Niech będzie nam wybaczone - A.M. Homes

Reflow text when sidebars are open.
"Niech będzie nam wybaczone" - inkantacja, modlitwa, nadzieja, że jakimś cudem wyjdę z tego cało. Czy zdarzyło wam się kiedykolwiek pomyśleć: "Robię to celowo, daję ciała i nie wiem dlaczego"?
Chcecie poznać przepis na katastrofę?
Sygnał ostrzegawczy: rok temu, Święto Dziękczynienia w ich domu. Ponad dwadzieścia osób siedziało przy stołach ustawionych od jadalni do salonu w ciągu kończącym się przed ławeczką przy pianinie. Brat zajmował miejsce u szczytu dużego stołu, wydłubywał z zębów kawałki indyka i perorował o sobie. Obserwowałem go, odnosząc naczynia do kuchni, z palcami unurzanymi w nieopisanej mazi - sosie żurawinowym, batatach, zimnych cebulkach, chrząstkach. Z każdym nawrotem z jadalni do kuchni nienawidziłem go coraz bardziej. Powracały do mnie wszystkie grzechy naszego dzieciństwa, poczynając od jego narodzin. Przyszedł na świat jedenaście miesięcy po mnie, chorowity, bo przez pewien czas był niedotleniony, i poświęcono mu zbyt wiele uwagi. A potem, mimo że robiłem, co mogłem, by sobie uzmysłowił, że jest okropny, zachowywał się, jakby się uważał za dar niebios. Dano mu na imię George. Lubił, kiedy zwracano się do niego Geo, bo brzmiało to fajnie, jakby naukowo, matematycznie, analitycznie. Ja nazywałem go Geodą - pustką w skale wypełnioną minerałem. Przyciągając uwagę innych nadnaturalną pewnością siebie i arogancko uniesioną głową ze sterczącymi jasnymi kosmykami, sprawiał wrażenie, że coś wie. Ludzie zasięgali jego opinii, zabiegali o jego udział, ale na mnie wdzięk brata nie działał. Kiedy mieliśmy dziesięć i jedenaście lat, był ode mnie wyższy, masywniejszy, silniejszy. "Na pewno nie jest synem rzeźnika?" - pytał żartem ojciec. Nikt się nie śmiał.
Znosiłem ze stołu ciężkie talerze, półmiski, naczynia do pieczenia oblepione jedzeniem i nikt nie zauważył, że przydałaby mi się pomoc - ani George, ani dwójka jego dzieci, ani idiotyczni przyjaciele, a raczej podwładni (wśród nich pogodynka i siedzący sztywno rezerwowi prezenterzy i prezenterki, z wylakierowanymi fryzurami, podobni do Kena i Barbie), ani moja niecierpiąca indyka chińsko-amerykańska żona Claire, która zawsze nam przypominała, że jej rodzina świętuje przy pieczonej kaczce i kleistym ryżu. Żona George'a, Jane, która krzątała się cały dzień, gotując, sprzątając i podając, w tej chwili zgarniała kości i resztki do dużego pojemnika na śmieci.
Oczyszczała talerze, układając brudne naczynia w stos i wrzucając śliskie sztućce do parującej, spienionej wody w zlewie. Spojrzała na mnie, odgarniając włosy wierzchem dłoni, i się uśmiechnęła. Zawróciłem do stołów.
Patrząc na dzieci George'a i Jane, wyobraziłem je sobie w strojach Pielgrzymów, w czarnych bucikach ze sprzączkami, pracujące ciężko jak woły i - jak dzieci Pielgrzymów - noszące wiadra z mlekiem. Dwunastoletni Nathaniel i jedenastoletnia Ashley siedzieli przy stole jak zgarbione, a raczej zwinięte, wlane w krzesła, pozbawione kręgosłupa niedojdy, poruszając jedynie kciukami - jedno pisało do znajomych, których nikt nie widział na oczy, drugie zabijało cyfrowych terrorystów. To były dzieci bez osobowości, bez prezencji, dzieci nieobecne, pojawiające się w domu jedynie w czasie ferii. Wysłano je w zbyt młodym - zdaniem niejednego - wieku do szkół z internatem, robiąc to - jak wyznała Jane - z konieczności. Podobno miały bliżej nie sprecyzowane kłopoty z nauką, nie rozwijały się prawidłowo, a nieprzewidywalne wahania nastroju George'a uprzykrzały życie pod jednym dachem.
W tle, rywalizując o uwagę nieobecnych widzów, grały głośno dwa telewizory - w jednym leciała transmisja z meczu futbolu, a w drugim film Wielki Joe.
- Jestem prezesem działu rozrywki, oddanym telewizji sercem i duszą - powtarza George. - Czuwam na okrągło, dzień i noc, siedem dni w tygodniu.
W każdym pomieszczeniu jest telewizor; George nie znosi być sam, nawet w łazience.
Najwyraźniej nie potrafi też żyć bez ciągłego potwierdzania własnego sukcesu. Kilkanaście nagród Emmy, które wywędrowały z siedziby stacji, ozdabia teraz - wraz z różnymi innymi nagrodami i pochwałami utrwalonymi w rżniętym krysztale - jego dom. Wszystkie wyrażają uznanie dla George'a za umiejętną analizę kultury popularnej, za dostarczanie nam obrazu nas samych - w lekko krzywym zwierciadle, w formacie półgodzinnego sitcomu lub serwisu wiadomości.
Na środku stołu stał półmisek z pozostałością indyka. Sięgnąłem ponad ramieniem żony - ciężka taca się zachybotała. Zmobilizowałem siły i balansując w zgięciu drugiego łokcia naczyniem po zapiekance z brukselki z bekonem, pomyślnie wypełniłem misję.
Indyka, "pamiątkowego ptaka", cokolwiek to znaczy, tak przyjemnie wymasowano, zrelaksowano i natarto ziołami, aż uległ przekonaniu, iż nie jest tak źle stracić w dorocznym rytuale głowę i być nadzianym przez kuper żurawinami i okruchami chleba. Hodowano go właśnie po to, z dokładnie ustaloną datą egzekucji.
Stałem w kuchni bratostwa, podskubując indycze mięso, a Jane w jasnoniebieskich rękawicach zmywała, po łokcie w pianie. Zagłębiłem palce w jeszcze ciepłym brzuchu ptaka, gdzie ostały się najlepsze kąski nadzienia. Wygarnąłem trochę i uniosłem do ust. Popatrzyła na mnie - usta miałem wilgotne i tłuste, a palce zwinięte w indyczym punkcie G, gdyby ptaki miały coś takiego - wysunęła ręce z wody, podeszła do mnie i pocałowała. Nie po przyjacielsku. Całus był poważny, wilgotny, pełen pożądania. Przerażający i nieoczekiwany. Zrobiła to, potem ściągnęła rękawice i wyszła z kuchni. Trzymałem się blatu, ściskając go tłustymi palcami. Mocno.
Podano deser. Jane spytała, czy ktoś chce kawy, i wróciła do kuchni. Chodziłem za nią jak pies. Chciałem jeszcze.
Ignorowała mnie.
- Ignorujesz mnie? - spytałem.
Nie odpowiedziała, a potem podała mi kawę.
- Pozwolisz mi na małą przyjemność, takie małe coś tylko dla mnie? - Umilkła. - Ze śmietanką i z cukrem?
Od Święta Dziękczynienia przez Boże Narodzenie aż do nowego roku wyobrażałem sobie wciąż, jak mój brat pieprzy Jane. George był na niej albo, przy specjalnej okazji, pod nią, a raz, gdy poniosła mnie fantazja, brał ją od tyłu - z oczami utkwionymi w naścienny telewizor, gdzie u dołu ekranu sunął pasek ze skrótem najnowszych wiadomości. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Byłem pewien, że pomimo wdzięku i bezliku zawodowych osiągnięć George nie jest dobry w łóżku, a o seksie wie tyle, ile dowiedział się z magazynu czytanego ukradkiem na sedesie. Wyobrażałem sobie brata pieprzącego żonę - bezustannie. Ilekroć zobaczyłem Jane, stawał mi. Nosiłem workowate spodnie z zaszewkami z przodu i dwie pary bokserek, żeby ukryć zdradliwy entuzjazm. Zabiegi te zaokrąglały mi figurę, więc się martwiłem, że wyglądam, jakbym przytył.
Pod koniec lutego, tuż przed ósmą wieczór, dzwoni Jane. Claire jest nadal w biurze; zawsze jest w biurze. Ktoś inny podejrzewałby żonę o romans; ja zwyczajnie myślę, że Claire jest inteligentna.
- Potrzebuję twojej pomocy - mówi Jane.
- Nie martw się - odpowiadam, zanim się dowiem, z czym ma kłopot. Wyobrażam sobie, że dzwoni z kuchni, a długi spiralny kabel owija się wokół jej ciała.
- Jest na posterunku policji.
Patrzę na panoramę Nowego Jorku. Mieszkamy w nudnym, brzydkim powojennym budynku z białej cegły, ale wysoko, mamy duże okna i mały taras, na którym kiedyś siadaliśmy i jedliśmy grzanki na śniadanie.
- Nabroił?
- Na to wygląda - mówi. - Chcą, żebym po niego przyjechała. Możesz mnie wyręczyć? Możesz pojechać po brata?
- Nie martw się - powtarzam własne słowa.
Po kilku minutach jestem w drodze z Manhattanu do osady Westchester, którą George i Jane nazywają domem. Dzwonię do Claire z samochodu; odzywa się poczta głosowa.
Nagrywam się: "George ma kłopoty, muszę po niego jechać i odwieźć do domu, do Jane. Jadłem kolację, zostawiłem ci trochę w lodówce. Zadzwonię później".
Bójka. Takie snuję przypuszczenia w drodze na posterunek. George ma to w sobie: impuls do reagowania z siłą wybuchu atomowego, ukryty pod powierzchnią do momentu, gdy coś go podrażni, a wtedy eksploduje, przewraca stół, wali pięścią w ścianę albo... Nieraz byłem ofiarą jego frustracji: powalał mnie na kolana uderzeniem piłką bejsbolową na wysokości nerek, w kuchni babci zagrodził mi dostęp do ostatniego kawałka murzynka i pchnął tak, że wybiłem plecami szybę. Wyobrażam sobie, że po pracy poszedł na drinka i zalazł komuś za skórę.
Trzydzieści trzy minuty później parkuję przed małym podmiejskim posterunkiem policji, białym pudełkiem z lat siedemdziesiątych. Wisi tam niestosowny w takim miejscu kalendarz z biuściastymi panienkami, jest słoik pełen cukierków i dwa metalowe biurka, które, gdy się je przypadkiem kopnie - tak jak ja to zrobiłem w tej chwili, przewracając pustą butelkę po dietetycznym dr. pepperze - zgrzytają jak rozbijające się samochody.
- Jestem bratem człowieka, w sprawie którego dzwoniono do jego żony - oznajmiam. - Przyjechałem w związku z George'em Silverem.
- Jest pan bratem?
- Tak.
- Dzwoniliśmy do żony, przyjedzie po niego.
- Zadzwoniła do mnie, przyjechałem, żeby go zabrać.
- Zamierzaliśmy go zawieźć do szpitala, ale nie chce. Powtarza, że jest niebezpieczny i powinniśmy go zabrać "do miasta", zamknąć i skończyć z tym. Moim zdaniem temu człowiekowi potrzebny jest lekarz, z czegoś takiego nie wychodzi się bez szwanku.
- Wdał się w bójkę?
- Wypadek samochodowy, poważny. Raczej nie był pod wpływem, dmuchał w balonik i zgodził się oddać mocz, ale tak naprawdę powinien pójść do lekarza.
- Do wypadku doszło z jego winy?
- Przejechał na czerwonym świetle, wbił się w minivana. Mąż zginął na miejscu, żona jeszcze żyła - na tylnym siedzeniu, obok chłopca, który przeżył wypadek. Ekipa ratunkowa użyła nożyc do cięcia metalu, żeby ją uwolnić. Zaraz potem zmarła.
- Jej nogi wypadły z auta! - woła ktoś z biura w głębi.
- Chłopiec jest w dobrym stanie. Przeżyje - mówi młodszy policjant. - Pański brat jest na zapleczu. Pójdę po niego.
- Czy brat jest oskarżony o popełnienie przestępstwa?
- W tej chwili nie. Będzie dochodzenie. Funkcjonariusze ocenili, że na miejscu zdarzenia wyglądał na zdezorientowanego. Proszę go zabrać do domu, sprowadzić lekarza i adwokata, takie sprawy bywają paskudne.
- Nie chce wyjść - oznajmia młodszy policjant.
- Powiedz mu, że nie ma dla niego miejsca - mówi starszy. - Powiedz, że zaraz przyjadą prawdziwi kryminaliści i jeśli teraz nie wyjdzie, to mu w nocy zaszpuntują dekiel.
George zjawia się, rozmemłany.
- Dlaczego przyjechałeś? - pyta.
- Jane zadzwoniła, a poza tym to ty miałeś auto.
- Mogła wziąć taksówkę.
- Jest późno.
Idąc z George'em przez mały parking i dalej w ciemność, zmuszony wziąć go pod rękę i wieść za łokieć, nie jestem pewien, czy go podtrzymuję, czy powstrzymuję od ucieczki. W każdym razie nie odsuwa się, pozwala się prowadzić.
- Gdzie Jane?
- W domu.
- Wie?
Potrząsam głową.
- To było straszne. Widziałem światło.
- Widziałeś światło?
- Chyba widziałem, ale nie wiedziałem, po co jest.
- Nie dotyczyło ciebie?
- Nie wiedziałem. - George wsiada do auta. - Gdzie Jane? - pyta znowu.
- W domu - powtarzam. - Zapnij pas.
Wjeżdżam na podjazd, światła reflektorów przecinają dom i łapią Jane w kuchni, z dzbankiem kawy w ręku.
- Dobrze się czujesz? - pyta, gdy wchodzimy do środka.
- Jak mogę się dobrze czuć - mówi George.
Opróżnia kieszenie, wykładając ich zawartość na kuchenny blat. Zdejmuje buty, skarpetki, spodnie, bokserki, marynarkę, koszulę, podkoszulek i upycha wszystko do pojemnika na śmieci.
- Chcesz kawy? - pyta Jane.
Nagi George stoi, przechylając głowę, jakby nasłuchiwał.
- Kawy? - pyta ponownie Jane, wykonując gest dzbankiem.
George nie odpowiada. Przechodzi z kuchni przez jadalnię do salonu i siada w ciemnościach na krześle.
- Wdał się w bójkę? - pyta Jane.
- Miał wypadek. Zadzwoń do towarzystwa ubezpieczeniowego i do adwokata. Macie swojego adwokata?
- George, mamy adwokata?
- Potrzebuję adwokata? - pyta George. - Jeśli tak, dzwoń do Rutkowskiego.
- Coś z nim jest nie tak - stwierdza Jane.
- Zabił ludzi.
Zapada milczenie.
Jane nalewa George'owi kawy i zanosi do salonu razem ze ścierką, którą osłania mu genitalia, jakby rozkładała na kolanach serwetkę.
Dzwoni telefon.
- Nie odbieraj - ostrzega George.
- Halo - mówi Jane. - Przykro mi, nie ma go w domu, mam coś przekazać? - Słucha. - Tak, słyszę wyraźnie. - Rozłącza się. - Komuś drinka? - pyta nie wiadomo kogo, a potem nalewa sobie.
- Kto to był? - pytam.
- Przyjaciel tej rodziny - odpowiada, mając na myśli zabitych.
George, zgrabnie trzymając na podołku filiżankę, długo siedzi na krześle, ze ścierką osłaniającą męskość. Pod nim tworzy się kałuża.
- George - mówi błagalnie Jane, słysząc kapanie. - Przydarzył ci się mały wypadek.
Wiekowa suka Tessie wstaje z posłania, podchodzi i węszy.
Jane biegnie do kuchni i wraca z papierowymi ręcznikami.
- Zaraz zrobi się plama na podłodze - mówi.
Zachowujący cały czas obojętną minę George przypomina zrzuconą gadzią wylinkę. Jane zabiera mu filiżankę i podaje ją mnie. Podnosi wilgotną ścierkę z jego kolan, pomaga mu wstać i wyciera papierowymi ręcznikami nogi z tyłu i pośladki.
- Pomogę ci wejść na górę.
Przyglądam się, jak wchodzą po schodach. Widzę zwiotczałe ciało brata, lekko obwisły brzuch, kości bioder, miednicę, płaski tyłek - blada skóra jaśnieje w ciemnościach. Idą na górę, a ja widzę poniżej tyłka, pomiędzy nogami George'a, różowosiny saczek kołyszący się jak u starego lwa.
Siadam na ich kanapie. Gdzie moja żona? Czy Claire nie jest ciekawa, co się stało? Nie dziwi się, dlaczego nie ma mnie w domu?
W pokoju śmierdzi moczem. Mokre papierowe ręczniki leżą na podłodze. Jane nie wraca, żeby zetrzeć siuśki. Robię to za nią, a potem znów siadam na kanapie.
Wpatruję się przez mrok w starą drewnianą maskę z włosami z konopi, ozdobioną piórem i paciorkami, w to nieznajome oblicze, które Nate przywiózł ze szkolnej wycieczki do Afryki Południowej. Maska zdaje się odwzajemniać spojrzenie, jakby ktoś w niej mieszkał i chciał coś powiedzieć - milcząc szyderczo.
Nienawidzę tego salonu. Nienawidzę tego domu. Chcę wrócić do siebie.
Wysyłam esemesa do Claire, wyjaśniając, co się stało. Odpisuje: "Korzystam, że cię nie ma, i jeszcze siedzę w biurze; powinieneś chyba tam przenocować na wszelki wypadek".
Posłusznie układam się do snu na kanapie, okrywając ramiona małym, śmierdzącym pledem. Suka Tessie układa się obok i grzeje mi stopy.
Rano nastaje czas pośpiesznych telefonów i ściszonych rozmów; z faksu wysuwa się kopia raportu z wypadku. Mamy zabrać George'a do szpitala, gdzie będą szukać przyczyny, ukrytego wyjaśnienia, które zdejmie z niego odpowiedzialność.
- Czy ja ogłuchłem, czy co się tu, kurwa, dzieje? - dopytuje się George.
- George - mówi wyraźnie Jane. - Musimy jechać do szpitala. Zapakuj torbę.
George pakuje torbę.
Podwożę ich. Brat siedzi obok, w wytartych sztruksach i flanelowej koszuli, którą ma od piętnastu lat. Jest nierówno ogolony.
Prowadzę trochę spięty, niepokojąc się, że jego zadowolenie pryśnie, coś sobie raptem przypomni, wybuchnie i spróbuje złapać kierownicę. Pasy są dobre, nie pozwalają na gwałtowne ruchy.
- "Głupek Simon na targ poszedł, spotkał pasztetnika. "Ty upiekłeś, ja spróbuję, prosta to logika" - podśpiewuje George. - Głupek Simon poszedł z wędką złapać wieloryba, wiadro wody wziął ze sobą, bo woda się przyda". Uważaj - mówi do mnie - bo dostaniesz to, o coś się prosił.
W izbie przyjęć pogotowia szpitalnego Jane podchodzi do lady, podaje informację o ubezpieczeniu, raport policyjny i wyjaśnia, że wczoraj mąż uczestniczył w wypadku samochodowym, w którym zginęli ludzie, i na miejscu zdarzenia nie całkiem kojarzył, co zaszło.
- To nie tak! - ryczy George. - Ten kurewski SUV wyrósł przede mną jak biała chmura, nic poza nim nie widziałem, mogłem tylko wbić się w niego jak w tanie aluminium, w kurewską poduchę. Poduszka powietrzna rzuciła mnie w tył, przygwoździła, pozbawiła tchu, a gdy w końcu się wygramoliłem, zobaczyłem w tamtym aucie ludzi ściśniętych jak lazania. Chłopiec na tylnym siedzeniu zanosił się od płaczu. Miałem ochotę dać mu w nos, ale jego matka wytrzeszczała na mnie oczy.
Gdy to mówi, od tyłu podchodzą do niego dwaj potężni mężczyźni. Nie widzi, co się święci. Chwytają go. Jest silny. Wyrywa się.
Następnym razem widzimy go w klitce na tyłach izby przyjęć, z rękoma i nogami przywiązanymi do noszy.
- Wie pan, dlaczego pan tu jest? - pyta lekarz.
- Źle trafiłem - odpowiada George.
- Pamięta pan, co się stało?
- Raczej nigdy nie zapomnę. Z pracy wyszedłem około wpół do siódmej. W drodze do domu postanowiłem się zatrzymać i coś przegryźć. Normalnie tego nie robię, ale, przyznaję, byłem zmęczony. Nie widziałem jej. Kiedy się zorientowałem, że w coś uderzyłem, zatrzymałem się. Zostałem przy niej. Podtrzymywałem ją. Wyślizgiwała się spod siebie, ciekło z niej jak z zepsutego silnika. Zrobiło mi się niedobrze. Nienawidziłem jej. Za to, że jest taka zdumiona, szara, że tworzy się pod nią kałuża - nie wiedziałem nawet, skąd właściwie wypływa. Zaczęło padać. Zjawili się ludzie z kocami - skąd te koce? Słyszałem wycie syren. Objeżdżały nas auta, siedzący w nich ludzie się gapili.
- O czym on mówi? - pytam, zastanawiając się, czy to mnie się coś miesza, czy to jemu wszystko się pokręciło. - To nie było tak, to nie ten wypadek, może inny, ale nie ten.
- George - mówi Jane. - Czytałam raport policyjny, to nie było tak. Myślisz o czymś innym? O czymś, co ci się przyśniło albo co widziałeś w telewizji?
George tego nie wyjaśnia.
- Jakieś objawy psychiczne albo neurologiczne w przeszłości? - pyta doktor.
Kręcimy głowami.
- Jaka jest pana specjalność zawodowa?
- Prawo - mówi George. - Studiowałem prawo.
- Niech państwo zostawią go u nas - proponuje lekarz. - Zrobimy badania, a potem porozmawiamy.
Znowu nocuję w domu George'a i Jane.
Na drugi dzień, gdy jedziemy go odwiedzić, zastanawiam się na głos:
- Czy oddział psychiatryczny to dla niego odpowiednie miejsce?
- To są przedmieścia - odpowiada Jane. - Czy oddział psychiatryczny na przedmieściach może być niebezpieczny?
George jest sam w pokoju.
- Dzień dobry - wita go Jane.
- Naprawdę? Nic o tym nie wiem.
- Jadłeś śniadanie? - pyta, widząc stojącą przed nim tacę.
- To żarcie dla psów. Weź dla Tessie.
- Masz nieświeży oddech. Myłeś zęby? - pytam.
- Nie robią tego za ciebie? - odpowiada George. - Pierwszy raz jestem w psychiatryku.
- To nie jest szpital psychiatryczny - prostuje Jane. - Trafiłeś na oddział psychiatryczny.
- Nie mogę iść do łazienki - narzeka George. - Nie mogę się przejrzeć w lustrze... nie mogę.
W jego głosie pobrzmiewa nuta histerii.
- Mam ci pomóc? Mogę ci pomóc przy toalecie - proponuje Jane, otwierając zostawiony dla niego przybornik toaletowy.
- Nie zmuszaj jej do tego - wtrącam. - Nie jesteś małym dzieckiem, otrząśnij się, nie zachowuj się jak zombi.
George zaczyna płakać. Sam się sobie dziwię, jakim tonem do niego mówię. Wychodzę z pokoju. Jane moczy pod kranem myjkę.
Wieczorem, po pracy, do szpitala przyjeżdża Claire, przywożąc dla nas czworga chińszczyznę. Jak na kogoś o chińskich korzeniach Claire jest zadziwiająco mało wybredna, jeśli idzie o chińskie dania - dla niej nie różnią się od siebie, będąc jedynie wariacjami na temat. Podgrzewamy je w mikrofalówce z napisem: "Do użytku pacjentów, nie wkładać produktów lekarskich". Myjemy ręce, korzystając z butelek z pieniącym się środkiem, umieszczonych na każdej ścianie w każdej sali. Uważam, żeby niczego nie odkładać, niczego nie dotykać - nagle ogarnia mnie lęk przed zjedzeniem śmiercionośnych bakterii. Zaglądam do swojej porcji i widzę robaczka, którego dyskretnie pokazuję Claire.
- To nie robak, to ziarno ryżu.
- To larwa - szepczę.
- Zwariowałeś.
Widelcem wydobywa ziarno ryżu.
- Czy ryż ma oczy? - pytam.
- To pieprz.
Claire ociera powieki.
- Gdzie to kupiłaś?
- W barze przy Trzeciej Alei, kiedyś go lubiłeś - przypomina.
- Tym zamkniętym przez wydział zdrowia? - pytam zaniepokojony.
- Czeka cię niezła wyprawa - przerywa nam Jane.
- Jadę na kilka dni do Chin - wyjaśnia Claire.
- Nikt nie jedzie do Chin na kilka dni - burczy George.
Claire jeździ.
George nie chce jeść, natomiast - w ramach samoudręczenia - wysysa prosto z plastikowych torebek ostrą musztardę. Nikt go nie powstrzymuje. Mam ochotę powiedzieć: "Dla mnie też", ale nie robię tego.
- Kiedy wyjeżdżasz? - pyta Jane.
- Jutro.
Podaję George'owi kolejną paczuszkę musztardy.
Później, na osobności, Claire pyta mnie, czy George i Jane mają broń.
- Jeśli nie mają, powinni kupić - mówi.
- Co ty opowiadasz? Powinni mieć broń? Tak się traci życie, kupujesz broń, a potem ktoś do ciebie strzela.
- Chcę tylko powiedzieć, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby któregoś dnia Jane po powrocie do domu zastała tam rodzinę ludzi, których potrącił George. Zniszczył im życie, więc będą chcieli się zemścić. Zostań z nią, nie zostawiaj jej samej, Jane jest wrażliwa - radzi Claire. - Wyobraź sobie, że coś takiego przydarzyłoby się tobie. Gdybyś sfiksował, to nie chciałbyś, żeby ktoś był przy mnie i miał oko na dom?
- Mieszkamy w apartamencie z portierem. Gdybym zwariował, dałabyś sobie radę.
- To prawda. Gdyby coś ci się stało, dałabym sobie radę, ale Jane jest inna. Potrzebuje kogoś. Powinieneś też odwiedzić tego chłopca, który przeżył. Adwokat doradzi, żebyś tego nie robił, ale ty to zrób. George i Jane powinni wiedzieć, czego się spodziewać. Dlatego właśnie prowadzę sprawy chińskie - wyjaśnia Claire. - Cały czas myślę.
Puka się w skroń. Myśleć. Myśleć. Myśleć.
Tak więc nazajutrz odwiedzam chłopca, nie tyle z potrzeby dokonania niemożliwego szacunku, jak dużo będzie kosztować "naprawa" jego psychiki, ile z powodu familijnego poczucia winy. Zatrzymuję się w sklepiku z podarunkami, gdzie do wyboru są tylko różnokolorowe goździki, różańce i cukierki. Chłopiec leży w tym samym szpitalu co George, na oddziale pediatrii - dwa piętra wyżej. Siedzi w łóżku, wysoko podparty na poduszkach, je lody i nie odrywa oczu od telewizora - ogląda właśnie SpongeBoba Kanciastoportego. Ma około dziewięciu lat, jest pulchny, zrośnięte brwi gną się mu w kształt dużego M. Prawe oko jest podbite, na ogolonym placku z boku głowy wietrzy się mięsista fioletowa pręga szwów. Przekazuję prezenty siedzącej przy chłopcu kobiecie. Mówi, że mały ma się w miarę dobrze, zawsze ktoś przy nim jest, krewny albo pielęgniarka.
- Ile pamięta? - pytam.
- Wszystko. Pan jest z firmy ubezpieczeniowej?
Kiwam głową - czy kiwnięcie jest tożsame z kłamstwem?
- Masz wszystko, czego ci potrzeba? - pytam chłopca.
Nie odpowiada.
- Przyjdę za kilka dni - obiecuję. Pilno mi stamtąd wyjść. - Jeśli coś ci się przypomni, to mi powiesz.
Zabawne, jak szybko coś zmienia się w przyzwyczajenie, w codzienność. Mieszkam z Jane i jest tak, jakbyśmy bawili się w dom. Tego wieczoru wynoszę śmieci i rygluję drzwi; Jane przygotowuje coś do zjedzenia i pyta, czy wejdę na górę. Oglądamy telewizję i czytamy. Czytam to, co czytał George, jego gazety i magazyny, "Media Age", "Variety", "The Economist" i grubą biografię Thomasa Jeffersona leżącą przy łóżku.
Zdarza się wypadek, a potem zdarza się to. Nie tego samego wieczoru co kraksa ani tego, w którym wszyscy odwiedzamy szpital. Zdarza się to następnego wieczoru, dzień po tym, kiedy moja żona prosi, żebym nie zostawiał Jane samej, dzień po jej wyjeździe do Chin. Claire wyrusza w podróż, George'owi się pogarsza, a potem zdarza się to. Coś, co nie miało się nigdy zdarzyć.
Wieczorne odwiedziny w szpitalu nie udają się. George, nie wiadomo dlaczego, jest pod kluczem, w pokoju o wyściełanych ścianach, z rękoma przywiązanymi do ciała. Jane i ja na zmianę zaglądamy przez małe okienko. Wygląda żałośnie. Jane prosi, żeby ją wpuszczono, i nie ustępuje pomimo ostrzeżeń pielęgniarki. Wchodzi do niego, woła jego imię. Kiedy George podnosi głowę, odgarnia mu włosy, ociera zmarszczone czoło. On rzuca się na nią, przygniata swoim ciężarem i zaczyna gryźć - w twarz, w szyję, w ręce, w kilku miejscach do krwi. Wpadają pielęgniarze, ściągają go z niej. Jane zostaje odprowadzona na dół i opatrzona na izbie przyjęć. Oczyszczają jej rany, nakładają opatrunki i dostaje zastrzyk, jak przeciw wściekliźnie.
Wracamy do domu. Jane podgrzewa w mikrofali murzynki po sto kalorii porcja, nakładam na nie beztłuszczowe lody, ona psiuka bitą śmietaną bez kalorii, a ja zwieńczam czekoladową posypką. Jemy w milczeniu. Wynoszę śmieci, zdejmuję ubranie, które noszę od kilku dni, i wkładam piżamę brata.
Biorę bratową w objęcia. Chcę pocieszyć. Jestem w jego piżamie, Jane nadal jest ubrana. Niczego się nie spodziewam.
- Przepraszam - szepcę bezwiednie.
W chwilę potem tuli się do mnie, kładzie dłonie na biodrach i zsuwa spódnicę.
Kiedyś niewiele zabrakło, a powiedziałbym Claire o Święcie Dziękczynienia. Prawdę mówiąc, próbowałem jej o tym powiedzieć któregoś wieczoru po seksie, gdy czułem naszą bliskość. Kiedy zacząłem mówić, Claire usiadła, otuliła się kołdrą, a ja zrezygnowałem ze zwierzeń. Zmieniłem opowieść. Nie wspomniałem o pocałunku, jedynie o tym, że Jane się o mnie otarła.
"Stałeś jej na drodze, próbowała cię minąć, a nie się do ciebie dobrać" - uznała Claire.
Nie wspomniałem, że czułem, jak moja szwagierka zaciska uda, a czubek mojego penisa napiera na jej biodra.
"Tylko tobie przyszłoby do głowy, że z tobą flirtuje" - orzekła z odrazą Claire.
"Tylko mnie - przyznałem. - Tylko mnie".
Jane przyciąga mnie do siebie; ma wąskie biodra. Moje dłonie wsuwają się do jej majtek. Nowa dżungla. Jane wzdycha. To, co czuję pod palcami, miękkość intymnych stref, jest niewiarygodne. I myślę - to nie dzieje się naprawdę - no bo jak?
Jej usta przywierają do mnie; sięga po coś, jakiś krem, w pierwszej chwili chłodny, potem ciepły. Głaszcze mnie, zagląda w oczy. I znów przywiera ustami. Nie sposób jej odmówić. Ściąga ze mnie piżamę, szybko mnie dosiada. Eksploduję.
Przesiąknięty jej zapachem, zbyt wstrząśnięty, by wziąć prysznic bądź zasnąć w ich łóżku, czekam, aż ona zaśnie, a wtedy schodzę na dół, do kuchni, i myję się płynem do zmywania. Jestem w kuchni brata o trzeciej nad ranem, moczę fujarę w jego zlewie, wycieram się ręcznikiem z napisem "Home Sweet Home". Rano powtarza się to samo, gdy Jane znajduje mnie na kanapie, a potem znowu po południu, po odwiedzinach u George'a.
- Co ci się stało w rękę? - pyta nazajutrz mój brat, widząc zabandażowaną dłoń Jane. Jest z powrotem w swoim szpitalnym pokoju i nie pamięta nic z wczorajszego dnia.
Jane zaczyna płakać.
- Wyglądasz okropnie - mówi George. - Odpocznij.
- To trudny okres - wtrącam.
Tego wieczoru otwieramy butelkę wina i znów to robimy, tylko wolniej, z większym rozmysłem, świadomie.
Szpital go wypuszcza, a raczej George sam postanawia wyjść. Trudno w to uwierzyć, ale udaje mu się niepostrzeżenie opuścić szpital w środku nocy. Wraca do domu taksówką, za którą płaci pieniędzmi wygrzebanymi z dna kieszeni. Nie może znaleźć kluczy, więc dzwoni. Pies szczeka.
Może to właśnie usłyszałem - szczekanie psa.
A może brat nie zadzwonił do drzwi, może pies nie zaszczekał. Może George wyciągnął zapasowy klucz z zagłębienia w sztucznym kamieniu ogrodowym przy drzwiach i zakradł się do własnego domu cichcem niczym intruz.
Może wszedł na górę, zamierzając wsunąć się do łóżka, ale jego miejsce było zajęte. Nie wiem, jak długo tam stał. Nie wiem, jak długo trwało, zanim chwycił lampę po jej stronie łóżka i walnął ją w głowę.
Właśnie wtedy się obudziłem.
Ona krzyczy. Jeden cios nie wystarcza. Próbuje wstać; lampa nawet nie pękła. George patrzy na mnie, znów podnosi lampę i robi zamach. Porcelanowy wazon będący jej podstawą rozbija się na głowie Jane. Zdążyłem już wyskoczyć z łóżka. George ciska na bok resztki lampy - krew spływa mu po palcach - chwyta telefon i rzuca go w moim kierunku.
- Wezwij! - rozkazuje.
Stoję naprzeciw brata, w jego piżamie. Jesteśmy tacy sami, jak dwóch mimów, tak samo gestykulujemy, mamy takie same twarze, rodzinną szczękę, czoło po ojcu, te same wewnętrzne sprzeczności. Gapię się na niego, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Niepokojący chrapliwy odgłos mobilizuje mnie, wybieram numer.
Niechcący upuszczam telefon. Kiedy się pochylam, żeby go podnieść, brat kopie mnie mocno w podbródek. Głowa odskakuje mi do tyłu. Przewracam się, a on opuszcza pokój. Widzę pod wierzchnim okryciem szpitalną koszulę, wystającą jak jakiś ogon. Słyszę ciężkie kroki, gdy George schodzi na dół. Jane wydaje alarmujący jęk. Macam po podłodze, przyciągam telefon i wybieram 0. Wybieram 0, jakbym był w hotelu i spodziewał się, że ktoś odbierze. Rozpoczyna się długie nagranie, rozbudowane objaśnienie tego, co może zdziałać przycisk 0. Zdaję sobie sprawę, że będzie się tak wlokło do usranej śmierci, nim odezwie się ktoś żywy. Rozłączam się i po kilku próbach udaje mi się roztrzęsioną ręką wybrać 911.
- Pobito kobietę. Pośpieszcie się - mówię i podaję adres.
Dźwigam się na nogi, idę do łazienki, biorę myjkę, jakby to mogło coś pomóc, jakbym mógł nią zetrzeć krew. Nie wiem nawet, od czego zacząć; jej głowa to miazga z krwi, włosów, kości, kawałków lampy, więc trzymam myjkę i czekam.
Trwa to w nieskończoność. Pierwszy podjeżdża wóz strażacki. Cały dom się trzęsie. Zostawiam Jane i podchodzę do okna. Idą przez trawnik w pełnym rynsztunku, w hełmach i kurtkach, zabezpieczeni przed wodą ze zraszacza, który wyłączy się o świcie.
Nie wiem, czy drzwi otwiera im George, czy sami wchodzą.
- Na piętrze! - krzyczę.
Po chwili są przy niej. Jeden stoi z boku i mówi do radionadajnika, jakby składał sprawozdanie.
- Mamy kobietę w średnim wieku, otwarta rana głowy z tkanką na wierzchu. Przynieście długie nosze, tlen, torbę lekarską, potrzebna karetka i policja. Kim jest ta kobieta? - pyta mnie.
- To Jane. Żona mojego brata.
- Ma pan jej prawo jazdy albo inny dokument tożsamości?
- Torebka jest na dole.
- Ważne informacje o zdrowiu, alergie, inne choroby?
- Czy Jane ma jakieś kłopoty ze zdrowiem?! - wołam nad schodami.
- Od uderzenia lampy w głowę - odpowiada mój brat.
- Coś jeszcze?
- Wpierdziela witaminy - mówi George.
- Jest w ciąży? - pyta strażak.
Od tego pytania robi mi się słabo.
- Nie powinna - mówi George, a ja mimo woli domyślam się napięcia w jego słowach.
- Ustabilizujcie szyję - mówi jeden ze strażaków.
- To nie szyja, to głowa - mówię.
- Niech pan się odsunie - poleca ten z radionadajnikiem.
Przyjeżdża pogotowie, podsuwają pod Jane pomarańczowe nosze, przytwierdzają ją do nich czymś, co wygląda na zwykłą taśmę, i owijają głowę gazą. Przypomina mumię, ofiarę wojny, a może uczestniczkę zjazdu Szpitalników.
Pomrukuje gardłowo, kiedy pięciu strażaków wynosi ją, zostawiając resztki sterylnych opatrunków i ślady butów. Kiedy biorą zakręt, uderzają w poręcz, która pęka z trzaskiem.
- Przepraszamy.
Szybciej, niż można się spodziewać, wychodzą kuchennymi drzwiami i ładują się od tyłu do karetki.
George pije w kuchni kawę. Ma krew na rękach, jakieś drobiny przyklejone do twarzy, okruchy lampy - odłamki.
- Nie parkować na trawie - mówi do pierwszego policjanta, który się zjawia. - Proszę przekazać podkomendnym.
- Który z panów to pan Silver? - pyta policjant. Pewnie detektyw, bo nie w mundurze.
Obaj równocześnie unosimy rękę.
- Ja.
- Wasze dokumenty tożsamości.
George gmera, jakby szukał papierów, szpitalny fartuch aż fruwa.
- Jesteśmy braćmi - mówię. - Ja jestem starszy.
- Więc kto, komu i co zrobił?
Detektyw już wyjął notes.
George pociąga łyczek kawy. Ja milczę.
- To proste pytanie. Tak czy owak zdejmiemy odciski z lampy. Odciski! - woła detektyw. - Weźcie całą ekipę. - Kaszle. - No więc... czy w domu jest ktoś jeszcze? Mamy szukać? Jeżeli to nie jeden z was przydzwonił jej lampą, to może osoba, która to zrobiła, nadal przebywa w domu, a może jest gdzieś jeszcze jedna ofiara.
Urywa, czekając na jakiś odzew.
Odpowiada mu tykanie kuchennego zegara. Niemal odchodzę od zmysłów, kiedy wyskakuje kukułka i kuka - kuku, kuku, kuku - sześć razy.
- Przeczesać dom! - woła detektyw do swoich ludzi. - Sprawdźcie, czy nie ma nikogo więcej. Dowody do torebek. To dotyczy również lampy. - Zwraca się do nas. - Jest poniedziałek rano, wstałem z łóżka, żeby tu przyjechać. Żona daje mi w każdy poniedziałek rano, o nic nie pytając, bo lubi, żebym tydzień zaczynał w dobrym humorze, dlatego nie liczcie na moją sympatię.
- Co ty sobie, do kurwy nędzy, myślisz, chuju, kurwa twoja mać! - wybucha George.
Dwóch rosłych policjantów blokuje drzwi kuchni. Raptem nie ma jak stamtąd wyjść.
- Zakujcie go - rozkazuje detektyw.
- Ja nie do pana - wyjaśnia George. - Mówiłem do brata. - Patrzy na mnie. - To jest moja piżama. Zrobiłeś to.
- Tym razem nie będę mógł ci pomóc - mówię.
- Popełniłem przestępstwo? - pyta George.
- Trudno powiedzieć - odpowiada policjant, zakładając mu kajdanki.
- Dokąd go zabieracie? - pytam.
- A gdzie konkretnie mielibyśmy go zabrać?
- Był w szpitalu. Musiał stamtąd wyjść wczoraj wieczorem. Pod spodem ma szpitalną koszulę, widzicie?
- Znaczy uciekł?
Kiwam głową.
- Jak się dostał do domu?
- Nie wiem.
- Na piechotę, w ciemnościach, kurwa mać. Cipolizie!
Wielkie dzięki za pomoc, przyjaźń i talenty redaktorskie składam: Marie Sanford, Amy Hempel, Katherine Greenberg, Amy Ross, Elliottowi Holtowi, Lisie Randall, Laurie Simmons i Sydowi Sidnerowi, którzy siedzieli przy mnie dniami i tygodniami, dostarczając nadmierne ilości kawy, oraz Claudii Slacik, która udostępniła mi miejsce do pisania.
Dziękuję Zadie Smith za pytanie inspirujące mnie do napisania tej książki, Williamowi Boydowi za wybranie jej pierwszego rozdziału do setnego numeru magazynu "Granta", Salmanowi Rushdiemu, który później zamieścił ów fragment w zbiorze The Best American Short Stories 2008, i Heidi Pitlor, edytorce antologii Best American Short Stories.
Dziękuję agentom Andrew Wyliemu, Sarah Chalfant, Charlesowi Buchanowi, Jin Auh i Peterowi Benedekowi na Wybrzeżu Zachodnim oraz prawnikom Marcowi H. Glickowi i Stephenowi F. Breimerowi.
Dziękuję mojemu redaktorowi w wydawnictwie Viking, Paulowi Slovakowi, z którym wielokrotnie spotykałam się na lunchu, i Sarze Holloway z wydawnictwa Granta w Wielkiej Brytanii, wspaniałej redaktorce i przyjaciółce od dziesięciu lat.
Dziękuję Françoise Nyssen i Marie-Catherine Vacher we Francji, Carlowi Feltrinellemu, Fabiowi Muzi Falconiemu i Marii Baiocchi we Włoszech, Robbertowi Ammerlaanowi w Holandii oraz Helge Malchow i Kerstin Glebie w Niemczech.
Dziękuję Elainie Richardson, Candace Wait i personelowi domu pracy twórczej w Yaddo, bez których nie napisałabym niczego. Specjalne podziękowania dla Catherine Clark, która w roku 2011 przeszła na emeryturę po dwudziestu pięciu latach spędzonych w recepcji, gdzie witała wszystkich dzwoniących swym cudownie spokojnym głosem: "Dzień dobry, tu Yaddo".
Dziękuję Andre Balazowi, Philipowi Pavelowi i personelowi hotelu Chateau Marmont - mojemu Yaddo na Zachodnim Wybrzeżu.
Dziękuję kolegom z amerykańskiego PEN Clubu i z The Writer's Room w Nowym Jorku.
A na koniec dziękuję bratu i rodzicom - jakże długa i dziwna była to podróż!
Karetka zabiera Jane, policja zabiera George'a, a ja zostaję z policjantem, który czeka na ekipę kryminalistyczną. Zaczynam wchodzić na górę, policjant mnie zatrzymuje.
- Miejsce zbrodni - wyjaśnia.
- Ubranie - mówię, poruszając nogawkami piżamy, która tak naprawdę należy do George'a.
Odprowadza mnie do sypialni, która wygląda jak po przejściu tornada - na podłodze rozbita lampa, krew, skotłowana pościel. Zdejmuję piżamę i bez słowa pożyczam czyste ubranie brata, wiszące na drzwiczkach szafy w plastikowej torbie z pralni chemicznej.
- Brudne rzeczy zostawi pan w pokoju - poleca policjant. - Nigdy nie wiadomo, co się okaże.
- Racja - odpowiadam i schodzimy na dół.
Z policjantem za plecami czuję się dziwnie, jak podejrzany. Przychodzi mi na myśl, że dobrze byłoby zadzwonić do adwokata George'a i powiadomić go o rozwoju wypadków, ale nie pamiętam jego nazwiska. Zastanawiam się też, czy policjant mnie obserwuje, czy powinienem wystrzegać się szybkich ruchów, nie sięgać po coś i tak dalej. No i jak mam się od niego uwolnić, by zadzwonić na osobności?
- Włożę pranie do suszarki.
- Pan zaczeka - powstrzymuje mnie policjant. - To może pan zrobić później. Mokre ubranie zostaje mokre.
- Dobra. - Siadam przy kuchennym stole, biorę telefon do ręki i przeglądam nazwiska dzwoniących w nadziei, że znajdę nazwisko adwokata, które zabrzmi znajomo. No i proszę... Rutkowsky. - Mogę zadzwonić?
- To pan płaci.
- Mogę wyjść na dwór?
Policjant kiwa głową.
- Dzwonię nie w porę? - pytam, kiedy odbiera adwokat Rutkowsky.
- Kto mówi?
- Silver, Harry Silver, brat George'a Silvera.
- Właśnie jadę do sądu.
Stoję na podwórku przed domem, boso na wilgotnej trawie.
- Zdarzyło się to i owo. - Milknę. - Wczoraj wieczorem George wyszedł ze szpitala, Jane jest ranna, oberwała lampą w głowę. Jest tu policja, czekają na ekipę kryminalistyczną i...
- Skąd pan się tam wziął?
- Poproszono mnie, żebym na czas, kiedy brat jest w szpitalu, dotrzymał jej towarzystwa.
- Gdzie jest Jane?
- Zabrano ją do szpitala.
- A George?
- Jego też zabrano.
- Czy wygląda to na poważne przestępstwo?
- Tak.
- Kiedy przyjadą policjanci, proszę za nimi chodzić i nie odstępować ich na krok, nawet jeśli każą panu odejść. Niech niczego nie przestawiają, a jeżeli poproszą, żeby pan czegoś dotknął albo coś przesunął, ręce do kieszeni. Mogą robić zdjęcia, mogą podnosić przedmioty pęsetami i wkładać je do torebek.
- Sąsiedzi gapią się przez okna.
- Przyjadę o wpół do piątej. Do tego czasu proszę niczego nie zmieniać na miejscu wypadku.
- Na wypadek gdybym nie wrócił, zostawię klucz pod sztucznym kamieniem przy drzwiach wejściowych.
- A dokąd się pan wybiera?
- Do szpitala.
- Pan poda numer swojej komórki, a nuż będę pana potrzebował.
Podaję mu numer i się rozłącza. W głowie słyszę głos Jane: "Kondomy?".
Tak. Ale gdzie teraz są? Przepadły, zużyte, skończone, wrzucone do kubła na śmieci, pełne lagru.
Wracam do domu.
- Wolno zaparzyć świeżą kawę?
- Nie powstrzymam pana - mówi policjant. - Ten pies był tu cały czas? - Wskazuje Tessie, która ma sucho w misce i zlizuje wodę z moich stóp.
- To Tessie.
Nalewam jej świeżej wody i sypię karmę.
Ekipa kryminalistyczna przebiera się na trawniku przed domem. Rozkładają białe jednorazowe polietylenowe kombinezony i nakładają je, wraz z ochraniaczami stóp i lateksowymi rękawiczkami, jakby czekała ich operacja wysokiego ryzyka.
- No nie, to niekonieczne - zapewniam. - Niczym nie zarażamy, a dywan już jest zniszczony.
Nie reagują.
- Ktoś chce kawy? - pytam, unosząc kubek. Zwykle nie piję kawy, ale tego ranka to już moja czwarta; mam swoje powody. Posłusznie chodzę za nimi z pokoju do pokoju. - Używacie taśmy i zapisu cyfrowego?
- Tak - odpowiada fotograf, trzaskając zdjęcia.
- To bardzo ciekawe. Skąd pan wie, co fotografować?
- Przepraszam, mógłby się pan odsunąć?
Przed odejściem ekipy policjant wyjmuje notes.
- Jeszcze parę pytań, zanim pójdę. W tej historii jest kilka białych plam, dziur.
- Na przykład?
- Czy uprawiał pan z nią seks, kiedy brat wrócił do domu?
- Spałem.
- Miał pan romans z żoną brata?
- Jestem tu, ponieważ brat był w szpitalu.
- A pańska żona?
- Jest w Chinach. To ona podsunęła pomysł, żebym nocował u żony brata.
- Jakie są pańskie stosunki z bratem?
- Bliskie. Pamiętam, kiedy kupili ten dom. Pamiętam, jak pomagałem im wybierać rzeczy, kafelki do kuchni. Po wypadku pocieszałem Jane.
Policjant zamyka notes.
- No dobrze, wiemy, gdzie pana znaleźć.
Po jego wyjściu na stoliku w holu znajduję torebkę Jane, grzebię w niej, chowam do kieszeni komórkę, klucze od domu i - nie wiadomo dlaczego - szminkę. Przedtem jednak zdejmuję z niej osłonkę i przeciągam pomadką Sweet Fuchsia po wargach.
Z samochodu dzwonię do Claire w Chinach.
- Zdarzył się wypadek, Jane jest ranna.
- Mam jutro przyjechać?
W Chinach jutro jest dzisiaj, a tu, gdzie jest dzisiaj, tam jest jutro.
- Zostań, gdzie jesteś - odpowiadam. - To zbyt skomplikowane.
Dlaczego Claire tak chętnie mnie puściła? Dlaczego pchnęła mnie w ramiona Jane? Chciała mnie wypróbować? Naprawdę aż tak mi ufała?
- Jadę teraz do szpitala, zadzwonię, kiedy dowiem się czegoś więcej. - Milknę. - Jak tam praca?
- Świetnie. Kiepsko się czuję, zjadłam coś dziwnego.
- Może robaka?
- Zadzwoń później.
Przyjeżdżam do szpitala i dowiaduję się, że Jane jest na operacyjnym, a George wciąż w izbie przyjęć, na jej tyłach, przywiązany do noszy.
- Głupi chuju - wita mnie, kiedy odsuwam zasłonkę.
- Co z twoją twarzą?
Wskazuję świeże szwy nad jego okiem.
- Prezent powitalny.
- Nakarmiłem psa, odczekałem, aż policja zrobi swoje, i zadzwoniłem do twojego prawnika. Przyjdzie później.
- Nie chcą przyjąć mnie z powrotem, bo niby "uciekłem". Nikt mi nie powiedział, że jak się stąd wychodzi, to potrzebne jest jakieś pozwolenie.
Przychodzi salowa z wiadrem i mopem z metalowym drążkiem.
- Zaraźliwy? - pyta.
- Śmiało - zachęcam. - Nie, jest agresywny.
Młody lekarz wjeżdża z dużym podświetlonym szkłem powiększającym.
- Jestem Chin Chow - przedstawia się. - Przyszedłem wyskubać panu twarz.
Nachyla się i zaczyna wyskubywać odłamki szkła.
- Nie masz piersi - mówi do niego George.
- I bardzo dobrze - odpowiada Chin Chow.
Idę do pokoju pielęgniarek.
- Brat ma szwy na głowie. Nie miał ich, wychodząc dziś rano z domu.
- Zanotuję, że chce pan porozmawiać z lekarzem.
Wracam do George'a. Jego twarz wygląda jak kawałek płótna w krwistoczerwone grochy.
- Chow Fun mnie, kurwa, wyskubał, próbował zmusić do wyznań: "Ach, co pana dziś do nas sprowadza? Nocna awantura w domu?". Robił mi bez znieczulenia dziury w twarzy. "Dosyć", mówiłem sto razy, "dosyć, dosyć, dosyć!". "Ach, co za duże dziecko, marudzi i marudzi. Pan jest duży chłopiec, znoś pan to po męsku". To nie lekarz, to tajny agent, próbował wycisnąć ze mnie wyznanie.
- Naprawdę? Po prostu z tobą rozmawiał. Wątpię, czy wie, dlaczego tu jesteś.
- Ależ wie, powiedział, że poczyta o mnie w "New York Post".
George zaczyna płakać.
- Och, daj spokój, nie zaczynaj.
Bełkocze jeszcze chwilę, prycha, pociąga nosem i przestaje.
- Powiesz mamie?
- Twoja żona ma operację mózgu, a ty pytasz, czy powiem mamie?
- Powiesz?
- A jak myślisz?
Milczy.
- Kiedy ostatni raz widziałeś się z mamą?
- Kilka tygodni temu.
- Kilka tygodni?
- Może miesiąc.
- Ile miesięcy?
- Nie wiem, do cholery! Powiesz jej?
- A po co? Nieraz nawet nie wie, kim jest. Zrobię tak: jeżeli o ciebie spyta, powiem, że cię przeniesiono za granicę. Wyślę jej herbatę od Fortnuma i Masona, niech myśli, że wciąż jesteś szychą.
George wierci się na noszach.
- Podrap mnie w tyłek, co? Nie dosięgnę. Równy z ciebie chłop. - Wzdycha z ulgą. - Równy chłop, ale i skończony sukinsyn.
Kiedy salowa przynosi lunch, George, mimo przywiązanych rąk i nóg, wykręca się tak, że kolanami strąca tacę ze stolika na podłogę.
- Po jednej na pacjenta - komunikuje salowa. - Spróbujemy jutro.
- Podłączcie kroplówkę, żeby się nie odwodnił - zarządza natychmiast pielęgniarka.
- Oni tu się nie obcyndalają - mówię, kiedy pielęgniarka z igłą w ręku, w czteroosobowej męskiej obstawie, odsuwa zasłonkę. - Skoro mowa o lunchu, to idę do baru.
- Dzisiaj może nie umrzesz, ale kiedyś obedrę cię ze skóry - zapowiada George.
- Przynieść ci coś? - wpadam mu w słowo.
- Ciasteczka z kawałkami czekolady.
Idę obok wyłożonego w barze jedzenia, okrążając parujące pojemniki z warzywami, makaronowymi nadziewanymi muszlami, klopsami, kanapkami na zamówienie, pizzą, pączkami, płatkami; robię rundę i kończę z pustą tacą. Ruszam w drugi obchód, biorę pomidorową z ryżem, paczkę krakersów Goldfish i karton mleka.
Rozrywam opakowanie, pomarańczowe krakersy uciekają, zaśmiecając stół i podłogę. Zbieram, co się da. Różnią się od tych, które pamiętam. Nie wiem, czy w ogóle się zmieniły, czy może jest to wada paczki ze stu kaloriami, ale są mniejsze, bardziej płaskie i robią miny. Pływają na boku, łypią na mnie jednym okiem i uśmiechają się idiotycznie, półgębkiem.
Jem, myśląc o "robaku" w chińskim jedzeniu, o sprzedawcy w delikatesach niedaleko mojego mieszkania, który mówi "pomidolowa zliże". Jem, przywołując w pamięci garnek z zupą na kuchence matki, błonę tworzącą się na wierzchu, kiedy zupa stygła, i to, jak matka bezwiednie nakładała mi ciągliwy glut, który zjadałem, wyobrażając sobie zawsze, że to krew.
Jem zupę, udając, że to krew, udając, że poddaję się transfuzji, podczas gdy Jane na górze przechodzi "kraniotomię i ewakuację" - takich właśnie słów użyli. Wyobrażam sobie chirurgiczny odkurzacz z nierdzewnej stali odsysający okruchy porcelany i kości. Wyobrażam sobie, jak Jane wychodzi z tego uzbrojona w stalowe płytki i musi nosić dzień i noc futbolowy kask.
Czy w ogóle wiedziała, co się dzieje? Czy ocknęła się z myślą: "To nieprawda, to jakiś straszny sen", i czy potem, po tym wszystkim, jej czaszkę rozrywał pulsujący ból? Pomyślała: "Na głowie mam bałagan"?
Jest w bloku operacyjnym, a w niej pływa jak oszalałe moje rozlane nasienie. Robiliśmy to z zabezpieczeniem, ale także bez. Ktoś odkryje, że pływam w jej wnętrzu? Potrzebuję adwokata?
Zupa mnie rozgrzewa, przypominając, że od ostatniego wieczoru nic nie jadłem. Mija mnie mężczyzna z podbitymi oczami, niesie tacę z lunchem, a ja myślę o tym, jak ojciec z błahego powodu przyłożył kiedyś mojemu bratu, powalając go na łopatki. "Żebyś wiedział, kto tu rządzi!".
Myślę o George'u: o zagłębieniu w gipsowej ścianie po napełnionej kawą rozbitej filiżance, która, kiedy się "potknął", w niewytłumaczalny sposób wyfrunęła mu z ręki. Myślę o tym, co opowiedziała mi kiedyś Jane o ich wyprawie na niedzielny lunch. George, cofając się na podjeździe, uderzył w pojemnik na śmieci i tak się rozzłościł, że zaczął jeździć po nim w tę i z powrotem, zmieniając co chwila biegi, aż dziećmi rzucało na wszystkie strony, i przestał dopiero, kiedy Ashley zwymiotowała. Czy podobne wybuchy agresji skierowanej przeciw przedmiotom są sygnałem, że ktoś taki pewnego dnia zabije własną żonę? Czy naprawdę wiążą się z tak silnym szokiem?
W szpitalnej toalecie, myjąc ręce, patrzę w lustro. W odbiciu, które widzę, rozpoznaję nie tyle siebie, ile swojego ojca. Kiedy tu się zjawił? Nie ma mydła; wcieram środek dezynfekujący w twarz - piecze. Niewiele brakuje, bym, usiłując go spłukać, utopił się w umywalce.
Kapie mi z twarzy, mam mokrą koszulę, a podajnik papierowych ręczników jest pusty. Czekając, aż wyschnę, kluczykiem od samochodu wydrapuję na ścianie z pustaków imię Jane.
Omal mnie na tym nie przyłapuje pracownik szpitala, ale atakuję go pierwszy pytaniem:
- Dlaczego nie ma papierowych ręczników?
- Już ich nie używamy, ze względów ekologicznych.
- Ale ja mam mokrą twarz.
- Pan się wytrze papierem toaletowym.
Tak robię - papier czepia się zarostu, więc wyglądam, jakbym przeszedł przez papierotoaletową zamieć.
W poniedziałek, późnym popołudniem, Jane opuszcza blok operacyjny. Wiozą ją korytarzem podłączoną do dużego mechanicznego respiratora, z głową zawiniętą jak u mumii, podsiniałymi oczami. Jej twarz przypomina mięso. Spod przykrycia wychodzi rurka, przy końcu łóżka wisi woreczek na mocz.
Całowałem ją tam zeszłej nocy. Powiedziała, że nikt nigdy tego nie robił, więc znów ją pocałowałem, głęboko. Dogodziłem jej. Użyłem języka - nikt nigdy się nie dowie.
Powtarzam sobie, że zrobiłem, co mi kazano. Claire kazała mi zostać. Jane mnie pragnęła - przyciągnęła do siebie. Czemu jestem taki słaby? Czemu chcę zwalić winę na kogoś? Zadaję sobie pytanie: "Czy w ogóle pomyślałeś, że winieneś się powstrzymać, ale nie zrobiłeś tego, akurat w tym momencie nie mogłeś?". Teraz rozumiem znaczenie słów "tak wypadło". Ot, wypadek.
Lekarz mówi, że jeżeli Jane przeżyje, nigdy nie będzie taka jak przedtem.
- W krótkim czasie, gdy tu była, nastąpiło pogorszenie. Wycofuje się, zapada w siebie. Oczyściliśmy ranę i wywierciliśmy otwory, robiąc miejsce na opuchliznę. Rokowania są złe. Czy powiadomiono rodzinę? Dzieci?
- Nie - odpowiadam. - Są w szkole z internatem.
- Proszę je zawiadomić - poleca lekarz i odchodzi.
Zadzwonić bezpośrednio do dzieci czy najpierw do ich szkół? Najpierw do dyrektorów i wyjaśnić: "Matka jest w stanie śpiączki, ojciec w kajdankach, więc może przerwie pan/pani jemu/jej cichą naukę i poleci się spakować". Mam od razu wyłożyć kawę na ławę i powiadomić, jak okropna jest sytuacja - w środku dnia oznajmić tym dzieciakom, że życie, jakie znały do tej pory, się skończyło?
Najpierw łączę się z bratanicą.
- Ashley - zaczynam.
- Chodzi o Tessie? - pyta, nim cokolwiek powiem.
- O twoich rodziców - mówię zająkliwie.
- Rozwodzą się?
Zaczyna płakać, nim mogę coś dodać, i jakaś koleżanka przejmuje telefon.
- Ashley nie może teraz rozmawiać.
Bratanka zaś informuję:
- Twój ojciec zwariował. Może powinieneś wrócić do domu, chyba że nie chcesz, chyba że w ogóle nie chcesz do niego wracać. Pamiętam, jak twoi rodzice go kupili, jak dobierali rzeczy.
- Nie bardzo rozumiem.
- Twoja matka miała wypadek - mówię, rozważając, czy powinienem mu powiedzieć, jak poważny jest jej stan.
- Czy to tata? - pyta.
Zaskakuje mnie bezpośredniość jego pytania.
- Tak. Twój ojciec uderzył ją lampą. Próbowałem to powiedzieć twojej siostrze, ale mi się nie udało.
- Zadzwonię do niej - obiecuje.
Czuję ulgę, że nie muszę znów przez to przechodzić.
Stoję w pustym korytarzu zalanym zmęczonym fluorescencyjnym światłem. W moją stronę idzie człowiek w białym kitlu; uśmiecha się. Wyobrażam sobie, że to zły czarnoksiężnik, który zrywa kitel i odsłania togę sędziego. "Czy podobna, by brat wiedział, że posuwasz jego żonę, i dlatego wstał z łoża boleści i dotarł do domu?".
- Na razie wstrzymam się od komentarzy. Z powodu tego wszystkiego już i tak źle się czuję - mówię na głos w korytarzu, choć nikt mnie nie słucha.
Przechodzę do poczekalni dla rodzin. Dzwonię.
- George uderzył Jane lampą - informuję matkę Jane.
- To straszne - mówi, nieświadoma powagi moich słów. - Kiedy to się stało?
- Wczoraj wieczorem. Twój mąż w domu?
- Oczywiście - odpowiada, lekko niepewnym głosem.
Słyszę w tle jego głos.
- Kto dzwoni?
- Brat twojego zięcia - wyjaśnia. - Coś się stało Jane.
- Co się stało Jane? - pyta, biorąc słuchawkę.
- George uderzył ją w głowę lampą.
- Zamierza wnieść oskarżenie?
- Najprawdopodobniej umrze.
- Takich rzeczy nie mówi się dla żartu.
- Ja nie żartuję.
- Sukinsyn!
Chcę iść do domu. Chcę odzyskać dawne życie. Miałem je. Kiedy to się zdarzyło, byłem w trakcie czegoś, prawda? Co robiłem? Nie mam przy sobie terminarza, ale coś musiało w nim być: wizyta u dentysty, kolacja z przyjaciółmi, zebranie na wydziale. Który to dziś dzień? Spoglądam na zegarek. Za pięć minut zaczynam zajęcia. Dwudziestu pięciu studentów wejdzie jeden za drugim do sali, usiądzie na swoich miejscach i zacznie się wiercić, bo się nie przygotowali, nie przeczytali tego, co należało przeczytać. Temat kursu - Nixon: Duch w Machinie, badanie niezbadanego. Siedzą jak idioci, czekając, aż im wszystko objaśnię, nakarmię ich wiedzą. Tkwiąc w odrętwieniu na swoich grzędach, układają listy do dziekana. Jeden się poskarżył, iż wymaga się od niego pisania na zajęciach, inny obliczył, ile kosztuje każde z dwudziestu dwóch spotkań w semestrze, i zrobił listę rzeczy, które mógłby kupić za tę albo mniejszą kwotę.
Muszę skalkulować, ile dolarów wart jest stres wytrzymywania ich tępych spojrzeń przez półtorej godziny dwa razy w tygodniu, ich przychodzenia na mój dyżur, pytań "Co nowego?", jakbyśmy byli za pan brat, rozsiadania się tak, jakby to miejsce było ich własnością, mówienia mi, że nie mogą "załapać, w czym rzecz". Przed odejściem chcą jeszcze pogłaskania po główce i zapewnienia, ot tak, bez powodu: "Dobry z ciebie dzieciak". Zachowują się nonszalancko, jakby wszystko im się należało - ja za taką postawę w wieku dorastania dostałbym reprymendę i szlaban na tydzień.
Przez wszystkie lata nauczania nie zdarzyło się, żebym nie przyszedł na zajęcia, a przekładałem je tylko dwa razy, z powodu kanałowego leczenia zęba i ataku woreczka żółciowego.
Dzwonię na uniwersytet, dzwonię na swój wydział, dzwonię do sekretariatu dziekana szkoły, z którą jestem związany - wszędzie odpowiada automatyczna sekretarka. Nie mogę złapać żywej osoby. Co będzie, jeśli się nie zjawię, jak długo będą tam siedzieć? Dzwonię do biura ochrony.
- Mówi profesor Silver. Mam pilną sprawę.
- Potrzebuje pan pomocy medycznej?
- Już jestem w szpitalu, a za dwie minuty powinienem zacząć zajęcia. Czy ktoś mógłby tam pójść i wywiesić na drzwiach kartkę z informacją dla studentów, że odwołałem zajęcia?
- Ktoś od nas?
- Tak.
- To nie nasza sprawa.
Próbuję z innej mańki.
- Ależ jak najbardziej wasza. Jeśli nikt się nie zjawi, jeśli nie zainterweniuje nikt z władz, może dojść do zamieszek. To zajęcia z politologii, rozumie pan, co to znaczy? Do głosu dochodzą radykalne idee, studenci czują się silni. Pomni pan moje słowa.
- Co ma być na tej kartce?
- Profesor Silver ma pilną sprawę rodzinną i nie będzie na zajęciach. Przeprasza i obiecuje, że wynagrodzi to studentom.
- No dobrze, który to budynek i sala?
- Mógłby pan sprawdzić? Nigdy nie pamiętam nazw budynków ani numerów sal.
- Chwileczkę... Silver nie ma dziś zajęć. Jest pan w Szkole Humanistycznej, pańscy studenci mają wolne. Impreza na plaży...
- Och, zapomniałem. Po prostu zapomniałem. Dziękuję.
Miałem jakieś życie. Coś robiłem.
Tego samego dnia spotykam się w domu z prawnikiem. Przyjeżdża jednym samochodem, a drugim jego ludzie. Niosą ciężkie walizki, przypominają ekipę od dezynsekcji.
- Po schodach i na prawo - wysyłam ich na górę.
- Co tu się stało, u licha?!
- Jak to co się stało?
- Ale bardak!
- Zabronił mi pan czegokolwiek dotykać! - krzyczę z dołu.
- Co za smród!
Tessie idzie za mną. W połowie drogi uderza mnie odór.
- Nasrane! - sarka prawnik.
Pies ma minę winowajcy.
Tessie, pozostawiona sama w domu, zrobiła własne porządki: zlizała z podłogi krew Jane, zostawiając różowawe ślady, a potem zafajdała łóżko.
Patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć: "Tu był dom wariatów. Coś musiało się stać".
- Już dobrze, psinko - mówię i schodzę na dół po pudełko plastikowych worków.
Pies oddał mi przysługę. Zatarł wszelkie ślady, jakie mogły pozostać na pościeli. Wpycham pościel do dwóch worków, otwieram okna i psiukam lizolem.
Zabrano śmieci. Prawnik i jego świta odchodzą.
- Kiepsko to wygląda - mówi jeden z jego ludzi do drugiego.
- Serio, Sherlocku?
Stoję w kuchni, obsesyjnie myśląc o pościeli: Wystarczy wyrzucić ją do śmieci? Czy wywożąc pościel na wysypisko, wzbudziłbym podejrzenia? A gdybym spróbował ją spalić? Wysłałaby sygnały dymne widoczne na wiele kilometrów dokoła?
Wykręcam numer do firmy Szybka Dostawa Materacy.
- Jak szybko dostarczycie nowy materac?
- Dokąd?
- Sycamore sześćdziesiąt cztery.
- A jakiego pan szuka? Wybrał pan coś konkretnego: Serta, Simmons, luksusowy, z poduszkami?
- Jestem otwarty na propozycje, musi być duży, miękki, ale nie zanadto, twardy, ale też nie zanadto, coś w sam raz.
- Przygotuje się pan na dwa osiemset, za materac i ramę ze sprężynami.
- Nie za dużo?
- Mogę spuścić na dwa sześćset pięćdziesiąt, a jeżeli kupi pan na materac naszą poszwę, dostanie pan dziesięcioletnią gwarancję. Zwykle kosztuje sto dwadzieścia pięć, ale oddam za stówkę.
- I zabierze pan stary?
- Tak.
- Nawet poplamiony?
- Wszystkie są poplamione.
- Kiedy?
- Pan zaczeka.
Wyciągam z kieszeni kartę kredytową Jane.
- Między szóstą a dziesiątą wieczorem.
Biorę wiadro z gorącą wodą, szczotkę, rolkę papierowych ręczników, płyny Mr. Clean i Comet, butelkę octu i lateksowe rękawice Jane ze Święta Dziękczynienia. Naciągając je, ronię łzy.
Szoruję na czworakach. Ciemna, sucha krew się łuszczy. Zmoczona, zmienia się w różowiejące wiry, przesiąkające przez papierowe ręczniki jak sok z buraków. Kaleczę się w palec, kawałek porcelany rozcina mi skórę i moja krew miesza się z plamą na podłodze. Zabezpieczam ranę klejem z tubki Krazy Glue. Pracuję z uczuciem, że jestem przez kogoś szpiegowany, obserwowany. Coś mnie mija, ocierając się o moją nogę, a kiedy się odwracam, żeby spojrzeć - skacze. Robię obrót. Mokra podłoga jest śliska, więc ląduję na tyłku. Na toaletce siedzi kot, trzepiąc ogonem na boki.
- Jasny gwint! Przestraszyłeś mnie - mówię.
Kot mruga, patrzy na mnie, jego zielone oczy błyszczą jak szmaragdy.
Jako niewolnik przyzwyczajeń, pracuję, aż skończę, opróżniam wiadro z krwistą wodą i wyrzucam szmaty. Dopiero potem patrzę, co zjem na kolację. Stojąc przed otwartą lodówką, wyciągam resztki z poprzedniego wieczoru. Kosztuję różne rzeczy, wspominając Jane, nasz wieczorny posiłek, nasze amory. Wykładam jedzenie na talerz i wyciągam się na kanapie przed telewizorem.
Budzi mnie łoskot wystrzałów. W pierwszej chwili myślę, że George znów uciekł i przyszedł mnie zabić.
Trach, trach, trach!
Łomotanie do drzwi.
Tessie szczeka.
Przyjechał materac.
- Dobrze, że materace się nie tłuką - mówi jeden z tragarzy wnoszących nieporęczny towar po schodach. - Kiedyś dostarczałem telewizory plazmowe, to był koszmar.
Bez komentarza zabierają stary materac i stelaż ze sprężynami. Kiedy wychodzą z domu, na podwórku coś błyska.
- Co, do...
Błysk, błysk-błysk!
Jeden z tragarzy upuszcza koniec wynoszonego materaca i skacze w ciemność. Z krzaków dobiegają odgłosy szamotaniny. Tragarz wraca z drogim aparatem fotograficznym.
- Oddaj aparat - mówi nieznajomy, gramoląc się z grządki.
- Kim pan jest? - pytam.
- To mój aparat - upomina się fotograf.
- Już nie - mówi tragarz, ciskając aparat w stronę ulicy.
Muszę pojechać do siebie. Dochodzi jedenasta. Zamykam dom na klucz, prowadzę Tessie do auta, podsadzam ją i jadę w stronę autostrady. Suka się trzęsie.
- Nie będzie zastrzyków. Nie będzie weterynarza - uspokajam ją. - Jedziemy do miasta, Tessie.
Pies puszcza śmierdzące bąki. Zjeżdżam na pobocze, Tessie załatwia się tuż przy autostradzie.
- Miał pan dobrą podróż? - pyta nocny portier.
Milczę.
- Pańska poczta, pańskie paczki - mówi, wypełniając nimi moje ręce. - Pańskie pranie.
Zaczepia mi wieszaki na zakrzywionym palcu.
- Dziękuję.
Nie wspomina o psie, którego smycz zakręciłem wokół przegubu.
W mieszkaniu unosi się zapach, znajomy, ale nieco stęchły. Jak długo mnie tu nie było? Zdaje się, jakby wszystko uległo zamrożeniu w czasie, zamrożone nie tylko od kilku dni, gdy mnie tu nie było, lecz być może od całych dziesięciu lat. To, co kiedyś wydawało się nowoczesne, wyszukane, wygląda jak dekoracja ze sztuki Edwarda Albeego z mniej więcej 1983 roku. Telefon z modelowanymi przyciskami, rzadko używany. Podniszczone podłokietniki przy sofie. Włos dywanu nierówny na wydeptanej ścieżce z pokoju do pokoju. Sterty magazynów sprzed półtora roku.
Mimo to odczuwam ulgę, że znajduję się w miejscu, gdzie wszystko jest znajome, gdzie mógłbym poruszać się po omacku. Poddaję się temu uczuciu, chciałbym się w nim wytarzać, chcę, aby to, co się wydarzyło, nie było prawdą.
Orchidea nadal kwitnie. Podlewam ją i - jakbym oglądał film w przyśpieszonym tempie - w ciągu godziny jej płatki, nagle uwolnione, opadają na szafkę, martwe. Do rana pozostanie goły badyl.
Z lodówki sączy się odorek skwaśniałego mleka, połówki podeschniętego grejpfruta, masła orzechowego bez daty, brązowego chleba zbielałego na brzegach, starego puddingu ryżowego z wyhodowanym zielonym okiem w plastikowym pojemniku z delikatesów. Rozgorączkowany otwieram wszystkie szafki i wyrzucam przeterminowane produkty. Zastanawiam się, czy wszyscy robią to w taki sam sposób - tu szklanki, tam talerze, a sypka żywność i puszki obok siebie? Gdzie człowiek się uczy tego grupowania podobnych rzeczy? Wynoszę śmieci, dzwonię do Chińczyka. Obsługujący poznaje mój numer.
- Późno pan dzwoni, dawno się nie widzieliśmy - mówi. - Pikantna kwaśna zupa, smażony kurczak z ryżem, wieprzowina mu-szu?
Czekając na dostawę, zjeżdżam windą do piwnicy, ze schowka wyciągam wielką starą niebieską walizę. Na górze otwieram ją na łóżku i zaczynam napełniać. Sam nie wiedząc, co właściwie sobie myślę, pakuję się, jakbym chciał się skumulować, zminimalizować. Zakładam, że po powrocie Claire nie będę mile widziany. Zaglądam do szuflad, szafy, szafeczki na lekarstwa pełen podziwu wobec łagodności współistnienia rzeczy, tego, jak wiszą, spoczywają bądź opierają się o siebie bez jakichkolwiek napięć czy osądów. Jej nitka do zębów, szczoteczka, emulsja do depilacji, tusz do rzęs, mój płyn do płukania gardła, sprej do nosa, obcinacz do paznokci. Wszystko intymne, ludzkie, wszystko podzielone między niego i nią - niewiele wspólnego.
Pobraliśmy się późno; Claire miała już za sobą krótkotrwałe małżeństwo. Po dwóch latach przedstawiłem ją rodzicom. Na samym wstępie powiedziała im:
- Ślub był bardzo skromny, sami przyjaciele.
- Dlaczego tak długo ją przed nami ukrywałeś? - spytała matka. - Jest piękna i ma dobrą pracę. Myślałeś, że jej nie zaakceptujemy?
Ujęła Claire za ręce.
- Myśleliśmy, że coś jest z tobą nie tak i dlatego cię nie przyprowadza, że może masz rozszczepione podniebienie, penisa albo co innego. - Zmarszczyła czoło, jakby pytała: "I co ty na to?".
Co zabieram? Pakuję walizkę bez ładu i składu - kilka zdjęć, drobiazgi z dzieciństwa, parę garniturów, buty, płócienną torbę z najnowszym szkicem nieukończonej pracy o Nixonie, mały czarny zegar z jej strony łóżka. Nie chcę wiele, nie chcę ostentacji. Umyślnie zostawiam ulubione rzeczy - nie chcę być oskarżony o opuszczenie okrętu.
Późno po północy dźwięczy dzwonek. Daję dostawcy duży napiwek, siadam przy stole i jem prosto z pudełek, jem tak, jakbym od wielu dni nie miał nic w ustach. Smak fantastyczny, ostry, korzenny, tekstura rozkoszna, jest tu wszystko - od śliskich grzybów i tofu do twardych kawałków wieprzowiny. Smaruję naleśniki śliwkowym dżemem i polewam sosem sojowym - obfitość glutaminianu sodu budzi mnie do życia.
Tessie siedzi cierpliwie u moich stóp. Daję jej miseczkę białego ryżu - skrobia dobrze jej zrobi na żołądek. Zjada szybko. Dokładam jej ryżu, a ona znów puszcza śmierdzące bąki.
Mam ochotę sprawdzić to w komputerze, wpisać do Google'a "złe skutki picia krwi", ale nie chcę pozostawić elektronicznego śladu mej wizyty.
- Tessie, ile ty masz lat? Dwanaście? Według ludzkiej miary miałabyś ponad sto. Willard Scott[1] powinien wspomnieć o tobie w telewizji. Wiesz, co to był za kot? Znasz go skądś? Jakoś nie przeszkadzała ci jego obecność. Oto moja propozycja - ciągnę. - Przenocujemy tutaj, a rano tam wrócimy, w pełnym świetle dnia.
Rozmawiam z psem.
Dzwonię do Claire, do Chin, podejmując ostatnią próbę.
- Jestem na spotkaniu - informuje.
- Możemy porozmawiać później.
- Czy Jane się polepszyło?
- Jest pod respiratorem.
- Cieszę się, że czuje się lepiej - mówi Claire.
Rytm zdania zachowany; reszta zaginęła w tłumaczeniu.
Leżąc w łóżku, przyciągam jej poduszkę tak blisko, że opieram się o nią piersią. Zwyczajnie tęsknię za Claire, za tym, jak zagląda mi przez ramię, gdy robię rachunki, i upiera się, żebyśmy oprócz wspólnego konta mieli także dwa osobne. Za Claire, która gumową wycieraczką do okien, ukradzioną na stacji benzynowej, osusza w łazience drzwi kabiny prysznicowej. Za Claire przy zlewie, jak pije wodę, a potem opłukuje, wyciera i odstawia szklankę. Za Claire, która pilnuje porządku, nie pozostawia nic przypadkowi, zawsze trzyma rękę na pulsie. To, co w niej lubiłem, stwarza problem - po prostu jej nie ma. Wymagała ode mnie niewiele, tak jakby nie było jej tuż obok, i niewiele mi dawała.
Tessie chodzi dokoła, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca. Biorę z łazienki ręcznik i rozkładam go przy łóżku. Tę starą seterkę kupiono, kiedy była jeszcze szczeniakiem, w pełnych obietnic i nadziei czasach, gdy wydawało się, że wszystko dobrze się ułoży.
Śpimy.
Kobieta podchodzi i wali mnie poduszką.
- Wynoś się z mojego domu, wynoś się z mojego domu! - powtarza.
Za nią stoi mężczyzna w garniturze.
- Na razie wystarczy. Dorwiemy go później - mówi.
Rzucam się do drzwi. Mężczyzna stoi przy nich i zmienia zapadkę w zamku.
Budzę się. Kim była ta kobieta? To Claire czy Jane?
Pies chce wyjść. Pies chce jeść. Pies chce wrócić do swojego domu.
Dzieci przyjeżdżają, załatwiono co trzeba. Za ich plecami przeprowadzono rozmowy telefoniczne. By je dowieźć, wynajęto auta z szoferami.
- Co z dziećmi? Dokąd pojadą? - pytają rodzice Jane podczas telefonicznej konferencji.
Myślę sobie, że nie lubię dzieci brata, ale zachowuję to dla siebie.
- Mogą zatrzymać się u mnie - proponuje siostra Jane, Susan. - Mamy wolny pokój.
- Biuro - przypomina jej mąż.
- Jest tam łóżko.
I dokazujące bliźniaki na uwięzi. Myślę o tych małych terrorystach, bezustannie w ruchu, często biegnących ku przepaści. Wyobrażam sobie, jak Susan i jej mąż na rodzinnych wakacjach urządzają na plaży zawody, kto z nich pierwszy złapie któregoś z puszczonych luzem bliźniaków.
- Mają psa - mówię.
- A ty masz alergię - przypomina Susan matka.
- Dla moich rodziców to za wiele - stwierdza Susan. - Dwoje zaburzonych psychicznie nastolatków.
Dla tych dzieci to też za wiele. Oszaleją pod opieką dziadków, którzy przez większość dnia rozmawiają o konsystencji swoich stolców i o tym, czy powinni pić więcej kompotu z suszonych śliwek.
Puszczam mimo uszu wzmiankę o zaburzeniach psychicznych - nie są bardziej zaburzeni od nas.
- Dzieci powinny przebywać we własnym domu - mówię.
- Każdy z nas ma swoje życie - rzecze Susan. - Nie możemy wszystkiego rzucić, a zresztą nie lubię tamtego domu, nigdy nie lubiłam.
- Nie chodzi o dom.
W czasie rozmowy wchodzę po schodach do głównej sypialni. Posłałem już łóżko i schowałem "pasującą" lampę George'a do szafy. O ile to możliwe, pokój wygląda normalnie. Biorę roślinę z parapetu w kuchni i stawiam ją na nocnym stoliku przy łóżku po stronie Jane.
Pierwszy wraca do domu Nathaniel. Na podjazd wjeżdża samochód, chłopak wysiada, ciągnąc za sobą wielki worek marynarski.
Jedną ręką trzymam za obrożę Tessie, drugą podpieram kuchenne drzwi. Pies z ulgą wita przybywającego Nathaniela.
- Hej - mówię.
On nie odpowiada. Kładzie worek na podłodze i zagaduje do suki.
- Co tu się dzieje, Tessie? - Tarmosi jej uszy. - Co jest grane? To jakieś szaleństwo!... Mogę dać jej herbatnika? - zwraca się do mnie.
- Jasne. - Nie spodziewałem się, że mnie spyta. - Daj jej ciastko albo dwa. Jesteś głodny? Chcesz kanapkę?
Nie czekając na odpowiedź, wyciągam produkty z lodówki i kładę na stole: chleb, ser, musztardę, majonez, pomidory, korniszony, te same rzeczy, którymi pożywialiśmy się z Jane w zeszłym tygodniu. Szykuję talerz, nóż, widelec i serwetkę.
- A ty nie będziesz jadł? - pyta po przygotowaniu kanapki, zamierzając zatopić w niej zęby.
- Nie jestem głodny.
- Czy mamy gazowany napój waniliowy?
Tak sprecyzowane życzenie w takim momencie dziwi. Grzebię w lodówce, w głębi, na najniższej półce, znajduję sześciopak dr. browna. Wyciągam dwie puszki.
Ashley przyjeżdża tylko z walizeczką My Little Pony na kółkach, zapewne zachowaną z dzieciństwa.
Od razu klęka przy psie.
- Tessie. Och, Tessie! - mówi.
- Chcesz kanapkę?
- Szklankę mleka - odpowiada.
Nalewam jej mleko. Pociąga łyk.
- Jest na granicy - orzeka.
Kiwam głową.
- Mleko. Zaraz się zepsuje.
- Aha. Dokupimy.
Zapada milczenie.
- Tata wraca do domu? - pyta Ashley, a ja nie wiem, co odpowiedzieć.
- Nie.
- Gdzie nasz samochód? - pyta Nate.
- Nie wiem, czy matka wam mówiła, ale wszystko zaczęło się od tego, że wasz ojciec miał wypadek. Auto jest w warsztacie, ale jest mój samochód. Chcecie pojechać do szpitala?
Dzieci kiwają głowami. Nie poszły na górę. Tylko głaskały psa.
Kiedy wychodzimy, powraca wspomnienie z dzieciństwa: wuj Leon wypychający mnie za drzwi, kłykciami szturchający w plecy, aż czuję to w kościach, jakby wtłaczał w nie strach i uzależnienie. Wciąż znoszę tamten ból.
Przytrzymuję drzwi.
- Nie śpieszcie się - mówię do dzieci.
Pod szpitalem, kiedy idziemy przez parking, Ashley bierze mnie za rękę.
- Jak to będzie wyglądało? - pyta Nate.
- Wasza matka leży na oddziale intensywnej opieki. Jest podłączona do wielu urządzeń, oddycha za pomocą maszyny, w ręce ma igłę od kroplówki, która podaje jej lekarstwa i pożywienie. Głowę ma zabandażowaną po operacji, podbite oczy i przypomina trochę szopa pracza.
- Ojciec uderzył ją pięścią? - pyta Nathaniel.
- To siniaki pooperacyjne.
W windzie Ashley ściska mi rękę aż do bólu; ściska ją przez całą drogę korytarzem i na OIOM.
Na widok wchodzących dzieci matka Jane wybucha płaczem.
- Przestań, straszysz je - upomina ją mąż.
- Za dużo, za dużo, za dużo - strofuje pielęgniarka, wypychając odwiedzających.
Dzieci zostają same z matką.
Rodzice Jane stoją w korytarzu, patrząc na mnie z gniewem.
- Sukinsyn - mówi ojciec. - Chodźmy na kawę - zwraca się do żony.
Przyciskam się do szyby. Ashley ujmuje dłoń matki. Wyobrażam sobie, że jest ciepła, choć bezwładna. Pociera nią policzek i całą twarz, głaszcząc się, przekazując sobie matczyną czułość. Stojący obok Nathaniel płacze, a potem powstrzymuje łzy. Ashley kładzie głowę na brzuchu matki, po chwili ją podnosi i z uśmiechem wskazuje brzuch.
- Zaburczało - słyszę przez szybę jej głos, jakby burczenie sygnalizowało poprawę.
Pielęgniarka musi zrobić coś przy Jane, więc zabieram dzieci do kafeterii.
- Co teraz? - pyta Nathaniel, jedząc drugi lunch.
- Bądźcie przy mamie tak długo, jak zechcecie, okazujcie jej, że ją kochacie, i pamiętajcie, jak bardzo ona kocha was.
Kiedy Ashley wstaje, przeprasza i idzie do łazienki, Nathaniel nachyla się do mnie.
- Pieprzyłeś moją matkę?
Milczę.
- Interesowała się tobą. Opowiadała o tobie, drażniąc się z ojcem.
Nadal milczę.
- Gdzie jest tata? - pyta Ashley po powrocie.
- Jest tutaj.
- W tym szpitalu? - pyta Nate.
Kiwam głową.
- Chcecie go zobaczyć?
- A powinniśmy? - pyta Ashley.
- To zależy wyłącznie od was.
- Chcę myśleć, że umarł. Tylko tak jestem w stanie zrozumieć - mówi Nate. - Zrobił to, a potem palnął sobie w łeb.
- Nie było broni palnej - zaznaczam.
- Wiesz, o co mi chodzi. Czemu go nie powstrzymałeś, czemu go nie zabiłeś? - pyta Nate.
Czemu tego nie zrobiłem?
Znając aż za dobrze rozkład szpitala, prowadzę dzieci na oddział nagłych przypadków. George siedzi przywiązany do krzesła w holu na tyłach, z głową pochyloną, jakby spał od wielu dni, nieogolony.
- Albo dajemy mu środki uspokajające, albo nie można nad nim zapanować - wyjaśnia na mój widok pielęgniarka.
- To jego dzieci - mówię. - Ashley i Nathaniel.
- Zjadł porządny lunch, czekamy na dyspozycje - dodaje nieco weselszym tonem.
- Na to, czy będzie dysponowany? - pyta Ashley.
- Na decyzję na piśmie, dokąd go mamy przewieźć.
George otwiera oczy.
Zapada niezręczna cisza. Wbijamy wzrok w podłogę, we wzory na linoleum.
- George, miałem cię o to spytać wcześniej. Jakiś kot drapie drzwi kuchni, szary, z zielonymi oczami i białą plamą na ogonie. Parę razy dostał się do domu. Wygląda, jakby nikt go nie karmił, więc kupiłem mu coś do jedzenia.
- To Muffin - wyjaśnia George. - Nasza kotka.
- Od kiedy macie kota?
- Od lat. W łazience dla gości jest kuweta, oczyść ją.
- Lubi jedzenie z puszki - mówi cicho Ashley.
- Co ty sobie myślałeś? - pyta ojca Nathaniel.
- Nie wiem - odpowiada George. - Jaki mamy dziś dzień?
Wracamy na oddział intensywnej opieki. Jest lekarz.
- Dochodzi do siebie po operacji - informuje.
- Oczywiście, że tak, dzielna dziewczyna - mówi ojciec Jane.
- Nadal brak oznak aktywności. Czy myśleli państwo o banku organów? - pyta lekarz.
- To by jej pomogło? Organ z banku?
- To mama byłaby dawcą - wyjaśnia Nate.
- Czy nie trzeba przedtem umrzeć? - pyta matka Jane.
- Warto o tym pamiętać. Wkrótce będziemy wiedzieli więcej - mówi lekarz.
- Możemy zostać, jeśli chcecie, albo pójdziemy i wrócimy po kolacji - proponuję dzieciom.
- Zróbmy sobie przerwę - decyduje Ashley.
Zabieram je do centrum handlowego.
- Tutaj zwykle chodzicie? To robicie z matką?
Kupuję im sneakersy i mrożony jogurt. W sklepie jest nieprzyjemnie pusto; dzień powszedni, nikogo nie ma.
- Dlaczego jesteś taki miły? - pyta Nathaniel.
Milczę.
Do dupy. Wszystko do dupy - mówi Nate, a w samochodzie pyta: - Mógłbyś gdzieś ze mną pojechać?
- Dokąd?
- Chcę się stąd wyrwać.
- Masz rower? Wrócimy do domu i może się gdzieś przejedziesz. Jest wystarczająco ciepło.
- Nie pytam, czy mogę pojeździć na rowerze. Proszę, żebyś mnie gdzieś zabrał. - Nate przez chwilę milczy. - Wziąłem prochy.
- Jak to prochy?
- Niedużo, ale wziąłem.
- Tyle, żeby się zabić?
- Nie, uspokoić. Jestem strzępkiem nerwów.
- Skąd je wziąłeś?
- Z domowej apteczki.
- Skąd wiedziałeś, które wziąć?
Nate patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: "Aż tak głupi nie jestem".
- Dobrze, to gdzie chciałbyś pojechać? - pytam.
- Do wesołego miasteczka.
- Żartujesz, tak?
Okazuje się, że nie.
Nate nalega, więc dzwonię do wesołego miasteczka i dowiaduję się, że z powodu nienaturalnie ciepłej pogody nie zostało tej zimy zamknięte.
- Właściciel uznał, że lepiej dać ludziom pracę i przetrzymać śnieżny dzień... którego dotąd nie było - mówi kasjer.
Nate zalicza jedną przejażdżkę za drugą - kolejką górską, na diabelskim młynie, w rakiecie Bungee, w Potwornej Wieży, na Gravitronie, który wiruje tak szybko, że chłopak przykleja się do ścianki z miną, jakby przelatywał przez tunel aerodynamiczny.
- Uważasz, że to dziwaczne? - pyta, kiedy idziemy do następnej atrakcji z wagonikami.
- Jakże mógłbym cię osądzać?
- Mam diagnozę - mówi.
- Jaką?
- Że coś ze mną jest nie tak.
- To znaczy?
- Myślisz, że to prawda?
- A ty?
- Chcesz pojeździć? - pytam Ashley, która choć ma lat jedenaście, trzyma mnie za rękę niczym sześciolatka. Kręci głową, że nie. - Na pewno? Pojadę z tobą.
Wzrusza ramionami.
- Tęsknię za śniegiem. - Potrząsa ze smutkiem głową. - Kiedy byłam mała, w zimie padał śnieg.
- Jeszcze spadnie - zapewniam.
- Kiedy? - pyta.
- Kiedy najmniej będziesz się spodziewała.
Zostawiamy Nate'a przy kolejce górskiej. Wygląda, jakby mu ulżyło po tym ciągłym powietrznym wirowaniu i śmiganiu. Ashley wybiera coś o niewinnie brzmiącej nazwie Kołysząca Fala.
Wesołe miasteczko, podobnie jak centrum handlowe, świeci pustkami. Nate i Ashley mają asystentów, operatorów urządzeń, którzy służą im niejako za przewodników po tym parku machin. Chodzą z nami od urządzenia do urządzenia, włączają, odczekują próbną jazdę i dopiero potem pozwalają dzieciakom wsiąść.
- Trudno tak cały dzień wysiedzieć w pustym wesołym miasteczku? - pytam jednego z operatorów.
- Lepsze to od siedzenia w domu z żoną. - Wzrusza ramionami, jakbym był idiotą.
- Moja mama jest w szpitalu - mówi Ashley do operatora, który włącza karuzelę. - Odesłano nas ze szkoły do domu. Mój ojciec uderzył ją w głowę.
- Pech! - odpowiada operator, co brzmi trochę jak szczeknięcie.
Kołysząca Fala łagodnie odrywa się od ziemi. Siedzę w krzesełku przed Ashley, zawieszony na sześciometrowym ocynkowanym łańcuchu. Zataczamy kilka zgrabnych szerokich kół, wznosząc się coraz wyżej, po czym karuzela przyśpiesza. Krzesełko odbija w bok, przechyla się, wzlatujemy wysoko w górę, a potem opadamy. Kręci mi się w głowie, mdli, szukam jakiegoś stałego punktu, czegoś, co się nie rusza. Wpatruję się w puste krzesełka przede mną, w błękitne niebo. Tracę poczucie równowagi; obawiam się, że zemdleję, że zsunę się z krzesełka i spadnę na ziemię.
Nate czeka na nas, kiedy lądujemy. Zsiadając z karuzeli, potykam się i uderzam głową w łańcuchy.
Kierujemy się do Pałacu Strachów, wskakujemy do wagoników, kolejka z łoskotem pokonuje wahadłowe drzwi i wpada w ciemność. W środku jest ciepło i śmierdzi skarpetkami. Nad naszymi głowami wyją i przeraźliwie piszczą zmarli, skrzypią belki, duchy spadają z góry, zatrzymują się tuż przed naszymi twarzami i po chwili odskakują. Mechaniczną ścieżkę dźwiękową okrasza przeraźliwy dławiący odgłos.
- Co to?
- To Ashley - mówi Nate.
- Zakrztusiłaś się? - pytam, odpinając pas przy siedzisku i próbując się do niej obrócić.
- Ona płacze - wyjaśnia Nate. - Ona tak płacze.
Wokoło błyska się i grzmi, wjeżdżamy pod górę do mrocznego zamku, a ja się obracam i próbuję przedostać ze swojego wagonika do wagonika Ashley. W chwili gdy - w zwolnionym tempie jak na filmie braci Marx - posuwam się na czworakach po daszku wagonika, raptem rozbłyskują stroboskopowe światła. Kolejka jedzie prosto na zamkniętą bramę zamku, ale tuż przed uderzeniem w nią gwałtownie skręca, wyrzucając mnie w bok. Uderzam w ścianę i machając rękami, staram się czegoś przytrzymać, żeby nie wylądować na trzeciej szynie - jeżeli w ogóle jest coś takiego w Pałacu Strachów. Wszystko staje. Ciemno choć oko wykol. "Nie ruszać się!" - woła ktoś z góry. Ashley wciąż płacze, szlocha w ciemnościach. Po chwili Pałac Strachów zalewa jasne fluorescencyjne światło, wydobywając z mroku wszystkie sekrety: tandetne ściany z papier-mâché, byle jak sklecone szkielety na wieszakach, pokrywającą wszystko żółtą i fioletową farbę odblaskową.
- Co jest, do cholery! - klnie operator, schodząc na tory.
- Przepraszam - mówię.
- Przepraszam, sraszam!
- Dziewczynka płakała.
- Nic ci nie jest, skarbie? - pyta ją szczerze zatroskany operator. - Czy komuś coś się stało?
Kręcimy głowami.
- Nic nam nie jest.
Operator chwyta linę doczepioną do kolejki, przeciąga nas po torach, schyla głowę przed drzwiami i wypadamy na światło dzienne.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Tak, jak tylko może być w tych okolicznościach - odpowiadam.
Daję mu dwadzieścia dolarów. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że powinienem tak zrobić.
- Jedźmy do domu - mówię do dzieci, prowadząc je na parking.
- Było dobrze, dopóki nie trafiliśmy do Pałacu Strachów - mówi Nate.
- Było dobrze - potwierdzam.
Na kolację jemy spaghetti z sosem Jane wyjętym z zamrażarki.
- Uwielbiam spaghetti mamy - mówi Ashley.
- Świetnie - mówię i martwię się, bo w zamrażarce zostały już tylko dwa pojemniki, a będą musiały wystarczyć na lata. Zastanawiam się, czy można sklonować sos do spaghetti. Jeżeli zachowamy próbkę lub weźmiemy wymaz z sosu Jane, czy ktoś dorobi go więcej?
Spaghetti, mrożone brokuły, waniliowy napój gazowany i ciasto Sary Lee. Można by niemal pomyśleć, że wszystko jest pod kontrolą.
Przechodząca kotka trąca ogonem moje nogi pod stołem. Ashley wstaje i pokazuje mi szafkę, w której stoi w równych szeregach czterdzieści puszek z kocią karmą.
- Najbardziej lubi łososia - podpowiada.
Po kolacji zawożę dzieci do szpitala. Jest tu trochę ciszej; OIOM spowija połyskliwy półmrok. Z ośmiu sal, na które podzielono szklanymi ścianami dużą powierzchnię, zajętych jest sześć.
- Coś się zmieniło? - pytam pielęgniarkę.
Potrząsa głową.
- Nic.
Dzieci odwiedzają matkę. Nathaniel przyniósł domowe wypracowanie. Czyta je na głos i pyta Jane, czy jej zdaniem powinien coś dodać. Czeka na odpowiedź. Wentylator oddycha mechanicznie. Po odczytaniu wypracowania Nate opowiada matce o wesołym miasteczku, o koledze ze szkoły, którego ona najwyraźniej dobrze zna, podaje też swoje obliczenia, według których, gdy dorośnie do tego, by pójść do college'u, nauka będzie kosztowała około siedemdziesięciu pięciu tysięcy dolarów rocznie, a w przypadku Ashley kwota przekroczy osiemdziesiąt tysięcy. Mówi Jane, że ją kocha.
Ashley głaszcze stopy matki.
- Przyjemnie? - pyta, wcierając krem w palce stóp i wyżej, w kostki. - Może jutro przyniosę lakier i pomaluję ci paznokcie.
Później tego dnia obchodzę dom, gasząc światła. Zbliża się północ. Ashley bawi się w swoim pokoju starymi zabawkami. Pozdejmowała lalki z półek i siedzi między nimi na podłodze.
- Pora spać - przypominam.
- Za chwilę - odpowiada.
Nate jest niedaleko, w pokoju rodziców, śpi w ubraniu, rozwalony na ich łóżku. Towarzyszy mu Tessie, z łbem na poduszce, zastępując Jane.
Rano pod dom podjeżdża van. Wysiada z niego mężczyzna i wyładowuje sześć pudeł. Patrzę, nie wychodząc z domu, jak przynosi je po jednym pod drzwi. W pierwszej chwili myślę, że to bomba dostarczona przez krewnych rodziny zabitej przez George'a. Ale facet pracuje tak metodycznie, tak skrupulatnie, że z pewnością jest zawodowcem z innej branży. Na samym końcu wynosi z vana wielką roślinę. Kiedy już wszystko ma ustawione rządkiem, dzwoni.
Tessie szczeka.
Uchylam ostrożnie drzwi.
- Dostawa - mówi. - Może pan pokwitować?
- Oczywiście. Co to jest?
- Pańska własność.
- Moja własność?
- Materiały biurowe - odpowiada dostawca, zbierając się do odejścia. - Skąd mam, kurde, wiedzieć? Jestem posłańcem. Ósma rano, a ludzie już się wypytują. Kiedy to się skończy?!
Odchodzi w stronę vana, cały czas się piekląc.
Wciągam pudła do domu. Są w nich rzeczy z gabinetu George'a.
- Zamawiałeś coś? - pyta Ashley.
- To dla twojego taty - wyjaśniam.
We trójkę wciągamy całą dostawę do jego gabinetu i tam zamykamy.
- Mogę wziąć tę roślinę? - pyta Nate.
Zapada decyzja o odłączeniu Jane od aparatury podtrzymującej życie i oddaniu narządów.
- Nie spałam całą noc - mówi jej matka. - Podjęłam decyzję, potem się rozmyśliłam, potem znów podjęłam decyzję i znów się rozmyśliłam.
- Kto powie dzieciom? - pyta ktoś.
- Powinieneś ty. - Ojciec Jane wskazuje mnie palcem. - To wszystko twoja wina.
Nate i Ashley zostają zaprowadzeni do sali konferencyjnej; proszą, żebym z nimi poszedł. Siadamy, czekamy długo, aż wreszcie przychodzi lekarz. Ma wyniki badań, karty, wykresy.
- Wasza mama jest bardzo chora - mówi.
Dzieci kiwają głowami.
- Nie da się naprawić jej mózgu. Dlatego pozwolimy, żeby jej ciało pomogło innym ludziom, których stan zdrowia można polepszyć. Jej serce pomoże komuś, kto ma chore serce. Rozumiecie, o czym mówię?
- Tata zabił mamę - odpowiada Ashley.
Niewiele można dodać.
- Kiedy ją odłączycie? - pyta Nate.
Lekarz mobilizuje się.
- Zabierzemy ją na salę operacyjną i usuniemy narządy, które można przeszczepić.
- Kiedy?
- Jutro - mówi lekarz. - Dzisiaj zadzwonimy do wszystkich, którzy otrzymają pomoc od waszej mamy. Udadzą się do szpitala tam, gdzie mieszkają, i ich lekarze rozpoczną przygotowania.
- Czy możemy ją zobaczyć? - pyta Ashley.
- Tak. Możecie zobaczyć ją dzisiaj, a potem jeszcze raz jutro.
Ktoś zawiadomił policję, zjawia się policjant z fotografem, proszą nas, żebyśmy opuścili salę, zaciągają zasłonki wokół łóżka i zaczynają robić zdjęcia. Białe światło flesza błyska raz po raz za zasłonką, podświetlając sylwetki policjanta i fotografa. Siłą rzeczy zastanawiam się, czy robią zbliżenia. Odsuwają koc? Fotografują ją nagą? Błyski zwracają uwagę innych rodzin; ludzie patrzą na nas dziwnie, ale milczą. Udar, atak serca, poparzenie - MORDERSTWO! Nie znamy się po nazwisku, identyfikują nas jednostki chorobowe.
Kiedy policjanci kończą swoje, wracamy. Patrzę na koc. Jeżeli go odsuwali, co zobaczyli? Jak wygląda kobieta o martwym mózgu? Obawiam się, że znam odpowiedź: jak martwa kobieta.
Z adwokatem Rutkowskim spotykam się na parkingu i wchodzimy do szpitala obaj, żeby porozmawiać z George'em.
- Ani razu nie spytał, co z nią - informuję go.
- Przyjmijmy, że zwariował - odpowiada Rutkowsky.
- George - mówimy obaj równocześnie, gdy pielęgniarka odsuwa zasłonkę.
George leży zwinięty w kłębek.
- U pańskiej żony Jane stwierdzono śmierć mózgu, zostanie odłączona od aparatury podtrzymującej życie, a pan zostanie oskarżony o morderstwo, zabójstwo albo jeszcze coś innego, w zależności od tego, na co namówimy drugą stronę - mówi adwokat. - Chodzi o to, że kiedy to nastąpi, machina pójdzie w ruch i będzie pan miał ograniczone możliwości działania. Prowadzę negocjacje, aby wysłano pana do instytucji, z którą miałem już okazję współpracować. Po przybyciu przejdzie pan detoksykację, a następnie, na co liczę, personel zajmie się głównym pańskim problemem, psychozą. Rozumie pan, o czym mówię? Słyszy pan, do czego zmierzam?
- Ssała fiuta mojego brata - mówi George.
Przez kilka chwil nie pada ani jedno słowo.
- Jak ona będzie wyglądać? - pyta George, a ja nie jestem pewien, co właściwie znaczy to pytanie. - Zresztą nieważne, na pewno włożą jej ładny kapelusz.
Pielęgniarka informuje, że na moment potrzebuje zostać z George'em sam na sam. Posłusznie wychodzimy.
Ma pan chwilę? - pyta adwokat.
W holu szpitala prosi, żebym usiadł. Stawia wielką torbę na małym stoliku obok mnie i zaczyna wyjmować dokumenty.
- W związku ze stanem fizycznym i umysłowym Jane i George'a został pan prawnym opiekunem dwojga nieletnich, Ashley i Nathaniela. Jest pan także tymczasowo opiekunem George'a i jego pełnomocnikiem w kwestiach medycznych. Obie te role wiążą się z odpowiedzialnością powierniczą i moralną. Czy czuje się pan na siłach wziąć na siebie tę odpowiedzialność?
Patrzy na mnie wyczekująco.
- Tak.
- Zostaje pan opiekunem aktywów, nieruchomości i innych rzeczy, które przejdą na własność dzieci po osiągnięciu przez nie pełnoletności. Ma pan pełnomocnictwo obejmujące wszystkie transakcje, nieruchomości i aktywa. - Daje mi mały kluczyk; czuję się, jakby mnie wprowadzano do tajnego stowarzyszenia. - To kluczyk do ich sejfu. Nie mam pojęcia, co w nim jest, ale radzę zapoznać się z zawartością. - Rutkowsky wręcza mi nową kartę bankową. - Proszę ją aktywować z telefonu stacjonarnego w domu George'a i Jane. Pan Moody, księgowy, ma również dostęp do rachunków i będzie monitorował pańskie poczynania. To taki system bezpieczeństwa: Moody kontroluje pana, pan kontroluje Moody'ego, a ja sprawdzam was obu. Rozumie pan?
- Tak - powtarzam.
Podaje mi żółtą kopertę.
- Kopie wszystkich potrzebnych dokumentów, na wypadek gdyby ktoś pytał - wyjaśnia, a potem niespodziewanie wyjmuje torebkę z czekoladowymi monetami w złotkach i potrząsa nimi przed moim nosem.
- Gelt?[2] - pytam.
- Blado pan wygląda - mówi. - Żona kupiła ze sto takich monet, a ja muszę się ich pozbyć.
Biorę torebkę czekoladowych monet.
- Dziękuję. Za wszystko.
- Taką mam pracę - mówi, odchodząc. - Taki zawód.
Gdzie jest Claire?
Zgubiła się w podróży, już wracała do domu, kiedy zmieniono jej trasę. Po drodze zaczęły do niej docierać wiadomości od znajomych. Odbieram nieprzyjemny telefon z Hawajów, gdzie samolot ma jakąś usterkę. Słucham oskarżeń.
- Na czym opierasz te uwagi? Na plotkach? - pytam.
- Czytam "New York Post" - odpowiada.
- To twoje nowe źródło informacji?
- Ty chuju - mówi. - Ty chuju, ty chuju, ty chuju! - Wali telefonem w ścianę. - Słyszysz ten trzask, to ja walę swoim BlackBerrym w ścianę. Pierdolony palant!
- Mam cię na głośnomówiącym - mówię, choć to nieprawda. - Jesteśmy wszyscy w szpitalu, dzieci, rodzice Jane, lekarz. Przykro mi, że tak się zdenerwowałaś.
Kłamię. Jestem sam w czymś, co było budką telefoniczną, zanim usunięto z niej cały sprzęt. Jest ogołocona, szklana - bezsilna.
- Wal się!!!
Dzień zawieszenia w próżni. Dziwnie jest wiedzieć, że jutro Jane będzie martwa. Kiedy w domu dzwoni telefon, odpowiada głosem Jane: "Cześć, nie możemy w tej chwili podejść do telefonu, ale oddzwonimy, jeżeli podasz swoje nazwisko i numer. Jeśli chcesz połączyć się z biurem George'a, dzwoń pod numer dwieście dwanaście...".
Ona tu jest, nadal jest w tym domu; wpadam na nią, wychodząc zza węgła, wyładowując zmywarkę, odkurzając, składając pranie. Dopiero co tu była - czekaj, za chwilę wróci.
Nazajutrz w szpitalu przy łóżku Jane matka traci przytomność i wszystko się odwleka, dopóki jej nie ocucą.
- Wyobrażasz sobie, co znaczy podejmować taką decyzję wobec własnego dziecka? - pyta, kiedy wiozą ją na wózku korytarzem.
- Nie mogę sobie tego wyobrazić, dlatego nie mam dzieci. Powiem inaczej: mogę to sobie wyobrazić i dlatego nie mam dzieci.
Wydaje mi się, że mówię to do siebie w duchu, nieświadom, że wypowiadam te słowa na głos, do wszystkich.
- Myśleliśmy, że nie możecie mieć dzieci - wycedza siostra Jane.
- Nawet nie próbowaliśmy - odpowiadam, nie całkiem zgodnie z prawdą.
Członkowie rodziny po kolei żegnają się z Jane. Jestem ostatni. Na jej czole pozostał ślad szminki matki, niczym hinduistyczna kropka "krew i ziemia". Całuję ją; skóra Jane jest ciepła, lecz niezamieszkana.
Ashley idzie obok noszy korytarzem. Kiedy czekają na windę, szepce coś do ucha matki.
Zostajemy, choć właściwie nie ma po co. Siedzimy w poczekalni dla rodzin przy OIOM-ie. Przez szybę widzę salową, która zdejmuje pościel z łóżka, myje podłogę, szykuje salę dla następnego pacjenta.
- Chodźmy do baru - proponuję.
Ludzie śpieszą korytarzami. Niosą przenośne lodówki oznaczone "Ludzka tkanka" lub "Organ do przeszczepu - ludzkie oko". Krążą w tę i z powrotem. Przez przeszkloną ścianę baru widzę nadlatujący helikopter, który ląduje na parkingu, a potem startuje.
Jej serce opuściło budynek.
Z jednej strony czas jakby się zatrzymał, a z drugiej to właśnie czas jest najważniejszy, ludzie się szykują. Dokąd iść, kiedy klamka zapadła, kiedy jest już po wszystkim? Z każdą godziną, z każdą zabraną cząstką, Jane coraz bardziej się oddala. Nie ma powrotu. Skończyło się. Naprawdę.
- Dobrze, że może pomóc innym, spodobałoby jej się to - mówi jej matka.
- Serce i płuca nie powinny się zmarnować - mówi ojciec. - Miała dobre oczy, takie piękne, może ktoś z nich skorzysta; może ktoś będzie miał dobre życie, chociaż ona miała spieprzone.
- Nie mów tak przy dzieciach - napomina go żona.
- Ja się prawie nie odzywam. Gdyby ktoś chciał usłyszeć, co mam naprawdę do powiedzenia, zwiędłyby mu uszy.
- Słucham - mówię.
- Nie rozmawiam z tobą. Jesteś szwanc, odpowiadasz za to tak samo jak twój pieprzony brat. Gnida.
Ma słuszność - niepojęte, że tak to się kończy.