Rozdział 1
1
COŚ JĄ UKŁUŁO W PRAWĄ STOPĘ, pod palcami. Stąpała ostrożnie, ale dno
pokrywała gruba warstwa wodorostów. Przypominały poruszaną przez fale
wysoką trawę. Brązową i obrzydliwą jak zgniłe kwiaty.
Przystanęła na skrawku piachu. Balansując na jednej nodze, podniosła
prawą stopę i zobaczyła, że leci z niej krew. Tylko trochę. Kolejne
skaleczenie tego lata. Zawsze tak jest.
Nagle przypomniała sobie zatłoczoną klasę, w której czuć było nieświeże
ubrania, ale też... nieświeże myśli. Krople deszczu uderzające o szybę.
Kartki z pytaniami i odgłos długopisów przesuwanych po papierze,
odpowiedzi, o których najlepiej zapomnieć w chwili oddawania testu.
Teraz miała to już za sobą. Była stuuu-dentką, a niech to, ależ była
świetna! I to niekończące się lato. Oby trwało wiecznie. W jej głowie
rozbrzmiewała melodia.
Do wieczora po skaleczeniu zostanie tylko mała szrama. Nie będzie czuć
rany, ale skóra wciąż będzie rozgrzana po kąpieli w słońcu i w słonej
wodzie. Nawet po prysznicu, który weźmie, zanim zapadnie wieczór.
Zaczęła płynąć, rozchlapywała wodę nogami. Czuła się jak pod wodospadem.
Jakaś łódź z silnikiem pracującym na niskich obrotach wpłynęła do
zatoki. Widziała również łodzie pasażerskie. Z miejsca, w którym była,
widziała trzy. Wszystkie płynęły w kierunku południowych szkierów.
Leżała na plecach. Nie czuła już wody, miała wrażenie, że unosi się w powietrzu. Potrafię latać, pomyślała. Mogę wszystko. Mogę być, kim chcę.
Mogę być sławna. Chcę żyć wiecznie.
Mogę zapomnieć.
Na razie trwa lato. Potem zacznie studia medyczne, ale od tej chwili
dzieli ją milion lat i milion kropli, których piaskowo-słony smak czuła,
nurkując.
W zielonej, trochę mętnej wodzie zobaczyła jakiś cień. Może to ryba albo
żaba.
Będzie studiować rok, po czym weźmie dziekankę. Tata może sobie mówić,
co chce. Pewnie powie, że najlepiej wychodzi jej planowanie rozrywek, a co z resztą?
Nie chciała siedzieć w domu.
Nurkowała tak długo, jak dała radę, a potem wybiła się, spróbowała
wyskoczyć wysoko ponad powierzchnię.
Dopłynęła z powrotem do skał, ostrożnie przeszła przez pas żwiru i podciągnęła się na wystającym z klifu głazie.
Rana pod dużym palcem krwawiła, ale tylko trochę. Wspięła się wyżej, do
miejsca, gdzie leżał koc. Wyciągnęła z torby ręcznik, osuszyła włosy i napiła się. Usiadła na kocu i zamrugała, próbując się pozbyć z oczu
kilku kropel słonej wody. Wzięła wdech, a potem jeszcze jeden, głęboki,
pełen słońca. Niemal parzyło jej płuca. Powierzchnia morza połyskiwała
niczym łuska, jakby poruszały się w nim tysiące ryb. Słyszała cichy
odgłos łodzi płynących w różnych kierunkach. Niektóre znikały, rozmywały
się na linii horyzontu, przy której niebo było niemal białe. Nigdzie nie
było widać chmur. Położyła się na plecach. Kropla wody stoczyła się jej
z czoła i spłynęła po policzku do ust. Poczuła jej smak. Nic już nie
widziała. Jej głowę wypełniały żółć i czerwień. Dolatywały ją niewyraźne
głosy ludzi siedzących wokół, fragmenty słów, urwany śmiech, który
zdawał się połyskiwać jak woda w słońcu.
Nie mogła czytać. Nie miała ochoty nic robić, chciała tylko tak leżeć,
jak długo się da. Nie robić nic, tylko żyć bez końca.
*
Kiedy wreszcie zebrała rzeczy i wspięła się na drugą stronę góry, a potem niewielkim parowem zeszła do stojaka na rowery, słońce stało już
nisko. Miała wrażenie, że niemal kręci jej się w głowie. Ramiona ją
paliły, chociaż nasmarowała się balsamem. Policzki też, ale niezbyt
mocno. Do wieczora przestaną. Opalenizna się wchłonie i będzie ślicznie
wyglądać w świetle lamp rozstawionych w barowych ogródkach. Ulala!
Już zaczynała zapominać.
Jechała rowerem wzdłuż przystani. Przedzierała się przez tłum ludzi:
wylewali się z łodzi i toczyli w stronę autobusów i tramwajów. Wśród
pieszych kluczyły setki rowerzystów. Wszyscy wracali do domu
jednocześnie, jakby robili to samo o tej samej porze. Może tak jest,
pomyślała. Latem tak właśnie jest. Wszystko staje się takie proste.
Opalanie, kąpiel, prysznic, impreza. Kąpiel, opalanie, prysznic,
impreza. Prysznic, opalanie, kąpiel, prysznic. Zaparkowała rower,
ustawiła się w kolejce po lody i kupiła dwie kulki w kubeczku: toffi z sosem czekoladowym i klasyczne waniliowe. Natychmiast się roztopiły, ale
byłoby jeszcze gorzej, gdyby wzięła w wafelku. Kobieta stojąca obok
powiedziała, że są trzydzieści trzy stopnie. Trzydzieści trzy stopnie o szóstej wieczorem. Nie ma co narzekać, powiedział mężczyzna stojący
obok. Może i nie, ale ziemia jest już wysuszona, odparła kobieta. Mogła
mieć pięćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt lat.
Mam gdzieś ziemię, pomyślała, odjeżdżając spod budki. Niech to lato
nigdy się nie kończy. Ziemia dostanie, czego chce, jesienią.
Znad pola, które po drugiej stronie drogi opadało w stronę zatoki,
dochodził zapach siana. Jechała dalej przez niewielkie osiedle domów
jednorodzinnych. Na ścieżce rowerowej biegnącej wzdłuż torów
tramwajowych przyspieszyła i po dziesięciu minutach była w domu. Ojciec
siedział na werandzie ze szklanką czegoś, co wyglądało na whisky.
- A oto i nasz burak.
Nie odpowiedziała.
- Choć lepsze to niż por.
- Por?
- Niż ta biała głowa pora.
- Idę na górę - powiedziała, wchodząc po schodach. Tak, to była whisky.
Czuła jej ciężki zapach.
- Dokładnie za dziesięć minut rozpalam grilla.
- Co będzie?
- Opiekany łosoś i żabnica. Między innymi.
- O której jemy?
- Dokładnie za pięćdziesiąt pięć minut.
Ojciec wypił łyk i spojrzał w dal. Kostki lodu zastukały w szklance.
Lubiła wino, czasem piwo, ale whisky nie cierpiała.
Kiedy już doprowadziła się do porządku, opalenizna wchłonęła się w skórę, nabrała głębszego odcienia. W pokoju panował półmrok. Zaciągnęła
zasłony, więc światło było przyćmione, ale czuć było upał, suszę i ładny
zapach jej skóry. Stała przed lustrem, w samych majtkach. Piersi bieliły
się niczym zęby.
Zapachniało balsamem po opalaniu, którym właśnie się nasmarowała. Po
wodzie z prysznica - już nie słonej, ale słodkiej - skóra zrobiła się
miękka. Ładne określenie - słodka woda.
Ojciec zawołał z ogródka i w tym momencie, poczuwszy zapach grillowanej
ryby, stwierdziła, że jest okropnie głodna. Okropnie. A do tego
spragniona.
Zęby Elin błysnęły po drugiej stronie stolika.
- Co robisz jutro?
- Kąpię się i opalam.
- Wypijemy jeszcze po jednym?
- Raczej nie. Już mi się zakręciło w głowie - powiedziała, wskazując na
stojącą przed nią szklankę piwa.
- Jesteś już całkiem brązowa - zauważyła Elin.
- Dzięki.
- A włosy masz zupełnie białe.
- Nie wiem, czy to komplement.
- Wyglądają świetnie.
- W takim razie dziękuję.
- Ja chyba wypiję jeszcze jedno - powiedziała Elin. - Wciąż chce mi się
pić. - Podniosła się. - Najlepiej samemu iść do baru. Tutaj, na koniec,
nigdy nie dochodzą.
Siedziały przy lewym krańcu ogródka, za nimi zaczynała się ślepa
uliczka.
- Więc nic nie chcesz?
Pokręciła głową. Elin ruszyła w kierunku baru. Widziała, jak kluczy
między stolikami tak, jak ona wcześniej kluczyła między meduzami w wodach Saltholmen.
- Albo weź dla mnie jedno małe! - krzyknęła za Elin.
Długo siedziały w ogródku. Ciepłe powietrze wisiało nisko między domami,
powoli zbliżając się do ulicy.
- Chyba wciąż jest tak samo gorąco - powiedziała Elin. - Nie ma już
słońca, ale wciąż jest gorąco.
Przytaknęła w milczeniu.
- Najfajniejsze w upalnym lecie w mieście są wieczory - dodała Elin. -
Summer in the city.
Znowu przytaknęła.
- Ależ się zrobiłaś gadatliwa.
- Po prostu jestem strasznie zmęczona.
- Przecież dopiero chwila po północy.
- Wiem. To pewnie przez słońce.
- Cóż, ja cały dzień harowałam za kasą.
- Ale jutro masz wolne.
- Dlatego musimy się trochę zaaa-bawić! - powiedziała Elin i powtórzyła
jeszcze: - zaaa-bawić!
- No nie wiem.
- O Boże. Kiedy mówiłam, że masz białe włosy, nie chodziło mi dosłownie
o to. Białe włosy nie muszą oznaczać, że się przekroczyło
siedemdziesiątkę. Jezu! Znowu ziewasz.
- Wiem, przepraszam.
- To co robimy?
- Dziś czy jutro wieczorem?
- Mówię oczywiście o listopadowym wieczorze za trzy lata.
- No nie wiem...
- Mam iść do klubu sama?
- Nie - odpowiedziała. - Spójrz, idzie reszta ekipy.
Faktycznie. Trzech chłopaków i dwie dziewczyny. Stwierdziła, że przyszli
w samą porę. Dziś nie miała zamiaru imprezować całą noc. To pewnie przez
słońce. Pewnie przesadziła z opalaniem. A dzięki nim nie będzie musiała
nigdzie iść tylko po to, żeby towarzyszyć Elin.
- W takim razie nie musisz mi już dotrzymywać towarzystwa - powiedziała
Elin.
- A o co chodzi? - zapytał jeden z chłopaków.
- Ktoś tu chodzi spać z kurami - odparła Elin, wskazując na nią z uśmiechem.
- Po prostu jestem okropnie zmęczona, i tyle.
- To jedź do domu i się połóż - powiedział chłopak. - Mam zadzwonić po
taksówkę?
Pokazała mu język, a on się roześmiał.
- Pójdę na piechotę.
- Pójdziesz?
- Tak, podejdę kawałek.
- To przecież daleko. A ostatni tramwaj już odjechał.
- Pójdę na nocny. A pod koniec wezmę może taksówkę.
- Weź od razu - powiedziała Elin.
- Niby czemu? Chodzi ci o to, że... O co ci właściwie chodzi?
- O to, że lepiej samemu nie chodzić po mieście.
Rozejrzała się.
- Samemu? Wszędzie aż roi się od ludzi. - Rozejrzała się jeszcze raz. -
I to od ludzi w naszym wieku.
- Rób, jak chcesz - odpowiedziała Elin.
- To idziemy - rzucił ktoś.
Ruszyli.
- To jutro rano o jedenastej?
- A dasz radę wstać?
- Jeśli stawką jest opalenizna, to dam.
- Wiesz, gdzie zawsze się rozkładam z kocem - powiedziała, pożegnała się
i ruszyła na południe.
- Spoczywaj w pokoju - rzucił jeden z chłopaków.
- Co za kretyński żart - powiedziała Elin.
Przy postoju taksówek dopadły ją wątpliwości. Nagle poczuła się bardziej
rześka, jakby dzięki spacerowi włączył się w niej zapasowy silnik.
Zawahała się i spojrzała w stronę parku. Tyle samo ludzi co przy
ogródkach, może nawet więcej. Wszystko było oświetlone, drzewa i krzewy
połyskiwały jaskrawymi kolorami, jakby ktoś pomalował liście. Poczuła
orzeźwiający chłód dochodzący od strony parku. Ładnie pachniało. I ten
chłód. Mogła przecież przeciąć park i wyjść na ulicę po drugiej stronie.
Wszędzie było mnóstwo ludzi. Z ogródków położonych na prawo, za wodą,
dało się słyszeć muzykę. Droga była tylko sto metrów dalej.
Coś ją ciągnęło do tego parku. Stanęła na trawie. Zapach wydał jej się
jeszcze ładniejszy. Zewsząd słyszała głosy, tak jak wcześniej na plaży.
Gdy zamknęła oczy, dobiegły ją urywki rozmów. Jej głowę wypełniła nie
czerwień, lecz zieleń, i może odrobina żółci. Otworzyła oczy i przecięła
trawnik. Wszędzie wokół ludzie. Wszędzie głosy. Weszła pod drzewa
rosnące na skraju, mogła stamtąd zobaczyć drogę po drugiej stronie.
Dzieliło ją od niej może ze dwadzieścia metrów.
Nagle poczuła się rześka, całkiem rześka, jak po długim śnie i śniadaniu.
Coś zaszeleściło w liściach, gdzieś nad nią. Miała wrażenie, że idzie
nie parkową alejką, lecz zagajnikiem. Widziała latarnie. Jaśniało już -
niebo było bardziej niebieskie niż przed godziną. Było trochę po
pierwszej. Słyszała trzaski i szelesty. Dobiegł ją odgłos samochodu i czyjś śmiech. Zaczęła się zastanawiać, za ile minut pierwszy taksiarz
pojawi się z uśmiechem na drodze.
Z prawej rozległ się trzask, wydawało jej się, że kątem oka widzi jakiś
cień. Coś usłyszała, chyba ptaka. Potem znowu śmiech od strony ulicy.
Nagły powiew poruszył krzakiem.
Jeszcze tylko ostatni kawałek i dojdzie do drogi. Tam znowu będzie
mnóstwo ludzi. I wcale się nie boi, nie ma powodu. Prawie mogłaby się z tego śmiać. Jeszcze tylko parę kroków.
Rozdział 2
2
STRACIŁA ŚWIADOMOŚĆ, ale w końcu się ocknęła. Doszła do domu. Słońce już
grzało mocno, mogło być wczesne przedpołudnie. Szła skarpą, ze
spuszczoną głową, żeby nikt nie widział, co się jej przytrafiło, co
ZROBIŁA. Co ktoś zrobił jej.
Pokój wciąż wyglądał tak samo, ale nic już nie było takie jak kiedyś.
Zdarła z siebie ubrania, ZDARŁA, wrzuciła wszystko do pralki i włączyła
ją na oślep. Szum wody przynosił jej ukojenie.
Stanęła pod prysznicem i wymyła skórę od ŚRODKA, takie przynajmniej
miała wrażenie. Długo tarła całe ciało, usuwając wszystkie ślady. Pralka
przerzucała bieliznę tam i z powrotem, usuwając dowody. Gdy godzinę
później zjawili się inspektorzy okręgowego wydziału śledczego Fredrik
Halders i Aneta Djanali, nie zostało z nich nic. Niczego nie doszukali
się również technicy z komendy przy placu Erika Fontella, kiedy
próbowali znaleźć cokolwiek między włóknami i nićmi.
Przysłał ich szef wydziału Erik Winter. Przy każdym gwałcie podejrzewał,
że mają do czynienia z seryjnym sprawcą. Już dwa razy miał rację.
Jechali do ofiary. Aneta widziała park. Na razie wiedzieli tyle:
dziewczyna powiedziała rodzicom, że to się stało w parku. Winter już
wysłał tam ludzi. Aneta zobaczyła psa. To nie żarty. Na parkingu stało
trzech umundurowanych policjantów. I około dziesięciu samochodów.
- Myślisz, że sprawdzają auta? - zapytał Halders. Siedział za kółkiem.
- Nie, przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Zawsze to samo wariactwo.
- Wariactwo?
- To bez sensu. Dwudziestu pięciu facetów stoi z rękami w kieszeniach, a ten drań pewnie zwiał stąd od razu. Zapomniał o samochodzie. Dajmy na
to... o tym, tam, na środku. Ta zielona matra. Albo czarne volvo.
- Jest ich tam trzech, nie dwudziestu pięciu.
Aneta zobaczyła, jak jeden z policjantów wyciąga notatnik i zaczyna
spisywać numery rejestracyjne.
- Właśnie zaczynają.
Dom stał trochę w głębi, za murem. Po drugiej stronie, zaledwie paręset
metrów dalej, połyskiwało morze. Halders poczuł zapach bryzy, usłyszał
mewy, zobaczył wodę, żagiel, kilka promów, katamaran, parę tankowców i trzy żurawie w zamkniętym porcie za rzeką. Widział też linię horyzontu.
Dom wyglądał na własność milionera, ale na Haldersie nie zrobiło to
wrażenia. Ludzie mają prawo zarabiać więcej niż on. Dom chyba był nowy,
widać było inspiracje architekturą grecką. Wyglądał jak cała cholerna
grecka osada.
Otarł pot z czoła. Czuł, że plecy pod koszulą również ma mokre. Aneta
wyglądała świeżo. To pewnie kwestia genów czy czegoś w tym stylu. Czarna
z zewnątrz, chłodna w środku.
- Dobra - powiedział, wciskając mały dzwonek. Ledwo go było widać na tle
złotawego tynku.
Drzwi otworzyły się natychmiast, jakby mężczyzna, którego zobaczyli,
czekał za nimi na sygnał. Miał może z pięćdziesiąt lat. Był ubrany w szorty i koszulkę, opalony, w okularach w cienkich oprawkach i z cienkimi włosami, dłuższymi z tyłu. W ogóle jakiś taki cienki, pomyślał
Halders. Czerwone oczy. Wystraszone oczy. Do jego domu przyszło coś
nieznanego.
Rzeczywistość przeszkodziła mu po raz drugi: najpierw zgwałcona córka, a teraz dwoje gliniarzy w cywilu. To drugie zawsze następuje po tym
pierwszym. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, pomyślał Halders. To my
zawsze następujemy po czymś - dobrym czy złym. Nie miało to teraz dla
niego znaczenia.
Przedstawili się. Mężczyzna, Kurt Bielke, zaprosił ich do środka.
- Jeanette jest w swoim pokoju.
- Aha. - Halders spojrzał w górę schodów. - To nie potrwa długo. Potem
musi pojechać do kliniki.
- Do kliniki?
- Do kliniki dla kobiet. W szpitalu Östra.
- Wiem przecież - powiedział Kurt Bielke, przeciągając ręką po wysokim
czole. - Ale czy musi tam jechać? - Odwrócił się do Anety. - Nie będzie
chciała.
- To ważne - odpowiedziała Aneta. I to z kilku powodów, dodała w myślach.
- Czy możemy z nią teraz chwilę porozmawiać? - zapytał Halders.
- Tak, oczywiście. - Kurt Bielke ruszył w stronę schodów. Potem na
moment zamarł, stał jak sparaliżowany. Po chwili zrobił ruch głową. Nie
patrzył na nich. - Tam, na górze.
Weszli i stanęli przed zamkniętymi drzwiami. Aneta słyszała dźwięki lata
dobiegające zza okna. Jakiś ptak zaskrzeczał głośno, inne poszły w jego
ślady. Po chwili wszystkie zniknęły nad zatoką. Gdzieś zaszczekał pies.
Zatrąbił samochód. Jakieś dziecko krzyknęło piskliwym głosem.
Kurt Bielke zapukał do drzwi. Nie usłyszeli odpowiedzi, więc spróbował
ponownie.
- Jeanette?
Ze środka dobiegł jakiś głos, ale nie były to słowa.
- Jeanette? Przyszła pol... policja.
Tym razem padło jakieś słowo.
- Wchodzimy - powiedział Halders.
- Czy powinienem przy tym być? - zapytał Kurt Bielke.
- Nie - odparł Halders i sam zapukał, naciskając jednocześnie klamkę.
Drzwi się otworzyły. Weszli.
Dziewczyna siedziała na łóżku, w szlafroku. W pokoju było tak ciemno,
jak tylko pozwalały zaciągnięte żaluzje. Na dworze świeciło słońce i ostre światło próbowało się wedrzeć do środka. Wygląda, jakby się
chciała przed nim schować w rogu łóżka, pomyślała Aneta. Przyciska się
do ściany. To nie żadna dziewczyna, to Jeanette. Ma imię. Ale nagle to
imię straciło znaczenie. Czasem myślą tak nawet same ofiary.
Teraz moja kolej. Przedstawiła siebie i Haldersa. Halders pochylił tylko
w milczeniu głowę i przysiadłszy na krześle przy biurku, przyjaźnie
skinął głową.
Twarz Jeanette częściowo zasłaniał ręcznik. Owinęła nim głowę po długim
prysznicu. Szczupłą dłonią trzymała szlafrok pod szyją. Aneta
przyzwyczaiła się już do panującego w pokoju półmroku. Dostrzegła
zaczerwienioną, jakby pomarszczoną od wilgoci skórę na palcach
dziewczyny.
Całe godziny stała pod prysznicem. Też bym tak zrobiła, pomyślała.
Zadała kilka krótkich pytań, najkrótszych, jakie przychodziły jej do
głowy. To tylko wstępne przesłuchanie. Odpowiedzi były jeszcze krótsze,
ledwie je słyszeli. Musieli usiąść bliżej, ale nie za blisko. Jeanette
opowiedziała im o parku. Tak, było późno. Nie, wcześnie. Późno, a zarazem wcześnie. Była sama. Chadzała już tamtędy wcześniej. Wiele razy,
także nocą. Czy sama? Tak, sama też.
Właśnie tym razem była sama. Może gdyby wybrała inny moment... Przedtem
była w dwóch różnych miejscach, powiedziała gdzie, Halders zanotował.
Mówiła też, kto był tam z nią, choćby przez moment.
Byli na szkolnej imprezie, nie za dużej. Przyszła może jedna czwarta
klasy. Już miesiąc minął od zakończenia szkoły i rozdania świadectw
uprawniających do podjęcia studiów.
Na biurku pod oknem Aneta zauważyła białą studencką czapkę. Połyskiwała
w cieniu.
Rozmawiali o tym z Haldersem, kiedy tu jechali. Nie wiadomo czemu, te
świadectwa dające wstęp na uniwersytet nazywają się świadectwa
kompetencji1.
- Głupia nazwa.
- Dlaczego? - zapytała.
- Bo o jakie kompetencje chodzi? Niby w czym oni są kompetentni?
- A ty chodziłeś normalnie do liceum?
- Skończyłem liceum policyjne, bo co?
- Nic. Przez chwilę myślałam, że może kończyłeś szkołę eksternistycznie.
Tak na własną rękę.
- Policjant wykształcony na własną rękę?
- No tak.
- Cóż, czasem może i tak się czuję. Jak policjant działający na własną
rękę.
Niewielka szkolna impreza. Aneta przeniosła wzrok ze studenckiej czapki
na twarz Jeanette. Dziewiętnaście lat. Chciała zapytać o chłopaka,
obecnego i byłych, ale wiedziała, że z tym lepiej zaczekać. Teraz
najważniejsze są konkrety: tych kilka pytań o to, co się stało, kiedy i jak. Kiedy i jak, kiedy i jak. Trzeba pytać, słuchać, patrzeć. Robiła to
już wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, że ona, jako prowadząca
śledztwo, musi przede wszystkim uchwycić zdarzenia kryjące się pod
opisem innych zdarzeń. Nie można odczytywać zeznań ofiary wprost,
dosłownie. Już teraz, od razu, trzeba się zastanowić, czy naprawdę tak
właśnie było. Czy właśnie tak to wszystko przebiegło?
Poprosiła Jeanette Bielke, żeby opisała mężczyznę, który ją zgwałcił.
Nagle dziewczyna stwierdziła, że chce jechać do szpitala. Natychmiast.
Aneta wiedziała, że ta chwila musi nadejść. Może powinna była nadejść
już wcześniej.
- Zaraz. Jeszcze tylko jedno pytanie. To tylko kilka sekund.
- Ale ja chcę jechać TERAZ.
- Czy możesz nam coś powiedzieć o tym mężczyźnie?
- Nic nie pamiętam.
- Był wysoki?
- Był duży. I silny... a może to ja nie miałam odwagi... odwagi, żeby się
uwolnić. Najpierw próbowałam, ale potem już nie dawałam rady.
Zaczęła płakać. Złapała za krawędź ręcznika i przetarła nim oczy.
Zawiązany na głowie turban się poluzował i opadł, odsłaniając mokre
włosy. Wyglądały jak przyklejone do głowy.
- On mnie związał.
- Związał? Jak?
- To znaczy... nie związał, tylko założył mi pętlę na szyję. Potem na
ramiona. - Dziewczyna złapała się za gardło. Aneta dopiero teraz
zauważyła cienką czerwoną linię wokół szyi Jeanette.
Chcieli dowiedzieć się jak najwięcej, wykorzystując to, że wciąż była w szoku.
- To coś przypominało smycz - powiedziała dziewczyna. - Nie pachniało
psem, ale przypominało smycz. - Spojrzała wprost na Anetę. - Widziałam,
jak połyskuje. Tak mi się wydawało.
- Połyskuje?
- Coś na tej smyczy odbijało światło. Takie miałam wrażenie. Jakby były
na niej jakieś ćwieki albo coś takiego.
Kolejny raz potrząsnęła głową i odchrząknęła. Aneta spojrzała na
Haldersa. Halders skinął głową.
- To już ostatnie pytanie. Czy ten mężczyzna coś mówił?
- Powiedział... coś.
- Co?
- Nie usłyszałam.
- Ale słyszałaś słowa?
- No tak.
- Nie słyszałaś, w jakim były języku?
- To nie przypominało języka.
- Jak to: nie przypominało języka?
- To brzmiało jak bełkot. Bez sensu. Mamrotał coś, czego nie mogłam
zrozumieć.
Aneta pokiwała głową. Czekała na ciąg dalszy. Jeanette na nią spojrzała.
- Robił tak trzy razy. To znaczy bełkotał. Chociaż może raz, dokładnie
wtedy, kiedy...
Za oknem zaskrzeczały mewy, wracały znad morza. Gdzieś rozległ się
odgłos odpalanego silnika samochodu. Jakieś dziecko znowu kogoś
zawołało. Jeanette przyciskała ręcznik do włosów. W pokoju było gorąco i duszno.
Aneta wiedziała, że dziewczyna powiedziała im wszystko, co mogła teraz
powiedzieć. Najwyższy czas jechać na badanie.
Zobaczyła, że Fredrik się podnosi. Wszystko szło ustalonym rytmem:
gwałt, zgłoszenie, pierwsze przesłuchanie, wniosek o obdukcję, klinika
dla kobiet.
Cholera.
Tu naprawdę chodzi o gwałt. To nie są żadne fantazje.
Jeanette Bielke została przewieziona do kliniki. Aneta i Halders
pojechali do parku, w którym doszło do gwałtu.
- I co powiesz o opisie sprawcy?
Halders wzruszył ramionami.
- Duży, silny, w ciemnym płaszczu, nie pachniał w żaden szczególny
sposób, uzbrojony w smycz. Coś bełkotał. Albo po prostu powiedział coś
niewyraźnie.
- To mógł być dosłownie każdy - stwierdził Halders.
- Myślisz, że można jej wierzyć?
- Tak.
- Chciałabym móc zadać więcej pytań.
- Wyciągnęłaś z niej wszystko, co można było wyciągnąć.
Aneta spojrzała przez szybę. Lato. Ludzie w przewiewnych strojach.
Twarze rywalizujące ze słońcem o to, kto błyszczy bardziej. Ani jednej
chmurki na błękitnym niebie. Lody, letnie ciuchy i lekkie życie - nic
poza tym. Do tego żadnego wiatru.
- To okropne.
- Oby się tylko nie okazało, że to dopiero początek. - Halders spojrzał
na nią. - Wiesz, co mam na myśli.
- Nawet tak nie mów.
Halders myślał o tym, co Jeanette powiedziała o wyglądzie sprawcy, o tych szczegółach, które udało jej się zobaczyć. O wyglądzie gwałciciela.
Muszą poczekać na wyniki, ale Halders był pewien, że została zgwałcona.
Nigdy nie można być pewnym wyglądu sprawcy. Portret pamięciowy to
najtrudniejszy element śledztwa. Nigdy nie ufaj portretom pamięciowym,
zwykł powtarzać każdemu, kto zechciał słuchać. Żaden szczegół nie musi
się zgadzać z rzeczywistym wyglądem sprawcy. W zależności od tego, co
widział i zapamiętał każdy ze świadków, ten sam podejrzany mógł mieć od
stu sześćdziesięciu dwóch do stu dziewięćdziesięciu siedmiu centymetrów
wzrostu. Wszystko mógł mieć inne.
W zeszłym roku szukali wariata, który chodził po mieście i atakował
ludzi: przewracał ich od tyłu. W jego sposobie działania nie było nic
szczególnego poza tym, że po prostu popychał ofiary i zabierał im
pieniądze. Choć miał charakterystyczną zagrywkę - przedstawiał się
ofiarom, kiedy do nich podchodził. Chyba można to podciągnąć pod sposób
działania. Rzucał jakieś powitanie, żeby zwrócić na siebie uwagę, a potem uderzał.
Ofiary zgadzały się co do jednego: facet przypominał Dzwonnika z Notre
Dame. Krępy, zgarbiony, łysy, jedną stopę ciągnął za sobą, jakby sadził
ziemniaki.
Kiedy go w końcu złapali, zresztą na gorącym uczynku, okazało się, że ma
metr dziewięćdziesiąt pięć, gęste kręcone włosy i mógłby z powodzeniem
dostać rolę amanta w pierwszej lepszej operze mydlanej.
Tyle rzeczy ma na to wpływ. To, co świadek widział. Zmrok. Kąt padania
światła. Strach. Strach przede wszystkim.
Halders skręcił i zaparkował. Nie było już umundurowanych policjantów.
Teren był oddzielony taśmą, dwóch techników chodziło na czworakach. W oddali, za taśmą, stała gromadka dzieci. Obserwowały ich i szeptały coś
do siebie. Dorośli przechodnie przystawali na chwilę, a potem szli
dalej.
- Macie coś?! - krzyknął Halders do techników.
Tylko podnieśli na chwilę głowy, nie odpowiedzieli. Halders usłyszał
szczeknięcie i zobaczył psa. Szedł z Sörenem.
- Macie coś? - powtórzył, tym razem do Sörena.
- Zack wyczuł coś kawałek stąd, ale potem trop zniknął na wietrze.
- Albo na drzewie - powiedział Halders, spoglądając w górę.
- Byłeś przy tym, jak rok temu zgarnęliśmy tego kolesia, co próbował się
schować na drzewie?
- Słyszałem o tym.
- Te drzewa są czyste.
- To jak on się stąd wydostał?
- Pewnie biegiem. Albo samochodem. Lepiej zapytaj techników.
- No tak.
- Tak czy inaczej, nie ma tu żadnych śladów. Jest przecież sucho jak
cholera.
Halders się rozejrzał. Aneta patrzyła na techników. Sören z psem wciąż
stał obok. Jego owczarek niemiecki najpierw przyglądał się Haldersowi,
potem przeniósł wzrok na techników. Halders rozejrzał się jeszcze raz,
po czym zrobił kilka kroków do przodu.
- Byłeś tu kiedyś? - zapytał Sörena.
- To znaczy z wezwania?
- Przecież cię nie pytam o życie prywatne. Wezwali cię tu kiedyś z powodu gwałtu?
- Do tego parku?
- Tak, właśnie tu.
Halders spojrzał na niewielki teren odgrodzony taśmą. Wyglądało to
niepoważnie, jakby było sprawką wciąż gapiących się z boku dzieci. Po
prawej widać było sadzawkę, w której odbijały się różowe ciała flamingów
stojących na jednej nodze.
Technicy nadal na kolanach przeczesywali zarośla.
Obok rosły dwa drzewa. Jakieś trzy metry dalej. Chyba klony. Między nimi
tworzyło się coś na kształt przejścia, szerokiego na tyle, żeby mógł się
w nim zmieścić człowiek. Za nimi rozciągał się cień. Tonął w nim skalny
blok - rozcięty przypominającą grotę szczeliną. Właśnie tam kręcili się
technicy. Zmierzali w stronę groty.
Idealne miejsce na gwałt.
Dobry Boże, pomyślał Halders. Wtedy zrozumiał. Przecież to było TUTAJ.
Asfaltowa droga biegła dziesięć metrów dalej, ale równie dobrze mogło to
być sto metrów. Tysiąc. Druga, węższa uliczka znajdowała się za
parkingiem. Park oddzielał od samochodów żywopłot. Oświetlenie było
zupełnie do niczego. Sam wiele razy chadzał tędy nocą i wiedział, że
latarnie bardziej przeszkadzają, niż pomagają. Nikt nic z tym nie
zrobił, mimo tego, co się tu stało.
Idealne miejsce. Cień między drzewami jakby wręcz na to czekał.
Nie od razu się zorientował.
- W to miejsce? - spytał Sören. Rozejrzał się. - Nieee... nie wydaje mi
się. - Spojrzał na Haldersa. - Bo co?
- To już się raz stało.
- Nie łapię.
- To było tu. - Halders spojrzał na kolegę. - Kurwa, Sören, to było w tym samym miejscu. To było TU.
- Mów jaśniej.
- Nie pracowałeś w mieście pięć lat temu?
- Nie, zacząłem cztery lata temu.
- Ale znasz chyba sprawę Beatrice?
Sören spojrzał na Haldersa.
- Beatrice? Tej dziewczyny, którą zamordowano?
- Pięć lat temu. Najpierw ją zgwałcono. Zgwałcono i zamordowano.
- Jasne, że kojarzę tę sprawę. Czytałem o tym.
- To było tutaj - powiedział Halders.
- Tutaj?
- Tutaj to się stało. - Halders zwrócił się do Sörena i Anety, która do
nich podeszła. - Tu znaleziono Beatrice. Dokładnie tutaj. Leżała w tej
szczelinie. - Wskazał na miejsce, po którym tam i z powrotem kręcili się
technicy. - Leżała między drzewami. Jest tam coś w rodzaju groty.
Zgwałcona i uduszona smyczą, pomyślał. Smyczy nie znaleźliśmy, ale tak
musiało być.
Zauważył, że pies śledzi jego spojrzenie - wodzi wzrokiem w kierunku
groty i z powrotem. Przez chwilę ciągnął za smycz, a potem się uspokoił.
Rozdział 3
3
WINTER POCZUŁ DŁOŃ zaciskającą się na jego palcu. Elsa zagaworzyła coś
na powitanie. Pocałował ją za uszami, zaśmiała się. Potem podmuchał jej
w szyję. To także ją ubawiło.
Jeszcze się nie przyzwyczaił do tego śmiechu i gaworzenia. Czasem
rozbrzmiewały w mieszkaniu godzinami. Niedługo jego córeczka miała
skończyć piętnaście miesięcy. Jej głos zdarł ciszę ze ścian, niczym
stare tapety. Że też takie małe ciałko może wydawać tak donośne dźwięki.
Angela wróciła z kuchni i usiadła w fotelu. Zaczęła rozpinać kraciastą
koszulę, spoglądając przy tym na Wintera i Elsę leżących na kocu na
podłodze.
- Śniadanie - powiedziała.
Winter podmuchał w szyję Elsy, za uchem.
- Pora na śniadanie - powtórzyła Angela.
Elsa się zaśmiała.
- Nie wygląda na głodną - zauważył Winter, patrząc na Angelę.
- Podejdź tu z nią, to zobaczysz. - Mała znów się zaśmiała. - Ale to już
ostatni raz. Boże. Nie mogę już karmić piersią.
Winter zaniósł Elsę na fotel, do Angeli. Wciąż była lekka jak piórko.
Wchodząc do swojego pokoju, spojrzał na teczki rozłożone na biurku.
Słońce zdążyło już nagrzać ściany, pachniały latem. Jeszcze dwa
miesiące, a potem minie sporo czasu, zanim znowu to zobaczy. Rok.
Pójdzie na urlop rodzicielski i kto wie, jakim człowiekiem będzie, gdy
znowu wkroczy do tego ponurego pokoju, w którym niemal wszystkie myśli
sprawiały mu ból.
Czy w ogóle wróci?
Kim wtedy będzie?
Podszedł do umywalki i wypił szklankę wody. Czuł się wypoczęty. Elsa
dość wcześnie zdecydowała, że będzie sypiać od ósmej wieczorem do ósmej
rano. On i Angela mieli niebywałe szczęście.
Czasami Angela płakała w nocy. Wracały wspomnienia, choć już nie tak
często jak kiedyś. Nie pytał jej, co się stało w tamtym pokoju, w tamtym
domu, na dobę przed tym, zanim tam przyszedł. Nie mógł pytać, nie
wprost. Mówiła mu o tym noc po nocy, urywanymi zdaniami.
To się już w zasadzie skończyło. Sypiała lepiej.
To się stało niecałe piętnaście miesięcy temu.
Usiadł przy biurku i otworzył leżącą na wierzchu teczkę. Wyciągnął z niej dokumenty i zdjęcia. Podniósł jedno z nich. Przedstawiało blok
skalny, drzewa, trawnik i ścieżkę. Wszystko wyglądało znajomo, wręcz
obezwładniająco znajomo, jak choroba, która wraca po latach. Jak
nowotwór, który wycięto, a mimo to odrósł.
Jeanette Bielke przynajmniej przeżyła. Nadal czekali na wyniki badań.
Wstał, nie wypuszczając zdjęcia z dłoni, i otworzył okno. Słońce wisiało
nad miastem po drugiej stronie rzeki. W powietrzu unosiły się niemal
nieważkie zapachy lata. Pomyślał o Elsie. Ktoś zapukał.
- Wejść! - odpowiedział.
W drzwiach stanął Halders. Winter wskazał mu krzesło, ale sam nie ruszył
się od okna.
- Na pewno doszło do pełnego stosunku - powiedział Halders. - Właśnie
dostałem raport. To znaczy z czysto technicznego punktu widzenia. Ale to
gwałt.
- Co jeszcze piszą?
- Że zeznanie dziewczyny jest jednak wiarygodne.
- Jednak?
Halders wzruszył ramionami.
- Wiesz, jak to jest.
Winter nie odpowiedział. Halders spojrzał na rozłożone na stole teczki i skinął głową w ich stronę.
- Widzę, że poprosiłeś, żeby ci je przynieśli.
- Tak.
- Zdążyłeś już na nie spojrzeć?
- Tylko na to zdjęcie - odparł Winter, pokazując, co trzyma w ręku.
W tym samym momencie Halders zauważył zdjęcie Beatrice na jednym z wycinków prasowych.
- Czy to zbieg okoliczności? - zapytał Halders.
- Miejsce? Cóż, nie pierwszy raz napadają na kogoś w parku.
- Ale nie dokładnie tam.
- Ale w pobliżu.
- Nigdy w tym właśnie miejscu - odparł Halders. - Znasz to miejsce, ja
też je znam.
To prawda, pomyślał Winter. Znał tę część parku. Od czasu zamordowania
Beatrice wracał tam regularnie. Stawał i przyglądał się ludziom
mijającym to miejsce. Stał i patrzył na przechodzących ludzi. Halders
robił kiedyś to samo. Kilka razy na siebie wpadli. Nie jesteś
podejrzany, szepnął mu kiedyś Halders.
Szukali twarzy, ruchu. Zachowania. Głosu. Jakiegoś przedmiotu. Paska.
Smyczy.
Sprawca wraca na miejsce zbrodni. Każdy policjant to wie. Każdy.
W jakiś sposób, przy jakiejś okazji, ale zawsze wraca. Po pięciu czy po
dziesięciu latach. Żeby skończyć, co zaczął, albo żeby po prostu tam
być, wdychać to powietrze i wspominać.
Wystarczyło tam być. Jeśli on, Winter, tam będzie, a sprawca pojawi się
na ścieżce, to będzie wiedział. Naprawdę będzie wiedział, to nie będzie
przypadek. Tu nie chodzi o szczęście. Żadnego ryzykowania. I właśnie w tej chwili, spoglądając na zdjęcie i na Haldersa, który miał plamę potu
pod lewą pachą, właśnie w tej chwili pomyślał, że to się stanie. Że go
spotka i że to będzie spotkanie jak z koszmaru, który wkracza w rzeczywistość.
- Ten skurwiel wrócił - powiedział Halders.
Winter nie odpowiedział.
- Ten sam sposób działania. - Halders przejechał dłonią po swoich
ściętych na jeża włosach. - To samo miejsce.
- Musimy jeszcze raz przesłuchać dziewczynę.
- Wróci do domu po południu.
- Pojedź tam.
- Dobra.
- A co z rodzicami?
- Załamani.
- Nie zachowują się dziwnie?
- Aneta przyglądała się im szczególnie uważnie, kiedy ja gadałem z dziewczyną. - Halders lekko mrugał lewym okiem, jakby miał tik. - Nie.
Ojciec to nerwowy alkoholik, a takie coś raczej nie pomaga dojść do
siebie. - Spojrzał na Wintera.
- On wrócił, Erik.
- Przejrzę akta.
- Z iloma gwałtami wtedy zdążył? Z trzema? Jedna ofiara zmarła?
- Mhm...
- Może przydałoby się teraz pogadać z dziewczynami.
Winter nie odpowiedział. Halders wstał.
- Fredrik?
- Tak?
- Moje odczucia w związku z tą sprawą są identyczne jak twoje.
- Aha.
- Ja też nie mogę zapomnieć o Beatrice.
- Wiem.
- I to nie tylko dlatego, że nie wyjaśniliśmy tej sprawy.
- Rozumiem. - Halders usiadł z powrotem. - To tak jak ja. - Podrapał się
po głowie. Winter zauważył, że pod drugą pachą również ma mokrą plamę. -
Wszyscy się zorientowali. Gadają o tym.
- Sprawdzę, jak to było przy tamtej sprawie - odparł Winter, wskazując
na leżące na stole materiały.
- Będzie następna zbrodnia - powiedział Halders. - Podobna.
- Wyluzuj.
- Dobra, dobra. Kolejny gwałt.
Gdzieś ze wschodu dobiegł odgłos syren. Ktoś krzyknął pod oknem Wintera.
Rozległ się warkot samochodu. Halders tarł głowę.
Ni z tego, ni z owego Winter podjął decyzję.
- Jedziemy tam. Teraz.
Wszyscy mieli na sobie szorty albo przewiewne spódnice. Było ponad
trzydzieści stopni. Wydawało mu się, że w mieście jest wyjątkowo dużo
ludzi. Przecież powinni leżeć nad morzem.
- Są wyprzedaże - powiedział Halders, wskazując na centrum handlowe. -
Letnia wyprzedaż. Ceny jak marzenie. Sama przyjemność z zakupów.
Winter skinął głową.
- Sam bym tam wpadł.
- Ta.
- Ciebie takie sprawy nie obchodzą, ale dla mnie, rozwiedzionego ojca
dwójki dzieci, wszystko jest drogie. - Halders znowu spojrzał na
Wintera. - Ciężko się utrzymać.
Winter kolejny raz kiwnął głową.
- Nie żebym narzekał.
- Ile lat mają twoje dzieci? - zapytał Winter.
- Siedem i jedenaście - odparł Halders po chwili.
- Masz chłopaka i dziewczynkę, tak? - Winter jechał wzdłuż bulwaru. Byli
sami na środkowym pasie. Nagle wszystkie samochody zniknęły. Zamrugał i znowu je zobaczył.
- Tak. Chłopak jest starszy.
- Dzielicie się opieką nad nimi?
Halders spojrzał na niego.
- Mieszkają z Margaretą w tygodniu, u mnie co drugi weekend. - Popatrzył
w dal, w stronę rzeki, a potem znowu na Wintera. - Czasami są u mnie
częściej. Albo jeździmy gdzieś razem. To zależy. - Winter widział jego
ściągnięty profil. - Zawsze się staram coś wymyślić.
Winter rzucił okiem we wsteczne lusterko i zatrzymał się na żółtym
świetle. Przez ulicę przechodziła rodzina turystów: mapa, szeroko
otwarte oczy, wygodne buty. Chłopiec, około dziesięcioletni, i siedmioletnia dziewczynka zmierzyli ich wzrokiem i poszli dalej, za
rodzicami pchającymi wózek z dwójką maluchów.
- A jak u ciebie? - zapytał Halders. - Jak mała? Dużo krzyczy po nocach?
- W ogóle.
- Hannes miał kolkę.
- Aha.
- To było straszne. Czteromiesięczny horror.
- Słyszałem o tym - powiedział Winter.
Zabrzmiało to trochę jak usprawiedliwienie, pomyślał Halders. Jakby mu
się upiekło.
- To był początek końca - dodał Halders. Chwilę potem dojechali.
To miejsce sprawiało tak samo przykre wrażenie jak zawsze. Wtedy, pięć
lat temu, technicy przeczesali liście, trawę, ściółkę. Tak jak teraz.
Wtedy Winter był niecierpliwym inspektorem. Halders też był inspektorem,
ale nie aż tak niecierpliwym. Nie był jeszcze rozwiedziony. Codziennie
wracał do pełnego życia domu.
Mimo wszystko tym razem nie doszło do morderstwa, pomyślał Winter.
Minęły ich dwie kobiety z wózkami. Słońce chowało się za zielenią. Od
strony sadzawki słychać było głosy bawiących się dzieci. Pięćdziesiąt
metrów od miejsca zbrodni jakiś mężczyzna leżał wyciągnięty na trawie.
Dokładnie w miejscu znalezienia zwłok. Choć właściwie nie wiadomo, jak
to nazwać w przypadku ofiary gwałtu, pomyślał Winter. Mężczyzna wstał,
zachwiał się, po czym usiadł z powrotem. Chwycił papierową torebkę i napił się jak rasowy pijak: nie wyciągając z niej butelki.
- I żadnych świadków - powiedział Halders.
Winter spojrzał na pijaka.
- Pomyśleliśmy o bezdomnych? - powiedział, raczej do siebie.
- Wtedy? Nie było tu żadnego.
- Teraz.
- To nie wiem - odparł Halders.
- Na pewno jacyś tu mieszkają. - Winter patrzył, jak mężczyzna kolejny
raz próbuje się podnieść. Tym razem udało mu się przejść kilka kroków. -
Zwłaszcza teraz, latem.
Halders podążył za jego wzrokiem, a potem wyciągnął komórkę.
Pięć minut później radiowóz wjechał między spacerujących. Halders
wskazał pijaka. Szedł żwirowaną ścieżką, wciąż balansował jak na linie.
Potem zobaczyli, jak jacyś policjanci zgarniają go i pakują do
radiowozu.
- Przesłuchamy go od razu? - zapytał Halders.
- Po południu - odparł Winter. Ruszył w stronę bloku skalnego, minął
przejście między drzewami. To samo miejsce, ta sama grota.
Gdy wrócił do domu, wieczór trwał w najlepsze. Na bulwarze było pełno
ludzi. Spotkali się z Angelą na skrzyżowaniu. Elsa spała. Było po ósmej.
Wpadł do domu wcześniej, w ciągu dnia, po pierwszej, po wizycie w parku.
Pobawił się trochę z Elsą na kocu, podmuchał jej w szyję za uchem.
Weszli w jedną z bocznych uliczek. Musieli chwilę zaczekać, aż się
zwolni stolik w ogródku. Winter od razu zamówił piwo dla siebie i wodę
mineralną dla Angeli.
- Wyglądasz na zmęczonego, Erik.
- Dzięki.
- Do twarzy ci z tym.
- Wiem.
Napił się piwa i przetarł dłonią oczy, potem spojrzał na Elsę. Spała z przechyloną na bok głową. Strużka śliny ściekała na kocyk. Pochylił się
i wytarł ślinę, tylko po to, żeby mieć pretekst, żeby ją pogładzić
jeszcze raz.
Spojrzał w górę i po drugiej stronie ulicy zobaczył Haldersa. Halders
również spojrzał w jego stronę. Winter dał mu znak, żeby się do nich
przyłączył, ale Halders pokręcił głową i rzucił okiem na zegarek. A potem zmienił zdanie i podszedł do nich. Przywitał się z Angelą,
ściskając jej rękę, i spojrzał na śpiącą Elsę.
- Erik mi mówił o cudzie - powiedział.
- Tak. Ja też mam nadzieję, że to będzie cud - odparła Angela.
- Miałem na myśli to, że śpi tak smacznie. Od ósmej do ósmej.
- Na razie tak. Siadaj z nami, Fredrik.
Halders kolejny raz spojrzał na zegarek.
- Obsługa zbiera zamówienia.
- No dobra - powiedział. Usiadł i zawołał kelnerkę w czarnym fartuchu.
Trzy dziewczyny w wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat przeszły obok,
uśmiechając się do Elsy. Posłały też uśmiech Winterowi i Angeli. Może i ja się załapałem przez przypadek, pomyślał Halders.
Ktoś włączył muzykę.
Chcę cię wziąć w ciemności, dziś wieczorem. Tęsknię. Lecę do przodu.
Niech to się nigdy nie kończy.
- Stary kawałek - powiedział Halders. - Freestyle. Znowu modny, jak
zresztą wiele innych rzeczy. - Napił się łapczywie. - To lato
zapamiętamy na długo. Upał będzie trzymał jeszcze we wrześniu.
- Jesteś prorokiem? - zapytała Angela z uśmiechem.
- Niestety - odpowiedział Halders, spoglądając na Wintera.
- Zasłużyliśmy na ciepło - stwierdziła Angela.
Halders znów spojrzał na Wintera.
Wiedział, o co chodzi, jeszcze zanim się obudził i sięgnął po stojący na
nocnym stoliku telefon. Tak jakby część snu rozgrywała się dalej w nocnej rzeczywistości, którą można dotknąć, poczuć. Jakby wiedział z wyprzedzeniem, co powie głos w słuchawce.
Jakby był prorokiem.
Słuchał, patrząc na Angelę. Widział również czubek głowy śpiącej w łóżeczku Elsy.
- Tak, tak - rzucił do słuchawki. - Tak.
Zadzwonił do Haldersa.
- Chcę, żebyś pojechał ze mną - powiedział.
- No myślę, kurwa - odparł Halders.
Winter jechał w świetle poranka, zabarwionego kolorami mleka i szpinaku.
Tak właśnie wyglądał świt.
Spotkali się na parkingu. Halders sprawiał wrażenie bardzo spiętego, był
jak lustrzane odbicie Wintera.
Na miejsce znalezienia zwłok trafiliby z zamkniętymi oczami. To musiało
być tam, nigdzie indziej.
Teraz teren był oświetlony bladym światłem elektrycznym. Już niedługo
miało je zastąpić światło poranka. Wszędzie kręcili się technicy. Było
ich więcej niż zazwyczaj. Więcej było też umundurowanych policjantów i gapiów. Cóż, miejsce znalezienia zwłok w listopadzie o czwartej nad
ranem to nie to samo co takie miejsce w lipcowy poranek, gdy na dworze
jest ponad dwadzieścia stopni. Niektórzy jeszcze nie zdążyli wrócić do
domów. Stali na obrzeżach parku. Winter podszedł do drzew i skały. W przejściu między nimi zobaczył nogi dziewczyny. Wyglądały jak dwa białe
patyki. Potem dostrzegł resztę ciała, wszystko z wyjątkiem głowy, którą
nadal krył cień.
Mógł się zatrzymać, wrócić do swego ponurego biura na komisariacie i dopiero tam otworzyć teczki, żeby przeczytać, co się stało. I tak
wiedział. Gdy przeprowadzono sekcję i dostał dane, jakie się dało zebrać
na tym etapie, wszystko się potwierdziło.
Ale teraz poranek jeszcze się nie skończył. Zobaczył lekarza, nowego
patologa. Nie znał jeszcze jego imienia. Wyglądał młodo. Podszedł do
Wintera, przywitał się i przekazał mu kilka wstępnych obserwacji.
Dziewczyna się udusiła. Ktoś ścisnął jej szyję tak mocno, że nie mogła
oddychać. Z jej ciałem zrobiono też inne rzeczy, choć jeszcze nie
wiadomo jakie.
Jej portfel znaleźli w torebce. Winter widział ją na ziemi, przy dłoni
ofiary.
Wyciągnij rękę i złap torebkę, pomyślał. Dasz radę. Nadal możesz to
zrobić.
Miała może osiemnaście, dziewiętnaście lat. Gdyby chciał, mógłby to
sprawdzić, ale w tym momencie wolał niczego nie ruszać.
Ona-miała-osiemnaście-lat. Na tyle wyglądała. Na tym trzeba poprzestać.
Na tym się skończyło, na osiemnastu, maksymalnie dziewiętnastu latach.
Nie będzie już miała dorosłego życia, rodziny, nie będzie karmić piersią
i pchać dziecięcego wózka, nie dowie się, co to kolka i rozwód.
Halders stał obok niego. Powiedział coś cicho do jednego z techników.
Gdzieś w pobliżu nietoperz wydał odgłos, który coś Winterowi
przypominał. I nie chodziło o sytuację - ta nawet bez efektów
dźwiękowych wyglądała wystarczająco znajomo.
Szczelinę w skale rozświetliły latarki. Zobaczył twarz na ziemi.
Wyglądała, jakby jakimś dziwnym sposobem nadal kryła się w cieniu.
Usłyszał w głowie melodię. Chcę cię wziąć w ciemności, dziś wieczorem.
Słyszał ją w ogródku barowym tej nocy. Czy przechodziła tamtędy? Czy
akurat tamtędy przechodziła ze znajomymi? Unoszę się, lecę do przodu.
Niech to się nigdy nie kończy. Jeśli ja cię nie wezmę, zrobi to ktoś
inny. Gdzieś daleko.
Rozdział 4
4
MIAŁA NA IMIĘ ANGELIKA. Dokumenty znaleźli w torebce.
Ubranie było w nieładzie. Włosy miała ciemne, były w nich liście i kilka
źdźbeł, jakby leżała z głową na poduszce z trawy.
Jakby ktoś zrobił dla niej taką poduszkę. Ten obraz wciąż miał przed
oczami, gdy przyszedł na obdukcję. Pia E:son Fröberg, lekarka sądowa,
zajmowała się ciałem Angeliki. Część z tego, co robiła, znał już tak
dobrze. Oświetlone ciało. Biały fartuch lekarski - także oświetlony
przez jaskrawe lampy zwisające z sufitu. Gołe ciało. Żadnych oznak
życia.
Wiedział, że ją uduszono. Zaciśnięto jej na szyi pętlę, której nie mogła
rozluźnić ani zdjąć. Pia potwierdziła, że mogła to być smycz połączona z regulowaną obrożą, nie sznurowadło.
Stało się to zaledwie parę godzin przed tym, jak dostali zgłoszenie. Co
wtedy robił? Co robił w tym właśnie momencie?
Co ona robiła godzinę wcześniej? Co robiła Angelika Hansson?
Piła, może za dużo. Może trzymała kogoś za rękę.
Miała dziewiętnaście lat. Pomyślał o tym, co Halders mówił o Jeanette
Bielke i jej zeznaniu. Ona także jest dziewiętnastolatką, miesiąc temu
dostała się na studia. Dostała świadectwo kompetencji, tak się wyraził
Halders. Jeanette Bielke miała przynajmniej w swoim pokoju studencką
czapkę, odśpiewała studencki hymn2. Czy Angelika też dostała
czapkę? Czy znała Jeanette? Czy miały wspólnych znajomych?
- Była w ciąży - powiedziała Pia E:son Fröberg, podchodząc do niego.
Winter w milczeniu pokiwał głową.
- Słyszysz, co mówię?
Znowu tylko skinął głową.
- Z roku na rok mówisz coraz mniej. Zdecydowanie.
Z każdą porą roku mówię mniej, pomyślał. Z każdą porą roku.
- Który miesiąc? - zapytał.
- Nie mogę tego określić dokładnie. Ale niewiele tygodni. - Znów
spojrzała na ciało dziewczyny. - Zastanawiam się, czy ona wiedziała.
- Jesteś pewna tej ciąży?
- Nie mam co do tego wątpliwości.
Winter podszedł dwa kroki bliżej. Jeszcze nic o niej nie wiedzieli,
mieli tylko to, co znaleźli w torebce, a ta była już u komisarza Beiera
z wydziału technicznego.
Niedługo pojedzie do jej domu. Ma już adres.
Jej rodzice czekali w innym, oświetlonym równie jaskrawym światłem
pokoju, zaledwie parę metrów dalej. Dwie twarze, blade i zszokowane.
Nie było z nimi jej chłopaka, nikogo, kto by na kogoś takiego wyglądał.
Tylko rodzice. Byli może parę lat starsi od samego Wintera. Niektórym
dzieci rodziły się, gdy mieli po dwadzieścia parę lat. Tak było z Angeliką. Ich córka była w ciąży. Wiedzieli?
- Co, do cholery? - Lars Olof Hansson, ojciec dziewczyny, zbladł. Obok
stała jego żona, Ann, matka Angeliki. Oczy mieli zapadnięte, pełne żalu
i zwątpienia. - O czym pan mówi, do cholery?
Winter powtórzył.
- Nie miała chłopaka od dwóch lat - powiedział ojciec. Spojrzał na żonę.
- Ann, słyszałaś o jakimś chłopaku?
Kobieta potrząsnęła głową.
- To nie może być prawda - powiedział, zwracając się do Wintera. - To
niemożliwe.
- Nigdy nic mi o tym nie wspominała - dodała matka. Popatrzyła na
Wintera, szerzej otwierając oczy. - Na pewno by mi powiedziała. -
Zwróciła się do męża: - Rozmawiałyśmy o wszystkim. Tak było, Lasse,
przecież wiesz.
- Tak.
- O wszystkim - powtórzyła.
Nie wiedziała, pomyślał Winter. Wydaje mi się, że nie wiedziała. Pia nie
przekazała mu jeszcze wszystkich szczegółów. Był jeszcze ktoś, kto nie
wiedział. Nie musiał być jej chłopakiem, nie w dosłownym tego słowa
znaczeniu. Może przypadkowy partner. Ilu takich miała? Spojrzał na
rodziców. Pomyślał o tych wszystkich pytaniach, które musi zadać, teraz,
w tej chwili, chyba najgorszej ze wszystkich. Najgorszej, a jednocześnie
najlepszej - teraz, gdy wszystko jest jeszcze takie świeże. Wrócił
myślami do ciała leżącego na metalowym stole w pokoju obok.
- Musimy wiedzieć wszystko o jej znajomych - powiedział. - Wszystko, co
sobie państwo przypomną. O wszystkich.
- Czy ta sprawa z ciążą łączy się jakoś z morderstwem? - zapytał ojciec
dziewczyny, spoglądając ostro na Wintera.
- Nie wiem - odparł Winter.
- Inaczej tak by się pan o to nie dopytywał.
- Lasse! - krzyknęła jego żona.
- Co? - Hansson odwrócił się w jej stronę.
- On tylko robi, co do niego należy - powiedziała i nagle Winter
stwierdził, że wstąpiły w nią nowe siły. - Przecież chcemy się
dowiedzieć.
Robię, co do mnie należy, pomyślał Winter.
*
Siedzieli w pokoju Haldersa. Rzadko tu bywam, ciekawe czemu, zastanawiał
się Winter.
Ściany były puste, w pokoju nie było umywalki. Przy drzwiach zamocowano
haczyk, ale nic na nim nie wisiało, żadna kurtka ani płaszcz. Okna
wychodziły na stadion Ullevi. Arena kryła się w cieniu. Na ulicy nie
było samochodów, nic nie jechało. Halders otworzył okno, ale nie było
słychać nic poza wentylatorami przenoszącymi powietrze z pokoju do
pokoju.
- Liceum Gustava Schillera - powiedział Halders.
- Aha.
- W klasie było ich trzydzieścioro troje.
- No tak.
- Was też było tyle, kiedy chodziłeś do szkoły? - zapytał Halders,
spoglądając na Wintera zza dwóch zasypanych papierami koszyków stojących
na biurku.
- Kiedy chodziłem do liceum? Nie pamiętam. Pewnie ze dwadzieścia osób.
- Chodziłeś do szkoły prywatnej, co?
- Niestety.
- Za późno, żeby prosić o wybaczenie.
Winter się uśmiechnął.
- Szkoła Schillera - powtórzył Halders. - Klasa z rozszerzoną wiedzą o społeczeństwie. - Spojrzał na Wintera, a potem na papiery, które trzymał
przed sobą. - Cóż, niewiele dostała w zamian od społeczeństwa. - Znów
popatrzył na Wintera. - Bez pewnej wiedzy można się obejść.
- Musimy przesłuchać wszystkich z jej klasy - stwierdził Winter.
- Wielu jest za granicą.
- Zaczniemy od tych, którzy są w domu.
- Reszta też zacznie powoli wracać. Kiedy się skończy ta laba.
Winter czuł zapach wpadający do środka przez okno. Widział flagi
powiewające na masztach stojących przed areną stadionu. Słaby wiatr,
który wiał już wcześniej, musiał zmienić kierunek.
- A gdzie chodziła ta dziewczyna z L?ngedrag? - zapytał Halders. -
Jeanette Bielke.
- Do liceum Sigrid Rudebeck.
- To prywatna szkoła?
- Tak.
- To nie tam chodziłeś?
Winter skinął głową.
- W takim razie możesz się tym zająć.
- Ile osób miała w klasie?
- Dwadzieścia - odpowiedział Winter, wstając. Wrócił do siebie.
Postanowił, że napije się wody, a potem zadzwoni do swojej szkoły. Może
odbierze jego dawny wychowawca. Wtedy był całkiem młody. Czytał, że
ostatnio został dyrektorem.
Chwycił za słuchawkę, ale się rozmyślił. Odłożył ją i wyciągnął rękę po
jedną z teczek. Zaczął czytać. Analizował jeden z raportów, czegoś w nim
szukał. Sam nie wiedział czego. Ale był pewien, że gdy na to trafi,
będzie wiedział, że właśnie o to mu chodziło.
Halders kolejny raz pojechał do domu Jeanette Bielke. Uprzedził jej
rodziców telefonicznie. Pojechał sam. Zaparkował i przeszedł przez
żwirową ścieżkę. Jeanette siedziała na werandzie. Przez chwilę się
zastanawiał, o czym może myśleć.
Podniosła wzrok i zauważyła go. Wyglądała, jakby nagle zrobiło jej się
niedobrze. Wszedł na werandę.
- Chodźmy gdzieś - zaproponował.
Nie ruszyła się z miejsca.
- Chcesz pojechać na spacer? Na Saltholmen?
Wzruszyła ramionami. Irma Bielke wyszła na werandę i spojrzała na córkę.
- Jedziemy na spacer - powiedział Halders, ale kobieta zdawała się go
nie słyszeć. Wszyscy są w szoku, pomyślał. Mydlana bańka prysła.
Rzeczywistość wdarła się nawet tutaj.
Jeanette wsiadła do samochodu. Już zdążył się nagrzać na słońcu. Halders
włączył silnik. Gdy zmieniał bieg, zbliżył rękę do jej lewego kolana.
Dziewczyna gwałtownie się cofnęła, ale Halders udał, że nic się nie
stało. Ruszył wzdłuż zjazdu i wyjechał na drogę.
- Masz tam swoje ulubione miejsce? - zapytał, gdy zbliżali się do
połączonych mostami przybrzeżnych skał.
- Tak...
- Zatrzymamy się tam?
Wzruszyła ramionami.
Wszędzie było pełno samochodów. Halders zaparkował w niedozwolonym
miejscu, przy kiosku z lodami. Za przednią szybę wetknął identyfikator.
Mijało ich mnóstwo ludzi. Jedni szli w stronę przystani, inni wracali.
Wrzeszczało jakieś dziecko ciągnięte przez rodziców.
Dwie dziewczyny w wieku Jeanette śmiały się z niej albo do niej.
- Musisz pokazać drogę. A może masz ochotę na loda?
Znowu wzruszyła ramionami.
- Rozumiem, że za każdym razem, gdy wzruszasz ramionami, mówisz tak -
stwierdził Halders.
Uśmiechnęła się.
- Wanilia - powiedziała. - I toffi.
Kiedy wspinali się po skałach, lody zaczęły ściekać Haldersowi po
palcach. Lizał tak szybko, jak mógł. Jeanette wzięła kubeczek zamiast
wafelka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki