Niebo nad pustynią - Anna Łacina

Reflow text when sidebars are open.
Sobota, 14 lutego
1.
Anastazja obiecywała sobie, że nie będzie wypatrywać Damiana na lotnisku, ale nie mogła się powstrzymać.
Nie dostrzegła go jednak ani podczas kontroli, ani w poczekalni. Pewnie leci innym rejsem. Ale to oznacza, że do innego hotelu. Przecież od początku wiedziała, że ten cały Egipt to głupie mrzonki. Całe szczęście, że Damian poleciał gdzieś indziej. I tak nie zamierzała się z nim zaprzyjaźniać. Najlepiej człowiekowi, kiedy jest w życiu sam i liczy tylko na siebie.
W poczekalni, palarni i sklepie wolnocłowym kłębił się tłum. Głównie emeryci i rodziny z małymi dziećmi, ale Anastazja zauważyła też dziewczynę mniej więcej w swoim wieku. Byłaby całkiem ładna, gdyby nie przesuszone, ufarbowane na czarno włosy, usta zaciśnięte w grymasie niezadowolenia i świeży, źle zagojony ślad po kolczyku w brwi. Towarzyszyła eleganckiej starszej pani, która zwracała się do niej "Klarciu" albo "Klusiu".
"Klara!" - syczała tamta za każdym razem, a pani poprawiała się skonfundowana, po czym za jakiś czas znów zapominała. Niełatwo nosić rzadkie imię. Anastazja od razu poczuła do dziewczyny odrobinę sympatii. Chybaby się pocięła, gdyby rodzice nazwali ją "Klara". Z dwojga złego wolała już "Anastazja", przynajmniej nie da się tego tak idiotycznie zdrobnić.
Zresztą był czas, gdy lubiła swoje imię, znienawidziła je na krótko, kiedy zaczęto ją przyrównywać do bohaterki dennej książki, której nie ruszyłaby nawet kijem. Ale tamta nienawiść już minęła. Przecież jest sobą. To ona nada kolor i blask imieniu. Tak mówiła pani psycholog. A jej imię pochodzi od słowa "anastasis" - "zmartwychwstanie". Jeszcze tego nie rozumiała do końca, ale to było jak... obietnica. Jak wigilijny wieczór. Jak dzień przed urodzinami. Na razie jednak wolała, gdy znajomi mówili do niej "Anka". Tak było bezpieczniej. Bez skojarzeń.
Klara wyraźnie nie mogła rozstać się z komórką, nieustannie do kogoś wydzwaniała lub odbierała telefony. Nerwowo chodziła po poczekalni w tę i we w tę, uspokoiła się dopiero wtedy, gdy starsza pani zaczęła wachlować się chusteczką i omdlewającym gestem podała jej torebkę, z której dziewczyna wyjęła fiolkę z lekami. Potem pobiegła do baru. Anastazja ze zdumieniem zauważyła, że gdy tylko tamta odeszła, starsza pani wsypała lekarstwa z powrotem do fiolki i kiedy otrzymała butelkę wody mineralnej, tylko zamarkowała łykanie pastylek.
Zaraz potem zapowiedziano ich samolot, wszyscy rzucili się do wyjścia i Anastazja straciła z oczu osobliwą parę.
2.
Wylądowali po dwudziestej pierwszej, według miejscowego czasu po dwudziestej drugiej. Tłum wymiętych, zbyt ciepło ubranych, bladych pasażerów kłębił się w niewielkiej poczekalni, wyrywając opalonemu tour operatorowi druczki wizowe. Mama zaczęła je wypełniać, tato stanął w kolejce po wizy, podczas gdy Anastazja usiłowała opanować żywioł w postaci zmęczonego i przez to nadaktywnego Cieszka. Podczas lądowania podniósł wrzask na cały samolot, protestując przeciwko przypięciu go pasami, i ciągle nie mógł się uspokoić.
Jeszcze tylko kontrola paszportowa, szukanie swego bagażu na karuzeli i wreszcie można było iść za strzałkami do wyjścia.
Busik z dużą nazwą biura podróży stał niedaleko. Pokierowani przez rezydentkę znaleźli go bez trudu.
- Dzień dobry - przywitał ich czarny jak heban kierowca. W mroku widać było tylko białą plakietkę z imieniem Muhammad, białe zęby i błyszczące oczy. - Hotel?
Tata podał nazwę hotelu, a tamten powtórzył ją mężczyźnie w białej koszuli, stojącemu na dachu busa. Mężczyzna schylił się i wyciągnął ręce po torbę.
- Mamy dać bagaże na dach? - zdziwiła się tęgawa kobieta w kapeluszu. - Czarno to widzę.
Reszty rozmowy Anastazja nie słyszała, bo Cieszek puścił jej rękę i popędził przed siebie. Dopadły go z mamą przy autokarze z logotypem zupełnie obcego biura podróży, za to z wymalowanym z boku uśmiechniętym krokodylem. Mały właśnie gramolił się do środka, a autokar miał już włączony silnik!
- Nie możesz go pilnować? - syknęła mama.
- Sama go pilnuj! - odpaliła Anastazja, wściekła, zgrzana i zmęczona. - W końcu TWÓJ syn, nie?
3.
Najpierw długo jechali w zupełnej ciemności, widząc w światłach reflektorów ciągnące się kilometrami niewyraźne zarysy czegoś, co przypominało Anastazji gigantyczny plac budowy. Jakby zjechały się ciężarówki z całego świata i każda właśnie tu zrzuciła swój ładunek piachu, żwiru, gruzu albo gliny, byle jak, bez ładu i składu.
A więc tak wygląda pustynia w nocy?
Oczekiwała raczej morza piasku usypanego w wysokie wydmy o łagodnych półokrągłych zboczach, jak na pocztówkach albo ilustracjach do opowieści Szeherezady.
Ich hotel był drugi w kolejności rozwożenia pasażerów, a mimo to dotarli na miejsce po dwudziestej trzeciej.
Gdy tylko otrzymali klucze do pokoju, opaskę z nazwą hotelu na rękę i towel cards, chudy, wąsaty mężczyzna, wyglądający, jakby wiatr miał go za chwilę zdmuchnąć, podszedł do ich bagaży i chwycił w jedną rękę ogromną dwunastokilogramową torbę mamy, w drugą ośmiokilową torbę Anastazji, pod pachę włożył równie ciężki bagaż taty i ruszył brukowaną ścieżką między bungalowami tak szybko, że z trudem go dogonili.
- Khalifa. - Pokazał na siebie, gdy już postawił ich rzeczy w pokoju. Nie był nawet zdyszany. - Aj kliin joor ruum. Guud morning.
I poszedł, zanim zdążyli mu podziękować.
- Zobaczcie! Zostawili dla nas kolację! - ucieszył się tata. - Jaki fajny chleb! Co to może być? Mortadela? Pewnie wołowa, przecież wieprzowiny nie jedzą. A to chyba masło?
Anastazja dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna.
- Ćśś... - Mama położyła palec na ustach, wskazując wzrokiem Cieszka, który zasnął w swojej spacerówce.
Umyli ręce i usiedli wokół talerza. Największym problemem okazało się masło. Jak posmarować chleb bez pomocy noża?
Anastazja sięgnęła palcami po surówkę z marchewki.
- Jedz jak człowiek! - syknęła mama. Zmęczona robiła się strasznie czepialska.
- A jak niby ma jeść? - Tata stanął w obronie córki. - Widzisz tu jakiś widelec? A może zabrałaś łyżeczki?
- Nawet niezły ten ser - mama dyplomatycznie zmieniła temat. - Jedzcie szybciej i do łóżka!
Anastazji nie chciało się spać.
- Mogę się przejść? - spytała szeptem, by nie obudzić Cieszka. Wszystko tu wydawało się takie... inne. I przez to fascynujące. Szkoda każdej sekundy. Przecież będą w Egipcie ledwo czternaście dni. Właściwie już trzynaście.
Kiedy przechodziła obok jednego z bungalowów, zauważyła kobietę. Bosa, w luźnej sukience w orientalne wzory, grzebała w stosie suchych liści leżących w kącie tarasu. Anastazja zatrzymała się zaintrygowana. Czego ona tam szuka? No przecież nie podkładałaby bomby?
Kobieta poszeleściła jeszcze przez chwilę, budując z liści kopczyk, i przez szerokie tarasowe okno wróciła do pokoju.
Niedziela, 15 lutego
1.
- Buon giorno! - przywitali ich kelnerzy, kiedy Anastazja z rodzicami i Cieszkiem weszli do restauracji. - Good morning! Guten Morgen! Dobroje utro!
- Naharak said - rzucił wysoki opalony chłopak wchodzący równocześnie z nimi. Karnację miał nieco jaśniejszą niż obsługa hotelu, ale włosy ciemne i lekko kręcone, jak u wielu Egipcjan. Może przyjechał z północy kraju, gdzie jest mniej słońca? A może to Europejczyk? Włoch? Hiszpan? Ciekawe, w jakim języku się odezwał. Tamci wyraźnie go zrozumieli, bo odpowiedzieli serdecznym śmiechem i coś zaszwargotali po swojemu. Chłopak minął Anastazję, wziął talerz ze stosu i zaczął nakładać sobie jedzenie.
Zrobiła to samo.
Rodzice wybrali stolik z widokiem na morze. Dosiadła się do nich i zaczęła jeść. Przez okno zauważyła Klarę i starszą panią idące w kierunku plaży. A więc mieszkają w tym samym hotelu! Przeoczyła je w busie, zajęta uspokajaniem wierzgającego Cieszka, mogły zresztą przyjechać z innym biurem podróży, ale właśnie zdała sobie sprawę, że mignęły jej podczas kwaterowania.
Klara miała na sobie czarną koszulową bluzkę z długim rękawem. Nie za gorąco jej? Ledwie Anastazja to pomyślała, zobaczyła wchodzące do restauracji małżeństwo w średnim wieku. Oliwkowa cera zdradzała, że raczej nie przyjechali z Europy. Oboje w swetrach, ona w pięknie zdobionej chuście na głowie, obwieszona orientalną biżuterią.
"No tak - uświadomiła sobie - przecież to luty! Dla tubylców też jest zima".
Zawsze kiedy Anastazja nagle zmieniała otoczenie, przeszłość rozmywała się na podobieństwo snu, a ona miała poczucie, że przebywa w tym miejscu od dawna. Tylko jeden wyjątek, jedno wydarzenie z jej życia za nic nie chciało zmienić się w sen i wlokło się za nią wszędzie, ale tu, w Egipcie, nawet ten wyjątek przybladł i przez chwilę naprawdę wydawało się jej, że jest lato, wakacje, a ona może żyć zupełnie beztrosko.
2.
Po śniadaniu wybrała się na plażę. Po drodze nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć w stronę bungalowu, gdzie poprzedniego wieczora widziała kobietę grzebiącą w liściach. Nie rozpoznałaby jej w świetle dnia. Zapamiętała tylko wzór na sukience. Ale taras okazał się zupełnie pusty. Liście zniknęły. Może pomyliła budynki?
Rozejrzała się wokół. Wszystkie bungalowy wyglądały tak samo, wszystkie tarasy sprawiały wrażenie świeżo wysprzątanych.
Zresztą za dnia wszystko wydawało się inne. Zniknęła aura tajemniczości, za to morze było niewiarygodnie błękitne, palmy, na tle równie błękitnego nieba, jak z reklamy, trawa tak zielona, że aż nierzeczywista. Anastazja podeszła, by powąchać jaskrawożółte kielichy wychylające się w pękach spomiędzy liści wysokiego krzewu. Poczuła pokusę, by je zerwać i zanieść rodzicom, tak jak to robiła bardzo dawno temu, kiedy wszystko było jeszcze takie proste. Jaka szkoda, że nie można cofnąć czasu. Ile by dała, by znaleźć się na miejscu Cieszka! Bez zmartwień, bez wspomnień, z czystą kartą, którą dopiero mogłaby zapisywać linijka po linijce...
Popatrzyła w kierunku aquaparku. Dobiegały stamtąd radosne piski, śmiechy i chlupoty. Rodzice postanowili najpierw zmęczyć malca na wodnych zjeżdżalniach i placu zabaw, ale ona nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie zobaczy z bliska rafę koralową. Dlatego się rozdzielili. Zajmie się Cieszkiem po południu, a wtedy rodzice będą mieli trochę czasu dla siebie.
Przyśpieszyła kroku i prawie dobiegła do pomostu. Poprzedniego wieczora, a właściwie nocy, obsługa nie pozwoliła jej tam wejść. Dopiero teraz zrozumiała dlaczego. Koniec nie był zabezpieczony żadnymi barierkami, a wychodził daleko w morze, aż poza rafę, i kończył się nad zapierającą dech głębią. Anastazja spojrzała w dół. Zielonozłoty las. Roślin? Zwierząt? Odcieni chyba milion. I kępy czegoś różowego, błękitnego, brunatnego, a nawet kanarkowożółtego. Przepłynęło stadko czarnych rybek o niezwykłych kształtach. Zaraz za nimi majestatycznie przesunęła się wielka stalowokobaltowa z cytrynowymi końcami płetw i zachwycająco szafirowym końcem ogona. Na oczach miała czarną maskę, jaką noszą przestępcy w kreskówkach. Po chwili dołączyła do niej druga. I trzecia. I kolejna, tym razem bardzo ciemna, z pomarańczowym ogonem, też w czarnej masce na oczach.
"Zorro - pomyślała Anastazja. - Zorro i Złodziejka. Trzeba zrobić zdjęcie! Koniecznie! Szybko! Zanim odpłyną!".
Zerwała się i ruszyła biegiem w stronę bungalowów. Nawet jeśli zdjęcia nie wyjdą, przynajmniej uwieczni te niesamowite kolory.
Kiedy mijała restaurację, ktoś akurat zbiegał po schodach. Stanęła jak wryta. Nie "ktoś". Damian!
- A ty jak tu dotarłeś?! - wyrwało się jej, zanim zdążyła pomyśleć.
- O! Cześć! - Też sprawiał wrażenie zaskoczonego jej widokiem. - Normalnie, samolotem. A jak miałem dotrzeć?
- Nie widziałam cię na lotnisku - palnęła i poczuła, że się czerwieni. Zdradziła się! Skoro nie widziała go na lotnisku, to znaczy, że się go tam spodziewała. Nie jest głupi, zaraz skojarzy, że pojechała do Egiptu, bo on tam pojechał. Jak stalkerka! I pomyśli, że za nim lata. Co za wstyd!
- Też cię nie widziałem. - Wzruszył ramionami. - Leciałaś z Warszawy?
Wzdrygnęła się. Z Warszawy? Nigdy w życiu!
- Z Katowic - powiedziała cicho. - Sorry, muszę pędzić po aparat. - Ostatkiem sił znalazła wyjście z sytuacji. - Tam są zupełnie niesamowite ryby. Cześć!
3.
"Fajna laska" - pomyślał Damian, zbiegając po schodach. I zamurowało go, kiedy dziewczyna odezwała się do niego, jakby znali się od dawna. Dopiero po chwili skojarzył, że to przecież Anka z jego klasy. Anastazja. Szara myszka, nic specjalnego, pewnie przez te ciemne okulary nie poznał jej od razu. No i zamiast burego workowatego swetra miała na sobie szorty i skąpą bluzeczkę. Szkoda, że nie ubiera się tak do szkoły, przynajmniej byłoby na co popatrzeć.
Wymienili parę nieistotnych zdań i dziewczyna gdzieś pobiegła. Odprowadził ją wzrokiem, kontemplując długie nogi i zgrabną sylwetkę.
Rozejrzał się, szukając pomysłu na spędzenie reszty przedpołudnia. Rodzice wstali parę godzin wcześniej, chyba nawet przed siódmą (czyli przed szóstą polskiego czasu!) pognali na plażę oglądać wschód słońca, jego też próbowali wyciągnąć, ale się nie dał. Ledwo znowu zasnął, wpadli z łomotem, wykrzykując, że idą na śniadanie, namawiając, by poszedł z nimi, a jeśli nie, to by broń Boże nie zaspał, bo będzie głodny. Teraz też pewnie spacerują wzdłuż brzegu, wypatrując morskich żyjątek. Że też im się chce. On postanowił nie zrywać się skoro świt. Przecież jest na wakacjach. Nawet pospałby jeszcze dłużej, gdyby nie to, że śniadanie wydają tylko do dziesiątej.
Przeciągnął się, aż chrupnęło mu w stawach.
W sumie fajnie tu jest. Fajniej, niż się spodziewał. I jedzenie lepsze niż w domu. Chyba pójdzie zobaczyć z bliska tę siłownię. Mignęła mu wczoraj, kiedy się kwaterowali. Trochę poćwiczy, a potem popływa w basenie.
"Muszę biec po aparat, tam są niesamowite ryby" - przypomniały mu się ostatnie słowa Anki. Aparat? Miała na myśli akwalung? To ona nurkuje? Taka mysz?
Zawrócił, kierując się do drewnianego baraku z napisem "Diving Center". Musi się dowiedzieć, jak to jest z tym nurkowaniem.
4.
"Idiotka! Idiotka!" - Anastazja przez chwilę miotała się po pokoju, w końcu zabrała aparat i pobiegła na pomost. Całkiem wyludniony. Pewnie dlatego, że zerwał się wiatr. Zmarszczył powierzchnię wody, sfalował ją, spienił. Nici ze zdjęć. A dopiero co morze było gładkie jak lustro.
Wnętrze Anastazji też się burzyło. Czuła przelewające się w niej fale wstydu, gniewu, smutku, sama nie wiedziała czego jeszcze. Podeszła do krawędzi pomostu i spojrzała w dół. Ile tam może być metrów? Mimo fal woda ciągle była przejrzysta, marszczyła się tylko na powierzchni, a niżej panował niczym niezmącony spokój. Mieszkańców rafy w ogóle nie obchodziło, że gdzieś wysoko wieje wiatr. Kolorowe rybki buszowały między równie barwnymi koralowcami. Ściana rafy schodziła pionowo coraz niżej, by zniknąć w granatowym mroku.
Anastazja wpatrywała się w głębinę, czując równocześnie fascynację i lęk. Gdyby za mocno się przechyliła i straciła równowagę albo gdyby idąc zbyt blisko końca pomostu, potknęła się o coś... Skóra jej cierpła na samą myśl, a równocześnie coś ją przyzywało, kazało stać jak najbliżej krawędzi, nie pozwalało odejść.
Zdjęła z szyi aparat fotograficzny, położyła na leżaku i przykryła bluzką. Ściągnęła szorty i ostrożnie zeszła po stromych metalowych stopniach, kurczowo trzymając się poręczy. Woda okazała się ciepła, nie tak ciepła jak w basenie, ale cieplejsza niż w Bałtyku i o wiele bardziej słona.
Czuła się jak maleńki stateczek, przycumowany dwiema linami, dwiema dłońmi zaciśniętymi na poręczach, kołysany przez fale, ale bezpieczny.
Spojrzała w dół. Pod stopami głębia. Po prawej stronie rafa. Jakieś dwa kroki w bok. Może trzy. To byłoby takie proste. Puścić poręcze i niech się dzieje co chce. Dać się ponieść fali, zatonąć w Wielkim Błękicie...
6.
Zadudniły deski pomostu. Anastazja drgnęła, wyrwana z zamyślenia. Spojrzała w górę.
- Excuse me. - Ciemnowłosy chłopak, ten, którego widziała na śniadaniu. Najwyraźniej miał zamiar zejść do wody. - Are you swimming? Snorkeling?
- No, sorry - spanikowała. Czym prędzej ruszyła na górę. Przecież nie zmieszczą się obok siebie na tych wąskich schodkach. - No, no... I... I must go... - Z trudem przypomniała sobie jakikolwiek angielski zwrot, którego mogłaby użyć w tej sytuacji.
Chłopak cofnął się, robiąc jej miejsce. Minęła go czerwona ze wstydu, nie patrząc mu w oczy, dopadła swojego leżaka i dopiero wtedy spojrzała. Był już na dole. Właśnie odepchnął się od schodków i popłynął prosto na głębinę. Po paru metrach zawrócił. Przez chwilę pozwalał unosić się falom, potem zanurkował, ale zaraz się wynurzył i szybko dopłynął do pomostu. Wszedł po schodkach, uśmiechnął się do Anastazji, podniósł leżące na pomoście płetwy, maskę, fajkę i wrócił do wody.
Patrzyła, jak odpływa. A potem spojrzała na bransoletki, które nosiła na nadgarstkach. Kiedy mijała się z chłopakiem, zwróciła uwagę na jego ręce. A właściwie na cienkie, dawno zagojone blizny. W poprzek, wzdłuż, na skos... I niczym ich nie zasłaniał!
7.
O szesnastej mieli spotkanie z rezydentem. Tak przynajmniej napisano na kartce, którą rodzice otrzymali w busie. Okazało się, że to mówiący po polsku Egipcjanin.
- Co dznaczi all inclusive dla goście? - zaczął po przedstawieniu się. Miał na imię oczywiście... Muhammad (od przyjazdu Anastazja naliczyła już czterech Muhammadów i dwóch Mahmudów). - To dznaczi otrzymaliście juź obiad i szniadanije w hotelu. Obiad w restauracja jest dwunasta trzydzieści do trzecia, i jeszcze szniadanije od szódma do dziesziąta. I jeszcze kolacja od szódma do dwudziesta druga. I jeszcze małe jedzonko i naboje są wydawane koło basenu...
- Naboje? - Tata się uśmiechnął i puścił oko do mamy.
- ...I jeszcze naboje i małe jedzonko są wydawane w Beach Bar od jedenasta do zachodu słońca - ciągnął rezydent. - I jeszcze naboje są wydawane w Lobby Bar od szesnasta do dwudziesta czwarta.
- A karabiny gdzie wydają? - szepnął tata. Anastazja miała nadzieję, że nikt go nie usłyszał.
- Granaty były dzisiaj w sałatce - odszepnęła mama.
Tymczasem pan Muhammad zaczął omawiać wycieczki, które mieli wyszczególnione na kartkach. Zwłaszcza jedna wydawała się atrakcyjna, dwudniowy wyjazd do Asuanu i Abu Simbel, najcieplejszego miejsca w Egipcie. Najbardziej zainteresowała ich informacja, że miejscowi jako zwierzątka domowe (i atrakcję turystyczną) hodują tam krokodyle. Małego krokodylka można nawet pogłaskać.
- Kurczę, drogo. - Mama jeszcze raz przeliczyła dolary. - Chyba musimy sobie odpuścić.
- Nie starczy ci? - Anastazja spojrzała jej przez ramię.
- Starczy, ale zawsze powinno się mieć rezerwę na nieprzewidziane wydatki.
- Może gdzieś znajdziemy tańszą ofertę? - Tata zaczął liczyć banknoty. Rezydent powiedział, że tylko dzisiaj mogą kupić wycieczkę ze zniżką. Oczywiście wiedzieli, że zniżka to ściema, ale tak czy siak, oznaczało to, że jutro zażąda więcej za to samo.
- Hotele daleko od siebie, nie ma konkurencji, więc mogą windować ceny. - Mama westchnęła. - Szkoda. Ale by się Cieszek zdziwił, jakby mu pokazać prawdziwego krokodyla!
- Jedźcie beze mnie - podsunęła Anastazja. - Tu jest tak fajnie, że nie chce mi się nigdzie ruszać.
- No przecież nie zostaniesz sama - zaprotestowała mama. - Wykluczone!
- Mam siedemnaście lat. Jesteśmy w hotelu. Jedzenie podstawią pod nos, pływać w morzu nie będę, bo nie umiem, zresztą jest ratownik, więc się nie utopię. A Cieszek ma bzika na punkcie krokodyli. Szkoda, by go to ominęło. Jedźcie beze mnie.
Rodzice spojrzeli po sobie.
- Przy szlabanie siedzi strażnik w budce - przypomniała. - I zapisuje każdego. Mysz się nie przeciśnie. - Zaraz po wczesnym obiedzie, gdy Cieszek zasnął w wózku, wybrali się zobaczyć z bliska pustynię i wartownik (z imieniem Mahmood na plakietce) zapisał godzinę ich wyjścia i powrotu. - Nie musicie mnie cały czas pilnować.
Nie dodała, że gdyby chciała ukradkiem opuścić hotel, mogłaby wyjść przez plażę. Przecież nie zamierzała się nigdzie wymykać.
- Myślę, Małgosiu, że to rzeczywiście dobry moment, by dać Anastazji więcej swobody.
- A nie będzie ci żal? - Mama zaczynała się łamać. - Zobaczymy tyle ciekawych rzeczy, a ty...
- ...a ja sobie odpocznę - przerwała. - Tu jest za fajnie, by gdziekolwiek wyjeżdżać. Jeśli coś teraz chciałabym zobaczyć dokładniej, to rafę. I pustynię, bo byliśmy tylko chwilę. Może zamiast tego pojechałabym na quad safari? Nie jest drogo. A ruiny mogą poczekać do następnego razu.
- Quady? Bez opieki?! - oburzyła się mama.
- Z przewodnikiem - przypomniała.
Mama się skrzywiła.
- Zobaczymy - odsunęła decyzję w czasie. - Może pojedziecie z tatą? Ale naprawdę nie będzie ci żal tej dwudniowej?
Anastazja potrząsnęła głową. Owszem, miałaby ochotę zobaczyć krokodyle, Asuan i Abu Simbel, ale zauważyła, że Damian z rodzicami już się zapisali. W takim razie ona zostaje.
Poniedziałek, 16 lutego
1.
- Czy można się przysiąść? - Starsza pani (ta od Klary) stała przy ich stoliku, miło się uśmiechając. - Wiem, że wokół jest pełno wolnych miejsc - uprzedziła ewentualną odmowę - ale zauważyłam, że mają państwo córkę w wieku mojej wnusi. Biedactwo czuje się trochę samotne, starsza osoba to żadne towarzystwo dla nastolatki, więc...
"Za grosz wyczucia!" - pomyślała Anastazja. Przecież gdyby Klara chciała nawiązać z kimś bliższe kontakty, sama znalazłaby okazję, żeby zagadać. Poza tym nikt nawet nie raczył zapytać, czy Anastazja ma ochotę na zawieranie znajomości. Że też rodzice musieli usiąść akurat przy tym stole! Gdyby zajęli czteroosobowy, byłoby może trochę ciaśniej, ale nikt by im się nie wtryniał.
- Ależ oczywiście! - Mama już przesuwała się z krzesłem. - Proszę, proszę, miejsca jest dosyć. Zmieścimy się. A gdzie... - Rozejrzała się w poszukiwaniu osoby, którą dorośli bez jej zgody i wiedzy usiłowali wmanewrować w przyjaźń.
- Państwo pozwolą, że się przedstawię. Klara Kosecka. - Starsza pani wyciągnęła rękę do mamy Anastazji, tacie podała dłoń do pocałowania i dopiero wtedy usiadła. - A to właśnie moja wnusia. - Wskazała dziewczynę niosącą talerz pełen sałatki. - Klarciu! Chodź tu do nas! Zobacz, znalazłam ci koleżankę!
Dziewczyna zmełła przekleństwo między zębami. Spojrzała na wszystkich spode łba.
- KLARA Kosecka. Dzień dobry - wymamrotała i zajęła ostatnie wolne miejsce. Mimo letniej pogody nadal miała długie spodnie i bluzkę z długim rękawem. Gdyby ubierała się tak tylko na posiłki, Anastazja mogłaby pomyśleć, że to przez szacunek dla miejscowej kultury, ale na plaży też siedziała w ubraniu.
- Nazywamy się tak samo - podkreśliła z dumą starsza pani i odwróciła się w kierunku Cieszka pałaszującego z apetytem omlet. - Ach, co za słodki maluch! Jak masz na imię, kawalerze?
"A właśnie, że spróbuję się z nią zaprzyjaźnić!" - pomyślała Anastazja, widząc minę mamy, podejrzliwie przyglądającej się Klarze. Ale zaraz się zreflektowała. Przyjaźnić się z kimś na złość rodzicom? Dziecinada. Poza tym dlaczego miałaby robić im na złość?
2.
Damian wszedł na śniadanie poirytowany i fakt, że wszystko od rana działało mu na nerwy, dodatkowo go złościł. To pewnie przez rodziców. Znów narobili rabanu bladym świtem, poganiając się wzajemnie, Damiana też próbowali uszczęśliwić, wdzierając się w jego sny żądaniem, by natychmiast leciał oglądać z nimi wschód słońca. Poprzedniego dnia, jak się okazało, wstali zbyt późno, więc dziś zerwali się pół godziny wcześniej. Przecież w Polsce to środek nocy! Do tego mama wypatrzyła wczoraj na plaży jakieś dziwne ślady i koniecznie musiała odkryć, co je zostawiło. Co mają dziwne ślady do wschodu słońca, wiedziała pewnie tylko ona, ale jak mama coś sobie wbije do głowy, to koniec, nie przetłumaczysz. Nie spocznie, póki nie rozwiąże zagadki. Cokolwiek to było, lepiej, żeby pokazało się jak najszybciej.
Jedyna nadzieja, że normalni ludzie o tej porze śpią, więc może nie zrobiła siary na cały hotel. Damian prawie widział, jak rodzice chodzą wzdłuż brzegu, a mama co chwila wybucha entuzjazmem na widok rybki, robaczka, kamyka lub kawałka muszli.
Czy ona nie może jak normalni ludzie położyć się na leżaku i opalać? Albo zwyczajnie pływać w basenie?
W restauracji ich nie było. Całe szczęście. Za to zauważył Ankę, siedziała przy stole z trójką dorosłych, dzieciakiem w wysokim krześle i ubranym na czarno ni to emo, ni to punkiem, prawdopodobnie płci żeńskiej. Stworzenie miało w oczach taką samą wściekłość, jaką on czuł w środku. To go zaintrygowało, ale tylko na ułamek sekundy, bo już po chwili całkowicie pochłonęło go podejmowanie decyzji, czy powinien zacząć śniadanie od płatków, zupy mlecznej, serów czy może czegoś na ciepło.
3.
Pani Kosecka spoczywała w cieniu parasola, popatrując na wnuczkę. Klarcia przez chwilę bawiła się komórką, ale zaraz ją odłożyła i siedziała obok jak wyrzut sumienia, w ogóle nie korzystając z uroków Egiptu. Najgorsze, że nie miała najmniejszego zamiaru się rozebrać.
Pani Kosecka powachlowała się chusteczką.
- Ale upał - stwierdziła omdlewającym tonem. - I jakoś tak duszno...
Klusia spojrzała z niepokojem. Jakie dobre dziecko! Nie to co Tomaszek.
- Może pójdziemy do pokoju? - zaproponowała.
- Wolałabym raczej skorzystać z basenu. Podaj mi rękę.
Klarcia podała jej ramię, pani Klara wstała i zdjęła sukienkę. Pod spód już wcześniej włożyła strój kąpielowy, mogłaby więc od razu wejść do wody. Ale nie o to jej chodziło.
- Kochanie, trochę się boję tych schodków, wydają się śliskie. Wejdziemy razem do basenu, dobrze?
- Nie mam stroju.
- To włóż, ja poczekam.
Klara potrząsnęła głową.
- Kochanie, przecież wiesz, że słońce korzystnie wpływa...
Ups! Nie powinna była tego mówić. Klarcia od razu się nadąsała, za chwilę powie lub zrobi coś, co przekreśli ostatnie tygodnie pracy i znów ją cofnie o kilka kroków. Nie można do tego dopuścić.
Pani Kosecka zachwiała się więc i otarła pot z czoła.
- Proszę, zaprowadź mnie do wody - szepnęła, mocniej opierając się na ramieniu wnuczki.
- Gorzej się babcia czuje? Może wrócimy do pokoju? Zaraz podam lekarstwo!
- Już brałam. A doktor zalecał basen. Woda uspokaja, rozluźnia... No, chodźmy, moje dziecko. Tylko trzymaj mnie mocno, bo się boję poślizgnąć.
4.
Komórka. Ktoś zostawił komórkę i sobie poszedł. Damian sam nie wiedział, jak to się stało, że po nią sięgnął. Chciał tylko obejrzeć, potem zaciekawiło go, czy są w niej jakieś interesujące gry, i nawet nie zauważył, kiedy rozsiadł się na cudzym leżaku. Jeszcze przez chwilę słyszał dzwonki alarmowe w swojej głowie, jakby robił coś niewłaściwego, ale zaraz potem całkowicie pochłonęła go gra. Już prawie dobiegał do mety, już niemal słyszał zwycięskie fanfary, gdy nagle ktoś bezceremonialnie wyrwał mu telefon z rąk.
- Zaraz, już prawie kończę!
I w tym momencie rozległ się sygnał game over i dżingiel przegranej. A był tak blisko!
- JUŻ skończyłeś - skomentowała złośliwie dziewczyna. Poznał ją. To było tamto emo, które widział na śniadaniu. Stała przed nim w mokrych spodniach i do połowy mokrej bluzce.
- Wpadłaś do basenu?
- Nie twoja sprawa! Spadaj!
Podniósł się. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Nie dość, że nałogowiec, to jeszcze złodziej - syknęła. - Wcześnie zaczynasz!
Udusiłby emosiarę albo chociaż dał jej w zęby, ale to w końcu dziewczyna. Zresztą gdyby była chłopakiem, też by jej nie przyłożył. Wolał walczyć wirtualnie. Odwrócił się i ruszył w stronę siłowni. Musi trochę poćwiczyć, może to go uspokoi.
5.
- Klarciu! - Głos babci przywołał Klarę do rzeczywistości. - Proszę, pomóż mi wyjść!
Pomogła. A potem troskliwie owinęła babcię ręcznikiem. Trzeba o nią dbać. Ma swoje lata, kłopoty z ciśnieniem i do tego słabe serce.
- Idziemy się przebrać?
- Chwyć mnie pod rękę, moje dziecko, myślę, że lepiej nam będzie teraz na plaży. Tu jest zbyt duszno, a tam na pewno wieje lekki wietrzyk. Poza tym chętnie znowu popatrzę na te cudowne ryby.
- Powinna się babcia najpierw przebrać, żeby się nie przeziębić. - Doprawdy opieka nad starszym człowiekiem bywa trudniejsza niż nad dzieckiem. Dziecku przynajmniej można wytłumaczyć, a jeśli nie, to zwyczajnie rozkazać. A jak przekonać babcię, której ciągle się wydaje, że jest w pełni sił i sprawności?
- Wyschniemy po drodze! - stwierdziła babcia z właściwą sobie niefrasobliwością. - Poza tym mam ochotę wejść do morza.
- Ale tylko przy brzegu! - zaznaczyła Klara. Jeszcze by tego brakowało, żeby babcia przypomniała sobie młodość i zapragnęła skakać z pomostu na głębinę. Z jej ciśnieniem o nieszczęście nietrudno.
Zebrała ręczniki, torbę z lekami, drugą z drobiazgami i powolutku ruszyły na plażę. Klara skierowała się w stronę parasoli, ale babcia zażądała, by najpierw poszły na pomost.
- Przecież miałyśmy spacerować przy brzegu - przypomniała Klara. Pomost był ostatnim miejscem, w którym chciałaby się teraz znaleźć. Zwłaszcza że dostrzegła na nim tamtą dziewczynę. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby babcia właśnie z jej powodu zmieniła plany.
Teraz zrobiła niewinną minkę, szeroko otwierając mocno pomalowane oczy. Podobno kiedyś mężczyźni tracili głowę dla tego spojrzenia. Jak ona to robi, że mimo wizyty w basenie nie rozmazała sobie makijażu?
- Chcę zobaczyć, czy nie pojawiły się jakieś nowe ryby.
Klara westchnęła w duchu. "Ze starszymi się nie dyskutuje, starszych się słucha". Czy nie tego zawsze uczyła ją babcia?
6.
- Cześć - Anastazja przywitała ją pierwsza. Ślepy by dostrzegł, że Klara nie przyszła tu z własnej woli. Tymczasem jej babcia zauważyła rodziców Anastazji i tak jakoś wymanewrowała, że razem z nimi zeszła z pomostu, zostawiając dziewczyny samym sobie.
- Przepraszam za moją babcię. Jeśli przeszkadzam...
- Dlaczego miałabyś przeszkadzać?
Klara wzruszyła ramionami. Przez chwilę obie siedziały w milczeniu, wpatrując się w rafę.
- Całe szczęście, że jedna z nas nie jest chłopakiem - powiedziała znienacka Klara.
Anastazja uniosła brwi.
- Babcia nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała łączyć ludzi w pary. Z subtelnością nosorożca. Więc wyobraź sobie, że jesteś chłopakiem, z którym usiłuje mnie wyswatać.
Obie parsknęły śmiechem.
- No to chyba jesteśmy na siebie skazane - podsumowała Anastazja. - W przeciwnym razie wynajdzie ci inną koleżankę albo, co gorsza, kolegę i cała zabawa czeka cię od nowa. O, zobacz, skarpetkowce!
- Co? - Klara przechyliła się przez krawędź pomostu.
- Te rybki. Nie wiem, jak się naprawdę nazywają, ale wyglądają jak pasiaste skarpetki.
- Fajne. Chciałabym mieć takie skarpetki. Chociaż pewnie nosiłabym je tylko w domu.
- Za bardzo kolorowe? - domyśliła się Anastazja. - A na te mówię złodziejki. Bo mają na oczach czarną maskę. O! Zobacz, jaka tamta piękna! Dwie! Patrz! No przecież nie ma takich barw!
Przez chwilę obie wpatrywały się w rafę, nagle Klara wyprostowała się i rozejrzała, jakby przestraszona.
- Widzisz gdzieś moją babcię?
Anastazja przesłoniła oczy dłonią.
- Tam jest. Z moimi rodzicami.
Klara odetchnęła z ulgą.
- Muszę na nią uważać.
Anastazja przypomniała sobie scenę na lotnisku. Czy powinna Klarze uświadomić, że babcia ją wkręca?
- Sabah el cheir. Kullu tamam? - Ciemnowłosy chłopak pojawił się nie wiadomo kiedy.
- Sabah en-nur! Kullu tamam! - odpowiedział na powitanie ratownik, uśmiechając się szeroko.
- Al-hamdu li Llah!
Oddalili się w stronę krawędzi pomostu, rozmawiając, najwyraźniej w świetnej komitywie.
- Ciekawe, czy to Egipcjanin - zastanowiła się głośno Anastazja. - Miejscowi mają ciemniejszą skórę. I nosy inne.
- Może pochodzi bardziej z północy. Przystojny, nie? I ta seksowna chrypka...
Anastazja nie odpowiedziała.
Chłopak jak poprzednio wszedł na moment do wody, a potem wrócił na pomost po maskę i płetwy. Teraz dopiero zauważyła, że blizny miał nie tylko na rękach, lecz także na klatce piersiowej i na brzuchu. Z pewnością stare, dawno wygojone, ale wyraźnie połyskiwały w promieniach słońca. Blizny. Nie szwy. Jakby ktoś rzucał w niego żyletkami. Nie. Od żyletek byłyby bardziej regularne. Jakby wpadł na ścianę najeżoną tłuczonym szkłem.
- Może to fakir? - Klara wyraźnie myślała o tym samym. - Jutro wieczorem ma być występ fakira, pisali na tablicy przy Animation Kiosk, może to on?
- Fakir powinien mieć raczej ślady po gwoździach? I chyba na plecach.
- Widziałam występ fakira dwa lata temu. W innym hotelu. Kładł się na szkle i prosił ludzi z publiczności, żeby po nim chodzili. To znaczy po fakirze, nie po szkle. Żadnych gwoździ nie używał. I z bliska też widziałam, że ma drobne blizny z czasów, gdy dopiero uczył się zawodu. Drobniejsze niż te.
- Dwa lata temu? W Egipcie? Często tu przyjeżdżasz?
Potrząsnęła głową.
- W Tunezji. Babci się zachciało. Ktoś musi się nią opiekować i to ona decyduje kto. Dobrze, że tylko na tydzień.
- Dobrze? - Anastazji nie chciało pomieścić się w głowie, że ktoś mógłby się cieszyć na bliski powrót do zimnej Polski. - Babcia aż taka nieznośna? - wymknęło się jej.
Klara wzruszyła ramionami.
- Chciałabym już być w domu. Mam młodszą siostrę i brata niewiele starszego niż twój.
- Tęsknisz za nimi? - No fakt, ona pewnie też by tęskniła za Cieszkiem, ale czy aż tak, by wakacje się dłużyły? Przyjechali ledwie dwa dni temu!
Klara wstała.
- Muszę zajrzeć do babci.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Środa, 7 stycznia 2015
1.
Kojarzył się jej z samotnym wilkiem. Nie tylko dlatego, że tak właśnie się nazywał: Damian Wilk. Nawet nie dlatego, że najchętniej nosił rzeczy w szarym lub grafitowym kolorze. W jego ruchach, lekko przygarbionej sylwetce, było coś ze skradającego się wilka. I to trzymanie się na uboczu. Czasem tylko dołączał do stada, wybierał wtedy raczej męskie towarzystwo. Słyszała, że z dziewczynami umawia się zwykle raz, najwyżej dwa i nigdy do żadnej nie dzwoni.
Jednak nie wydawał się ani lękliwy, ani nieśmiały. Raczej niezainteresowany. Jakby nie były warte jego uwagi.
Może zafascynował ją dlatego, że i ona trzymała się na uboczu albo z podobnymi sobie? Prymuski i kujonki, zajęte wyłącznie ocenami. Tak było najlepiej.
Oceny Damiana natomiast pozostawiały wiele do życzenia. Jechał głównie na dopkach, czasem wpadło mu coś lepszego, czasem jedynka, zwykle za brak zadania domowego lub zlekceważenie projektu. Tylko z angielskiego dostawał piątki i szóstki. Może dlatego, że Rybacka sprawdzała wiedzę, a nie zeszyty.
Anastazję fascynowała jego niezależność. Mimo słabych ocen nie był głupi. Wyrwany, nawet znienacka, do odpowiedzi, zawsze potrafił wybrnąć. Z pracy na lekcji dostawał piątki. Ale, co dla niej było nie do pomyślenia, jeśli nauczyciel kazał przygotować projekt, napisać referat czy wykonać pracę w domu, nigdy jej nie oddawał na czas, a często nie oddawał wcale i zupełnie nie przejmował się jedynkami.
No, chyba że projekt był wspólny. Raz szczęśliwym trafem znalazła się z nim w jednej grupie. Wtedy skończyli w terminie, a Damian ze swojej części zadania wywiązał się perfekcyjnie.
Anastazja nie potrafiła go rozgryźć i snuła coraz fantastyczniejsze wizje na temat sytuacji domowej chłopaka. Dlaczego nie odrabiał lekcji? Nie przynosił przyborów, nieraz nie miał nawet długopisu. Czemu tak często się spóźniał?
Nie zauważyła, kiedy Damian ze szkolnego kolegi stał się odcieleśnionym obiektem jej marzeń, wymyślonym przyjacielem, z którym prowadziła przed zaśnięciem długie rozmowy. Jedynym, przed którym nie bała się otworzyć, opowiedzieć, co naprawdę czuje i przeżywa.
A rano przychodziła do szkoły i karmiła obolałą duszę widokiem niebieskich oczu patrzących spod ciemnoszarych brwi, ust, prawie zawsze bez uśmiechu, gęstych, nieustannie rozczochranych włosów.
Włosy miał wyjątkowo piękne. Spędziła kilkanaście lekcji angielskiego, na których siedziała tuż za Damianem, na zastanawianiu się, jakiego właściwie są koloru. Z daleka wydawały się po prostu ciemnoblond. Z bliska mogła stwierdzić, że mają barwę czekolady. I to nie jednego gatunku: gorzka zmieszana z mleczną, deserową i cynamonową, o ile istnieje czekolada z cynamonem. Starała się zapamiętać odcienie i proporcje. Kiedyś, kiedy znowu będzie miała długie włosy, poprosi mamę, by zrobiła jej takie pasemka.
"Kiedyś... Po co mi pasemka?" - reflektowała się.
"Nie jestem OK - pisała na Tumblrze. - I hate myself".
2.
Ten dzień wydawał się zwyczajny. Normalny paskudny dzień, kiedy kończy się wolne i znów trzeba iść do szkoły. Do ferii jeszcze miesiąc, a do wystawienia ocen tylko miesiąc, więc nauczyciele zaraz zaczną szaleć z kartkówkami, sprawdzianami i odpytywaniem.
Anastazja stała na szkolnym korytarzu, powtarzając chemię, parę kroków od niej Damian rozmawiał z Bartkiem i nagle usłyszała, jak mówi:
- Na ferie chyba jedziemy do Egiptu.
Jej myśli były zaprzątnięte właściwościami aldehydów i ketonów, więc słowa Damiana spłynęły po niej, prawie ich nie zauważyła.
Dopiero w domu odkryła, że jednak się do niej przylepiły.
"Na ferie jedziemy do Egiptu". Ferie. Egipt. Pustynia. Pustka. Spokój. Słońce. Ciepło. Te skojarzenia przebiegły jej przez głowę i spowodowały nagły ból, głód, dziwną tęsknotę gdzieś w środku, może w sercu?
Nie potrafiła się uwolnić od tej wizji: ona i Damian, a wokół pustynia. Są zdani tylko na siebie. I mogą pierwszy raz ze sobą porozmawiać w realu. Szczerze. Bez świadków.
Wiedziała oczywiście, że to głupia wizja, kompletnie nierealna. I niebezpieczna. Musi ją przepędzić za wszelką cenę.
Piątek, 9 stycznia
1.
- Macie jakieś plany na ferie? - rzuciła Anastazja od niechcenia podczas kolacji. I szybko sięgnęła po kromkę chleba, by ukryć zmieszanie. Egipt na dobre zadomowił się w jej głowie, choć bardzo się starała o nim nie myśleć.
Po drodze do szkoły kłuły ją w oczy billboardy zachwalające uroki ciepłych krajów. W szatni przypadkiem usłyszała narzekania Damiana, że nie będzie mógł spotkać się z kolegami podczas przerwy zimowej. Podał nawet nazwę miejscowości, do której zabierają go rodzice. Na całe dwa tygodnie.
- Ferie? - Mama wytarła Cieszkowi buzię i odmierzyła łyżkę syropu na kaszel. - A co? Masz jakąś propozycję?
- Słyszałam... - schowała ręce pod stół, by ukryć ich drżenie - ...podobno last minute do Egiptu jest całkiem tanie. A Cieszek ciągle choruje... Dobrze by mu zrobiło słońce i morze, nie?
- O tej porze w Egipcie jest zima - włączył się tata. - Użylibyśmy jak pies w studni. W środę rano w Aleksandrii spadł śnieg. Widziałem zdjęcia.
- No, popatrz, a u nas tylko lekko poprószyło. - Mama westchnęła. - Ale Cieszka to raczej by należało wywieźć zimą nad Bałtyk, żeby się zahartował i nawdychał jodu, a nie do ciepłych krajów. - Wzdrygnęła się i potarła rękami ramiona. - Chociaż muszę przyznać, że już tęsknię do słońca i wcale mi się nie podoba ta zima. No, powiedz ładnie "dziękuję" i biegnij przebrać się w piżamkę.
- Dziękuję! - Mały wsunął się pod stół i wypełzł z drugiej strony. Anastazja pogłaskała go po głowie i ukradkiem wsunęła mu cukierka do kieszeni. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a potem Cieszek popędził do swego pokoju.
- Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie pasła go słodyczami na noc - sarknęła mama, gdy za chłopcem zamknęły się drzwi.
- Aleksandria jest na północy, nad Morzem Śródziemnym - Anastazja szybko zmieniła temat. - Podobno na południu jest teraz ciepło. Im bardziej na południe, tym cieplej. Na przykład w takim Marsa Alam. To jeszcze bardziej na południe niż Hurghada. - Wstała od stołu. - Pomogę mu się ubrać i poczytam bajkę na dobranoc.
- Tylko zęby żeby umył! Lekcje odrobiłaś?
Skinęła głową.
Tata sięgnął po tablet i wywołał mapę. Za oknem znowu zaczęło siąpić.
Sobota, 10 stycznia
1.
Sobotnie pochmurne przedpołudnie wlokło się leniwie. Anastazja usiłowała nie zasnąć nad lekturą, popatrując kątem oka na Cieszka, bez entuzjazmu budującego wieżę z klocków.
Ziewnęła. Mały też.
- Może pójdziesz spać? - spytała z nadzieją. Sama też chętnie by się położyła. Źle spała tej nocy.
- Paw wabaff - zażądał i zburzył dopiero co ustawioną wieżę. - Idziemy?
W zasadzie Cieszek już prawidłowo wymawiał słowa, uroczo je zmiękczając, ale niektóre jego powiedzonka przejęła cała rodzina, ponieważ mama uważała, że to zabawne, kiedy do pracy jedzie się "tadasem", a na spacery chodzi na "paw wabaff". Anastazji to jakoś nie bawiło. Mały źle się nauczy i potem dzieci będą się z niego śmiać.
- Nie możemy pójść na plac zabaw - zaakcentowała ostatnie dwa słowa. - Pada.
Mały zaśpiewał coś o "descyku" i wybiegł do przedpokoju. Pewnie zaraz przytarga stamtąd buty, prosząc, by mu zasznurować.
Westchnęła. Strasznie jej się nie chciało wychodzić.
W soboty rodzice zwykle szli do pracy, zostawiając Cieszka pod opieką Anastazji. Niby to mama była na urlopie wychowawczym, ale udało jej się zaczepić na pół etatu w zakładzie fryzjerskim. Wszystkie soboty i niektóre popołudnia. A tata... Cóż. Hotelowa kuchnia pracuje na okrągło. Więc weekendowa opieka nad małym spadała na Anastazję.
Nie, no właściwie nie miała nic przeciwko temu. Będzie świetną siostrą, najlepszą siostrą, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Tak postanowiła.
Najtrudniejsze były początki. Ten wrzeszczący, czerwony noworodek, który tak nagle wtargnął w jej życie, w ogóle nie przypominał uśmiechniętych bobasów z reklam. Chciała, naprawdę chciała go pokochać, ale jak można pokochać kogoś, z kim nie da się nawiązać kontaktu? Zresztą bała się go dotknąć, wydawał się taki kruchy...
- Jak mu damy na imię? - spytała mama, kiedy wrócili ze szpitala i położyli maluszka w nowiutkim łóżeczku w najbardziej słonecznym pokoju, tym z widokiem na ogród, który od zawsze zajmowała Anastazja, gdy przyjeżdżała do babci.
"Najlepiej Bogumił - odburknęła w myślach. - Bo Niechcic".
I natychmiast się zawstydziła. Co ją odmieniło? Przecież chciała, żeby się urodził. A teraz nie czuła z nim żadnej więzi. Jakby przybył do nich z innej planety. Szkoda, że to nie dziewczynka, może byłoby łatwiej?
- Dajmy mu Piotruś - zaproponowała babcia. - Piękne imię.
Anastazja tylko prychnęła. Piotruś kojarzył się jej z wiecznie zasmarkanym kolegą z podstawówki.
- Jan? Michał? Władysław, po dziadku? - przymierzył tata. - Hieronim? Wojciech?
- Do kompletu z Anastazją pasowałoby jakieś greckie imię - zauważyła mama. - Chryzant? Paschalis?
- Vangelis - mruknął tata i oboje się roześmiali.
Mały sapnął, zakwękał, otworzył wielkie granatowe oczy i też się uśmiechnął bezzębnymi ustami.
Mama wyjęła go z łóżeczka.
- Nie bierz tak od razu na ręce - ostrzegła babcia. - Bo się przyzwyczai i potem cały czas będzie chciał.
Mama przytuliła małego, pokołysała.
- Nazwiemy go Radzym. Zawsze tak sobie myślałam, że Radzym Gaudenty musiał mieć fajnych rodziców, skoro ogłosili całemu światu: "Radzim!", "Jesteśmy radzi!", "Cieszymy się!". - Spojrzała na Anastazję. - Cieszymy się - powiedziała z naciskiem.
- Radzim - przymierzył tata. - Cieszek.
- Dziwne imię - skwitowała babcia. - Nie boicie się, że dzieci będą go przezywać? No, ale z drugiej strony patron parafii. Może i tak... Proboszcz się ucieszy.
Radzym zwany Cieszkiem wpadł do pokoju, ciągnąc za sobą wielki czarny parasol ojca i żółtą pelerynę przeciwdeszczową.
- Paw wabaff! - zażądał kategorycznie. - Jak kot na puscy pod pajasolem!
Niedziela, 11 stycznia
1.
Anastazja miała nadzieję, że kiedy powie głośno o Egipcie, rodzice ją wyśmieją, a wtedy uwolni się od głupich rojeń. Przecież wcale nie chciała tam jechać. Tymczasem nie tylko potraktowali jej słowa poważnie, lecz także sami zapalali się coraz bardziej. Całą sobotę, gdy wrócili z pracy, i całą niedzielę spędzili przed komputerem. Porównywali oferty, ceny, wyszukiwali opinie i do upadłego dyskutowali, czy lepiej rezerwować już teraz, czy jeszcze poczekać na okazyjne last minute.
Coś, co wydawało się kompletną mrzonką, nagle zaczęło stawać się coraz bardziej realne. I przerażało.
- Ale to chyba strasznie drogo wyjdzie - próbowała ich zniechęcić. - Cztery osoby. Może pojedziecie tylko z Cieszkiem?
Tata spojrzał na nią tak, że zaczerwieniła się i umilkła.
- Chodziło mi wyłącznie o to, że duży wydatek - wymamrotała. - A my ostatnio...
- Dwulatki mają zniżki - uspokoił ją tata. - A my już od dawna nie wyjeżdżaliśmy na prawdziwe wakacje. Należą się nam. Muszę tylko ugadać szefa o urlop, a jak nie da, to chyba czas znów poszukać czegoś nowego... Małgosiu, sprawdzałaś tamten lokal, o którym ci mówiłem? Może faktycznie to dobry moment, by coś zmienić w życiu?
"Zmienić w życiu" - Anastazję zawsze fascynowało, że jej rodzice w ogóle nie boją się nowych wyzwań. Ona się bała. Tymczasem rodzice prawie dwa lata temu przeprowadzili się z Warszawy do Torunia, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Mama sprzedała ukochany salon fryzjerski, zawiesiła działalność i poszła na urlop macierzyński, a potem wychowawczy. Tata w ciągu ostatnich trzech lat już trzykrotnie zmieniał pracę, a teraz znów miałby się zwolnić? I to przez nią? Przez jej głupią propozycję, by pojechać do jakiegoś Egiptu?
- Powinieneś wziąć w końcu wychowawczy dla ojców - zauważyła mama. - Zanim ci przepadnie.
- Jaką ja mam mądrą żonę! - ucieszył się. - Oczywiście, że tak zrobię! Szef nie może odmówić wychowawczego, a przecież nie ma przeciwwskazań, by dziecko wychowywać w ciepłych krajach!
Środa, 14 stycznia
1.
- Anastazja! Poczekaj!
Udała, że nie słyszy. Wszyscy w klasie wiedzą, że reaguje na "Anka", tak zwracają się do niej koleżanki. "Anastazjo" mówią tylko nauczyciele. I niestety rodzice.
W gimnazjum wołano na nią "Sztazi". Czy możliwe, że kiedykolwiek lubiła tamtą ksywkę? Ależ była wtedy głupią gimbusiarą. Stasi - służba bezpieczeństwa NRD. Wtedy myślała, że to oznacza niemieckie służby specjalne, co kojarzyło jej się z odwagą, komandosami, przygodą. No i straszliwie denerwowało rodziców, więc też dawało nielichą satysfakcję.
- Słuchaj, projekt z angola - wysapała Olga, doganiając ją. - Bo to przecież na jutro.
Anastazja klepnęła się w czoło. Na śmierć zapomniała przez ten Egipt.
- Mam trochę materiałów, nawet niektóre ze sobą - Olga wskazała swoją torbę - a reszta w necie, trzeba to tylko uporządkować i podzielić. No i napisać dialog. Robiłaś już coś, mam nadzieję?
Skinęła głową. Pamiętała, że w komputerze utworzyła nawet osobny folder, kiedy Rybacka przydzieliła im temat, ale czy cokolwiek w nim jest?
- Mam na dysku. Może umówimy się na czacie, to ci prześlę?
Olga popukała się w czoło.
- Przecież musimy przećwiczyć dialog.
- Zapomniałam, że to jutro - wyznała Anastazja ze skruchą. - Może wpadnę do ciebie wieczorem? Muszę jeszcze pojechać do galerii po prezent urodzinowy dla brata.
- Dzisiaj ma urodziny?
- W środę, ale... - Chciała też wpaść do paczkomatu, jak najszybciej odebrać książki, na które polowała od dawna, ale po co ma to wszystko tłumaczyć Oldze?
- W przyszłą środę?! No, daj spokój! Angielski jest jutro!
- Dobra - skapitulowała. Jeśli się sprężą, zdąży odebrać prezent przed zamknięciem. Zamówili wielkiego pluszowego krokodyla, na którym można usiąść, a nawet się położyć. Cieszek wykazywał dziwne upodobanie właśnie do tych zwierząt. Zresztą gdyby Anastazji nie udało się odebrać pluszaka, to przecież przechowają go w sklepie do następnego dnia? A paczkomaty są czynne całą dobę. - Chodźmy.
Olga spojrzała wyczekująco. Przez chwilę stały w miejscu, popatrując jedna na drugą.
- Nie wiem, gdzie mieszkasz - powiedziała w końcu Olga.
- Myślałam, że idziemy do ciebie?
- U mnie nie ma warunków - ucięła. - Poza tym zabrałam wszystko ze sobą.
Anastazja poczuła się nieswojo. Olga byłaby jej pierwszym gościem, odkąd zamieszkali w Toruniu. Nie łączyło ich nic, poza sąsiednim miejscem w dzienniku. Ani zainteresowania, ani grupy koleżeńskie, ani sposób ubierania. Czy Rybacka musiała wyznaczyć jej właśnie Olgę do pary? Anastazja wcale nie miała ochoty na nawiązanie z nią bliższych relacji.
"Przecież to zwykłe odrabianie lekcji - skarciła się w myślach. - Wyjdź w końcu do ludzi!".
2.
Damian był wściekły. Co innego szpanować przed kolegami, "być może" zamienić na "pewnie" i pochwalić się, że ferie spędzi w Egipcie, a co innego stanąć przed realną perspektywą wyjazdu do miejsca, gdzie nie czeka go nic ciekawego.
Bo cóż może być interesującego w dziurze na końcu świata, otoczonej pustynią i raczej bez dostępu do netu? Rodzice specjalnie wybrali hotel najbardziej oddalony od miast i skupisk ludzkich. Zero pokus. Do tego matka kategorycznie zabroniła zabierać ze sobą komórkę.
- Nie zamierzamy wykupywać roamingu, więc będzie bezużyteczna - stwierdziła. Jakby komórka służyła tylko do rozmów. - Zdjęć też nie musisz robić telefonem - uciszyła jego protesty - bo zabieramy aparat. I starą komórkę taty. Wystarczy. Nawet gdyby ktoś ukradł albo zniszczyłaby się w podróży, na przykład na lotnisku podczas kontroli, mała strata.
Rodzice czasem sprawiali wrażenie przeniesionych w XXI wiek wehikułem czasu. Kompletnie atechniczni. "Na lotnisku podczas kontroli", "ukradli" - dobre sobie! Kto by się połakomił na ich starą cegłę.
- Zostawiamy laptopy, tablety i inne takie - mówiła dalej mama. - Mamy tam odpocząć, a nie pracować.
Jakby siedzenie przed komputerem nie było odpoczynkiem.
- To ja nie jadę - burknął. - Jedźcie we dwoje, a mnie możecie dać połowę tej kasy, którą zapłacilibyście za mój Egipt. I wy skorzystacie, i ja.
- Chyba żartujesz! - Mama podniosła wzrok znad komputera. - Jacek, słyszałeś, co nasz syn wymyślił?
- Słyszałem, słyszałem - mruknął tata z drugiego pokoju, szybko biegając palcami po klawiaturze. - Ty się w ogóle nie pytaj, tylko rezerwuj. Zobacz, ten hotel wcale nie jest taki podły, jak piszą w opiniach na stronie biura podróży.
- Myślisz? Zresztą nawet gdyby był, to i tak nieważne. Lokalizacja mi się podoba. I cena.
- Rezerwuj. Oni narzekają przede wszystkim na stare meble i słabe alkohole. A przecież będziemy tam głównie spać, a nie oglądać meble. Ja w każdym razie zamierzam całymi dniami siedzieć na słońcu.
- Ale rezerwuj tylko dla dwóch osób! - włączył się Damian. - Ja zostaję! Słońce mamy też w Toruniu. - Wskazał okno, za którym rzeczywiście pogoda była niemal kwietniowa. - Nie muszę jechać do Egiptu, żeby je zobaczyć.
- Zima pewnie jeszcze wróci, a wtedy będziesz szczękał zębami i pluł sobie w brodę. Dziwi mnie, że nie chcesz zobaczyć Egiptu. Przecież nigdy tam nie byliśmy.
- Mogę sobie pooglądać w necie.
- Jacek, słyszałeś, co twój syn powiedział?! Nie rozumiem, jak można w ogóle nie być ciekawym świata!
- A ciebie na przykład zupełnie nie interesuje, co to jest Rakata Prime - wytknął matce. - Jaki tam jest klimat, flora czy fauna. Albo Coruscant. Słyszałaś o czymś takim?
- Ja ci mówię o prawdziwym życiu - zdenerwowała się. - Prawdziwym świecie, a nie jakichś fikcyjnych planetach! Chłopie! Ty masz siedemnaście lat!
Damian odwrócił monitor w jej kierunku.
- Pierwsza, jak to mówisz, fikcja, z brzegu. Przeczytaj sobie, to forum naszego plemienia: "W coś większego zacznę się bawić po ślubie córki. Na razie trochę jestem zajęty. Ale OK, to już w tę sobotę. Dobuduję sobie toporników, bo na razie mam tylko defa". No i co ty na to? - Uśmiechnął się tryumfująco. - Założę się, że ma więcej niż siedemnaście lat. Dzieciaki też się zdarzają, ale większość to dorośli. Na przykład nasz wódz jest nauczycielem historii w liceum. Przynajmniej tak twierdzi. Byłby numer, gdyby się okazało, że to Pietrzak. Albo tu... - Wywołał inną grę. - Wczoraj mi mignął taki wpis, zaraz go znajdę...
- Dobra, nie szukaj, szkoda czasu. Lekcje byś lepiej odrobił.
- Tato, słyszałeś, co twoja żona powiedziała?! - sparodiował jej ton. - Nie rozumiem, jak można w ogóle nie być ciekawym ludzi!
Roześmiała się.
- OK, przekonałeś mnie. Niektórzy nigdy nie dorastają. Nie zmienia to faktu, że Egipt w realu wygląda moim zdaniem trochę inaczej niż w necie. Choćby dlatego, że w necie masz tylko obraz. I może czasem dźwięk.
- Przyniosę wiadro piasku z solą, widziałem pod blokiem górkę, prawie nienaruszona, i nasypię na biurko - obiecał. - I jeszcze kaloryfery odkręcę na maksa. Sama mówisz, że mam prawie osiemnaście lat. To już nie ten wiek, by jeździć z rodzicami.
- Taa... A co będziesz jadł przez te dwa tygodnie?
- Oj tam, jak bardzo zgłodnieję, to zawsze mogę pójść do babci. Jedźcie we dwoje. Ja bym wam tylko przeszkadzał.
3.
Projekt gotowy, dialog przećwiczony, herbata wypita. Cieszkiem zajęła się mama. Jeśli Anastazja się pośpieszy, zdąży odebrać zamówiony prezent, zanim zamkną sklep. Ale Olga wyraźnie nie kwapiła się do wyjścia.
- Masz jakieś fajne książki? - Stanęła przed regałem i przekrzywiła głowę. - Sparks, super! A tej jego książki nie znam, chociaż to mój ulubiony... O, co to?
Zanim Anastazja zdążyła ją powstrzymać, bezceremonialnie sięgnęła na półkę po schowany głębiej album ze zdjęciami.
- Uwielbiam zdjęcia, mogę?
Wyciągnęła album i natychmiast zaczęła przeglądać.
- Nie możesz! Zostaw!
- Dlaczego? Czekaj, tylko obejrzę. - Odsunęła się poza zasięg rąk Anastazji. - Ale laska, kto to jest? Twoja siora? Nie wiedziałam, że masz siostrę. Też byś mogła sobie taki makijaż machnąć. Może przećwiczymy?
- Oddaj!
- Co robi? Studiuje? - Olga znów odskoczyła. - Czekaj, oglądam! Mogłaby pracować jako modelka. Długo hodowała te włosy? A na tym...
- Oddaj, mówię!
- No już dobrze, nie wściekaj się tak. Masz! Co cię ugryzło? To jakaś tajemnica, że masz siostrę? Czy to jakaś kuzynka?
Anastazja odłożyła album na miejsce i z powrotem zasłoniła książkami.
- Zbieraj się - warknęła - bo mi zamkną sklep, a muszę dzisiaj odebrać prezent dla małego.
Piątek, 16 stycznia
1.
- Patrzcie! Zarobiłam prawie osiemset złotych! - Mama Anastazji nie posiadała się z radości.
- W jaki sposób? - Tata posypał serem zapiekankę, wsunął ją do piekarnika, dopiero potem spojrzał na żonę.
- Przez to, że zarezerwowałam wyjazd we wtorek. A mówiłeś, żeby jeszcze poczekać, bo może cena spadnie. Tymczasem leci w górę jak wściekła. Pewnie przez tego franka.
- Fjanklina! - poprawił Cieszek, wymachując książeczką z żółwiem na okładce. - Citaj! A potem o kokodylu!
- Nena ci poczyta. Anastazja! Odrobiłaś lekcje? Mały chce, żeby mu poczytać.
- Już, już! - Anastazja wsunęła pod zeszyty Joss Stirling i rozłożyła na wierzchu Nie-Boską komedię. - Skończę tylko rozdział.
Tak, wiedziała, że nie powinna oszukiwać, ale nie mogła się oderwać. Zed dziwnie jej się kojarzył z Damianem, chociaż nie przypominał go z opisu. Już miała wrócić do ukrytej pod zeszytami powieści, gdy kroki jednak się przybliżyły i mama zajrzała do pokoju.
- Tyle roboty, a ty nos w książkę? - fuknęła z dezaprobatą, ale zobaczywszy tytuł, pokiwała głową. - Krasiński... Pamiętam. Też musieliśmy przez to przebrnąć. Nawiasem mówiąc, tu są, zdaje się, akty, a nie rozdziały. Odrabiaj spokojnie lekcje, dzisiaj ja poczytam Cieszkowi.
Czwartek 22 stycznia
1.
- Anastazjo, musimy cię pochwalić. - Rodzice stanęli w drzwiach jej pokoju, dziwnie uroczyści. Właśnie wrócili z wywiadówki.
- Bałam się, że Cieszek nadal będzie harcował po domu, a tymczasem udało ci się położyć go spać. Brawo! No i stopnie coraz lepsze. - Mama pokazała jej kartkę z wypisanymi ocenami na semestr. - Tylko trzy trójki: historia, chemia i matematyka.
- Cztery - poprawił tata. - Jeszcze z wuefu.
Mama machnęła ręką.
- Z wuefu się nie liczy, ja z wuefu ledwo wyciągałam na czwórkę, a i to tylko dlatego, że mi Piątkowska nie chciała psuć świadectwa. Ale... mam nadzieję, że do końca roku podciągniesz się z angielskiego? To naprawdę takie trudne?
- No nie, ale... - wybąkała Anastazja. - Jakoś tak wyszło...
Angielski... Jeśli ma się podciągnąć, powinna chyba się przesiąść. Siedzenie tuż za Damianem nie sprzyja skupieniu.
- Ta dwójka zupełnie tu nie pasuje - włączył się tata. - Stać cię na więcej.
- Przecież nie wymagamy, żebyś miała same piątki - poparła go mama. - Ale dopuszczający... I to jeszcze z przedmiotu, który na pewno przyda ci się w życiu.
No tak. Niby przyszli pochwalić, a okazuje się, że będą ją maglować, dlaczego ośmieliła się dostać dwójkę na semestr. Rzeczywiście powiedzieli prawdę: "MUSIMY cię pochwalić". Musimy, ale w gruncie rzeczy wcale nie chcemy. Mamy pretensję o zbyt słabe oceny i zadowolą nas wyłącznie piątki od góry do dołu. A najlepiej celujące. Jakby sami mieli wyłącznie świadectwa z czerwonym paskiem.
- Ja w drugiej klasie - mama jakby czytała w myślach - miałam świadectwo z czerwonym paskiem.
- To czemu zostałaś fryzjerką? - odpaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Trzeba było iść na studia!
- Przecież wiesz. Musiałam szybko zacząć zarabiać, bo twój dziadek się rozchorował. Poza tym zawsze lubiłam bawić się włosami, talenty trzeba rozwijać. A ty masz talent do nauki. Tylko nie zawsze chce ci się przyłożyć.
- Gdybyś naprawdę kochała fryzjerstwo albo kuchnię, albo jakikolwiek zawód, myślisz, że powstrzymywalibyśmy cię przed zdobyciem kwalifikacji? - poparł ją natychmiast tata. - Ale przecież ciągle nie wiesz, kim chcesz zostać, prawda?
Te spotkania z psychologiem naprawdę ich odmieniły. Kiedyś tata powiedziałby raczej: "Fryzjerka z ciebie jak z koziej trąba, do gotowania masz dwie lewe ręce, nie nadajesz się do niczego, więc chociaż skończ to liceum i idź na studia, może przynajmniej poznasz jakiegoś sensownego chłopaka, który zapewni ci byt". Mama zaś próbowałaby łagodzić, dodając: "Po studiach ma szansę zaczepić się w jakimś urzędzie. Albo może w bibliotece? To bezpieczna praca, choć pewnie słabo płatna".
A tymczasem teraz, proszę, wzorcowo: "musimy cię pochwalić", "stać cię na więcej", "talenty".
- Czy ty nas słuchasz? - Mama podniosła nieco głos, wyrywając Anastazję z zamyślenia. - No, zobacz, Rafał, człowiek gardło zdziera, a wszystko jak grochem o ścianę.
- Spokojnie, Gosiu, na pewno słucha. Wiesz, widziałem w internecie takie zdanie: "Prędkość rozchodzenia się dźwięku jest wartością względną. Rodzice mówią coś do nas, gdy mamy piętnaście lat, a wiadomość dociera, dopiero kiedy przekroczymy trzydziestkę".