Niech zatrzyma się karuzela - Marta Bielawska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

13 miesięcy wcześniej

Rozdział 2

Copyright ? by Marta Bielawska, 2023

Copyright ? by Virtualo, 2023

Redakcja: Agnieszka Szmatoła

Korekta: Malwina Kozłowska | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Małgorzata Drabina / Yellow Room

Wydanie I

Warszawa 2023

ISBN 9788327277008

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Wejdź na virtualo.eulub napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl.

Zobacz nas na

Prolog

Zgrzytnęły zawiasy drewnianej furtki. Kiepskie zabezpieczenie jak na hodowlę byków, ale przez dziesięć lat praktyki weterynaryjnej nie takie cuda już widywała. A i kopytne rzadko kiedy okazywały się naprawdę agresywne.

Kolejne zgrzytnięcie.

Alicja spojrzała przez ramię. Na szczęście skobel wydawał się solidny - duży, ciężki, metalowy. Musiała włożyć sporo wysiłku, by go otworzyć.

Zza ogrodzenia łypnęły na nią olbrzymie, brązowe ślepia. Potężny byk popularnej w okolicy rasy czerwonej zdawał się rzucać jej wyzwanie. Nie bała się, zawsze lepiej dogadywała się ze zwierzętami niż z ludźmi, ale nie była głupia. Wiedziała, że każdemu stworzeniu należy okazać szacunek, każde może skrzywdzić, jeśli poczuje się zagrożone. A już na pewno takie, które waży tonę.

Na szczęście jego krewniak - na co dzień zapewne niemniej niebezpieczny - nadal spał snem sprawiedliwego, premedykanty działały bez zarzutu. Mogła pracować bez obaw, ale należało się spieszyć, jak zawsze w podobnych sytuacjach. Przebywanie w towarzystwie wybudzającego się byka nie należało do najbezpieczniejszych form spędzania czasu.

- Prosiłam, żebyś nie wspinała się na ogrodzenie! - Mimowolnie podniosła głos, zauważywszy, że jej córka ponownie złamała zakaz. - Złaź stamtąd natychmiast!

Dziewczynka rzuciła jej spojrzenie przyłapanej na gorącym uczynku i posłusznie zeskoczyła na ziemię. Alicja po raz kolejny pożałowała decyzji o zabraniu dziecka w teren. Czuła, że to zły pomysł. Eliza nigdy nie przepadała za zwierzętami i nie interesowała się jej pracą, chciała pojechać tylko po to, by odebrać tę możliwość młodszej siostrze, która jeździła z matką regularnie. Tyle że Ola, choć skończyła zaledwie siedem lat, nigdy nie sprawiała problemów. Ona była weterynarią naprawdę zafascynowana. Od najmłodszych lat kochała wszystkie stworzenia - czy to krowę, czy konika polnego.

Skobel zgrzytnął raz jeszcze, jednak Alicja, całkowicie skupiona na pacjencie, nie odwróciła się, tylko sięgnęła po zestaw do szycia. Nim jednak zdążyła cokolwiek zrobić, jej uwagę odwrócił szpak. Zerwał się do lotu tuż za jej plecami, jakby coś nagle zburzyło jego spokój.

A potem rozległ się tętent.

- Eliza!

Rozdział 1

- Dlaczego pani do mnie przyszła?

- Moja przyjaciółka popełniła samobójstwo.

- Czego pani oczekuje?

- Nie chcę być następna.

?

- Gdzie jest moja czarna koszula?!

Stała w sypialni, wpatrując się tępo w lustro. Nigdy nie było jej do twarzy w czerni, choć ten kolor podobno pasował do ciemnej karnacji. Tego dnia Ola wyglądała wyjątkowo okropnie. W nocy nie zmrużyła oka i niestety było to widać. O efektach prób ukrycia zmęczenia pod makijażem wolała się nie wypowiadać.

- Olka? - Igor pojawił się w drzwiach. Dopiero gdy ujrzała w lustrze odbicie jego zmarszczonych brwi, uświadomiła sobie, że wołał ją chwilę wcześniej. Potrzebowała wszystkich swoich sił, by się odwrócić i przywołać na twarz choć odrobinę zainteresowania. - Nie widziałaś mojej koszuli?

Musiała wykazać się dobrą wolą, by nie zauważyć jego zniecierpliwienia. Nie chciała się kłócić, nie w takim dniu. Powiodła spojrzeniem po jego klatce piersiowej, zatrzymała się na bokserkach w nosorożce. Sama je kupiła, całkiem niedawno, więc nie było powodów, by wzbudzały jej irytację, a jednak wzbudziły. Mieli zaraz wychodzić, a on szukał koszuli. Naprawdę nie mógł zrobić tego wcześniej? Dlaczego zawsze musiał odkładać wszystko na ostatnią chwilę?

Odwróciła wzrok, żeby nie wybuchnąć.

- Wisi na drzwiach łazienki - oznajmiła krótko.

Burknął coś, że miejsce ubrań jest w szafie, i wyszedł, a ona się powstrzymała, by nie wspomnieć, że przecież prasowała tę cholerną koszulę minionego wieczoru, choć była w takim stanie, że z trudem obsługiwała żelazko.

Odwróciła się do lustra i utkwiła pełne niechęci spojrzenie w swoim odbiciu. Dziś nienawidziła w sobie wszystkiego: długich, ciemnobrązowych włosów i pociągniętych zielonym lakierem paznokci u stóp; nienawidziła kanciastych łokci i garbatego nosa. Miała ochotę przyłożyć lustrzanej wersji siebie, równie niedoskonałej co prawdziwa, ale to wymagałoby zbyt wiele wysiłku. Mogła tylko bezczynnie stać.

Dochodziła ósma, byli już spóźnieni, ale nie robiła nic, by to zmienić. Wiedziała, że tam, na miejscu, w domu pogrzebowym, będzie się musiała pożegnać z otępieniem, wziąć w garść i pomóc rodzicom Lotki. Będzie musiała nie tylko przekonywać ich, że mają po co żyć, choć stracili jedyną córkę, ale też zostanie zmuszona do przejęcia obowiązków "gospodyni". Ani na jedno, ani na drugie nie miała obecnie siły.

- Jeszcze nie gotowa? - Igor ponownie pojawił się w drzwiach, tym razem już kompletnie ubrany. - Znowu się spóźnimy.

Miała ochotę odwarknąć, że nie przez nią przecież, ale uświadomiła sobie z lekkim poślizgiem, że właściwie tak. Igor był gotowy do wyjścia.

Rzuciła swojemu odbiciu jeszcze jedno spojrzenie i sięgnęła po buty. Kiedy ostatnio miała na sobie szpilki, Konrad oświadczał się Lotce. Od tamtej pory minęło wiele miesięcy i świat stanął na głowie. Nagle musiała pochować najlepszą przyjaciółkę z pełną świadomością, że nawet cholerny pogrzeb nie odbędzie się tak, jak powinien.

Wrzucając telefon do torebki, odruchowo sprawdziła wiadomości, co od śmierci Lotki robiła w regularnych kilkuminutowych odstępach, jakby spodziewała się, że przyjaciółka napisze do niej zza grobu. Nie milczała tak długo, odkąd się znały.

Igor, podrzucając nerwowo kluczyk od samochodu, czekał na dole. Ładnie wyglądał. Założył garnitur pod kurtkę, choć zwykle go nie znosił. Doceniała to. Oczywiście, w pewnym sensie zasugerowała ten wybór, przygotowując mu ubrania poprzedniego wieczoru, ale nie musiał się z nią zgadzać. Cieszyła się - o ile w ogóle mogła cieszyć się z czegokolwiek w zaistniałych okolicznościach - że uszanował jej uczucia. Lotka zasłużyła na godny pochówek.

Pozamykał drzwi i otworzył bramę. Chyba nie liczył na jej rozsądek tego dnia, i słusznie. Był spięty, milczący. Odkąd szefowa znalazła Lotkę na podłodze w gabinecie, Ola nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Igor jest na nią zły. Zupełnie jakby była odpowiedzialna. Albo może po prostu sama czuła się winna?

- Igor...

Spojrzał na nią ponad dachem samochodu, właśnie miał wsiadać. Sama nie była pewna, o co właściwie zamierzała zapytać. Przygryzła wargę. Może tylko chciała usłyszeć coś dobrego?

Westchnął ciężko. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że on także znał Lotkę, że również to przeżył. Może nie tak jak ona, ale to, co się stało, dla wszystkich było szokiem. Poczuła, jak ogarnia ją czułość, i zapragnęła go pocieszyć. Zrobiłaby wszystko, żeby oszczędzić mu cierpień.

- Jedźmy już - poprosił.

Pokiwała głową. Musiała wytrzymać tylko kilka godzin, potem miała resztę życia, by przywyknąć do nowej sytuacji. By nauczyć się żyć bez najlepszej przyjaciółki.

Kiedy Igor wyjeżdżał z podjazdu, raz jeszcze sprawdziła telefon, ale prócz zalewu kondolencji na Facebooku nie było ani jednej sensownej wiadomości. Lotka wciąż milczała.

?

Nie widziała Konrada od śmierci Lotki, a w zasadzie jeszcze dłużej, bo od ostatniego wspólnego wypadu na pizzę. Przeszło trzy tygodnie. Zwykle regularnie się spotykali we czwórkę, często w większym gronie, ale pandemia wiele zmieniła. Również i to.

Powinna do niego zadzwonić. To była jedna z pierwszych rzeczy, jakie przyszły jej do głowy, kiedy się dowiedziała. Tyle razy brała do ręki telefon, nawet wybierała jego numer, ale zaraz się rozłączała. Nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Wiedziała, że nic nie ukoi jego bólu.

Bo Konrad bardzo kochał Lotkę. Znali się pół życia, studiowali na jednej uczelni, choć wybrali różne wydziały. Ola zawsze postrzegała ich jako parę, jakby byli jednym, doskonale funkcjonującym organizmem. Ona - wrażliwa dusza, marzycielka, on - pragmatyk, intelektualista. Na samą myśl, że zobaczy go samego, już na zawsze bez ukochanej Lotki, Olę ogarniał strach. Jakby to mogło jeszcze pogorszyć sytuację.

Zauważył ją, ledwie weszła do domu pogrzebowego. Akurat się odwrócił. Klęczał w pierwszej ławce, palce splótł ciasno w modlitwie, a modlił się raczej rzadko. Uchwyciła jego spojrzenie, całkiem puste, jakby i on też nie żył, i coś przewróciło jej się w żołądku.

Igor położył jej rękę na ramieniu, więc się odwróciła. Myślała, że chce coś powiedzieć, ale tylko spojrzał znacząco. Bez słowa oddała mu kurtkę i ruszyła między ławkami, starając się nie stukać zbyt głośno obcasami.

Przywitała się cicho z rodzicami Lotki. Matka wydawała się otępiała, wpatrywała się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, gniotąc w dłoni bardzo zmęczoną chusteczkę higieniczną. Ojciec po prostu płakał.

Ola rozejrzała się za Igorem. Zamierzała poprosić, żeby z nimi usiadł, ale zajął już miejsce z tyłu i patrzył w innym kierunku. Nie chciała znowu przepychać się między ludźmi, ta droga wydawała się ponad jej możliwości.

Podeszła do Konrada, czując, że nogi zaczynają odmawiać jej posłuszeństwa. Ostrożnie położyła mu rękę na ramieniu. Chciała usiąść, ale nim zdążyła to zrobić, on wstał. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, potem Konrad wyciągnął nieśmiało ręce. Pozwoliła się przytulić albo może sama go przytuliła. Rozpłakał się jak dziecko. Szlochał jej w żakiet, mówiąc coś o kurczaku z rożna, całkiem bez sensu. Trwało to, aż pojawił się ksiądz. Potem Konrad osunął się na kolana. Ola ukucnęła obok, usiłując mu pomóc, i wtedy wreszcie dołączył do nich Igor. Kiedy wspólnymi siłami dźwigali przyjaciela z ziemi, uświadomiła sobie, o co chodziło z tym kurczakiem.

?

Gdyby ktoś dał jej wybór, z całą pewnością ulotniłaby się zaraz po ceremonii. Przez całą mszę, a potem w trakcie obrzędu na cmentarzu nie mogła przestać myśleć, że pomyliła uroczystości. Miała być druhną na ślubie przyjaciółki, niedługo przecież, za niecałe dwa miesiące. Sukienka wisiała w szafie, kupiły ją podczas wspólnego wypadu do miasta, trochę wcześnie, ale wykorzystały letnie przeceny. Lotka groziła jej wtedy żartobliwie palcem, przypominając, że nie ma prawa przyćmić panny młodej. Wydawało się, że od tamtej chwili minęły ze dwie wieczności.

Wyboru nie dostała. Oczywiście, na upartego mogła się wycofać, umknąć chyłkiem, ale gdy o tym pomyślała, odniosła wrażenie, że przyjaciółka patrzy na nią z góry, kręcąc z dezaprobatą głową. Pożegnała się więc z Igorem, zapewniając, że wróci sama, i dołączyła do Konrada, który oddalał się samotnie boczną alejką. Wzięła go pod rękę, pogłaskała po ramieniu i westchnęła cicho.

- Już po wszystkim - powiedziała uspokajająco, bardziej do siebie, niż do niego.

Pokiwał głową. To brzmiało okrutnie i zupełnie nie rozwiązywało problemu, ale Konrad zdawał się myśleć podobnie. Czuła, że on także bał się pogrzebu, chwili, w której zwały ziemi runą na wieko trumny. Nieodwracalności.

Przysiedli na ławce, z dala od głównej alei. I z dala od grobu Lotki, na który żadne z nich nie mogło patrzeć.

Był dwudziesty ósmy listopada. Lotka nie żyła od pięciu dni. Ola mogłaby przysiąc, że przez cały ten czas słońce ani razu nie wyszło zza chmur. Kolejny dowód na to, że życie bez niej nie było możliwe.

- Dlaczego to zrobiła?

Przepełniony bólem głos Konrada wyrwał ją z zamyślenia. Wiedziała, że to pytanie padnie prędzej czy później. Nie było innej możliwości, były z Lotką tak blisko... Też chciałaby uzyskać odpowiedź od samej siebie.

Popatrzyła ze smutkiem na siedzącego obok mężczyznę. Gapił się przed siebie z taką intensywnością, jakby spojrzeniem zamierzał wypalić dziurę w najbliższym żywopłocie. Nie spoglądał na nią i przeszło jej przez myśl, że jego frustracja może się zwrócić przeciw niej.

- Nie wiem - odparła zgodnie z prawdą. Obserwowała Konrada jeszcze chwilę, aż w końcu odwróciła wzrok. Nagle poczuła się nieswojo. - Nie wiedziałam, że ma problemy. - Kiedy żołądek skręcił się boleśnie w odpowiedzi na kłamstwo, odczuła to jak zasłużoną karę. - Że sobie nie radzi - poprawiła się szybko. - Gdybym wiedziała, nie pozwoliłabym na to.

Konrad pokiwał głową. Miała nadzieję, że jej uwierzył. Zacisnęła dłonie na kolanach i również popatrzyła przed siebie. Bardzo chciała powiedzieć coś, czym mogłaby w jakikolwiek sposób ulżyć im obojgu, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Zamiast tego musiała walczyć z wizją Lotki usiłującej wcisnąć się w jej bordową sukienkę. Tak zawzięcie szykowała się do zaręczyn, choć oczywiście wówczas jeszcze nie wiedziała, że Konrad przygotował dla niej pierścionek.

- Ostaszewska mówiła, że zachowywała się normalnie. Ona widziała ją jako ostatnia.

Na wspomnienie szefowej Ola poczuła, że jej żołądek zamienia się w bryłę lodu. Lotka należała do osób bardzo skrytych, zapewne nigdy nie wspominała narzeczonemu o toksycznej atmosferze w pracy. Jej pewnie również nic by nie powiedziała, tyle że te problemy akurat dzieliły od lat.

- Powinnam tam być - powiedziała cicho, nie mogąc się powstrzymać. - Miałam poranną zmianę, ale zamieniłam się z Karoliną i... - Urwała. Zaczęła skubać nerwowo sukienkę, czuła się w niej coraz mniej komfortowo. - Gdybym tego nie zrobiła, Lotka by żyła.

Poczuła na sobie spojrzenie Konrada i natychmiast pożałowała swoich słów. Zamierzała podnieść go na duchu, a nie wylewać własny niepokój. Zacisnęła dłonie na kolanach i wyprostowała się.

- Nie mogę przestać myśleć, że to był cholerny pech. - Potrząsnęła gwałtownie głową, usiłując pozbyć się natrętnych myśli. - Zginęła w lecznicy pełnej ludzi. Nikt nie znalazł jej w porę, nikt nie zauważył, że zniknęła. Ona umierała, a za ścianą wszystko toczyło się jak zwykle.

Jeszcze zanim skończyła, uświadomiła sobie, że tylko pogorszyła sytuację. Spojrzała na Konrada. Płakał. Szybko odwróciła wzrok, ale zawartość żołądka i tak podjechała jej do gardła. Po raz kolejny zdała sobie sprawę, że będzie musiał wrócić do pustego domu, w którym wspomnienie Lotki wyzierało z każdego kąta.

Chciała jakoś ratować sytuację, ale nie mogła cofnąć wypowiedzianych słów. Myślała intensywnie nad sensownym pocieszeniem, musiała jednak przyznać, że takie nie istnieje. Siedzieli więc w milczeniu, wpatrując się w tuje. Ola modliła się, żeby Konrad przestał wreszcie płakać. Nie mogła już tego znieść.

- Piekłem cholernego kurczaka, kiedy ona odbierała sobie życie. - Odezwał się nieswoim głosem, dziwnie niskim i zachrypniętym. - Martwiłem się, żeby nie wyszedł za suchy. - Odwrócił się w jej stronę i ona odruchowo zrobiła to samo. - Powinniśmy przy niej być. Oboje. Zawiedliśmy ją.

Wytrzymała jego spojrzenie zaledwie przez chwilę, potem odwróciła wzrok. Pod powiekami czuła nieznośne pieczenie i obawiała się, że dłużej nie powstrzyma łez, a naprawdę bardzo nie chciała płakać.

Podniosła głowę i popatrzyła w ponure, zasnute ciężkimi chmurami niebo. Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnęła cofnąć czasu. Dla Lotki, dla Konrada, dla siebie.

?

13 miesięcy wcześniej

Lotka wyglądała przecudnie w bordowej sukience z dopasowanym gorsetem i luźniejszym dołem, która pięknie kontrastowała z jasnymi włosami. Jej dobry nastrój utrzymywał się od rana, a odkąd Konrad padł na kolana i wyciągnął pierścionek, zdawała się niemal unosić nad ziemią. Ola patrzyła na nią z niekłamaną przyjemnością, ale też - dla odmiany skrupulatnie skrywanym - smutkiem.

- Chooodź! - Lotka podbiegła do niej i złapała ją za ręce. - Zatańcz ze mną!

- Przecież wiesz, że ja nie tańczę. - Próbowała się wyswobodzić, ale przyjaciółka nic sobie z tego nie robiła. Wyciągnęła ją na środek pokoju, z trudem znajdując dość miejsca między tańczącymi parami.

- No, dalej! - zachęcała ją.

Ola skrzywiła się tylko. Lotka nadal trzymała ją za ręce, usiłując porwać w wir tańca, jednak przyjaciółka była całkowicie odporna na jej starania.

- Daj spokój, widziałaś kiedyś tańczącą Olę? - Konrad znikąd pojawił się obok nich i objął ją ramieniem, solidarny jak zawsze. Świeżo upieczonej narzeczonej rzucił rozbawione spojrzenie. - Nawet ja nie wierzę w takie cuda.

Lotka podparła się pod boki i gniewnie spojrzała na Konrada. Ola chciała wykorzystać okazję, by choć trochę się wycofać, ale nadal obejmowało ją męskie ramię.

- Oczywiście, że widziałam. Uwielbia tańczyć, tylko przy was się wstydzi! - Lotka zatoczyła ręką koło, jakby chciała podkreślić, że chodzi o wszystkich tu obecnych.

Konrad parsknął śmiechem.

- Zawstydzona Ola? To musiałby być ciekawy widok!

- Halo, jestem tu. - Główna zainteresowana postanowiła w końcu przerwać tę dyskusję. - I doskonale was słyszę. Nie wstydzę się - zwróciła się spokojnie do przyjaciółki - po prostu nie umiem.

- Ja też, i co z tego? Nie bierzemy przecież udziału w turnieju!

Miała rację, jednak Ola i tak nie chciała spróbować. Mimo protestów przyjaciółki opuściła parkiet i przysiadła na oparciu fotela, obok Igora zatopionego w telefonie. Kątem oka dostrzegła, że Konrad zastąpił ją godnie i dotrzymał Lotce towarzystwa w tańcu.

Impreza zaręczynowa trwała do późna, najwytrwalsi goście zebrali się dopiero przed świtem. W domu szczęśliwej pary została tylko Ola, deklarując dzielnie pomoc w sprzątaniu. Szybko się jednak okazało, że żadna z nich nie ma ochoty na porządki i ulotniły się, zostawiając Konrada sam na sam z bałaganem.

- Nie pogniewa się? - niepokoiła się Ola, obserwując, jak przyjaciółka opuszcza rolety w sypialni.

- Coś ty, on kocha sprzątać. - Zaśmiała się. - Założę się, że tylko na to czekał.

Rzuciła się na łóżko, nie zdejmując sukienki. Ola po chwili wahania zrobiła to samo. Za oknem zaczynało się już rozwidniać, ale dzięki roletom w pokoju nadal panowała niemal całkowita ciemność.

- Dziwnie się czuję, wiesz? - Lotka oparła głowę na ramieniu przyjaciółki i przymknęła oczy.

- Trzeba było nie mieszać.

Zachichotały.

- Nie o to chodzi. - Podniosła powoli wzrok i popatrzyła przyjaciółce w oczy. - Wiesz, co oznaczają zaręczyny?

Gdyby nie ciężar Lotki, Ola niechybnie wzruszyłaby ramionami.

- Że już niedługo zostaniesz czyjąś żoną.

- Właśnie. - Lotka westchnęła ciężko i powróciła do wygodnej pozycji w ramionach przyjaciółki. - Żoną. Widzisz mnie w tej roli?

W tym momencie należało stanowczo przytaknąć, jednak Ola tego nie zrobiła. Kochała Lotkę całym sercem, ale znała ją dostatecznie, by zdawać sobie sprawę z pewnych ograniczeń.

- Pozostaje pytanie, czy naprawdę tego chcesz. Jeśli tak, poradzisz sobie.

Lotka nie wyglądała na przekonaną. Mruknęła pod nosem coś niezrozumiałego i przez moment wydawało się, że zamierza zapaść w sen, ale w końcu odezwała się ponownie.

- Wydaje mi się, czy cały wieczór byłaś nieswoja? Mam nadzieję, że nie chodzi o Igora?

Ola potrząsnęła gwałtownie głową, o dziwo szczerze, choć rozumiała, skąd się wzięły podejrzenia przyjaciółki.

- Więc o co? - drążyła Lotka. - Chyba nie o moje zaręczyny?

Tu, dla odmiany, należało zaprzeczyć, ale tego Ola zrobić nie mogła. Przez chwilę wpatrywała się tępo w ciemność.

- No dalej, przecież możesz mi powiedzieć o wszystkim!

- Jesteś pewna?

Lotka uniosła brwi, co wydawało się wystarczającą odpowiedzią.

- Okej, ale uprzedzam, że to, co powiem, będzie okropne. - Odgarnęła włosy z twarzy i popatrzyła na przyjaciółkę, która nagle przestała wydawać się senna. - Ja po prostu... To wszystko wydaje mi się takie nierealne. - Choć ssało ją w dołku, nie potrafiła zwerbalizować obaw. - Nie lubię zmian - zakończyła kulawo.

Lotka wsparła się na łokciu. Przez chwilę głaskała przyjaciółkę po włosach z pełną powagą, a potem uśmiechnęła się smutno.

- Wiem, ja też - przyznała. - Ale zmiany nie zawsze są złe, prawda? - Zrobiła pauzę, jakby spodziewała się odpowiedzi, która jednak nie padła. - Wiesz, że to... Zaręczyny, ślub... To niczego nie zmienia między nami, prawda? Nadal będę potrzebowała przyjaciółki, może nawet bardziej.

Ola pokiwała głową. Miała nadzieję, że w ciemności nie widać napływających do jej oczu łez. Rozumiała to wszystko, oczywiście, nie była przecież gówniarą. A jednak nie mogła oprzeć się myśli, że w jakimś sensie traci najlepszą przyjaciółkę.

Rozdział 2

- Ostatnio czuję się... Jakby było mnie tutaj coraz mniej.

- Coraz mniej?

- Jakbym znikała.

- I gdzie pani wówczas jest?

- Po prostu mnie nie ma.

?

- Olka!

Igor był na dole. Wołał ją od kilku minut, coraz bardziej natarczywie, jakby jej obecność była nieodzowna. Pewnie znowu nie mógł znaleźć kawy albo czystego kubka. Do zmywania zawsze miał dwie lewe ręce.

Skarciła się w duchu za te myśli. Ostatnio miała fatalny zwyczaj wyładowywania na nim frustracji, co - nawet jeśli przynajmniej w połowie przypadków trafiała w sedno - było niesprawiedliwe. Nie jego wina, że czuła się tak, jak się czuła. Jakby została z niej sama skorupka, pusta i bezwartościowa.

- Olka, do cholery! - Drzwi otworzyły się gwałtownie i do sypialni wszedł Igor. Miał już na sobie kurtkę. - Wiesz, która godzina?

Przewróciła się na bok i spojrzała na zegarek. Minęła siódma. Faktycznie, gdyby zamierzała zdążyć do pracy na ósmą, miałaby problem. Rozpoczynał się ósmy dzień po pogrzebie, a ona nadal nie zadzwoniła do Konrada. Z każdą kolejną godziną milczenie wydawało się coraz bardziej nie na miejscu, a jednocześnie coraz trudniej było sięgnąć po telefon.

- Mam dziś na drugą zmianę - mruknęła.

Nie była to do końca prawda, ale też nie całkiem kłamstwo. Ola znalazła się w kolejnej grupie nieszczęśników, która musiała zaliczyć grupową psychoterapię, jak w pracy nazywano najnowszy pomysł szefowej. To trochę burzyło jej grafik, ale przynajmniej mogła dłużej zostać w sypialni.

Z jakiegoś powodu nie wspomniała Igorowi o spotkaniu z psychologiem. Może dlatego, że dwa dni wcześniej kazał jej "się ogarnąć". Nie miał nic złego na myśli, ale wzięła to do siebie bardziej, niż by chciała.

- Więc zamierzasz spać do południa?

W jego głosie wyraźnie pobrzmiewała złość. Rozumiała go, jej zachowanie znacznie odbiegało od normy i miał prawo się martwić. Zwykle wstawała pierwsza, bez względu na godziny pracy. Rano działała najbardziej produktywnie, więc był to czas, kiedy nadrabiała wszelkie zaległości - zarówno te etatowe, jak i bardziej "życiowe".

Odrzuciła kołdrę i z pewnym wysiłkiem dźwignęła się do pozycji siedzącej. Natychmiast zatęskniła za poduszką, ale Igor nadal patrzył na nią oskarżycielsko. Musiała wstać.

Zaczęła powoli krzątać się po sypialni w nadziei, że on w końcu się znudzi i wyjdzie. Marzyła, by wrócić do łóżka, poleżeć bezczynnie jeszcze choć kilka chwil. Igor najwyraźniej to wyczuwał, bo nie ruszał się z miejsca, a ona nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jego irytacja rośnie. Modliła się, by zachował ją dla siebie, bo na żadne awantury nie miała obecnie siły.

- O której kończysz? - zapytał nagle.

Przygryzła wargę. Skłamała o popołudniowej zmianie i spotkaniu z psychologiem, ale jej godziny pracy były tak zróżnicowane, że Igor nigdy nie mógł połapać się w grafiku.

- O dwudziestej.

- Na dziewiętnastą jesteś umówiona z dziewczynami. - W jego głosie znowu wyraźnie zabrzmiała złość. - Odwołałaś?

Usiadła ciężko na łóżku, rezygnując z dalszych prób udawania, że robi coś konstruktywnego. Czuła się tak zmęczona, że nie była w stanie jednocześnie szukać ubrań i rozmawiać. Na odpieranie ataków zużywała nieprawdopodobnie dużo energii.

- Igor... - Zawahała się. Chciała powiedzieć, że nie ma siły spotykać się z przyjaciółkami, że nie może teraz bawić się w klubie do rana, jakby nic się nie stało. Przez chwilę zakiełkowała w niej nadzieja, że zrozumie, przecież nie raz okazał się niezwykle empatycznym facetem... A potem westchnęła. - Nie, po prostu się spóźnię.

Popatrzył na nią podejrzliwie. Zwykle raczej nie był fanem jej koleżanek - i one także nie przepadały za jego towarzystwem - ale od kilku dni wciąż o nich mówił. Nalegał, by się spotkały i Ola podejrzewała, że pomysł wyjścia do klubu powstał z jego inicjatywy. W pewnym sensie wydawało się to nawet urocze, chciał poprawić jej humor, starał się, jak mógł. Nie jego wina, że chybił.

- Idę do pracy - oznajmił w końcu, najwyraźniej nie doszukawszy się kłamstwa. - I tak jestem spóźniony.

Poważnie w to wątpiła. Pracował u jej ojca, a ten niewielu rzeczy nienawidził równie mocno, co braku punktualności. Gdyby Igor faktycznie był spóźniony, nie traciłby czasu na tę rozmowę.

Rzucił jej jeszcze jedno spojrzenie, pod którym poczuła się tylko słabsza i bardziej bezradna. Odczekała cierpliwie, aż trzasną drzwi frontowe, i opadła ciężko na plecy. Wpatrując się tępo w sufit, wróciła myślami do Lotki. O ileż łatwiejsze byłoby życie, gdyby mogła po prostu do niej zadzwonić...

?

- Musicie pamiętać, że śmierć nigdy nie jest rozwiązaniem. Kiedy pojawia się problem i czujecie się bezradni, warto prosić o pomoc.

Ola siedziała pod oknem, najdalej od prowadzącej, jak tylko było to możliwe. Wpatrywała się w szybę, za którą świeciło zaskakująco urokliwe grudniowe słońce. Pierwsze od śmierci Lotki.

Dziwne, jak wiele to dla niej znaczyło. Zwykle pogoda nie wpływała szczególnie na jej nastrój, ale tego ranka, kiedy Igor gwałtownym ruchem podniósł rolety i do sypialni wpadły ostre promienie słońca, poczuła niewyobrażalną rozpacz. Jeszcze dzikszą, bardziej dojmującą i nieprzejednaną niż w ciągu poprzednich dni. To nieszczęsne słońce - i Igor, ale jednak głównie słońce - uświadomiło jej, że nikt nie będzie za Lotką wiecznie płakał. Że życie naprawdę toczy się dalej, bez względu na to, jak niesprawiedliwe się to wydaje. Miała wrażenie, że tylko ona nie może ruszyć z miejsca.

- Rozumiem, że ostatnie wydarzenia mocno wami wstrząsnęły, jednakże warto sobie uświadomić, dlaczego w ogóle do nich doszło. - Psycholożka kontynuowała niewzruszona, uderzając coraz bardziej bezpośrednio w nieżyjącą Lotkę. Ola znosiła to z trudem. - Niestety każdy zawód niesie za sobą pewne obciążenia, również psychiczne. Musicie wypracować w sobie mechanizmy obronne, które w sytuacjach stresowych zapewnią wentyl bezpieczeństwa.

- Jeśli zacznie mówić o oddzielaniu pracy od życia prywatnego, przysięgam, że będę krzyczeć - warknęła Ola.

Odezwała się dostatecznie cicho, by usłyszała ją jedynie siedząca najbliżej Karolina. Kiedyś miały dobre relacje, ale od śmierci Lotki i to trafił szlag. Ola bardzo starała się nikogo nie obwiniać, nie mogła jednak przestać myśleć o koleżankach, które były w lecznicy tamtego dnia. O cholernej znieczulicy, przez którą nie zauważyły nieobecności jednej z nich.

Karolina spojrzała na nią wylęknionym wzrokiem, jakby spodziewała się spełnienia groźby. Ola westchnęła cicho i ponownie odwróciła się do okna. Od kilku dni nie mogła oprzeć się wrażeniu, że koleżanki patrzą na nią jak na wariatkę, jakby była bombą z opóźnionym zapłonem. Albo jakby spodziewały się, że skończy jak Lotka.

- Dobierzcie się, proszę, w pary. - Podniesiony głos psycholożki ponownie wyrwał ją z letargu. - Zrobimy sobie małe ćwiczenie. Gwarantuję, że jeśli się do niego przyłożycie, radzenie sobie z trudnymi emocjami nie będzie miało przed wami tajemnic.

W pokoju zrobiło się małe zamieszanie. Zaczęły szurać krzesła, ludzie wydawali z siebie niezbyt entuzjastyczne pomruki, jednak nikt nie zaprotestował. Oparta o framugę drzwi Ostaszewska obserwowała ich bez emocji, najwyraźniej czuwając nad przebiegiem spotkania albo po prostu sprawdzając, czy nikt nie zdezerterował. I słusznie. Ludzie znikali z poprzednich spotkań z psycholożką. Nie, żeby można ich było winić... Choć Ostaszewska winiła na pewno.

Ola rozejrzała się z niechęcią. Pary zdążyły się już utworzyć, jedynie Karolina została sama i teraz przyglądała jej się wyraźnie niezdecydowana. Ola znowu poczuła się jak trędowata.

- Zaczniemy od ćwiczenia, które sprawdza się doskonale wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą emocje. - Prowadząca włączyła jakąś rzewną melodię i teraz przechadzała się między ludźmi, wyraźnie zadowolona. - Zamknijcie oczy, wsłuchajcie się w siebie, a potem nie wahajcie się powiedzieć drugiej osobie, jak się czujecie. Do dzieła!

Dlaczego tak bardzo nie chciała brać udziału w tej tak zwanej "terapii"? Wcale nie dlatego, że gardziła psychologią z zasady. Wierzyła, że psychoterapia może pomóc uporządkować emocje, ale to, co zafundowała im Ostaszewska... Ola miała poważne wątpliwości, czy uśmiechająca się od ucha do ucha psycholożka posiadała w ogóle jakiekolwiek kwalifikacje. Jeśli nawet, do tej pory się z tym nie zdradziła.

Karolina tymczasem zaczęła wykręcać nerwowo palce. Nie paliła się do ustalania podziału ról ani wychodzenia z żadną inną inicjatywą. Czuła się nieswojo i to nie tylko ze względu na idiotyczną formę terapii zafundowanej przez szefową, ale przede wszystkim z powodu towarzystwa koleżanki. Ola przez chwilę wpatrywała się w nią w milczeniu, ale z każdą sekundą widziała mniej Karoliny, a więcej Lotki, i w końcu poczuła, że dłużej nie wytrzyma.

Odwróciła się i nie zważając na zaskoczenie współpracowników oraz wyraźne oburzenie szefowej, po prostu wyszła.

?

- Nareszcie. - Eliza, jakby wyczuwając jej nadejście, kręciła się tuż przy drzwiach. - Już myślałam, że się wymigasz. Znowu.

Ola nie odpowiedziała od razu. Musiałaby być ślepa i głucha, żeby nie wyłapać oskarżycielskiego tonu siostry, ale niespecjalnie chciała się wdawać w tę dyskusję. Owszem, poprzednim razem wykręciła się w ostatniej chwili, ale - mimo skłonności do nadmiernego samokrytycyzmu - czuła się usprawiedliwiona. Eliza, w całej swojej naiwności, zorganizowała babskie spotkanie dzień po pogrzebie Lotki. Chciała dobrze, ale za nic w świecie nie mogła zrozumieć, że Ola po prostu nie jest w stanie w nim uczestniczyć.

- Napisałam ci przecież, że kończę o dwudziestej. - Odwiązała szalik i rozpięła kurtkę, temperatura w lokalu znacząco różniła się od aury na zewnątrz.

Jasne oczy Elizy zapłonęły na samo wspomnienie o pracy i Ola natychmiast pożałowała powołania się na nią. Może ten wieczór nie był spełnieniem marzeń i zdecydowanie wolałaby spędzić go pod kocem w swojej przytulnej sypialni, ale skoro już tu była, zamierzała udawać, że wszystko jest w porządku - przynajmniej na tyle, na ile będzie umiała.

Nie mogła zawieść siostry, jedynej osoby, na którą zawsze mogła liczyć. To był wielki dzień Elizy, podpisała ważny kontrakt i chciała świętować. Ona także musiała wyjść ze swojej strefy komfortu, nawet jeśli nie była z Lotką tak blisko.

Ola uśmiechnęła się, by sprowadzić rozmowę na właściwe tory.

- Zaraz do was przyjdę - powiedziała pokojowo. - Skoczę tylko do łazienki.

Siostra rzuciła jej takie spojrzenie, jakby się spodziewała dezercji, ale ostatecznie odwróciła się i bez słowa ruszyła w głąb pomieszczenia. Ola przez moment odprowadzała wzrokiem jej przysadzistą sylwetkę. Mimo niewielkiego wzrostu Eliza skutecznie torowała sobie drogę łokciami, aż dotarła do baru, gdzie siedziała reszta towarzystwa. Bujne blond loki Weroniki z daleka rzucały się w oczy, gdy gestykulowała żywo, z drinkiem w jednej dłoni i telefonem w drugiej, opowiadając coś koleżankom. Grupka siedzących kawałek dalej mężczyzn nie spuszczała z niej wzroku.

Ola uśmiechnęła się mimowolnie. Cała Wera... Nie byłaby sobą, gdyby się nie znalazła w centrum uwagi. Aktualnie co prawda chodziła chyba z Karolem, ale to oczywiste, że kiedy znudzi się rozmową w wąskim gronie przyjaciółek, przejdzie do flirtów z nieznajomymi. Taką już miała naturę.

Zanim Ola dotarła do baru, Weronika zauważyła zainteresowanie mężczyzn i rzuciła im pierwsze przeciągłe spojrzenie. Na widok przyjaciółki niewidzianej od dnia pogrzebu szybko jednak o tym zapomniała.

Na dobry początek Ola została wycałowana, najpierw przez Werę, a potem Kingę i Nastkę. Eliza postawiła przed nią drinka. Słuchając przydługiej opowieści o tym, jak to nie spodziewały się jej przybycia, Ola - niepostrzeżenie dla samej siebie - wypiła połowę.

- Wiem, wiem, żałoba i tak dalej. - Weronika machnęła lekce­ważąco ręką. - Ale nikt ci przecież nie każe tańczyć! A spotykać się z ludźmi musisz, żeby nie oszaleć. Prawda?

Popatrzyła wyczekująco na Kingę i Nastkę, które natychmiast gorliwie pokiwały głowami. Ola uśmiechnęła się z pewnym wysiłkiem. Na parkiet i tak nie wyciągnęłaby jej żadna siła, żałoba czy nie. Nie potrafiła tańczyć i nigdy nie robiła tego publicznie.

- Jeszcze raz to samo. - Weronika spojrzała znacząco na barmana, wskazując puste szklanki. - To co, dość gadania o smutkach? Opijamy sukces Elizy!

Kolejny nieszczery uśmiech i kolejny drink. Zwykle to wystarczało, by dobrze się bawić niezależnie od okoliczności, ale tego dnia alkohol nie działał na Olę rozweselająco, wręcz przeciwnie. Trochę się obawiała, że jeśli upije się na smutno, może dojść do jakiejś kompromitującej sceny. Ale cóż jej więcej pozostało?

Tak jak podejrzewała, Weronika dość szybko zrezygnowała z ich towarzystwa na rzecz flirtu z nowo poznanymi mężczyznami. Kinga, milcząca jak zawsze, rzucała jej tylko ponure spojrzenia. Nastka próbowała zaciągnąć je na parkiet - bezskutecznie. W końcu sama zaczęła wirować w rytm skocznych melodii.

Gdzieś koło pierwszej przyszedł SMS od Igora. On także spędzał ten wieczór poza domem, ale znalazł czas, by spytać, co u niej. To trochę poprawiło jej nastrój, ostatnio szczególnie ceniła wszelkie wyrazy troski. Była już dość mocno wstawiona, więc wysłała mu niepodobnego do innych, nieco ckliwego SMS-a i zamówiła kolejnego drinka. Kinga poszła do domu, Elizka gdzieś zniknęła i w zasadzie Ola została przy barze sama, ale przynajmniej słyszała za plecami donośny śmiech Wery. Właśnie moczyła usta w orzeźwiającym napoju, kiedy nadeszła kolejna wiadomość.

Była przekonana, że to odpowiedź od Igora, więc otworzyła automatycznie. Nadawca był jednak nieznany.

[Nieznany numer:] Myślisz czasem o samobójstwie?

Ciarki przeszły jej po plecach. Rozejrzała się wokół półprzytomnym wzrokiem, jakby spodziewała się, że ten, kto wysłał jej tę wiadomość, stoi tuż za nią. Ludzie bawili się jednak w najlepsze, zupełnie nie zwracając na nią uwagi.

Spojrzała ponownie na telefon, przygryzając paznokieć. To musiał być żart. Głupi i okrutny, ale nie brakowało przecież takich. Nikt normalny nie wysłałby podobnej wiadomości tydzień po pogrzebie Lotki.

Zdążyła już niemal przekonać samą siebie (nie bez pomocy kolejnego drinka), kiedy telefon odezwał się ponownie. Tym razem otwierała wiadomość z pewnym niepokojem.

[Nieznany numer:] Bo ja często.