- Książę? - Jezusek jakby się zdziwił na mój widok. - Mały Książę - podrwiwał z mojego przezwiska. Wrota otworzyły się ze zgrzytem. Wszedł do dawnego hangaru kółka rolniczego, ja za nim. Gdy kupił hangar, ludzie zastanawiali się po co - a on tartak założył. W związku z tym jeszcze bardziej się głowiono - niewiele mógł na tym zarobić. Poza tym pieniędzy i tak miał dość. Choć skąd ich tyle miał, tylko się domyślano. Jedni przebąkiwali, że tartak to tylko przykrywka dla ciemnych Jezuskowych "byznesów". "Ło, zobocylibymy, co by było, jakby nie Hameryka..." - powątpiewali w Jezuskową przedsiębiorczość drudzy, przekonani, że wspiera go żydowska rodzina z USA, z której w 1968 roku tylko on pozostał w Polsce, przeszedłszy na katolicyzm.
Dwie krajzegi, piły, sterty dech i deseczek, hałda trocin i rozklekotany traktor - Jezusek chyba stwierdził, że wszystko jest na swoim miejscu (ojciec mi mówił, że właściciel tartaku nikomu nie ufa, nawet swojemu zastępcy), bo ruszył ku wyjściu. Mnie kazał czekać, aż przyjdą ci, co mnie przyuczą do pracy w tartaku, zwanym "Niebo".
- O, idzie Ubek. - Jezusek odkopnął pustą butelkę po wodzie mineralnej, których mnóstwo poniewierało się po betonowej podłodze.
Z daleka czerwieniła się twarz zmierzającego w naszym kierunku mężczyzny, z bliższej odległości wyglądała, jakby w niej popękały wszystkie naczynia krwionośne. To z przepicia. W piciu z trudem dotrzymywali mu kroku pozostali pracownicy tartaku. Jezusek, mimo że sam niepijący, zatrudniał wyłącznie pijaczków - jedynie dla mnie zrobił wyjątek. Swym pracownikom kiepsko płacił, więc kiedy narzekali, dawał im do picia zamiast wody mineralnej tanie wino owocowe. Mój ojciec porównywał to w żartach do cudu w Kanie Galilejskiej.
- Ubek, już trzecia! Robota skończona, idź do domu!
- Taa? - Ubek popatrzył na szefa zmętniałym od alkoholu wzrokiem. - To trza iś... - odwrócił się, żeby odejść.
Rozchichotany Jezusek zatrzymał go.
- Jadę dziś do Sandomierza... - pochwalił się - na spotkanie z Papieżem. Wrócę o piętnastej. - I bogobojność pojawiła się na jego twarzy, jakby już za chwilę miał go pobłogosławić Ojciec Święty.
Tymczasem pojawili się dwaj pozostali pracownicy. Ajmsorry z Suchym przestali rozmawiać o zbliżającym się końcu świata, żeby się przywitać z Jezuskiem. Ten wskazał głową na mnie:
- Pokażcie Księciu, jak się u nas pracuje...
W kącikach ust Ajmsorrego przyczaiło się szyderstwo. Nosił się prosto i na wszystkich patrzył z wysoka. Był potomkiem szlacheckiego rodu. Kiedy tylko mógł, chełpił się swoim antenatem, który jako husarz Sobieskiego gromił Turków pod Wiedniem. Podobno wrócił z odsieczy z sakwą wypchaną łupami. Mocno nadwerężony przez mole turecki dywan - pamiątka po przodku - wisiał na ścianie w domu Ajmsorrego. Nie lubił nas, starego i młodego Księcia - nie wierzył w naszą książęcość, wywodzoną przez mojego ojca od wspomnianego w Żywocie św. Metodego potężnego księcia Wiślan. Ja też za Ajmsorrym nigdy nie przepadałem - a znienawidziłem go, gdy ściął drzewo, które zmiażdżyło mojego ojca.
- Łoj, pokoze mu sie, pokoze... - zapewnił przełożonego. - No nie, Suchy?
Z tym znałem się dobrze. Siedzieliśmy razem w jednej ławce w podstawówce - nie dlatego, że się przyjaźniliśmy, ale dlatego, że wychowawczyni nam kazała. Następnie przez kilka lat graliśmy w piłkę w czwartoligowym OKS Opatów - syn sołtysa nadal był piłkarzem tego klubu, chociaż niebawem miał iść do wojska. Nigdy się nie kolegowaliśmy. Od czasu pogrzebu ojca odnosiliśmy się do siebie z mniejszą wrogością. Gdy wracałem do domu z cmentarza, Suchy podszedł i powiedział kilka dobrych słów o moim ojcu, którego śmierci był świadkiem. Zaczął mówić z niechęcią o Jezusku i Ajmsorrym, ale szybko umilkł, jakby się przestraszył, że powie za dużo. Dodał, że chętnie zmieniłby pracę, ale gdzie szukać innej?
No właśnie. Również ja, Książę, musiałem mimo uprzedzeń szukać zarobku, choćby kiepskiego, u Jezuska. Wierzyłem, że to nie potrwa zbyt długo: wyleczę kontuzję i wrócę do gry w piłkę nożną - sądziłem, że tylko to potrafiłbym robić. O studiowaniu prawa myślałem tylko z powodu mojej księżniczki - Róży. Ale wątpiłem, czy się dostanę - na tym wydziale liczyła się przede wszystkim zasobność portfela rodziców.
Ajmsorry zdążył zapytać odchodzącego Jezuska:
- Dzisiaj tyz tniemy deski dlo licełum w Łopatowie?
Usłyszawszy potwierdzenie, a ponadto wiadomość, że dyrektor przyjedzie po deski około południa, ruszyliśmy do drewnianego baraku w rogu hali, służącego za jadalnię i przebieralnię. Z torby treningowej, w której jeszcze niedawno nosiłem piłkarski sprzęt, wyjąłem roboczy kombinezon, który należał do mojego ojca. Przebrałem się. Ajmsorremu, gdy na mnie patrzył, drgnęły szczęki.
- Łojciec godoł ci chyba - uśmiechnął się drwiąco, jakby próbując pokryć zmieszanie - ze łu nos sie zapierdala... Nie to co na boisku...
Znacznie wyższemu ode mnie niełatwo było spojrzeć odważnie w oczy, jednak mi się udało:
- Szczególnie szybko robicie przebieżki... - powiedziałem - do sklepu po wino...
- No, twój łojciec był w tym naprowde dobry...
- Tak, był wszechstronnie uzdolniony. Ale przestałby poprawiać rekordy w tej dyscyplinie, jakby go pan nie wsparł dobrym słowem.
Spuścił wzrok: gdy ojciec rozpoczął pracę w "Niebie", przestał pić. I kiedy już się wydawało, że pić nie będzie, Ajmsorry rozpuścił plotkę, że nie pije, bo ma wszyty esperal - ojciec musiał udowodnić, że to oszczerstwo...
Wyszliśmy z przebieralni - jadalni. Ajmsorry popatrzył na Ubeka i Suchego:
- Wy do krajzegi. Jo bede przyciongoł klocki. A ty - wskazał na mnie - bedzies łukładoł deski. Ło, tutaj - wyznaczył miejsce. Nakazał jeszcze przekładać deski w poprzek skrajnikami i ruszył do ciągnika. Patrzyłem, jak wyjeżdża na wybetonowany plac przed tartakiem - dawny skład buraczany; przy wycince drzewa, którego sterta piętrzyła się tam obecnie, zginął mój ojciec.
Ubek włączył silnik wprawiający w ruch krajzegę. Zabuczał głośno, nierówno (wszystkie maszyny w "Niebie" były wysłużone), aż wreszcie pas zaczął się kręcić i obracać piłę tarczową. Ubek z Suchym sprawnie sobie poczynali, drobiąc pień na deski, zrzynki i trociny. Zabrałem się do pracy. Ledwo zdążyłem się uporać z jedną partią desek, a już czekały następne. I tak kloc za klocem, do zatraty poczucia czasu, do zmęczenia, które potęgowane jednostajnością zajęcia narastało. Każda kolejna deska wydawała się cięższa i większa od poprzedniej, chociaż doskonale wiedziałem, że to tylko złudzenie. Czując na sobie baczny wzrok Ajmsorrego, starałem się nie okazywać zmęczenia. Gdy przyciągnął któryś z kolei kloc, zwrócił mi uwagę:
- Krzywo łukłados!
Poprawiłem jakość układania kosztem szybkości.
- Za wolno się rusos! - Ajmsorry był już z następnym pniem.
Znów narzuciłem szybsze tempo - znów ze szkodą dla staranności.
- Sybci! - Ajmsorremu udało się przekrzyczeć jazgot krajzegi. - Dokładni! - I znów: - Sybci! Dokładni! - Jak tylko mógł, starał się mi pokazać, jak należy w "Niebie" pracować. Aż mnie kontuzjowane kolano rozbolało. Mimo to próbowałem osiągnąć kontentujący Ajmsorrego rytm i jakość pracy. Za którymś razem, gdy rzuciłem deskę na stos ze znacznej odległości i już się schylałem po następną, nagle rozległ się rumor.
- Ty gamoniu! - Ajmsorry przekrzykiwał hałas.
Bezradnie wzruszyć ramionami i spuścić wzrok - oto, co mogłem.
- Tylko nie gamoniu!
Podniosłem wzrok: dyrektor liceum, które niedawno ukończyłem, mężczyzna po czterdziestce, uśmiechnął się do mnie i podał rękę na powitanie. Na Ajmsorrego popatrzył z wyrzutem:
- Dlaczego mu pan ubliża?
- E... - Ajmsorry się zawstydził. - Bo nie łumi desecek układać. Ło - wskazał ręką na leżące w nieładzie deski - co zrobił. Wyłącz krajzege! - rzucił do Ubeka z rozdrażnieniem. - Myślałem, ze jus pan nie przyjedzie - usiłował zmienić temat. - Mioł pan być w południe, a jus - zerknął na zegarek - pierso dochodzi...
Nierówne buczenie silnika ucichło.
Dyrektor jął tłumaczyć Ajmsorremu, że jak wyleczę kontuzję, to nie będę musiał układać desek. A jeśli nawet nie mógłbym dalej grać w piłkę, to pójdę na studia i tak mnie robota w tartaku ominie. Wierzył w moją szczęśliwą przyszłość, w którą ja sam zacząłem powątpiewać. Dobrze mi było w jego szkole, której imię rozsławiałem jako piłkarz. Jednego razu woźna przyłapała mnie na korytarzu w niezmienionym obuwiu i zaprowadziła przed oblicze dyrektora. "On może, pani Jasińska, nie zmieniać obuwia", powiedział jej.
- Co słychać? - Popatrzył na mnie współczująco: już wiedział.
- To co, panie dyrektorze, ładować deski na samochód? - Ajmsorry nie był zadowolony, że to ze mną - księciem o wątpliwym rodowodzie, który w dodatku nie potrafi ułożyć desek, a nie z nim - prawą ręką właściciela tartaku, na dodatek potomkiem husarza Sobieskiego, woli rozmawiać dyrektor.
Do "Nieba" wjechała ciężarówka. Ajmsorry wszedł na przyczepę: nie kwapiłem się do pomocy w układaniu desek podawanych przez Ubeka i Suchego.
- Wiesz, szkołę będę rozbudowywał... - wskazawszy głową na deski, dyrektor zaczął mi opowiadać o swoim projekcie, którego realizacja wymagała raczej zdolności menedżera niż belfra. Dyrektor miał smykałkę. Fundusz na rozbudowę szkoły sam zorganizował: otworzył w internacie schronisko dla turystów coraz częściej wabionych do Opatowa kolegiatą, ratuszem i ciągnącymi się pod całym rynkiem podziemiami.
Nie mógł w nieskończoność przeciągać swego dyrektorsko-menedżerskiego gawędzenia:
- Ten wypadek twojego ojca... - wyjąkał wreszcie.
- ... w końcu musiał się wydarzyć - dopowiedziałem. - Był pijany... w pracy... To jego wina - powiedziałem bez przekonania, popatrzywszy oskarżająco na Ajmsorrego, który sięgając po deskę, rzucił mi niechętne spojrzenie.
- Lubiłem z nim rozmawiać, kiedy przyjeżdżał na twoje wywiadówki. To był wszechstronnie uzdolniony człowiek...
Deski uderzały o deski, coraz ich mniej leżało na podłodze, coraz więcej na przyczepie.
Opowiadałem o ojcu, jaki był. O jego młodzieńczych marzeniach: wierzył, że osiągnie harmonię w rozwoju ciała i umysłu na miarę starożytnych Greków. Chciał zostać świetnym sportowcem i wybitnym intelektualistą - miało to jemu, który ledwo umiał się podpisać, pomóc w opuszczeniu rodzinnej wsi. Marzył o osiedleniu się w Krakowie - bo tam znajdowała się siedziba naszych protoplastów.
- Nie powiodło mu się, z różnych powodów. Został tu i chyba dlatego się rozpił. Ech, te trociny... - przetarłem ręką oczy.
- A może ty spróbujesz? Wrócisz do sportu, pójdziesz na studia - to przecież wciąż możliwe. Ojciec wierzył, że tobie się powiedzie...
- A jeśli mi się nie uda, to skończę jako alkoholik?
Zakończono załadunek, dyrektor pożegnawszy się ze mną, odjechał. Jednak to, co powiedział, nie dawało mi spokoju. Ojciec dawno przestał mi mówić, że we mnie wierzy. Przeciwnie: jak się spił, to twierdził, że nic nie osiągnę, bo kiepski ze mnie sportowiec, a i zdolności do nauki nie posiadam. Wątpił niekiedy, czy w ogóle jestem jego synem, a zatem i potomkiem potężnego rodu znad Wisły.
Ojciec... O ileż silniejszy bym się czuł, gdyby mi mówił, że we mnie wierzy... Tak silny, że góry mógłbym przenosić - Góry Świętokrzyskie, nasze księstwo, przeniósłbym z łatwością.
- Aleś pracowoł! - Gdy ciężarówka z deskami i dyrektorem odjechała, Ajmsorry natarł na mnie niby husarz Sobieskiego na tureckiego janczara pod Wiedniem. Nie pierzchnąłem - wspomnienie słów dyrektora dodawało mi sił. Ja mogłem jeszcze coś osiągnąć, a Ajmsorry... Młodość upłynęła mu na dorywczej pracy w Europie Zachodniej, głównie w Austrii. Czegóż tam dokonał? - kilku rozbojów, wreszcie odebrano mu paszport. W Polsce długo nie mógł znaleźć pracy - dopiero Jezusek go zatrudnił.
Odszedł. Wsiadłby już na traktor, ale Ubek go zatrzymał:
- Moze skończylibymy wcześni? Mom dzisioj imininy, a w torbie... - ściszył głos.
Ajmsorry popatrzył na zegarek.
- Dobra, i tak jus wpół do trzeci. - Kiwnął na Suchego, żeby nie włączał krajzegi.
Na ten dzień przypadały imieniny Bogumiła, więc nieco mnie zdziwiło, że będzie je obchodził Ubek - Bogusław. Ajmsorry z Suchym pospieszyli ze składaniem życzeń -- każdy pretekst do picia jest dobry.
- Ej! - krzyknął za mną Ajmsorry, bo ucieszony z wcześniejszego zakończenia pracy ruszyłem do przebieralni. - Memento mori! - kiedy się odwróciłem, zastępca Jezuska wskazał na wiszącą na haku reklamówkę Ubeka.
- Wszystkich nas to czeka... - uprzytomniłem sobie.
- Memento mori! - Ajmsorry znów pokazał na solenizantową torbę. Czy to, co się w niej znajduje, może sprowadzić na mnie koniec? - Nie rozumiałem, czego ode mnie chce. Ajmsorry lubił się popisywać znajomością języków obcych, jednak marna to była znajomość - obcych wyrażeń używał zwykle w błędnym znaczeniu. - Patrzta sie, puno taki mądry, ze chce studiować, a nie zno tureckiego... - Ajmsorry triumfował: jako poliglota czuł nade mną przewagę. A na punkcie Turków i ich mowy miał prawdziwego bzika. Pracował przecież w Wiedniu, pobił kilku tureckich obywateli i okradł z dywanów - zawisły obok łupu husarza Sobieskiego. - Mówie: podej to! - trzeci raz wskazał na Ubekową torbę.
Zdjąłem z haka reklamówkę, w której znajdowały się trzy butelki taniego wina owocowego. "To może sprowadzić na mnie koniec", pomyślałem, bo nie lubiłem pić. Wręczając siatkę Ajmsorremu, przypomniałem sobie, jak pewnego razu przyniosłem ojcu obiad do pracy i zastałem go przy piciu. Natychmiast zabrałem mu butelkę i rozbiłem.
Zamyśliłem się, a tymczasem Ajmsorry cofnął wyciągniętą rękę i nagle rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
- I coś zrobił? - Ubek prawie się rozpłakał na widok sączącej się z torby ciemnoczerwonej cieczy. Chyba miał nadzieję, że w którejś butelce została choćby odrobina. Alkohol mieszał się z trocinami jak krew ojca z opiłkami drzewa, które go zmiażdżyło. Gdy powiadomiony o wypadku ojca przybiegłem na miejsce i pochyliłem się nad jego ciałem w nadziei, że została w nim choćby odrobina życia - musiałem mieć podobny wyraz twarzy. - Wszysko się wylało! - krzyknął Ubek, załamawszy ręce. - Jezu, tyle wina, tyle...
- Potłuk - w głosie Ajmsorrego pobrzmiewała złośliwość - to i łodkupi!
- Nie odkupię! - pokręciłem przecząco głową. - Bo to pan zawinił!
- Jo?! - obruszył się i popatrzył na pozostałych. - Chybaśta chłopy widziały, ze jezdem niewinowaty?!
Na bezstronność Ubeka nie mogłem liczyć. A Suchy? Wystarczyłoby, gdyby powiedział, co widział - że Ajmsorry umyślnie cofnął dłoń. Ale on tylko spuścił głowę i milczał. Jak wtedy, gdy był wypytywany przez policjantów o szczegóły śmierci mego ojca.
- "Jezdem niewinowaty", to samo pan powiedział - utkwiłem w nim nienawistne spojrzenie - gdy zginął mój ojciec! A przecież to ty - zapomniałem o formach grzecznościowych - to ty ściąłeś to drzewo!
Dlaczego Ajmsorry tylko poczerwieniał na twarzy i zacisnął pięści, ale nie uderzył mnie? A byłby do tego zdolny. We wsi plotkowano, że to z racji swej kryminalnej przeszłości znalazł zatrudnienie u Jezuska i podobno już w niejednym wyręczył swojego szefa. Dużo mówiło się o śmierci gajowego - zginął nieopodal miejsca, w którym Puszczę Jodłową karczowała firma Jezuska. Podobno dopatrzył się, że wykarczowano za dużo drzew i zaczął grozić Jezuskowi sądem. Znaleziono go martwego. Szyja utknęła mu we wnykach zastawionych na sarny. Liczba kłusowników w Górach Świętokrzyskich pewnie dorównuje ilości zwierzyny - trudno było kogokolwiek oskarżyć. Podejrzewano Ajmsorrego.
A ojciec? Może musiał umrzeć, bo Ajmsorry po pijanemu z czegoś mu się wygadał?
- Co tak cicho, jakby kogoś zamordowano? - rozległ się rozbawiony głos Jezuska. - Ależ pięknie było na spotkaniu z Ojcem Świętym! Ile ludzi! Ach, cóż to za budujące przeżycie! - z egzaltacją poprawił wpiętą w klapę marynarki plakietkę z podobizną papieża.
- A pewnie, że zamordowano! - Ajmsorremu z wściekłości aż żyły nabrzmiały na szyi. Jezusek spojrzał na swego zastępcę jakby z przestrachem. Potem popatrzył mi w oczy. Wytrzymałem jego spojrzenie.
- Potłukłeś? - zerknął na Ubeka klęczącego nad wsiąkającą w trociny kałużą.
- Łun potłuk! - Ubek wskazał mnie ręką niby dzieciak oskarżający kolegę z piaskownicy o zepsucie ulubionej zabawki.
- Nie ja - popatrzyłem na Jezuska - tylko Ajmsorry.
- Nieprawda! Wszysko...
Jezuskowi to zapewnienie wystarczyło.
- Podobno lubisz kłamać. - Zmrużył kpiąco oczy. - Ale może przynajmniej dobrze pracujesz?
- Łod rana palcem nie kiwnął! - wycedził Ajmsorry, odzyskując zwykłą pewność siebie.
Mogłem zaprzeczyć, powiedzieć, że do południa pracowałem ile sił - milczałem.
- A pewnie! - Ubek poparł Ajmsorrego i wrócił do swych lamentacji. Suchy spuścił wzrok.
Ruszyłem do przebieralni. W tym czasie Jezusek wypytywał o coś Ajmsorrego. Ten się czerwienił i przecząco kręcił głową. Suchy uprzątał szuflą trociny, a Ubek wciąż był niepocieszony:
- Jezu, tyle wina, tyle...
Jezusek postanowił zająć się jego sprawą. Zapytał, co zamierzam z tym zrobić, i wyciągnął ręce, jakby po pieniądze.
Wśród skrajników walały się puste butelki po wodzie mineralnej. Podniosłem sześć. Wręczając je właścicielowi tartaku, powiedziałem:
- "Rzekł im Jezus: Napełnijcie stągwie wodą".
Jezusek zatrzasnął za mną wrota "Nieba".