sa­mo­cho­du, któ­ry na­rze­czo­ny ofia­ro­wał mi pew­ne­go wie­czo­ru jako pierw­szy pre­zent ślub­ny.

Pa­ra­li­żo­wał mnie strach. Nie po­tra­fi­łam usie­dzieć w miej­scu. Du­si­łam się. Tak często pła­ka­łam, że moje oczy zro­bi­ły się czer­wo­ne, a po­wie­ki spu­chły. Ten ci­chy żal nie wzru­szył ani mat­ki, ani cio­tek. Wszyst­kie szlo­cha­ły przed ślu­bem. We łzach pan­ny mło­dej od­bi­ja się je­dy­nie tęsk­no­ta za skra­dzio­ną mło­do­ścią, za utra­co­ną nie­win­no­ścią i lęk przed przy­szły­mi obo­wi­ąz­ka­mi. Wy­ra­ża­ją one wy­łącz­nie przy­wi­ąza­nie do ro­dzi­ny i oba­wę przed we­jściem do ob­ce­go domu.

Pó­źną nocą, gdy zmęczy­ło mnie nie­usta­jące roz­go­ry­cze­nie, na­gle po­czu­łam po­trze­bę opusz­cze­nia tego su­ro­we­go po­ko­ju. Za­pra­gnęłam zo­ba­czyć ksi­ężyc, po­dzi­wiać gwiaz­dy. Z pew­no­ścią uj­rzę je z miej­sca, w któ­rym się znaj­dę, ale czy będą lśnić ta­kim sa­mym bla­skiem? A po­wie­trze? Czy na­dal będzie rów­nie czy­ste? A czy wie­trzyk będzie tak samo ła­god­nie szu­miał w li­ściach mio­dli? Czy ci­ągle będzie prze­sy­co­ny świe­ży­mi i de­li­kat­ny­mi wo­nia­mi? A czy pia­sek pod mo­imi sto­pa­mi na­dal będzie tak samo mi­ęk­ki?

Cały dom po­grążo­ny był we śnie. Mat­ka w ko­ńcu pa­dła ze zmęcze­nia na wąski ma­te­rac w sa­lo­nie. W nocy przez dom prze­wi­nęło się spo­ro ko­biet. Nie­któ­re spa­ły wprost na dy­wa­nie. Prze­szłam nad nimi po ci­chu, bo­jąc się, że je obu­dzę, a przede wszyst­kim że mnie przy­ła­pią.

Jak wy­ko­rzy­stać ostat­nie go­dzi­ny wol­no­ści? I po­my­śleć, że na­za­jutrz o tej sa­mej po­rze będę mu­sia­ła dzie­lić łoże z ob­cym czło­wie­kiem... Z mężczy­zną, któ­ry będzie wo­dził dło­ńmi po mo­jej skó­rze, przy­go­to­wa­nej dla jego roz­ko­szy, będzie chci­wie błądził wzro­kiem po ta­tu­ażach, ma­jących na celu uwie­dze­nie go, będzie wdy­chał za­pach ka­dzi­dła i będzie miał pra­wo po­si­ąść mnie ca­łko­wi­cie, cho­ciaż nie ko­cham jego, tyl­ko in­ne­go. Jak się po­go­dzić z tym, że opusz­czę dom i ro­dzi­nę, aby na­le­żeć do in­nej?

Gdy­by przy­naj­mniej wszyst­ko to sko­ńczy­ło się ju­tro! Tyl­ko że ślub nie ogra­ni­cza się do sa­mej ce­re­mo­nii, ma­łże­ństwo trwa całe ży­cie.

Noc była ci­cha, jak na tę porę roku chłod­na, a nie­bo usia­ne ty­si­ąca­mi gwiazd. Ksi­ężyc roz­świe­tlał mia­sto, to­też było ja­sno jak w dzień. Wo­la­ła­bym czar­ną noc, rów­nie prze­ra­ża­jącą jak lęk, któ­ry chwy­tał mnie za gar­dło i ści­skał w żo­łąd­ku. Sko­ńczo­ne, już ni­g­dy nie będę mo­gła wy­jść, kie­dy tego za­pra­gnę, ni­g­dy nie uko­ńczę stu­diów, to kres ma­rzeń o uni­wer­sy­te­cie. Uwi­ęzio­na w zło­tej klat­ce, nie zo­sta­nę far­ma­ceut­ką.

Ni­g­dy jesz­cze nie by­łam taka sa­mot­na.

Gdy do­ta­rłam na wspól­ny dzie­dzi­niec, uj­rza­łam Hin­dou. Sta­ła przed miesz­ka­niem swo­jej mat­ki.

Nie by­ły­śmy so­bie tak bli­skie, jak po­win­ny być sio­stry, mimo że uro­dzi­ły­śmy się w tym sa­mym roku i ra­zem zo­sta­ły­śmy za­pi­sa­ne do szko­ły. Przez pierw­sze nie­win­ne lata była moją naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. W mia­rę jed­nak jak do­ra­sta­ły­śmy, w nie­ustan­nych kłót­niach, któ­re to­czy­ły na­sze mat­ki, ka­żda sta­wa­ła po stro­nie swo­jej.

Lecz tam­te­go dnia dzie­li­ły­śmy wspól­ny los. Hin­dou zaś po­zby­ła się nie­uf­no­ści w sto­sun­ku do mnie. Wzbu­rzo­na pod­nio­sła gło­wę, po­ka­zu­jąc ciem­ne kręgi pod ocza­mi, zdra­dza­jące wie­le nie­prze­spa­nych nocy. Ski­nęła na mnie i za­ci­ągnęła do ogrom­nej kuch­ni. W ol­brzy­mich ko­tłach bul­go­tał sos mi­ęsny, pre­lu­dium do zbli­ża­jącej się po­ran­nej uczty. W po­miesz­cze­niu jesz­cze pa­no­wał spo­kój, al­bo­wiem świt do­pie­ro nad­cho­dził. Mimo pa­nu­jące­go go­rąca Hin­dou za­drża­ła, po­ta­rła dło­nie i przy­su­nęła je do ognia. Od­wró­co­na do mnie ple­ca­mi za­py­ta­ła bez­barw­nym gło­sem:

- I jak? Co czu­jesz, gdy my­ślisz o dzi­siej­szym ślu­bie? Bo­isz się?

- Jest mi smut­no. Skąd to py­ta­nie? Bo co, ty się bo­isz?

Od­wró­ci­ła się, a wte­dy, zdu­mio­na, za­uwa­ży­łam łzy spły­wa­jące po jej po­licz­kach. Prze­jęta wła­snym lo­sem nie za­prząta­łam so­bie gło­wy sy­tu­acją sio­stry. Uzna­łam, że do­ga­da­ła się z na­rze­czo­nym, któ­ry jest sy­nem na­sze­go stry­ja Mo­us­sy. Sądzi­łam, że jest w nim za­ko­cha­na, a w ka­żdym ra­zie wy­da­wa­ło mi się, że ma wi­ęcej szczęścia niż ja.

Mo­uba­rak sko­ńczył za­le­d­wie dwa­dzie­ścia dwa lata i nie był brzyd­ki. Wprost prze­ciw­nie!

- Boję się go - wy­szep­ta­ła.

- Bo­isz się? Ale dla­cze­go?

- Nic nie wiesz o kło­po­tach, ja­kie miał, za­nim jego oj­ciec po­pro­sił o moją rękę?

Mo­uba­rak po­pa­dł w al­ko­ho­lizm i wca­le się z tym nie krył. Wy­star­czy­ło po­wąchać jego cuch­nący od­dech, by wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać. Od ja­kie­goś cza­su już w ogó­le rano nie wy­cho­dził. Wi­dy­wa­no go wy­łącz­nie po­po­łud­nia­mi lub wie­czo­ra­mi. Igno­ro­wał ojca, od­kąd tam­ten od­mó­wił mu ka­pi­ta­łu na biz­nes obuw­ni­czy w Du­ali. Stryj nie ufał in­te­re­som na wy­brze­żu, zresz­tą dał mu już pie­ni­ądze kil­ka lat wcze­śniej, kie­dy Mo­uba­rak po­sta­no­wił han­dlo­wać drew­nem, jak jego stryj Yougo­uda. Wszyst­ko prze­pu­ścił na dziew­czy­ny, noc­ne klu­by i ciu­chy. Go­rzej, nie dość, że po­grążył się w al­ko­ho­li­zmie, to jesz­cze za­czął się nar­ko­ty­zo­wać tra­ma­do­lem, sil­nym środ­kiem prze­ciw­bó­lo­wym, któ­ry siał spu­sto­sze­nie wśród lud­no­ści Ma­ro­ua. Wszyst­kie te plot­ki po­zo­sta­ły bez kon­se­kwen­cji, do­pó­ki pi­ja­ny w sztok Mo­uba­rak nie wy­ko­rzy­stał mło­dej słu­żącej mat­ki. Bez­bron­ną na­sto­lat­kę naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ode­sła­no z po­wro­tem na wieś, a w ra­mach je­dy­ne­go za­do­śću­czy­nie­nia wręczo­no jej bank­not w wy­so­ko­ści pi­ęciu ty­si­ęcy fran­ków. Co do Mo­uba­ra­ka, oj­ciec uznał, że naj­wy­ższa pora, by się ustat­ko­wał. Nie szu­kał da­le­ko: Hin­dou wła­śnie osi­ągnęła od­po­wied­ni wiek do za­mążpó­jścia, w ro­dzi­nie zaś ce­nio­no ją za spo­koj­ne i spo­le­gli­we uspo­so­bie­nie. Świet­nie się skła­da­ło! Jej spo­kój mógł utem­pe­ro­wać bu­zu­jące­go ener­gią Mo­uba­ra­ka. Oj­co­wie oboj­ga mło­dych pod­jęli de­cy­zję, nie py­ta­jąc ich o zda­nie.

Hin­dou mó­wi­ła da­lej:

- Któ­re­goś dnia za­ci­ągnął mnie do swo­je­go po­ko­ju i chciał po­ca­ło­wać!

- Co? - od­pa­rłam obu­rzo­na. - A ty co zro­bi­łaś? - do­da­łam roz­go­rącz­ko­wa­na.

- Oczy­wi­ście go ode­pchnęłam, ale on mnie szar­pał za ra­mię. Wte­dy ugry­złam go do krwi i uda­ło mi się uciec, ale obie­cał, że mnie urządzi w noc po­ślub­ną. O, mój Boże, Ram­lo, jak ja się go boję!

- Nie mó­wi­łaś o tym mat­ce?

- Niby co mia­łam jej po­wie­dzieć? Prze­cież wiesz, że ta­kich te­ma­tów nie po­ru­sza się z mat­ką.

Hin­dou po­chli­py­wa­ła. Czu­łam się bez­bron­na wo­bec ta­kie­go bez­mia­ru roz­pa­czy.

- Ram­la, już bym wo­la­ła wy­jść za tego ca­łe­go Al­ha­djie­go Issę niż za Mo­uba­ra­ka. To oprych. Boję się go! Ty to masz szczęście.

Dom już się bu­dził. Nad­sze­dł czas przy­go­to­wać się na naj­wa­żniej­szy dzień w na­szym ży­ciu.

II

Dłu­go nie cze­ka­łam! Gar­dząc tra­dy­cją, zgod­nie z któ­rą przy­ja­cie­le pana mło­de­go od­pro­wa­dza­ją go do domu bar­dzo pó­źną nocą, kie­dy wszy­scy już śpią, a on po­wi­nien za­cho­wy­wać się jak naj­ci­szej, Mo­uba­rak wkrót­ce wkra­cza do sy­pial­ni, po­zwo­liw­szy, by po­zo­sta­li świ­ęto­wa­li przed dzie­dzi­ńcem, sie­dząc na dy­wa­nach, po­grąże­ni w gło­śnej roz­mo­wie, ra­cząc się her­ba­tą i kawą.

Ko­bie­ty, któ­re mnie tu przy­wio­dły, śpią w moim miesz­ka­niu, zbu­do­wa­nym w tym sa­mym cza­sie co miesz­ka­nie Mou-ba­ra­ka w pra­wym rogu po­se­sji. W po­wie­trzu uno­si się woń świe­żej far­by, któ­ra ma­sku­je wy­zie­wy kro­wie­go łaj­na, jako że za­nim stryj Mo­us­sa po­sta­no­wił po­sta­wić czte­ry miesz­ka­nia - ma­jąc na uwa­dze dwa ślu­by, w tym mój - miej­sce to dłu­go słu­ży­ło jako za­gro­da dla by­dła. Aby stłu­mić fe­tor i przy­go­to­wać plac pod bu­do­wę, po pro­stu wy­sy­pa­no pia­sek z po­bli­skie­go stru­mie­nia.

Le­d­wie Mo­uba­rak wcho­dzi do sy­pial­ni, nie za­szczy­ca­jąc mnie na­wet jed­nym spoj­rze­niem, włącza mu­zy­kę. Sie­dzę sku­lo­na na dy­wa­nie, w naj­ciem­niej­szym kącie. Na­pad pła­czu mnie wy­czer­pał i zu­pe­łnie zwa­lił z nóg. Gar­dło mam ści­śni­ęte ze stra­chu.

- Po­patrz, po­patrz! Moja uko­cha­na ku­zyn­ka i żona! Po­dej­dziesz tu? Za­raz skon­su­mu­je­my za­war­te w po­śpie­chu ma­łże­ństwo. Mó­wi­łem, że ten dzień pręd­ko na­stąpi.

- Pro­szę cię...

- Sko­ńcz te głu­po­ty i raz dwa się roz­bie­raj! Nie cier­pię wsty­dli­wych ko­biet.

Kom­plet­nie prze­ra­żo­na wiem, że nic nie dzie­je się nor­mal­nie. Mo­uba­rak nie tyl­ko pił. Po­łk­nął ta­kże ta­blet­ki tra­ma­do­lu w po­łącze­niu z via­grą. Do­brze zna­ny mu kok­tajl, po­dob­nie jak wie­lu tu­tej­szym mło­dym mężczy­znom. Mo­żna go do­stać na ka­żdym rogu, za­rów­no w po­bli­skim spo­żyw­cza­ku, jak i u ob­wo­źnych han­dla­rzy. Przed nocą po­ślub­ną mężczy­źni bez wa­ha­nia fa­sze­ru­ją się nar­ko­ty­ka­mi, do­da­jąc so­bie wi­go­ru, za­pew­nia­jąc spraw­no­ść i męsko­ść, pod­sy­ca­jąc pło­mień, aby spro­stać wy­zwa­niu.

- Ści­ągaj ciu­chy. Śmiesz­nie wy­glądasz taka za­kry­ta.

- Bła­gam cię...

- Chcesz się ba­wić? Zgo­da, za­ba­wi­my się. To na­wet le­piej, jak będziesz się tro­chę opie­rać. Z chęcią cię roz­bio­rę.

Pod­kręca mu­zy­kę i za­czy­na po­wo­li zdej­mo­wać gar­de­ro­bę. Ja jesz­cze bar­dziej co­fam się w kąt. Tak bar­dzo się boję, że aż szczękam zęba­mi i drżę jak liść. On sia­da na łó­żku, po­sy­ła mi po­zba­wio­ne życz­li­wo­ści spoj­rze­nie i rzu­ca:

- To jak? Przyj­dziesz z wła­snej woli czy sam mam się po­fa­ty­go­wać?

- Pro­szę cię...

Pod­ry­wa się gwa­łtow­nie, znie­nac­ka ci­ska mnie na łó­żko i zdzie­ra ze mnie ubra­nie. Bro­nię się, jak tyl­ko po­tra­fię. Kie­dy roz­szar­pu­je sta­nik suk­ni, gry­zę go z za­cie­kło­ścią. Cofa dłoń, na któ­rej wi­dać kro­ple krwi. Za­czy­na mnie wście­kle bić. Krzy­czę, wy­ry­wam się, gdy wtem ogłu­sza mnie po­tężny cios, po któ­rym pa­dam w po­przek łó­żka.

Kil­ka go­dzin pó­źniej bra­ku­je mi sił, by krzy­czeć, i łez, by pła­kać. W sy­pial­ni pa­nu­je ci­sza. Tak moc­no krzy­cza­łam, tak moc­no szlo­cha­łam i bła­ga­łam, że stra­ci­łam głos. Kulę się na łó­żku obo­la­ła, z cia­łem po­kry­tym si­nia­ka­mi i wy­bro­czy­na­mi. Krwa­wię tak bar­dzo, że aż cała po­ściel jest mo­kra. Czu­ję sil­ny ból. Pró­bu­ję wstać.

Śpi­ący obok Mo­uba­rak bu­dzi się i spo­gląda na mnie kpi­ąco.

- Do­brze spa­łaś, ko­cha­na ku­zyn­ko? Ee, co ja mó­wię, ko­cha­na żono! Tyl­ko się nie ru­szaj, już do cie­bie pędzę.

- Nie, pro­szę cię!

- Zda­je się, że zno­wu za­czy­nasz te swo­je idio­ty­zmy?

- Prze­pra­szam, je­stem po­ra­nio­na. Boli mnie.

- Ależ skąd! To nor­mal­ne.

Pa­trzy na łó­żko z obrzy­dze­niem i ści­ąga mnie na podło­gę. Upa­dam gwa­łtow­nie i za­czy­nam krzy­czeć. Za­ty­ka mi ręką usta.

- Jest jesz­cze bar­dzo wcze­śnie. Lu­dzie o tej po­rze śpią. Ucisz się! Wczo­raj wie­czo­rem na­ro­bi­łaś dość ha­ła­su. Ni­g­dy bym nie przy­pusz­czał, że taki z cie­bie tchórz. Jesz­cze ktoś po­my­śli, że cię mor­do­wa­łem. Tym ra­zem za­mknij ryj!

Po­now­nie mnie wy­ko­rzy­stu­je. Ból jest tak ostry, że na szczęście tra­cę przy­tom­no­ść.

Mój stan nie obu­rzył ni­ko­go. Prze­cież to nie zbrod­nia! Mou-ba­rak miał do mnie wszel­kie pra­wa i nie ro­bił nic in­ne­go, tyl­ko spe­łniał ma­łże­ńskie po­win­no­ści. Za­pew­ne był odro­bi­nę bru­tal­ny, ale w ko­ńcu to zu­pe­łnie zdro­wy i jur­ny mło­dzie­niec. W do­dat­ku ja by­łam pi­ęk­na jak dzień! Na wi­dok tylu wdzi­ęków mu­siał stra­cić gło­wę. Przede wszyst­kim był bar­dzo za­ko­cha­ny! Za­słu­ży­łam rów­nież na gra­tu­la­cje, po­nie­waż po­tra­fi­łam do­cho­wać czy­sto­ści. Nie sha­ńbi­łam ro­dzi­ny.

To nie zbrod­nia! To czyn le­gal­ny! Ma­łże­ńska po­win­no­ść. To nie grzech. Wręcz prze­ciw­nie. Czy to dla mnie, czy dla Mo­uba­ra­ka, to do­bro­dziej­stwo od Al­la­ha.

To nie gwa­łt. To do­wód mi­ło­ści. Jed­na­kże ze względu na ilo­ść szwów, ja­kich wy­ma­ga­ła moja rana, za­su­ge­ro­wa­no Mo­uba­ra­ko­wi, by nie­co po­wści­ągnął swo­je za­pędy. Po­cie­szo­no mnie. Na tym po­le­ga ma­łże­ństwo. Na­stęp­nym ra­zem będzie le­piej. A poza tym to wła­śnie mu­ny­al, cier­pli­wo­ść, o któ­rej mi mó­wio­no. Ko­bie­ta prze­cho­dzi przez wie­le bo­le­snych eta­pów w ży­ciu. To, co się sta­ło, sta­no­wi­ło je­den z nich. Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak ro­bić okła­dy z sody i brać go­rące kąpie­le, żeby przy­spie­szyć go­je­nie.

Ma­łże­ńska po­win­no­ść! Za­cy­to­wa­no mi ha­dis Pro­ro­ka: "Bia­da ko­bie­cie, któ­ra roz­gnie­wa męża, szczęśli­wa zaś ta, któ­rej mąż jest z niej za­do­wo­lo­ny!". Le­piej bym zro­bi­ła, gdy­bym jak naj­prędzej na­uczy­ła się za­do­wa­lać swo­je­go ma­łżon­ka.

Le­karz rów­nież się nie prze­jął. To nie był gwa­łt. Wszyst­ko od­by­ło się nor­mal­nie. Po pro­stu je­stem świe­żo upie­czo­ną mężat­ką, wra­żliw­szą niż inne. Mój mąż jest mło­dy i za­ko­cha­ny! To w pe­łni uza­sad­nio­ne, że ma go­rący tem­pe­ra­ment! To, że tak się dzie­je, jest pra­wi­dło­we. Zresz­tą kto ośmie­lił się użyć sło­wa "gwa­łt"? W ma­łże­ństwie gwa­łt nie ist­nie­je.

Pó­źniej Gog­go Diya przy­zna­ła się, że było jej za mnie wstyd, bo tak moc­no krzy­cza­łam: wszy­scy mu­sie­li mnie usły­szeć. W szpi­ta­lu, gdy za­kła­da­no mi szwy, na­dal wrzesz­cza­łam. Za­cho­wa­łam się bez­wstyd­nie. W moją noc po­ślub­ną ogar­nęło ją tak sil­ne za­kło­po­ta­nie, że o mało so­bie nie po­szła. Na­wet oj­ciec i teść bez wąt­pie­nia wie­dzie­li, że mąż wła­śnie mnie do­ty­ka! Co za ha­ńba! Co za nie­skrom­no­ść! Co za wul­gar­no­ść! Ta chwi­la jest owia­na ta­jem­ni­cą. Jak te­raz spoj­rzę lu­dziom w oczy? Co za brak od­wa­gi, brak mu­nyal! Co za brak sem­te­en­de, wsty­du, brak umia­ru! Gdzie się po­dzia­ło pu­la­aku, któ­re mi od za­wsze wsz­cze­pia­no? Czło­wiek z ludu Ful­be umie­ra ni­czym owca, w mil­cze­niu, a nie me­cząc jak koza. Sko­ro cier­pia­łam bar­dziej niż inni, to była moja wina. Gdy­bym się nie opie­ra­ła, nie mu­sia­ła­bym tego wszyst­kie­go zno­sić! Coś ta­kie­go, Gog­go Nen­né opo­wia­da­ła jej, że Ram­la była rów­nie czy­sta jak ja, ale nikt nie sły­szał dźwi­ęku jej gło­su.

Za­mil­kłam. Nie mia­łam już nic wi­ęcej do po­wie­dze­nia.

Ciot­ki czym prędzej upich­ci­ły bas­sis­sé, kle­ik z ryżu, mle­ka i ma­sła. Roz­da­je­my go ca­łej ro­dzi­nie, a w szcze­gól­no­ści dziew­czętom, aby im po­ka­zać, że ja, Hin­dou, po­tra­fi­łam do­cho­wać dzie­wic­twa aż do ślu­bu. Spo­sób, żeby je na­kło­nić do zro­bie­nia tego sa­me­go.

Tak oto ule­czo­no moje cia­ło, ale nie umy­sł. Ni­ko­mu nie prze­szło przez myśl, że no­szę w so­bie głęb­sze i bar­dziej bo­le­sne rany. Po­wta­rza­no mi, że nie wy­da­rzy­ła się żad­na tra­ge­dia. Zwy­kły ba­nal­ny in­cy­dent. Nic poza przy­krą nocą po­ślub­ną. Tyl­ko czyż wszyst­kie noce po­ślub­ne nie są przy­kre? Oświad­czo­no mi też, że nic nie zro­zu­mia­łam z rad ojca.

Je­stem win­na po­słu­sze­ństwo mężo­wi!

Nie wol­no mi do­pu­ścić, by mój umy­sł się roz­pra­szał!

Po­win­nam być jego nie­wol­ni­cą, żeby go usi­dlić!

Po­win­nam być mu zie­mią, żeby on był mi nie­bem!

Po­win­nam być mu po­lem, żeby on był mi desz­czem!

Po­win­nam być mu ło­żem, żeby on był mi do­mem!

Na­za­jutrz po ślub­nej ce­re­mo­nii wszy­scy wró­ci­li do swo­ich do­mów, tym­cza­sem ja roz­po­czy­na­łam nowe ży­cie. Mo­uba­rak nie­co powści­ągnął swe za­pędy, cho­ciaż nie wy­ra­ził ani cie­nia skru­chy. Prze­cież nic się nie sta­ło. Czyż nie je­ste­śmy ma­łże­ństwem?