Niechciana korona - Joanna Morgan

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Od­głos ła­ma­nej ga­łęzi spra­wił, że jego zmy­sły się wy­ostrzyły. Po­czuł, że nie jest sam, że w po­bliżu znaj­duje się ja­kieś zwie­rzę. In­stynk­tow­nie się­gnął do koł­czanu po strzałę i za­czął się po­woli po­su­wać do przodu.

Je­sienne słońce nie­spiesz­nie chy­liło się ku za­cho­dowi. Wę­drowne ptaki, prze­la­tu­jąc nie­opo­dal, po­trą­cały ga­łę­zie drzew. Nie­które z nich, wie­dzione cie­ka­wo­ścią, przy­sia­dły wśród li­ści, żeby przyj­rzeć się ukry­temu w za­ro­ślach czło­wie­kowi.

My­śliwy wie­dział, że musi być cier­pliwy. Po­woli ru­szył przed sie­bie, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki. Je­den fał­szywy ruch mógł prze­kre­ślić jego szanse na ło­wiecki suk­ces. Ba­dał oto­cze­nie i chło­nął każdy jego szcze­gół. Na­gle pod­niósł łuk i go na­cią­gnął. Ob­ró­cił się lekko w prawo i przy­go­to­wał do strzału. Jego oczy na­po­tkały wi­dok piękny i nie­co­dzienny. W od­le­gło­ści rzutu ka­mie­niem stał przed nim ma­je­sta­tyczny je­leń. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział tak wspa­nia­łego okazu. Król le­śnych po­łaci uniósł głowę z po­tęż­nym po­ro­żem i do­strzegł czło­wieka. My­śliwy na­piął cię­ciwę, lecz strzału nie od­dał. Tak jakby nie­znana siła nie po­zwo­liła mu zdo­być się na ten ruch.

Czło­wiek i zwie­rzę długo mie­rzyli się wzro­kiem. Żadne z nich nie prze­rwało tej wy­jąt­ko­wej chwili, męż­czy­zna nie chciał ni­czego z niej uro­nić. Wpa­try­wał się w oczy je­le­nia: duże, po­ły­sku­jące, prze­peł­nione nie­zwy­kłą mą­dro­ścią. Dziwne uczu­cia za­go­ściły w sercu mło­dego my­śli­wego. Czuł się tak, jakby spo­glą­dało na niego nie zwie­rzę, ale ktoś szcze­gól­nie mu bli­ski. Za­drżał na samą myśl.

Sam nie wie­dział, kiedy opu­ścił łuk. Je­leń uniósł kró­lew­ską głowę, po­pa­trzył na my­śli­wego, a ten wy­szep­tał:

- Ru­szaj przed sie­bie. Je­steś wolny, na­prawdę wolny. Nie tak jak ja.

Ma­je­sta­tyczny ro­gacz, zdzi­wiony sło­wami czło­wieka, po­ru­szył się na­gle gwał­tow­nie i po­mknął w głąb lasu.

Młody męż­czy­zna cze­kał do­brą chwilę, a gdy zro­zu­miał, że zwie­rzę­cia już nie ma, za­wró­cił w kie­runku, z któ­rego nad­szedł. Biegł te­raz szybko, nie zwra­ca­jąc uwagi na ga­łę­zie, które ude­rzały go raz po raz. Za­trzy­mał się tylko na mo­ment, by wy­jąć mło­dego za­jąca z za­sta­wio­nych przez sie­bie wnyk. Prze­rzu­cił go so­bie przez ra­mię i ru­szył w stronę le­śnej po­lany. Na sa­mym jej środku stała nie­wielka drew­niana chata. Wo­kół krę­ciło się trzech pa­choł­ków za­ję­tych opra­wia­niem zwie­rząt. Na progu chaty stała młoda ja­sno­włosa dziew­czyna o ru­mia­nych li­cach, którą my­śliwy lekko po­ca­ło­wał w usta.

- Chodź, zo­bacz, co przy­nio­słem. - Ro­ze­śmiał się, po­cią­ga­jąc ją za sobą do środka.

Wnę­trze pre­zen­to­wało się wy­jąt­kowo skrom­nie. W słabo oświe­tlo­nej izbie cen­tralne miej­sce zaj­mo­wał stół. Pod ścianą usta­wione były w rów­nym sze­regu naj­róż­niej­sze ro­dzaje broni. Pod oknami znaj­do­wała się ława, a w głębi nie­wiel­kie pa­le­ni­sko. Z su­fitu zwi­sały linki, na któ­rych wie­szano i opra­wiano upo­lo­waną zwie­rzynę.

My­śliwy po­wie­sił na jed­nej z nich sza­raka. Dziew­czyna po­sta­wiła na ogniu na­czy­nie z wodą i za­częła się krzą­tać. Wtem na­gły ha­łas prze­rwał za­ję­cie.

Cały las wy­peł­nił tę­tent koni, gro­mada jeźdź­ców zbli­żała się do po­lany. Po chwili roz­le­gły się okrzyki i na­wo­ły­wa­nia, przy­jezdni wy­py­ty­wali o coś pa­choł­ków przed chatą.

- Zo­bacz, kto przy­je­chał - po­le­cił mło­dej go­spo­dyni męż­czy­zna.

Ta po­słusz­nie wy­szła na ze­wnątrz, by za­raz po­tem wró­cić z wia­do­mo­ścią:

- Pa­nie, po­lana pełna jest ry­ce­rzy. Oni nie wy­glą­dają na miej­sco­wych, bo ubio­rem przy­po­mi­nają pol­skich pa­nów.

My­śliwy wy­szedł na próg i za­sło­nił oczy przed słoń­cem. Po chwili prze­ko­nał się, że dziew­czyna mó­wiła prawdę.

Po­stą­pił parę kro­ków do przodu. Zbroj­nych było może ze trzy­dzie­stu. Nie­któ­rzy, odziani w bo­gato zdo­bione szaty, wy­glą­dem i za­cho­wa­niem przy­po­mi­nali pol­skich ma­gna­tów.

Je­den z nich zsiadł z ko­nia i ru­chem ręki na­ka­zał, by inni uczy­nili to samo. Gdy po­czuli grunt pod sto­pami, wszy­scy uklęk­nęli na jedno ko­lano. Ich przy­wódca pod­szedł do mło­dego czło­wieka i pa­da­jąc przed nim, po­wie­dział moc­nym, choć wzbu­rzo­nym gło­sem:

- Wa­sza Kró­lew­ska Mość, nie opusz­czaj oj­czy­zny w tej naj­czar­niej­szej go­dzi­nie! - I za­raz po­tem po­wtó­rzył bła­gal­nie: - Nie opusz­czaj nas.

Po tych sło­wach po­chy­lił głowę.

Młody Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk stał przez chwilę jak urze­czony, wpa­tru­jąc się w klę­czą­cych przed nim Po­la­ków. Od­zy­skał jed­nak wro­dzoną pew­ność sie­bie, ob­ró­cił się na pię­cie i wró­cił do chaty.

Klę­czący męż­czy­zna, gdy tylko spo­strzegł, że kró­le­wicz wró­cił do izby, wes­tchnął ciężko. Wstał z ko­lan, a inni pod­nie­śli się wraz z nim. Ka­zał im cze­kać, a sam wszedł do izby w ślad za mło­dym męż­czy­zną. W pół­mroku do­strzegł Ka­zi­mie­rza, który ni­czym nie­zra­żony za­brał się do skó­ro­wa­nia za­jąca.

- Wa­sza Kró­lew­ska Mość... - za­czął nie­śmiało przy­bysz.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość - po­pra­wił go Ka­zi­mierz, nie prze­ry­wa­jąc swego za­ję­cia.

Męż­czy­zna wes­tchnął z tru­dem i znów roz­po­czął:

- Wa­sza Ksią­żęca Mość...

- Znam cię - prze­rwał mu znów Ka­zi­mierz. - Wi­dzia­łem gdzieś twoją twarz.

- Je­stem Piotr z Opo­rowa...

- Ra­cja, Piotr z Opo­rowa. Pa­mię­tam, że mój oj­ciec cię lu­bił. Da­leką drogę prze­by­łeś, pa­nie Pio­trze. Aż na Li­twę. Cóż cię spro­wa­dza?

- Jesz­cze da­lej bym po­je­chał, gdy­bym mu­siał. Do­bro Oj­czy­zny i na­rodu mnie tu przy­wio­dło.

Ka­zi­mierz nic nie od­po­wie­dział, się­gnął tylko po inne na­rzę­dzie, aby le­piej się roz­pra­wić z za­ję­czą skórą.

- Przy­je­cha­łem wraz z po­sel­stwem, które te­raz ocze­kuje cię, pa­nie, na zamku w Wil­nie. Na czele te­goż po­sel­stwa sta­nął sam bi­skup Ole­śnicki.

Ka­zi­mierz wziął do ręki osełkę i za­czął gwał­tow­nie po­cie­rać o nią ko­niec noża.

- Oj­czy­zna na­sza jest po­grą­żona w ża­ło­bie po śmierci mło­dego króla, a two­jego brata - cią­gnął Piotr.

Ka­zi­mierz na mo­ment znie­ru­cho­miał i wstrzy­mał ostrze­nie, ale za­raz po­tem wró­cił do tej czyn­no­ści.

- Tron pol­ski zo­stał osie­ro­cony - mó­wił da­lej syn wo­je­wody łę­czyc­kiego. - Dla­tego po­sel­stwo z Pol­ski, w któ­rego skład i ja mam za­szczyt się za­li­czać, przy­było do Wilna, aby za­ofe­ro­wać pol­ską ko­ronę to­bie, mi­ło­ściwy pa­nie.

- Mój oj­ciec na­prawdę cię lu­bił - wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie Ka­zi­mierz. - I wiele do­brego o to­bie sły­sza­łem. Je­steś po­dobno uczci­wym czło­wie­kiem, Pio­trze. I wła­śnie przez wzgląd na twoją uczci­wość po­sta­no­wi­łem cię przy­jąć i wy­słu­chać tego, co masz do po­wie­dze­nia. Ale na tym ko­niec.

- Pa­nie...

- Jedź do Wilna i cze­kaj­cie tam na mnie. Wtedy po­roz­ma­wiamy.

- Czy to roz­ważne zo­sta­wać tu tylko z trzema pa­choł­kami? Może zo­sta­wię roz­kazy swoim lu­dziom...

- My­ślisz, że mam przy so­bie tylko trzech lu­dzi? - Ka­zi­mierz uśmiech­nął się za­gad­kowo. - Chodź, po­każę ci coś.

Piotr bez wa­ha­nia po­dą­żył za wiel­kim księ­ciem. Ka­zi­mierz wy­szedł przed chatę, przy­ło­żył do ust dwa palce i gwizd­nął prze­cią­gle. Po chwili ze wszyst­kich stron wy­ło­nili się uzbro­jeni męż­czyźni, a każdy z nich spra­wiał wra­że­nie, że gdyby mu tylko roz­ka­zano, roz­szar­pałby Pio­tra i jego to­wa­rzy­szy na strzępy.

- Wi­dzisz? To wo­je­woda Gasz­tołd tak o mnie dba. Od czasu, gdy chłopi na po­lo­wa­niu ura­to­wali mnie przed za­ma­chow­cami, zwięk­szył liczbę chro­nią­cych mnie lu­dzi. Nie martw się o mnie. Jedź - rzekł po chwili z lek­kim uśmie­chem.

- Po­wi­nie­neś opu­ścić Li­twę, pa­nie. Tu jest zbyt nie­bez­piecz­nie.

- Tak, za to w Ko­ro­nie nie mam wro­gów... - Ka­zi­mierz ro­ze­śmiał się iro­nicz­nie.

Piotr umilkł mocno spe­szony tymi sło­wami. Ale Ka­zi­mierz, wi­dząc jego zmie­sza­nie, zła­god­niał nieco.

- Dzię­kuję, że za­da­łeś so­bie tyle trudu. Droga tu jest długa i nie­bez­pieczna. I do­ce­niam, że chcia­łeś się ze mną roz­mó­wić. Ale ni­czego nie mogę przy­rzec, jedź więc, pro­szę, do Wilna.

Piotr po­ki­wał głową i wes­tchnął. Sły­szał o trud­nym cha­rak­te­rze mło­dego władcy. Ale co in­nego było sły­szeć, a co in­nego prze­ko­nać się na wła­snej skó­rze. Nie zo­stało mu jed­nak nic in­nego, jak po­że­gnać się i od­je­chać. Skło­nił się ni­sko i do­siadł ko­nia. Za­nim od­je­chał, jego oczy przez chwilę spo­częły na Ka­zi­mie­rzu i książę wy­czy­tał w nich tro­skę tak wielką, że zdu­miała go ona nie­po­mier­nie. Ka­zi­mierz spo­ty­kał się z róż­nymi oso­bami, z któ­rych więk­szość kie­ro­wała się ukry­tymi mo­ty­wami; rzadko miał do czy­nie­nia z tak pro­sto­li­nijną na­turą i taką wier­no­ścią, jaką wy­ka­zy­wał się Piotr. To go za­cie­ka­wiło. Czy są na świe­cie lu­dzie chcący bez­in­te­re­sow­nie słu­żyć oj­czyź­nie, go­towi prze­lać krew i od­dać za nią ży­cie?

Nie, to nie­moż­liwe. To zbyt piękne. Piotr Opo­row­ski też mu­siał mieć cel w tym, co czy­nił. Ka­zi­mierz wes­tchnął i wró­cił do chaty.

Roz­dział 1. Wielki książę

Je­chał po­woli konno przez zie­loną gę­stwinę. Ga­łę­zie drzew two­rzyły gę­stą ścianę i po­chy­lały się nad nim, a kiedy wstrzy­my­wał ru­maka, prze­pusz­czały pro­mie­nie sło­neczne, które oświe­tlały jego syl­wetkę.

Słońce chy­liło się już ku za­cho­dowi. Ka­zi­mierz w za­my­śle­niu ob­ser­wo­wał jego wie­czorny spa­cer po nie­bo­skło­nie.

Po chwili usły­szał ci­chy stu­kot ko­pyt tuż za sobą. Wo­je­woda Gasz­tołd wy­ło­nił się z za­ro­śli na swym wierz­chowcu tak nie­spo­dzie­wa­nie, jakby to ja­kiś duch pra­daw­nej kniei od­krył na po­wrót drogę do świata ży­wych.

- Wielki książę. - Pół­szept Gasz­tołda prze­rwał wie­czorną ci­szę.

Ka­zi­mierz po­ło­żył pa­lec na ustach, na­ka­zu­jąc to­wa­rzy­szowi mil­cze­nie. Sie­dzieli tak długo na kul­ba­kach wpa­trzeni w za­chód słońca. Pur­pura i czer­wień prze­gry­wały z fio­le­to­wymi i nie­bie­skimi sza­ro­ściami. Wresz­cie słońce skryło się za ho­ry­zon­tem.

- Ni­g­dzie nie jest tak pięk­nie jak tu­taj - roz­ma­rzył się Ka­zi­mierz.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, po­sel­stwo...

- Tak, wiem. Sam bi­skup Ole­śnicki się po­fa­ty­go­wał - przy­po­mniał so­bie książę. - Nie każmy mu więc cze­kać - do­dał z prze­ką­sem.

Wra­cali drogą roz­świe­tloną po­chod­niami. Gasz­tołd przy­glą­dał się syl­wetce mło­dzieńca. Gdy ten przy­je­chał tu kilka lat temu jako trzy­na­sto­la­tek, wy­dał mu się nie­opie­rzo­nym pi­sklę­ciem, które roz­dzio­bią za­pra­wione w wal­kach ptaki. Te­raz miał przed sobą zde­ter­mi­no­wa­nego mło­dego czło­wieka. A prze­cież to on był jego prawą ręką. Bez niego, Gasz­tołda, Ka­zi­mierz ni­gdy nie wło­żyłby koł­paka wiel­kok­sią­żę­cego. To on to­czył za księ­cia naj­cięż­sze boje. Lecz te­raz in­stynk­tow­nie czuł, że oto Ka­zi­mierz wy­myka mu się z rąk.

- Przed nami za­mek. - Gasz­tołd wstrzy­mał ko­nia.

Za­mek w Wil­nie już z da­leka wy­wie­rał wra­że­nie na każ­dym, kto się do niego zbli­żał. Po wiel­kim po­ża­rze, który stra­wił nie­mal całą starą drew­nianą bu­dowlę, wielki książę Wi­told ka­zał wznieść nową re­zy­den­cję. Spro­wa­dził w tym celu naj­lep­szych bu­dow­ni­czych i nie szczę­dził środ­ków. Za­mek miał być pre­zen­tem dla jego mło­dej żony Ju­lianny, dla któ­rej zu­peł­nie stra­cił głowę, na­ra­ża­jąc się na kpiny i do­cinki swo­ich moż­nych.

Efekt prze­szedł naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Wilno otrzy­mało sie­dzibę, któ­rej nie po­wsty­dziłby się ża­den władca. Z daw­nej bu­dowli po­zo­stały je­dy­nie pod­ziemne lo­chy, w któ­rych nie­gdyś Bi­ruta, matka Wi­tolda, ka­płanka pra­daw­nej bo­gini, wró­żyła z krwi zwie­rząt i od­pra­wiała po­gań­skie ry­tu­ały. Przy­naj­mniej po dziś dzień w to wie­rzono.

Za­mek był nie­mym świad­kiem wielu zda­rzeń. I nie­je­den czło­wiek po­zo­sta­wił tu swój trwały ślad.

Ka­zi­mierz czę­sto przy­po­mi­nał so­bie dzień, gdy uj­rzał tę bu­dowlę po raz pierw­szy. Przed oczyma sta­wały mu ob­razy z lat dzie­cię­cych, gdy w Kra­ko­wie ura­dzono, że zo­sta­nie wy­słany w cha­rak­te­rze na­miest­nika na Li­twę. Jego brat Wła­dy­sław miał wąt­pli­wo­ści, ale zaj­mo­wały go wtedy sprawy Wę­gier, a w szcze­gól­no­ści kru­cjata prze­ciw bi­sur­ma­nom. Matka, kró­lowa Zo­fia, z ża­lem roz­sta­wała się z młod­szym sy­nem, w du­chu jed­nak wie­rzyła, że czyni do­brze. Ka­zi­mierz wra­cał prze­cież do kraju swo­ich przod­ków.

Li­twa pach­niała in­no­ścią. To nie był ten świat, który po­znał w Ko­ro­nie. Prze­pastne pusz­cze i drzewa szu­miące tę­skne me­lo­die spra­wiły, że serce Ka­zi­mie­rza za­częło bić w ryt­mie zgod­nym z tu­tej­szą na­turą. Wi­tały go po­ła­cie ziemi tak dzi­kiej, że aż za­pie­rało mu dech w pier­siach. Drogi, nie­liczne i nie tak gę­ste jak w Ko­ro­nie, gdzie­nie­gdzie po­prze­ci­nane były rów­ni­nami. Wsie i mia­steczka roz­rzu­cone tu i ów­dzie, a pola tak uro­dzajne, że na­wet wy­bredni pol­scy pa­no­wie zwra­cali na nie uwagę. Ka­zi­mierz cią­gnął na Li­twę oto­czony dwoma ty­sią­cami ko­pij­ni­ków, słu­żą­cymi, na­jem­ni­kami, ta­bo­rami i wo­zami wy­peł­nio­nymi aż po brzegi. A nade wszystko oto­czony był ma­ło­pol­skimi moż­nymi, z kasz­te­la­nem i sta­ro­stą kra­kow­skim Ja­nem z Czy­żewa na czele.

Po­lacy bali się Li­twy. Kraj ten, dziki i nie­okieł­znany, ko­ja­rzył im się z za­ma­chow­cami, skry­to­bój­cami i zbun­to­wa­nymi bo­ja­rami. Nic dziw­nego, Ka­zi­mierz miał ob­jąć na­miest­nic­two w miej­sce za­mor­do­wa­nego Zyg­munta Kiej­stu­to­wi­cza, brata Wi­tol­do­wego. Kniaź Mi­chał, syn Zyg­munta, do­ma­gał się spra­wie­dli­wo­ści i uka­ra­nia spraw­ców. "Krew za krew", jego na­wo­ły­wa­nia od­bi­jały się echem po ca­łej Li­twie.

Był on też pierw­szą osobą, która po­wi­tała Ka­zi­mie­rza. Wy­je­chał mu na spo­tka­nie wraz z or­sza­kiem z Grodna. Grzecz­nie i naj­uprzej­miej, jak umiał, po­pro­sił Ka­zi­mie­rza o po­moc w uję­ciu mor­der­ców ojca i od­zy­ska­niu księ­stwa. "To moja oj­co­wi­zna", wy­szep­tał po­bla­dłymi ustami. Ka­zi­mierz po­pa­trzył na niego prze­ni­kli­wie i wnet zro­zu­miał. W oczach Mi­chała za­lśniły pło­mie­nie i od­tąd jego spoj­rze­nie miało już na za­wsze pło­nąć ży­wym ogniem ze­msty.

Ka­zi­mierz w lot po­jął, że czeka go trudna prze­prawa z mło­dym knia­ziem.

Inni pa­no­wie li­tew­scy byli bar­dziej przy­chyl­nie na­sta­wieni. Na tro­nie wiel­kok­sią­żę­cym chcieli wi­dzieć wła­śnie jego.

Ob­wo­łano go wiel­kim księ­ciem w nocy, w naj­więk­szej ta­jem­nicy przed pa­nami pol­skimi. Li­twini za­śmie­wali się do roz­puku.

- Pa­no­wie pol­scy pier­dzieli pod pie­rzy­nami w naj­lep­sze, a my wy­bra­li­śmy no­wego wiel­kiego księ­cia - po­wie­dział z chi­cho­tem je­den z za­usz­ni­ków Gasz­tołda.

Gdy Po­lacy wresz­cie wy­ło­nili się ze swo­ich kom­nat, było już za późno, aby cof­nąć de­cy­zję.

- Król Pol­ski Wła­dy­sław i bi­skup Ole­śnicki nie zgo­dzą się na ta­kie po­sta­wie­nie sprawy - grzmiał kra­kow­ski kasz­te­lan.

- Ich tu nie ma - za­uwa­żył su­cho Gasz­tołd, wo­je­woda wi­leń­ski. - A Ka­zi­mierz jest. I wła­śnie zo­stał wy­nie­siony do god­no­ści wiel­kok­sią­żę­cej.

Młody wielki książę zwró­cił uwagę na Gasz­tołda. Rzutki i ener­giczny wo­je­woda miał po­ję­cie o wszyst­kich spra­wach, które dla Ka­zi­mie­rza były za­snute mgłą ta­jem­nicy. Znał Li­twi­nów jak nikt inny, wie­dział o po­dzia­łach wśród tu­tej­szych moż­nych, o bo­ja­rach, o za­do­wo­lo­nych i o tych nie­chęt­nych no­wemu władcy.

Czło­wie­kiem naj­bar­dziej nie­chęt­nym był rzecz ja­sna kniaź Mi­chał. Tuż po wy­bo­rze Ka­zi­mie­rza pod osłoną nocy wy­mknął się z Wilna.

Pa­no­wie pol­scy po­na­rze­kali, po­gro­zili, ale mu­sieli ustą­pić. Ka­zi­mierz zo­stał władcą Li­twy. Ob­ra­żony Jan z Czy­żewa po­sta­no­wił za­koń­czyć swoją mi­sję i wró­cił z czę­ścią or­szaku oraz po­zo­sta­łymi pa­nami pol­skimi do Kra­kowa. Chcieli Li­twini wiel­kiego księ­cia, niech go so­bie mają. Zo­ba­czymy, kiedy na ko­la­nach po­pro­szą o po­moc, bo będą im za­gra­żać Krzy­żacy lub mo­skiew­skie wilki, my­śleli Po­lacy.

Te ob­razy z prze­szło­ści czę­sto wra­cały do Ka­zi­mie­rza. Te­raz na­wet czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek do­tąd.

Za­ci­snął ręce na kul­bace, a ten gest nie umknął uwa­dze Gasz­tołda.

Przy­szedł czas, aby roz­mó­wić się z po­sel­stwem.

Trę­ba­cze dali sy­gnał. Na dzie­dzińcu wi­leń­skiego zamku za­dud­niły ko­pyta.

Ka­zi­mierz na swym bia­łym ko­niu wtar­gnął ni­czym wi­cher. Po jego bo­kach mknęli dwaj naj­bliżsi dru­ho­wie, to­wa­rzy­sze mło­do­ści, Ści­bor Chełm­ski i Suchta Wo­ło­żyń­ski. Jego cie­nie.

Ści­bor, syn och­mi­strza Pawła Chełm­skiego, pro­mienny, ja­sno­włosy mło­dzie­niec o nieco pulch­nej twa­rzy, którą co chwilę roz­ja­śniał po­godny uśmiech. Skory do żar­tów, im­po­no­wał Ka­zi­mie­rzowi nie­za­chwianą po­godą du­cha. I Suchta, jego zu­pełne prze­ci­wień­stwo. Ciem­no­włosy, śniady na twa­rzy, skryty młody męż­czy­zna, przed­sta­wi­ciel jed­nego z knia­ziow­skich, ale mocno zrusz­czo­nych ro­dów. Jego ob­li­cze, nie­prze­nik­nione i odro­binę me­lan­cho­lijne, skry­wało ta­jem­nicę.

To byli to­wa­rzy­sze, z któ­rymi Ka­zi­mierz prze­pa­dał w li­tew­skich bo­rach, z nimi go­dzi­nami jeź­dził konno po dzi­kich wer­te­pach, po­lo­wał, ką­pał się w oświe­tlo­nych słoń­cem lub bla­skiem księ­życa nur­tach dzie­wi­czych rzek. I żył, przede wszyst­kim żył. Przy nich ni­kogo nie mu­siał uda­wać ani dzie­dzica kró­lew­skiego rodu, ani wiel­kiego księ­cia. Przy nich był sobą.

He­rold do­no­śnym gło­sem za­po­wie­dział na­dej­ście wiel­kiego księ­cia. Wśród zgro­ma­dzo­nych w głów­nej sali au­dien­cyj­nej wi­leń­skiego zamku za­pa­no­wało po­ru­sze­nie. Pa­no­wie li­tew­scy z dumą zer­kali po so­bie, po­sel­stwo pol­skie z pewną nie­chę­cią i znie­cier­pli­wie­niem wy­glą­dało po­ja­wie­nia się li­tew­skiego władcy. Li­twini mru­gali po­ro­zu­mie­waw­czo i po­ka­zy­wali so­bie Po­la­ków. Ge­sty te pol­ska strona rzecz ja­sna do­strze­gła, ale uda­wała, że są jej obo­jętne.

Wielki książę sta­nął na progu. Za­trzy­mał się na mo­ment i zmru­żył oczy.

Po chwili ru­szył na czele swo­jej straży. Lekko wspiął się na pod­wyż­sze­nie i za­siadł na tro­nie wiel­kok­sią­żę­cym. Z nie­zwy­kłą non­sza­lan­cją dał ręką znak, aby po­sło­wie roz­po­częli. Zbi­gniew Ole­śnicki, sto­jący na czele po­sel­stwa, chrząk­nął.

- Dzię­ku­jemy Wa­szej Ksią­żę­cej Mo­ści za przy­ję­cie. I za wy­słu­cha­nie sprawy, z którą tu przy­by­li­śmy. - Umilkł na chwilę, a po­tem kon­ty­nu­ował:

- Przy­by­li­śmy do Wilna wie­dzeni na­dzieją, że Wa­sza Ksią­żęca Mość ze­chce się przy­chy­lić do prośby na­rodu pol­skiego i przyj­mie osie­ro­coną Ko­ronę Kró­le­stwa Pol­skiego. W Bogu Naj­wyż­szym po­kła­dam uf­ność, że sta­niesz się, wielki książę, pro­tek­to­rem i obrońcą nie­szczę­snej Rze­czy­po­spo­li­tej, która po­trze­buje cię te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek...

Na sali za­pa­no­wała ci­sza. Nieco spe­szony Ole­śnicki cze­kał z nie­cier­pli­wo­ścią na re­ak­cję księ­cia.

Za­raz po­tem wzbu­rzył się, chrząk­nął zna­cząco i za­py­tał:

- Jaką de­cy­zję mam prze­ka­zać na­ro­dowi pol­skiemu, wielki książę?

Ka­zi­mierz się za­wa­hał.

- Je­stem za­szczy­cony, mo­ści bi­sku­pie, pro­po­zy­cją ob­ję­cia tronu pol­skiego. I rów­nie za­szczy­cony je­stem, mo­gąc go­ścić tak zna­mie­ni­tych mę­żów stanu. - Po­wiódł wzro­kiem po twa­rzach Po­la­ków.

Znie­cier­pli­wie­nie Ole­śnic­kiego ro­sło.

- A za­tem, pa­nie, ja­kiej od­po­wie­dzi nam udzie­lisz?

- Je­dy­nej moż­li­wej, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Za­nim jed­nak ją ogło­szę, mu­simy za­cze­kać.

- Za­cze­kać? - zdu­miał się nie­po­mier­nie Ole­śnicki. - Jak to za­cze­kać? Na kogo? Lub też na co? Je­żeli mogę za­py­tać.

Ka­zi­mierz ra­czył ła­ska­wie wy­tłu­ma­czyć:

- Wy­sła­łem lu­dzi, aby po­twier­dzili śmierć mo­jego brata Wła­dy­sława.

Szmer prze­szedł po sali. Ole­śnicki aż na­brał po­wie­trza.

- Wielki książę, racz za­uwa­żyć, że śmierć ta zo­stała już po­twier­dzona. Po­sel­stwo we­nec­kie, które...

Ka­zi­mierz prze­rwał gwał­tow­nie:

- Żad­nych do­wo­dów śmierci mego brata mi nie przed­sta­wiono. Nie będę więc dzia­łał po­chop­nie.

Ole­śnicki za­ci­snął pię­ści. Za­raz je jed­nak roz­luź­nił, jakby za­uwa­żył, że ten gest mógł przy­kuć uwagę osób ze­bra­nych.

- Nie będę dzia­łać po­chop­nie... - po­wtó­rzył z upo­rem Ka­zi­mierz.

- Po­chop­nie? Gdy Rzecz­po­spo­lita przez tak długi czas po­zba­wiona jest opieki władcy?!

- O ile mnie pa­mięć nie myli, przez ostat­nie lata mój brat prze­by­wał na Wę­grzech, po­zo­sta­wia­jąc Rzecz­po­spo­litą pod wa­szą pie­czą, mo­ści bi­sku­pie. O braku opieki nad kra­jem mowy być za­tem nie może, prawda?

Kilka po­je­dyn­czych śmie­chów prze­rwało ci­szę na sali. Am­bi­cje bi­skupa znane były w ca­łym świe­cie.

Ole­śnicki z tru­dem ukrył za­że­no­wa­nie.

- I to jest osta­teczna od­po­wiedź, wielki książę?

- Osta­teczna - po­twier­dził Ka­zi­mierz.

Źre­nice Ole­śnic­kiego się roz­sze­rzyły i wpa­try­wał się upar­cie w mło­dego władcę.

- Chciał­bym roz­mó­wić się z Wa­szą Ksią­żęcą Mo­ścią na osob­no­ści.

Ka­zi­mierz znów się za­wa­hał.

- Do­brze - zgo­dził się po chwili, a po­tem zwró­cił się szybko do jed­nego ze swych sług: - Za­pro­wadź na­szego dro­giego go­ścia do sali my­śliw­skiej.

Sługa, cały w ukło­nach, wska­zał przej­ście.

- A pa­nom dzię­kuję za przy­by­cie i ży­czę spo­koj­nej drogi po­wrot­nej. - Wielki książę po­wstał i wy­szedł w oto­cze­niu swo­ich dwo­rzan, od­pro­wa­dzany zdu­mio­nymi spoj­rze­niami pa­nów pol­skich.

Ole­śnicki rzą­dził Rze­czą­po­spo­litą.

I nie było w tym zda­niu choćby cie­nia prze­sady. Za­czął rzą­dzić jesz­cze za ży­cia Ja­giełły. Stary król po­woli opa­dał z sił, ale przede wszyst­kim stę­piały jego umie­jęt­no­ści przy­wód­cze. Po­zwa­lał się ła­jać Ole­śnic­kiemu pu­blicz­nie i do­pro­wa­dzać się do pła­czu. Nie zo­stał ani ślad po zde­cy­do­wa­niu i ener­gii, któ­rymi Ja­giełło kie­dyś się wy­róż­niał. Bi­skup Ole­śnicki miał zaś we­rwy za trzech. Po­sta­no­wił wy­ro­bić so­bie po­zy­cję, ja­kiej nie miał nikt inny przed­tem. Ob­jął ku­ra­telę nad ma­ło­let­nimi sy­nami Ja­giełły i za­mie­rzał so­bie wy­cho­wać przy­szłego króla. Od po­czątku dbał o wy­kształ­ce­nie mło­dego Wła­dy­sława. Chło­piec był in­te­li­gentny, opa­no­wany i da­wał sobą kie­ro­wać. Przy odro­bi­nie szczę­ścia mógł zo­stać po­tul­nym władcą, chęt­nym do re­ali­zo­wa­nia po­sta­no­wień swo­jego men­tora. Lecz wtedy zi­ścił się naj­strasz­liw­szy kosz­mar. Warna! Na­gła śmierć Wła­dy­sława prze­kre­śliła wszyst­kie plany bi­skupa; spra­wiła, że Ole­śnicki mu­siał roz­po­cząć swoje dzieło na nowo.

On po klę­sce pod Warną stra­cił naj­wię­cej. Tron opu­sto­szał, trzeba go było ob­sa­dzić na nowo. Ole­śnicki bo­lał nad stratą mło­dego króla, ale jesz­cze bar­dziej nad wła­snym lo­sem.

Z miej­sca roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia no­wego władcy. Słał li­sty, ra­dził się swo­ich lu­dzi i za każ­dym ra­zem wra­cał do punktu wyj­ścia.

Kan­dy­da­tów było co naj­mniej trzech.

Fry­de­ryka Ho­hen­zol­lerna trak­to­wał jak zło ko­nieczne. Był to książę, któ­rego można ob­sa­dzić w osta­tecz­no­ści.

Bo­le­sław Ma­zo­wiecki zda­wał się roz­sąd­nym wy­bo­rem. Piast! Ide­al­nie pa­so­wałby do roli po­tul­nego władcy.

Trze­cim kan­dy­da­tem był Ka­zi­mierz. Hardy, nie­ugięty Ka­zi­mierz! Ole­śnicki przy­po­mniał so­bie, jak krnąbr­nym uczniem był młody kró­le­wicz. Se­ple­nił i nie po­tra­fił pięk­nie ka­li­gra­fo­wać. Na­uka w ogóle go nie in­te­re­so­wała, dbał je­dy­nie o łowy, na które się wy­my­kał, kiedy tylko nada­rzyła się oka­zja. I o zwie­rzęta, w szcze­gól­no­ści ptaki. Te cał­ko­wi­cie po­chła­niały jego uwagę. Ole­śnicki z po­li­to­wa­niem ki­wał głową nad chłop­cem, pewny, że nic z niego nie bę­dzie.

I na­gle uzmy­sło­wił so­bie, że ten oto zbun­to­wany kró­le­wicz miałby zo­stać kró­lem Pol­ski, władcą naj­ja­śniej­szej Rze­czy­po­spo­li­tej! A on miałby wło­żyć na jego skro­nie ko­ronę Pia­stów! Ta myśl prze­ra­ziła go do szpiku ko­ści. Ka­zi­mie­rzem nie da się rzą­dzić! On, Ole­śnicki, znaj­dzie się na stra­co­nej po­zy­cji. Prze­gra wszystko, co z tak wiel­kim tru­dem osią­gnął!

Ta myśl, myśl o po­rażce, o upadku wiel­kiego dzieła jego ży­cia, na­wie­dzała go co rusz i w dzień, i w nocy. Za dnia za­snu­wała sło­neczne niebo cięż­kimi ko­ta­rami chmur, nocą nie po­zwa­lała za­snąć, ni­czym zmora, która przy­siadł­szy nie­szczę­śni­kowi na pier­siach, dusi go bez­li­to­śnie.

Wie­dział, że musi się roz­mó­wić z Ka­zi­mie­rzem. Że od tej roz­mowy za­leży jego przy­szłość, przy­szłość ca­łej Rze­czy­po­spo­li­tej i ca­łego świata, który znał.

Sta­nęli na­prze­ciw sie­bie jak dwaj prze­ciw­nicy, któ­rzy czują, że walki nie spo­sób już od­kła­dać na póź­niej. Pro­mie­nie wkra­da­jące się po­przez wi­traże w oknach two­rzyły oso­bliwą grę re­flek­sów. Ka­zi­mierz sta­nął w ską­pa­nej świa­tłem ja­śniej­szej czę­ści sali, Ole­śnicki zna­lazł się w tej spo­wi­tej cie­niem.

- Drogi bi­sku­pie, ze­chciej spo­cząć. - Ka­zi­mierz wy­si­lił się na ła­ska­wość, czy­niąc przy­tyk do wieku wie­leb­nego.

- Dzię­kuję, Wa­sza Ksią­żęca Mość, po­stoję - od­pa­ro­wał prędko Ole­śnicki.

Ka­zi­mierz pa­mię­tał, że bi­skup nie­gdyś do­pro­wa­dził jego ojca do łez. Te­raz on, wielki książę, za­siadł na pod­wyż­sze­niu, pa­trząc na swego roz­mówcę z góry.

- Ko­rona pol­ska to wielki ho­nor dla każ­dego władcy. - Ole­śnicki ostroż­nie do­bie­rał słowa.

- Nie prze­czę, mo­ści bi­sku­pie.

- Od­mowa jej przy­ję­cia by­łaby ob­razą ma­je­statu naj­ja­śniej­szej.

- Nie twier­dzę, że jej nie przyjmę. Czas ku temu nie­od­po­wiedni... Roz­są­dek i do­bro ro­dziny pod­po­wia­dają, że cze­kać po­wi­nie­nem na po­twier­dze­nie śmierci brata...

Ole­śnicki wpa­try­wał się w niego uważ­nie.

- Wa­sza Wy­so­kość, zro­zum­cie, pro­szę, nie ma osoby, która bo­la­łaby bar­dziej nad utratą mło­dego króla niż ja... Ja, który wy­cho­wy­wa­łem go ni­czym oj­ciec...

Ka­zi­mierz się wzdry­gnął. Tak, bi­skup fa­wo­ry­zo­wał jego brata Wła­dy­sława od naj­młod­szych lat. A o niego nie dbał ani tro­chę.

Ole­śnicki jakby zro­zu­miał sens swo­ich słów.

- To bo­le­sna, ale nie­od­wra­calna strata. Gdy­byś przy­jął pol­ską ko­ronę, pa­nie, na­miest­nic­two Li­twy przy­pa­dłoby w udziale księ­ciu Mi­cha­łowi...

Do tego zmie­rzał! Ka­zi­mierz ścią­gnął brwi. Już za­czął dzie­lić i rzą­dzić...

- Tron pol­ski nie może po­zo­stać pu­sty... - rzekł Ole­śnicki na ko­niec.

Ka­zi­mierz mil­czał do­brą chwilę, wresz­cie po­chy­lił się i wy­szep­tał prze­ni­kli­wym gło­sem:

- I pu­sty nie po­zo­sta­nie... Ale je­śli ktoś ze­chce na nim za­siąść bez mo­jej wie­dzy i zgody, bę­dzie się mu­siał li­czyć z po­waż­nymi kon­se­kwen­cjami... - wy­szep­tał prze­ni­kli­wie.

Ole­śnicki po­jął w lot. To nie był stary, ste­rany la­tami Ja­giełło, to był młody, hardy władca. Po­my­lił się co do jego osoby, To wie­dział już na pewno.

- Ro­zu­miem, Wa­sza Ksią­żęca Mość... Racz cho­ciaż za­sta­no­wić się nad oso­bami w twoim oto­cze­niu, czy ich obec­ność jest nie­zbędna...

"Bę­dzie mnie te­raz po­uczał", my­ślał go­rącz­kowo Ka­zi­mierz. "Gasz­tołd mu nie w smak..."

- Twoja przy­jaźń z knia­ziem Wo­ło­żyń­skim, osobą nie­wia­do­mego po­cho­dze­nia...

"A... o niego cho­dzi... Te­raz przy­ja­ciół chce mi do­bie­rać... i w ten spo­sób zy­skać nade mną kon­trolę..." my­śli mło­dego czło­wieka krą­żyły nie­spo­koj­nie.

- Dal­sza roz­mowa jest zbędna, mo­ści bi­sku­pie. - Wielki książę wstał - Po­zna­łeś moje zda­nie w tej spra­wie...

- Aż za do­brze - mruk­nął Ole­śnicki, a za­raz po­tem gło­śno po­że­gnał księ­cia i skło­nił się sztywno.

Ole­śnicki nie był je­dy­nym czło­wie­kiem, który przy­glą­dał się po­czy­na­niom wiel­kiego księ­cia. Z naj­czar­niej­szych mro­ków hi­sto­rii wy­ła­niała się pewna, jakże róż­niąca się od bi­skupa osoba. Czło­wiek, któ­rego in­trygi ob­ro­sły już le­gendą - stryj Bo­le­sław, ro­dzony brat Ja­giełły, znany też przed swoim chrztem jako Świ­dry­giełło.

Jego po­ja­wie­nie się za­wsze wró­żyło kło­poty. Jedni ma­gnaci li­tew­scy go nie­na­wi­dzili, inni wcho­dzili z nim w so­ju­sze, ale nie­prze­wi­dy­walny cha­rak­ter księ­cia spra­wiał, że na ta­kim przy­mie­rzu wię­cej można było stra­cić, niż zy­skać.

Nie­spo­kojny duch, czarna owca ro­dziny, po­ja­wiał się znie­nacka, a jego za­miary za­wsze były spo­wite aurą ta­jem­nicy. Ka­zi­mierz zdą­żył go już nieco po­znać. Wie­dział, że Bo­le­sław, kiedy aku­rat mu się to po­do­bało, po­tra­fił wspie­rać ojca, a in­nym ra­zem, gdy było mu z Ja­giełłą nie po dro­dze, bez żalu wię­ził brata.

Tym ra­zem sprawy po­to­czyły się po­dob­nie. Świ­dry­giełło bacz­nie ob­ser­wo­wał bra­tanka. Na pewno przy na­ocz­nych spo­tka­niach ba­dał rysy jego twa­rzy. Tyle się prze­cież na­słu­chał o nie­wier­no­ści kró­lo­wej. Ale te oglę­dziny naj­wy­raź­niej go za­do­wa­lały. Wszystko wska­zy­wało na to, że chło­pak mu się po­do­bał. Nie­ugięty, uparty, hardy, a do tego za­pa­lony my­śliwy i wiel­bi­ciel pta­ków. Świ­dry­giełło przy­wiózł mu ptac­two dwóch ga­tun­ków, ży­ją­cych tylko na da­le­kiej pół­nocy. I cho­ciaż na­dworny znawca pta­ków twier­dził, że przy­wie­zione okazy na pewno nie wy­wo­dzą się z krain pół­noc­nych, Ka­zi­mierz był za­chwy­cony pre­zen­tem i ocho­czo go przy­jął.

Nie tylko ta­kie po­darki stryj ofia­ro­wał. Dwu­krot­nie ostrzegł go też przed za­ma­chami pla­no­wa­nymi przez lu­dzi knia­zia Mi­chała. Ostrze­że­nia te ura­to­wały mło­demu władcy ży­cie.

Świ­dry­giełło nie zno­sił Mi­chała, bo ten był sy­nem Zyg­munta Kiej­stu­to­wi­cza, jego ku­zyna. A Zyg­munt bra­tem znie­na­wi­dzo­nego Wi­tolda. Świ­dry­giełło ni­czego na świe­cie nie pra­gnął bar­dziej niż śmierci wszyst­kich po­tom­ków Kiej­stuta. Po­dobno opła­cił na­wet starą wiedźmę, która ca­łymi wie­czo­rami od­pra­wiała ta­jemne ry­tu­ały w tejże in­ten­cji. Miał ode­tchnąć z ulgą, gdy ostatni Kiej­stu­to­wicz opu­ści w końcu ten świat. I czy­nił wszystko, aby to osią­gnąć.

Po­pie­ra­nie bra­tanka przy­cho­dziło mu więc z ła­two­ścią. Tego wie­czoru wy­ło­nił się z jed­nego z ta­jem­nych przejść na zamku w Wil­nie. Służba prędko po­spie­szyła po­in­for­mo­wać Ka­zi­mie­rza, kto pra­gnie się z nim wi­dzieć.

Ka­zi­mierz za­wsze wi­tał stryja z pewną dozą cie­ka­wo­ści, ale też z nie­po­ko­jem.

Świ­dry­giełło zlu­stro­wał syl­wetkę mło­dego kró­le­wi­cza.

- Zmęż­nia­łeś, chłop­cze.

W oczach stryja Ka­zi­mierz do­strzegł uzna­nie.

- To do­brze. Bo tam, do­kąd cię za­bie­ram, mę­stwo jest naj­waż­niej­sze.

- A do­kąd się wy­bie­ramy? - Wielki książę był wy­raź­nie za­sko­czony.

- Nad Świętą Rzekę.

- Te­raz? O tej po­rze? Nie zdą­żymy przed nocą...

- Noc sprzyja od­waż­nym.

Ka­zi­mierz się za­wa­hał. Nie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wał. Stryj sta­no­wił za­gadkę, ale po­sia­dał dużą wie­dzę. A Ka­zi­mie­rzowi wciąż bra­ko­wało do­świad­cze­nia. Nie chciał być tylko jar­marczną za­bawką w spo­rach ma­gna­tów li­tew­skich.

- Jedźmy więc - zgo­dził się ocho­czo.

Na twa­rzy sta­rego lisa Świ­dry­giełły za­kwitł uśmiech.

- Ru­szajmy - pod­chwy­cił ener­gicz­nie. - Nie dajmy na sie­bie cze­kać.

Ka­zi­mie­rza tra­wiła cie­ka­wość. Kto też mógł ich wy­cze­ki­wać? Ale stryj uśmie­chał się ta­jem­ni­czo i ani my­ślał zdra­dzić celu po­dróży. Ka­zi­mierz wes­tchnął więc roz­cza­ro­wany. Po­znał Bo­le­sława na tyle, aby wie­dzieć, że dal­sze wy­py­ty­wa­nie nie ma sensu. Je­chali, mil­cząc, w oto­cze­niu kil­ku­na­stu zbroj­nych za­bra­nych z zamku. Zmierz­chało już, lecz Bo­le­sław świet­nie znał drogę i ja­dący za nim byli prze­ko­nani, że na­wet z za­wią­za­nymi oczami po­pro­wa­dziłby ich, gdzie trzeba. W pew­nym mo­men­cie dał znak ręką i zwol­nił. Inni do­sto­so­wali tempo. Droga wio­dła przez mięk­kie za­ro­śla. Mu­sieli być bli­sko rzeki, skąd do­cho­dziły zna­jome od­głosy cy­kad. Ka­zi­mie­rzowi zda­wało się, że wi­dzi mię­dzy drze­wami po­ły­sku­jące na wo­dzie świa­tło.

- Z koni! - na­ka­zał mięk­kim szep­tem Świ­dry­giełło.

Wszy­scy zsie­dli i ru­szyli za swoim prze­wod­ni­kiem. Nie­ba­wem ich oczom uka­zała się Święta Rzeka. Była dumą wszyst­kich Li­twi­nów. Za dnia wy­glą­dała pięk­nie i ma­je­sta­tycz­nie, nocą ubie­rała się w ta­jem­ni­cze i zja­wi­skowe barwy.

Ka­zi­mierz sta­nął jak wryty, bo urzekł go ten nie­zwy­kły ob­raz, który się przed nim roz­po­ście­rał. Nie­mal na sa­mym środku rzeki znaj­do­wała się łódź oświe­tlona bla­skiem po­chodni. Przy brzegu ko­twi­czyła mniej­sza łódź, przy któ­rej cze­kali pa­choł­ko­wie z po­chod­niami.

- Pły­niemy - roz­ka­zał Bo­le­sław i zwin­nie wsko­czył na po­kład. Prze­jął z rąk pa­chołka po­chod­nię i ski­nął po­na­gla­jąco na Ka­zi­mie­rza.

Ten za­wa­hał się przez chwilę, ale ru­szył śla­dem stryja.

In­try­go­wała go ta łódź, która ma­ja­czyła w od­dali w sa­mym sercu rzeki. Ogar­nęły go jed­nak dziwne wąt­pli­wo­ści. Wy­tę­żył wzrok i wresz­cie do­strzegł w po­bliżu zna­jome pro­porce. Na bia­łym tle, słabo wi­docz­nym przy mi­go­czą­cym świe­tle po­chodni, wid­niał czarny krzyż. Ka­zi­mierz po­czuł, że krew gwał­tow­nie pul­suje mu w ży­łach.

- Nie mó­wi­łeś, że pły­niemy do Krzy­ża­ków - po­wie­dział zimno do stryja.

- Nie py­ta­łeś - od­parł prze­kor­nie Świ­dry­giełło.

- Mo­żemy jesz­cze za­wró­cić.

- Mo­żemy. Ale je­śli raz za­wró­cisz z ob­ra­nej drogi, za­wsze już bę­dziesz za­wra­cać.

- Im nie można ufać - rzekł z upo­rem Ka­zi­mierz.

- A komu można? - Świ­dry­giełło wzru­szył ra­mio­nami, a po chwili cią­gnął z głę­bo­kim prze­ko­na­niem:

- Wciąż my­ślisz jak Po­lak, a mu­sisz my­śleć jak Li­twin. In­te­resy Li­twy nie za­wsze wiodą nas tymi sa­mymi dro­gami co in­te­resy Ko­rony. Pa­mię­taj o tym. Twój oj­ciec za­wsze miał z tym pro­blem. Je­żeli zo­sta­niesz kró­lem Pol­ski, bę­dziesz dźwi­gał ten sam cię­żar co on. Bę­dziesz miał dwie oj­czy­zny. I twoje serce za każ­dym ra­zem bę­dzie mu­siało wy­bie­rać. Ale do­póki je­steś tylko wiel­kim księ­ciem, po­wi­nie­neś się za­cho­wy­wać, jak na władcę Li­twy przy­stało. I ko­niecz­nie na­ucz się roz­ma­wiać z Krzy­ża­kami. Ni­gdy nie bę­dziesz wie­dzieć, co robi lis, je­śli nie zaj­rzysz do jego nory.

Bo­le­sław za­milkł rap­tow­nie, bo zbli­żali się do krzy­żac­kiej ło­dzi. Gdy już do­tarli do celu, Ka­zi­mierz zer­k­nął na twa­rze człon­ków za­łogi. Prze­wa­żali w niej pru­scy pa­choł­ko­wie o sil­nych, mu­sku­lar­nych bar­kach i twa­rzach nie­wy­ra­ża­ją­cych ni­czego. Na­wy­kli do słu­cha­nia roz­ka­zów, czę­sto sta­no­wią­cych o ży­ciu i śmierci in­nych lu­dzi. Młody kró­le­wicz z za­in­te­re­so­wa­niem śle­dził ich ru­chy, zwinne i sprę­ży­ste, gdy po­ma­gali im wspiąć się na po­kład.

Ale naj­więk­szą cie­ka­wość wzbu­dzili w nim sami ry­ce­rze za­konni. Ich zbroje po­ły­sku­jące w bla­sku mi­go­tli­wego świa­tła, dłu­gie płasz­cze i wy­ra­biane rę­ko­je­ści mie­czy.

Sam wielki mistrz Kon­rad sie­dział na ła­wie wy­ście­ła­nej suk­nem. Twarz miał ra­czej prze­ciętną, o głę­boko osa­dzo­nych czar­nych oczach, które wbił te­raz mocno w Ka­zi­mie­rza, jakby chciał go nimi prze­wier­cić na wskroś. Jego kru­czo­czarna broda - nie­opró­szona ani krztą si­wi­zny, choć na jego skro­niach błysz­czały już pierw­sze srebrne pa­sma - przy­wo­dziła na myśl dra­pież­nika. Syl­wetka, tro­chę po­chy­lona, wciąż świad­czyła o spraw­no­ści. Po jego pra­wej i le­wej stro­nie stało dwóch męż­czyzn. Ten po pra­wicy ry­sami twa­rzy przy­po­mi­nał wiel­kiego mi­strza. Był jed­nak młod­szy, a jego po­stawa wska­zy­wała na ener­gicz­niej­szą i sil­niej­szą na­turę. W jego oczach kryło się zaś coś nie­na­zwa­nego i zło­wro­giego, a na twa­rzy, dość przy­stoj­nej i po­kry­tej lek­kim za­ro­stem, ma­lo­wała się ni­czym nie­skrę­po­wana duma.

Ka­zi­mierz do­my­ślił się, że to Lu­dwik, bra­ta­nek wiel­kiego mi­strza.

Trzeci z Krzy­ża­ków, rów­nież o mu­sku­lar­nej syl­wetce i har­mo­nij­nych ry­sach twa­rzy, przy­glą­dał się mło­demu księ­ciu z iro­nicz­nym uśmie­chem. W jego oczach cza­iła się ogromna cie­ka­wość. Tym ry­ce­rzem mu­siał być Hen­ryk von Plauen.

Ka­zi­mierz zmarsz­czył czoło, gdy tak się przy­glą­dał ich syl­wet­kom. Wie­dział, że do za­konu przyj­mo­wano tylko po­staw­nych, wy­so­kich, mu­sku­lar­nych męż­czyzn. Ko­muś, kto nie speł­niał tych kry­te­riów, trudno było się stać bra­tem ry­ce­rzem. Choć oczy­wi­ście za pie­nią­dze wszystko dało się uzy­skać... Krzy­żacy byli bar­dzo pa­zerni na pie­nią­dze, zwłasz­cza że po Grun­wal­dzie ich za­soby znacz­nie ze­szczu­plały. Ka­zi­mierz po­czuł się nie­swojo, wi­dząc te dumne twa­rze pew­nych swego Krzy­ża­ków. Ale Bo­le­sław nie stra­cił we­rwy. Nie pierw­szy raz sta­wał oko w oko z owym wro­giem i czuł, że nie jest to raz ostatni.

Pa­trząc śmiało na wiel­kiego mi­strza, po­wie­dział ze sta­now­czo­ścią w gło­sie:

- Wi­taj, Kon­ra­dzie, już czas, abyś do­wie­dział się, jaka przy­szłość czeka na­sze pań­stwa.

Krzy­żacki pro­po­rzec za­ło­po­tał pod wpły­wem na­głego po­dmu­chu wia­tru.

Kraty, wszę­dzie kraty.

Loch, obrzy­dliwy, śmier­dzący loch, który po­zba­wiał go tchu. Stąd nie ma ucieczki.

Zna­jome po­pi­ski­wa­nie. Znów szczury wy­cho­dzą na żer.

Ze­rwał się ze snu. Dy­szał ciężko, pró­bu­jąc wy­ba­dać, czy leży na po­sła­niu, czy też może wciąż jest w upior­nym lo­chu. I po chwili zro­zu­miał, że znaj­duje się w kom­na­cie.

Ale sen o ta­jem­ni­czym lo­chu nie opusz­czał knia­zia Mi­chała od wielu nocy. I za każ­dym ra­zem prze­ra­żał go co­raz bar­dziej. Bu­dził się mo­kry od potu, wy­lęk­niony, nie­pewny swo­jej przy­szło­ści. Ni­g­dzie nie czuł się bez­pieczny, na­wet tu, na Ma­zow­szu, gdzie zbroj­nym wspar­ciem ob­da­rzyli go obaj szwa­gro­wie - dawny i obecny. Jak długo mógł się jed­nak ukry­wać przed Ka­zi­mie­rzem i po­zo­sta­wać na ła­sce ob­cych lu­dzi? Nie­ja­sne prze­czu­cie pod­po­wia­dało mu, że ma przed sobą ty­go­dnie, mie­siące, naj­wy­żej parę lat. Gdyby Ka­zi­mierz zo­stał kró­lem Pol­ski, ob­jął tron po bra­cie, to może dla niego, Mi­chała, by­łaby szansa na koł­pak wiel­kok­sią­żęcy. Ten po stryju i ojcu. Praw­nie mu się na­le­żący.

Serce za­biło mu gwał­tow­nie. Wcią­gnął w noz­drza za­pach nocy.

Wstał z łoża po­kry­tego mięk­kimi fu­trami i pod­szedł do okna. Uchy­lił ciężką okien­nicę, po­zwa­la­jąc, by nocny chłód wziął go w swoje ob­ję­cia.

Nie podda się ła­two Ka­zi­mie­rzowi. Nie jest uzur­pa­to­rem, jak ma­wiają inni. Jest wiel­kim księ­ciem Li­twy. Niech syn Ja­giełły o tym pa­mięta. I w dzień, i w nocy.

Ktoś zbli­żył się do knia­zia Mi­chała nie­mal bez­sze­lest­nie. De­li­katne ko­biece ra­miona oplo­tły jego tu­łów. Te­raz zro­zu­miał, że chłód nocy zbu­dził Ka­ta­rzynę. Drgnął, gdy za­częła błą­dzić pal­cami po jego ciele. Księż­niczka ma­zo­wiecka. Córka swo­jego ojca! Am­bitna, wład­cza, nie­po­korna. Nie­na­sy­cona w swych na­mięt­no­ściach. Lę­kał się, że może paść ich ofiarą, że nie spro­sta jej żą­dzom. Do­sko­nale ro­zu­miała jego ciało. Wy­czu­wała jego po­trzeby, speł­niała je na­tych­miast. Róż­niła się od jego pierw­szej żony pod każ­dym wzglę­dem, a prze­cież łą­czyło je po­kre­wień­stwo. Obie były księż­nicz­kami ma­zo­wiec­kimi. Wspo­mnie­nie ete­rycz­nej, kru­chej Eu­fe­mii przy­wo­łało także inne ob­razy z prze­szło­ści. Dzień, w któ­rym brali ślub w ka­plicy wi­leń­skiej. Za­do­wo­lone ob­li­cze ojca, Zyg­munta Kiej­stu­to­wi­cza, brata Wi­tol­do­wego. Przy­mie­rze Li­twy i Ma­zow­sza. A dziś Li­twa jest u progu wojny z Ma­zow­szem, wsie płoną, lu­dzie go prze­kli­nają. Bo uciekł ni­czym tchórz, on, uzur­pa­tor z Wilna, i pod­bu­rza pa­nów Ma­zow­sza do walki z Ka­zi­mie­rzem...

Usta Ka­ta­rzyny spra­wiły, że te my­śli nieco zbla­dły. Przy­lgnęła do niego cała, szybko spra­wiła, że jej za­pra­gnął. Tak... pra­gnął jej nie­mal tak samo jak po­wrotu do Wilna... Po­cią­gnęła go na łoże, niech choć na chwilę za­po­mni i za­traci się w mi­ło­ści. Roz­pa­liła wszyst­kie jego zmy­sły, na­mięt­no­ścią za­stą­piła tę­sk­notę. Ścią­gnął z sie­bie ko­szulę i opadł na żonę. W unie­sie­niu oplo­tła go udami. Jego ru­chy w niej sta­wały się co­raz szyb­sze, miały w so­bie coś z dzi­kiego zwie­rzę­cia, które za bar­dzo pra­gnie żyć. Uno­siła bio­dra, chcąc do­trzy­mać mu tempa. Niech ten mi­ło­sny po­ryw zmyje z niego wszyst­kie tro­ski. Niech cho­ciaż raz bę­dzie wolny. Ko­lejne pchnię­cie i jesz­cze jedno. Wiła się pod nim i ję­czała. Wkrótce on także jęk­nął głu­cho i opadł na po­sła­nie obok niej.

Dy­szeli ciężko, nie wi­dząc swych twa­rzy w mroku, lecz ich od­de­chy się splo­tły i wy­peł­niły całą kom­natę. Ujął wresz­cie jej dłoń i przy­ci­snął do ust. W tych trud­nych cza­sach była dla niego opar­ciem. Wal­czyła o li­tew­ski tron rów­nie mocno co on sam, a może na­wet moc­niej. Wes­tchnął. Oto chwila za­po­mnie­nia prze­mi­nęła bez­pow­rot­nie, a on znów był wy­gna­nym knia­ziem Mi­cha­łem. Po­zba­wio­nym tronu.

Znów był ni­kim.

Dziel i rządź. To je­dyna prawda dzie­jowa, którą wszy­scy znali. Znał ją i Ka­zi­mierz. Gdy przy­je­chał na Li­twę, był nie­opie­rzo­nym pi­sklę­ciem. Mu­siał po­le­gać na opiece wszech­po­tęż­nego Gasz­tołda, wo­je­wody wi­leń­skiego. Ale sam nie wie­dział, kiedy uwol­nił się spod jego opieki. I uczył się, przede wszyst­kim cały czas się uczył.

Sta­rał się na­rzu­cać bo­ja­rom li­tew­skim swoją wolę. Po­ta­jem­nie zbie­rał i wy­ko­rzy­sty­wał in­for­ma­cje o ich wa­śniach, wza­jem­nych za­tar­gach i pro­ble­mach. Suchta spie­szył mu z po­mocą, słu­żył po­uf­nymi wia­do­mo­ściami o każ­dym z ro­dów.

Ka­zi­mierz lu­bił ude­rzać w tych, któ­rzy wy­da­wali mu się zbyt har­dzi lub nie­za­leżni. Po­tra­fił przy róż­nych oka­zjach od­bie­rać im ma­jęt­no­ści. Albo prze­no­sić w zu­peł­nie nową dziel­nicę. Od­ma­wiać ich sy­nom praw do dzie­dzi­cze­nia oj­cow­skich urzę­dów i dóbr.

Świ­dry­giełło rów­nież dużo mu po­mógł. Dzięki stry­jowi wielki książę po­ro­zu­miał się z wiel­kim mi­strzem. Był te­raz w sta­nie wpły­wać na Krzy­ża­ków. Zresztą nie sta­no­wiło to wcale du­żego pro­blemu. Kon­rad nie był czło­wie­kiem czynu ani na­wet wo­jow­ni­kiem. Taki wnio­sek Ka­zi­mierz wy­snuł z krót­kiej roz­mowy na Świę­tej Rzece. O Lu­dwiku nie umiał so­bie wy­ro­bić zda­nia, ale in­stynk­tow­nie czuł, że mogą z nim być kło­poty. Po­dob­nie jak z mło­dym Hen­ry­kiem von Plau­enem. Hen­ryk był za­gadką. Nie­mniej jed­nak do­póki Kon­rad pia­sto­wał urząd wiel­kiego mi­strza, Ka­zi­mierz czuł, że może wy­ko­rzy­stać za­kon do swo­ich ce­lów.

Po­lacy do­star­czali mu znacz­nie wię­cej po­wo­dów do zmar­twień. Wie­dział do­sko­nale o wa­śniach mię­dzy Małą a Wielką Pol­ską. Ma­ło­po­la­nie już te­raz ma­rzyli, aby wcie­lić Li­twę do Ko­rony. Ten te­mat wy­pły­wał wie­lo­krot­nie pod­czas roz­mów z Suchtą.

- Nie po­zwo­lisz prze­cież na to, pa­nie, aby Li­twa stała się czę­ścią Ko­rony - mar­twił się Suchta.

- Wiesz do­brze, że ni­gdy się na to nie zgo­dzę - od­po­wia­dał mu za każ­dym ra­zem Ka­zi­mierz.

Suchta wpa­try­wał się w niego uważ­nie swo­imi ciem­nymi oczami. Młody kró­le­wicz przy­glą­dał się jego pięk­nej twa­rzy. Jego nie­na­gan­nym ma­nie­rom. Suchta zda­wał się cho­dzącą ta­jem­nicą, ale był też naj­bliż­szym dru­hem Ka­zi­mie­rza. Od mo­mentu przy­jazdu na Li­twę po­zo­sta­wali nie­roz­łączni. Czę­sto na swoje wy­prawy za­bie­rali jesz­cze młod­szego brata Wo­ło­żyń­skiego. Ale na naj­bar­dziej sa­motne wy­pady Ka­zi­mierz za­bie­rał tylko Suchtę i Ści­bora. Te krót­kie chwile z dala od dworu sta­no­wiły wielką ra­dość dla Ka­zi­mie­rza.

- To, że Li­twa jest od­dziel­nym księ­stwem, jest na rękę także mnie - tłu­ma­czył przy­ja­cie­lowi. - To wzmac­nia moją po­zy­cję w roz­mo­wach z pol­skimi pa­nami - po­wta­rzał.

Pa­nów pol­skich ani nie znał, ani nie ro­zu­miał. Byli mu zu­peł­nie obcy. Wy­je­chał z kraju, gdy był dziec­kiem, więc te­raz próżno było ocze­ki­wać, że bę­dzie miał o czym­kol­wiek po­ję­cie. Ma­ło­po­la­nami rzą­dził Ole­śnicki, który po­tra­fił się oka­zać trud­nym prze­ciw­ni­kiem. Ka­zi­mierz mu­siał się zwró­cić ku Wiel­ko­pol­sce. To tam na­le­żało szu­kać so­jusz­ni­ków. Oczy­wi­ście był też obóz matki, wspie­ra­jący go ze wszyst­kich sił. Ale nie chciał po­le­gać na lu­dziach z oto­cze­nia kró­lo­wej Zo­fii. I nie cho­dziło o plotki. Pra­gnął zna­leźć swo­ich wła­snych lu­dzi, któ­rych ob­da­rzyłby za­ufa­niem. Nie na­rzu­co­nych mu przez matkę, Ole­śnic­kiego ani ko­go­kol­wiek in­nego.

Nie za­mie­rzał też pła­cić za tron pol­ski przy­wi­le­jami. Co to, to nie. Niech pa­no­wie ma­ło­pol­scy so­bie nie my­ślą, że bę­dzie mu­siał się wku­pić w ich ła­ski po to, żeby zo­stać kró­lem Pol­ski. Czuł, że tak czy ina­czej tym kró­lem zo­sta­nie. Że tron po ojcu mu się zwy­czaj­nie na­leży.

Po ojcu i po bra­cie.

Nie chciał my­śleć o śmierci Wła­dy­sława. Choć te my­śli na­tręt­nie do niego wra­cały. Wie­lo­krot­nie pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić, co się wtedy stało. W tej wiel­kiej bi­twie, któ­rej stawką był ko­niec świata. Świata, który znał. Wy­obra­żał so­bie i nie­wiele wi­dział. Oczy za­cho­dziły mu mgłą. Twarz Wła­dy­sława roz­ma­zy­wała się gdzieś w od­dali. Do­strze­gał go oto­czo­nego przez bi­sur­ma­nów. Po­wra­cał do niego wi­dok roz­cią­gnię­tego ciała brata. Wresz­cie na­wie­dzały go ob­razy jego głowy za­tknię­tej gdzieś na pal. A póź­niej za­my­kał po­wieki i sta­rał się za­po­mnieć o tych wszyst­kich ob­ra­zach, sku­pić na tym, co tu i te­raz. W ta­kich chwi­lach Suchta i Ści­bor za­bie­rali go na łowy albo na ćwi­cze­nia. Od­da­wał się tym ry­cer­skim rze­mio­słom z nie­mal na­bożną czcią. Byle tylko za­jąć my­śli. Byle tylko nie mie­rzyć się z tą smutną wi­zją śmierci. Nie wie­dział, co tak na­prawdę spo­tkało Wła­dy­sława, i miał się tego ni­gdy nie do­wie­dzieć. Ta świa­do­mość była na­wet gor­sza, niż gdyby po­znał wszel­kie oko­licz­no­ści jego końca.

Kro­ple desz­czu ude­rzały o zie­mię w nie­spo­koj­nym ryt­mie. Pa­dało wy­jąt­kowo mocno. Mimo to grupa jeźdź­ców zna­la­zła się obok ka­plicy po­ło­żo­nej na skraju drogi pro­wa­dzą­cej do wi­leń­skiego zamku. Ry­ce­rze zsie­dli z koni i usta­wili się po bo­kach przy­bytku. Nie­da­leko ka­pliczki stał po­wóz oto­czony kil­koma zbroj­nymi i pil­nu­ją­cymi go pa­choł­kami. Je­den z przy­by­łych pod­szedł do cze­ka­ją­cego na niego na progu męż­czy­zny.

- Wi­taj, książę. - Ści­bor po­chy­lił głowę na wi­dok Ka­zi­mie­rza.

- Jest w środku? - za­py­tał młody kró­le­wicz, wy­ko­nu­jąc nie­okre­ślony ruch głową.

- Tak, Jej Kró­lew­ska Mość czeka na was, pa­nie.

Ka­zi­mierz za­wa­hał się przez chwilę. Upły­nęło sporo czasu, od­kąd ostatni raz wi­dział matkę. Pod­świa­do­mie czuł, że oboje bar­dzo się zmie­nili. Ści­bor po­pa­trzył na niego py­ta­jąco, więc Ka­zi­mierz go od­pra­wił i wszedł do środka. Była to jedna z pierw­szych ka­plic, które bi­skup wi­leń­ski Ma­ciej ka­zał po­sta­wić wzdłuż traktu pro­wa­dzą­cego do li­tew­skiej sto­licy.

Jej wnę­trze było skromne, ale chęt­nie od­wie­dzane za­równo przez miej­scową lud­ność, jak i po­dróż­nych. Ści­bor wy­brał je ce­lowo, gdy tylko do­stał od kró­lo­wej list z prośbą o spo­tka­nie z sy­nem. Ka­zi­mierz przy­glą­dał się uważ­nie nie tylko wy­stro­jowi, ale rów­nież po­staci w czerni sto­ją­cej tuż przed oł­ta­rzem. Kró­lowa Zo­fia po­grą­żona była w mo­dli­twie. Kró­le­wicz pod­szedł wolno i sta­nął tuż za matką. Od­wró­ciła się, uchy­la­jąc woal, który do­tąd skry­wał jej twarz. Jej uroda nie stra­ciła bla­sku, cho­ciaż tu i ów­dzie po­ja­wiły się już pierw­sze zmarszczki. Ka­zi­mierz nie pa­mię­tał tych zmarsz­czek, czuł, że po­wstały nie­dawno - i że po­wód ich po­wsta­nia wciąż był świeży. Ogar­nęło go silne wzru­sze­nie, po­czuł, że coś ści­ska go za gar­dło. Sta­nął obok matki, tuż przed oł­ta­rzem, stali tak dłuż­szą chwilę i każde z nich bało prze­rwać się mil­cze­nie. Tak jakby ci­sza była ich so­jusz­ni­kiem, a słowa miały tylko nie­po­trzeb­nie zra­nić.

- Do­brze wy­glą­dasz - rze­kła kró­lowa, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie. - Zmęż­nia­łeś, na­bra­łeś cech praw­dzi­wego męż­czy­zny, z tru­dem cię po­zna­łam. - Uśmiech­nęła się blado.

- Dbają tu o mnie - od­parł Ka­zi­mierz. - Cho­ro­wa­łaś?

- To nic po­waż­nego. - Po­trzą­snęła głową. - Chcia­łam przy­je­chać z po­sel­stwem, ale Hiń­cza z Ro­gowa mi to od­ra­dził... Pa­mię­tasz Hiń­czę z Ro­gowa?

Ka­zi­mierz spo­chmur­niał, ale po­tak­nął ski­nie­niem.

- Je­stem tu, aby po­móc ci pod­jąć de­cy­zję, wiem, że nie jest ona ła­twa.

Kró­lowa Zo­fia ob­ró­ciła się lekko, ką­tem oka ba­da­jąc twarz syna.

- Skąd wia­domo, że już nie pod­ją­łem de­cy­zji? - za­py­tał na­gle Ka­zi­mierz. W jego to­nie było coś, co spra­wiło, że kró­lowa zwąt­piła w sens swo­jej mi­sji. Do­no­szono jej, że Ka­zi­mierz to czło­wiek nie­prze­jed­nany, uparty i gdy coś so­bie po­sta­nowi, nikt nie jest w sta­nie go od tego od­wieść. Z jego oczu, z ca­łej jego syl­wetki biła głę­boka de­ter­mi­na­cja. W ma­łym chłopcu, któ­rym był prze­cież tak nie­dawno, nie do­strze­gała ta­kiej nie­złom­no­ści. Zmie­nił się bar­dzo.

- Jaka jest więc twoja de­cy­zja, wielki książę? - za­py­tała, ści­sza­jąc głos.

- Zde­cy­do­wa­łem się po­zo­stać na Li­twie, nie przyjmę ko­rony Pol­ski, przy­naj­mniej na ra­zie.

Kró­lowa od­wró­ciła się gwał­tow­nie w stronę syna.

- Wiesz, że grasz w bar­dzo nie­bez­pieczną grę - stwier­dziła pod­nie­sio­nym to­nem. - To nie za­bawa. Stawką jest po­tężny kraj, o wiele po­tęż­niej­szy od Li­twy, kraj, dzięki któ­remu za­ist­nie­jesz jako władca. Nie tak jak tu­taj, tu wszystko jest inne. Pry­mi­tywne, dzi­kie, nie­po­skro­mione jak te pusz­cze, które nas ota­czają. W Ko­ro­nie bę­dziesz władcą, z któ­rym inni kró­lo­wie, ce­sa­rze będą mu­sieli się li­czyć. Gdy zo­sta­niesz na Li­twie, za­po­mną o to­bie, zo­sta­niesz wy­ma­zany, nikt nie bę­dzie w to­bie wi­dział part­nera do ne­go­cja­cji. - Kró­lowa od­wró­ciła się do syna, a w jej oczach od­biło się świa­tło lich­ta­rzy. - Mu­sisz przy­jąć ko­ronę pol­ską, nie masz wy­boru.

- Za­wsze jest wy­bór. Tylko ni­gdy nie wiemy, czy bę­dzie dla nas do­bry.

Zo­fia nie zro­zu­miała tej uwagi. Dla niej ko­rona pol­ska była gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa Ka­zi­mie­rza. Nie mo­gła po­jąć, że on z wła­snej woli chciałby zo­stać w tej głu­szy. Za­mie­rzała coś jesz­cze do­dać, ale ją po­wstrzy­mał.

- Dzię­kuję ci, matko, za to, że tu przy­by­łaś, i za twoje słowa. Wiele dla mnie zna­czą.

- Je­żeli na­prawdę coś zna­czą... wie­rzę, że mnie wy­słu­chasz. - Pró­bo­wała mu spoj­rzeć w oczy, ale zręcz­nie unik­nął jej wzroku. Na mo­ment przy­ci­snął jej dłoń do swo­ich ust.

- Do zo­ba­cze­nia - wy­szep­tał prędko.

- Chcia­ła­bym po­wie­dzieć: "Do zo­ba­cze­nia w Kra­ko­wie, na Wa­welu" - do­dała z na­ci­skiem.

Nic nie od­po­wie­dział, tylko od­da­lił się po­spiesz­nie. Od­pro­wa­dziła go spoj­rze­niem peł­nym obaw. Gdy wy­szedł na ze­wnątrz, pa­dała już tylko uciąż­liwa mżawka.

- Ty rów­nież uwa­żasz, że po­wi­nie­nem przy­jąć ko­ronę pol­ską? - za­py­tał Ści­bora, do­sia­da­jąc ko­nia.

- Tak, pa­nie - od­parł tam­ten ści­szo­nym gło­sem - ale po­stą­pisz, jak uznasz za sto­sowne.

Ko­nie ru­szyły z im­pe­tem, a spod ich ko­pyt try­skały strugi wody.

Kró­lowa Zo­fia zje­chała ze swoim or­sza­kiem na za­mek wi­leń­ski. Nie chciała jed­nak brać udziału w wie­czor­nej wie­cze­rzy, tłu­ma­cząc się po­dróż­nym znu­że­niem. Ka­zi­mierz oka­zał zro­zu­mie­nie. I cho­ciaż sporo go­ści chcia­łoby się zo­ba­czyć z kró­lową, nie dzi­wił się matce. Wie­dział ze sły­sze­nia, że od czasu śmierci Wła­dy­sława uni­kała tłu­mów.

Na zamku wi­leń­skim ofi­cjalne wie­cze­rze wy­da­wano rzadko. Ka­zi­mierz naj­le­piej czuł się w gro­nie naj­bliż­szych za­ufa­nych lu­dzi. Wśród ob­cych, szcze­gól­nie tych, któ­rzy pra­gnęli nim ma­ni­pu­lo­wać, czuł się znacz­nie go­rzej. Ale od czasu do czasu był zmu­szony ze­brać całe to­wa­rzy­stwo i udo­wod­nić im, że jest sa­mo­dziel­nym wiel­kim księ­ciem. To była lek­cja. Lek­cja dla nich wszyst­kich, ale rów­nież cenna lek­cja dla niego sa­mego. Wie­dział, że każdy z nich mie­nił się jego przy­ja­cie­lem, zda­wał so­bie także sprawę, że każdy może się oka­zać zdrajcą. Ta świa­do­mość była czę­sto trudna do znie­sie­nia.

Słu­dzy wno­sili tace z ja­dłem. Pie­czony drób i le­śne ptac­two, miód i wino w dzba­nach. De­li­katne de­sery, które za­ma­wiano u spe­cjal­nie spro­wa­dzo­nych cu­kier­ni­ków. Po­tra­fiono za­dbać o oprawę. Czy­niono to zresztą z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią. Ka­zi­mierz za­cho­wy­wał się jed­nak tak, jakby wszystko, co go ota­czało, nie przed­sta­wiało żad­nej war­to­ści. Je­den z lut­ni­stów przy­siadł na stołku w ką­cie i wkrótce po ca­łej sali roz­lała się ci­cha me­lan­cho­lijna me­lo­dia.

Ka­zi­mierz ob­ra­cał w ręku pu­char, nie po­zwo­lił pod­cza­szemu na­peł­nić go wi­nem. Nie pił wina, do wody trud­niej było do­dać tru­ci­znę. Tra­ciła wtedy jed­no­litą barwę. Wielu lu­dzi miało po­wody, aby go otruć. Do­sko­nale to wie­dział. Przy­glą­dał się te­raz twa­rzom ze­bra­nych. Każdy z nich miał swoje praw­dziwe in­ten­cje i za­miary, każdy chciał coś ukryć. Młody kró­le­wicz wes­tchnął.

Księżna Biel­ska sie­działa w oto­cze­niu naj­star­szych sy­nów. Po kry­jomu śmiano się, że księżna za­cho­wuje się jak praw­dziwy męż­czy­zna. Ba! Czę­sto ci, co no­sili spodnie, nie mieli ta­kiej pew­no­ści sie­bie ani siły du­cha jak ona, córka księ­cia Hol­szań­skiego. Jej ostre rysy twa­rzy wciąż świad­czyły o daw­nej uro­dzie. W oczach tlił się żar. Żar ży­cia, bo nikt tak jak ona nie umiał czer­pać z niego gar­ściami. Sta­wiała czoła sa­memu Świ­dry­gielle. Jako matka była ni­czym lwica. Ka­zi­mierz zda­wał so­bie z tego sprawę. Te­raz też - pewna sie­bie, odziana w naj­lep­sze szaty, ob­wie­szona zło­tem, klej­no­tami pół­nocy - świe­ciła ni­czym naj­ja­śniej­sza gwiazda na fir­ma­men­cie ze­bra­nych go­ści. Co in­nego jej sy­no­wie. Ża­den nie wdał się w matkę, mil­czący i po­sępni, go­towi na każde jej ski­nie­nie. Po naj­młod­szym - Fio­do­rze czy też Teo­do­rze, jak Ka­zi­mierz ka­zał go na­zy­wać - spo­dzie­wano się cze­goś wię­cej. Ale on nie przy­był na ucztę.

Ka­zi­mierz spoj­rzał w drugą stronę. Uśmiech­nął się nie­znacz­nie do Gasz­tołda, a ten na­tych­miast od­po­wie­dział mu tym sa­mym. Alek­san­dra Gasz­toł­dówna wy­glą­dała wy­jąt­kowo pięk­nie tego wie­czoru. Wielki książę jed­nak na nią nie pa­trzył. Nie do­strzegł też za­chwy­co­nych nią Ra­dzi­wiłła oraz in­nych mło­dych pa­nów. Nie ob­cho­dziła go. Czuł, że ten mło­dzień­czy za­chwyt nią prze­mi­nął, wie­dział, że ma przed sobą inne za­da­nia, waż­niej­sze. Twa­rze knia­ziów Biel­skich nie wy­ra­żały ni­czego. Ra­dzi­wiłł skry­wał w so­bie wielką py­chę. Resztę to­wa­rzy­stwa sta­no­wili lu­dzie przy­boczni Ka­zi­mie­rza, ze Ści­bo­rem i Suchtą na czele. Ten ostatni, po­chmurny i mil­czący, od czasu do czasu zer­kał na Gasz­tołda i jego córkę. Wielki książę ujął pu­char i wstał.

- Dzię­kuję wam, do­stojni go­ście, że ze­chcie­li­ście przy­jąć moją go­ścinę i przy­by­li­ście na ucztę. Czło­wiek lubi ja­dać w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół, a do­strzega ich, gdy się u niego zja­wią, gdy wy­peł­nią jego dom i za­siądą wo­kół jego stół. Tylko wtedy wie, jak wielu ich po­siada.

Księżna Biel­ska uśmiech­nęła się kwa­śno, bo wy­czuła iro­nię mło­dego władcy. Gasz­tołd rów­nież po­czuł się nie­swojo i za­czął roz­glą­dać się wo­kół.

- Jedz­cie więc i pij­cie, ucztuj­cie dziś wraz ze mną - do­koń­czył Ka­zi­mierz.

- Zdro­wie wiel­kiego księ­cia - wy­rwało się któ­re­muś z bie­siad­ni­ków.

- Zdro­wie, zdro­wie - pod­chwy­ciły inne głosy.

W tym sa­mym mo­men­cie w przed­sionku roz­legł się ha­łas i do sali wkro­czyła nowa osoba. Świ­dry­giełło zrzu­cił swoje fu­tro na ręce sług sto­ją­cych w progu sali.

- Spóź­ni­łem się - za­wo­łał od progu.

- Cie­szymy się, drogi stryju, że za­szczy­casz nas swoim to­wa­rzy­stwem - rzekł z uśmie­chem wielki książę.

Świ­dry­giełło skło­nił się ze sztuczną, nie­pa­su­jącą do niego ga­lan­te­rią, po­pra­wił wąsy oraz brodę i rzu­cił okiem na księżnę Biel­ską, która ner­wowo za­gry­zła wargi.

- Ze­chciej za­jąć miej­sce obok nas. - Ka­zi­mierz wska­zał krze­sło.

Gasz­tołd wy­dął po­gar­dli­wie usta.

Świ­dry­giełło się uśmiech­nął, prze­mie­rzył szyb­kim kro­kiem od­le­głość dzie­lącą go od stołu i usiadł obok bra­tanka. Było w jego ru­chach coś ko­ciego, ży­wio­ło­wego. Przy­cią­gał spoj­rze­nia ze­bra­nych. Bu­dził cie­ka­wość, ale i nie­chęć wszyst­kich wo­kół sie­bie. Księżna Biel­ska mie­rzyła go ozię­błym wzro­kiem, naj­chęt­niej chcia­łaby wi­dzieć go mar­twym. On do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę, po­słał księż­nej pe­łen sztucz­no­ści uśmiech, a w jego oczach tliło się roz­ba­wie­nie. Ko­bieta po­gar­dli­wie od­wró­ciła spoj­rze­nie.

- Po­win­ni­śmy wyjść, matko, to dla nas ob­raza - wy­szep­tał star­szy z knia­ziów Biel­skich.

- Brat ma ra­cję - po­parł go młod­szy.

- Zo­stań­cie na swo­ich miej­scach, siedź­cie - upo­mniała ich księżna - Je­ste­śmy go­śćmi, zo­sta­niemy na wie­cze­rzy. - De­cy­zja matki była nie­odwo­łalna.

Wie­dzieli, że gdy księżna Biel­ska coś po­wie, nie można się sprze­czać. Ka­zi­mierz w prze­lo­cie spoj­rzał na ciotkę, ale zda­nia nie zmie­nił. Świ­dry­giełło zo­stał za­pro­szony i miał zo­stać na ko­la­cji. Po­dano da­nie główne, słu­dzy prędko zmie­niali ta­le­rze, na­strój był jed­nak po­nury. Wielki książę wo­dził wzro­kiem po ze­bra­nych, jakby chciał od­czy­tać z ich twa­rzy to, co kryło się w głębi ich dusz. Ale nie za­wsze był w sta­nie.

"Nie znamy ich, nie znamy lu­dzi, któ­rzy nas ota­czają", prze­mknęło mu przez myśl i po­czuł, jak ogar­nia go smu­tek.

- Do­sko­nały tru­nek, książę - roz­po­czął stryj. - Czy to kniaź Biel­ski ka­zał nas ura­czyć tak wy­śmie­ni­tym wi­nem?

Księżna za­ci­snęła zęby.

- Pa­mię­tam, że w Biel­sku były zna­mie­nite trunki - cią­gnął Świ­dry­giełło.

- Pa­mię­tam, że nikt z wła­snej woli cię nimi nie czę­sto­wał - od­parła.

Bo­le­sław uśmiech­nął się zna­cząco, a na twa­rzy księż­nej za­drżały wszyst­kie mię­śnie. Ka­zi­mierz, wi­dząc, co się dzieje, pró­bo­wał opa­no­wać sy­tu­ację.

- Drogi stryju, może opo­wiesz nam, co wi­dzia­łeś na pół­nocy?

Świ­dry­giełło wy­chy­lił pu­char, po czym jed­nym ru­chem ob­tarł brodę i rzekł z ra­do­ścią:

- Wi­dzia­łem nie­jedno, ale naj­waż­niej­sze, że wi­dzia­łem, jak Krzy­żacy po­dwa­jają ob­sady lu­dzi w nad­gra­nicz­nych zam­kach. Mo­żemy się wa­dzić mię­dzy sobą, ale to z nimi czeka nas roz­prawa.

- Krzy­żacy po Grun­wal­dzie już się nie pod­niosą - za­uwa­żył ja­kiś głos na sali.

- Głup­cem jest ten, kto tak uważa. - Stryj Ka­zi­mie­rza ob­ró­cił pu­char w dłoni.

Nikt nie od­po­wie­dział, cho­ciaż wszyst­kich za­sta­na­wiały słowa sta­rego księ­cia. Kom­nata bie­siadna co­raz bar­dziej wy­peł­niała się za­pa­chem róż­no­rod­nych mięs, won­no­ści, lecz at­mos­fera nie­ustan­nie gęst­niała. Świ­dry­giełło z wy­ra­zem zu­chwa­łej sa­tys­fak­cji na twa­rzy usa­do­wił się wy­god­nie na swoim krze­śle, jakby sam był go­spo­da­rzem tej uczty. Oczy zgro­ma­dzo­nych go­ści błysz­czały cie­ka­wo­ścią, zwłasz­cza gdy na prze­ciw­le­głym końcu stołu księżna Biel­ska bla­dła i czer­wie­niła się na prze­mian, a w jej spoj­rze­niu iskrzył się na­ra­sta­jący gniew.

- Za­wdzię­czasz mi i mo­jej ro­dzi­nie ży­cie - rze­kła. Głos jej za­drżał, ale nie ze stra­chu, a bar­dziej z tłu­mio­nej wście­kło­ści. - A ty, Świ­dry­giełło, od­wdzię­czy­łeś się wzię­ciem nas w nie­wolę, trzy­ma­niem w zam­ko­wych lo­chach, jak­by­śmy nie byli ni­czym wię­cej niż zdo­bycz­nymi psami.

Bo­le­sław pod­niósł kie­lich w jej stronę.

- Droga pani - za­czął, prze­cią­ga­jąc każdą sy­labę, jakby de­lek­to­wał się jej sma­kiem. - Bielsk... Czu­łem się tam jak u sie­bie w domu. Świet­nie ugosz­czony, można by rzec... do bólu swoj­sko.

Za­ak­cen­to­wane słowo "swoj­sko" za­wi­sło w po­wie­trzu ni­czym wy­zwa­nie. Wszy­scy zgro­ma­dzeni wstrzy­mali od­de­chy. Księżna, któ­rej twarz po­ciem­niała, za­ci­snęła dło­nie na kra­wę­dzi stołu, jakby chciała zrzu­cić z niego całą za­stawę.

- Łaj­daku... - wy­ce­dziła przez zęby. - Tylko podły czło­wiek mógłby po­wie­dzieć coś po­dob­nego.

- Och, a cze­muż to, droga pani, od­bie­rasz mi prawo do mi­łych wspo­mnień? - od­parł Świ­dry­giełło, uśmie­cha­jąc się kpiąco. - Wszak, jak mó­wisz, by­li­śmy wtedy bli­sko. Bar­dzo bli­sko.

Księżna znów po­czer­wie­niała, a jej sy­no­wie, mło­dzi i pełni za­pal­czy­wo­ści, po­de­rwali się z miejsc. Wino z prze­wró­co­nych pu­cha­rów czer­wo­nymi struż­kami spły­wało po bie­siad­nym stole ni­czym krew.

- On musi za­pła­cić za swoje zbrod­nie, za wszyst­kie! - wrza­snął star­szy z sy­nów księż­nej, rzu­ca­jąc się na Świ­dry­giełłę.

- Sy­no­wie! - wy­krzyk­nęła ko­bieta, ale Ka­zi­mierz zdą­żył wstać, za­nim sy­tu­acja wy­mknęła się spod kon­troli. Uniósł rękę, a jego głos wy­peł­nił całą kom­natę. Był sta­now­czy i nie­zno­szący sprze­ciwu.

- Do­syć tego! - ryk­nął, a echo jego słów od­biło się od ścian. - Przy­po­mi­nam wam, że to mój dom, je­ste­ście na mo­jej ziemi. Je­ste­ście ro­dziną, która winna mi jest sza­cu­nek. Spory roz­strzyga się przy stole, nie zaś na ostrzach noży.

Świ­dry­giełło nie od­ry­wał wzroku od księż­nej, w jego oczach lśnił nie­mi­ło­sier­nie draż­niący blask po­czu­cia wyż­szo­ści. Wie­dział, że wy­grał tę par­tię, przy­naj­mniej na ra­zie. Wstał po­woli, strze­pu­jąc z rę­kawa nie­wi­dzialny py­łek.

- Po­trze­buję ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem - oznaj­mił chłodno, od­wra­ca­jąc się na pię­cie.

Prze­szedł obok księż­nej, a ta nie cof­nęła się ani o krok, pa­trząc na niego z taką nie­na­wi­ścią, że aż za­stygł na mo­ment.

Ka­zi­mierz przyj­rzał się matce i jej sy­nom. W jego oczach nie było ani śladu ule­gło­ści, tylko chłodna de­ter­mi­na­cja.

- Wszy­scy je­ste­ście pod moją opieką - rzekł po­woli. - I nikt tu nie bę­dzie ła­mał mo­ich za­sad ani oka­zy­wał mi wzgardy. Na­wet ty, stryju, choć je­steś go­ściem. Pa­mię­taj o tym.

Świ­dry­giełło, za­miast od­po­wie­dzieć, je­dy­nie ski­nął głową z uzna­niem. Jego uśmiech gdzieś się roz­pły­nął, a on sam wy­szedł z kom­naty, zo­sta­wia­jąc za sobą gę­stą ci­szę. Księżna wciąż od­pro­wa­dzała go wzro­kiem, w któ­rym pło­nął ogień nie­na­wi­ści.

Wo­je­woda Gasz­tołd ob­ser­wo­wał całą scenę z końca sali. W jego oczach za­bły­sła cie­ka­wość, ale po­ja­wił się też nie­po­kój. Ka­zi­mierz wy­ra­stał na władcę, który sta­wiał kroki co­raz pew­niej, i to na każ­dym polu. Tego typu zda­rze­nia tylko umac­niały jego po­zy­cję i Gasz­tołd za­czął ro­zu­mieć, że czas mło­dego księ­cia wła­śnie nad­cho­dzi.

Sio­stry usia­dły oto­czone krę­giem za­pa­lo­nych świec. Nie wi­działy się wiele lat. Li­sty nie mo­gły za­stą­pić więzi, która je nie­gdyś łą­czyła. Księżna Biel­ska pa­mię­tała do­brze, że Ja­giełło nie wy­brał jej, tylko So­nię. "Dziewka jest moc­naja", przy­po­mniały jej się jego słowa o niej sa­mej, z któ­rych słu­dzy wuja śmiali się póź­niej do roz­puku.

Nie wy­brał jej, cho­ciaż była piękna, zja­wi­skowa i mą­dra. W tam­tym cza­sie prze­wyż­szała bo­wiem So­nię pod wie­loma wzglę­dami. Nie dane jej było zo­stać kró­lową Pol­ski. Wie­lo­krot­nie o tym my­ślała. Czy ża­ło­wała? Pewną jej część tra­wił ogromny żal. Nie zo­stała też żoną ho­spo­dara wo­ło­skiego, to przy­pa­dło w udziale naj­młod­szej Ma­rii. Jej zo­stał tylko kniaź Biel­ski, z nim mu­siała sta­wiać czoło roz­ru­chom na Li­twie i wal­czyć z Świ­dry­giełłą.

Dzi­siej­sza wie­cze­rza była jak ziarno go­ry­czy po­dane na ta­le­rzu.

- Pro­si­łaś mnie o opiekę nad sy­nem, ale to nie on po­trze­buje opieki - rze­kła smutno do sio­stry.

Kró­lowa Zo­fia unio­sła brwi.

- Pa­mię­taj, Wa­sy­liso, że on jest bar­dzo młody...

- Ale ma cha­rak­ter, udo­wod­nił to już wiele razy. W ni­czym nie przy­po­mina tego ma­ło­mów­nego trzy­na­sto­let­niego chłopca, który tu przy­je­chał kilka lat temu. A i wtedy, gdy się czło­wiek uważ­nie przyj­rzał, można było za­uwa­żyć pewne ce­chy, które te­raz Ka­zi­mierz tylko udo­sko­na­lił.

- On musi mieć do­brych do­rad­ców.

- My­lisz się, moja ko­chana, on ni­kogo nie bę­dzie słu­chał, on na­wet nie przy­po­mina swo­jego ojca.

Tu księżna Biel­ska umil­kła gwał­tow­nie, bo kró­lowa Zo­fia zmarsz­czyła czoło. Wa­sy­lisa wnet po­jęła, że wkro­czyła na nie­bez­pieczny grunt.

- Po­wiem krótko - ode­zwała się po chwili, wra­ca­jąc do prze­rwa­nego wątku. - To uro­dzony władca, trudno zna­leźć ko­goś po­dob­nego do niego. Na­wet Wi­told nie miał ta­kiej siły, ta­kiej pew­no­ści sie­bie, ja­kie on po­siada. On może być naj­wy­bit­niej­szym władcą swo­ich cza­sów. Dzi­siej­sza wie­cze­rza to po­twier­dziła. Cho­ciaż roz­wście­czyła mnie obec­ność tego sta­rego ło­tra Świ­dry­giełły. Gdy­bym tylko mo­gła, to... ale nie­ważne, nie o tym mamy mó­wić...

- Źle się dzieje, je­śli ota­cza się ta­kimi do­rad­cami jak Świ­dry­giełło - za­uwa­żyła kró­lowa Zo­fia.

- O nie... On nie jest i ni­gdy nie bę­dzie do­radcą wiel­kiego księ­cia. Ka­zi­mierz umie mu wska­zać jego miej­sce i świet­nie nim ma­ni­pu­luje, choć stary lis tego nie roz­po­znał. Twój syn ma­ni­pu­luje nami wszyst­kimi - pod­kre­śliła księżna.

- Król po­trze­buje od­po­wied­nich do­rad­ców - od­parła z upo­rem kró­lowa Zo­fia.

- Król, je­śli na­prawdę chce rzą­dzić, musi słu­chać przede wszyst­kim sie­bie, a nie swo­ich do­rad­ców Musi umieć być kró­lem. Nikt tego za niego nie zrobi. - Księżna wstała, po­de­szła i usia­dła obok sio­stry. - Mu­sisz być cier­pliwa i za­ufać Ka­zi­mie­rzowi. Je­żeli bę­dziesz mu mó­wić, co ma czy­nić, on szybko się od cie­bie od­wróci, pa­mię­taj o tym. Jest bar­dzo hardy. Mam trzech sy­nów, ale ża­den nie jest taki jak on, na­wet Teo­dor - stwier­dziła księżna w za­my­śle­niu. - Nie ma ta­kiego dru­giego jak Ka­zi­mierz - do­dała z prze­ko­na­niem.

Słowa księż­nej Biel­skiej na­peł­niły serce kró­lo­wej Zo­fii nie tylko dumą, lecz także dziwną obawą.

Roz­dział 2. Krzy­żac­kie ta­jem­nice

Ludwik von Er­lich­shau­sen był zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem niż jego wuj. Wy­bu­chowy, nie­okieł­znany tem­pe­ra­ment spra­wiał, że wszy­scy się z nim li­czyli. A on od dziecka umiał wcho­dzić w rolę, do któ­rej był stwo­rzony.

Chciał rzą­dzić in­nymi.

Spo­kojny, zbyt spo­kojny tryb ży­cia wuja nie­po­mier­nie go draż­nił. Cza­sami Lu­dwik miał ochotę wstać w nocy, wziąć szty­let, iść do sy­pialni wuja i za­to­pić ostrze w jego ciele. Tylko wtedy uwol­niłby za­kon od naj­gor­szego w jego mnie­ma­niu wiel­kiego mi­strza w hi­sto­rii.

Ale póź­niej kar­cił się za te my­śli, mo­dlił się gor­li­wie i prze­ka­zy­wał jał­mużnę bied­nym. To nie była wina wuja. Winni byli inni.

Ce­sarz, który po­pie­rał ich tylko wtedy, gdy było mu wy­god­nie, i cała ar­mia wro­gów. Pol­scy i li­tew­scy ma­gnaci, któ­rzy tylko cze­kali na ich naj­mniej­sze po­tknię­cia. Zni­kąd po­mocy, zni­kąd so­jusz­ni­ków.

Lu­dwik żył jak w kosz­ma­rze. Je­dy­nym uczu­ciem, która pod­trzy­my­wało go na du­chu, była nie­na­wiść. Nie­na­wiść do ca­łego tego świata. Nie­na­wiść do wszyst­kich wro­gów. I pew­ność, że na­dej­dzie taki dzień, kiedy ich po­kona.

Hen­ryk też był dla niego za­gro­że­niem. Umiał so­bie owi­jać lu­dzi wo­kół palca. Bez trudu opa­no­wał jego wuja. Po­tra­fił nim tak zręcz­nie ma­ni­pu­lo­wać, że Kon­rad urze­czy­wist­niał nie­mal wszyst­kie jego po­my­sły. A on, Lu­dwik, czuł się od­su­nięty na boczny tor. Ta ry­wa­li­za­cja z Hen­ry­kiem by­wała mę­cząca. Cza­sami od­no­sił wra­że­nie, że to w nim wuj wi­dzi swego na­stępcę.

Hen­ryk wiel­kim mi­strzem? To nie było tylko mrzonka. To mo­gło się zi­ścić. I na samą myśl o tym Lu­dwik czuł, że ob­lewa go lo­do­waty pot. Czy zdoła zdys­kre­dy­to­wać Hen­ryka? Była taka szansa, ale obar­czona spo­rym ry­zy­kiem. I na do­da­tek Hen­ryk bar­dzo dużo o nim wie­dział.

Lu­dwika ota­czały ta­jem­nice, które do tej pory skrzęt­nie ukry­wał przed świa­tem. Gdyby tylko uj­rzały świa­tło dzienne, po­że­gnałby się z ma­rze­niami o ty­tule wiel­kiego mi­strza. Naj­więk­szą z ta­jem­nic skry­wały mury pew­nego po­mor­skiego zamku. Ta­jem­nica ta no­siła wdzięczne imię Sa­lo­mea. Była pol­ską szlach­cianką. Sio­strze­nicą przy­gra­nicz­nego sta­ro­sty. Lu­dwik oso­bi­ście upo­zo­ro­wał na­pad na dwór, w któ­rym prze­by­wała. Ka­zał spa­lić i ogra­bić oko­liczne wsie, aby wszy­scy my­śleli, że to zwy­kły za­targ nad­gra­niczny. Nie chciał wzbu­dzać naj­mniej­szych po­dej­rzeń. W związku z pod­pa­le­niem dworu wszy­scy my­śleli, że dziew­czyna po­stra­dała ży­cie wraz z in­nymi. Swój nie­cny plan Lu­dwik wpro­wa­dził w ży­cie pół roku po tym, jak był go­ściem na dwo­rze jej ro­dziny. Wra­cał wtedy z po­sel­stwa z Nie­miec.

Spóź­niony, wście­kły na elek­tora bran­den­bur­skiego, który od­mó­wił im po­mocy i za­żą­dał jesz­cze zwrotu pie­nię­dzy po­ży­czo­nych po Grun­wal­dzie, opa­no­wał się, do­piero gdy uj­rzał Sa­lo­meę. De­li­katną, zgrabną ni­czym ła­nia, o war­ko­czach się­ga­ją­cych do pasa. Jej oczy przez mo­ment spo­częły na jego twa­rzy i Lu­dwik po­czuł, że całe jego ciało ogar­nia nie­zwy­kłe cie­pło. Jej usta, ni­czym dwie so­czy­ste wi­śnie, były stwo­rzone do ca­ło­wa­nia. Z le­d­wo­ścią opa­no­wał się przy ob­cych.

Póź­niej ty­go­dniami sta­rał się o niej za­po­mnieć, ale gdy gdzieś za­sły­szał o pla­no­wa­nym za­mąż­pój­ściu dziew­czyny, po­wziął zu­peł­nie nowy za­miar. I nie­zwłocz­nie go zre­ali­zo­wał.

Nie bra­ko­wało na­jem­ni­ków, któ­rzy byli na każde jego ski­nie­nie, go­towi do naj­więk­szych zbrodni. Bez więk­szych trud­no­ści zrzu­cono winę na in­nych i za­tarto wszel­kie ślady. Te­raz miał to, czego pra­gnął: piękna bia­ło­głowa zna­la­zła się na zamku, pil­no­wana przez od­daną nie­miecką służkę i wier­nych mu lu­dzi.

Po tym, co zro­bił, ogar­nęły go wy­rzuty su­mie­nia. Przez dwa ty­go­dnie nie mógł dojść do sie­bie. Nie miał też od­wagi po­je­chać do Sa­lo­mei, sta­nąć przed nią, spoj­rzeć w te prze­pastne, głę­bo­kie oczy. Jakże nie­winne!

Ale w końcu się prze­ła­mał. Pew­nego po­sęp­nego wie­czoru sta­nął u bram. Dziew­czyna za­miesz­kała na dru­gim pię­trze, była zu­peł­nie za­gu­biona, nie ro­zu­miała, co się stało, kto na­padł jej bli­skich ani w czy­jej mocy się zna­la­zła. Nie poj­mo­wała tego aż do mo­mentu, kiedy zo­ba­czyła Lu­dwika w drzwiach swo­jej kom­naty.

I wtedy po­znała całą prawdę. Wy­czy­tała ją z tej ka­mien­nej twa­rzy. Krzyk­nęła na jego wi­dok i ze­mdlała. Służki ostroż­nie ją pod­nio­sły, zło­żyły na łożu i pró­bo­wały ocu­cić. Gdy od­zy­skała przy­tom­ność, za­raz na nowo ją tra­ciła. Cho­ro­wała przez parę ty­go­dni, aż wresz­cie po­woli na­brała sił. Lu­dwik kil­ka­krot­nie ją od­wie­dzał, pró­bo­wał coś tłu­ma­czyć, lecz ona nie chciała słu­chać jego wy­ja­śnień. Kiedy zu­peł­nie do­szła do sie­bie, tra­giczna prawda wy­peł­niła jej serce. Była w jego mocy, nikt ani nic nie mo­gło jej wy­rwać z tego pie­kła, które mu­siała zno­sić. Na jego ob­li­czu ma­lo­wała się ta grzeszna, po­tę­piona mi­łość. Z drże­niem serca od­kryła to na­ra­sta­jące po­żą­da­nie, które kie­dyś mu­siało zna­leźć uj­ście, i zna­la­zło... Pew­nego wie­czoru, pod­czas ko­lej­nych od­wie­dzin, Lu­dwik wziął Sa­lo­meę siłą. Mimo łez i bła­gań speł­nił się jej naj­czar­niej­szy kosz­mar. Zo­sta­wił ją za­raz po tym ak­cie, prze­peł­nioną wsty­dem i roz­ża­loną... Z roz­pa­czy pró­bo­wała się tar­gnąć na swoje ży­cie, ale wierni słu­żący za­cho­wali czuj­ność. Do­brze jej pil­no­wano, po­woli do niej do­cie­rało, że utknęła w klatce, z któ­rej nie ma żad­nych szans ucieczki. W któ­rej ode­brano jej na­wet prawo do śmierci. Je­dy­nego wy­ba­wie­nia.

Lu­dwik czuł, że Hen­ryk może po­znać skry­waną przez niego prawdę. Że te ta­jem­nice mogą wyjść na jaw. Że jego wuj do­wie się, ja­kim jest czło­wie­kiem. I to zni­we­czy wszyst­kie jego szanse na ty­tuł wiel­kiego mi­strza. Hen­ryk sko­rzy­stałby na tym naj­wię­cej.

Dla­tego ka­zał śle­dzić ry­wala. So­wi­cie opła­cił szpie­gów, któ­rzy mieli mu do­no­sić o każ­dym kroku von Plau­ena.

Chłodna noc wzięła w swe po­sia­da­nie za­mek w Mal­borku.

Lu­dwik, z ręką spo­czy­wa­jącą na zim­nej ka­mien­nej ścia­nie, prze­mie­rzał bez­sze­lest­nie ko­ry­ta­rze, śle­dząc swo­jego wuja Kon­rada. Było coś nie­po­ko­ją­cego w noc­nej wę­drówce wiel­kiego mi­strza, coś, co wzbu­dziło w Lu­dwiku po­dej­rze­nia.

Za­trzy­mał się w pół­mroku, gdy Kon­rad do­tarł do ukry­tej kom­naty, gdzie cze­kał na niego me­dyk. Przez uchy­lone drzwi Lu­dwik do­strzegł, jak nie­miecki le­karz wrę­cza mi­strzowi nie­wielki pa­ku­nek owi­nięty w ciemne płótno. Nie­wielki, le­d­wie wi­doczny w dło­niach Kon­rada, ale z pew­no­ścią ma­jący ogromne zna­cze­nie. Me­dyk skło­nił się ni­sko i szybko roz­pły­nął w mroku.

Lu­dwik ru­szył za swoim wu­jem, śle­dząc go aż do jego pry­wat­nych kom­nat. Ży­wił pewne po­dej­rze­nia co do ta­jem­nic Kon­rada. Kiedy wszedł bez za­po­wie­dzi, Kon­rad gwał­tow­nie za­sło­nił za­wi­niątko, wsu­wa­jąc je pod ob­szerną szafę.

- Lu­dwiku - ode­zwał się chłod­nym to­nem, pro­stu­jąc się i spo­glą­da­jąc na bra­tanka. - Co cię spro­wa­dza o tej póź­nej po­rze?

Lu­dwik uniósł brew.

- Wuj jest wiel­kim mi­strzem, a ja tylko skrom­nym sługą za­konu - od­po­wie­dział po­woli, z uda­waną po­korą - lecz pewne my­śli za­przą­tają mi głowę - wielki mistrz za­konu krzy­żac­kiego... po­ma­ga­jący księ­ciu Ka­zi­mie­rzowi? Po cóż nam syn Ja­giełły? Po­win­ni­śmy go nie­na­wi­dzić, nie wspie­rać.

Kon­rad się od­wró­cił, skry­wa­jąc zmę­cze­nie za ma­ską po­wagi.

- Mą­dry przy­wódca po­wi­nien wy­strze­gać się nie­na­wi­ści - za­czął, prze­cią­ga­jąc słowa jakby w mo­dli­twie. - Są rze­czy waż­niej­sze niż wojny i so­ju­sze, Lu­dwiku. Wy­ba­cze­nie po­zo­staje ak­tem siły, nie sła­bo­ści. Prze­ba­cze­nie Ja­gielle, jego sy­nowi, jest ak­tem po­kory wo­bec Boga.

- Po­kory, po­wia­dasz, wuju? - Lu­dwik wzru­szył ra­mio­nami, jego ton był pe­łen cy­ni­zmu. - A cóż ma po­kora wspól­nego z po­li­tyką i de­cy­zjami za­konu? Za­wsze to, co silne, prze­trwa, a to, co słabe, upad­nie. Po co mamy się an­ga­żo­wać w tę roz­grywkę mię­dzy Ka­zi­mie­rzem a knia­ziem Mi­cha­łem? To nie na­sza sprawa, wuju.

Kon­rad, choć zmę­czony, po­sta­no­wił się wy­pro­sto­wać.

- Mi­cha­łowi od­mó­wimy po­mocy. Co wię­cej - mó­wił po­woli - moi nad­gra­niczni kom­tu­ro­wie mają go aresz­to­wać, gdy tylko od­waży się po­sta­wić stopę na zie­miach krzy­żac­kich.

Lu­dwik po­czuł, jak gniew wzbiera mu w piersi. Za­ci­snął pię­ści, choć wie­dział, że musi za­cho­wać spo­kój.

- Nie mo­żemy tego zro­bić - za­opo­no­wał, sta­ra­jąc się utrzy­mać kon­trolę nad gło­sem. - Mi­chał ma wspar­cie Ta­ta­rów... Po­szuka po­mocy na Rusi...

- Skąd o tym wiesz?

- To już moja rzecz. Nasz za­kon nie może so­bie po­zwo­lić na wro­gów ze wszyst­kich stron.

Kon­rad, nie zwa­ża­jąc na sprze­ciw, pod­szedł do stołu, po­chy­lił się nad nim, opie­ra­jąc ciężko ręce na kra­wę­dzi, jakby cała jego siła gdzieś ule­ciała, pierz­chła w nie­byt. Od­dy­chał płytko, a twarz stra­ciła swój zwy­kły ko­lor.

- Wciąż ja tu rzą­dzę, Lu­dwiku - wy­szep­tał. Jego sło­wom nie bra­ko­wało wład­czo­ści, choć jego ciało za­czy­nało od­ma­wiać po­słu­szeń­stwa.

Lu­dwik z uda­waną tro­ską zbli­żył się o krok.

- Wy­daje się wuj osła­biony... Czy mam we­zwać me­dyka?

Kon­rad za­prze­czył i tylko uniósł dłoń, od­pra­wia­jąc bra­tanka bez słowa, po czym się­gnął po pa­ku­nek ukryty pod szafą. Lu­dwik, ką­tem oka ob­ser­wu­jąc ru­chy wuja, cof­nął się w cień rzu­cany przez drzwi. Na jego twa­rzy po­ja­wił się ślad uśmie­chu, le­d­wie za­uwa­żalny, lecz pe­łen wy­ra­cho­wa­nia.

A Kon­rad, nie­za­leż­nie od siły swego umy­słu, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał kru­szący się mur zamku, który nie­uchron­nie pod­daje się na­po­rowi czasu.

Tym ra­zem jed­nak czas dzia­łał na ko­rzyść Lu­dwika.

Dla­tego ru­szył we­wnętrz­nym ko­ry­ta­rzem zamku w Mal­borku.

Od­na­lazł me­dyka w jed­nej z bocz­nych izb, gdzie ten usi­ło­wał skła­dać ja­kieś zioła. Na dźwięk otwie­ra­nych drzwi męż­czy­zna pod­niósł wzrok, a jego oczy wy­peł­niły się czymś, co Lu­dwik od razu roz­po­znał - stra­chem. Lu­dwik po­tra­fił bez­błęd­nie roz­po­znać strach. Na­uczył się tego już dawno temu. Strach za­wsze zdra­dzał prawdę.

- Kom­tu­rze - wy­krztu­sił me­dyk, kła­nia­jąc się ni­sko, jakby pró­bo­wał się przy­po­do­bać. - Czym mogę słu­żyć?

Lu­dwik nie od­po­wie­dział od razu. Usiadł na­prze­ciw niego, de­lek­tu­jąc się ci­szą. Zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie, który nie­pew­nie prze­kła­dał fiolki z jed­nego miej­sca na dru­gie, jakby ocze­ki­wał py­ta­nia, które nie­uchron­nie miało na­dejść.

- Co to za pa­ku­nek prze­ka­za­łeś mo­jemu wu­jowi? - za­py­tał w końcu Lu­dwik ła­god­nym, nie­mal obo­jęt­nym to­nem. - Wy­daje się, że to coś cen­nego, skoro tak pil­nie to ukry­wasz.

Me­dyk za­ci­snął dło­nie na stole, jakby szu­kał w nich wspar­cia. Jego usta się po­ru­szyły, lecz słowa nie chciały się z nich wy­do­być. Wresz­cie zdo­był się na od­wagę, choć głos mu drżał.

- To... le­kar­stwa, pa­nie. Wielki mistrz po­trze­buje le­ków, zwłasz­cza w swoim wieku. Nic wię­cej.

Lu­dwik się uśmiech­nął. Był to ra­czej uśmiech czło­wieka, który wie­dział, że prze­ciw­nik jest w po­trza­sku i nie zdoła się z niego wy­do­stać.

- Le­kar­stwa? - po­wtó­rzył po­woli. - Le­kar­stwa dla czło­wieka, który stoi na czele Za­konu? Dziwne, że ni­gdy wcze­śniej ich nie po­trze­bo­wał. Czy mój wuj jest po­waż­nie chory, mów prawdę...

Me­dyk prze­łknął ślinę, ucie­kał spoj­rze­niem na boki, jakby gdzieś w cie­niu kom­naty mo­gła się kryć od­po­wiedź. W końcu tylko po­tak­nął głową, zbyt prze­ra­żony, by sprze­ci­wić się sile, którą re­pre­zen­to­wał Lu­dwik.

- Wielki mistrz po­trze­buje od­po­czynku i na­szej mo­dli­twy - wy­ja­śnił po­spiesz­nie. - Je­stem pe­wien, że leki...

Lu­dwik pod­niósł brew, przy­su­wa­jąc się bli­żej.

- Jak długo jesz­cze wuj bę­dzie prze­wo­dził za­ko­nowi? - Jego głos, choć miękki, prze­szy­wał te­raz ni­czym szty­let.

Me­dyk spu­ścił wzrok, dło­nie mu drżały, a ci­sza, która na­stała, była wy­mow­niej­sza niż ja­kie­kol­wiek słowa. Przez krótką chwilę Lu­dwik cze­kał jesz­cze, aż męż­czy­zna od­waży się co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, lecz wie­dział już, co skry­wało się za jego mil­cze­niem.

- A więc jest umie­ra­jący - stwier­dził dziw­nie chłodno, wpa­tru­jąc się w twarz me­dyka. Jego bla­dość utwier­dziła Lu­dwika w prze­ko­na­niu, że ma ra­cję.

- Pa­nie... - Me­dyk le­d­wie mógł mó­wić. Ści­szył głos do szeptu. - Wielki mistrz jest słaby. Jego stan po­gar­sza się z dnia na dzień... Nie wiem, ile czasu mu zo­stało...

Lu­dwik wstał z miej­sca, po­woli, jakby każdy jego ruch był prze­my­ślany. To, co wła­śnie usły­szał, po­twier­dziło wszyst­kie jego po­dej­rze­nia. Kon­rad, wielki mistrz, czło­wiek, który przez ostat­nie lata wła­dał za­ko­nem, zmie­rzał ku kre­sowi swo­ich dni. A Lu­dwik wi­dział przed sobą przy­szłość, swoją wła­sną przy­szłość.

Zbli­żył się do me­dyka, po­chy­la­jąc się nad nim. Ich twa­rze były te­raz bli­sko sie­bie, a choć Lu­dwik szep­tał, każde jego słowo brzmiało jak groźba:

- Masz mil­czeć. Nic, co zo­stało po­wie­dziane, nie może wyjść poza tę izbę... Mój wuj za­słu­żył na spo­kój, i ja za­trosz­czę się o to, żeby mu go nie za­bra­kło. Je­żeli co­kol­wiek do­trze do nie­po­wo­ła­nych uszu... - przed oczami sta­nęła mu twarz Hen­ryka - ...cóż, bę­dzie to twój ostatni błąd.

Me­dyk za­drżał, lecz kiw­nął głową ze zro­zu­mie­niem, wie­dząc, że jego ży­cie za­leży te­raz od mil­cze­nia.

Lu­dwik się cof­nął. Wy­cho­dząc z izby, czuł, że świat, który go ota­cza, zmie­nia się wła­śnie na jego oczach.

Przez kilka na­stęp­nych ty­go­dni ob­ser­wo­wał Hen­ryka. Ale ten jak na złość nie po­peł­niał błę­dów. Za­cho­wy­wał się jak za­wsze. Chłodno uprzejmy, z uśmie­chem peł­nym wyż­szo­ści, jakby po­znał wszyst­kie se­krety świata. Draż­nił tym Lu­dwika nie­mi­ło­sier­nie.

Zu­peł­nie jakby uwa­żał się za ko­goś lep­szego. A na pewno za lep­szego od niego, Lu­dwika.

Hen­ryk za­ska­ki­wał go tym spo­ko­jem, pod któ­rym bez wąt­pie­nia coś się kryło. Szpie­dzy Lu­dwika do­no­sili mu, że von Plauen z ni­kim się nie kon­tak­tuje, nie roz­ma­wia z in­nymi kom­tu­rami o ewen­tu­al­nym po­par­ciu w dą­że­niach do ty­tułu wiel­kiego mi­strza.

Lecz von Er­lich­shau­sen cze­kał, pewny, że Hen­ryk się z czymś zdra­dzi, i nie będą to tylko od­wie­dziny po­bli­skich lu­pa­na­rów.

Pro­mie­nie słońca le­ni­wie prze­dzie­rały się przez cięż­kie, ciem­no­szare chmury.

Lu­dwik sie­dział przy okrą­głym stole w bi­blio­tece. Od­pra­wił wła­śnie skrybę z li­stami, gdy wy­raź­nie wy­czuł czy­jąś obec­ność. Hen­ryk zja­wił się nie­mal bez­sze­lest­nie. Za­szczy­cił Lu­dwika pół­u­śmie­chem, a ten aż wzdry­gnął się z za­sko­cze­nia.

- Prze­stra­szy­łeś się? Mnie czy swo­jego su­mie­nia? - spy­tał Hen­ryk, nie­dbale za­sia­da­jąc na­prze­ciwko.

Twarz Lu­dwika po­sza­rzała.

- Chcia­łem z tobą mó­wić...

- A o czym? Czyż­byś chciał się ode mnie do­wie­dzieć cze­goś, czego twoi szpie­dzy jesz­cze ci nie do­nie­śli?...

Von Er­lich­shau­sen mil­czał.

Wy­mie­nili spoj­rze­nia pełne fał­szy­wej uprzej­mo­ści. Choć roz­ma­wiali jak sta­rzy przy­ja­ciele, każdy z nich był świa­domy, że to tylko ko­lejny etap gry, która może przy­nieść zwy­cię­stwo tylko jed­nemu z nich.

- Cie­kawe... Za­sta­na­wiam się, dla­czego twoi lu­dzie po­dą­żali za mną ostat­nimi dniami. Czyż­byś się oba­wiał, że mam coś do ukry­cia?

Lu­dwik uśmiech­nął się lekko, jakby to py­ta­nie było nie­mal roz­kosz­nie ab­sur­dalne.

- Oba­wiać się? O nie... Hen­ryku. Czło­wiek mo­jego po­kroju nie musi się ni­czego oba­wiać. Cza­sem po pro­stu zwy­kła tro­ska o przy­ja­ciół każe śle­dzić ich kroki... by się upew­nić, że lu­dzie bli­scy sercu nie zba­czają na złą drogę.

Hen­ryk za­śmiał się krótko, lecz w jego oczach kryła się ostroż­ność.

- Przy­ja­ciele... To ta­kie piękne słowo. Cza­sami się za­sta­na­wiam, czy w tym zamku są jesz­cze lu­dzie, któ­rzy wie­rzą w tak pro­ste war­to­ści jak przy­jaźń.

Lu­dwik oparł się o stół, po­chy­la­jąc nie­znacz­nie w stronę swo­jego roz­mówcy. W jego ru­chach było coś głę­boko prze­my­śla­nego, jakby każdy gest miał ukryte zna­cze­nie.

- Czy my­ślisz cza­sami o wła­dzy, Hen­ryku?

Von Plauen nie od­po­wie­dział.

- Wiesz, czym jest wła­dza? Dla mnie to tru­ci­zna, którą są­czy się po­woli, a nikt wo­kół nie zdaje so­bie sprawy, że za­truje ona każ­dego, kto się jej na­pije. Co czu­jesz, gdy pa­trzysz na wiel­kiego mi­strza? Słab­nie z każ­dym dniem... ty po­wi­nie­neś to wie­dzieć, Hen­ryku... Je­steś wszak jego naj­bliż­szym do­radcą, jego cie­niem.

Hen­ryk się skrzy­wił.

- Stan zdro­wia wiel­kiego mi­strza to dla mnie sprawa oso­bi­sta. Wiem jed­nak, że twoje po­czy­na­nia nie przy­no­szą mu ulgi. Nie je­steś dla niego le­kiem, Lu­dwiku, a ra­czej przy­czyną jego pro­ble­mów ze zdro­wiem.

Von Er­lich­shau­sen po­chy­lił się bar­dziej.

- Ja je­stem przy­szło­ścią za­konu, Hen­ryku... Je­śli Kon­rad nie prze­żyje, to ja będę mu­siał wziąć na sie­bie to brze­mię... Zda­jesz so­bie z tego sprawę tak samo jak ja. W tej grze, w któ­rej wszy­scy bie­rzemy udział, nie ma miej­sca na sła­bo­ści...

Hen­ryk spoj­rzał na swego roz­mówcę z po­li­to­wa­niem.

- Nie je­stem twoim wro­giem, Lu­dwiku - rzekł ci­cho. - Nie chcę two­jego upadku. Ale twoje am­bi­cje są nie­bez­pieczne. A am­bi­cja może być za­równo naj­więk­szą za­letą czło­wieka, jak i jego naj­po­waż­niej­szą wadą...

Lu­dwik znów się uśmiech­nął, lecz tym ra­zem jego twarz przy­po­mi­nała ma­skę.

- Am­bi­cja? To, co ty na­zy­wasz am­bi­cją, ja na­zy­wam obo­wiąz­kiem. Czyż nie jest na­szym ce­lem, aby za­kon rósł w siłę? Aby­śmy pa­no­wali nad tymi zie­miami, jak na ry­ce­rzy Chry­stusa przy­stało? Je­śli nie ja, to kto? Ty?

Na te słowa Hen­ryk wes­tchnął, lecz nie pod­jął wy­zwa­nia.

- W tej jed­nej kwe­stii się zga­dzamy, Lu­dwiku. Do­póki wielki mistrz żyje, bę­dziemy mieć po­kój. Po­zwo­limy się wo­dzić Związ­kowi Pru­skiemu za nos. Ale wojna jest nie­unik­niona. I to wojna z Ko­roną. Bez względu na to, kto sta­nie na czele za­konu. A kiedy ona na­dej­dzie, nie bę­dzie już miej­sca na wa­śnie ani in­trygi. Po­leje się krew.

Obaj męż­czyźni po­pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu, jakby w tej jed­nej chwili zro­zu­mieli, że ich spór, choć za­cięty, jest le­d­wie przy­grywką do cze­goś więk­szego, co zbliża się z nie­ubła­ganą pew­no­ścią.

Deszcz wy­bi­jał rytm na bruku.

Do sław­nego przy­bytku pro­wa­dziła ka­mie­ni­sta droga. Po­wóz, który wła­śnie za­je­chał, był rzad­ko­ścią, prędko więc przy­kuł spoj­rze­nia cie­kaw­skich. Służba, pa­choł­ko­wie, a na­wet kilku go­ści in­ten­syw­nie przy­glą­dali się nowo przy­by­łym.

Męż­czyźni byli okryci ob­szer­nymi opoń­czami, a ich ob­li­cza skry­wały się za na­cią­gnię­tymi kap­tu­rami. Je­den ze słu­żą­cych, bar­czy­sty ol­brzym, ski­nął na nich i wpro­wa­dził ich bocz­nym wej­ściem. Twarz miał po­krytą brodą, a oczy nie­prze­nik­nione. Ni­gdy nie za­da­wał zbęd­nych py­tań. Przyj­mo­wał znacz­nych go­ści i wpro­wa­dzał ich do sali na pię­trze.

Jego pani nie lu­biła wścib­skiej służby. A on od­dałby ży­cie za swoją pa­nią, gdyby za­ist­niała taka po­trzeba.

Te­raz roz­ka­zał dziewce słu­żeb­nej za­pa­lić wszyst­kie lampy, przy­nieść dzbany z naj­lep­szym wi­nem i od­da­lić się co prę­dzej. Wnę­trze pach­niało ży­wicą prze­mie­szaną z za­pa­chem la­wendy.

Hen­ryk okrę­cił się wo­kół wła­snej osi i zrzu­cił płaszcz, który bro­daty słu­żący w lot po­chwy­cił. Von Plauen ski­nął na Lu­dwika, aby ten uczy­nił to samo. Sam opadł na jedną z ław, spe­cjal­nie na tę oka­zję wy­ście­łaną mięk­kimi tka­ni­nami.

- Te­raz jest tu le­piej niż przed­tem - za­śmiał się z uzna­niem. - No co tak sto­isz? Roz­gość się - zwró­cił się do Lu­dwika.

Ten rze­czy­wi­ście stał nie­pew­nie, jakby zna­lazł się w tym miej­scu wbrew swej woli. Po­woli ścią­gnął płaszcz i po­dał słu­żą­cemu. Jego spoj­rze­nie zdra­dzało nie tylko nie­chęć, ale także pewne za­in­te­re­so­wa­nie. Oglą­dał wnę­trze, do któ­rego we­szli.

- Czę­sto tu by­wasz? - spy­tał iro­nicz­nie.

- Re­gu­lar­nie. - Hen­ryk był w do­brym na­stroju. Ka­zał na­lać so­bie wina i ką­tem oka ob­ser­wo­wał Lu­dwika, gdy ten ostroż­nie usiadł na jed­nej z ław. - Mają tu naj­lep­sze ko­biety. Lep­sze od tych, które są na dwo­rze ce­sar­skim. Wierz mi, wiem, co mó­wię... a te­raz zo­ba­czysz coś oso­bli­wego - po­wie­dział i kla­snął w dło­nie.

Naj­pierw do sali wszedł, a ra­czej wsko­czył ka­rzeł, który wy­ko­nał efek­towną prze­wrotkę i ro­ze­śmiał się per­li­ście, wi­dząc za­cie­ka­wione miny Krzy­ża­ków. W ge­ście za­po­wia­da­ją­cym ta­jem­nicę po­ło­żył pa­lec na ustach.

Za nim do sali we­szły cztery młode ko­biety. Róż­niły się ubio­rem i urodą. Rysy każ­dej z nich zdra­dzały inne po­cho­dze­nie.

Oprócz nich po­ja­wiła się jesz­cze jedna nie­wia­sta, bar­dzo piękna, cho­ciaż kilka lat star­sza. Pa­trzyła na Lu­dwika z wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Miło mi po­wi­tać tak zna­mie­ni­tych go­ści. - Jej głos wy­peł­nił całą kom­natę.

Lu­dwik po­czuł, że mógłby dać mu się znie­wo­lić.

- Je­steś, Ewaldo. - Hen­ryk pod­niósł się na jej wi­dok.

Skło­niła się wy­twor­nie ni­czym och­mi­strzyni dworu kró­lew­skiego.

Lu­dwik się w nią wpa­try­wał, szcze­gól­nie w jej oczy, ciemne i zja­wi­skowe. Było w nich coś ma­gne­tycz­nego, a jed­no­cze­śnie zwie­rzę­cego.

- Usiądź, pa­nie - zwró­ciła się do Hen­ryka, który jedną ręką przyj­mo­wał pu­char z wi­nem, a drugą wę­dro­wał po jej zgrab­nej ki­bici.

- A ty, skrza­cie, opo­wiedz o na­szych gra­cjach - do­dała po­spiesz­nie.

Czło­wie­czek na­zwany skrza­tem znów się ro­ze­śmiał. Te­raz go­ście zwró­cili uwagę na sto­jące w sze­regu pięk­no­ści, ka­rzeł przy­su­nął się do pierw­szej z nich i cmok­nął z za­chwytu.

- Praw­dziwa gwiazda Pół­nocy - za­piał, ob­cho­dząc dumną jak po­sąg ma­je­sta­tyczną blon­dynkę.

Róż­nica wzro­stu po­mię­dzy tym dwoj­giem wy­dała się Lu­dwi­kowi bar­dzo za­bawna.

Dziew­czyna miała ide­alne rysy twa­rzy, skrzat prze­su­wał dło­nią po jej ciele, które po­kry­wał strój przy­wo­dzący na myśl dawne bo­gi­nie Skan­dy­na­wii.

- Na ze­wnątrz chłodna ni­czym lód, ale wnę­trze skrywa żar, który roz­pali na­wet naj­wy­bred­niej­szego. Ta zaś - tu pod­szedł do dru­giej pięk­no­ści - po­cho­dzi z Nad­re­nii.

Nie­miec­kie na­zwy za­wsze przy­cią­gały uwagę Hen­ryka, nieco niż­sza pla­ty­nowa blon­dynka uda­wała wy­raź­nie spe­szoną. Nie­znacz­nie przy­gry­zła wargi i wy­raź­nie uni­kała kon­taktu wzro­ko­wego, co tylko wzmo­gło pod­nie­ce­nie von Plau­ena.

- Ko­biety na dwo­rze ce­sa­rza przy niej bledną - ro­ze­śmiał się skrzat.

- Co o niej my­ślisz? - za­py­tał Hen­ryk Lu­dwika, ale ten po­krę­cił głową.

- Są jesz­cze dwie - za­chwa­lał ko­lejne ko­biety.

Trze­cia spo­śród nich, ciem­no­włosa, ciem­no­oka dziew­czyna w stroju ge­nu­ań­skiej mniszki, ob­ró­ciła się do­okoła wła­snej osi.

- To kwiat ziemi ital­skiej. - Skrzat ob­li­zał spierzch­nięte wargi. - Zna ta­kie sztuczki, o któ­rych ist­nie­niu inne ko­biety na­wet nie wie­dzą. Nie ma so­bie rów­nych, można umrzeć z roz­ko­szy.

- A ktoś już umarł? - za­chi­cho­tał Hen­ryk.

- I jesz­cze czwarta. - Ka­rzeł wy­pchnął do przodu ostat­nią dziew­czynę. - Naj­cie­kaw­szą zo­sta­wi­łem na ko­niec... to naj­więk­sza ta­jem­nica... spro­wa­dzili ją ho­len­der­scy kupcy. Po­trafi mó­wić po nie­miecku. Po­dobno - tu ści­szył głos - wi­dzi przy­szłość.

Lu­dwik przyj­rzał jej się uważ­nie. Dziew­czyna zer­k­nęła na niego w prze­lo­cie, ale za­raz spu­ściła wzrok.

- Jak to wi­dzi przy­szłość? - za­czął wy­py­ty­wać.

- Po­trafi prze­po­wia­dać, wi­dzi przy­szłe zda­rze­nia, które są ukryte dla zwy­kłych lu­dzi - oznaj­mił skrzat z ta­jem­ni­czą miną. - Ten dar znik­nie po­noć po pierw­szej nocy spę­dzo­nej z męż­czy­zną - do­dał z szel­mow­skim uśmie­chem.

- To dzie­wica? - zdu­miał się Lu­dwik.

- Wie­dzia­łem, że ten fakt cię za­in­te­re­suje. - Hen­ryk nie krył ra­do­ści.

- Chcę ją - oznaj­mił von Er­lich­shau­sen.

- Bar­dzo do­bry wy­bór, mój pa­nie - po­chwa­liła Ewalda, która do tej pory nie wtrą­cała się do dys­ku­sji, za­jęta ma­so­wa­niem ra­mion Hen­ryka.

- A dla mnie przy­go­tuj tę drugą - wtrą­cił ten ostatni, skła­da­jąc po­ca­łu­nek na dłoni Ewaldy.

- Sły­sza­łeś wolę na­szych go­ści. - Ko­bieta kla­snęła na skrzata.

Ten skło­nił się dwor­nie i wy­pro­wa­dził dziew­częta.

- Niech wszystko bę­dzie tak jak za­wsze - przy­ka­zał dla pew­no­ści Hen­ryk.

- Czy ja cię kie­dy­kol­wiek za­wio­dłam, pa­nie? - spy­tała prze­kor­nie Ewalda, sia­da­jąc wy­god­nie na jego ko­la­nach.

Lu­dwik spoj­rzał na nią z nie­sma­kiem i wy­chy­lił do dna pu­char z wi­nem.

Mu­zyka le­d­wie do­cie­rała do kom­naty na pię­trze, a gdy Lu­dwik za­mknął za sobą drzwi, jej dźwięki nie do­cie­rały tam wcale.

Kom­tur, mru­żąc oczy, przy­glą­dał się dziew­czy­nie. Stała na środku lekko po­chy­lona. Jej pierś fa­lo­wała zmy­słowo, wzrok miała spusz­czony. Lu­dwik odło­żył kie­lich i pod­szedł do niej.

- Po­wiedz - wy­szep­tał, uj­mu­jąc jej pod­bró­dek - umiesz od­czy­ty­wać przy­szłość?

Przez mo­ment wpa­try­wała się w niego nie­pew­nie.

- Tak, pa­nie...

- Po­wiedz mi za­tem, co wy­czy­ta­łaś z mo­jej twa­rzy. - Ob­szedł dziew­czynę do­okoła, po­chy­la­jąc się na chwilę, by po­czuć w noz­drzach jej za­pach.

- Co chcesz wie­dzieć, pa­nie?

- Czy zo­stanę wiel­kim mi­strzem? - wy­rwało mu się. Masa my­śli kłę­biła się te­raz w jego gło­wie.

Wy­da­wało mu się, że czeka na od­po­wiedź całą wiecz­ność.

- Tak, pa­nie...

Na­brał głę­boko po­wie­trza.

- I jaki los mi prze­po­wia­dasz, dziewko, gdy zo­stanę już wiel­kim mi­strzem?

Dziew­czyna mil­czała.

- Za­py­ta­łem cię o coś. - Chwy­cił ją za szyję i pod­niósł do góry tak, że le­d­wie mo­gła od­dy­chać.

- Wi­dzę... wi­dzę...

Pu­ścił ją.

- Co wi­dzisz? Mów!

- Wi­dzę wielką wojnę...

- Kto sta­nie na jej czele?

- Ty, pa­nie, sta­niesz na czele wiel­kiej ar­mii...

- Kto bę­dzie moim prze­ciw­ni­kiem?

Oczy dziew­czyny się za­szkliły.

- Orzeł w ko­ro­nie...

- A za­tem król pol­ski. - Lu­dwik za­my­ślił się na chwilę. - Kto zo­sta­nie no­wym kró­lem Pol­ski?

- Nie wiem... nie wi­dzę do­kład­nie, ale cho­rą­giew Po­goni, cho­rą­giew Gie­dy­mina, Ol­gierda...

Lu­dwik za­ci­snął dłoń na ra­mie­niu dziew­czyny, aż jęk­nęła.

- A za­tem Ka­zi­mierz... Kto z nas od­nie­sie zwy­cię­stwo w tym boju?

- Wi­dzę wielką bi­twę, a w niej krzyż na bia­łym tle...

- Zwy­cię­żamy? - Serce tłu­kło mu się w klatce ni­czym zło­wiony ptak.

- Tak, pa­nie.

- Chwała nie­bio­som...

- Wy­gry­wamy wojnę, wi­dzę zbroj­nych ry­ce­rzy wo­kół cie­bie, pa­nie. Strzeż się swo­ich lu­dzi...

- Ja mam się strzec swo­ich?

- Pie­nią­dze i krew, zdrada... pie­nią­dze i krew... zdrada. Wszę­dzie zdrada, ucie­kaj. - Dziewka za­częła mó­wić bez sensu, więc Lu­dwik mocno nią po­trzą­snął.

- Kto kogo zdra­dzi?

- Strzeż się lu­dzi, któ­rym ufasz...

Lu­dwik od­su­nął się od niej gwał­tow­nie, jakby przy­po­mi­na­jąc so­bie naj­więk­sze za­gro­że­nie.

- Hen­ryk... A Hen­ryk, czy on zo­sta­nie wiel­kim mi­strzem?

Dziew­czyna spo­chmur­niała i po­tak­nęła.

- Tak...

Lu­dwik za­chi­cho­tał gwał­tow­nie i ner­wowo.

- Hen­ryk wiel­kim mi­strzem?

- Ale to nie on cię zdra­dzi... Zdrajcą okaże się zu­peł­nie inny czło­wiek, który za­żąda pie­nię­dzy...

- Kim on jest? Znam go?

- Po­znasz, pa­nie...

- Co jesz­cze wi­dzisz?

- Krew, zdradę... krew i zdradę - po­wta­rzała dziewka jak w ma­li­gnie.

Lu­dwik pró­bo­wał nią po­trzą­sać, aż wresz­cie się ock­nęła.

- Nic wię­cej nie wi­dzę - wy­szep­tała.

Kom­tur nie był za­do­wo­lony z tej od­po­wie­dzi.

- Na nie­wiele się zdają twoje wróżby. - Chwy­cił ją za pod­bró­dek i uniósł jej twarz.

- Może ty sama przy­dasz się na coś wię­cej. - Zdarł z niej suk­nię jed­nym ru­chem.

W oczach dziew­czyny po­ja­wiły się strach i łzy.

Wy­głod­niały, przy­glą­dał się jej de­li­kat­nej po­staci.

Pchnął ją na ka­mienną po­sadzkę. Przy zde­rze­niu z zim­nym pod­ło­żem prze­szył ją dreszcz.

Lu­dwik po­lu­zo­wał swoje ubra­nie i opa­da­jąc, pchnął ją tak gwał­tow­nie, że aż krzyk­nęła. To, że od­czu­wała ból, spra­wiało mu dziką, nie­wy­sło­wioną roz­kosz. Był ni­czym fala let­niej bu­rzy, która prze­ta­cza się po pięk­nym, peł­nym owo­ców sa­dzie. Nisz­czy i ruj­nuje. Brał ją z co­raz więk­szą siłą, mimo jej łez, ję­ków oraz ska­za­nych na nie­po­wo­dze­nie prób oporu. Za­tra­cał się w tym dzi­kim szale. Gdy w końcu wstał, z tru­dem ła­pał po­wie­trze. Mi­nęła dłuż­sza chwila, nim do­szedł do sie­bie.

- Prze­wi­dzia­łaś to, co się te­raz zda­rzyło?

Dziew­czyna drgnęła.

Przez cały ten czas le­żała nie­ru­chomo. Mil­czała, od­dy­cha­jąc ciężko, a póź­niej usły­szał jej ci­chy szept:

- Tak.

Było mu jej na swój spo­sób żal, ale nie dał tego po so­bie po­znać.

- Wstań, wyjdź i we­zwij do mnie karła.

Pod­nio­sła się z wy­sił­kiem, otu­la­jąc się strzę­pami ubra­nia.

Gdy za­raz po­tem ka­rzeł sta­nął w progu, Lu­dwik rzu­cił bez wa­ha­nia:

- Ta dziewka ma być tylko moja.

Ko­ry­tarz pro­wa­dzący do lo­chów mal­bor­skiego zamku był słabo oświe­tlony, je­dy­nie blade świa­tło lamp od­bi­jało się od jego ka­mien­nych ścian.

Hen­ryk ka­zał słu­dze od­sta­wić pu­char z wi­nem i od­wró­cił się do Lu­dwika z iro­nicz­nym uśmie­chem, który ni­gdy nie zdra­dzał in­ten­cji.

- Cie­kawe miej­sce wy­bra­łeś na na­szą roz­mowę - za­kpił von Er­li­schau­sen, uno­sząc brew, jakby pró­bo­wał się roz­luź­nić, choć w jego spoj­rze­niu tlił się nie­po­kój. - Chcesz, abym zszedł z tobą do lo­chów?

Von Plauen się uśmiech­nął, a jego wzrok przez chwilę zda­wał się wę­dro­wać po ciem­nym wnę­trzu.

- Nie, jesz­cze nie te­raz.

Lu­dwik po­czuł dresz­cze.

- W tym miej­scu dzieją się rze­czy, które prze­są­dzą o przy­szło­ści nas wszyst­kich. O two­jej też.

Von Er­lich­shau­sen mil­czał, czu­jąc, że Hen­ryk po raz ko­lejny wciąga go w grę, któ­rej za­sady on, Lu­dwik, nie do końca poj­muje. Lecz wie­dział, że tak czy ina­czej, musi grać ostroż­nie. Spoj­rzał na swo­jego ry­wala z mie­szanką fa­scy­na­cji i od­razy, tak jak wtedy, gdy ten za­brał go do domu uciech.

- Wielki Mistrz ma się co­raz go­rzej - ode­zwał się po chwili Lu­dwik. - To kwe­stia dni, może mie­sięcy. Wszy­scy to wi­dzą. A jed­nak nikt nie mówi gło­śno o tym, co czeka nas da­lej.

Hen­ryk uniósł ką­cik ust w ta­jem­ni­czym uśmie­chu.

- Wszy­scy mó­wią, Lu­dwiku. Tylko nie wprost. Po­li­tyka to prze­cież sztuka mó­wie­nia rze­czy, któ­rych nikt nie chce usły­szeć. A ja wiem - tu po­ki­wał pal­cem, jakby wszyst­kiego się do­my­ślał - co chcesz usły­szeć. - Wy­cią­gnął rękę, jakby chciał się­gnąć do naj­bar­dziej skry­wa­nych my­śli Lu­dwika.

Kom­tur po­czuł, jak po ple­cach prze­biega mu lo­do­waty dreszcz. Za­wsze miał wra­że­nie, że Hen­ryk wi­dzi i sły­szy wię­cej, niż po­wi­nien. Jakby znał se­krety, któ­rych na­wet on, Lu­dwik, nie chciał uznać przed sa­mym sobą.

- Nie ro­zu­miem cię - zwró­cił się do von Plau­ena, pró­bu­jąc nadać swo­jemu gło­sowi spo­kojne brzmie­nie, ale w jego oczach można było do­strzec pewne na­pię­cie. - Za­wsze mó­wisz za­gad­kami.

- A czy świat nie jest jedną wielką za­gadką? - od­po­wie­dział Hen­ryk, po­chy­la­jąc się nie­znacz­nie.

Lu­dwik po­czuł, jak serce mu przy­spie­sza.

- O czym mó­wisz?

- Już wkrótce lo­chy zy­skają no­wego lo­ka­tora...

- Kogo?

Hen­ryk spoj­rzał na Lu­dwika z pół­u­śmie­chem, który mro­ził krew w ży­łach.

- To ta­jem­nica - wy­szep­tał. - Przy­naj­mniej na ra­zie.

Lu­dwik wi­dział, że to gra. Hen­ryk mógł być pod wpły­wem al­ko­holu, ale trzeź­wość umy­słu nie opusz­czała go ani na chwilę. Zmru­żył oczy, sta­ra­jąc się ukryć ro­snący nie­po­kój.

- Chcesz zy­skać na cza­sie, Hen­ryku? Dla­czego nie po­wiesz wprost, co mój wuj pla­nuje? - za­py­tał, ze­braw­szy się w so­bie, by jego głos brzmiał spo­koj­nie, choć w głębi du­szy czuł, że traci kon­trolę.

Hen­ryk uniósł brwi, jakby py­ta­nie go roz­ba­wiło.

- Czas... jest ilu­zją, Lu­dwiku. Wła­dza... wła­dza jest wszyst­kim, co się li­czy - od­parł szep­tem Hen­ryk, pa­trząc gdzieś w dal. - A ci, któ­rzy jej pra­gną, za­wsze osta­tecz­nie lą­dują tam, gdzie po­winni, na przy­kład w lo­chach krzy­żac­kich. - Ro­ze­śmiał się.

Lu­dwik za­drżał, pa­trząc w zimne oczy von Plau­ena.

I znów lo­chy.

Lo­chy, które go prze­śla­do­wały. Czy jego prze­zna­cze­niem było wię­zie­nie? Przy­po­mniał so­bie wróżby sta­rej ru­skiej szep­tu­chy, którą jego matka spro­wa­dziła na ich dwór. "Strzeż się lo­chów, młody pa­nie..."

Po­wta­rzała te słowa, a po­tem śmiała się do roz­puku, uka­zu­jąc bez­zębne szczęki. Bał się jej i ucie­kał. Matka go uspo­ka­jała, mó­wiąc, że to tylko stara szep­tu­cha...

"Mi­chaj­łuszka, Mi­chaj­łuszka" - wo­łała matka. W jej ustach brzmiało to jak piesz­czota, w ustach in­nych nie­mal ob­raź­li­wie.

I znów był w za­kon­nych lo­chach. Sie­dział tu od do­brych paru ty­go­dni. Wielki mistrz Kon­rad nie kiw­nął choćby pal­cem w jego spra­wie. Nie in­te­re­so­wał się nim.

W mrocz­nych, zim­nych lo­chach zamku pa­no­wały wil­goć i prze­ni­kliwy chłód. Ka­mienne ściany, to­nące w pół­mroku, zda­wały się po­chła­niać wszel­kie dźwięki, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie echo ka­pa­nia wody. Na pod­ło­dze, w cie­niu że­la­znych krat, sie­dział książę Mi­chał - wielki książę Li­twy. Wciąż uwa­żał, że ma prawo do tego ty­tułu. Wciąż uwa­żał sie­bie za dzie­dzica Kiej­stuta, za dzie­dzica Wi­tol­do­wego.

Jego twarz była ścią­gnięta gnie­wem, lecz w oczach kryło się coś wię­cej - zmę­cze­nie, roz­pacz i cień stra­chu, któ­rego nie po­tra­fił z sie­bie zrzu­cić.

Mi­chał ob­ra­cał swoje dło­nie, jakby wi­dział je po raz pierw­szy. My­ślami błą­dził w prze­szło­ści, w dniach, kiedy są­dził, że jego plan wy­rwa­nia Li­twy spod wła­dzy Ka­zi­mie­rza się po­wie­dzie. Te­raz jed­nak sie­dział w lo­chu, zdra­dzony przez Krzy­ża­ków i wła­sne na­dzieje, które oka­zały się płonne.

- Ka­ta­rzyna... - wy­szep­tał ci­cho, nie­mal do sie­bie, a w jego gło­sie wię­cej było bła­ga­nia, niż pew­no­ści, że żona spró­buje go ura­to­wać.

Wie­dział, że jest od­ważna i lo­jalna, ale czy miała wy­star­cza­jąco dużo siły i wpły­wów, by zmie­rzyć się z po­tęż­nymi prze­ciw­ni­kami, z któ­rymi przy­szło im wal­czyć? Zro­zu­miał, że Krzy­żacy dzia­łają w po­ro­zu­mie­niu z Ka­zi­mie­rzem i za­pewne Świ­dry­giełłą. Że to im za­wdzię­cza po­rażkę.

Gniew Mi­chała wy­bu­chał raz po raz. Po­msto­wał na Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czyka, zło­rze­cząc mu ni­czym ru­skie szep­tu­chy, stare za­kli­naczki. "To jego wina", my­ślał. "Mógł być kró­lem Pol­ski, ale za­brał mi Li­twę i musi mnie ści­gać jak psa. Zła­mać mnie, znisz­czyć. Wszystko przez niego!"

Wtem w ci­szy roz­legł się dźwięk kro­ków. Były one cięż­kie, mia­rowe, lecz pewne. Mi­chał uniósł głowę, a jego wzrok na­po­tkał smu­kłą po­stać ry­ce­rza w bia­łej opoń­czy z czar­nym krzy­żem za­konu. W mro­kach lo­chu, przy mdłym świe­tle po­chodni, do­strzegł twarz, którą roz­po­znał od razu - Lu­dwik von Er­lich­shau­sen, bra­ta­nek wiel­kiego mi­strza.

- Czemu za­wdzię­czam tę wi­zytę, Lu­dwiku? Przy­sze­dłeś się nade mną znę­cać? - wark­nął Mi­chał, pod­no­sząc się po­woli.

Von Er­lich­shau­sen uniósł dłoń, jakby chciał po­pro­sić o ci­szę. Jego spoj­rze­nie było uważne, a głos spo­kojny.

- Książę, nie je­stem tu­taj, by się nad tobą pa­stwić. Przy­sze­dłem po­roz­ma­wiać.

Mi­chał prych­nął, ale się nie ode­zwał. Lu­dwik pod­szedł bli­żej, aż sta­nął tuż przy krat­kach celi.

- Wiem, że nie masz so­jusz­ni­ków. I wiem, że czu­jesz się opusz­czony - za­czął ci­cho Lu­dwik. - Ale dziś w nocy wszystko zo­stało przy­go­to­wane. Uciek­niesz stąd.

- Ucieknę? - Mi­chał zmarsz­czył brwi. - Dla­czego miał­bym ci wie­rzyć? Dla­czego miał­byś mi po­ma­gać?

Lu­dwik pa­trzył na niego bez wy­razu.

- Nie po­pie­ram po­li­tyki swo­jego wuja - od­parł krótko. - To, co robi, jest błę­dem. A ty, książę, mu­sisz wie­dzieć, że masz we mnie so­jusz­nika.

Mi­chał wy­buch­nął gorz­kim śmie­chem.

- So­jusz­nika? - rzu­cił z iro­nią. - Nie mam so­jusz­ni­ków. Je­stem sam. Sam, ro­zu­miesz?

Lu­dwik nie dał się jed­nak spro­wo­ko­wać.

- Może i tak - od­rzekł ci­cho. - Ale dziś w nocy do­sta­niesz szansę. O pół­nocy straż­nik, który zo­stał opła­cony, cię stąd wy­pro­wa­dzi.

Mi­chał zmru­żył oczy, mie­rząc Lu­dwika po­dejrz­li­wym wzro­kiem.

- Dla­czego to czy­nisz? - za­py­tał.

Von Er­lich­shau­sen uśmiech­nął się le­d­wie za­uwa­żal­nie.

- Już czas - po­wie­dział ta­jem­ni­czo. - Wkrótce zro­zu­miesz.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Lu­dwik od­wró­cił się i od­szedł. Mi­chał znów zo­stał sam ze swymi my­ślami. Książę usiadł z po­wro­tem na zim­nym ka­mie­niu, a w jego gło­wie kłę­biły się py­ta­nia. "Już czas", po­wta­rzał w du­chu słowa Lu­dwika. Na co czas? Tego nie wie­dział. Po­zo­stało mu tylko cze­kać.

Lu­dwik spie­szył do kom­nat wuja.

- Czy Hen­ryk von Plauen udał się na spo­czy­nek? - za­py­tał jed­nego z za­ufa­nych sług.

- Tak, pa­nie.

- Ja sam będę czu­wał przy wiel­kim mi­strzu.

- Ro­zu­miem, pa­nie.

Kon­rad od kilku dni czuł się co­raz go­rzej. Hen­ryk nie od­stę­po­wał go na krok, to­też Lu­dwik za­mie­rzał z ra­do­ścią sko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści, która się nada­rzała.

My­ślał też o Mi­chale, który miał dziś w nocy zbiec z krzy­żac­kiego wię­zie­nia. Tyle mógł dla niego zro­bić.

Po­woli otwo­rzył po­dwoje do sy­pialni wiel­kiego mi­strza.

Ciem­ność lo­chów zda­wała się za­cie­śniać wo­kół Mi­chała, gdy jego kroki od­bi­jały się echem w ka­mien­nych ko­ry­ta­rzach. Jego nogi, zmę­czone po­by­tem w wię­zie­niu, le­d­wie nio­sły jego ciało.

Pro­wa­dziła go ta­jem­ni­cza po­stać w ciem­nym płasz­czu, a je­dy­nym źró­dłem świa­tła była trzy­mana przez nią la­tar­nia, któ­rej blask roz­pra­szał mrok nie da­lej na kilka kro­ków. Mi­chał mil­czał, nie­pewny, czy to ra­tu­nek, czy tylko ko­lejna próba ze strony Krzy­ża­ków.

Gdy wy­szli z lo­chów na otwarty dzie­dzi­niec, księ­życ oświe­tlił po­sępne ka­mienne mury. Po­stać, która pro­wa­dziła zbiega, ski­nęła głową w stronę nie­wiel­kiej bramy w mu­rach, za którą cze­kały na nich ko­nie. Ni­kogo tu nie było, co za­sko­czyło Mi­chała. W mil­cze­niu prze­mknęli poza mury zamku, aż na kraj mia­sta. W końcu, kiedy od­da­lili się na tyle, że straże nie mo­gły ich już do­strzec, ta­jem­ni­czy prze­wod­nik przy­sta­nął.

- Idź - rzekł ten czło­wiek ni­skim gło­sem do­bie­ga­ją­cym spod na­cią­gnię­tego kap­tura. - Tam cze­kają na cie­bie.

Mi­chał spoj­rzał w stronę wska­zaną przez nie­zna­jo­mego i uj­rzał grupę lu­dzi w świe­tle po­chodni. Serce za­biło mu szyb­ciej. Gdy pod­szedł bli­żej, wśród ze­bra­nych roz­po­znał zna­jome twa­rze, a wresz­cie ją, Ka­ta­rzynę.

- Ka­ta­rzyno! - jęk­nął ochry­płym gło­sem i nie­mal upadł na ko­lana, kiedy ta rzu­ciła się ku niemu z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami.

- Mi­chale, na­resz­cie! - Jej głos drżał, kiedy mocno go obej­mo­wała. - Czy wszystko z tobą w po­rządku? Nic ci nie jest? - spy­tała, od­su­wa­jąc się na mo­ment, by spoj­rzeć mu w twarz i wy­czy­tać z niej cier­pie­nie.

Ma­lo­wały się na niej i udręka, i tę­sk­nota za żoną...

- Żyję - od­parł, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć, choć zmę­cze­nie i ból od­ci­snęły na nim swoje piętno. - Ale po­wiedz mi... Czy za­pła­ci­łaś Lu­dwi­kowi? Ile cię to kosz­to­wało?

Ka­ta­rzyna po­krę­ciła głową, a w jej oczach po­ja­wił się dziwny błysk.

- Nie za­pła­ci­łam. Sprawy przy­brały inny ob­rót. Coś dziw­nego dzieje się z Krzy­ża­kami, Mi­chale. Jesz­cze nie wszystko stra­cone. Mu­sisz w to tylko uwie­rzyć rów­nie mocno jak ja. Li­twa może być na­sza. Zna­leź­li­śmy no­wych so­jusz­ni­ków.

Mi­chał spoj­rzał na nią uważ­nie i za­czął do­py­ty­wać:

- So­jusz­ni­ków? Kogo masz na my­śli?

Ka­ta­rzyna zni­żyła głos, jakby na­wet w tym od­osob­nio­nym miej­scu oba­wiała się, że ktoś ich pod­słu­chuje.

- Sam bi­skup Ole­śnicki jest jed­nym z nich.

Mi­chał uniósł brwi w zdu­mie­niu.

- Ma w tym bez wąt­pie­nia swój in­te­res, na pewno nie nasz.

Za­nim zdą­żyła co­kol­wiek po­wie­dzieć, wzrok knia­zia padł na sto­ją­cego nieco z tyłu męż­czy­znę. Nie przy­po­mi­nał ry­ce­rza ani szlach­cica. Był ubrany w skromny strój ku­piecki, ale spod jego płasz­cza wy­sta­wały wy­raźne ta­tar­skie zdo­bie­nia.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lekko, wi­dząc za­sko­cze­nie na twa­rzy Mi­chała.

- Sid-Ah­med... - wy­szep­tał Mi­chał z nie­do­wie­rza­niem.

Ta­tar uniósł brew i wy­szcze­rzył białe zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Wi­taj, książę - od­parł, skła­da­jąc coś na kształt ukłonu.

- To wszystko dzięki księż­nej Ka­ta­rzy­nie - do­dał z uzna­niem, a w jego gło­sie po­brzmie­wała dziwna nuta. - Nikt le­piej nie pro­wa­dzi roz­mów o so­ju­szach niż twoja żona, pa­nie.

Ka­ta­rzyna spoj­rzała na Mi­chała z uśmie­chem, w któ­rym kryły się za­równo zmę­cze­nie, jak i de­ter­mi­na­cja.

- Z ta­kimi ludźmi, Mi­chale, wszystko jest moż­liwe. I to jesz­cze nie ko­niec. Jest ktoś jesz­cze. Naj­wier­niej­szy ze wszyst­kich. On zo­stał na Li­twie, na dwo­rze Ka­zi­mie­rza, ale...

Mi­chał prze­rwał żo­nie, chwy­ta­jąc ją za ręce.

- Mu­szę z nim po­mó­wić. Wiesz, że mu­szę.

Ka­ta­rzyna ski­nęła głową, jej oczy lśniły w świe­tle po­chodni.

- Wiem. I wie­rzę, że zdo­łasz. A te­raz po­win­ni­śmy już je­chać, mogą za­cząć nas szu­kać...

Dzwony...

Wszę­dzie roz­brzmiały dzwony.

Naj­pierw je­den, nieco nie­pew­nie, póź­niej rów­nie nie­śmiało przy­łą­czył się do niego drugi, wresz­cie za­częły bić dzwony w ca­łym Mal­borku.

Głę­bo­kie, dźwięczne tony roz­brzmie­wały nad zam­kiem, od­bi­ja­jąc się echem od mu­rów, kruż­gan­ków i dzie­dziń­ców. Coś się wy­da­rzyło.

Służba w po­śpie­chu bie­gała ka­mien­nymi ko­ry­ta­rzami, a straż­nicy przy bra­mach z tru­dem kryli swoje zde­ner­wo­wa­nie.

Hen­ryk von Plauen po­de­rwał się z łoża, zdez­o­rien­to­wany. Miał tej nocy nie­spo­kojny sen, a prze­bu­dze­nie było ni­czym z kosz­maru.

- Co się dzieje?! - rzu­cił prędko do słu­żą­cego, który wła­śnie wszedł do kom­naty, nio­sąc ubra­nia.

- Pa­nie, to dzwony z wieży zam­ko­wej... - za­czął sługa, lecz urwał, wi­dząc za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie Hen­ryka.

- Przy­go­tuj mnie na­tych­miast. - Hen­ryk chwilę po­tem ode­słał słu­żą­cego ge­stem i sam wcią­gnął buty oraz na­rzu­cił na ra­miona ciężki płaszcz. Nie cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nia, ru­szył szyb­kim kro­kiem w stronę kom­nat wiel­kiego mi­strza.

W ko­ry­ta­rzach pa­no­wał chaos - straż­nicy usta­wiali się w go­to­wo­ści, a służba z prze­stra­chem szep­tała mię­dzy sobą. Hen­ryk nie zwa­żał na to. Jego krok był szybki, zde­cy­do­wany, aż do­tarł do cięż­kich drzwi pro­wa­dzą­cych do sy­pialni Kon­rada von Er­lich­shau­sena.

Na progu sta­nął Lu­dwik. Przy­po­mi­nał czło­wieka z cho­ro­bli­wych ma­ja­czeń.

- Mój wuj - po­wie­dział ci­cho. - Jest już w domu Ojca.

Hen­ryk za­trzy­mał się na chwilę, jakby nie do­sły­szał, a może nie chciał tego zro­zu­mieć. Twarz Lu­dwika nie po­zo­sta­wiała jed­nak wąt­pli­wo­ści. Hen­ryk pchnął drzwi i wszedł do środka.

Na łożu spo­czy­wało ciało Kon­rada owi­nięte w białą szatę. Jego ob­li­cze było spo­kojne, nie­mal do­stojne, choć w po­koju uno­sił się ciężki za­pach śmierci. Hen­ryk za­ci­snął pię­ści, czu­jąc, jak wzbiera w nim wzbu­rze­nie.

Spoj­rzał na Lu­dwika, który sta­nął za jego ple­cami. Przez mo­ment ża­den z nich nic nie mó­wił, lecz na­pię­cie w po­wie­trzu było nie­mal na­ma­calne.

Hen­ryk od­wró­cił się na­gle i ko­rzy­sta­jąc z tego, że byli sami, wy­mie­rzył ry­wa­lowi mocny po­li­czek.

Lu­dwik cof­nął się o krok, za­sko­czony. Jego oczy pło­nęły, a twarz skrzy­wiła się w gry­ma­sie wście­kło­ści. Przez chwilę wy­da­wało się, że rzuci się na Hen­ryka ni­czym wście­kłe zwie­rzę. Jego ręce drgnęły, jakby chciał zła­pać tam­tego za gar­dło, ale na­gle się opa­no­wał. Za­ci­snął szczęki i ode­tchnął głę­boko.

Do po­koju za­częli wcho­dzić inni kom­tu­ro­wie, je­den po dru­gim. Ich kroki były cięż­kie, twa­rze przy­gnę­bione. Spo­glą­dali na ciało wiel­kiego mi­strza z wy­ra­zem sza­cunku i smutku, lecz ich uwaga szybko prze­nio­sła się na dwóch męż­czyzn sto­ją­cych obok.

Hen­ryk pod­szedł do Lu­dwika. Oczy tego pierw­szego nie po­zo­sta­wiały złu­dzeń - pro­wa­dził wła­śnie chłodną kal­ku­la­cję. Za­raz po­tem wziął dłoń Lu­dwika w swoje ręce, po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją, jakby w ge­ście hołdu.

- Ka­pi­tuła wy­bie­rze cię na no­wego wiel­kiego mi­strza, Lu­dwiku von Er­lich­shau­se­nie - po­wie­dział gło­śno, tak by wszy­scy ze­brani mo­gli to usły­szeć.

Przez chwilę w kom­na­cie pa­no­wała ci­sza. Po­tem ko­lejni kom­tu­rzy za­częli klę­kać przed Lu­dwi­kiem, po­wta­rza­jąc gest Hen­ryka. Je­den po dru­gim skła­dali mu ukłony, choć kie­ro­wały nimi różne emo­cje i po­stawy, od sza­cunku przez nie­pew­ność po chłodne wy­ra­cho­wa­nie.

Lu­dwik się wy­pro­sto­wał, jakby na­gle od­zy­skał rów­no­wagę. Jego pierś unio­sła się dum­nie, a na twa­rzy po­ja­wił się lekki, zwy­cię­ski uśmiech.

Wresz­cie miał to, czego pra­gnął.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki