Rozdział 4 Zarrah
Zarrah przesunęła klingą po gardle Maridrina i pozwoliła mu upaść na ziemię. Słyszała jego ostatnie bulgoczące oddechy, kiedy szła do miejsca, w którym jej żołnierze układali ciała.
- Ile osób?
Yrina, jej najbliższa przyjaciółka i zastępczyni, która klęczała obok ciała rolnika, wstała, mówiąc:
- Dziesięcioro, tak sądzimy. Musimy zaczekać, aż ogień zgaśnie, zanim sprawdzimy popioły.
"Tak wielu". Zarrah czuła ściskanie w żołądku, kiedy jej spojrzenie przesuwało się po zabitych. Wszyscy byli rolnikami. Valcottanami. Ludźmi, których przysięgała chronić.
- Dzieci? - Trudno jej było zadać to pytanie, ale zmusiła się, a czekając na odpowiedź, zdusiła mdłości.
Yrina pokręciła głową.
- Ci, którzy walczyli, powstrzymali napastników, podczas gdy dzieci i chorzy ukryli się w lesie. Niewielka łaska.
Zaiste, niewielka. Wiele z tych dzieci zostało sierotami, ofiarami przemocy, jak kiedyś Zarrah. Podobnie jak ona widziały, jak Maridrini mordują ich rodziców i niszczą ich domy. A to zmieni je na zawsze, zmieni ich przyszłość. Zastanawiała się, jak wiele z nich sięgnie po broń, by nigdy więcej nikt ich tak nie skrzywdził. Jak wiele dołączy do walki przeciwko odwiecznemu wrogowi ich kraju. Jak wiele z nich poświęci życie, by zwyciężyć w Wiecznej Wojnie.
- Mogło być gorzej - zauważyła Yrina. - Mogły zginąć całe rodziny, ale do tego nie doszło. Dotarliśmy tu na tyle szybko, by im pomóc, a zawdzięczają to tobie.
"Nie dość szybko, by pomóc wszystkim", pomyślała Zarrah, wpatrując się w rolnika z brzuchem rozpłatanym maridrińską klingą.
Przejęła dowodzenie garnizonem w Nerastis w chwili, gdy przybili do portu, i nie przejęła się zbytnio, kiedy jej kuzyn Bermin wrzeszczał i wściekał się, że pozbawiono go funkcji generała. Pierwszym, co zrobiła, było potrojenie liczby zwiadowców patrolujących granicę oraz podwojenie stałych patroli stacjonujących w głębi kraju. Już przyniosło to korzyść, bo jej żołnierze powstrzymali kilka grup napastników, zanim ci zdążyli poczynić większe szkody. Ale maridrińskie szczury przez całe pokolenia ćwiczyły ten rodzaj działań wojennych i dostosowywały swoją taktykę do okoliczności, jak pokazał ten dzień.
- Rogi to błąd! - Za jej plecami rozległ się dudniący głos. - Zabilibyśmy dwa razy więcej z nich, gdybyśmy się podkradli.
Zarrah odwróciła się od trupów i zobaczyła zbliżającego się do niej Bermina. Jej kuzyn i jego masywny rumak byli zalani krwią.
- Wygląda na to, że złapałeś więcej niż kilka uciekających szczurów.
- Niektóre z nich. - Splunął na ziemię i zsunął się z siodła. - Ich konie są szybkie i wielu z nich ucieknie na drugą stronę granicy. Szansa, której by nie mieli, gdybyś nie ostrzegła ich o naszym nadejściu.
Była to jedna z wielu strategii, co do których się nie zgadzali. Bermin wolał się podkradać, żeby zabić jak najwięcej Maridrinów, ona wolała przepędzić ich dźwiękiem rogów i w ten sposób ocalić jak najwięcej Valcottan. Jednak większą różnicą między nią a Berminem było to, że opracowując strategie, Zarrah nigdy nie ograniczała się do jednej taktyki.
W chwili, w której ta myśl pojawiła się w jej głowie, odezwała się Yrina:
- Dym.
Cała grupa odwróciła się, by spojrzeć na szkarłatne chmury na horyzoncie. Zarrah uśmiechnęła się z zadowoleniem i zwróciła do Bermina:
- To, że ty ich nie zabiłeś, nie znaczy, że udało im się uciec. Czekali na nich łucznicy.
Kuzyn prychnął i skrzyżował masywne ręce na piersi.
- Zbyt wiele naszych sił poświęcasz na obronę, Zarrah. Minęło wiele tygodni, od kiedy przekroczyliśmy granicę. Robimy wrażenie słabych. Valcotta robi wrażenie słabej.
W ciągu ostatnich tygodni dzięki strategii Zarrah Maridrini stracili więcej żołnierzy niż przez ostatni rok dowództwa Bermina, wątpiła więc, by "słabość" była słowem, które wyrzucały z siebie szczury, kiedy lizały rany.
- Obetnijcie sukinsynom głowy, ciała spalcie - poleciła. Gdy jeden z żołnierzy podał jej wodze, odwróciła się do Yriny. Miała właśnie wydać rozkaz, by żołnierze zostali i wykopali groby dla zabitych rolników, ale jej uwagę zwrócił jakiś ruch. Osłaniając oczy przed jasnym słońcem, wpatrzyła się w zarośla. Ktoś się w nich ukrywał. - Wydawało mi się, że odnaleźliście wszystkie dzieci? - spytała.
- Owszem - odparła Yrina.
Zarrah już szła w stronę zarośli. Uniosła dłonie, aby pokazać, że nie ma złych zamiarów. Dziecko z pewnością czuło przerażenie, a choć Zarrah była jego rodaczką, pozostawała żołnierzem.
- Już dobrze - powiedziała cicho. - Możesz wyjść. Już jest bezpiecznie.
- Zarrah! - zawołała Yrina. - Cofnij się.
Zignorowała przyjaciółkę, bo znała strach, który czuło to dziecko. Znała przerażenie. I pamiętała, jak modliła się, by ktoś ją od nich wybawił.
- Pomogę ci.
Ktoś wypadł z krzaków. Nie dziecko, mężczyzna.
Maridriński żołnierz.
- Giń, valcottańska suko! - wrzasnął i ciął mieczem.
Odruchy przejęły władzę nad jej ciałem.
Zarrah uchyliła się przed ciosem, przetoczyła po ziemi i błyskawicznie podniosła. Dobyła broni i uniosła rękę, by powstrzymać Yrinę i pozostałych przed atakiem.
- Powinieneś uciec, kiedy miałeś szansę.
- Lepiej umrzeć z twoją krwią na rękach - syknął mężczyzna, a w jego oczach płonęła nienawiść.
Ale jego nienawiść była niczym w porównaniu z jej nienawiścią.
Wytrąciła mu miecz z dłoni, po czym znów się zamachnęła i podcięła go.
Maridrin upadł na plecy, ale Zarrah kopnęła go w żebra i przewróciła na brzuch.
- Podnieś broń.
Sięgnął po miecz i podniósł się niepewnie. Zaatakował.
Kij w rękach Zarrah poruszył się błyskawicznie, zablokował jego cios, a później ominął osłonę mężczyzny i uderzył go w rękę, łamiąc kość. Maridrin wrzasnął i upuścił broń.
- Spróbujesz raz jeszcze czy chcesz uciekać?
- Żeby twoi łucznicy mogli mi strzelić w plecy? Słyszałem cię, Valcottanko. Nie ma ucieczki.
- Może będziesz miał szczęście. - Naparła, a Maridrin cofnął się niepewnie. - Szczury umieją się kryć w ciasnych, ciemnych przestrzeniach.
- Powinniście dać nam się wycofać - warknął. - Takie są zasady. Takie zawsze były zasady!
Jej złość zmieniła się w rozpaloną wściekłość i zrobiło jej się ciemno przed oczami, bo ten morderca nie zasługiwał na szansę, by uciec. Nie zasługiwał na miłosierdzie, co najwyżej na takie, jakie okazał jej rodakom, czyli żadne.
- Zasady się zmieniły - rzuciła i z całej siły zamachnęła się kijem.
Trafiła w jego czaszkę. Głośny trzask i żołnierz wroga padł na ziemię, ale ona uderzyła go ponownie, bo jeszcze nie skończyła. Nigdy nie skończy mścić się na Maridrinach, którzy sprawiali, że dzieci z jej ludu zostawały sierotami.
Aż zemści się na maridrińskim królu, który uczynił sierotą ją samą.
* * *
Kilka godzin później Zarrah wjechała kłusem na dziedziniec stajni garnizonu. Wokół niej na minaretach łopotały purpurowe sztandary. Przed laty, kiedy Nerastis było dobrze prosperującym miastem, pałac był zimową rezydencją cesarzy i cesarzowych Valcotty, ale teraz zamieszkiwali go jedynie żołnierze.
Nikt nie naprawił popękanych ścian i wybitych okien, które pozostały po wcześniejszych atakach Maridrinów, plamy sadzy szpeciły jasne mury, a jedna z wież obróciła się w ruinę. Wnętrze nie wyglądało lepiej: na ścianach pozostały jedynie blade cienie w miejscach, gdzie niegdyś wisiały bezcenne dzieła sztuki, meble zaś były tanie lub stare. Komnaty, w których przed stu laty urządzano przyjęcia i spektakle dla valcottańskiej arystokracji, zajmowały rzędy piętrowych łóżek i dobytek żołnierzy, a ogromny żyrandol, niegdyś wypełniający jadalnię tęczowym blaskiem, najprawdopodobniej trafił na dno rzeki Anriot, co było sprawką od dawna martwego maridrińskiego książątka.
Jedynym pocieszeniem mógł być fakt, że maridriński pałac po drugiej stronie rzeki również popadł w ruinę. Żadna ze stron nie panowała nad miastem, więc obie uważały remonty za stratę funduszy.
- Zabierzcie głowy nad rzekę i poślijcie je na drugą stronę. Celujcie w pałac.
- Zignorujcie ten rozkaz - powiedział znajomy głos, a kiedy Zarrah podniosła głowę, zobaczyła stojącą w wejściu do pałacu cesarzową Valcotty, Petrę Anaphorę.
Zarrah puściła wodze, przycisnęła dłoń do serca i z szacunkiem skłoniła głowę.
- Wasza Cesarska Wysokość, proszę o wybaczenie, nie zostałam poinformowana o waszym przybyciu.
- Ponieważ chciałam, by to była niespodzianka, generale.
Cesarzowa zeszła po schodach, jej zdobione klejnotami sandały stukały cicho o kamień, a jedwabne szaty falowały na wietrze. Petra Anaphora zachowała urodę, z której niegdyś słynęła, choć teraz miała zmarszczki wokół oczu, a jej gęste włosy były bardziej srebrne niż czarne. Wojskowe zaangażowanie w ćwiczenia sprawiło, że jej ciało było szczupłe i umięśnione, a brzuch widoczny pod krótką bluzką równie płaski co u Zarrah.
Podeszła bliżej, objęła głowę Zarrah dłońmi i ucałowała ją w oba policzki.
- Ukochana siostrzenico, zbyt dawno się nie widziałyśmy.
Zarrah poczuła ciepło rozlewające się po całym ciele, obecność ciotki zawsze dodawała jej otuchy.
- Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt?
- Obawiam się, że konieczności. - Ciotka wzięła Zarrah pod rękę i pociągnęła ją w stronę wejścia. - Zmieniamy strategię. - Przeniosła wzrok na żołnierzy trzymających worek z głowami. Obok nich stał Bermin. Przyciskał dłoń do piersi, ale minę miał nieodgadnioną. - Spalcie je.
Zarrah zamrugała.
- Ale my...
- Tak nie robimy? - Ciotka skinęła głową. - Zaufaj mi. Nikt bardziej niż ja nie pragnie rzucić tych szczurów na drugą stronę Anriot, aby ostrzec ich towarzyszy, jaki los czeka tych, którzy atakują Valcottę, ale tego wymagają okoliczności.
- Co się zmieniło?
- Okazja, której wyczekiwałam, w końcu się pojawiła. Ale udajmy się w wygodniejsze miejsce, by omówić, co należy zrobić, by ją wykorzystać.
Poszły do cesarskich komnat i usadowiły się na miękkich poduszkach, a służba, z którą podróżowała ciotka, przyniosła im wino i smakołyki znacznie lepsze niż to, na co zwykle można było liczyć w tych murach.
Ciotka, która nigdy nie marnowała czasu na pogaduszki, zaczęła mówić.
- Silas wziął sobie na głowę więcej, niż jest w stanie utrzymać. Jak się spodziewałam, Ithicanie walczą z jego wojskami i będą to nadal robić. Wojnę mają we krwi, bardziej nawet niż my. Nie uznają porażki.
Wydarzenia na Południowej Strażnicy nadal wzbudzały w Zarrah mdłości, bo bardziej niż ktokolwiek była świadoma, do jakich okrucieństw są zdolni Maridrini. Już docierały do nich raporty o trupach Ithican zwisających z mostu, a ona zawsze zmuszała się, by przeczytać je w całości, by poznać wszystkie szczegóły. Bo choć nie ona do tego doprowadziła, nie zrobiła również nic, by to powstrzymać. Milczała teraz i słuchała, gdy ciotka wyjaśniała swoje decyzje. Jeśli zdobycie mostu przez Maridrinę czyniło ją wrażliwszą na cios Valcotty, warto było do tego dopuścić.
Z pewnością warto było.
- Silas traci żołnierzy całymi dziesiątkami - mówiła dalej ciotka. - Wkrótce będzie potrzebował więcej ludzi w Ithicanie albo zaryzykuje utratę zdobytego tak wielkim kosztem łupu. A jest tylko jedno miejsce, z którego może ściągnąć dodatkowych żołnierzy.
- Garnizon w Nerastis.
Ciotka się uśmiechnęła.
- Zgadza się. A my będziemy go do tego zachęcać, nie dając mu żadnego powodu, by ich tu zatrzymał.
Zarrah zrozumiała implikacje.
- Zaczekamy, aż zmniejszy liczbę żołnierzy tutaj, i wtedy zaatakujemy tych, którzy pozostali, dzięki czemu odzyskamy panowanie nad Nerastis.
- Tak czy inaczej. - Cesarzowa upiła łyk wina, a jej oczy błyszczały. - Nie może liczyć na to, że uda mu się utrzymać oba łupy, co oznacza, że będzie musiał wybierać. A zdobycie i utrzymanie mostu było jego obsesją przez większość życia.
- Strata Ithicany to nasz zysk.
Taka była cena wojny. Zarrah rozumiała to lepiej niż inni. Wiedziała, że poświęcenia są niezbędne, by odnieść zwycięstwo, i że powinna nie móc się doczekać, aż Valcotta wykorzysta tę okazję, by zadać cios Maridrinie. Jednak za każdym razem, kiedy zamykała oczy, pod powiekami widziała trupy dzieci wiszące z mostu.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, aż wreszcie ciotka się odezwała.
- Nie zgadzasz się z naszą bezczynnością w wojnie o Ithicanę.
Stwierdzenie, nie pytanie, więc Zarrah nawet nie próbowała zaprzeczać.
- Może nie byliśmy sojusznikami, ale Ithicana nie jest naszym wrogiem. A Maridrina tak. Pozwolenie na to, by szczury zatriumfowały nad tymi, którzy byli naszymi przyjaciółmi, jest dla mnie trudne do przełknięcia, nawet jeśli przynosi nam korzyść.
- Dla mnie też, ale Aren Kertell nie pozostawił nam większego wyboru. - Gestem kazała służącej dolać im wina i zjadła czekoladkę, rozważając kolejne słowa. - Kochanie, znam twoje pragnienie, by ocalić wszystkich, ale to nie zawsze jest możliwe. Czasami trzeba dokonać wyboru, a kiedy ma się władzę, poświęcenia są sto razy trudniejsze. Gdybyśmy się wtrącili i ostrzegli Południową Strażnicę, Maridrina obwiniałaby nas o nieudaną inwazję i zwróciła swoją potęgę na południe, przeciwko nam. I to nie ithicańska krew wsiąkałaby w ziemię, ale valcottańska.
W słowach ciotki była logika, co jednak w żaden sposób nie zmniejszyło goryczy, jaką czuła Zarrah.
- To nie znaczy, że musimy im to ułatwiać. Gdybyśmy zaatakowali, wojska Ithicany miałyby szanse się przegrupować.
- A ich zysk byłby naszą stratą. - Głos ciotki brzmiał beznamiętnie. - To pierwsza okazja od dziesięcioleci, by odzyskać to, co się nam należy, i to bez ogromnych strat, a ty chciałabyś ją odrzucić?
- Ja... - Zarrah przełknęła ślinę, a w jej sercu walczyły lojalność wobec ciotki i poczucie tego, co właściwe. - Silas nie wygląda, jakby zamierzał zmniejszyć liczebność garnizonu w Nerastis. Najnowszy książę przybył tu z trzema setkami ludzi, a ich ataki były agresywne. Czy nie ryzykujemy, że uznają naszą pasywność za słabość, którą powinni wykorzystać?
Kolejne machnięcie ręką.
- Silas musi dobrze zaprezentować swojego następcę. Kiedy ten umrze, co, jeśli pogłoski są prawdziwe, jest nieuniknione, Silas zabierze tych ludzi z powrotem. A wtedy zaatakujemy.
- Ale jak wielu zwykłych ludzi zginie w tym czasie? - Mimo wszelkich wysiłków Zarrah nie umiała ukryć frustracji w głosie. - Jak wielu Valcottan zginie, bo Maridrini wierzą, że nie weźmiemy odwetu za te mordy?
- Dzięki twojej doskonałej strategii obronnej niezbyt wielu, miejmy nadzieję. Jednak nie podoba mi się twój ton, generale. Pamiętaj, z kim rozmawiasz.
Zarrah spuściła wzrok i wpatrzyła się w dużą jedwabną poduszkę, na której siedziała ciotka.
- Proszę o wybaczenie, cesarzowo. Przepełniają mnie emocje na myśl, że w Nerastis przebywa Veliant.
I to nie zwyczajny Veliant, ale Keris, następca tronu. Kolejny syn Silasa, który dowodził w Nerastis. Krwiożercze potomstwo króla prowadziło równie zajadłe ataki co ich potworny ojciec. Yrina donosiła, że szpiedzy w końcu zobaczyli dziedzica Króla Szczura. Jest śliczny jak dziewczyna i oczywiście ma błękitne oczy Veliantów.
- Nie tylko ty pragniesz śmierci wszystkich Veliantów. Jego obecność burzy krew w żyłach wszystkich Valcottan w Nerastis. Ale musimy podsycać naszą wściekłość. Musimy ją zahartować i uczynić z niej broń, którą wykorzystamy przeciwko Maridrinom, gdy nadejdzie pora ataku. A twoja wściekłość, moja droga - cesarzowa wyciągnęła rękę i objęła policzek Zarrah - będzie najostrzejszą klingą ze wszystkich. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to ty obetniesz głowę książątka.
- To byłby zaszczyt.
- Już jesteś bardzo dobrym generałem. A w swoim czasie zostaniesz jeszcze lepszą cesarzową.
"Cesarzowa". Choć już od lat krążyły pogłoski, że cesarzowa Petra uważa siostrzenicę za lepszą spadkobierczynię od rodzonego syna, po raz pierwszy powiedziała to otwarcie w obecności Zarrah.
- To dla mnie zaszczyt, ciociu. Naprawdę.
- Kochanie, jesteś dla mnie jak córka. - Cesarzowa pochyliła się do przodu i pocałowała Zarrah w czoło. - Podobna do mnie umysłem i duchem, jakbyś zrodziła się z mojego ciała. Kiedy mnie zabraknie, to ty poniesiesz dalej moją wizję Valcotty. - W jej ciemnobrązowych oczach pojawił się błysk rozbawienia. - Choć jeśli Bóg będzie łaskawy, da mi jeszcze wiele lat, bym mogła pokierować tobą i pozwolić ci w pełni wykorzystać twój potencjał.
Zarrah zmusiła do uśmiechu, choć na myśl, że mogłaby stracić kobietę, która ją wychowywała po śmierci matki, poczuła ścisk w żołądku i znajomą panikę w piersi.
- Ja również się o to modlę, ciociu. Pragnęłabym dla ciebie nieśmiertelności, gdyby było to możliwe.
Cesarzowa roześmiała się, po czym objęła siostrzenicę i przytuliła mocno. Zarrah zacisnęła powieki i słuchała bicia serca starszej kobiety, jak to robiła w dzieciństwie, a jej niepokój ustąpił.
- Znam twój ból lepiej niż ktokolwiek, kochana - szepnęła ciotka. - Twój żal jest moim żalem. Obiecuję ci, że razem zemścimy się na Silasie Veliancie.
Obietnica, która pomogła Zarrah przetrwać mroczne dni po tym, jak jej matka została zamordowana. Zarrah miała czternaście lat, gdy udała się z matką, młodszą siostrą cesarzowej, odwiedzić posiadłość przyjaciół, niecałą godzinę jazdy na południe od Nerastis. Tuż przed świtem zaatakowali Maridrini, wymordowali strażników i robotników. A później ruszyli na willę.
Zarrah pamiętała, jakby to zdarzyło się wczoraj, jak jej matka błagała, by ocalono jej córkę. Że zrobi wszystko, jeśli tylko pozwolą żyć Zarrah. W snach Zarrah wciąż słyszała śmiech króla Silasa Velianta, kiedy się zgodził. Śmiał się, kiedy odrąbał jej matce piękną głowę, a jego ludzie zawiesili jej ciało na krzyżu pośrodku ogrodów. Śmiał się, kiedy Zarrah krzyczała.
Ale dotrzymał słowa.
Przywiązali ją pod krzyżem, z głową matki na kolanach. Przez dwa dni płakała, krzyczała i szarpała się w więzach, gdy krew i gorsze rzeczy kapały na nią, w miarę jak ciało jej matki rozkładało się w gorących promieniach słońca.
I wtedy przybyła cesarzowa.
Wpadła galopem do willi na czele swojego oddziału i odcięła Zarrah. To ona obmyła jej ciało i przytulała ją noc po nocy, gdy nadchodziły koszmary. To ona - po tym, jak była świadkiem tygodni płaczu - włożyła kij w ręce Zarrah i powiedziała:
- Łzy nie przywrócą życia twojej matce. Cały swój smutek, wściekłość i pasję włóż w to, by stać się bronią, i walcz, by żadnego innego valcottańskiego dziecka nie spotkał taki los. Obiecuję ci, że Silas Veliant będzie krwawił za to, co zrobił.
Zarrah nigdy nie odłożyła kija, a pragnienie, by bronić tych, którzy nie mogli obronić się sami, dodawało jej sił każdego dnia. Szkoliła się i walczyła u boku najlepszych żołnierzy w cesarstwie, została wojowniczką, z którą niewielu odważyło się zmierzyć. Była bezlitosna i niebezpieczna, z jej rąk zginęły setki maridrińskich najeźdźców. A jednak często wciąż budziła się, czując krew kapiącą na jej twarz i słysząc, jak Silas Veliant, którego lazurowe oczy były zimne jak u gada, śmieje się, kiedy ona krzyczy.
Rozległo się pukanie do drzwi i po chwili wszedł strażnik ciotki, Welran.
- Cesarzowo. - Złożył niski ukłon. - Wasz orszak jest gotów do wyjazdu.
- Czas, który spędzamy razem, zawsze mija zbyt szybko, moja droga. - Władczyni wstała, a złote bransolety na jej nadgarstkach zabrzęczały, kiedy wygładziła luźne spodnie z lamy. - Ale jeśli na zbyt długi czas opuszczę Pyrinat, szlachetnie urodzeni przestaną kłócić się między sobą i zaczną spiskować przeciwko mnie, dopóki nie przypomnę im, kto tu rządzi. I dlatego w drodze powrotnej muszę odwiedzić kilka willi... Lepiej niech pamiętają, że wiem, gdzie mieszkają ich rodziny.
Zarrah wstała.
- Poddani cię kochają, ciociu. Nie odważyliby się zwrócić przeciwko tobie.
- Szlachetnie urodzeni nie są poddanymi. - Ciotka postukała palcem w nos. - A w polityce miłość niewiele znaczy.
Razem przeszły korytarzami pałacu na dziedziniec, gdzie czekała duża straż honorowa. Oraz jej kuzyn Bermin.
- Matko. - Przycisnął dłoń do serca. - Przybyłem, by cię pożegnać i życzyć bezpiecznej podróży.
- Nasze rozstanie będzie krótkie, jeśli usłyszę, że nie słuchasz rozkazów swojej kuzynki, Berminie - rzuciła ostro cesarzowa. - Została przeze mnie wybrana i nieposłuszeństwo wobec niej jest nieposłuszeństwem wobec mnie. Czy mówię jasno?
Zarrah skrzywiła się w duchu, ale Bermin jedynie pochylił głowę.
- Będzie, jak sobie życzysz, matko.
- Dobrze. - Cesarzowa zatrzymała się przy koniu. - Wiele składa się na zwycięstwo, moja droga, ale najważniejsze może się okazać wyczucie czasu. Zatrzymasz nasze oddziały po tej stronie Anriot, niezależnie od prowokacji. - Po czym pochyliła głowę tak, że Zarrah poczuła jej oddech na uchu. - A kiedy książątko zginie, jego ludzie zaś wrócą na północ, by walczyć z Ithicaną, uderzymy.
Zarrah przycisnęła dłoń do piersi.
- Tak jest, cesarzowo. Bezpiecznej drogi.
Ciotka płynnym ruchem wskoczyła na siodło i bez słowa opuściła miasto.
Mijając jeźdźca galopującego do garnizonu.
Zwiadowcę.
- Napastnicy - wysapał mężczyzna, ześlizgując się z grzbietu spienionego wierzchowca. - Zaatakowali wioskę.
Maridrini nigdy nie atakowali dwa razy w ciągu jednego dnia. Zarrah poczuła ściskanie w żołądku.
- Jak ominęli naszych zwiadowców?
- Myślimy, że ruszyli na południe skrajem pustyni, a później skręcili w głąb kraju i powrócili tą samą drogą. Uciekli, zanim nasze patrole dotarły na miejsce. Czterdzieścioro troje zabitych, sami rolnicy i ich rodziny.
"Czterdzieścioro troje".
- Dzieci?
Zwiadowca ponuro pokiwał głową, a Zarrah musiała mocno zacisnąć zęby, żeby powstrzymać wymioty.
- Tchórzliwe robactwo - warknął Bermin. - Musimy natychmiast odpowiedzieć podobnie. Zaatakować ich garnizon i sprawić, by zapłacili krwią.
- Nie. - Zarrah przełknęła ślinę o posmaku żółci. - Rozkazy cesarzowej były jasne. Nie przekroczymy Anriot niezależnie od powodu. - Spojrzała na Yrinę. - Zwiększcie liczbę patroli.
- Tak, gen...
- Jeśli niczego nie zrobimy, będziemy wydawać się słabi - wszedł jej w słowa Bermin. - To przynosi hańbę zabitym.
Zarrah przepełniały frustracja i poczucie winy, ale tylko przycisnęła dłonie do ud. Już opanowana spojrzała na kuzyna.
- A jednak taki właśnie rozkaz wydała mi cesarzowa.
- Czterdzieścioro troje zabitych, Zarrah! Wiele z nich to dzieci. Maridrini to szczury, które zasługują jedynie na wybicie!
Zajadłość i pasja w jego głosie sprawiały, że żołnierze z radością podążali za nim do walki, ale Bermin nie sięgał wzrokiem dalej niż na koniec własnego miecza.
- Pomścimy ich, kiedy nadejdzie właściwa pora, czyli nie teraz, kuzynie.
Bermin spojrzał na nią zimno, górując nad nią masywną sylwetką, i odezwał się protekcjonalnym tonem:
- Grzeczna mała Zarrah. Idealna mała Zarrah. Zawsze słucha rozkazów cioci, nawet jeśli oznacza to poświęcenie honoru.
Zarrah odetchnęła głęboko. Od kiedy Bermin utracił dowodzenie, jeszcze bardziej starał się sprowokować ją do popełnienia błędu. Ale w przeciwieństwie do niego ona potrafiła zapanować nad sobą.
- Zwiększyć liczebność patroli na wschodzie. Może nie uda się nam pomścić zabitych, ale możemy przynajmniej ochronić żyjących. Jeśli złapiecie maridrińskich żołnierzy, nie okazujcie im miłosierdzia. A teraz wybaczcie mi... Późno już, a ja mam jeszcze coś do zrobienia.
Usłyszała, jak Yrina wydaje rozkazy, a później odgłos kroków, gdy przyjaciółka pobiegła za nią. Szły razem korytarzami, ale dopiero kiedy znalazły się w komnatach Zarrah, za zamkniętymi drzwiami, Yrina powiedziała:
- Prędzej uwierzę, że jesteś spokrewniona z kawałem skały niż z tym idiotą. Czy Jej Cesarska Wysokość upuściła go na głowę, kiedy był dzieckiem? Może więcej niż raz?
Zarrah rozmasowała skronie.
- Jego odwaga jest niezrównana, a żołnierze są gotowi pójść za nim w ogień. To duża rzecz.
Yrina uniosła jedną rękę.
- Odwaga. - Później uniosła drugą. - Głupota. Mogą iść za nim, dokąd tylko chcą... Ja nie poszłabym nawet na drugą stronę komnaty.
Zarrah bez słowa podeszła do ogromnego okna, by popatrzeć na zapadający zmrok. Valcottański pałac wznosił się na szczycie wzgórza na południowym skraju Nerastis, dzięki czemu miała niczym nieprzesłonięty widok na ogromne miasto. W nocy było piękne - morze kolorowych świateł i migoczących płomieni, z rzeką płynącą przez środek jak wąż. Ciemności ukrywały jednak, że większość budynków leżała w gruzach, na ulicach śmierdziało odpadkami, a na bagnistych brzegach Anriot leżały niezliczone gnijące trupy, które nie zostały jeszcze pożarte przez rzeczne zwierzęta.
- W jaki sposób cesarzowa uzasadniła swoje rozkazy? - spytała Yrina. - To do niej nie pasuje: nie pragnąć zemsty.
Zarrah wyjaśniła zamierzenia ciotki, ale jej przyjaciółka jeszcze bardziej spochmurniała.
- To dobra strategia, ale będzie nas dużo kosztować. Jeśli Maridrini nie będą się obawiać odwetu, napaści będzie jeszcze więcej, a my nie powstrzymamy wszystkich. Czekając, aż Silas wycofa swoich ludzi, by wzmocnić armię w Ithicanie, możemy stracić setki zwykłych mieszkańców.
- Cesarzowa jest mądra. - Zarrah nie była pewna, czy kieruje te słowa do Yriny, czy do samej siebie. - I umie walczyć przeciwko Maridrinie... robi to przez całe życie.
- Ale zgadzasz się z jej planem?
- Oczywiście, że się z nim zgadzam. - Słowa spłynęły z jej warg bez wahania, bo ciotka nigdy nie sprowadziła jej na manowce. A jednak... Zarrah nie umiała odepchnąć od siebie goryczy na myśl, że cały kraj został poświęcony, by ciotka mogła spełnić swoje ambicje i zadać poważny cios Maridrinie. Choć strategicznie było to błyskotliwe posunięcie, Zarrah miała wrażenie, że... brakuje mu honoru. - Po prostu musimy lepiej chronić nasze granice, zanim plan zostanie zrealizowany.
Yrina otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak się zawahała. W końcu stwierdziła:
- To problem na jutro. Może dziś wyjdziemy na miasto? Znam kilka lokali, w których podają znośne trunki i zatrudniają mężczyzn dość ładnych, by przez jedną noc zapomnieć o troskach. Mogłabym zorganizować eskortę...
Zarrah nie miała najmniejszej ochoty na wypad do hałaśliwej gospody, w której ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron. W tej chwili miała problem z oddychaniem i czuła mdłości. Potrzebowała powietrza.
- Kiedy indziej. Jestem zmęczona.
- Ciągle jest "kiedy indziej", Zar. Znamy się pół życia, a jednak na jednej ręce mogłabym policzyć chwile, gdy odłożyłaś na bok obowiązki, żeby zabawić się przez jedną noc. Valcotta nie przegra Wiecznej Wojny tylko dlatego, że pozwolisz sobie na kilka godzin rozluźnienia.
Zarrah zastanawiała się nad tym przez chwilę. Ale przypomniała sobie te nieliczne okazje, kiedy choćby na krótko zeszła ze ścieżki, którą sama sobie wyznaczyła - miała wtedy wrażenie, że zdradza swoją sprawę.
- Napij się za mnie. Muszę wymyślić strategię uszczelnienia naszych granic.
Yrina wzruszyła ramionami, po czym przycisnęła dłoń do serca.
- W takim razie cię zostawię. Może jutro przyniesie rozkaz walki. Aż do tej pory będę pić. Dobrej nocy, generale.
- Dobrej nocy - szepnęła Zarrah.
Kiedy usłyszała trzask zamykających się drzwi, wyszła na balkon. Bryza wiejąca od strony morza niosła zapach soli. Zarrah oparła łokcie na balustradzie i spojrzała ponad miastem na podświetlone kopuły maridrińskiego pałacu, w którym z pewnością mieszkali maridrińscy szlachetnie urodzeni. Jak również następca tronu, który wydał rozkaz do dzisiejszego ataku. Plugastwo, jak cały jego ród.
Kap.
Na czoło Zarrah spadła ciepła kropla. Kobieta sapnęła, zatoczyła się do tyłu i przesunęła dłonią po skórze przekonana, że zobaczy krew.
To była tylko woda.
Zarrah przełknęła z trudem ślinę i zmusiła się, by spojrzeć w górę, choć miała irracjonalną pewność, że zobaczy wiszącego nad sobą trupa matki. Ale to były jedynie kropelki wody, które zebrały się na gzymsie, gdy padał deszcz. Mimo to poczuła panikę, przez którą wróciła do przeszłości - do chwili, gdy była związana i bezradna. I niech Bóg ma nad nią litość, nienawidziła tego. Nienawidziła Króla Szczura.
Nienawidziła całej przeklętej rodziny.
"A kiedy książątko zginie... uderzymy". Głos ciotki odbijał się echem w jej głowie, a za nim podążyła myśl.
"Mogę go zabić".
Jeśli tylko uda jej się upozorować wypadek albo skrytobójczy atak jednego z żądnych władzy młodszych braci Kerisa, nikt się nie dowie. Po śmierci następcy tronu żołnierze, których wysłano razem z nim, najpewniej zostaną natychmiast odesłani na północ, co oznaczałoby mniej napaści. A później będzie musiała już tylko czekać, aż ciotka uzna, że Zarrah może zaatakować.
Śmierć jednego Velianta, by ocalić życie setek niewinnych Valcottan.
Zarrah wróciła do komnaty i przejrzała stertę papierów na biurku. Znalazła opis, którego szukała: "Niewielkie zdolności militarne. Dziwkarz słynący z upodobania do wina i ekstrawaganckiego odzienia. Średniego wzrostu i szczupłej budowy. Jasne włosy do ramion. Niebieskie oczy Veliantów".
Przypomniały jej się oczy tego koloru i śmiech Silasa Velianta. Zadrżała, ale zaraz skrzywiła się na tę reakcję.
Już nie była dzieckiem, które można zastraszyć, a już na pewno nie przestraszy się książątka.
Zdjęła ciemnofioletową kurtę mundurową, którą zdobiły herb Valcotty i insygnia wojskowe, i rzuciła ją na bok. Dotyk wiatru wywołał gęsią skórkę na jej nagich ramionach. Zarrah zamocowała kij na plecach i usiadła na balustradzie.
Cesarzowa kazała jej zatrzymać wojska Valcotty po tej stronie Anriot. Ale jej samej nie wydała takiego rozkazu.
Zarrah odetchnęła głęboko i skoczyła w ciemność.