I: Pan Zmroku
Zbudziłem się o brzasku młodego świata, kiedy człowiek potrafił polować, ale nie znał jeszcze żadnej bardziej wyrafinowanej sztuki, w wieku kamienia, ale nie stali. Świat ten pachniał deszczem, ziemią i życiem. Pachniał nadzieją.
"Powstańcie, ukochani".
Głos, który przemówił, obciążało tysiącletnie brzemię wymykające się mojemu pojmowaniu. Głos Mautha, który jest samą Śmiercią.
"Powstańcie, dzieci płomienia. Powstańcie, gdyż dom was oczekuje".
Gdybym nie zaczął dbać wtedy o mój dom... Gdybym tylko nie odkrył magii, nie pokochał żony, nie począł dzieci, nie ukoił duchów... Gdyby tylko Mauth nie nadał mi imienia.
- Meherya.
To imię wyrywa mnie z rozmyślań nad przeszłością. Teraz stoję na smaganym deszczem wzgórzu w wiejskich okolicach Marinnu. Mój stary dom to Przedsionek, znany ludziom jako Las Zmierzchu. Nowy dom zbuduję na kościach wrogów.
- Meherya. - Oczy Umbry lśnią cynobrem, jasne jak dwa słońca, pełne tłumionej przez wiele wieków wściekłości. - Oczekujemy rozkazów. - W lewej dłoni dzierży glewię o rozgrzanym do białości ostrzu.
- Czy ghule już się zameldowały?
Umbra ściąga usta.
- Przetrząsnęły Delphinium i Ancjum. Nawet Przedsionek - relacjonuje. - Nie znalazły dziewczyny. Nikt nie widział od wielu tygodni ani jej, ani Krwawego Krogulca.
- Każ im odszukać Darina z Serry w Marinnie - rozkazuję. - Kuje broń niedaleko portu w Adisie. W końcu się spotka z siostrą.
Umbra skinieniem głowy potwierdza przyjęcie rozkazu. Patrzymy na wioskę rozciągającą się poniżej: bezładnie stojące kamienne domy, które wytrzymają ogień, ozdobione drewnianymi gontami, które mu ulegną. Chociaż do złudzenia przypomina wszystkie inne wioseczki, które już zniszczyliśmy, czymś się jednak od nich różni: to ostatnia osada na naszej drodze. Tutaj oddamy pożegnalną salwę w Marinnie, zanim odeślę Marsyjczyków na południe, by dołączyli do reszty armii Keris Veturii.
- Ludzie są gotowi do ataku, Meheryo. - Umbra płonie teraz jaśniejszą czerwienią, a jej wstręt wobec naszych marsyjskich sojuszników staje się wyczuwalny.
- Wydaj zatem rozkaz - mówię. Za moimi plecami dżinny jeden po drugim zmieniają formę z cienia w płomień, rozświetlając zimne niebo.
W wiosce rozlega się alarmowy dzwon. Strażnik nas zauważył i teraz wrzeszczy w panice. Zamykają się bramy wjazdowe, pospiesznie wzniesione po atakach na sąsiednie miejscowości, błyskają latarnie i rozbrzmiewają przerażone okrzyki.
- Odetnijcie drogi ucieczki - rozkazuję Umbrze. - Darujcie życie dzieciom, by poniosły opowieść. Maro - zwracam się do ognistego dżinna, którego szczupła sylwetka nie zdradza jego potęgi - czy jesteś dość silny, by wykonać zadanie?
Maro kiwa głową, po czym przepływa koło mnie z innymi; w sumie jest ich pięcioro, pięć potoków ognia, podobnych do tych, którymi kiedyś rzygnęły młode góry na południu. Przebijają się przez bramy, zostawiając za sobą zgliszcza.
Za nimi podąża pół legionu Marsyjczyków. Kiedy wioska stoi już w płomieniach, a moi pobratymcy się wycofują, żołnierze rozpoczynają rzeź. Wrzaski żywych szybko gasną, ale zawodzenie duchów niesie się jeszcze echem po okolicy.
Po obróceniu wioski w popiół odnajduje mnie Umbra. Podobnie jak inne dżinny, jarzy się teraz już tylko słabiutkim blaskiem.
- Dmie pomyślny wiatr - zauważam. - Szybko dotrzecie do domu.
- Chcemy zostać z tobą, Meheryo - odpowiada. - Jesteśmy silni.
Przez tysiąc lat wierzyłem, że zemsta i gniew to tylko moja domena. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek doświadczę na tym świecie piękna istot mojego rodzaju albo że poczuję ciepło ich płomieni.
Czas i upór pozwoliły mi jednak odbudować Gwiazdę, broń Augurów, użytą do uwięzienia mojego ludu. Tym samym narzędziem uwolniłem dżinny. Teraz najsilniejsze z nich zbierają się wokół mnie. Chociaż minęły miesiące, od kiedy zniszczyłem więżące je drzewa, w ich obecności skóra wciąż jeszcze rozkosznie mnie mrowi.
- Idźcie już - rozkazuję łagodnie. - Będę was potrzebował w nadchodzących dniach.
Gdy są już daleko, spaceruję brukowanymi uliczkami wioski, węsząc za śladami życia. Umbra straciła dzieci, rodziców i kochanka dawno temu, podczas wojny z ludźmi. Jej wściekłość sprawia, że dopełnia dzieła zniszczenia wyjątkowo skrupulatnie.
Powiew wiatru niesie mnie ku południowemu murowi wioski. Powietrze opowiada historię przemocy, jaka dopiero co tu szalała... ale jest też i inna woń.
Wyrywa mi się syk. To woń człowieka, jednak z odcieniem nadnaturalności. Pamięć podsuwa mi twarz dziewczyny: Lai z Serry. Pachniała podobnie.
Dlaczego jednak miałaby się kryć w marinijskiej wiosce?
Rozważam przybranie ludzkiej postaci, lecz ostatecznie rezygnuję z tego pomysłu. To męczące i nie lubię tego robić bez powodu. Otulam się tylko szczelniej peleryną, by nie tknął mnie deszcz, i tropię zapach aż do wnętrza chaty wepchniętej w załom chwiejnej palisady.
Ghule plączące mi się między nogami skowyczą z ekscytacji. Karmią się cierpieniem, a wioska nim spływa. Roztrącam je i wchodzę do chaty sam.
Wnętrze oświetla plemienna latarnia, płonie tu też wesoły ogień, na którym przypala się właśnie patelnia z plackiem kukurydzianym. Na szafce stoi doniczka z ciemiernikiem, a na stole - zroszony kubek wody ze studni.
Ktokolwiek tu był, opuścił chatę kilka chwil temu.
A raczej bardzo by chciał, żeby tak to wyglądało.
Przygotowuję się wewnętrznie, bo dla dżinnów miłość to nie błahostka. Moje serce wciąż jeszcze mięknie na wspomnienie Lai z Serry. Stos koców w nogach łóżka pod moim dotknięciem obraca się w popiół i wyłania się spod niego drżący z przerażenia dzieciak, który najwyraźniej n i e j e s t Laią.
A mimo to roztacza wokół siebie niemal identyczną aurę.
Minę jednak ma zupełnie inną: serce Lai oplata żal, chłopak zaś tkwi w szponach strachu. Duszę Lai utwardziło cierpienie, a ten tutaj jest miękki; do tej pory nic nie ograniczało jego radości. To mały Marinianin, na oko dwunastoletni.
W głębi jego duszy kryje się jednak coś podobnego do Lai, niezgłębiona ciemność. Jego czarne oczy odnajdują mój wzrok i oto dzieciak podnosi ręce.
- Zgiń, p-przepadnij! - Zapewne chciał, by zabrzmiało to jak wyzywający krzyk, ale jego głos chrypi. Chłopak wbija paznokcie w ramę łóżka.
Podchodzę, by skręcić mu kark, a on znów wyciąga dłonie i niewidzialna siła odpycha mnie o kilka cali.
Ma pierwotną, niepokojąco znajomą moc! Zastanawiam się, czy to magia dżinnów, jednak z naszych związków z ludźmi nie może się przecież urodzić dziecko.
- Odejdź, paskudna istoto! - Ośmielony moim odwrotem chłopak rzuca czymś, co kłuje niczym róża. To sól.
Moja ciekawość słabnie. Jakąkolwiek mocą dysponuje ten dzieciak, ma ona nadnaturalny charakter, sięgam więc po kosę przewieszoną przez plecy. Zanim pojmie, co się z nim dzieje, podrzynam mu gardło i odwracam się ku drzwiom, myśląc już o czymś innym.
Po czym staję jak wryty, ponieważ chłopak odzywa się do mnie, a jego głos brzmi stanowczo i kategorycznie, jak u dżinna wygłaszającego przepowiednię. Słowa są jednak zniekształcone, tak jakby wypływały przez wodę i skałę.
"Ziarno, wcześniej drzemiące, teraz się budzi, a owoc jego kwiatu spoczywa, uświęcony, w człowieczym ciele. Tak została spłodzona twoja zguba, o Ukochany, a wraz z nią upadek... Upadek..."
Dżinn dokończyłby proroctwo, lecz chłopak jest tylko człowiekiem. Jego ciało to kruche naczynie. Krew tryska z rany na szyi i dzieciak pada na podłogę martwy.
- Czym jesteś, na niebiosa? - pytam kryjącej się w głębi jego duszy ciemności, ale już jej tam nie ma: umknęła i zabrała ze sobą odpowiedź.
II: Laia
Bajarka w gospodzie Ucaya skupia na sobie uwagę całej sali. Zimowy wiatr zawodzi na ulicach Adisy i grzechocze pod okapami, podczas gdy plemienna Kehanni drży równie intensywnie jak okna pod naporem wichury. Śpiewa o kobiecie, walczącej, by ocalić ukochanego ze szponów mściwego dżinna, a pieśń ta urzeka nawet największych moczymordów.
Obserwuję Kehanni z rogu sali i zastanawiam się, jak to jest nią być: ofiarowywać dar historii obcym ludziom, zamiast traktować ich nieufnie czy nawet podejrzewać, że mogą być wrogami gotowymi ją zabić.
Na samą myśl znów rozglądam się po sali i ściskam mocniej rękojeść sztyletu.
- Naciągnij ten kaptur jeszcze mocniej na głowę - szepcze z boku Musa z Adisy - a ludzie pomyślą, że jesteś dżinnem. - Uczony rozsiadł się na krześle po mojej prawej, a Darin po drugiej stronie. Siedzimy stłoczeni przy jednym z zaparowanych okien gospody, gdzie nie sięga ciepło ognia.
Nie wypuszczam broni. Skóra mnie mrowi, a instynkt podpowiada, że obserwują mnie nieprzyjazne oczy. Wszyscy jednak wpatrzeni są w Kehanni.
- Puśćże w końcu ten nóż, aapan - odzywa się znów Musa, używając grzecznościowego marinijskiego zwrotu, oznaczającego "siostrzyczkę". W jego głosie brzmi jednak taka sama irytacja, jaką czasem słyszę u Darina. Pszczelarz ma dwadzieścia osiem lat, jest więc starszy ode mnie i brata. Może dlatego tak lubi rozstawiać nas po kątach? - Właściciel gospody to przyjaciel - uspokaja. - Nie ma tu żadnych wrogów. Odpręż się. I tak nie możemy nic zrobić, zanim nie wróci Krwawy Krogulec.
Otaczają nas głównie Marinianie, Uczeni i zaledwie kilkoro ludzi Plemion. Mimo to kiedy Kehanni kończy opowieść, w całej sali wybuchają oklaski, tak raptownie, że na wpół dobywam broni.
Musa delikatnie zdejmuje moją dłoń z rękojeści.
- Wyciągnęłaś Eliasa Veturiusa z Czarnego Stoku, spaliłaś Kauf, przyjęłaś poród marsyjskiego cesarza podczas bitwy, stawiłaś czoła Panu Zmroku więcej razy, niż potrafię zliczyć, a teraz podskakujesz, bo zaczęli klaskać? - pyta kpiąco. - Myślałem, że jesteś nieustraszona, aapan.
- Daj spokój - odzywa się Darin. - Lepiej być nadwrażliwym niż martwym. Krwawy Krogulec na pewno się z tym zgodzi.
- No, to przecież Zamaskowana - parska Musa. - Oni przychodzą na świat przewrażliwieni. - Patrzy na drzwi i uśmiech znika mu z twarzy. - Powinna już być z powrotem.
To dziwne: niepokoić się o Krogulca. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że będę jej nienawidziła do grobowej deski, potem jednak Grímarr i jego horda Karkaunów oblegli Ancjum, a Keris Veturia zdradziła obrońców miasta. Tysiące Marsyjczyków i Uczonych, w tym ja, Krogulec i jej nowo narodzony siostrzeniec, Cesarz, uciekło do Delphinium. Siostra Krogulca, Cesarzowa Regentka Livia, uwolniła tych Uczonych z kajdan niewoli.
Jakimś cudem więc się sprzymierzyliśmy.
Karczmarka, młoda Uczona mniej więcej w wieku Musy, wyłania się z kuchni z pełną tacą. Sunie ku nam, a wyprzedza ją fala nęcącego aromatu potrawki z dyni i czosnkowych podpłomyków.
- Muso, kochanie. - Stawia jedzenie na stole, a ja nagle uświadamiam sobie, że umieram z głodu. - Nie zostaniesz na jeszcze jedną noc?
- Przykro mi, Haino. - Rzuca jej złotą markę, a ona zwinnie ją łapie. - To powinno wystarczyć za pokoje.
- Z nawiązką. - Haina chowa monetę do kieszeni. - Nikla znów podniosła podatki Uczonym. Tydzień temu Nyla musiała zamknąć piekarnię.
- Straciliśmy największego sojusznika - mówi Musa. Ma na myśli starego króla Irmanda, który od wielu tygodni poważnie choruje. - A będzie tylko gorzej.
- Byłeś przecież żonaty z tą księżniczką - przypomina sobie karczmarka. - Nie mógłbyś z nią pogadać?
Uczony krzywo się uśmiecha.
- Lepiej nie, chyba że życzysz sobie kolejnej podwyżki podatków.
Haina odchodzi do innych gości, a Musa zabiera się za potrawkę. Darin przysuwa sobie talerz smażonej okry, wciąż ociekającej olejem.
- Godzinę temu zjadłeś cztery kaczany kukurydzy od ulicznego sprzedawcy - syczę do niego, chwytając koszyk z plackami.
Kiedy w końcu mu go wyrywam, drzwi się otwierają i do pomieszczenia wdziera się tuman śniegu. Tuż za nim wchodzi wysoka, szczupła kobieta; srebrnoblond włosy upięte w koronę ma ukryte pod kapturem, a krzyczący ptak na jej napierśniku błyska przez moment, zanim przybyszka otuli się szczelniej płaszczem i ruszy ku naszemu stolikowi.
- Ależ to pachnie! - Krwawy Krogulec Imperium Marsyjskiego pada na krzesło naprzeciwko Musy i zabiera mu talerz. Uczony robi nadąsaną minę, a wtedy ona wzrusza ramionami. - Panie mają pierwszeństwo. To dotyczy również ciebie, kowalu. - Przysuwa mi pełny talerz Darina, a ja zaczynam jeść.
- No i? - pyta Musa. - Czy błyszczący ptaszek na zbroi pomógł ci dotrzeć do króla?
Blade oczy Krogulca błyskają niechęcią.
- Twoja żona to prawdziwy wrzód na du...
- Była żona - uściśla Musa, przypominając mimo woli, że kiedyś się kochali. Niestety to było dawno temu. Miłość na całe życie skończyła się gorzko.
Doskonale znam to uczucie.
Przypominam sobie Eliasa Veturiusa, chociaż bardzo starałam się tego nie robić. Wygląda tak, jak wtedy, gdy widziałam go ostatnio: bystrooki i zdystansowany stoi w pobliżu Przedsionka. "Wszyscy jesteśmy tylko gośćmi w życiu innych - oznajmił. - Wkrótce zapomnisz o mojej wizycie".
- I co powiedziała księżniczka? - pyta Darin Krogulca, a ja odpycham wspomnienie Eliasa.
- W ogóle ze mną nie rozmawiała. Szambelan przekazał tylko, że Jej Wysokość wysłucha mojej prośby, kiedy poprawi się stan zdrowia króla Irmanda. - Marsyjka łypie ponuro na Musę, tak jakby to on odmówił jej audiencji. - Cholerna Keris Veturia siedzi w Serze i ścina każdego ambasadora, którego wyśle jej Nikla. Marinianie nie mają innych sojuszników w Imperium. Dlaczego nie chce mnie wysłuchać?
- Też bym chciał wiedzieć - odpowiada Musa, a opalizujący błysk przy jego twarzy podpowiada mi, że w pobliżu kręcą się chochliki, małe, skrzydlate stworzenia służące mu jako szpiedzy. - Owszem, mam oczy i uszy w wielu miejscach, Krwawy Krogulcze, ale nie w głowie Nikli.
- Powinnam wracać do Delphinium. - Krogulec wpatruje się za okno, w szalejącą burzę śnieżną. - Rodzina mnie potrzebuje. - Na jej czole pojawiają się zmarszczki troski, nietypowe u osoby tak doskonale panującej nad mimiką.
W ciągu pięciu miesięcy od ucieczki z Ancjum Krwawemu Krogulcowi udało się udaremnić kilkanaście zamachów na małego Cesarza Zachariasa. Dziecko ma wrogów zarówno pośród Karkaunów, jak i sojuszników Keris na południu, którzy nie ustają w wysiłkach, by go zabić.
- Spodziewaliśmy się tego - stwierdza Darin. - W takim razie podjęliśmy decyzję, zgadza się?
Kiwamy głowami, Krogulec i ja, ale Musa tylko odchrząkuje.
- Wiem, że Krwawy Krogulec musi porozmawiać z księżniczką, ale chciałbym przy okazji nadmienić, że uważam ten plan za zbyt ryzykowny.
Darin parska śmiechem.
- Stąd wiadomo, że to plan Lai. Kompletne szaleństwo, które ma sporą szansę zakończyć się śmiercią wszystkich zaangażowanych.
- Co z twoim cieniem, Marsyjko? - Musa szuka wzrokiem Avitasa Harpera, tak jakby ten mógł w każdej chwili pojawić się znikąd. - Jakie paskudne zadanie przydzieliłaś temu nieszczęsnemu człowiekowi?
- Harper jest zajęty. - Krogulec na chwilę nieruchomieje, a potem wraca do jedzenia. - Nie martw się o niego.
- Muszę przyjąć ostatnią dostawę w kuźni. - Darin wstaje od stołu. - Spotkamy się niedługo przy bramie, Laiu. Pomyślności wam wszystkim!
Patrzę, jak wychodzi z gospody, i czuję ukłucie niepokoju. Kiedy działałam w Imperium, Darin na moje żądanie pozostał w Marinnie. Spotkaliśmy się ponownie zaledwie tydzień temu, kiedy Krogulec, Avitas i ja przybyliśmy do Adisy, a teraz znów się rozdzielamy. "To tylko kilka godzin, Laiu. Wszystko będzie dobrze".
Musa podsuwa mi talerz.
- Jedz, aapan - podpowiada życzliwie. - Świat wygląda lepiej, kiedy się zaspokoi głód. Każę chochlikom mieć oko na Darina. Spotkamy się przy bramie północno-wschodniej. O siódmym dzwonie. - Milknie i marszczy brwi. - Tylko bądź ostrożna.
Wychodzi z gospody, a Krwawy Krogulec odchrząkuje.
- Marinijscy strażnicy nie dorastają Zamaskowanym do pięt.
Nie mogę temu zaprzeczyć. Widziałam, jak Krogulec samodzielnie stawiała czoła całej armii Karkaunów, żeby tysiące Marsyjczyków i Uczonych mogły uciec z Ancjum. Kilku Marinijczyków mogłoby spróbować szczęścia z Zamaskowanym, ale żaden z tutejszych gwardzistów nie dorównałby Krwawemu Krogulcowi.
Marsyjka znika teraz w swoim pokoju, żeby się przebrać, więc po raz pierwszy od wieków zostaję sama. Gdzieś w mieście dzwon bije pięć razy. Zimą wieczór przychodzi szybko, a dach jęczy pod naporem huraganowego wiatru. Rozważam słowa Musy, jednocześnie obserwując hałaśliwych gości i próbując pozbyć się poczucia, że ktoś mnie obserwuje. "Myślałem, że jesteś nieustraszona".
Niemal się wtedy roześmiałam. "Strach staje się twoim wrogiem tylko wtedy, gdy mu na to pozwolisz", powiedział mi dawno temu Spiro Teluman. Są dni, kiedy przypominam sobie te słowa bez kłopotu, ale bywa też i tak, że nie potrafię unieść ich brzemienia.
Oczywiście dokonałam tego, o czym wspominał Musa, ale także porzuciłam Darina, kiedy wpadł w łapy Zamaskowanego. Przeze mnie zginęła Izzi. Uciekłam Panu Zmroku, jednak nieświadomie pomogłam mu uwolnić dżinny. Przyjęłam poród Cesarza, lecz potem pozwoliłam, by moja matka poświęciła życie po to, żebyśmy wraz z Krwawym Krogulcem przeżyły starcie z Karkaunami.
Nawet teraz, wiele miesięcy później, wciąż widzę matkę w snach. Siwowłosą, o twarzy pobrużdżonej bliznami i z oczami pałającymi gniewem, kiedy szyje z łuku w falę nacierających Karkaunów. Ona się nie bała.
Ja jednak nią nie jestem. I nie tylko ja odczuwam strach. Darin nie chce rozmawiać o przerażającym pobycie w Kauf. Podobnie Krogulec nie wspomina dnia, kiedy Cesarz Marcus zaszlachtował jej rodziców i siostrę. Nie opowiada również, jak się czuła podczas ucieczki z Ancjum, wiedząc, co Karkaunowie zrobią pozostałym w mieście ludziom.
"Nieustraszona". Nie, żadne z nas nie jest nieustraszone. "Pechowcy" byłoby lepszym określeniem.
Wstaję, kiedy Krwawy Krogulec schodzi po schodach. Ma na sobie szarą sukienkę z wysokim stanem, przebranie pałacowej pokojówki, i takiż płaszcz. Ledwie ją poznaję.
- Przestań się gapić, bo ktoś zwróci uwagę na ten strój. - Krogulec wpycha niesforny kosmyk pod burą chustę, kryjącą koronę włosów na jej głowie, i popycha mnie ku drzwiom. - Chodź już, jesteśmy spóźnione.
- Ile noży ukryłaś pod tą spódnicą?
- Pięć... Nie, czekaj... - Przestępuje z nogi na nogę. - Siedem.
Wychodzimy z Ucayi na zaśnieżoną i zatłoczoną ulicę. Wiatr przeszywa nas mroźnym podmuchem, a ja pospiesznie wyciągam rękawiczki, bo palce natychmiast zaczynają mi marznąć.
- Siedem noży. - Uśmiecham się do niej. - Ale nie pomyślałaś o rękawiczkach.
- W Ancjum bywa zimniej. - Spojrzenie Krogulca pada na sztylet u mojego pasa. - I nie używam zatrutych ostrzy.
- Może gdybyś ich używała, nie potrzebowałabyś tak wielu?
Szczerzy zęby w uśmiechu.
- Powodzenia, Laiu.
- Tylko nikogo nie zabij, Krogulcze.
Znika w wieczornym tłumie niczym upiór. Czternaście lat szkolenia sprawia, że trudno ją zidentyfikować, niemal tak samo jak już za chwilę mnie. Kucam, tak jakbym chciała poprawić sznurowadła, i w jednej chwili okrywam się niewidzialnością.
Położona na wielu poziomach i tarasach Adisa, miasto kolorowych domów, w dzień jest urzekająca, a wieczorem oszałamia. Plemienne latarnie oświetlają niemal każdy dom, a ich wielokolorowe szkła rzucają blask nawet podczas śnieżycy. Światło wylewa się przez ozdobne wycięcia w okiennicach, rysując na śniegu złote figury.
Gospoda Ucaya stoi na wysokim tarasie, z widokiem zarówno na zatokę Fari, leżącą na północny zachód od Adisy, jak i na zatokę Aftab na północnym wschodzie. Tam, pomiędzy górami lodowymi, wieloryby wypływają, by odetchnąć i zapaść z powrotem w toń. W centrum miasta w niebo celuje spalona iglica Wielkiej Biblioteki. Wciąż stoi, mimo że ogień strawił budynek niemal doszczętnie.
Mój wzrok przyciągają jednak przede wszystkim ludzie. Nawet przy dmącym z północy wichrze Marinianie ubierają się elegancko: w czerwone, błękitne i fioletowe stroje z wełny, ozdobione perłami słodkowodnymi i lusterkami. Powłóczyste płaszcze podszyte futrem i bogato wyszywane złotą nicią.
Być może pewnego dnia tu osiądę. Większość Marinian nie podziela uprzedzeń Nikli. Może ja też będę mogła zakładać kolorowe ubrania i mieszkać w niebiesko-fioletowym domu z zielonym dachem? Śmiać się z przyjaciółmi i zostać uzdrowicielką? Poznać przystojnego Marinianina i odpędzać Darina i Musę, kiedy zechcą się bezlitośnie nabijać z tej znajomości?
Próbuję zatrzymać tę wizję w głowie, ale tak naprawdę nie chcę Marinnu. Pragnę piasku, opowieści i czystego, nocnego nieba. Chcę patrzeć w jasnoszare oczy pełne miłości, a czasem kpiarskie do granic. Chciałabym wiedzieć, co powiedział do mnie po sadhańsku półtora roku temu, kiedy tańczyliśmy podczas Święta Księżyca w Serrze.
Chcę Eliasa Veturiusa z powrotem.
"Przestań, Laiu!" Liczą na mnie Uczeni i Marsyjczycy w Delphinium. Musa podejrzewał, że Nikla nie zechce wysłuchać prośby Krogulca, więc uknuliśmy plan, mający ją do tego z m u s i ć. Nie zadziała jednak, jeśli nie dostanę się do pałacu.
Zmierzając ku centrum miasta, łowię przepływające obok urywki rozmów. Adisanie rozprawiają o atakach na odległe wioski i potworach grasujących po kraju.
- Słyszałem o setkach trupów.
- Pułk mojego siostrzeńca wymaszerował wiele tygodni temu i do dzisiaj nie mamy od nich żadnych wieści.
- To tylko plotki...
A właśnie że nie. Chochliki Musy przyniosły wieści dzisiaj rano. Żołądek mi się skręca, kiedy pomyślę o nadgranicznych wioskach spalonych do cna i ich pozabijanych mieszkańcach.
Przemierzam coraz ciaśniejsze alejki, oświetlane przez coraz mniej latarni. Za mną odbija się echem brzęk monet, odwracam się na pięcie, ale nikogo tam nie ma. Przyspieszam kroku, aż wreszcie dostrzegam bramę pałacu, wykładaną onyksem i macicą perłową, błyszczącą niczym księżyc pod różowym niebem nabrzmiałym od śniegu. "Trzymaj się z dala od tej cholernej bramy - ostrzegł mnie Musa. - Jest strzeżona przez Jadunę, która w mig przejrzy twoją niewidzialność".
Władająca magią Jaduna pochodzi z nieznanych krajów za Wielkim Pustkowiem, o tysiące mil na zachód. Jest jedną z niewielu przedstawicielek tej nacji służących marinijskiej rodzinie królewskiej. Gdybym na nią wpadła, oznaczałoby to więzienie lub nawet śmierć.
Na szczęście pałac ma boczne wejścia dla pokojówek, posłańców i ogrodników, którzy dbają o pałacową zieleń. Stojący tam wartownicy nie mają nic wspólnego z Jaduną, więc łatwo mi się obok nich prześlizgnąć.
W pałacu znów słyszę ten dźwięk, jakby uderzały o siebie dwie monety.
Sama budowla to olbrzymi U-kształtny kompleks, obejmujący całe akry starannie wypielęgnowanych ogrodów. Korytarze są tu szerokie niczym bulwary i tak strzeliste, że ledwie widać freski namalowane wysoko na jasnych kamieniach.
Wszędzie wiszą i stoją zwierciadła. Skręcam za róg, zerkam w jedno z nich i dostrzegam błysk złotych monet i szaty w odcieniu żywego błękitu. Tętno mi przyspiesza. Jaduna? Lecz postać znika zbyt szybko, by dało się potwierdzić to przypuszczenie.
Cofam się do miejsca, gdzie wyparowała, ale znajduję tylko parę gwardzistów na patrolu. Będę musiała rozprawić się z osobą, która mnie śledzi, jak już się ujawni. Teraz muszę się dostać do sali tronowej.
"O szóstym dzwonie księżniczka opuszcza komnatę tronową i udaje się do jadalni - powiedział Musa. - Wejdź południowym przedpokojem. Połóż sztylet na tronie i wyjdź. W chwili, kiedy jej strażnicy go zauważą, Nikla zostanie odprowadzona do swoich apartamentów".
Nikomu się nic nie stanie, a księżniczka dotrze tam, gdzie chcemy. Krwawy Krogulec będzie czekał na miejscu i przedstawi swoją prośbę.
Przedpokój jest małym, zatęchłym pomieszczeniem, w którym miesza się woń potu i perfum, ale - tak jak przewidział Musa - pustym. Przemykam nim po cichu i staję w cieniu sali tronowej.
Wtedy słyszę głosy.
Pierwszy należy do kobiety, jest dźwięczny i wściekły. Nie słyszałam księżniczki Nikli od wielu miesięcy i rozpoznaję jej intonację dopiero po dłuższej chwili.
Drugi głos sprawia, że nieruchomieję, ponieważ kryje się w nim okrucieństwo, a mimo to jest zwodniczo spokojny. Tego głosu nie ma prawa tu być. Poznałabym go wszędzie. Jego właścicielka nadała sobie tytuły Niezwyciężonego Imperatora i Najwyższej Dowódczyni Imperium.
Dla mnie jednak już na zawsze pozostanie komendantką.
III: Łowca Dusz
Potrawka smakuje wspomnieniami. Nie ufam jej.
Marchewka i ziemniaki są delikatne, a mięso kuropatwy samo odchodzi od kości, ale kiedy biorę pierwszy kęs, mam ochotę go wypluć. W chłodnym powietrzu chatki unosi się para, w której dostrzegam twarze. Wojowniczka o zaplecionych w koronę blond włosach stoi przy mnie w dżungli i pyta, czy dobrze się czuję. Niska, wytatuowana kobieta z zakrwawioną szpicrutą i okrutnym spojrzeniem do pary.
Złotooka dziewczyna obejmuje moją twarz, błagając, bym jej nie okłamywał.
Mrugam i miska frunie przez pokój, roztrzaskując się o kamienny gzyms kominka. Pył opada z mistrzowsko wykutych skim, które zawiesiłem tam kilka miesięcy temu.
Twarze znikają. Nagle odkrywam, że stoję, a w dłonie wbijają mi się drzazgi z prymitywnie oheblowanego stołu, który właśnie zbudowałem.
Nie przypominam sobie, żebym rzucał miską ani wstawał. Nie pamiętam, bym chwytał za stół tak mocno, żeby moje dłonie zaczęły krwawić.
Ci ludzie - kim są? Wspomnienia o nich wywołuje woń zimowych owoców i dotyk miękkiego koca. Ciężar sztyletu w dłoni i uderzenie północnego wiatru.
Pojawiają się również w conocnych wizjach wojny i śmierci. Sny zawsze zaczynają się od widoku wielkiej armii rzucającej się na falę ognia. Ryk wznosi się pod niebo, a wielki wir obraca się, świadomy i głodny, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Wojowniczka zostaje pożarta, kobieta o chłodnym wzroku i złotooka dziewczyna znikają. Gdzieś daleko miękkie, różowe płatki owocowych drzew Tala opadają powoli na ziemię.
Te sny sprawiają, że jestem niespokojny. Nie o siebie, ale o tamtych ludzi.
"Oni się nie liczą, Banu al-Mauth". W mojej głowie odbija się echem niski, stary głos. To Mauth, magia w sercu Przedsionka. Jego moc osłania mnie przed zagrożeniami i daje wgląd w emocje żywych i zmarłych. Pozwala przedłużać życie albo je kończyć. Wszystko to w służbie Przedsionka, by przynieść pocieszenie przebywającym tu duchom.
Większość moich wspomnień wyblakła, ale Mauth zostawił mi kilka. Jedno z nich przypomina mi, co się stało zaraz po tym, kiedy zostałem Łowcą Dusz. Emocje nie pozwalały mi sięgnąć po magię Mautha. Nie potrafiłem przeprowadzać duchów wystarczająco szybko, aż urosły w siłę i pouciekały z Przedsionka. Kiedy zaś już znalazły się na wolności, ich ofiarą padły tysiące ludzi.
Emocje to wróg, przypominam sobie. Miłość, nienawiść, radość czy strach. Wszystkie są zabronione.
"Co mi przysiągłeś?", pyta Mauth.
- Pomagać duchom przejść w zaświaty - mówię. - Oświetlać drogę słabym, zmęczonym, upadłym i zapomnianym w ciemności po śmierci.
"Tak. To ty jesteś moim Łowcą Dusz. Banu al-Mauth. Wybrańcem Śmierci".
Kiedyś byłem jednak kimś innym. Kim? Chciałbym to wiedzieć. Chciałbym...
Za ścianami chaty zawodzi wiatr... a może to duchy? Kiedy Mauth znów się odzywa, jego słowom towarzyszy fala magii, która znacznie osłabia moją ciekawość.
"Takie pragnienia sprawiają tylko ból, Łowco Dusz. Twoje stare życie dobiegło końca. Zajmij się nowym. Do Lasu wchodzą intruzi".
Oddycham przez usta, sprzątając resztki potrawki. Zakładam płaszcz i rozważam, czy nie zgasić ognia. Ostatniej wiosny ifryty spaliły stojącą tu chatę, która należała do Shaevy, dżinniji pełniącej obowiązki Łowczyni Dusz, aż zamordował ją Pan Zmroku.
Odbudowa chaty zajęła mi całe miesiące. Podłogi z jasnego drewna, moje łóżko, półki na talerze oraz przyprawy błyszczą nowością i czasem nawet płaczą kroplami żywicy. Dom, jak również polana wokół niego chronią mnie przed duchami i istotami nadprzyrodzonymi, tak jak chata należąca do Shaevy.
To mój azyl. Nie chcę, by znów się spalił.
Na zewnątrz panuje przejmujące zimno. Przysypuję ogień popiołem, pozostawiając kilka węgielków żarzących się głęboko pod spodem, a potem naciągam buty i chwytam drewnianą, rzeźbioną bransoletę, nad którą często pracuję - chociaż nie pamiętam, skąd się wzięła. U drzwi oglądam się jeszcze na swoją broń. Trudno mi ją porzucić. Dostałem ją w darze od kogoś... kogoś, na kim kiedyś mi zależało.
"Właśnie dlatego nie mają już znaczenia". Zostawiam ją i wychodzę w szalejącą burzę z nadzieją, że ochrona Przedsionka i praca przy przeprowadzaniu duchów w zaświaty sprawią, że uwolnię się od prześladujących mnie twarzy.
" " "
Żeby przechwycić intruzów, wiatrośmigam tak daleko na południe, że pogoda całkowicie się zmienia: gdy staję, huragan szalejący wokół mojej chaty jest już zaledwie wspomnieniem. Mgły znad Morza Zmierzchu osadzają sól na mojej skórze, a ja słyszę nieproszonych gości. Dwóch mężczyzn i kobieta z dzieckiem na rękach: przemoczeni do suchej nitki wspinają się po lśniących nadbrzeżnych skałach ku Przedsionkowi.
Wszyscy mają złotobrązową skórę i luźne loki - zapewne to rodzina. Na płyciźnie za nimi pływają szczątki łodzi, a oni, potykając się, umykają przed bandą morskich ifrytów, rzucających w nich odłamkami desek z kadłuba.
Chociaż pozostaję w ukryciu, ifryty spoglądają na las, wyczuwają moją obecność i zaczynają jęczeć z rozczarowaniem. Wycofują się, jednak ludzie dalej wloką się ku drzewom.
Shaeva w takich przypadkach łamała kości, miażdżyła ciała i zostawiała trupy na granicach jako ostrzeżenie dla innych. Nie mogłem się na to zdobyć, i proszę, na co mi to przyszło: dla ludzi Przedsionek jest po prostu Lasem Zmierzchu. Zapomnieli, co tu mieszka.
Kilka duchów, których jeszcze nie przeprowadziłem, zbiera się za mną, zawodząc, ponieważ obecność żywych istot sprawia im cierpienie. Mężczyźni wymieniają spojrzenia, ale kobieta z dzieckiem zaciska zęby i brnie ku linii drzew, która oznacza dla niej schronienie.
Kiedy wkracza pod korony, otaczają ją duchy. Nie widzi ich, ale jej twarz blednie, gdy słyszy ich niezadowolone jęki. Dziecko w jej ramionach wierci się niespokojnie.
- Nie jesteście tu mile widziani, podróżni - mówię, wyłaniając się spomiędzy drzew.
Mężczyźni stają jak wryci.
- Muszę ją nakarmić. - Wokół kobiety wiruje gniew naznaczony rozpaczą. - Potrzebuję ognia, by ją ogrzać.
Duchy syczą, a las faluje. Drzewa odzwierciedlają nastrój Mautha, a on, podobnie jak duchy, nie lubi intruzów w Lesie Zmierzchu.
Ostatnio odebrałem komuś życie za pomocą magii Mautha kilka miesięcy temu: jedną myślą zabiłem grupę czarowników Karkaunów. Używam tej mocy ponownie, znajduję nić życia kobiety i ciągnę. W pierwszej chwili ściska mocniej dziecko, potem jednak zaczyna z trudem oddychać i chwyta się za szyję.
- Fozya! - krzyczy jeden z mężczyzn. - Wracaj...
- Nie! - wydusza z siebie Fozya, mimo że wyciskam jej powietrze z płuc. - Jego lud to mordercy. Ilu zabił, czając się tutaj jak pająk? Ilu...
Jej słowa poruszają coś w mojej głowie. "Ilu zabił..."
"Ilu..."
Nagle w moim umyśle wybuchają krzyki: chór tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy zmarli po tym, jak ostatniego lata pozwoliłem, by granica Przedsionka została przerwana. Ludzie, których zabiłem jako żołnierz, przyjaciele, którzy zginęli z mojej ręki - wszyscy maszerują przez moją głowę, osądzając martwymi oczami. To za dużo, nie wytrzymam tego...
To uczucie mija równie raptownie, jak się pojawiło. Zalewa mnie fala magii: Mauth koi mój umysł i zsyła spokój.
Fozya i jej krewni muszą odejść. Znów zaczynam wysysać życie z intruzki, aż niemal upuszcza dziecko. Z każdym moim krokiem się cofa, aż upada na plecy.
- Już dobrze, idziemy sobie... - wykrztusza. - Przepraszam...
Wypuszczam kobietę, która ucieka na północ, a jej towarzysze w ślad za nią. Trzymają się brzegu, rzucając przerażone spojrzenia na drzewa, dopóki nie znikną mi z oczu.
- Witaj, Łowco Dusz.
Ogarnia mnie słony aromat, kiedy fala pieni się u moich stóp i przybiera z grubsza ludzką postać.
- Twoja moc urosła.
- Dlaczego zapuszczacie się tak daleko w głąb lądu, ifrycie? Czy dręczenie ludzi tak was nęci?
- Pan Zmroku rozkazał nieść zniszczenie - odpowiada. - A my... z chęcią zadośćuczynimy jego żądaniu.
- Chciałeś powiedzieć: "ze strachu"? Żeby go nie rozgniewać?
- Pozabijał wielu moich pobratymców - mówi ifryt. - Nie mamy ochoty cierpieć.
- Dajcie im spokój. - Kiwam głową w kierunku, w którym oddalili się ludzie. - Opuścili już wasze królestwo i nic wam nie zrobili.
- Dlaczego się o nich troszczysz? Nie jesteś już jednym z nich.
- Im mniej duchów trafia do Przedsionka, tym lepiej - odpowiadam.
Wtedy rzuca się ku mnie, oplata moje nogi i szarpie, tak jakby chciał mnie wciągnąć pod wodę, ale znajduję się pod ochroną Mautha. Kiedy ifryt odpuszcza, mam poczucie, że mnie sprawdzał.
- Nadejdzie czas, że pożałujesz tych słów - odzywa się. - Kiedy Mauth nie będzie już potrafił uciszyć krzyku w twoim umyśle. Tego dnia odszukaj Siladha, pana morskich ifrytów.
- Czy to ty?
Stworzenie nie odpowiada, tylko opada na piasek i znika. Nogi mam mokre do kolan.
Wracam do lasu i przeprowadzam w zaświaty kilkanaście duchów. Wymaga to zrozumienia oraz rozwikłania tajemnicy kryjącej się za ich cierpieniem i gniewem, tak by zmarli mogli się pozbyć tych emocji i opuścić nasz wymiar. Wypełnia mnie magia Mautha, która pozwala mi szybko i sprawnie wejrzeć w głąb dusz.
Większość z nich potrzebuje tylko kilku chwil, by odejść. Potem sprawdzam, czy w granicach Przedsionka, niewidocznych dla ludzkiego oka, nie ma słabszych miejsc. Kiedy wędruję po Lesie, drzewa rozstępują się przede mną, a ścieżka pod moimi stopami jest równie gładka, jak imperialna droga.
Tak to wszystko wygląda, od kiedy poddałem się Mauthowi. Gdy budowałem chatę, potrzebne deski pojawiały się regularnie, oheblowane i wyszlifowane tak, jakby przygotował je doświadczony cieśla. Od tamtej pory nigdy nic mnie nie ugryzło, nie zachorowałem ani nie miałem problemu ze znalezieniem zwierzyny. Ten las jest fizyczną manifestacją Mautha. Chociaż dla osoby z zewnątrz nie różni się niczym od innych borów, przy mnie zmienia się stosownie do potrzeb.
"Ale tylko tak długo, jak jesteś dla niego użyteczny".
Krzyki i twarze znów zaczynają się pojawiać w mojej głowie i tym razem nie znikają. Wiatrośmigam z powrotem w burzę, do serca Przedsionka i zagajnika dżinnów czy też tego, co z niego zostało.
Zanim połączyłem się z Mauthem, uparcie unikałem zagajnika. Teraz jednak stał się miejscem, w którym zapominam o kłopotach: rozciąga się na równinie, na klifie ponad miastem dżinnów. Za tym mrocznym miejscem, gdzie panuje nienaturalna cisza, wiją się błyszczące serpentyny Rzeki Zmierzchu.
Przyglądam się poczerniałym pniom kilku pozostałych tu drzew, stojących niby samotni strażnicy pomiędzy przechodzącymi falami deszczu. Przez pięć miesięcy, od kiedy Pan Zmroku uwolnił dżinny, nie dostrzegłem ani jednego z nich, nawet tu, w miejscu, gdzie były uwięzione.
"...odeskortujesz do Kauf i pomożesz mi odbić stamtąd mojego brata".
Te słowa wywołują natychmiast wspomnienie złotookiej dziewczyny. Zaciskam zęby i zmierzam ku największemu z drzew, martwemu cisowi o gałęziach poczerniałych od ognia. Jego pień jest pobrużdżony ze wszystkich stron. Obok leży żelazny łańcuch o ogniwach wielkości połowy mojej dłoni, ukradziony z marsyjskiej wioski.
Dźwigam go i owijam nim pień, ciągnę za jeden koniec, a potem za drugi, pogłębiając bruzdy. Po kilku minutach zaczynają mnie boleć ramiona.
"Kiedy umysł cię nie słucha, ćwicz ciało. Umysł za nim podąży". Niebiosa wiedzą, kto i kiedy to do mnie powiedział, ale trzymam się ich od kilku miesięcy, wracając do zagajnika dżinnów za każdym razem, kiedy myśli wymykają mi się spod kontroli.
Po półgodzinie pływam we własnym pocie. Zdejmuję koszulę, moje ciało protestuje, ale ja się dopiero rozkręcam. Dźwigam kamienie, chłoszczę łańcuchem drzewo i biegam po skarpie prowadzącej do miasta dżinnów, a wówczas prześladujące mnie twarze i dźwięki oddalają się i znikają.
Moje ciało to jedyna część mnie, w której pozostała resztka człowieczeństwa. Jest fizyczne, prawdziwe, cierpi głód i męczy się tak jak zawsze. Kiedy je ćwiczę, muszę oddychać w określony sposób i utrzymywać równowagę, a to zaprząta wszystkie moje myśli, nie pozostawiając ani krztyny nawiedzającym mnie demonom.
Kiedy już wyczerpię wszystkie możliwości w zagajniku dżinnów, brnę na jego wschodni kraniec, opadający ku Rzece Zmierzchu, której nurt po burzy jest szybki i zdradziecki. Wskakuję do niej, chociaż lodowata woda zapiera mi dech, i przepływam ćwierć mili, opróżniając głowę, czując tylko zimno i nieubłagany nurt.
Wracam na brzeg przemoczony i wyczerpany, ale z czystym umysłem, gotów stawić czoła duchom czekającym pośród drzew. Jeszcze w trakcie pływania wyczułem wielkie zakłócenie aktywności życiowej daleko na północy. Dziś wieczorem czeka mnie praca.
Zmierzam ku staremu cisowi, żeby pozbierać ubrania... tymczasem ktoś koło niego stoi.
Mauth odcisnął w moim umyśle świadomość Przedsionka tak, że wyczuwam cały teren w głowie niczym żywą mapę. Sięgam teraz po nią, szukając pulsującego blasku, wskazującego na obecność intruza.
Nic nie dostrzegam.
Mrużę oczy, usiłując przejrzeć deszcz. Może to dżinn? Ale nie, nawet istoty nadnaturalne pozostawiają ślad, ich magia podąża za nimi jak warkocz komety.
- Jesteś w Przedsionku - wołam. - Żywym stworzeniom zabrania się wstępu na te ziemie!
Nie słyszę odpowiedzi, tylko wiatr i deszcz. Postać stoi nieruchomo, lecz powietrze wokół niej trzeszczy delikatnie. A więc to magia.
Coś mi świta: ta twarz, czarne włosy, złote oczy, magia ukryta głęboko wewnątrz. Ale jak miała na imię? Kim była?
- Nie skrzywdzę cię - odzywam się łagodnie, jak do duchów.
- Nie, Eliasie Veturiusie? - odpowiada postać. - Nawet teraz? Po tym wszystkim?
"Elias Veturius". To imię przywołuje kolejne obrazy. Akademia z surowego szarego kamienia i dudniące bębny. Szczupła, niska kobieta z lodowatymi oczami. Gdzieś głęboko w moim umyśle zapomniany głos krzyczy: "Tak, Elias Veturius. To nim właśnie jesteś!".
- Nie tak się nazywam.
- Ależ tak. I musisz o tym pamiętać - ripostuje tak cichym głosem, że nie potrafię rozpoznać, czy to mężczyzna, czy kobieta, osoba dorosła czy dziecko.
"To ona!" Serce zaczyna bić mi szybciej. Myśli, na które nie powinienem sobie pozwalać, tłoczą się w mojej głowie. Czy przypomni mi swoje imię? Czy przebaczy mi, że je zapomniałem?
Wtedy z mroku wyłaniają się dwie zwiędłe dłonie i zdejmują kaptur. Skóra tego mężczyzny jest blada niczym bielony len, a białka jego oczu sine i przekrwione. Chociaż niemal zapomniałem, kim jest, ta twarz tkwi w moim umyśle, jakby ktoś wypalił w nim jej wizję.
- To ty - szepczę.
- W rzeczy samej, Eliasie Veturiusie - mówi Augur imieniem Cain. - Jestem tu, by cię dręczyć, już po raz ostatni.
IV: Laia
Czyli Keris Veturia przebywa w Marinnie, a do tego stoi o kilkanaście jardów ode mnie. J a k i m c u d e m? Mam ochotę krzyczeć. Zaledwie kilka dni temu chochliki Musy meldowały, że komendantka jest w Serrze.
A jakie to ma znaczenie, jeżeli Keris może przywołać Pana Zmroku? Musiał przenieść ją do Adisy swoim sposobem, unosząc się na wietrze.
Puls wali mi w uszach, ale zmuszam się, by opanować oddech. Obecność komendantki wszystko komplikuje, mimo to muszę wywabić Niklę z komnaty tronowej do jej apartamentów. Uczeni i Marsyjczycy w Delphinium mają niewiele broni, mało jedzenia i żadnych sojuszników. Jeśli księżniczka nie wysłucha Krwawego Krogulca, nie ma dla nas nadziei.
Bezgłośnie przesuwam się po podłodze, aż Nikla i Keris pojawiają się w polu widzenia. Księżniczka Marinnu siedzi prosto, jakby kij połknęła, na ogromnym drewnianym tronie ojca, a jej twarz skrywa cień. Ciemnoczerwoną suknię ma ciasno ściągniętą w pasie, a fałdy szaty ścielą się po posadzce niczym kałuże krwi. Za tronem czuwa na straży dwóch żołnierzy, zaś nieco dalej po obu stronach kolejnych czterech.
Komendantka stoi przed Niklą w ceremonialnej zbroi. Nie ma przy sobie broni, jej głowy nie zdobi korona, lecz nie potrzebuje ani jednego, ani drugiego. Źródłem jej potęgi zawsze były spryt i okrucieństwo.
Skóra na jej karku jasno lśni, ponieważ ma na sobie koszulę z żywego srebra, ukradzioną Krwawemu Krogulcowi. Ależ jest niska! Dobre pół stopy niższa ode mnie. Gdyby ktoś zobaczył ją z daleka, mógłby pomyśleć, że jest młodą, niegroźną dziewczyną, a nie osobą odpowiedzialną za tyle nieszczęść.
Powolutku zbliżam się do nich i widzę, jak cienie na twarzy Nikli przesuwają się i syczą. Ghule, karmiące się cierpieniem następczyni tronu, kręcą się wokół niej w nikczemnej aureoli, której ona sama nie potrafi dostrzec.
- ...nie możesz podjąć decyzji - mówi Keris. - Może więc powinnam porozmawiać z twoim ojcem?
- Nie będę niepokoić mojego ciężko chorego ojca - odpowiada Nikla.
- W takim razie poddaj się, księżniczko. - Komendantka rozkłada szeroko dłonie, tak jakby te odrażające słowa wypowiadał ktoś inny. - Wtedy ataki na twój lud ustaną, a dżinny się wycofają. Uchodźcy-Uczeni tylko marnują wasze zasoby, dobrze o tym wiesz.
- Dlatego właśnie zachęcam ich do wyjazdu z Adisy - wyjaśnia Nikla. - Jednak to, o co prosisz, jest... - Milknie i kręci głową.
- Proponuję zdjąć ci z ramion brzemię kłopotliwych gości.
- Żeby zrobić z nich niewolników!
Keris się uśmiecha, po czym rzuca:
- Wyznaczyć im nowe życiowe cele.
Ręce zaczynają mi się trząść z wściekłości. Moja matka bez większego namysłu wspinała się po najgładszych ścianach. Gdybym też tak potrafiła, wykorzystałabym tę umiejętność teraz, żeby rzucić się na Keris, kiedy się tego najmniej spodziewa.
Dzierżę sztylet; nie ten, który miałam położyć na tronie Nikli, ale inną, starszą broń, otrzymaną dawno temu od Eliasa. Jest paskudnie ostry, a jego ostrze od jelca do czubka pokrywa trucizna. Muskam go urękawicznioną dłonią i przysuwam się do tronu o kolejny cal.
- Co z tysiącami Uczonych, których zabiłaś? - Nikla kręci energicznie głową, nieświadomie strząsając z siebie ghule, które skrzeczą z irytacji. - Czy nie mieli celu w życiu? Popełniłaś ludobójstwo, Cesarzowo. Skąd mam wiedzieć, że to się nie powtórzy?
- Liczba zabitych Uczonych jest mocno przesadzona - wyjaśnia gładko Keris. - Ci, których rzeczywiście straciłam, byli przestępcami, buntownikami i dysydentami politycznymi. Ty wygnałaś własnego męża, ponieważ wypowiadał się przeciwko monarchii, natomiast moje metody były po prostu skuteczniejsze.
Zza tronu wyłania się poważna ochmistrzyni, nachyla ku Nikli i szepcze jej coś do ucha.
- Wybacz mi, Cesarzowo - odzywa się następczyni tronu po wysłuchaniu wiadomości. - Jestem już spóźniona na następne spotkanie. Porozmawiamy jutro rano. Moi gwardziści mogą odprowadzić cię do twoich pokoi.
- Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym zostać tu chwilę i przyjrzeć się twojej komnacie tronowej. Jej piękno podziwiamy nawet w Imperium - mówi komendantka.
Nikla nieruchomieje i zaciska dłonie w pięści na misternie rzeźbionych podłokietnikach tronu.
- Oczywiście - zgadza się w końcu. - Gwardziści zaczekają w korytarzu. - Po czym wychodzi, a za nią strażnicy.
Wiem, że powinnam również za nią ruszyć i znaleźć inny sposób, by wywołać zagrożenie, które sprawi, że zostanie odprowadzona do swych apartamentów.
Odkrywam jednak, że stoję i gapię się na komendantkę. Na tę zabójczynię. Ale nie, to nie takie proste. To monstrum w przebraniu morderczyni. Istota z piekła rodem, tyle że w ludzkiej masce.
Patrzy na witrażową kopułę wieńczącą sufit, na której statki o kolorowych żaglach płyną po turkusowych morzach Marinnu. Powoli przesuwam się w jej kierunku. Ilu cierpień można by uniknąć, gdybym miała odwagę zabić ją wiele miesięcy temu pod Serrą, gdy leżała nieprzytomna u moich stóp?
Teraz mogłabym ją wykończyć jednym uderzeniem. Nie widzi mnie. Wpatruję się w jej szyję, w jaskrawoniebieski tatuaż pnący się po skórze.
Jej pierś spokojnie wznosi się i opada, przypominając, że bez względu na wszystko, co uczyniła, jest tylko człowiekiem. Może umrzeć, tak jak reszta z nas.
- Tylko gardło, nic innego, Laiu z Serry - odzywa się cicho. - Chyba że chciałabyś przeciąć nogawkę munduru i tętnicę udową. Jestem jednak szybsza od ciebie, więc zapewne ci się nie uda.
Skaczę na nią, lecz ona odwraca się ku cichemu szumowi mojej peleryny, kiedy jestem jeszcze w powietrzu. Nasze ciała się zderzają i niewidzialność opada. Zanim mogę zaczerpnąć oddechu, komendantka przyszpila mnie do podłogi, przyciskając kolanami moje uda, jedną ręką trzymając moje ramiona, podczas gdy drugą przystawia mi sztylet Eliasa do gardła. Nawet nie poczułam, kiedy mi go odebrała.
Krzywię się. Na szczęście wysoki kołnierz koszuli chroni mnie przed trucizną na ostrzu. Srebrna skóra na jej piersi błyska, a ona sama przechyla głowę, przewiercając mnie spojrzeniem godnym smoka.
- Jak umrzesz? W bitwie, jak twoja matka? Czy ogarnięta lękiem, jak moja? - Trzyma mocno rękojeść sztyletu.
"Niech gada! Graj na czas, każ jej mówić".
- Jak śmiesz... - Gwałtownie wciągam powietrze, kiedy sztylet naciska przez tkaninę na moją tchawicę. - Jak śmiesz mówić tak o mojej matce... ty... wiedźmo...
- Nie mam pojęcia, dlaczego zadałaś sobie tyle trudu. Zawsze wie-wiem, kiedy...
Nacisk ostrza słabnie. Keris otwiera szeroko oczy i kaszle. Wyślizguję się spod niej i turlam pod ścianę. Skacze na mnie, jednak zatacza się i chybi. Pozwalam sobie na uśmieszek. Traci czucie w rękach i w nogach. Wiem, ponieważ wypróbowałam tę truciznę na sobie.
Zbyt późno zauważa moje rękawiczki. Zbyt późno upuszcza sztylet Eliasa i wpatruje się w rękojeść, orientując się, jak zdołałam podać jej truciznę. Gdyby ją połknęła, już by nie żyła, ale wchłonęła ją przez skórę, a to tylko trochę ją osłabia - na tyle, żebym mogła zdobyć przewagę. Cofa się więc chwiejnie, podczas gdy ja wyszarpuję kolejny sztylet z buta.
Keris Veturia zajmowała się jednak wojennym rzemiosłem niemal przez całe życie. Instynktownie uchyla się, kiedy próbuję poderżnąć jej gardło, i zadaje mi szybki cios pod mostek. Broń upada na posadzkę, a ja sięgam po ostatni nóż. Keris szybkim trzepnięciem w nadgarstek posyła go na ziemię, po której toczy się z brzękiem.
Z zewnątrz dobiegają głosy. To strażnicy.
Odwracają jej uwagę, wówczas skaczę na nią, lecz odrzuca mnie z taką siłą, że odbijam się od tronu i zamroczona osuwam na posadzkę. Otwiera usta, by krzyknąć na strażników, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu zmuszona do wezwania pomocy. Trucizna odebrała jej jednak również głos, więc mimo że próbuje ustać na nogach, po chwili pada z groteskowo rozrzuconymi kończynami.
"Laiu, teraz albo nigdy!" Gdzie, na niebiosa, są moje sztylety? Wydusiłabym z niej życie rękami, ale mogłaby się ocknąć w trakcie. Straciła przytomność najwyżej na minutę. Potrzebuję broni.
Jej rękojeść wystaje spod tronu. W chwili, gdy po nią sięgam, wciąż próbując opanować oddech, coś odrzuca mnie niczym szmacianą lalkę.
Moje ciało uderza w kolumnę z kwarcu. Komnata tronowa rozmywa mi się przed oczami, a gdy odzyskuję ostrość widzenia, dostrzegam zmierzającą ku mnie postać, nie komendantkę, ale kogoś, kogo chwilę temu z pewnością tam nie było.
Blada skóra, ciemna peleryna, ciepłe brązowe oczy. Piegi tańczące po nieznośnie przystojnej twarzy. I grzywa rudych włosów, jednak nieporównanie mniej intensywnych niż płonący w nim ogień.
Wiem, kim jest. Wiem. Ale na jego widok nie myślę: "Pan Zmroku! Dżinn! Nieprzyjaciel!".
Myślę: "Keenan. Przyjaciel. Kochanek".
Zdrajca.
"Uciekaj, Laiu!" Ciało odmawia mi posłuszeństwa. Słona, gorąca krew płynie z rozcięcia na skroni. Mięśnie protestują, nogi bolą niczym po chłoście. Ból wydaje się owijać wokół mnie jak lina, coraz ciaśniej i ciaśniej.
- T-ty... - wyduszam z siebie. Dlaczego przybrał taką formę? Dlaczego, skoro do tej pory tego unikał?
"Ponieważ chce, by ogarnęła cię panika. Wtedy łatwiej mu będzie cię dopaść, idiotko!"
Moje nozdrza wypełnia jego zapach: cytryna i wonny dym, tak znajome, choć próbowałam o nich zapomnieć.
- Laiu z Serry, jak dobrze cię widzieć, kochanie - odzywa się ściszonym, ciepłym głosem.
To nie Keenan, powtarzam sobie w myślach. To Pan Zmroku. Swego czasu zakochałam się w nim, on zaś odsłonił przede mną prawdziwe oblicze po tym, jak w dowód miłości oddałam mu bransoletę matki. Obręcz była jednym z zaginionych fragmentów Gwiazdy: talizmanu, którego potrzebował, by uwolnić uwięzionych braci. Kiedy mu go wręczyłam, stałam się dla niego bezużyteczna.
Wyciąga dłoń, by pomóc mi wstać, ale odtrącam ją i sama dźwigam się na nogi.
Minął ponad rok, od kiedy widziałam Pana Zmroku w jego człowieczej formie. Aż do teraz nie zdawałam sobie sprawy, jaki rzadki i cenny to widok. W jego oczach maluje się autentyczna troska, wygląda, jakby faktycznie mu na mnie zależało - a przecież to tylko maska podłej istoty, która chce mnie unicestwić.
Komendantka wkrótce się ocknie. Owszem, Pan Zmroku nie może mnie zabić, tak jak żadnej z osób, które dotykały choćby fragmentu Gwiazdy - ale Keris Veturia już tak.
- Niech cię cholera! - Spoglądam ponad jego ramieniem na komendantkę. Gdybym tylko się do niej dostała...
- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić, Laiu - mówi takim tonem, jakby się usprawiedliwiał. - Wyznaczyłem jej zadanie.
- Do diabła z twoimi zadaniami!
Pan Zmroku patrzy w kierunku drzwi.
- Krzyki nie mają sensu. Strażnicy odkryli, że pilne obowiązki wzywają ich gdzie indziej. - Klęka przy Keris i zadziwiająco delikatnie sprawdza jej tętno. - Chcesz ją zamordować, Laiu z Serry. - Wstaje i podchodzi do mnie. - Ponieważ Keris jest źródłem wszystkich twoich nieszczęść. Zniszczyła twoją rodzinę; to przez nią twoja matka została morderczynią, mężo- i dzieciobójczynią. Keris zniszczyła twój lud i nadal go dręczy. Zrobiłabyś wszystko, by ją powstrzymać, prawda? Co więc różni cię ode mnie?
- W n i c z y m cię nie przypominam...
- Moja rodzina również została zabita. Moją żonę zaszlachtowano na polu bitwy. Moje dzieci wymordowano solą, stalą i letnim deszczem. Moich pobratymców uśmiercono lub uwięziono.
- Zrobili to ludzie zmarli przed tysiącem lat! - krzyczę. Dlaczego w ogóle z nim rozmawiam? Gra tylko na czas, by komendantka zdążyła się ocknąć, a do tego uważa mnie za zbyt głupią, bym to zauważyła.
Wściekłość wypełnia moje żyły, stępia ból, sprawia, że zapominam o Keris. Wszystko wokół robi się czerwone, a wewnątrz mnie wzbiera ciemność, ta sama, która zbudziła się wiele miesięcy temu, gdy dałam mu bransoletę. Bestia, która zaatakowała w Lesie Zmierzchu, kiedy myślałam, że dżinn chce zabić Eliasa.
Pan Zmroku łypie na mnie, a jego usta ściągają się w nieludzkim grymasie.
- C z y m jesteś? - pyta, a jego słowa są echem pytania zadanego poprzednio.
- Nie wygrasz. - Mój głos brzmi jak niezrozumiały warkot, wznoszący się ze starożytnej, prymitywnej części mojej duszy. - Twój odwet skrzywdził zbyt wielu. - Stoję teraz o kilka cali od niego, wpatrując się w znajome oczy, przelewając w nie całą trawiącą mnie nienawiść. - Nie obchodzi mnie, ile to potrwa ani jakie środki okażą się konieczne. Pokonam cię, Panie Zmroku.
Zapada pomiędzy nami milczenie. Chwila ciszy, martwej jak sama śmierć, rozciąga się w nieskończoność.
Potem zaś słyszę raniący uszy, upiorny wrzask, który trwa długo i osiąga tak wysokie rejestry, że witraże nad naszymi głowami pękają i rozszczepia się drewno tronu. Zatykam uszy dłońmi. Skąd dobiega ten dźwięk?
Aż zdaję sobie sprawę, że to ja. To ja tak wrzeszczę. Tylko że... to nie ja, prawda? To coś w głębi mnie. W chwili, kiedy to pojmuję, niemal rozrywa mi żebra. Ciemne światło wylewa się z rykiem z wnętrza mojego ciała, jakbym uwolniła je z wielowiekowego więzienia. Próbuję je powstrzymać, okiełznać, zawrócić.
Jest jednak zbyt potężne. Słyszę pospieszny tupot i widzę błysk oczu podkreślonych antymonowym proszkiem. Brzęczą monety i teraz przypominam sobie, skąd znam ten dźwięk. To ozdoba na głowie Jaduny.
Muszę uciekać. Muszę przed nimi umknąć.
Zamiast tego jednak padam na kolana i cały świat ogarnia jednolita biel.
V: Łowca Dusz
Emocje, które wybuchają we mnie na widok Augura, wydają mi się nienaturalne. Tak jakby z mojego ciała wydrapywało sobie drogę jakieś zwierzę, masakrując przy okazji wnętrzności.
- Nie potrzebuję twojej wściekłości, Łowco Dusz. - Augur chwyta moje ramię i gwałtownie szarpie ku sobie, a ja niemal się ślizgam w ulewnym deszczu. - Chcę tylko, żebyś mnie wysłuchał.
Duchy wyczuwają jego obecność i skrzeczą tak głośno, jakby były ich całe setki, a nie ledwie kilkadziesiąt. Magia Mautha opływa mnie chłodną falą, tłumiąc ich wrzaski i kojąc gniew. Odpycham dłoń Caina.
- Niepokoisz duchy, Augurze. Nie cierpią żywych.
- Żywych! A więc to nazywasz życiem? - Śmiech wstrząsa jego ciałem, grzechocząc niczym kamień w pustym naczyniu. - Gdybyż tylko Pan Zmroku zabił mnie, kiedy unicestwił resztę moich towarzyszy! Ja jednak uciekłem z jego więzienia, tego się nie spodziewał...
- Uciekłeś? - Unikamy się z dżinnami od pięciu miesięcy. Nie mam ochoty wchodzić z nimi w konflikt. - Jak to: "uciekłeś"?
- Będą tu lada chwila. Słuchajże, bo nie zostało mi zbyt wiele czasu!
- A ja nie mam go w ogóle. Nie powinno cię tu być! - Wzbiera we mnie gniew rozżarzony niemal do białości. Czekam, aż minie, aż stłumi go Mauth. Mija jednak kilka sekund, a ja nie czuję się ani trochę spokojniejszy. "Mauth?"
- Twój pan jest zajęty gdzie indziej - wyjaśnia Cain. - Walczy z potworem, którego sam stworzył. - Augur krzywi się, po czym zerka przez ramię, pomiędzy drzewa, w kierunku spowitego mgłą miasta dżinnów. - Tak jak ci powiedziałem dawno temu, widma naszych występków szukają pomsty. Właśnie się to dzieje: nasze niegdysiejsze występki nas prześladują, Eliasie. Nawet Mauth nie ucieknie przed konsekwencjami.
- Mauth nie jest ani dobry, ani zły - oznajmiam. - W śmierci nie ma nic dobrego czy złego. Śmierć to śmierć.
- I śmierć cię tutaj przykuła. Nie widzisz tego? - Kościste palce Caina wyginają się ku mnie, a zagajnik dżinnów wypełnia dziwne światło, złote, ale skażone cieniem. Z początku wydaje się zbyt jasne, by dostrzec jego źródło, lecz kiedy nieco słabnie, mrugam i zauważam tysiące krępujących mnie lin przytwierdzonych do ziemi. - Musisz stąd uciec. Powiedz mi, Łowco Dusz, co widzisz w snach?
Wojowniczka, kobieta o chłodnym spojrzeniu i złotooka dziewczyna zjawiają się przed moimi oczami. Dłonie zaciskają mi się w pięści.
- Widzę... Wi...
Od strony miasta dżinnów rozlega się osobliwe wycie. Pomyślałbym, że to wilk, gdyby głos ten nie był podszyty pierwotną wściekłością. Po chwili dołączają do niego inne, a ich chór jeży mi włosy na głowie. Cain przysuwa się chwiejnie.
- Dżinny złapały mój trop - szepcze. - Będą tu lada chwila, więc słuchaj uważnie: widzisz wojnę, prawda? Armia rozbija się o falę ognia, a za nią jasne płatki kwiatów zaściełają ziemię. Nad tym wszystkim wznosi się głodna paszcza, nienasycony wir.
- Manipulowałeś moimi myślami!
- Sądzisz, że Mauth wpuściłby mnie do twojej głowy, chłopcze? Przykuł cię tutaj i zamknął w klatce. Nie zesłałem ci tych snów. Widzisz je, ponieważ są prawdziwe. Ponieważ żyje jeszcze gdzieś w głębi twego umysłu mała cząstka starego ciebie. I domaga się uwolnienia.
- Łowcy Dusz nie obchodzi wolność...
- Ale Eliasa Veturiusa obchodzi! - przerywa mi Cain, a ja odkrywam, że nie mogę się ruszyć, zahipnotyzowany tym imieniem. Moim imieniem. Moim dawnym imieniem. - Elias Veturius jeszcze żyje. To niezwykle ważne, by żył, ponieważ nadciąga Wielka Wojna, i to nie Łowca Dusz ją wygra, tylko Elias Veturius. To nie Łowca Dusz jest ogniem, który zrodzi się z popiołów, ale Elias Veturius. To nie Łowca Dusz zaiskrzy i zapłonie, a potem zniszczy wrogów. To E l i a s V e t u r i u s.
- Elias Veturius nie żyje - oponuję. - A ty zakłócasz spokój duchów. Granice Przedsionka postawiono nie bez powodu...
- Zapomnij o granicach. - Cain spogląda na mnie dziko. - Istnieje większe zagrożenie dla duchów. Siły potężniejsze od śmierci...
Wycie rozlega się znowu, doskonale słyszalne mimo ulewy. Magia Mautha mnie ochroni. Już wzbiera w moim ciele niczym tarcza chroniąca przed dżinnami.
One mnie jednak nie obchodzą. Mam natomiast obowiązki względem duchów i jeżeli cokolwiek im zagraża, muszę wiedzieć, co konkretnie. Moją głowę zalewa fala pytań, na które muszę znaleźć odpowiedzi.
- Dlaczego miałbym zapomnieć o granicach? - Szarpię starca ku sobie. - O jakim zagrożeniu mówisz?
On jednak spogląda ponad moim ramieniem na postacie wyłaniające się z mroku. Ich oczy płoną przez zasłonę deszczu niczym małe słońca.
- On należy do nas, Łowco Dusz - rozlega się syczący głos, ciężki od nienawiści. Jedna z dżinniji występuje naprzód z glewią w dłoni. - Oddaj go albo doświadczysz naszego gniewu.
VI: Krwawy Krogulec
Księżniczka Nikla nie uciekła do swoich apartamentów. Nie słychać dzwonów alarmowych.
Zamiast tego maszeruje długim korytarzem w moją stronę. Wielkie rzeźbione drzwi pałacowej jadalni, do której nie powinna w tej chwili zmierzać, znajdują się w korytarzu naprzeciwko mnie i hebanowych schodów, które właśnie woskuję.
"W pałacu pracuje kilkunastu Marsyjczyków - powiedział mi Pszczelarz. - Twoja obecność nie będzie niczym dziwnym, ale staraj się nie zwracać na siebie uwagi. Kiedy Laia odegra swoją rolę, a Nikla znajdzie się w komnatach królewskich, wyślę chochliki, które cię do niej zaprowadzą".
Gdy Laia obiecuje coś zrobić, dotrzymuje słowa. Mam wielką nadzieję, że jej nie zabito. Jeśli cokolwiek się jej stanie, Uczeni z Delphinium zażądają mojej głowy.
A poza tym ta dziewczyna coraz bardziej mi się podoba.
W mojej kieszeni coś szeleści; to chochliki przyniosły zwój. Klękam, tak jakbym zauważyła zadrapanie na poręczy, i odczytuję pospiesznie nabazgraną wiadomość:
Keris Veturia w pałacu
Ledwie mam czas się zastanowić, jak komendantka tu dotarła i jakim cudem chochliki Musy to przeoczyły, kiedy nadchodzi księżniczka. Zatrzymuje się niecałe dziesięć stóp ode mnie, przed drzwiami jadalni, zza których dobiega gwar głosów. Jak już znajdzie się w środku z tymi wszystkimi dworzanami, nie wyjdzie przez wiele godzin.
Zrób coś, Krogulcze! Ale co? Porwać ją? Zabić jej strażników? Przecież mam zawrzeć z nią sojusz, a nie rozpocząć wojnę.
Na krwawe, płonące piekła, mówiłam Livii, żeby wysłała osobę biegłą w dyplomacji! Avitas Harper byłby idealnym kandydatem. Gdyby wysłała go do Marinnu, a mnie zostawiła w Delphinium, mogłabym się skupić na Grímarrze i Karkaunach. Poza tym w ten sposób uwolniłaby mnie od Harpera i szalonego pożądania, które miesza mi w głowie i plącze język za każdym razem, kiedy znajduje się w pobliżu.
Ale nie! "Mariniańska rodzina królewska musi porozmawiać z kimś, kto walczył w Ancjum - powiedziała Livia. - Kimś, kto widział na własne oczy, co robi tam Grímarr".
Na samą myśl krew zaczyna wrzeć mi w żyłach. Cztery tygodnie temu Grímarr pochwycił w zasadzce karawanę z zaopatrzeniem dla Delphinium, po czym podmienił żywność na kończyny Marsyjczyków i Uczonych, odcięte podczas brutalnych, krwawych rytuałów. Jeden z jego ludzi ukrył się w karawanie i spróbował na mnie napaść, krzycząc: Ik tachk mort fid iniqant fi! Wypatroszyłam go, zanim ktokolwiek zdążył mi to przetłumaczyć.
Ten incydent przeraził Seniorów z Delphinium. Ich poparcie osłabło, mimo że Karkaunowie cały czas pustoszą stolicę. Naprawdę potrzebujemy tego sojuszu.
Dlatego jestem tutaj. Stoję trzy jardy od następczyni tronu Marinnu, bezczelnie niczym portowa dziwka z Navium. Bez zbroi i bez maski. W skradzionym stroju, z twarzą w bliznach.
Księżniczka nie wchodzi do jadalni, lecz wpatruje się w ryby, muszle i paprocie wyrzeźbione w drzwiach, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu. Przez moment wydaje się, że ogarnia ją panika.
Na myśl, że miałabym rządzić Marsyjczykami jako cesarzowa i babrać się przy tym w polityce, a w dodatku spełniać oczekiwania wszystkich związane z tym stanowiskiem, biorą mnie mdłości. Być może Nikla czuje podobnie.
Od strony żołnierzy rozlega się dyskretny kaszel. Połowa tutejszej straży to kobiety; pod tym względem Imperium mogłoby brać przykład z Marinnu. To właśnie jedna z nich teraz odkaszlnęła, wysoka, o jastrzębiej twarzy, ciemnej skórze i stanowczym głosie.
- Wasza Wysokość, to był długi dzień. Być może ochmistrzyni mogłaby oznajmić, że nie będziesz dzisiaj obecna...
- Przekraczasz swoje kompetencje, poruczniczko Eleibo - odpowiada Nikla, prostując się. - Przywróciłam cię do straży na wyraźne życzenie mojego ojca. Lepiej nie... - Mówiąc to, odwraca się i dostrzega mnie. - Ty! Nie rozpoznaję...
Nie zabijaj cholernych strażników, Krogulcze. Sojusz, nie wojna. Rzucam się w kierunku księżniczki, a ona daje krok w tył, potykając się przy tym o rąbek sukni. Zanim jej obrońcy zdążą krzyknąć, mam już w dłoni sztylet. Uderzam rękojeścią w skroń pierwszego z brzegu, powalając go na posadzkę.
Kiedy pada, chwytam jego włócznię i tępym końcem trafiam w twarz tego za moimi plecami. Satysfakcjonujący łomot potwierdza, że trafiłam. Wsadzam drzewce broni w klamki drzwi jadalni, tak żeby strażnicy i dworzanie nie mogli z niej wyjść.
Jedna z żołnierek, Eleiba, umyka z księżniczką, wzywając pomocy. Trzecia strażniczka atakuje mnie, lecz rozbrajam ją i grzmocę po głowie płazem jej skimy. Zanim upadnie, rzucam nożem za uciekającą Eleibą.
Wbija się w jej ramię, a ona wzdryga się i niemal pada.
- Uciekaj, księżniczko! - krzyczy.
Jestem jednak zbyt szybka dla nich obu. Dostrzegam drzwi; według planu pałacu, którego Musa kazał nauczyć mi się na pamięć, prowadzą do małej komnaty służącej do poufnych zebrań. Zaganiam ku niej Niklę i Eleibę.
- Do środka. - Kiwam głową w stronę drzwi. Eleiba warczy na mnie, ale ja wpatruję się w księżniczkę. - Wiesz, kim jestem?
Mruży oczy i kiwa głową.
- W takim razie wiesz również, że gdybym chciała cię zabić, już byś nie żyła. Nie przyszłam tu, by cię skrzywdzić, chcę tylko porozmawiać. Każ swojej strażniczce odpuścić.
- Prędzej umrę - chrypi Eleiba. - Księżniczko, ucie...
Wypuszczam skimę z dłoni i w tej samej chwili, kiedy spojrzenie żołnierki wędruje za nią, zadaję jej cios prosto w twarz, a ona pada bez przytomności. Chwytam broń tuż nad podłogą.
- Do środka. - Celuję czubkiem skimy w gardło Nikli. Korytarzem nadbiegają kolejni strażnicy. - Już, księżniczko!
Pokazuje zęby w gniewnym grymasie, ale posłusznie wchodzi. Rygluję drzwi, ignorując zbliżające się krzyki.
A potem odwracam skimę rękojeścią naprzód i wręczam ją Nikli.
- To dowód dobrej woli. Jak powiedziałam, chcę tylko porozmawiać.
Księżniczka chwyta broń ze zwinnością zdradzającą szermierczą praktykę i przystawia mi ostrze do szyi. Gdzieś daleko rozlegają się alarmowe dzwony. Jej gwardziści wkrótce zabiorą się za wyważanie drzwi.
- No, dziewczyno. Co ma mi do powiedzenia Krwawy Krogulec pretendenta?
- Wiem, że Keris przybyła tu zawrzeć pakt. Nie możesz jej ufać. Oddała wrogom całe miasto, pełne własnych rodaków, cywilów, by zostać cesarzową. Przez jej żądzę władzy dziesiątki tysięcy niewinnych znalazły się na łasce Karkaunów.
- Nie urodziłam się wczoraj. Okazałabym głupotę, ufając twojej cesarzowej.
Na te słowa robi mi się czerwono przed oczami.
- Nie jest m o j ą cesarzową - syczę. - To żmija, a sojusz z nią byłby śmiertelnym błędem.
- Keris proponuje mi układ, dzięki któremu dżinny nie będą już atakować mariniańskich wiosek - mówi Nikla. - Możesz zagwarantować to samo?
- Ja... - Potrzebuję chwili, by to rozważyć. Jednej chwili. Przez ostrze jednak trudno mi oddychać, a co dopiero znaleźć rozwiązanie problemu mariniańskiej księżniczki. Przemykają mi przez głowę wszystkie sztuczki, jakich nauczyłam się na zajęciach z retoryki. Nagle bardzo żałuję, że nie ma przy mnie Eliasa. On potrafiłby namówić kamień na łyk wody. - Za te napady odpowiadają ludzie Keris - odpowiadam. - Sprzymierzyła się z dżinnami. Moglibyśmy walczyć z nimi razem.
- A kto za tobą stanie? - śmieje się szyderczo Nikla i opuszcza skimę, nie dlatego, że jest zmęczona, ale ponieważ już się nie boi. - Masz dość pożywienia, by twoi ludzie przetrwali zimę? Głupia jesteś, Krwawy Krogulcze. Nie dam rady walczyć z Keris i jej nadnaturalnymi sojusznikami. Mogę się tylko z nimi układać i tobie sugeruję to samo.
- Prędzej umrę.
- W takim razie umieraj.
Mariniańscy gwardziści walą do drzwi, wykrzykując imię księżniczki.
- Za kilka sekund, kiedy wpadną tu moi żołnierze. Albo później, z rąk twojej cesarzowej.
N i e j e s t m o j ą c e s a r z o w ą!
- Keris jest zła, lecz ją znam - próbuję jeszcze. - Potrafię ją pokonać, potrzebuję tylko...
Z drzwi zaczynają pryskać drzazgi. Nikla obserwuje mnie sceptycznie. Moje słowa jej nie przekonają, ale może groźby...
W tej chwili powietrze przeszywa przenikliwy wrzask, tak ogłuszający, że krzywię się i zatykam uszy, kątem oka dostrzegając, że księżniczka upuszcza skimę i idzie w moje ślady. Walenie w drzwi ustaje, słychać za to krzyki z zewnątrz. Okna w komnacie z donośnym trzaskiem rozsypują się w drobny mak. Szkło opada na podłogę lśniącym deszczem. Nadal słychać wrzask.
Przechodzi mnie dreszcz. Magia uzdrawiająca porusza się gdzieś w głębi mnie, niespokojna jak szczeniak podczas burzy.
Laia. Coś poszło nie tak, wyczuwam to.
Wrzask urywa się jak ucięty. Nikla prostuje się, a jej ciało całe drży.
- Co to...
Drzwi otwierają się raptownie i do komnaty wpadają strażnicy, w tym również Eleiba.
- Keris cię zdradzi, prędzej niż później. - Przebiegam obok księżniczki, łapiąc w przelocie skimę. - Jeśli przeżyjesz i będziesz potrzebowała prawdziwej sojuszniczki, prześlij wiadomość do Delphinium. Będę czekać. - Z tymi słowy kłaniam jej się nisko, po czym biegnę do stłuczonego okna i wyskakuję.
VII: Laia
Nie jestem sama. Czuję to, mimo że straciłam przytomność. Nawet w tej dziwnej błękitnej przestrzeni, gdzie unoszę się bezcieleśnie.
Nie jestem sama, ale istota, która tu ze mną przebywa, nie znajduje się obok, lecz we mnie. Coś - lub ktoś - porusza się w moim umyśle.
"Jestem tu już od dawna - odzywa się głos. - Tylko czekam".
- Czekasz? - Moje słowa gubią się w niezmierzonej dali.
"Na ciebie, by cię obudzić.
Obudź się już.
Obudź się!"
- Zbudź się, Laiu z Serry.
Z trudem unoszę powieki i czuję się, jakby ktoś sypał mi piaskiem w oczy. Razi mnie światło latarni, a pięć kobiet z oczami podkreślonymi antymonowym proszkiem patrzy z góry na łóżko, na którym leżę. Mają na sobie bogato zdobione szaty, rozszerzające się w biodrach, a ich włosy zdobią sznury złotych monet opadające na czoła.
Jaduny. Czarodziejki, sojuszniczki rodziny królewskiej.
Och, niebiosa. Powoli siadam, tak jakbym się czymś zatruła, ale przez głowę przebiega mi tylko jedna myśl: muszę się stąd wydostać, i to szybko.
Pokój wygląda, jakby znajdował się na piętrze mariniańskiej willi; podłogę wyłożono dywanami z jedwabiu w odcieniu drogocennych kamieni, a pod ścianami stoją parawany w gwiaździste wzory. Przez łukowate okna widać mury pałacu, rozświetlone tysiącem latarni. Ich piękno zakłóca jednak nieustanny dźwięk dzwonów alarmowych.
Symuluję zawroty głowy i kładę się z powrotem. Potem zbieram się w sobie, wyskakuję z łóżka i rzucam w lukę w wianuszku kobiet. Już jestem za nimi, jeszcze tylko kilka stóp dzieli mnie od drzwi, już prawie...
Zatrzaskują mi się przed nosem. Któraś Jaduna ciągnie mnie z powrotem, a gdy próbuję wrzasnąć, głos zamiera mi w gardle. Szukam umysłem niewidzialności, lecz moja moc zniknęła. Pan Zmroku musi wciąż być w mieście, ponieważ bez względu na to, jak bardzo się staram, nie mogę jej zbudzić.
Jaduny sadzają mnie na fotelu, ich uścisk nie pozostawia mi wyboru. Nie próbuję się wyrywać, jeszcze nie teraz.
- Śledziłyście mnie - rzucam.
- Tylko spokojnie, Laiu z Serry.
Rozpoznaję ten głos. To kobieta, która dała mi książkę, gdy płonęła Wielka Biblioteka.
- Nie chcemy cię skrzywdzić. Ocaliłyśmy cię przed Meher...
- Milcz, A'vni! - Starsza Jaduna łypie na nią gniewnie, a potem zwraca ku mnie mroczne spojrzenie. - Popatrz na mnie, dziewczyno - mówi, i chociaż wcale nie mam na to ochoty, podporządkowuję się jej rozkazowi.
Cóż to za magia? Czy ją też dotknął ifryt? Kiedy przemocą odwraca ku sobie moją twarz, wbijam paznokcie w podłokietniki i wymierzam jej mocnego kopniaka.
- Trzymajcie ją!
- D'arju... - protestuje A'vni.
Jednak tamta macha tylko z rozdrażnieniem dłonią i sięga w głąb mojego umysłu. Jej brązowe oczy płoną na tle antymonowego makijażu. Natychmiast uchodzi ze mnie wola walki: zahipnotyzowała mnie tak, że nie mogę się wyrwać.
- Nic ci nie zrobimy - mówi. - Gdybyśmy chciały twojej zguby, zostawiłybyśmy cię Panu Zmroku.
Nie oczekuje odpowiedzi, ale przedzieram się przez jej uścisk i wyduszam z siebie:
- Żeby mógł patrzeć, jak Keris powoli mnie morduje?
- Nie poluje na ciebie, żeby cię zabić. Chce cię rozłupać niczym orzech i zrozumieć, co mieszka w twoim wnętrzu - wyjaśnia kobieta.
Usiłuję nie okazywać zaniepokojenia. Co właściwie mieszka w moim wnętrzu?
- Stara magia, moje dziecko - odpowiada D'arju na niezadane pytanie. - Oczekująca od tysiąca lat kogoś na tyle potężnego, by ją obudzić. - Uśmiecha się z nagłą radością, co sprawia, że zaczynam jej odrobinę ufać. - Myślałam, że tym kimś będzie Mirra z Serry. Albo Isadora Teluman, a może Ildize Mosi. Tymczasem jednak...
- Tymczasem jednak nawet starożytni mogą się mylić - wtrąca oschle A'vni, a pozostałe Jaduny chichoczą.
Spodziewam się, że D'arju się wścieknie, ale starsza kobieta tylko się uśmiecha, a do mnie wreszcie dociera, co powiedziała.
- Zaraz, a więc... znałaś moją matkę?
- Ba, "znałaś"! Szkoliłam ją, a właściwie próbowałam. Nigdy jej się nie podobało, kiedy ktoś jej rozkazywał. Ildize wydawała się bardziej uległa, lecz może wynikało to raczej z mariniańskiej uprzejmości. Isadory nie znałam, ale jakąż miała moc! - D'arju gwiżdże z podziwem. - Wielka szkoda, że Imperium dotarło do niej przed nami.
W głowie mi wiruje.
- Moc? Masz na myśli tę moc, którą dają ludziom ifryty?
D'arju parska.
- Jeżeli twoja moc pochodzi od ifryta, to ja jestem dżinniją. A teraz milcz. Daj mi działać.
Starucha znów zmusza mnie, bym spojrzała jej prosto w oczy, a moje myśli wydają się naginać i poddawać jej woli: powolne, dręczące przeciąganie, tak jakby jakaś część mnie spoczywała dotąd zanurzona w tysiącletnim bagnie, a teraz w końcu wygrzebywała sobie drogę ku powierzchni. Kiedy się wyłania, odkrywam, że zostałam zepchnięta na dalszy plan własnego umysłu.
- Pokój z tobą, Rehmat. - Głos D'arju drży, a ja natychmiast się orientuję, że mówi do kogoś innego. - Jesteśmy tu, twoje sługi. Wypełniamy przysięgę.
- Pokój niech na was zstąpi, Jaduny. Ukończyłyście zadanie. Zwalniam was z przysięgi.
Słowa padają z moich ust, ale niski głos, który się z nich wydobywa, już do mnie nie należy. W życiu nie użyłam słowa "zstąpić". Poza tym ten głos brzmi inaczej niż mój. Nie jest człowieczy. Brzmi tak, jak mogłaby brzmieć burza piaskowa, gdyby przemawiała archaicznym dialektem serryjskim.
- A więc to nasza wojowniczka - odzywa się Rehmat, tym razem już mniej oficjalnie. - Ostateczne uosobienie waszego poświęcenia sprzed wieków.
- Nie poświęcałyśmy się, nosząc cię wewnątrz siebie, o Rehmat - mówi D'arju.
- Setki Jadun przyjęły moją moc do swego wnętrza, moje dziecko - grzmi Rehmat głębokim, nieznoszącym sprzeciwu głosem. - To wielkie poświęcenie. Nie miałaś pojęcia, jak wpłynie na twoje albo ich dzieci. Niemniej dokonało się, żyję teraz w tysiącach tysięcy.
- Przyznaję, o Rehmat, nie sądziłam, że Laia z Serry okaże się tą, która cię zbudzi - odzywa się D'arju. - Krwawy Krogulec to bardziej stosowna kandydatka... Albo Pszczelarz. Być może kowal Darin.
- Nawet Avitas Harper - dodaje inna Jaduna. - Czy też szatański młody zabójca Tas.
- Żadne z nich jednak nie przeciwstawiło się Panu Zmroku, a Laia tak. Radujcie się, gdyż wytyczono ścieżkę! - oznajmia Rehmat. - Teraz nasza młoda wojowniczka musi nią podążyć. Jeśli jednak ma stanąć przeciw Meheryi, nie mogę mieszkać w jej umyśle.
Meherya. Pan Zmroku.
D'arju gwałtownie kręci głową.
- Powinnyście pozostać jednością...
- Musi mnie wybrać. Jeśli sokolica odmawia lotu, czy może stać się jednością z eterem?
Teraz odzywa się A'vni, splatając dłonie, by nie drżały.
- Ale... ale ciebie nie utrzyma żadne naczynie, o Rehmat.
- Nie potrzebuję naczynia, moje dziecko. Tylko łącznika.
Och, niebiosa! To nie brzmi zachęcająco. Walczę o kontrolę nad własnym umysłem oraz ciałem, lecz i jedno, i drugie pozostaje w żelaznym uścisku tej istoty. Rehmat. Dziwne imię. Nigdy go nie słyszałam.
- Czy to ją zaboli? - pyta A'vni.
Gdyby nie to, że pomogła mnie porwać, byłabym jej wdzięczna za troskę.
- Żyję w jej krwi. - Głos Rehmat brzmi niemal smutno. - Tak, to będzie bolesne. Przytrzymajcie ją.
- Co, na niebiosa... - Na chwilę wraca mi kontrola i zaczynam się rzucać w uścisku Jadun. A'vni się krzywi, lecz trzyma mnie wraz z innymi.
Kiedy Rehmat znów się odzywa, słyszę to tylko ja: "Przepraszam za to, młoda wojowniczko". Zaraz potem przeszywa mnie ogień, płonący w kończynach, tak jakby ktoś wyrywał mi nerwy ze skóry i solił rany. Gdybym mogła wrzeszczeć, nie przestałabym do końca życia. Jaduny zdążyły mnie jednak zakneblować, toteż natężam się w ich uścisku, zastanawiając, czym sobie na to zasłużyłam. Czuję się, jakbym umierała.
Z mojego ciała wyłania się niemal ludzka postać. Przypomina mi to nieco scenę sprzed wielu miesięcy, kiedy ghule w Serrze przybrały postać mojego brata, by przerazić mnie w kuźni Spiro Telumana. Jednak tamta atrapa wydawała się sporządzona z mroku samej nocy, podczas gdy to stworzenie jest skrawkiem słońca.
Moje mięśnie trzęsą się jak galareta. Mogę tylko zmrużyć oczy, by nie poraził mnie ten blask. Próbuję rozróżnić szczegóły figury, ale nie jest to ani kobieta, ani mężczyzna; ani młoda, ani stara. Jarzy się oślepiająco raz jeszcze, po czym przygasa do znośnego poziomu.
D'arju opada na kolana przed tym jestestwem, które wyciąga do niej dłoń, a palce starszej Jaduny przechodzą przez nią na wylot. Czymkolwiek jest Rehmat, nie posiada ciała.
- Powstań, D'arju. Weź swoje siostry i odejdź. Nadchodzi tu człowiek.
Próbuję usiąść, lecz mi się to nie udaje. "Jaki człowiek?", chcę zapytać, lecz brzmi to jak: "Jchczfffch".
Jaduny bezszelestnie opuszczają pokój, tylko A'vni się ociąga.
- Nie możemy jej pomóc?
- Musi stoczyć samotną bitwę - odpowiada jej starsza towarzyszka.
- Twoja dobroć przynosi ci zaszczyt, A'vni - oznajmia Rehmat. - Nie lękaj się jednak. Nasza młoda wojowniczka nie jest sama. Wraz z nią są tu inni, których losy zostały splecione z jej dolą. Oni będą jej zbroją i tarczą.
Nie słyszę już odpowiedzi Jaduny, zaś kiedy mrugam, kobieta znika. Rehmat również. Nie czuję zmęczenia ani słabości, a ból, który jeszcze kilka minut temu przenikał moje ciało, słabnie do tępego ucisku. Wciąż jestem w willi; sądząc po biżuterii rozrzuconej na toaletce, budynek ten musi należeć do Jaduny.
Czy to był sen? A jeśli tak, to jak się dostałam do tego pokoju? Dlaczego na moim ciele nie ma śladów po walce z komendantką i Panem Zmroku?
"Zapomnij o tym i się stąd wynoś".
Wciąż biją dzwony na alarm, a z ulicy dochodzą krzyki tak głośne, że mogę je zrozumieć nawet przez zamknięte okno.
- Przeszukać następną ulicę! Znaleźć je!
Drzwi otwierają się z hukiem i do pokoju wpada kobieta. Przyklękam za fotelem, w mojej dłoni pojawia się ostrze, lecz tamta odrzuca kaptur.
- Laiu, to ty! Na krwawe piekła! - Krwawy Krogulec przebrała się w skórzany strój mariniańskiego żeglarza, i chociaż włosy ma wciąż zakryte, można ją teraz dużo łatwiej rozpoznać. - Szukałam cię wszędzie. Co się stało?
- Ja... ja... - "Zostałam porwana przez Jaduny, które odprawiły rytuał, co doprowadziło do tego, że wyszła ze mnie jakaś... rzecz, ale teraz już zniknęła, a ja nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy". - ...walczyłam z Panem Zmroku. A potem uciekłam przez okno.
Krogulec kiwa z uznaniem głową.
- Ja też. Mam na myśli okno. Po drodze mi opowiesz. Musimy się spotkać z resztą przy bramie. Wszędzie kręcą się gwardziści...
Unoszę dłoń, ponieważ dostrzegam opalizujący błysk. To jeden z chochlików Musy. Chwilę później w palce opada mi zwój.
Przy północno-wschodniej bramie podwojono straże. Żołnierze przeszukują miasto. Co wyście nawyprawiały, na krwawe piekła? Idźcie do portu. Znajdę was.
- To miło, że zdołał nas zbesztać, ale szkoda, że już nie napisał, o który port mu chodzi - mamrocze Krogulec.
- To będzie przystań Fari - zgaduję. - Tam, gdzie schodziliśmy ze statku po przypłynięciu. Tylko że musimy najpierw przedostać się przez pół miasta. A skoro na ulicach roi się od żołnierzy...
Krogulec uśmiecha się ponuro.
- Ulice są dla żółtodziobów, Laiu z Serry. Przejdziemy po dachach.