Rozdział 2. Krzyżackie tajemnice
Ludwik von Erlichshausen był zupełnie innym człowiekiem niż jego wuj. Wybuchowy, nieokiełznany temperament sprawiał, że wszyscy się z nim liczyli. A on od dziecka umiał wchodzić w rolę, do której był stworzony.
Chciał rządzić innymi.
Spokojny, zbyt spokojny tryb życia wuja niepomiernie go drażnił. Czasami Ludwik miał ochotę wstać w nocy, wziąć sztylet, iść do sypialni wuja i zatopić ostrze w jego ciele. Tylko wtedy uwolniłby zakon od najgorszego w jego mniemaniu wielkiego mistrza w historii.
Ale później karcił się za te myśli, modlił się gorliwie i przekazywał jałmużnę biednym. To nie była wina wuja. Winni byli inni.
Cesarz, który popierał ich tylko wtedy, gdy było mu wygodnie, i cała armia wrogów. Polscy i litewscy magnaci, którzy tylko czekali na ich najmniejsze potknięcia. Znikąd pomocy, znikąd sojuszników.
Ludwik żył jak w koszmarze. Jedynym uczuciem, która podtrzymywało go na duchu, była nienawiść. Nienawiść do całego tego świata. Nienawiść do wszystkich wrogów. I pewność, że nadejdzie taki dzień, kiedy ich pokona.
Henryk też był dla niego zagrożeniem. Umiał sobie owijać ludzi wokół palca. Bez trudu opanował jego wuja. Potrafił nim tak zręcznie manipulować, że Konrad urzeczywistniał niemal wszystkie jego pomysły. A on, Ludwik, czuł się odsunięty na boczny tor. Ta rywalizacja z Henrykiem bywała męcząca. Czasami odnosił wrażenie, że to w nim wuj widzi swego następcę.
Henryk wielkim mistrzem? To nie było tylko mrzonka. To mogło się ziścić. I na samą myśl o tym Ludwik czuł, że oblewa go lodowaty pot. Czy zdoła zdyskredytować Henryka? Była taka szansa, ale obarczona sporym ryzykiem. I na dodatek Henryk bardzo dużo o nim wiedział.
Ludwika otaczały tajemnice, które do tej pory skrzętnie ukrywał przed światem. Gdyby tylko ujrzały światło dzienne, pożegnałby się z marzeniami o tytule wielkiego mistrza. Największą z tajemnic skrywały mury pewnego pomorskiego zamku. Tajemnica ta nosiła wdzięczne imię Salomea. Była polską szlachcianką. Siostrzenicą przygranicznego starosty. Ludwik osobiście upozorował napad na dwór, w którym przebywała. Kazał spalić i ograbić okoliczne wsie, aby wszyscy myśleli, że to zwykły zatarg nadgraniczny. Nie chciał wzbudzać najmniejszych podejrzeń. W związku z podpaleniem dworu wszyscy myśleli, że dziewczyna postradała życie wraz z innymi. Swój niecny plan Ludwik wprowadził w życie pół roku po tym, jak był gościem na dworze jej rodziny. Wracał wtedy z poselstwa z Niemiec.
Spóźniony, wściekły na elektora brandenburskiego, który odmówił im pomocy i zażądał jeszcze zwrotu pieniędzy pożyczonych po Grunwaldzie, opanował się, dopiero gdy ujrzał Salomeę. Delikatną, zgrabną niczym łania, o warkoczach sięgających do pasa. Jej oczy przez moment spoczęły na jego twarzy i Ludwik poczuł, że całe jego ciało ogarnia niezwykłe ciepło. Jej usta, niczym dwie soczyste wiśnie, były stworzone do całowania. Z ledwością opanował się przy obcych.
Później tygodniami starał się o niej zapomnieć, ale gdy gdzieś zasłyszał o planowanym zamążpójściu dziewczyny, powziął zupełnie nowy zamiar. I niezwłocznie go zrealizował.
Nie brakowało najemników, którzy byli na każde jego skinienie, gotowi do największych zbrodni. Bez większych trudności zrzucono winę na innych i zatarto wszelkie ślady. Teraz miał to, czego pragnął: piękna białogłowa znalazła się na zamku, pilnowana przez oddaną niemiecką służkę i wiernych mu ludzi.
Po tym, co zrobił, ogarnęły go wyrzuty sumienia. Przez dwa tygodnie nie mógł dojść do siebie. Nie miał też odwagi pojechać do Salomei, stanąć przed nią, spojrzeć w te przepastne, głębokie oczy. Jakże niewinne!
Ale w końcu się przełamał. Pewnego posępnego wieczoru stanął u bram. Dziewczyna zamieszkała na drugim piętrze, była zupełnie zagubiona, nie rozumiała, co się stało, kto napadł jej bliskich ani w czyjej mocy się znalazła. Nie pojmowała tego aż do momentu, kiedy zobaczyła Ludwika w drzwiach swojej komnaty.
I wtedy poznała całą prawdę. Wyczytała ją z tej kamiennej twarzy. Krzyknęła na jego widok i zemdlała. Służki ostrożnie ją podniosły, złożyły na łożu i próbowały ocucić. Gdy odzyskała przytomność, zaraz na nowo ją traciła. Chorowała przez parę tygodni, aż wreszcie powoli nabrała sił. Ludwik kilkakrotnie ją odwiedzał, próbował coś tłumaczyć, lecz ona nie chciała słuchać jego wyjaśnień. Kiedy zupełnie doszła do siebie, tragiczna prawda wypełniła jej serce. Była w jego mocy, nikt ani nic nie mogło jej wyrwać z tego piekła, które musiała znosić. Na jego obliczu malowała się ta grzeszna, potępiona miłość. Z drżeniem serca odkryła to narastające pożądanie, które kiedyś musiało znaleźć ujście, i znalazło... Pewnego wieczoru, podczas kolejnych odwiedzin, Ludwik wziął Salomeę siłą. Mimo łez i błagań spełnił się jej najczarniejszy koszmar. Zostawił ją zaraz po tym akcie, przepełnioną wstydem i rozżaloną... Z rozpaczy próbowała się targnąć na swoje życie, ale wierni służący zachowali czujność. Dobrze jej pilnowano, powoli do niej docierało, że utknęła w klatce, z której nie ma żadnych szans ucieczki. W której odebrano jej nawet prawo do śmierci. Jedynego wybawienia.
Ludwik czuł, że Henryk może poznać skrywaną przez niego prawdę. Że te tajemnice mogą wyjść na jaw. Że jego wuj dowie się, jakim jest człowiekiem. I to zniweczy wszystkie jego szanse na tytuł wielkiego mistrza. Henryk skorzystałby na tym najwięcej.
Dlatego kazał śledzić rywala. Sowicie opłacił szpiegów, którzy mieli mu donosić o każdym kroku von Plauena.
Chłodna noc wzięła w swe posiadanie zamek w Malborku.
Ludwik, z ręką spoczywającą na zimnej kamiennej ścianie, przemierzał bezszelestnie korytarze, śledząc swojego wuja Konrada. Było coś niepokojącego w nocnej wędrówce wielkiego mistrza, coś, co wzbudziło w Ludwiku podejrzenia.
Zatrzymał się w półmroku, gdy Konrad dotarł do ukrytej komnaty, gdzie czekał na niego medyk. Przez uchylone drzwi Ludwik dostrzegł, jak niemiecki lekarz wręcza mistrzowi niewielki pakunek owinięty w ciemne płótno. Niewielki, ledwie widoczny w dłoniach Konrada, ale z pewnością mający ogromne znaczenie. Medyk skłonił się nisko i szybko rozpłynął w mroku.
Ludwik ruszył za swoim wujem, śledząc go aż do jego prywatnych komnat. Żywił pewne podejrzenia co do tajemnic Konrada. Kiedy wszedł bez zapowiedzi, Konrad gwałtownie zasłonił zawiniątko, wsuwając je pod obszerną szafę.
- Ludwiku - odezwał się chłodnym tonem, prostując się i spoglądając na bratanka. - Co cię sprowadza o tej późnej porze?
Ludwik uniósł brew.
- Wuj jest wielkim mistrzem, a ja tylko skromnym sługą zakonu - odpowiedział powoli, z udawaną pokorą - lecz pewne myśli zaprzątają mi głowę - wielki mistrz zakonu krzyżackiego... pomagający księciu Kazimierzowi? Po cóż nam syn Jagiełły? Powinniśmy go nienawidzić, nie wspierać.
Konrad się odwrócił, skrywając zmęczenie za maską powagi.
- Mądry przywódca powinien wystrzegać się nienawiści - zaczął, przeciągając słowa jakby w modlitwie. - Są rzeczy ważniejsze niż wojny i sojusze, Ludwiku. Wybaczenie pozostaje aktem siły, nie słabości. Przebaczenie Jagielle, jego synowi, jest aktem pokory wobec Boga.
- Pokory, powiadasz, wuju? - Ludwik wzruszył ramionami, jego ton był pełen cynizmu. - A cóż ma pokora wspólnego z polityką i decyzjami zakonu? Zawsze to, co silne, przetrwa, a to, co słabe, upadnie. Po co mamy się angażować w tę rozgrywkę między Kazimierzem a kniaziem Michałem? To nie nasza sprawa, wuju.
Konrad, choć zmęczony, postanowił się wyprostować.
- Michałowi odmówimy pomocy. Co więcej - mówił powoli - moi nadgraniczni komturowie mają go aresztować, gdy tylko odważy się postawić stopę na ziemiach krzyżackich.
Ludwik poczuł, jak gniew wzbiera mu w piersi. Zacisnął pięści, choć wiedział, że musi zachować spokój.
- Nie możemy tego zrobić - zaoponował, starając się utrzymać kontrolę nad głosem. - Michał ma wsparcie Tatarów... Poszuka pomocy na Rusi...
- Skąd o tym wiesz?
- To już moja rzecz. Nasz zakon nie może sobie pozwolić na wrogów ze wszystkich stron.
Konrad, nie zważając na sprzeciw, podszedł do stołu, pochylił się nad nim, opierając ciężko ręce na krawędzi, jakby cała jego siła gdzieś uleciała, pierzchła w niebyt. Oddychał płytko, a twarz straciła swój zwykły kolor.
- Wciąż ja tu rządzę, Ludwiku - wyszeptał. Jego słowom nie brakowało władczości, choć jego ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa.
Ludwik z udawaną troską zbliżył się o krok.
- Wydaje się wuj osłabiony... Czy mam wezwać medyka?
Konrad zaprzeczył i tylko uniósł dłoń, odprawiając bratanka bez słowa, po czym sięgnął po pakunek ukryty pod szafą. Ludwik, kątem oka obserwując ruchy wuja, cofnął się w cień rzucany przez drzwi. Na jego twarzy pojawił się ślad uśmiechu, ledwie zauważalny, lecz pełen wyrachowania.
A Konrad, niezależnie od siły swego umysłu, coraz bardziej przypominał kruszący się mur zamku, który nieuchronnie poddaje się naporowi czasu.
Tym razem jednak czas działał na korzyść Ludwika.
Dlatego ruszył wewnętrznym korytarzem zamku w Malborku.
Odnalazł medyka w jednej z bocznych izb, gdzie ten usiłował składać jakieś zioła. Na dźwięk otwieranych drzwi mężczyzna podniósł wzrok, a jego oczy wypełniły się czymś, co Ludwik od razu rozpoznał - strachem. Ludwik potrafił bezbłędnie rozpoznać strach. Nauczył się tego już dawno temu. Strach zawsze zdradzał prawdę.
- Komturze - wykrztusił medyk, kłaniając się nisko, jakby próbował się przypodobać. - Czym mogę służyć?
Ludwik nie odpowiedział od razu. Usiadł naprzeciw niego, delektując się ciszą. Zmrużył oczy, przyglądając się mężczyźnie, który niepewnie przekładał fiolki z jednego miejsca na drugie, jakby oczekiwał pytania, które nieuchronnie miało nadejść.
- Co to za pakunek przekazałeś mojemu wujowi? - zapytał w końcu Ludwik łagodnym, niemal obojętnym tonem. - Wydaje się, że to coś cennego, skoro tak pilnie to ukrywasz.
Medyk zacisnął dłonie na stole, jakby szukał w nich wsparcia. Jego usta się poruszyły, lecz słowa nie chciały się z nich wydobyć. Wreszcie zdobył się na odwagę, choć głos mu drżał.
- To... lekarstwa, panie. Wielki mistrz potrzebuje leków, zwłaszcza w swoim wieku. Nic więcej.
Ludwik się uśmiechnął. Był to raczej uśmiech człowieka, który wiedział, że przeciwnik jest w potrzasku i nie zdoła się z niego wydostać.
- Lekarstwa? - powtórzył powoli. - Lekarstwa dla człowieka, który stoi na czele Zakonu? Dziwne, że nigdy wcześniej ich nie potrzebował. Czy mój wuj jest poważnie chory, mów prawdę...
Medyk przełknął ślinę, uciekał spojrzeniem na boki, jakby gdzieś w cieniu komnaty mogła się kryć odpowiedź. W końcu tylko potaknął głową, zbyt przerażony, by sprzeciwić się sile, którą reprezentował Ludwik.
- Wielki mistrz potrzebuje odpoczynku i naszej modlitwy - wyjaśnił pospiesznie. - Jestem pewien, że leki...
Ludwik podniósł brew, przysuwając się bliżej.
- Jak długo jeszcze wuj będzie przewodził zakonowi? - Jego głos, choć miękki, przeszywał teraz niczym sztylet.
Medyk spuścił wzrok, dłonie mu drżały, a cisza, która nastała, była wymowniejsza niż jakiekolwiek słowa. Przez krótką chwilę Ludwik czekał jeszcze, aż mężczyzna odważy się cokolwiek odpowiedzieć, lecz wiedział już, co skrywało się za jego milczeniem.
- A więc jest umierający - stwierdził dziwnie chłodno, wpatrując się w twarz medyka. Jego bladość utwierdziła Ludwika w przekonaniu, że ma rację.
- Panie... - Medyk ledwie mógł mówić. Ściszył głos do szeptu. - Wielki mistrz jest słaby. Jego stan pogarsza się z dnia na dzień... Nie wiem, ile czasu mu zostało...
Ludwik wstał z miejsca, powoli, jakby każdy jego ruch był przemyślany. To, co właśnie usłyszał, potwierdziło wszystkie jego podejrzenia. Konrad, wielki mistrz, człowiek, który przez ostatnie lata władał zakonem, zmierzał ku kresowi swoich dni. A Ludwik widział przed sobą przyszłość, swoją własną przyszłość.
Zbliżył się do medyka, pochylając się nad nim. Ich twarze były teraz blisko siebie, a choć Ludwik szeptał, każde jego słowo brzmiało jak groźba:
- Masz milczeć. Nic, co zostało powiedziane, nie może wyjść poza tę izbę... Mój wuj zasłużył na spokój, i ja zatroszczę się o to, żeby mu go nie zabrakło. Jeżeli cokolwiek dotrze do niepowołanych uszu... - przed oczami stanęła mu twarz Henryka - ...cóż, będzie to twój ostatni błąd.
Medyk zadrżał, lecz kiwnął głową ze zrozumieniem, wiedząc, że jego życie zależy teraz od milczenia.
Ludwik się cofnął. Wychodząc z izby, czuł, że świat, który go otacza, zmienia się właśnie na jego oczach.
Przez kilka następnych tygodni obserwował Henryka. Ale ten jak na złość nie popełniał błędów. Zachowywał się jak zawsze. Chłodno uprzejmy, z uśmiechem pełnym wyższości, jakby poznał wszystkie sekrety świata. Drażnił tym Ludwika niemiłosiernie.
Zupełnie jakby uważał się za kogoś lepszego. A na pewno za lepszego od niego, Ludwika.
Henryk zaskakiwał go tym spokojem, pod którym bez wątpienia coś się kryło. Szpiedzy Ludwika donosili mu, że von Plauen z nikim się nie kontaktuje, nie rozmawia z innymi komturami o ewentualnym poparciu w dążeniach do tytułu wielkiego mistrza.
Lecz von Erlichshausen czekał, pewny, że Henryk się z czymś zdradzi, i nie będą to tylko odwiedziny pobliskich lupanarów.
Promienie słońca leniwie przedzierały się przez ciężkie, ciemnoszare chmury.
Ludwik siedział przy okrągłym stole w bibliotece. Odprawił właśnie skrybę z listami, gdy wyraźnie wyczuł czyjąś obecność. Henryk zjawił się niemal bezszelestnie. Zaszczycił Ludwika półuśmiechem, a ten aż wzdrygnął się z zaskoczenia.
- Przestraszyłeś się? Mnie czy swojego sumienia? - spytał Henryk, niedbale zasiadając naprzeciwko.
Twarz Ludwika poszarzała.
- Chciałem z tobą mówić...
- A o czym? Czyżbyś chciał się ode mnie dowiedzieć czegoś, czego twoi szpiedzy jeszcze ci nie donieśli?...
Von Erlichshausen milczał.
Wymienili spojrzenia pełne fałszywej uprzejmości. Choć rozmawiali jak starzy przyjaciele, każdy z nich był świadomy, że to tylko kolejny etap gry, która może przynieść zwycięstwo tylko jednemu z nich.
- Ciekawe... Zastanawiam się, dlaczego twoi ludzie podążali za mną ostatnimi dniami. Czyżbyś się obawiał, że mam coś do ukrycia?
Ludwik uśmiechnął się lekko, jakby to pytanie było niemal rozkosznie absurdalne.
- Obawiać się? O nie... Henryku. Człowiek mojego pokroju nie musi się niczego obawiać. Czasem po prostu zwykła troska o przyjaciół każe śledzić ich kroki... by się upewnić, że ludzie bliscy sercu nie zbaczają na złą drogę.
Henryk zaśmiał się krótko, lecz w jego oczach kryła się ostrożność.
- Przyjaciele... To takie piękne słowo. Czasami się zastanawiam, czy w tym zamku są jeszcze ludzie, którzy wierzą w tak proste wartości jak przyjaźń.
Ludwik oparł się o stół, pochylając nieznacznie w stronę swojego rozmówcy. W jego ruchach było coś głęboko przemyślanego, jakby każdy gest miał ukryte znaczenie.
- Czy myślisz czasami o władzy, Henryku?
Von Plauen nie odpowiedział.
- Wiesz, czym jest władza? Dla mnie to trucizna, którą sączy się powoli, a nikt wokół nie zdaje sobie sprawy, że zatruje ona każdego, kto się jej napije. Co czujesz, gdy patrzysz na wielkiego mistrza? Słabnie z każdym dniem... ty powinieneś to wiedzieć, Henryku... Jesteś wszak jego najbliższym doradcą, jego cieniem.
Henryk się skrzywił.
- Stan zdrowia wielkiego mistrza to dla mnie sprawa osobista. Wiem jednak, że twoje poczynania nie przynoszą mu ulgi. Nie jesteś dla niego lekiem, Ludwiku, a raczej przyczyną jego problemów ze zdrowiem.
Von Erlichshausen pochylił się bardziej.
- Ja jestem przyszłością zakonu, Henryku... Jeśli Konrad nie przeżyje, to ja będę musiał wziąć na siebie to brzemię... Zdajesz sobie z tego sprawę tak samo jak ja. W tej grze, w której wszyscy bierzemy udział, nie ma miejsca na słabości...
Henryk spojrzał na swego rozmówcę z politowaniem.
- Nie jestem twoim wrogiem, Ludwiku - rzekł cicho. - Nie chcę twojego upadku. Ale twoje ambicje są niebezpieczne. A ambicja może być zarówno największą zaletą człowieka, jak i jego najpoważniejszą wadą...
Ludwik znów się uśmiechnął, lecz tym razem jego twarz przypominała maskę.
- Ambicja? To, co ty nazywasz ambicją, ja nazywam obowiązkiem. Czyż nie jest naszym celem, aby zakon rósł w siłę? Abyśmy panowali nad tymi ziemiami, jak na rycerzy Chrystusa przystało? Jeśli nie ja, to kto? Ty?
Na te słowa Henryk westchnął, lecz nie podjął wyzwania.
- W tej jednej kwestii się zgadzamy, Ludwiku. Dopóki wielki mistrz żyje, będziemy mieć pokój. Pozwolimy się wodzić Związkowi Pruskiemu za nos. Ale wojna jest nieunikniona. I to wojna z Koroną. Bez względu na to, kto stanie na czele zakonu. A kiedy ona nadejdzie, nie będzie już miejsca na waśnie ani intrygi. Poleje się krew.
Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie w milczeniu, jakby w tej jednej chwili zrozumieli, że ich spór, choć zacięty, jest ledwie przygrywką do czegoś większego, co zbliża się z nieubłaganą pewnością.
Deszcz wybijał rytm na bruku.
Do sławnego przybytku prowadziła kamienista droga. Powóz, który właśnie zajechał, był rzadkością, prędko więc przykuł spojrzenia ciekawskich. Służba, pachołkowie, a nawet kilku gości intensywnie przyglądali się nowo przybyłym.
Mężczyźni byli okryci obszernymi opończami, a ich oblicza skrywały się za naciągniętymi kapturami. Jeden ze służących, barczysty olbrzym, skinął na nich i wprowadził ich bocznym wejściem. Twarz miał pokrytą brodą, a oczy nieprzeniknione. Nigdy nie zadawał zbędnych pytań. Przyjmował znacznych gości i wprowadzał ich do sali na piętrze.
Jego pani nie lubiła wścibskiej służby. A on oddałby życie za swoją panią, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Teraz rozkazał dziewce służebnej zapalić wszystkie lampy, przynieść dzbany z najlepszym winem i oddalić się co prędzej. Wnętrze pachniało żywicą przemieszaną z zapachem lawendy.
Henryk okręcił się wokół własnej osi i zrzucił płaszcz, który brodaty służący w lot pochwycił. Von Plauen skinął na Ludwika, aby ten uczynił to samo. Sam opadł na jedną z ław, specjalnie na tę okazję wyściełaną miękkimi tkaninami.
- Teraz jest tu lepiej niż przedtem - zaśmiał się z uznaniem. - No co tak stoisz? Rozgość się - zwrócił się do Ludwika.
Ten rzeczywiście stał niepewnie, jakby znalazł się w tym miejscu wbrew swej woli. Powoli ściągnął płaszcz i podał służącemu. Jego spojrzenie zdradzało nie tylko niechęć, ale także pewne zainteresowanie. Oglądał wnętrze, do którego weszli.
- Często tu bywasz? - spytał ironicznie.
- Regularnie. - Henryk był w dobrym nastroju. Kazał nalać sobie wina i kątem oka obserwował Ludwika, gdy ten ostrożnie usiadł na jednej z ław. - Mają tu najlepsze kobiety. Lepsze od tych, które są na dworze cesarskim. Wierz mi, wiem, co mówię... a teraz zobaczysz coś osobliwego - powiedział i klasnął w dłonie.
Najpierw do sali wszedł, a raczej wskoczył karzeł, który wykonał efektowną przewrotkę i roześmiał się perliście, widząc zaciekawione miny Krzyżaków. W geście zapowiadającym tajemnicę położył palec na ustach.
Za nim do sali weszły cztery młode kobiety. Różniły się ubiorem i urodą. Rysy każdej z nich zdradzały inne pochodzenie.
Oprócz nich pojawiła się jeszcze jedna niewiasta, bardzo piękna, chociaż kilka lat starsza. Patrzyła na Ludwika z wyraźnym zainteresowaniem.
- Miło mi powitać tak znamienitych gości. - Jej głos wypełnił całą komnatę.
Ludwik poczuł, że mógłby dać mu się zniewolić.
- Jesteś, Ewaldo. - Henryk podniósł się na jej widok.
Skłoniła się wytwornie niczym ochmistrzyni dworu królewskiego.
Ludwik się w nią wpatrywał, szczególnie w jej oczy, ciemne i zjawiskowe. Było w nich coś magnetycznego, a jednocześnie zwierzęcego.
- Usiądź, panie - zwróciła się do Henryka, który jedną ręką przyjmował puchar z winem, a drugą wędrował po jej zgrabnej kibici.
- A ty, skrzacie, opowiedz o naszych gracjach - dodała pospiesznie.
Człowieczek nazwany skrzatem znów się roześmiał. Teraz goście zwrócili uwagę na stojące w szeregu piękności, karzeł przysunął się do pierwszej z nich i cmoknął z zachwytu.
- Prawdziwa gwiazda Północy - zapiał, obchodząc dumną jak posąg majestatyczną blondynkę.
Różnica wzrostu pomiędzy tym dwojgiem wydała się Ludwikowi bardzo zabawna.
Dziewczyna miała idealne rysy twarzy, skrzat przesuwał dłonią po jej ciele, które pokrywał strój przywodzący na myśl dawne boginie Skandynawii.
- Na zewnątrz chłodna niczym lód, ale wnętrze skrywa żar, który rozpali nawet najwybredniejszego. Ta zaś - tu podszedł do drugiej piękności - pochodzi z Nadrenii.
Niemieckie nazwy zawsze przyciągały uwagę Henryka, nieco niższa platynowa blondynka udawała wyraźnie speszoną. Nieznacznie przygryzła wargi i wyraźnie unikała kontaktu wzrokowego, co tylko wzmogło podniecenie von Plauena.
- Kobiety na dworze cesarza przy niej bledną - roześmiał się skrzat.
- Co o niej myślisz? - zapytał Henryk Ludwika, ale ten pokręcił głową.
- Są jeszcze dwie - zachwalał kolejne kobiety.
Trzecia spośród nich, ciemnowłosa, ciemnooka dziewczyna w stroju genuańskiej mniszki, obróciła się dookoła własnej osi.
- To kwiat ziemi italskiej. - Skrzat oblizał spierzchnięte wargi. - Zna takie sztuczki, o których istnieniu inne kobiety nawet nie wiedzą. Nie ma sobie równych, można umrzeć z rozkoszy.
- A ktoś już umarł? - zachichotał Henryk.
- I jeszcze czwarta. - Karzeł wypchnął do przodu ostatnią dziewczynę. - Najciekawszą zostawiłem na koniec... to największa tajemnica... sprowadzili ją holenderscy kupcy. Potrafi mówić po niemiecku. Podobno - tu ściszył głos - widzi przyszłość.
Ludwik przyjrzał jej się uważnie. Dziewczyna zerknęła na niego w przelocie, ale zaraz spuściła wzrok.
- Jak to widzi przyszłość? - zaczął wypytywać.
- Potrafi przepowiadać, widzi przyszłe zdarzenia, które są ukryte dla zwykłych ludzi - oznajmił skrzat z tajemniczą miną. - Ten dar zniknie ponoć po pierwszej nocy spędzonej z mężczyzną - dodał z szelmowskim uśmiechem.
- To dziewica? - zdumiał się Ludwik.
- Wiedziałem, że ten fakt cię zainteresuje. - Henryk nie krył radości.
- Chcę ją - oznajmił von Erlichshausen.
- Bardzo dobry wybór, mój panie - pochwaliła Ewalda, która do tej pory nie wtrącała się do dyskusji, zajęta masowaniem ramion Henryka.
- A dla mnie przygotuj tę drugą - wtrącił ten ostatni, składając pocałunek na dłoni Ewaldy.
- Słyszałeś wolę naszych gości. - Kobieta klasnęła na skrzata.
Ten skłonił się dwornie i wyprowadził dziewczęta.
- Niech wszystko będzie tak jak zawsze - przykazał dla pewności Henryk.
- Czy ja cię kiedykolwiek zawiodłam, panie? - spytała przekornie Ewalda, siadając wygodnie na jego kolanach.
Ludwik spojrzał na nią z niesmakiem i wychylił do dna puchar z winem.
Muzyka ledwie docierała do komnaty na piętrze, a gdy Ludwik zamknął za sobą drzwi, jej dźwięki nie docierały tam wcale.
Komtur, mrużąc oczy, przyglądał się dziewczynie. Stała na środku lekko pochylona. Jej pierś falowała zmysłowo, wzrok miała spuszczony. Ludwik odłożył kielich i podszedł do niej.
- Powiedz - wyszeptał, ujmując jej podbródek - umiesz odczytywać przyszłość?
Przez moment wpatrywała się w niego niepewnie.
- Tak, panie...
- Powiedz mi zatem, co wyczytałaś z mojej twarzy. - Obszedł dziewczynę dookoła, pochylając się na chwilę, by poczuć w nozdrzach jej zapach.
- Co chcesz wiedzieć, panie?
- Czy zostanę wielkim mistrzem? - wyrwało mu się. Masa myśli kłębiła się teraz w jego głowie.
Wydawało mu się, że czeka na odpowiedź całą wieczność.
- Tak, panie...
Nabrał głęboko powietrza.
- I jaki los mi przepowiadasz, dziewko, gdy zostanę już wielkim mistrzem?
Dziewczyna milczała.
- Zapytałem cię o coś. - Chwycił ją za szyję i podniósł do góry tak, że ledwie mogła oddychać.
- Widzę... widzę...
Puścił ją.
- Co widzisz? Mów!
- Widzę wielką wojnę...
- Kto stanie na jej czele?
- Ty, panie, staniesz na czele wielkiej armii...
- Kto będzie moim przeciwnikiem?
Oczy dziewczyny się zaszkliły.
- Orzeł w koronie...
- A zatem król polski. - Ludwik zamyślił się na chwilę. - Kto zostanie nowym królem Polski?
- Nie wiem... nie widzę dokładnie, ale chorągiew Pogoni, chorągiew Giedymina, Olgierda...
Ludwik zacisnął dłoń na ramieniu dziewczyny, aż jęknęła.
- A zatem Kazimierz... Kto z nas odniesie zwycięstwo w tym boju?
- Widzę wielką bitwę, a w niej krzyż na białym tle...
- Zwyciężamy? - Serce tłukło mu się w klatce niczym złowiony ptak.
- Tak, panie.
- Chwała niebiosom...
- Wygrywamy wojnę, widzę zbrojnych rycerzy wokół ciebie, panie. Strzeż się swoich ludzi...
- Ja mam się strzec swoich?
- Pieniądze i krew, zdrada... pieniądze i krew... zdrada. Wszędzie zdrada, uciekaj. - Dziewka zaczęła mówić bez sensu, więc Ludwik mocno nią potrząsnął.
- Kto kogo zdradzi?
- Strzeż się ludzi, którym ufasz...
Ludwik odsunął się od niej gwałtownie, jakby przypominając sobie największe zagrożenie.
- Henryk... A Henryk, czy on zostanie wielkim mistrzem?
Dziewczyna spochmurniała i potaknęła.
- Tak...
Ludwik zachichotał gwałtownie i nerwowo.
- Henryk wielkim mistrzem?
- Ale to nie on cię zdradzi... Zdrajcą okaże się zupełnie inny człowiek, który zażąda pieniędzy...
- Kim on jest? Znam go?
- Poznasz, panie...
- Co jeszcze widzisz?
- Krew, zdradę... krew i zdradę - powtarzała dziewka jak w malignie.
Ludwik próbował nią potrząsać, aż wreszcie się ocknęła.
- Nic więcej nie widzę - wyszeptała.
Komtur nie był zadowolony z tej odpowiedzi.
- Na niewiele się zdają twoje wróżby. - Chwycił ją za podbródek i uniósł jej twarz.
- Może ty sama przydasz się na coś więcej. - Zdarł z niej suknię jednym ruchem.
W oczach dziewczyny pojawiły się strach i łzy.
Wygłodniały, przyglądał się jej delikatnej postaci.
Pchnął ją na kamienną posadzkę. Przy zderzeniu z zimnym podłożem przeszył ją dreszcz.
Ludwik poluzował swoje ubranie i opadając, pchnął ją tak gwałtownie, że aż krzyknęła. To, że odczuwała ból, sprawiało mu dziką, niewysłowioną rozkosz. Był niczym fala letniej burzy, która przetacza się po pięknym, pełnym owoców sadzie. Niszczy i rujnuje. Brał ją z coraz większą siłą, mimo jej łez, jęków oraz skazanych na niepowodzenie prób oporu. Zatracał się w tym dzikim szale. Gdy w końcu wstał, z trudem łapał powietrze. Minęła dłuższa chwila, nim doszedł do siebie.
- Przewidziałaś to, co się teraz zdarzyło?
Dziewczyna drgnęła.
Przez cały ten czas leżała nieruchomo. Milczała, oddychając ciężko, a później usłyszał jej cichy szept:
- Tak.
Było mu jej na swój sposób żal, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Wstań, wyjdź i wezwij do mnie karła.
Podniosła się z wysiłkiem, otulając się strzępami ubrania.
Gdy zaraz potem karzeł stanął w progu, Ludwik rzucił bez wahania:
- Ta dziewka ma być tylko moja.
Korytarz prowadzący do lochów malborskiego zamku był słabo oświetlony, jedynie blade światło lamp odbijało się od jego kamiennych ścian.
Henryk kazał słudze odstawić puchar z winem i odwrócił się do Ludwika z ironicznym uśmiechem, który nigdy nie zdradzał intencji.
- Ciekawe miejsce wybrałeś na naszą rozmowę - zakpił von Erlischausen, unosząc brew, jakby próbował się rozluźnić, choć w jego spojrzeniu tlił się niepokój. - Chcesz, abym zszedł z tobą do lochów?
Von Plauen się uśmiechnął, a jego wzrok przez chwilę zdawał się wędrować po ciemnym wnętrzu.
- Nie, jeszcze nie teraz.
Ludwik poczuł dreszcze.
- W tym miejscu dzieją się rzeczy, które przesądzą o przyszłości nas wszystkich. O twojej też.
Von Erlichshausen milczał, czując, że Henryk po raz kolejny wciąga go w grę, której zasady on, Ludwik, nie do końca pojmuje. Lecz wiedział, że tak czy inaczej, musi grać ostrożnie. Spojrzał na swojego rywala z mieszanką fascynacji i odrazy, tak jak wtedy, gdy ten zabrał go do domu uciech.
- Wielki Mistrz ma się coraz gorzej - odezwał się po chwili Ludwik. - To kwestia dni, może miesięcy. Wszyscy to widzą. A jednak nikt nie mówi głośno o tym, co czeka nas dalej.
Henryk uniósł kącik ust w tajemniczym uśmiechu.
- Wszyscy mówią, Ludwiku. Tylko nie wprost. Polityka to przecież sztuka mówienia rzeczy, których nikt nie chce usłyszeć. A ja wiem - tu pokiwał palcem, jakby wszystkiego się domyślał - co chcesz usłyszeć. - Wyciągnął rękę, jakby chciał sięgnąć do najbardziej skrywanych myśli Ludwika.
Komtur poczuł, jak po plecach przebiega mu lodowaty dreszcz. Zawsze miał wrażenie, że Henryk widzi i słyszy więcej, niż powinien. Jakby znał sekrety, których nawet on, Ludwik, nie chciał uznać przed samym sobą.
- Nie rozumiem cię - zwrócił się do von Plauena, próbując nadać swojemu głosowi spokojne brzmienie, ale w jego oczach można było dostrzec pewne napięcie. - Zawsze mówisz zagadkami.
- A czy świat nie jest jedną wielką zagadką? - odpowiedział Henryk, pochylając się nieznacznie.
Ludwik poczuł, jak serce mu przyspiesza.
- O czym mówisz?
- Już wkrótce lochy zyskają nowego lokatora...
- Kogo?
Henryk spojrzał na Ludwika z półuśmiechem, który mroził krew w żyłach.
- To tajemnica - wyszeptał. - Przynajmniej na razie.
Ludwik widział, że to gra. Henryk mógł być pod wpływem alkoholu, ale trzeźwość umysłu nie opuszczała go ani na chwilę. Zmrużył oczy, starając się ukryć rosnący niepokój.
- Chcesz zyskać na czasie, Henryku? Dlaczego nie powiesz wprost, co mój wuj planuje? - zapytał, zebrawszy się w sobie, by jego głos brzmiał spokojnie, choć w głębi duszy czuł, że traci kontrolę.
Henryk uniósł brwi, jakby pytanie go rozbawiło.
- Czas... jest iluzją, Ludwiku. Władza... władza jest wszystkim, co się liczy - odparł szeptem Henryk, patrząc gdzieś w dal. - A ci, którzy jej pragną, zawsze ostatecznie lądują tam, gdzie powinni, na przykład w lochach krzyżackich. - Roześmiał się.
Ludwik zadrżał, patrząc w zimne oczy von Plauena.
I znów lochy.
Lochy, które go prześladowały. Czy jego przeznaczeniem było więzienie? Przypomniał sobie wróżby starej ruskiej szeptuchy, którą jego matka sprowadziła na ich dwór. "Strzeż się lochów, młody panie..."
Powtarzała te słowa, a potem śmiała się do rozpuku, ukazując bezzębne szczęki. Bał się jej i uciekał. Matka go uspokajała, mówiąc, że to tylko stara szeptucha...
"Michajłuszka, Michajłuszka" - wołała matka. W jej ustach brzmiało to jak pieszczota, w ustach innych niemal obraźliwie.
I znów był w zakonnych lochach. Siedział tu od dobrych paru tygodni. Wielki mistrz Konrad nie kiwnął choćby palcem w jego sprawie. Nie interesował się nim.
W mrocznych, zimnych lochach zamku panowały wilgoć i przenikliwy chłód. Kamienne ściany, tonące w półmroku, zdawały się pochłaniać wszelkie dźwięki, pozostawiając jedynie echo kapania wody. Na podłodze, w cieniu żelaznych krat, siedział książę Michał - wielki książę Litwy. Wciąż uważał, że ma prawo do tego tytułu. Wciąż uważał siebie za dziedzica Kiejstuta, za dziedzica Witoldowego.
Jego twarz była ściągnięta gniewem, lecz w oczach kryło się coś więcej - zmęczenie, rozpacz i cień strachu, którego nie potrafił z siebie zrzucić.
Michał obracał swoje dłonie, jakby widział je po raz pierwszy. Myślami błądził w przeszłości, w dniach, kiedy sądził, że jego plan wyrwania Litwy spod władzy Kazimierza się powiedzie. Teraz jednak siedział w lochu, zdradzony przez Krzyżaków i własne nadzieje, które okazały się płonne.
- Katarzyna... - wyszeptał cicho, niemal do siebie, a w jego głosie więcej było błagania, niż pewności, że żona spróbuje go uratować.
Wiedział, że jest odważna i lojalna, ale czy miała wystarczająco dużo siły i wpływów, by zmierzyć się z potężnymi przeciwnikami, z którymi przyszło im walczyć? Zrozumiał, że Krzyżacy działają w porozumieniu z Kazimierzem i zapewne Świdrygiełłą. Że to im zawdzięcza porażkę.
Gniew Michała wybuchał raz po raz. Pomstował na Kazimierza Jagiellończyka, złorzecząc mu niczym ruskie szeptuchy, stare zaklinaczki. "To jego wina", myślał. "Mógł być królem Polski, ale zabrał mi Litwę i musi mnie ścigać jak psa. Złamać mnie, zniszczyć. Wszystko przez niego!"
Wtem w ciszy rozległ się dźwięk kroków. Były one ciężkie, miarowe, lecz pewne. Michał uniósł głowę, a jego wzrok napotkał smukłą postać rycerza w białej opończy z czarnym krzyżem zakonu. W mrokach lochu, przy mdłym świetle pochodni, dostrzegł twarz, którą rozpoznał od razu - Ludwik von Erlichshausen, bratanek wielkiego mistrza.
- Czemu zawdzięczam tę wizytę, Ludwiku? Przyszedłeś się nade mną znęcać? - warknął Michał, podnosząc się powoli.
Von Erlichshausen uniósł dłoń, jakby chciał poprosić o ciszę. Jego spojrzenie było uważne, a głos spokojny.
- Książę, nie jestem tutaj, by się nad tobą pastwić. Przyszedłem porozmawiać.
Michał prychnął, ale się nie odezwał. Ludwik podszedł bliżej, aż stanął tuż przy kratkach celi.
- Wiem, że nie masz sojuszników. I wiem, że czujesz się opuszczony - zaczął cicho Ludwik. - Ale dziś w nocy wszystko zostało przygotowane. Uciekniesz stąd.
- Ucieknę? - Michał zmarszczył brwi. - Dlaczego miałbym ci wierzyć? Dlaczego miałbyś mi pomagać?
Ludwik patrzył na niego bez wyrazu.
- Nie popieram polityki swojego wuja - odparł krótko. - To, co robi, jest błędem. A ty, książę, musisz wiedzieć, że masz we mnie sojusznika.
Michał wybuchnął gorzkim śmiechem.
- Sojusznika? - rzucił z ironią. - Nie mam sojuszników. Jestem sam. Sam, rozumiesz?
Ludwik nie dał się jednak sprowokować.
- Może i tak - odrzekł cicho. - Ale dziś w nocy dostaniesz szansę. O północy strażnik, który został opłacony, cię stąd wyprowadzi.
Michał zmrużył oczy, mierząc Ludwika podejrzliwym wzrokiem.
- Dlaczego to czynisz? - zapytał.
Von Erlichshausen uśmiechnął się ledwie zauważalnie.
- Już czas - powiedział tajemniczo. - Wkrótce zrozumiesz.
Nie czekając na odpowiedź, Ludwik odwrócił się i odszedł. Michał znów został sam ze swymi myślami. Książę usiadł z powrotem na zimnym kamieniu, a w jego głowie kłębiły się pytania. "Już czas", powtarzał w duchu słowa Ludwika. Na co czas? Tego nie wiedział. Pozostało mu tylko czekać.
Ludwik spieszył do komnat wuja.
- Czy Henryk von Plauen udał się na spoczynek? - zapytał jednego z zaufanych sług.
- Tak, panie.
- Ja sam będę czuwał przy wielkim mistrzu.
- Rozumiem, panie.
Konrad od kilku dni czuł się coraz gorzej. Henryk nie odstępował go na krok, toteż Ludwik zamierzał z radością skorzystać ze sposobności, która się nadarzała.
Myślał też o Michale, który miał dziś w nocy zbiec z krzyżackiego więzienia. Tyle mógł dla niego zrobić.
Powoli otworzył podwoje do sypialni wielkiego mistrza.
Ciemność lochów zdawała się zacieśniać wokół Michała, gdy jego kroki odbijały się echem w kamiennych korytarzach. Jego nogi, zmęczone pobytem w więzieniu, ledwie niosły jego ciało.
Prowadziła go tajemnicza postać w ciemnym płaszczu, a jedynym źródłem światła była trzymana przez nią latarnia, której blask rozpraszał mrok nie dalej na kilka kroków. Michał milczał, niepewny, czy to ratunek, czy tylko kolejna próba ze strony Krzyżaków.
Gdy wyszli z lochów na otwarty dziedziniec, księżyc oświetlił posępne kamienne mury. Postać, która prowadziła zbiega, skinęła głową w stronę niewielkiej bramy w murach, za którą czekały na nich konie. Nikogo tu nie było, co zaskoczyło Michała. W milczeniu przemknęli poza mury zamku, aż na kraj miasta. W końcu, kiedy oddalili się na tyle, że straże nie mogły ich już dostrzec, tajemniczy przewodnik przystanął.
- Idź - rzekł ten człowiek niskim głosem dobiegającym spod naciągniętego kaptura. - Tam czekają na ciebie.
Michał spojrzał w stronę wskazaną przez nieznajomego i ujrzał grupę ludzi w świetle pochodni. Serce zabiło mu szybciej. Gdy podszedł bliżej, wśród zebranych rozpoznał znajome twarze, a wreszcie ją, Katarzynę.
- Katarzyno! - jęknął ochrypłym głosem i niemal upadł na kolana, kiedy ta rzuciła się ku niemu z wyciągniętymi ramionami.
- Michale, nareszcie! - Jej głos drżał, kiedy mocno go obejmowała. - Czy wszystko z tobą w porządku? Nic ci nie jest? - spytała, odsuwając się na moment, by spojrzeć mu w twarz i wyczytać z niej cierpienie.
Malowały się na niej i udręka, i tęsknota za żoną...
- Żyję - odparł, próbując się uśmiechnąć, choć zmęczenie i ból odcisnęły na nim swoje piętno. - Ale powiedz mi... Czy zapłaciłaś Ludwikowi? Ile cię to kosztowało?
Katarzyna pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się dziwny błysk.
- Nie zapłaciłam. Sprawy przybrały inny obrót. Coś dziwnego dzieje się z Krzyżakami, Michale. Jeszcze nie wszystko stracone. Musisz w to tylko uwierzyć równie mocno jak ja. Litwa może być nasza. Znaleźliśmy nowych sojuszników.
Michał spojrzał na nią uważnie i zaczął dopytywać:
- Sojuszników? Kogo masz na myśli?
Katarzyna zniżyła głos, jakby nawet w tym odosobnionym miejscu obawiała się, że ktoś ich podsłuchuje.
- Sam biskup Oleśnicki jest jednym z nich.
Michał uniósł brwi w zdumieniu.
- Ma w tym bez wątpienia swój interes, na pewno nie nasz.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, wzrok kniazia padł na stojącego nieco z tyłu mężczyznę. Nie przypominał rycerza ani szlachcica. Był ubrany w skromny strój kupiecki, ale spod jego płaszcza wystawały wyraźne tatarskie zdobienia.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, widząc zaskoczenie na twarzy Michała.
- Sid-Ahmed... - wyszeptał Michał z niedowierzaniem.
Tatar uniósł brew i wyszczerzył białe zęby w szerokim uśmiechu.
- Witaj, książę - odparł, składając coś na kształt ukłonu.
- To wszystko dzięki księżnej Katarzynie - dodał z uznaniem, a w jego głosie pobrzmiewała dziwna nuta. - Nikt lepiej nie prowadzi rozmów o sojuszach niż twoja żona, panie.
Katarzyna spojrzała na Michała z uśmiechem, w którym kryły się zarówno zmęczenie, jak i determinacja.
- Z takimi ludźmi, Michale, wszystko jest możliwe. I to jeszcze nie koniec. Jest ktoś jeszcze. Najwierniejszy ze wszystkich. On został na Litwie, na dworze Kazimierza, ale...
Michał przerwał żonie, chwytając ją za ręce.
- Muszę z nim pomówić. Wiesz, że muszę.
Katarzyna skinęła głową, jej oczy lśniły w świetle pochodni.
- Wiem. I wierzę, że zdołasz. A teraz powinniśmy już jechać, mogą zacząć nas szukać...
Dzwony...
Wszędzie rozbrzmiały dzwony.
Najpierw jeden, nieco niepewnie, później równie nieśmiało przyłączył się do niego drugi, wreszcie zaczęły bić dzwony w całym Malborku.
Głębokie, dźwięczne tony rozbrzmiewały nad zamkiem, odbijając się echem od murów, krużganków i dziedzińców. Coś się wydarzyło.
Służba w pośpiechu biegała kamiennymi korytarzami, a strażnicy przy bramach z trudem kryli swoje zdenerwowanie.
Henryk von Plauen poderwał się z łoża, zdezorientowany. Miał tej nocy niespokojny sen, a przebudzenie było niczym z koszmaru.
- Co się dzieje?! - rzucił prędko do służącego, który właśnie wszedł do komnaty, niosąc ubrania.
- Panie, to dzwony z wieży zamkowej... - zaczął sługa, lecz urwał, widząc zaniepokojone spojrzenie Henryka.
- Przygotuj mnie natychmiast. - Henryk chwilę potem odesłał służącego gestem i sam wciągnął buty oraz narzucił na ramiona ciężki płaszcz. Nie czekając na wyjaśnienia, ruszył szybkim krokiem w stronę komnat wielkiego mistrza.
W korytarzach panował chaos - strażnicy ustawiali się w gotowości, a służba z przestrachem szeptała między sobą. Henryk nie zważał na to. Jego krok był szybki, zdecydowany, aż dotarł do ciężkich drzwi prowadzących do sypialni Konrada von Erlichshausena.
Na progu stanął Ludwik. Przypominał człowieka z chorobliwych majaczeń.
- Mój wuj - powiedział cicho. - Jest już w domu Ojca.
Henryk zatrzymał się na chwilę, jakby nie dosłyszał, a może nie chciał tego zrozumieć. Twarz Ludwika nie pozostawiała jednak wątpliwości. Henryk pchnął drzwi i wszedł do środka.
Na łożu spoczywało ciało Konrada owinięte w białą szatę. Jego oblicze było spokojne, niemal dostojne, choć w pokoju unosił się ciężki zapach śmierci. Henryk zacisnął pięści, czując, jak wzbiera w nim wzburzenie.
Spojrzał na Ludwika, który stanął za jego plecami. Przez moment żaden z nich nic nie mówił, lecz napięcie w powietrzu było niemal namacalne.
Henryk odwrócił się nagle i korzystając z tego, że byli sami, wymierzył rywalowi mocny policzek.
Ludwik cofnął się o krok, zaskoczony. Jego oczy płonęły, a twarz skrzywiła się w grymasie wściekłości. Przez chwilę wydawało się, że rzuci się na Henryka niczym wściekłe zwierzę. Jego ręce drgnęły, jakby chciał złapać tamtego za gardło, ale nagle się opanował. Zacisnął szczęki i odetchnął głęboko.
Do pokoju zaczęli wchodzić inni komturowie, jeden po drugim. Ich kroki były ciężkie, twarze przygnębione. Spoglądali na ciało wielkiego mistrza z wyrazem szacunku i smutku, lecz ich uwaga szybko przeniosła się na dwóch mężczyzn stojących obok.
Henryk podszedł do Ludwika. Oczy tego pierwszego nie pozostawiały złudzeń - prowadził właśnie chłodną kalkulację. Zaraz potem wziął dłoń Ludwika w swoje ręce, pochylił się i pocałował ją, jakby w geście hołdu.
- Kapituła wybierze cię na nowego wielkiego mistrza, Ludwiku von Erlichshausenie - powiedział głośno, tak by wszyscy zebrani mogli to usłyszeć.
Przez chwilę w komnacie panowała cisza. Potem kolejni komturzy zaczęli klękać przed Ludwikiem, powtarzając gest Henryka. Jeden po drugim składali mu ukłony, choć kierowały nimi różne emocje i postawy, od szacunku przez niepewność po chłodne wyrachowanie.
Ludwik się wyprostował, jakby nagle odzyskał równowagę. Jego pierś uniosła się dumnie, a na twarzy pojawił się lekki, zwycięski uśmiech.
Wreszcie miał to, czego pragnął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki