I
URODZIŁEM SIĘ 25 MARCA 1927 ROKU w Wiedniu jako Johannes Ewald Detlef
Betzler, tłuste, łyse dziecko, którego podobiznę widziałem w albumach z fotografiami należących do mojej matki. Przeglądanie ich zawsze wiązało
się z zabawnym odgadywaniem, czyje ramiona trzymają mnie na zdjęciu. Czy
należą do matki, ojca, czy też do mojej siostry. Wygląda na to, że byłem
taki jak większość dzieci: uśmiechałem się pełnymi dziąsłami, bardzo
interesowałem się swoimi małymi stopami, a więcej powideł śliwkowych
trafiało na moje ubranie aniżeli do ust. Uwielbiałem różowego kangura,
który był dwa razy większy ode mnie, w związku z czym miałem problemy z ciągnięciem go za sobą. Nie przypadło mi natomiast do gustu cygaro,
które ktoś wetknął mi w usta, co wnioskuję z tego, że na fotografii z nim płakałem.
Z dziadkami ze strony ojca byłem równie mocno zżyty jak z własnymi
rodzicami. Nigdy nie poznałem dziadków ze strony matki, Omy i Opy,
ponieważ zginęli pod lawiną na długo przed moimi narodzinami. Oma i Opa
pochodzili z Salzburga i byli powszechnie znani ze swoich umiejętności
wspinaczki i jazdy na nartach biegowych. Powiadano, że Opa potrafił z zamkniętymi oczami rozpoznać ptaka po jego śpiewie, a drzewo po szumie
liści poruszających się na wietrze. Ojciec też mnie o tym zapewniał,
więc wiem, że matka nie przesadzała. Powiedział, że Opa zdradził mu
kiedyś, iż każde drzewo posiada własny szept. Mama na tyle dużo
opowiadała mi o swoich rodzicach, że w końcu mogłem ich poznać, a nawet
obdarzyć miłością. Przebywali gdzieś tam z Bogiem, patrząc na mnie z góry i otaczając opieką. Dzięki nim żaden potwór nie mógł się ukryć pod
łóżkiem i chwycić mnie za nogi, gdybym musiał pójść do toalety w środku
nocy, jak również żaden morderca nie mógł zakraść się, by dźgnąć mnie
śpiącego w serce.
Nazywaliśmy dziadka ze strony taty "Pimbo", a babcię "Pimmi", po którym
to słowie następował przyrostek "chen", oznaczający w języku niemieckim
"moja malutka". Ten czuły zwrot powodował ciekawy efekt uboczny,
ponieważ babcia zdawała się pod jego wpływem nieco kurczyć. Obydwa
powyższe określenia wymyśliła za młodu moja siostra. Pimbo pierwszy raz
wypatrzył Pimmichen na jednym z tych typowych, wyszukanych wiedeńskich
bali, podczas którego tańczyła walca ze swoim przystojnym, odzianym w mundur narzeczonym. Gdy ten ostatni poszedł po nieco sekta1,
dziadek wyznał mu, jak piękna jest jego przyszła żona. W odpowiedzi
usłyszał, że tancerz nie jest narzeczonym kobiety, a jej bratem, po czym
Pimbo nie dopuścił go już do ani jednego tańca z siostrą. Cioteczny
dziadek Eggert usiadł, splatając kciuki, ponieważ żadna z obecnych na
balu dam nie mogła się równać jego siostrze. Gdy cała trójka opuszczała
zabawę, dziadek poprowadził swoich towarzyszy do wozu motorowego Benza,
zaparkowanego zaraz za powozami. Następnie, opierając ramię na tylnym
siedzeniu wehikułu, jakby był jego właścicielem, spojrzał z rozmarzeniem
w niebo i powiedział: - Szkoda, że jest tu miejsce tylko dla dwojga.
Mamy jednak tak piękny wieczór, że może przejdziemy się, zamiast jechać?
Pimmichen była obiektem zainteresowania dwóch wysoko postawionych w wiedeńskim środowisku kawalerów, ale wyszła za mojego dziadka, uważając
go za najbardziej przystojnego, dowcipnego i czarującego ze wszystkich
kandydatów, a przy tym wystarczająco bogatego. I w sumie tylko to
ostatnie określenie do niego nie pasowało. Prawdę mówiąc, nawet
burżuazja mogłaby go nazwać biednym jak mysz kościelna, szczególnie po
wydatkach, jakie poniósł, zabierając babcię do najlepszych restauracji i oper w miesiącach poprzedzających ich ślub, musząc się wówczas
posiłkować środkami z kredytu bankowego. Lecz było to tylko białe
kłamstwo, ponieważ tydzień przed poznaniem babci dziadek zaciągnął w tym
samym banku kredyt na małą fabrykę, która produkowała żelazka i deski do
prasowania, a po kilku latach ciężkiej pracy stał się wystarczająco
zamożny. Pimmichen lubiła nam opowiadać, jak dotychczasowy homar i szampan dzień po ślubie przekształciły się w sardynki i kranówkę.
Moja siostra, Ute, zmarła na cukrzycę cztery dni przed swoimi dwunastymi
urodzinami. Nie pozwalano mi wchodzić do jej pokoju, gdy przyjmowała
zastrzyki z insuliny, ale pewnego razu usłyszałem, jak matka powiedziała
jej, żeby wkłuwała się w udo, jeśli ma zbyt obolały brzuch. Wówczas nie
posłuchałem zakazów i zastałem ją z zielonym trachtem2
podciągniętym na brzuchu. Pewnego dnia zapomniała przyjąć zastrzyk po
powrocie ze szkoły. Matka spytała ją, czy wzięła insulinę, a ona
odparła: - Ja, ja. - Ale przy niekończących się zastrzykach jej
odpowiedź stanowiła raczej bezrefleksyjnie powtarzany refren niż
rzeczywiste potwierdzenie.
Niestety, bardziej niż ją pamiętam jej skrzypce, ich błyszczący tył z prążkowanymi emblematami, sosnowy zapach żywicy, którą nacierała
smyczek, i chmurę, jaką tworzyła żywica w momencie, gdy zaczynała grać.
Czasami siostra pozwalała mi spróbować, ale nie wolno mi było dotykać
końskiego włosia, ponieważ mogłoby od tego sczernieć. Nie mogłem także
naciskać smyczkiem tak jak ona ani uderzać nim o struny, jak również
obracać kołków w skrzypcach, gdyż struny mogłyby pęknąć, a byłem wówczas
zbyt mały, żeby rozpoznać te zagrożenia. Kiedy jednak miałem szczęście,
by pociągnąć smyczkiem po strunach na tyle, by wydać dźwięk, który
wyłącznie mnie samego mógł wprawić w zachwyt, mogłem liczyć na to, że
siostra i jej ładna przyjaciółka wybuchną śmiechem, a matka zawoła mnie,
żebym pomógł jej w jakimś przykrym obowiązku, z którym nie byłaby w stanie sobie poradzić bez odważnego czterolatka. - Johannesie! -
Podejmowałem ostatnią próbę, ale nigdy nie udało mi się ułożyć smyczka w sposób, w jaki pokazała mi to Ute. Moje próby kończyły się trafieniem
smyczkiem w mostek skrzypiec, ścianę lub nawet czyjeś oko. Skrzypce były
mi wyrywane z rąk i mimo wściekłego zawodzenia odprawiano mnie za drzwi.
Pamiętam poklepywanie po głowie, jakim żegnała mnie Ute i jej
przyjaciółka, jak również chichoty, zatrzaskiwanie drzwi i wznawianie
przez nie ćwiczeń gry.
Te same zdjęcia mojej siostry stały na stoliku w kącie naszego salonu,
aż z upływem lat, jedno po drugim, wszystkie moje wspomnienia zostały
zredukowane do tych kilku póz z fotografii. Trudno mi było sprawić, żeby
ożyły, poruszyły się lub zrobiły coś wykraczającego poza słodkie i nieświadome uśmiechanie się, podczas gdy ja zmagałem się z perypetiami
swego życia.
Pimbo zmarł na cukrzycę niecałe dwa lata po Ute, w wieku sześćdziesięciu
siedmiu lat, choć nigdy nie był świadom tego, że choruje. Kiedy
odzyskiwał siły po przebytym zapaleniu płuc, cukrzyca wyszła ze stanu
uśpienia, powodując u niego nieuleczalny smutek. Dopiero wówczas bowiem
poczuł, że to on przekazał mojej siostrze chorobę, która doprowadziła ją
do śmierci. Rodzice powiedzieli, że po prostu pozwolił sobie na śmierć.
W tym czasie Pimmichen miała już siedemdziesiąt cztery lata i nie
chcieliśmy, by borykała się ze wszystkim sama, więc przyjęliśmy ją do
siebie. Na początku wcale jej się to nie podobało, ponieważ czuła, że
będzie się nam narzucać. Każdego ranka przy śniadaniu uspokajała
rodziców, że długo nie będzie im zawracać głowy... lecz to nie
uspokajało ani ich, ani mnie, ponieważ nikt nie chciał, żeby umarła.
Każdy rok miał być dla Pimmichen ostatnim, a w każde Boże Narodzenie,
Wielkanoc i urodziny ojciec unosił szklankę w powietrze, mrugając
wilgotnymi oczami i mówiąc, że to może być ostatni rok, kiedy świętujemy
wszyscy razem. Zamiast z biegiem lat coraz bardziej wierzyć w jej
długowieczność, w dziwny sposób pokładaliśmy w niej coraz mniejszą
wiarę.
Nasz dom był jednym ze starszych budynków dostojnie pomalowanych na
schönbrunnerowską żółć3, kolor powszechny w Austrii. Był
usytuowany w szesnastej dzielnicy Wiednia, o nazwie Ottakring,
znajdującej się na zachodnich obrzeżach miasta. Chociaż mieszkaliśmy w granicach miasta, częściowo otaczały nas lasy, Schottenwald i Gemeindewald, a częściowo łąki. Kiedy wracaliśmy do domu z centrum
Wiednia, zawsze czułem się tak, jakbyśmy mieszkali na wsi, a nie w stolicy. Należy zaznaczyć, że Ottakring nie była uważana za jedną z najlepszych dzielnic do mieszkania. Wręcz przeciwnie, wraz z Hernals
uchodziła za jedną z najgorszych. Jej zła reputacja wynikała z tego, że
część dzielnicy rozciągająca się w stronę miasta była zamieszkana przez
tych, których starsze osoby nazywały ludźmi gorszego sortu, co moim
zdaniem oznaczało, że byli biedni lub gotowi zrobić wszystko, aby nie
popaść w nędzę. Ale my na szczęście żyliśmy z dala od tego wszystkiego.
Z okien naszego domu co prawda nie mogliśmy zobaczyć pokrytych winnicami
wzgórz, słynących z owocowego weißwein4, wytwarzanego z winogron, które przez całe lato dojrzewały w słońcu. Gdy jednak
wsiadaliśmy na rowery, wystarczyło kilka minut jazdy krętymi drogami, by
znaleźć się tuż pod winnicami. Z okien domu widzieliśmy domostwa
sąsiadów, trzy z nich w kolorze starego złota lub zieleni myśliwskiej,
najczęściej używanych alternatyw dla schönbrunnerowskiej żółci.
Po śmierci dziadka to mój ojciec zajął się kierowaniem fabryką. Miał ku
temu niezbędne doświadczenie, ponieważ kiedy Pimbo był dyrektorem,
ojciec pracował pod jego kierownictwem, nadzorując robotników. Matka
ostrzegała ojca przed niebezpieczeństwami wynikającymi z tego, że firma
robi się zbyt duża. Mimo to ojciec postanowił połączyć firmę z Urządzeniami Yaakova, które nie były większe niż Żelazka Betzlera, ale
eksportowały swoje produkty na cały świat, przynosząc imponujące zyski.
Ojciec twierdził, że sto procent zera to wciąż zero, a jakby na to nie
patrzeć, niewiele mnóstwa daje już znacznie więcej. Był zadowolony ze
swojej spółki i wkrótce Yaakov & Betzler eksportował zmodernizowane
żelazka i sprzęt gospodarstwa domowego do różnych dziwnych krajów.
Ojciec kupił globus, a pewnego wieczoru po obiedzie pokazał mi Grecję,
Rumunię i Turcję. Wyobrażałem sobie Greków, Rzymian (myślałem, że
Rzymianami nazywa się właśnie mieszkańców Rumunii5) i Turków w sztywnych tunikach.
W pamięci utkwiły mi szczególnie dwa wydarzenia z mojego wczesnego
dzieciństwa, choć te chwile nie były ani najszczęśliwsze, ani
najsmutniejsze w tych chłopięcych latach. Nie przedstawiały sobą niczego
wielkiego, a jednak to właśnie je zdecydowała się zachować moja pamięć.
Gdy matka płukała sałatę, pierwszy dostrzegłem ślimaka pomiędzy liśćmi.
Zauważywszy go, jednym ruchem ręki wrzuciła nieboraka do śmieci.
Mieliśmy kilka pojemników na odpadki, z których jeden był przeznaczony
na skórki, obierki i skorupki, które matka zakopywała w naszym ogrodzie.
Obawiałem się, że ślimak się udusi, gdyż w koszu było dość dużo płynnych
odpadków. Matka nie pozwoliła mi mieć psa ani kota, ponieważ była
uczulona na sierść zwierząt, więc po błaganiach z mojej strony i chwili
wahania z jej, mimiką wyrażając mdłości, zgodziła się, żebym trzymał
ślimaka w półmisku. Była tak słodka, jak słodkie są matki. Ślimak
codziennie dostawał ode mnie sałatę. Zrobił się większy niż jakikolwiek
inny, którego kiedykolwiek widziałem - wielki jak moja pięść. Cóż, może
prawie. Wysuwał głowę z muszli, gdy słyszał, że nadchodzę, wykręcał
swoje ciało i kierował na mnie czułki, wszystko to, oczywiście, we
własnym powolnym rytmie.
Pewnego ranka zszedłem na dół i zobaczyłem, że mój ślimak zniknął. Nie
musiałem daleko szukać, aby go odnaleźć, i po zdjęciu ze ściany włożyłem
go z powrotem do półmiska. Weszło mu to jednak w nawyk, wskutek czego
uciekał co noc i oddalał się coraz bardziej, a ja zaczynałem dzień od
poszukiwania i odklejania go od nóg stołu, wyeksponowanej miśnieńskiej
porcelany, tapety czy czyjegoś buta. Pewnego ranka spieszyłem się do
szkoły, więc matka stwierdziła, że będę mógł go poszukać dopiero po
śniadaniu, o ile zostanie mi wystarczająco dużo czasu. Gdy to
powiedziała, położyła tacę na ławie i usłyszeliśmy chrupnięcie.
Odwróciła tacę i znalazła pod nią mojego ślimaka, roztrzaskanego na
kawałki. Płakałem tak, jak nie przystoi w tym wieku, lecz wcale mnie to
nie powstrzymało. Nie przestałem nawet wtedy, kiedy przybiegł ojciec,
myśląc, że zrobiłem sobie krzywdę nożem do mięsa. Było mu przykro, że
nie może pomóc, ponieważ musiał wyjechać do pracy, więc matka mi
obiecała, że naprawi ślimaka. Byłem w takim stanie, że w końcu
zdecydowała, iż nie muszę iść do szkoły.
Pobiegłem po klej, by posklejać kawałki skorupy, lecz matka obawiała
się, że klej przesiąknie i zatruje ślimaka. Uważała, że najlepiej będzie
utrzymywać na nim wilgoć, zraszając muszlę kroplami wody. W ciągu
godziny mój biedny przyjaciel skurczył się i strasznie zmizerniał. Na
tym etapie Pimmichen zaproponowała, abyśmy udali się do Le Villiers,
francuskich delikatesów na placu Albertina, aby zakupić paczkę muszli
ślimaków jadalnych. Przygnaliśmy z powrotem i położyliśmy w półmisku
nową muszlę, ale nic się nie wydarzyło - mój ślimak nie wyszedł ze
starej. W końcu pomogliśmy zwiędniętej resztce życia dostać się do nowej
skorupy, z kawałkami starej wciąż przyklejonymi do grzbietu. Po
kolejnych dwóch dniach opieki i smutku stało się jasne, że mój zwierzak
nie żyje. Jego śmierć przeżyłem mocniej niż własnej siostry czy dziadka,
ale wynikało to wyłącznie z tego, że byłem starszy - na tyle dorosły, by
zrozumieć, że już nigdy więcej go nie zobaczę.
Drugi incydent nie był tak naprawdę incydentem. To był po prostu jeden z tych piątkowych wieczorów, podczas których rodzice wychodzili na
przyjęcia, wystawy lub do opery, a Pimmichen i ja topiliśmy na patelni
całą kostkę masła, by usmażyć sznycel. Stojąc przed kuchenką,
zanurzaliśmy w maśle kawałki chleba i wkładaliśmy je prosto do ust,
podczas gdy nasze widelce robiły się piekielnie gorące. Potem zrobiła
nam na deser kaiserschmarrn6, wybierając i wrzucając
do garnka każdy składnik, którego nie wolno mi było jeść, aby na moment
dać znacznie więcej rozkoszy podniebieniu niż chwilę wcześniej oczom.
Zwykle nie mogłem nawet marzyć o takich specjałach, ponieważ matka
obawiała się, że tak tłuste dania mogą wywołać cukrzycę. Gdyby tylko
poznała prawdę. Z jakiegoś powodu to wszystko smakowało jednak dzięki
świadomości, że ani ona, ani nikt inny nie ma o tym pojęcia.
Pewnego dnia, w połowie marca 1938 roku, ojciec zabrał mnie ze sobą do
szewca, który specjalizował się w butach dla osób niepełnosprawnych.
Pamiętam to, ponieważ zbliżały się moje jedenaste urodziny, a na ścianie
u szewca wisiał kalendarz. Gdy czekaliśmy na ławce, nie mogłem przestać
odliczać dni do urodzin, ponieważ wiedziałem, że rodzice dadzą mi
chiński latawiec. Możesz mi wierzyć, że nie określiłbyś stóp mojego ojca
jako upośledzenia, lecz po całym dniu stania w pracy były obolałe.
Pimmichen również kupiła tam dla siebie buty, a Herr7 Grubera
bardzo sobie ceniła. Upierała się, że zmienia on życie ludzi, twierdząc,
że obolałe stopy odbierały dotąd starszym osobom wolę życia. Kiedy Herr
Gruber wykonywał parę butów, obowiązkowo uwzględniał wszelkie bolące
haluksy, odciski i guzki, jakie pojawiają się wraz z wiekiem. Jego
produkty cieszyły się wzięciem, o czym przekonaliśmy się tego dnia,
czekając wśród innych osób w jego wąskim sklepie, pachnącym skórą i olejem garbarskim.
Kopałem nogą o nogę, by szybciej płynął mi czas, gdy nagle na zewnątrz
rozległ się ogromny grzmot, jakby niebo spadło nam na głowy.
Podskoczyłem, żeby zobaczyć, co się dzieje, lecz ojciec kazał mi zamknąć
drzwi, ponieważ wpadał przez nie chłód. Po chwili zdało mi się, że cały
Wiedeń wykrzykuje to samo, ale powstał zbyt wielki hałas, by rozróżnić
pojedyncze słowa. Zapytałem o to mojego ojca, ale i on nie był w stanie
wyłowić znaczenia, choć coraz bardziej się denerwował, gdy widział, jak
długa wskazówka przesuwa się po tarczy zegara. Herr Gruber zignorował
to, co działo się na zewnątrz, wciąż skupiając się na zdejmowaniu miary
z cierpiącego na polio chłopca, który potrzebował, by podeszwa lewego
buta zrekompensowała mu dziesięć centymetrów różnicy długości nogi,
których brakowało, odkąd przestała rosnąć. Kiedy Herr Gruber zajął się
moim ojcem, ten nie potrafił pozostać w bezruchu, zwłaszcza gdy szewc
skończył pomiary stóp i przeszedł do sprawdzania długości nóg, czy są
idealnie równe. Gdyby nie były, miałoby to zgubny wpływ na plecy ojca.
Herr Gruber traktował wszystkich tak samo. Babcia mówiła, że dba o wszystkich.
W drodze powrotnej udaliśmy się na Heldenplatz, a tam, czego nigdy nie
zapomnę, zobaczyłem największą liczbę ludzi w całym swoim życiu.
Zapytałem ojca, czy jest ich milion, ale on odparł, że raczej kilkaset
tysięcy. Nie robiło mi to większej różnicy. Samo patrzenie na nich
sprawiało, że czułem się, jakbym tonął. Jakiś mężczyzna z balkonu pałacu
wrzeszczał z całych sił, a tłum ludzi podzielał zarówno jego furię, jak
i entuzjazm. Byłem zdumiony, że mniej więcej setka dorosłych i dzieci
wspięła się na pomniki księcia Eugeniusza Sabaudzkiego i Arcyksięcia
Karola, obydwu uwiecznionych na koniach. Zrobili to, by wszystko
obserwować z góry. Też chciałem się wspiąć i błagałem ojca o zgodę, lecz
mi zabronił. Była muzyka, owacje, machanie flagami. Każdy mógł się
przyłączyć. To było niesamowite. Ich flagi miały znaki, które wyglądały,
jakby miały się zacząć obracać, gdyby zawiał wiatr. Zupełnie jak
wiatraki poruszające swoimi czterema ramionami.
W tramwaju, którym wracaliśmy do domu, ojciec po prostu wpatrywał się
przez okno w pustkę. Byłem urażony, że nie pozwolił mi się przyłączyć do
zabawy, kiedy znajdowaliśmy się tak blisko niej. Ile by go to
kosztowało? Poświęcenia kilku nędznych minut? Analizowałem jego rysy z profilu... aparycja sama w sobie była dość delikatna, lecz podły nastrój
sprawiał, że ojciec robił się brzydki, co sobie uświadomiłem ze wstydem.
Jego usta wyrażały determinację, twarz była napięta, nos prosty i ostry,
brwi ściągnięte z irytacją, a oczy skupiały się na czymś, co było do
tego stopnia nieobecne, że nic nie mogło odciągnąć jego uwagi. Podobnie
jak i mojej, tak długo, jak z nim przebywałem. Jego staranna fryzura nie
wydawała się już tym profesjonalnym narzędziem, które wzmacniało jego
przekaz, gdy namawiał klienta do zakupu. Pomyślałem sobie: mój ojciec
bardziej troszczy się o swoją pracę, zyski i fabrykę niż o zapewnienie
rodzinie jakiejkolwiek rozrywki. Gniew powoli jednak ucichł i zrobiło mi
się go żal. Włosy ojca nie były już tak ładne - na czubku głowy rosły w zaledwie kilku miejscach i były wyraźnie przerzedzone. Skorzystałem z okazji, gdy tramwaj przechylił się na zakręcie, aby zwiesić się ku
twarzy ojca znacznie bardziej, aniżeli wywołał to ruch pojazdu.
- Vater8, kim był mężczyzna na tamtym balkonie? - spytałem.
- Ten człowiek - odpowiedział, obejmując mnie ramieniem, ale nie patrząc
przy tym w moją stronę, lecz na zmianę raz mocniej, raz słabiej
przyciskał mnie do siebie - nie powinien obchodzić takich małych
chłopców jak ty, Johannesie.
II
KILKA TYGODNI PÓŹNIEJ przyszło dwóch mężczyzn, aby na noszach zabrać
babcię na referendum w sprawie Anschlussu, co oznaczało wyrażenie
opinii, czy popiera aneksję Austrii jako prowincji Rzeszy Niemieckiej.
Rodzice poszli z rana oddać swoje głosy. Babcia była w najlepszym
stanie, odkąd poślizgnęła się na lodzie i złamała biodro, wracając z apteki, gdzie zakupiła maść z mentolem na problemy z kolanami.
- Na szczęście tamtego dnia poszłam do apteki - powiedziała mężczyznom,
którzy po nią przyszli. - To naprawdę uleczyło mój artretyzm! Nie myślę
już o swoich kolanach, ponieważ biodro boli mnie znacznie bardziej! To
najlepsze lekarstwo na ból - po prostu znajdź jakiś nowy, w innym
miejscu ciała.
Mężczyźni dołożyli wszelkich starań, aby zareagować na jej żart
odpowiednim uśmiechem. Byli ubrani w eleganckie uniformy, a mnie było
wstyd, że dla nich babcia nie była Pimmichen, tylko jakąś starą kobietą.
- Proszę pani, zanim wyjdziemy, czy pamiętała pani o zabraniu dokumentu
tożsamości? - zapytał jeden z nich.
Pimmichen lepiej szło mówienie niż słuchanie, co mówią inni, więc
odpowiedziałem za nią. Była jednak tak podekscytowana, że i mnie nie
usłyszała. Mówiła nieprzerwanie, kiedy podnosili ją na noszach - jak
gdyby była Kleopatrą prowadzoną do Cezara - dopóki jeden z mężczyzn omal
jej nie upuścił. Wówczas zażartowała, że znajduje się na latającym
dywanie unoszącym się nad Babilonem. Opowiedziała im, jak inne było
niegdyś życie dla niej i jej rodziców, zanim zmieniły się granice i mentalność ludzi. Wspomniała również, jak marzy o tym, by ponownie
zobaczyć Wiedeń, kwitnącą stolicę wielkiego imperium, wyobrażając sobie,
że unia z Niemcami w jakiś sposób przywróci utraconą wielkość
Austro-Węgier.
Później tego samego dnia babcia wróciła wyczerpana, więc szybko zmorzył
ją sen, ale następnego ranka siedziała z powrotem na kanapie, zmagając
się z gazetą, której kartki przypominały parę niesfornych skrzydeł. Sam
w tym momencie kucałem nago na dywanie przed matką, która za pomocą
pęsety usuwała mi żądła pszczół, jedno z pleców, a drugie z szyi, po
czym przyciskała do ran wacik nasączony alkoholem. Potem zbadała mnie
pod kątem kleszczy w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach - między
palcami rąk i nóg, a nawet w uszach i pępku. Protestowałem, gdy
spogladała na linię pośladków, lecz nie zrobiło to na niej wrażenia.
Przecież ostrzegała mnie przed pójściem do winnic i puszczaniem tam
latawca.
Obawiając się kolejnej kary, wyjaśniłem dokładnie, co się stało.
Poszedłem na pole, ale nie było dość wiatru, więc byłem zmuszony biec,
aby latawiec wzleciał, a żeby pozostał w powietrzu, nie mogłem się
zatrzymywać - gdybym stanął choćby na chwilę, aby złapać oddech, sznurki
by się rozluźniły, a sam latawiec by spadł. Więc biegłem i biegłem, aż
znalazłem się na skraju winnic, gdzie, przysięgam, zatrzymałem się
posłusznie, ale potem, mutti, latawiec sam z siebie wylądował w winnicy i musiałem tam pójść, aby go odzyskać. Przecież to był taki
fajny prezent od ciebie i vatiego9.
- Następnym razem, gdy wiatr będzie za słaby - odpowiedziała matka, co
kilka słów pociągając za kosmyk moich włosów - postaraj się biec w przeciwnym kierunku, z dala od winnic. Na polu jest wystarczająco dużo
miejsca, aby pobiec, dokąd zapragniesz.
Patrząc na mnie, uniosła sceptycznie brwi i narzuciła na mnie zrolowane
ubranie.
- Tak, mutter10 - zanuciłem, ciesząc się, że nie dostałem
żadnej kary. Nie byłem jednak w stanie ubrać się na tyle szybko, aby nie
zdążyła mi dać klapsa w tyłek i nazwać dummer bub - głuptasem.
- 99,3 procent głosujących poparło Anschluss - przeczytała Pimmichen, a jej próba zwycięskiego machnięcia ręką okazała się mniej skuteczna, niż
się spodziewała, ponieważ dłoń opadła bezwolnie. - To prawie sto
procent. Proszę, proszę. - Zanim zamknęła oczy, podała pogniecione
strony matce. Ta jednak bez słowa odłożyła gazetę.
W szkole doszło do wielu zmian i zrobiło się zamieszanie. Nawet mapa
została zmodyfikowana. Napis "Austria" zdrapano i zmieniono na Marchię
Austriacką, prowincję Rzeszy. Stare książki ustąpiły miejsca nowym, a ten sam los spotkał również naszych nauczycieli. Było mi smutno, że nie
pożegnałem się z Herr Grassym. To był ulubiony nauczyciel zarówno mój,
jak i mojej siostry, którą uczył sześć lat wcześniej. Podczas pierwszego
dnia zajęć, kiedy zorientował się, że jestem młodszym bratem Ute
Betzler, dokładnie mi się przyjrzał, próbując uchwycić podobieństwo.
Znajomi rodziców mówili nam, że nasze uśmiechy były podobne, lecz mnie
na te słowa wcale nie było do śmiechu. Ute pozostawała jego uczennicą w roku, w którym zmarła, i nie mogłem przestać myśleć o tym, że
prawdopodobnie zapamiętał ją lepiej niż ja.
Następnego dnia poprosił, bym został po lekcji. Wówczas pokazał mi arkę
z palmy kokosowej zawierającą maleńkie figurki afrykańskich zwierząt,
wyrzeźbione w egzotycznym drewnie. Były tam żyrafy, zebry, lwy, małpy,
aligatory, goryle i gazele, wszystkie w parach, samiec i samica. Oczy
musiały mi się zrobić wielkie, kiedy pochyliłem się nad jego biurkiem i podziwiałem to wszystko. Powiedział, że tę arkę znalazł w 1909 roku na
targu w Johannesburgu - mieście nazywającym się niemal jak ja, Johannes
- w RPA. Następnie mi ją podarował. Moje szczęście wiązało się jednak z poczuciem winy, ponieważ nie pierwszy raz śmierć Ute zapewniła mi uwagę
innych i podarunki.
Fraülein11 Rahm zastąpiła Herr Grassy'ego. Powodem zmiany, jaki
podała, było to, że wiele tematów, jakich nas uczył - dziewięćdziesiąt
procent wiadomości, które na siłę wpychał nam do głów - ulegało
zapomnieniu jeszcze przed wejściem w dorosłość, co czyniło je
bezużytecznymi. Wszystko to pochłaniało państwowe pieniądze, które mogły
zostać lepiej spożytkowane gdzie indziej, z korzyścią dla obywateli.
Byliśmy nowym, uprzywilejowanym pokoleniem, dlatego jako pierwsi
mieliśmy skorzystać ze zmodyfikowanego programu szkolnego i uczyć się
przedmiotów, jakich nikt przed nami nie miał okazji się uczyć. Poczułem
współczucie dla rodziców i obiecałem sobie, że wieczorami będę ich uczyć
wszystkiego, czego tylko będę mógł. Tymczasem zaczęliśmy znacznie mniej
niż przedtem korzystać z książek. Sport stał się naszym głównym
przedmiotem i spędzaliśmy wiele godzin, trenując dyscypliny mające
uczynić nas silnymi, zdrowymi dorosłymi, a nie bladymi, słabymi molami
książkowymi.
Ojciec był w błędzie. Tamten człowiek powinien obchodzić małych chłopców
takich jak ja. On, Führer, Adolf Hitler, pokładał w nas, dzieciach,
wielkie nadzieje. Tylko my, dzieci, byliśmy w stanie ocalić przyszłość
naszej rasy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasza rasa jest najczystsza
i jedyna w swoim rodzaju. Nie tylko byliśmy sprytni, uczciwi,
jasnowłosi, niebieskoocy, wysocy i szczupli, ale nawet nasze głowy
wykazywały cechę przewyższającą wszystkie inne rasy: byliśmy
"dolichocefaliczni", podczas gdy reszta była "brachycefaliczna", co
oznaczało, że nasze głowy miały kształt elegancko owalny, a ich
prymitywnie okrągły. Nie mogłem się doczekać, kiedy wrócę do domu, żeby
pokazać to matce - jaka będzie ze mnie dumna! Moja głowa miała w sobie
coś, na co nigdy dotąd nie zwracałem uwagi, a przynajmniej nie w kwestii
jej kształtu, i pomyśleć tylko, że mam taki unikalny skarb osadzony na
własnych ramionach!
Nauczyliśmy się nowych, przerażających faktów. Życie było ciągłą wojną,
walką każdej rasy z innymi o terytorium, pożywienie i supremację. Nasza
rasa, najczystsza, nie miała wystarczająco dużo ziemi - wielu jej
przedstawicieli żyło na wygnaniu. Inne rasy miały więcej dzieci niż my i mieszały się z naszą, aby nas osłabić. Znaleźliśmy się w wielkim
niebezpieczeństwie, ale Führer ufał nam, dzieciom. Byliśmy jego
przyszłością. Zaskoczyło mnie, gdy pomyślałem, że Führer, którego
widziałem na Heldenplatz, ten, któremu masy zgotowały owację, gigant na
billboardach w całym Wiedniu, który nawet przemawiał w radiu,
potrzebował kogoś tak malutkiego jak ja. Nigdy wcześniej nie czułem się
niezbędny. Czułem się raczej jak dziecko, coś na kształt gorszej formy
dorosłego, posiadającej defekty, którym mogły zaradzić tylko czas i cierpliwość.
Kazano nam przyjrzeć się wykresowi przedstawiającemu drzewo ewolucji
wyższych gatunków, przy czym małpy, szympansy, orangutany i goryle
kuliły się na jego najniższym poziomie. Człowiek, wręcz przeciwnie, stał
wysoko na szczycie. Kiedy Fraü-lein Rahm zaczęła nam to wykładać, zdałem
sobie sprawę, że niektóre stworzenia spośród tych, które początkowo
wziąłem za naczelne, były w rzeczywistości rasami ludzkimi narysowanymi
w taki sposób, że uwypuklenie niektórych cech pozwalało na zrozumienie
ich związku z małpami. Uczyła nas, na przykład, o tym, że kobiecie
czarnej odmiany człowieka bliżej jest do małpy niż do gatunku ludzkiego.
Usunięcie włosów małpy udowodniło naukowcom, z jak bliskim
pokrewieństwem mamy tu do czynienia. Powiedziała, że wystrzeganie się
niebezpiecznych ras znajdujących się w połowie drogi między człowiekiem
a małpą stanowi nasz obowiązek. Poza tym, że są one seksualnie
nadaktywne i brutalne, nie podzielają wyższych uczuć miłości ani nie
potrafią prowadzić wyrafinowanych gier o względy ukochanej. Tacy ludzie
byli poślednimi pasożytami, które mogły nas tylko osłabiać i ostatecznie
doprowadzić do upadku.
Mathias Hammer, znany z zadawania dziwacznych pytań, zagadnął, czy
gdybyśmy dali innym rasom czas, to nie podniosłyby się na drzewie
ewolucji do naszego poziomu. Obawiałem się, że Mathias zostanie
zbesztany, ale Fraülein Rahm powiedziała, że jego pytanie było bardzo
trafne. Po narysowaniu na tablicy góry zapytała:
- Jeśli jednej rasie ewolucja z tego miejsca do tego zajmuje tyle czasu,
a innej rasie aż trzy razy więcej, to która z tych ras jest lepsza?
Nie ulegało dla nas wątpliwości, że ta pierwsza.
- Do czasu, gdy gorsze rasy dogonią nas tam, gdzie jesteśmy dzisiaj, na
szczycie, nas już tam nie będzie, ponieważ dojdziemy jeszcze wyżej. -
Rysowała zbyt szybko i nie patrząc na tablicę, toteż nie dostrzegła, że
narysowany przez nią drugi szczyt jest zbyt wysoki, by mógł zachować
stabilność.
Rasa, której się najbardziej baliśmy, nazywała się Jüdisch12.
Żydzi byli mieszanką wielu ras - orientalnej, indiańskiej, afrykańskiej
i naszej. Byli szczególnie niebezpieczni, ponieważ zapożyczyli od nas
białą skórę, aby dzięki temu łatwiej nas zwodzić.
- Zwodnicza jak lis na zielonych łęgach każda składana przez Żyda
przysięga - nieustannie nam przypominano.
"Ojcem Żydów jest Szatan". "Żydzi poświęcają chrześcijańskie dzieci,
używając ich krwi podczas swoich micw". "Jeśli nie będziemy rządzić
światem, oni to zrobią. Dlatego chcą mieszać swoją krew z naszą, aby
wzmocnić siebie, a zarazem osłabić nas". Mój strach przed Żydami
podbudowano wyjaśnieniami niemal medycznymi. Byli jak wirusy, których
nigdy nie widziałem, ale nauczyłem się, że kryją się za łapaną przeze
mnie grypą i cierpieniem.
Czytałem zbiór opowiadań dla dzieci, w którym jedno przedstawiało
historię niemieckiej dziewczyny, którą rodzice ostrzegali, by nie
chodziła do żydowskiego lekarza. Nie posłuchała. Siedząc w poczekalni,
usłyszała krzyki innej dziewczyny, dochodzące z gabinetu lekarskiego.
Mając świadomość, że postąpiła niesłusznie, przychodząc w to miejsce,
wstała, żeby wyjść. Wtedy właśnie lekarz otworzył drzwi gabinetu i kazał
jej wejść. Już z samej ilustracji w książce wynikało, co z niego za
człowiek. Szatan. W innych książkach dla dzieci przyjrzałem się Żydom na
tyle, by być w stanie rozpoznać któregoś z nich w okamgnieniu.
Zastanawiałem się, jak mogliby oszukać kogokolwiek na świecie, a w szczególności sprytnych Aryjczyków takich jak my. Ich wargi były grube,
a nosy duże i szpiczaste, oczy ciemne, złe i zawsze zwrócone w jedną
stronę. Ciała mieli krępe, szyje ozdabiali złotem, a ich włosy były
niechlujne, a bokobrody zaniedbane.
Tylko w domu nie spotykałem się z uznaniem, na jakie zasłużyłem. Ilekroć
pokazywałem matce moją piękną głowę, jedyne, co robiła, to czochrała
mnie po włosach. Kiedy oznajmiałem jej, że jestem przyszłością - po
niemiecku zukunft - która, w co wierzy Führer, będzie pewnego dnia
rządzić światem, zaśmiała się i nazwała mnie "swoim małym zukunftem" lub
"zukunftikiem/zukunftysiem", aby sprowadzić wszystko do żartu, zamiast
oddać mi cześć, na którą przecież zasługiwałem.
Ojciec także nie akceptował mojego nowego statusu. Wcale nie był mi
wdzięczny za chęć odkrycia przed nim tych wszystkich ważnych faktów.
Umniejszał moją wiedzę i nazywał ją nonsensem. Był przeciwny
pozdrawianiu Pimmichen, matki lub jego samego słowami "Heil Hitler",
zamiast tradycyjnym "Guten Tag13" lub "Grüß Gott", który to
zwrot powstał tak dawno temu w średniowieczu, że nikt już nie pamiętał,
czy znaczy "Bądź pochwalony", "Niech będzie pochwalony!" czy "Szczęść
Boże". W owym czasie wszyscy w Rzeszy automatycznie pozdrawiali się
nawzajem "Heil Hitler", nawet przy drobnych czynnościach, jak
kupowanie chleba czy wsiadanie do tramwaju. Właśnie tak ludzie się do
siebie zwracali.
Próbowałem przemówić ojcu do rozsądku. Gdybyśmy nie chronili naszej
rasy, logiczne byłoby spodziewać się katastrofalnych skutków, lecz on
twierdził, że nie wierzy w logikę. Stwierdziłem, że to niewiarygodne w przypadku kogoś, kto prowadzi fabrykę - jak ktoś taki mógłby nie wierzyć
w logikę? To, co powiedział, było tak głupie, że z całą pewnością
musiało stanowić żart. Ojciec jednak powtarzał, że wcale tak nie jest i że nawet w biznesie emocje są naszym jedynym godnym zaufania
przewodnikiem. Stwierdził, że ludziom wydaje się, iż analizują sytuacje
za pomocą swoich mózgów, uważając, że odczuwane przez nich emocje są
niczym innym, jak tylko wynikiem procesu poznawczego, lecz są w błędzie,
ponieważ inteligencja nie znajduje się w głowie, a w ciele. Wychodzisz
ze spotkania, myśląc "Dlaczego czuję się zły, podczas gdy powinienem
skakać z radości?". Spacerujesz po parku w słoneczny dzień i zastanawiasz się, dlaczego masz w sercu taki ciężar i cóż takiego
mogłoby cię trapić. Dopiero potem to analizujesz. Emocje prowadzą cię do
tego, czego logika nie była w stanie samodzielnie odnaleźć.
Nie udało mi się na poczekaniu znaleźć odpowiedniego argumentu, by
pokazać ojcu, że się myli. Udało mi się to później, gdy już leżałem w łóżku. Jedynym, co wtedy wymyśliłem, było:
- Jeśli nieznajomy dostarczył ci zweryfikowane dane, które mogą ci pomóc
w biznesie, nie powiesz mi chyba, że wyrzucisz je do kosza tylko
dlatego, że masz przeczucie, iż są błędne? Wolisz nielogiczne uczucia
od udowodnionych faktów?
Odpowiedział zbiorem liczb od 430 do 440 herców i zapytał, co te liczby
oznaczają dla mojej logiki. Nie odpowiedziałem, sfrustrowany, że zbacza
z tematu, a na dodatek sprowadza wszystko do banału, ponieważ "herc"
zabrzmiało jak "herz" - czyli po niemiecku "serce".
- Dla twojego mózgu ten zbiór nie ma żadnego znaczenia i stanowi zapis
kilku częstotliwości dźwięku. Mógłbyś wpatrywać się w nie zapisane na
kartce papieru i niczego więcej byś się w nich nie doszukał. Ale... -
Podszedł do pianina, wcisnął kilka klawiszy i spojrzał na mnie tak, że
musiałem spuścić wzrok. - Po prostu słuchaj nut, mój synu. Będą oznaczać
to, co czuję, kiedy słyszę wszystkie twoje słowa. Logika nie zaprowadzi
cię tam, dokąd chciałbyś zajść w życiu. Owszem, może cię zabrać do wielu
miejsc, nieraz naprawdę daleko, lecz zapewniam cię, że do żadnego z nich
nie będziesz chciał się naprawdę udać, szczególnie gdy obejrzysz się za
siebie. Emocja jest Bożą inteligencją w nas, w tobie. Naucz się słuchać
Boga.
Nie mogłem się już dłużej powstrzymać, więc wyrzuciłem z siebie:
- Już nie wierzę w Boga! Bóg tak naprawdę nie istnieje! Jest tylko
sposobem na okłamywanie ludzi! Na oszukiwanie ich i sprawianie, by
robili to, czego chcą od nich rządzący! - Myślałem, że będzie na mnie
zły, ale nie był.
- Jeśli Bóg nie istnieje, człowieka również nie ma.
- To zwykły quatsch14, vater, i dobrze o tym wiesz. Przecież
tu jesteśmy. Ja tu jestem. I mogę tego dowieść - stwierdziłem, stukając
palcami w ręce i nogi.
- A zatem tym, nad czym się naprawdę zastanawiasz, jest kwestia, czy Bóg
stworzył człowieka, czy może człowiek stworzył Boga? Tak czy inaczej,
Bóg istnieje.
- Nie, vater, jeśli człowiek stworzył Boga, to Bóg nie istnieje. W takim
wypadku On istnieje wyłącznie w ludzkich umysłach.
- Właśnie sam stwierdziłeś, że "On istnieje".
- Ale miałem na myśli istnienie tylko jako części człowieka.
- Człowiek tworzy obraz. Obraz nie jest człowiekiem, który go stworzył,
ani integralną częścią tego kogoś, lecz staje się całkowicie oddzielony
od swego autora. Twórczość przybiera postać czegoś zupełnie
niezależnego.
- Ale obraz możesz zobaczyć. Jest realny. Nie możesz zobaczyć Boga.
Jeśli zawołasz "Heeeej, Gott!", nikt ci nie odpowie.
- Czy kiedykolwiek widziałeś miłość? Udało ci się ją dotknąć dłonią? Czy
wystarczy zawołać "Hej, miłości!", aby przybiegła do ciebie na swoich
czterech zwinnych łapkach? Nie pozwól, aby twoje młode oczy cię
oszukały. To, co najważniejsze w tym życiu, jest niewidzialne.
Nasz spór toczył się w kółko, aż doszedłem do wnios-ku, że Bóg jest
najgłupszą rzeczą, jaką człowiek kiedykolwiek stworzył. Śmiech mojego
ojca był smutny, gdy powiedział, że wszystko zrozumiałem opacznie. Bóg
był najpiękniejszą rzeczą, jaką człowiek kiedykolwiek stworzył, lub
człowiek był najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek stworzył Bóg.
Zamierzaliśmy znowu brnąć przez to wszystko, ponieważ miałem bardzo
wysokie mniemanie o człowieku i jego zdolnościach, ale matka nalegała,
że potrzebuje mnie do trzymania odwróconej blachy, podczas gdy będzie
wyjmowała ciasto. Roztargniona, piekła je zbyt długo. Rozpoznałem w tym
jej dawną zagrywkę.
Najpoważniejsza różnica zdań, jaka wynikła między mną a ojcem, dotyczyła
naszej koncepcji świata. Postrzegałem go jako chore, zanieczyszczone
miejsce, które wymagało porządnego sprzątania i marzyło o tym, aby
pewnego dnia oglądać wyłącznie szczęśliwych, zdrowych Aryjczyków. Jednak
ojciec upodobał sobie przeciętność.
- Nuda, nuda! - krzyczał. - Świat, w którym wszyscy mieliby dzieci
podobne do siebie niczym lalki, myśleli w ten sam akceptowalny sposób i przycinali swoje identyczne ogrody w tym samym dniu każdego tygodnia!
Nic nie jest równie konieczne jak różnorodność. Potrzebujesz różnych
ras, języków, pomysłów, nie tylko ze względu na nie same, ale również
dlatego, że dzięki nim wiesz, kim właściwie jesteś! Kim byś był w swoim
idealnym świecie? Kim? Nie wiesz tego! Gdy wyglądasz tak jak wszystko
wokół ciebie, znikasz niczym zielona jaszczurka na zielonym drzewie.
Tym razem mój ojciec był tak zdenerwowany, że po prostu porzuciłem temat
i postanowiłem nie podejmować go ponownie. Jednak kiedy położyłem się
spać, usłyszałem, jak rodzice rozmawiają w swoim pokoju, i przyłożyłem
ucho do drzwi, aby usłyszeć, co mówią. Matka martwiła się i twierdziła,
że ojciec nie powinien ze mną rozmawiać, ponieważ nauczyciele w szkole
pytali uczniów, o czym się mówi w domu. Powiedziała, że zapytają mnie w taki sposób, że nie będę zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa, oraz
że jestem zbyt młody i naiwny, aby wiedzieć, kiedy trzeba trzymać język
za zębami.
- Jest wystarczająco dużo ludzi, których trzeba się bać - odpowiedział
ojciec. - Nie zacznę się obawiać własnego syna!
- Musisz być ostrożny. Obiecaj mi, że nigdy już nie będziesz podejmował
z nim takich dyskusji.
- Edukacja syna jest moim obowiązkiem, Roswito.
- Wyobraź sobie, w jakie kłopoty go wpędzisz, jeśli przyjmie twój punkt
widzenia.
Ojciec przyznał, że czasami zapominał, iż to ze mną się kłóci - czuł się
bardziej tak, jakby mówił do "nich". Powiedział, że język jest bardziej
osobisty niż szczoteczka do zębów i że momentalnie wyłapuje, gdy ktoś
używa cudzych sformułowań w liście lub w rozmowie. Dodał, że słyszenie
"ich" języka w ustach swego syna budzi w nim odrazę.
III
19 KWIETNIA, w dniu poprzedzającym urodziny Adolfa Hitlera, zostałem
przyjęty do Deutsches Jungvolk (młodszej sekcji Hitlerjugend), jak to
było wówczas w zwyczaju. Rodzice nie mieli w tej kwestii wyboru,
ponieważ członkostwo stało się obowiązkiem. Matka próbowała podnieść
ojca na duchu, mówiąc mu, że nie mam braci i że zmieniam się w odludka,
a wyjście z domu i spędzenie czasu z innymi dziećmi dobrze by mi
zrobiło. Zwróciła uwagę, że nawet katolickie grupy młodzieżowe uczyły
się używać broni i chodziły na strzelnicę, więc to nie jest tak, jakby
trwała I wojna światowa, a mnie właśnie wysyłano pod Verdun. Matka, co
mogłem wywnioskować z jej twarzy, wbrew sobie uważała, że w mundurze mi
do twarzy. Poprawiła moją brązową koszulę i zawiązaną chustę oraz
pociągnęła mnie za płatki uszu. Ojciec ledwie podniósł wzrok znad swojej
kawy, żeby zarejestrować moją obecność, i nie mogłem pozbyć się myśli,
że nawet gdybym wyruszał właśnie na wojnę w imię zakończenia wszelkich
wojen, prawdopodobnie zachowywałby się równie obojętnie.
Tego lata nam, Jungvolk, przydzielono pierwsze ważne zadanie. Z całego
miasta zebrano wszelkie książki przesiąknięte perwersją lub dekadencją,
a my mieliśmy je spalić. Temperatura w tamtym miesiącu była wysoka - w nocy nie dało się wytrzymać pod kołdrą - a w połączeniu z ogniskami,
jakie właśnie rozpaliliśmy, żar zrobił się nie do zniesienia. My, jako
najmłodsi, mieliśmy przynosić książki nastoletnim chłopcom z Hitlerjugend, którzy dostąpili zaszczytu rzucenia ich na stos. Ja i moi rówieśnicy zazdrościliśmy im, bo, oczywiście, to było w tym
wszystkim najzabawniejsze, ale jeśli któryś z nas dla draki samowolnie
wrzucił książkę do ognia, od razu dostawał policzek.
Wkrótce powietrze wokół ognia zrobiło się tak gorące, że trudno było nim
oddychać. Dym był czarny i śmierdział płonącym atramentem. Książki nie
chciały się palić. Wydawały rozrywające bębenki w uszach trzaski i wystrzeliwały rozpalonymi do czerwoności kawałkami, stanowiąc zagrożenie
dla ubrań i oczu. Ustalona hierarchia nie trwała długo. W mgnieniu oka
rzucanie książek stało się zadaniem pariasów. Jakże kłopotliwe i trudne
było dla mnie, przy moich wątłych ramionach, wrzucanie książki po
książce, tomu po tomie, wystarczająco daleko w płomienie. Jedno nazwisko
wpadło mi w oko: Sigmund Freud. Widziałem je już wcześniej na półkach
naszej biblioteczki. Potem mignął mi Kurt Freitag, Paul Nettl, Heinrich
Heine i Robert Musil, podobnie jak mój podręcznik historii, zapewne
wówczas już przestarzały. Niezdarnie upuściłem go u swoich stóp. Ogień
nie znał umiaru i ten tom też się szybko zapalił, zwiędnął, a jego
kartki unosiły się w powietrzu, robiąc kilka salt w ostatnim zrywie
życia, jarząc się na chwilę przed zatraceniem.
Kiedy wróciłem do domu, w naszej bibliotece dostrzegłem luki,
wzbudzające we mnie niejasne, nieprzyjemne wrażenie, jakby klawisze
pianina zostały przyciśnięte i nie wróciły do poprzedniego położenia. W niektórych miejscach cała półka książek przewróciła się niczym domino,
by ukryć powstałe na niej braki. Matka miała problem z samodzielnym
wyniesieniem prania na górę i kiedy właśnie powoli wracała, podskoczyła
na mój widok. Myślałem, że to dlatego, iż cała moja twarz była czarna,
lecz gdy chciałem jej pomóc z praniem, uświadomiłem sobie, że trzymany
przez nią kosz jest pełen książek. Zająkując się, powiedziała, że
odłożyła je na wypadek, gdyby zimą zabrakło gazet do rozpalania ognia, a przecież palenie ich w upał nie miałoby sensu. Zapomniałem języka w gębie. Byłem tylko w stanie pomyśleć, czy ona naprawdę nie zdawała sobie
sprawy z kłopotów, jakie mogła na nas sprowadzić. Matka z kolei kazała
mi zdjąć buty i wykąpać się.
Co dziwne, kiedy została zmuszona do uczęszczania na lekcje
macierzyństwa, atmosfera w naszej rodzinie się rozluźniła. Ojciec lubił
jej z tego powodu dokuczać przy obiedzie. Raz uderzył pięścią w stół i podniósł talerz w oczekiwaniu na dokładkę, rycząc, że nadszedł czas, aby
matka zaczęła również uczęszczać na zajęcia dla żon! Wraz z Pimmichen
uwielbialiśmy, kiedy skarżył się, że matkę wciąż dzielą kilometry od
otrzymania Krzyża Honorowego Niemieckiej Matki, medalu przyznawanego
matkom, które urodziły pięcioro dzieci. Mutter rumieniła się, zwłaszcza
gdy dołączałem do żartów, mówiąc:
- Tak, mutti, więcej braci i sióstr!
A Pimmichen dorzucała:
- Czy powinnam już zacząć robić na drutach?
Nasze zachęty przybierały na sile, gdy matka zakładała cienkie brązowe
włosy za uszy, delikatnie odpowiadając, że jest zbyt stara, by mieć
więcej dzieci. Polowała na komplementy i oczywiście je dostawała. Ojciec
powiedział też, że ma nadzieję, iż w szkole macierzyństwa nauczyli ją,
jak się robi ładne, pulchne dzieci, wówczas Pimmichen klepnęła go w dłoń, choć te sprawy nie były już dla mnie tajemnicą. Zdążyłem się
nauczyć wszystkiego, co trzeba, na zajęciach przyrody w szkole.
Ojciec wzdychał, mówiąc, że zbyt szybko się z nią ożenił - gdyby tylko
odczekał, otrzymaliby pożyczkę małżeńską, której jedna czwarta byłaby
umarzana wraz z każdym nowo narodzonym dzieckiem. Matka mogłaby się
wówczas bardziej przysłużyć finansom domowym. Może lepiej było się
rozwieść i zacząć od nowa? Matka mrużyła oczy w udawanym gniewie i oświadczała, że zgodzi się wyłącznie pod warunkiem, że część z tego
dostanie na zbytki i kupi sobie kilka nowych sukienek. Miała na myśli
reichs-marki, które wciąż wydawały się nam obcą walutą. Matczyne kości
policzkowe były szerokie, a usta układała w cienką powabną linię, lecz
nie na długo. Chwilę później bowiem już drgały i krzywiły się, aż do
momentu, gdy chichot ojca na dobre wyzwalał również jej uśmiech.
Podobało mi się, gdy rodzice okazywali sobie czułość na naszych oczach.
Za każdym razem, gdy ojciec całował matkę w policzek, robiłem to samo
babci.
Radosny nastrój nie trwał długo. Myślę, że maksymalnie do następnego
miesiąca, prawdopodobnie października, kiedy to pojawiły się kłopoty.
Wszystko zaczęło się, gdy kilka tysięcy członków katolickich grup
młodzieżowych zebrało się na mszy świętej w katedrze św. Szczepana.
Więcej osób zgromadziło się dokoła świątyni, nie znajdując miejsca
wewnątrz starych kamiennych murów. Następnie przed katedrą, w samym
sercu Wiednia, śpiewali hymny religijne i austriackie pieśni
patriotyczne. Ich hasłem było: "Chrystus jest naszym przewodnikiem" - po
niemiecku führerem. Demonstracja ta odbyła się w odpowiedzi na
wezwanie kardynała Innitzera.
Nie było mnie tam, ale słyszałem o niej na nadzwyczajnym spotkaniu
naszej grupy młodzieżowej. Andreas i Stefan wszystko widzieli i zdali
nam barwne relacje. Staram się być szczery, więc przyznam, że w owym
czasie Adolf Hitler był dla mnie równie ważny jak własny ojciec, jeśli
nawet nie ważniejszy. Z pewnością stawiałem go już wyżej od Boga, w którego straciłem wiarę. W sensie biblijnym wyrażenie "Heil Hitler"
budziło skojarzenie ze "świętym, uświęconym"15. Niestosowne
postępowanie katolików rozwścieczyło nas. To była groźba, obraza naszego
ukochanego Führera. Świętokradztwo. Nie mieliśmy zamiaru stać bezczynnie
i tolerować czegoś takiego. Następnego dnia niektórzy spośród członków
Jungvolk przyłączyli się do starszych chłopców z Hitlerjugend, mających
wtargnąć do pałacu arcybiskupiego i bronić naszego Führera, zrzucając na
podłogę wszystko, co tylko dało się zrzucić - świece, lustra, ozdoby,
posągi Maryi Panny, śpiewniki. W zasadzie jedyną próbą powstrzymania nas
była modlitwa, a w niektórych pomieszczeniach nawet tego nie
podejmowano.
Kilka dni później stałem na Heldenplatz w tłumie porównywalnym z tym, od
jakiego ojciec odciągnął mnie ponad pół roku wcześniej. Transparenty z hasłami Innitzer i Żydzi to jedna rasa! Księża na szubienice! Precz z politykami katolickimi! Bez Żydów i Rzymu zbudujemy prawdziwą niemiecką
katedrę! oraz innymi tego typu - wszystkie w ogromnych formatach -
łopotały na wietrze, wydając dźwięki, które, jak sobie wyobrażałem,
mógłby wydawać tylko wielki ptak. To było zbyt kuszące. Tym razem
postanowiłem wspiąć się na jeden z pomników, bardziej skłaniając się ku
odwzorowanemu koniowi księcia Eugeniusza Sabaudzkiego niż arcyksięcia
Karola. Szturchnąłem Kippiego i Andreasa, lecz oni uznali, że tłum jest
zbyt gęsty, by się przez niego przedrzeć. Ale mnie to nie przeszkadzało.
Byłem nie tylko chętny, ale i wystarczająco mały. Przeszedłem między
ludźmi, a po serii potknięć i poślizgnięć udało mi się wspiąć po zimnej
przedniej nodze konia. Objąłem go ramieniem i trzymałem mocno, aby nie
zostać zepchniętym przez innych, którzy wspięli się tam już przede mną.
Z góry rejwach wydawał się inny, niemal magiczny, a ja obserwowałem
poniżej morze zlewających się ze sobą maleńkich osób. Przypominali mi
drzewo, hałaśliwe i wibrujące głosem wróbli, których nie da się
dostrzec, dopóki jakaś tajemnicza siła nie każe im wzlecieć. Wtedy
zamilknie śpiew, a rozlegać się będzie tylko potężne łopotanie, gdy z drzewa wyłoni się jakaś forma, złożona z niezliczonych drgających
punktów utrzymywanych w całości przez jakąś czystą, nieomylną siłę,
która sprawia, że wszystkie ptaki wspólnie będą skręcać, wirować i pikować na niebie, podczas gdy ów byt wzniesie głowę jako jedno
olbrzymie stworzenie.
***
Krótko po opisanych przeze mnie wydarzeniach na dobre nastały
listopadowe chłody. Niebo było bezchmurne, słońce stanowiło tylko
odległą plamkę, a drzewa straciły już liście. Napięcie wisiało w powietrzu. Pamiętam, że właśnie w listopadzie rozeszły się wieści o żydowskim uczniu, który wszedł do niemieckiej ambasady w Paryżu i zastrzelił tamtejszego urzędnika. Plotki się szerzyły, ulica żądała
zemsty, a wiele żydowskich witryn sklepowych w całej Rzeszy zostało
roztrzaskanych na kawałki. Nie pozwolono mi wychodzić na zewnątrz, ale o wszystkim dowiedziałem się z radia. Nazywano to
Kristallnacht16, a ja wyobrażałem sobie pokruszone
kawałki kryształów, niczym śnieg pokrywające ulice i chodniki Rzeszy,
wydające głuche brzęki i dzwonienia, gdy ich warstwa robiła się coraz
grubsza. Oczami wyobraźni widziałem stalaktyty ze szkła trzymające się
okiennych ram, dopełniające arktycznego wystroju, skrzącego się i złowieszczego.
Po tych wydarzeniach ojciec był nieobecny przez wiele dni, a kiedy
pojawiał się w domu, jego nastrój był tak kiepski, że często żałowałem,
iż wrócił. W domu nikt już nie był skory do żartów, zwłaszcza gdy
fabryka Yaakov & Betzler nagle zmieniła nazwę na Betzler &
Betzler. Nawet matka i babcia zachowywały ostrożność, gdy się do niego
zwracały. Zniżały głos, pytając, czy może chciałby kawy. A może jakąś
przekąskę? Przez pokój, w którym przebywał, przemykały na paluszkach,
tace co najwyżej pozostawiały w zasięgu jego ręki i nawet nie kłóciły
się o nadgryzione biszkopty odłożone do naczynia razem z innymi.
Zachowywały się jak myszy, a on jadł jak myszka.
Byłem jedyną osobą, która dobrze się bawiła, przebywając z dala od domu
i panujących tam złożonych napięć. Maszerowaliśmy ze śpiewem na ustach
przez przyszłe pola słoneczników, pszenicy i kukurydzy. Przy
akompaniamencie zazdrosnych okrzyków wron raczyliśmy się pajdami chleba
z masłem. Nigdy nie smakował on równie dobrze jak wtedy, ze słabym
słońcem ogrzewającym nasze plecy. Poza niezmierzonymi połaciami brązu
były kolejne niezmierzone połacie, a za nimi jeszcze kolejne. Za każdym
razem maszerowaliśmy coraz dalej, do dziesięciu kilometrów, podczas gdy
worek na moich plecach robił się ciężki, a stopy piekły w takim samym
stopniu, w jakim pokrywały się pęcherzami, lecz nawet nie przeszło mi
przez myśl, by narzekać. To samo można było powiedzieć o moim nowym
przyjacielu, Kippim. Gdy jego utykanie robiło się zauważalne, walczył
jeszcze mocniej, by to ukryć. Mieliśmy zamiar podbić świat, zrobilibyśmy
to dla Führera, choć nie mogłem przestać myśleć o tym, że świat jest
jednak wielkim miejscem.
W pewien weekend udaliśmy się na specjalny obóz, aby się nauczyć, jak
samodzielnie radzić sobie na łonie natury. Mniej ze względu na
umiejętności, a bardziej przez szczęśliwy traf znaleźliśmy niedojrzałe
jeżyny, złowiliśmy kilka młodych pstrągów i złapaliśmy chudego zająca.
Nasze brzuchy nie były pełne, ale głowy wręcz przepełnione dumą, gdy
wokół ogniska śpiewaliśmy pieśni zwycięstwa. Noc pod gołym niebem była
dla nas męcząca, ale na szczęście, gdy nadszedł długo wyczekiwany
poranek, jadąca naszym śladem ciężarówka dostarczyła nam bardziej sute
śniadanie. Nasz przywódca, Josef Ritter, był tylko dwa lata starszy od
nas, ale znacznie bardziej doświadczony. Nauczył nas nowej gry, w której
podzielił nas na dwa oddziały i rozdał opaski, które każdy chłopiec miał
nosić na ramieniu. Następnie wyjaśnił, że pchnięcie kogoś na ziemię
czyniło go jeńcem.
Kiedy pozwolił nam się rozbiec, uciekałem, jak gdyby od tego zależało
moje życie. To była świetna zabawa. Nasz zespół, niebiescy, pojmał o czterech jeńców więcej niż czerwoni, więc zdecydowanie wygrywaliśmy.
Kippi był bohaterem - sam złapał trzech jeńców, podczas gdy ja nie
złapałem ani jednego, a w zasadzie po prostu unikałem ataków. Wtedy
czerwoni zaczęli naciskać Kippiego, więc przybyłem mu na ratunek i z jego pomocą pochwyciłem swojego pierwszego jeńca. Potem pobiegłem przez
teren gry, próbując znaleźć Kippiego, a następnie posłałem na ziemię
jeszcze dwóch chłopców, nim sam stałem się jeńcem. My, pojmani, mieliśmy
usiąść pod koroną starego świerka i właśnie wtedy ujrzałem Kippiego ze
zdjętymi butami. Jego popękane pęcherze były czerwone i otwarte. Nie
pomyślałem o tym, żeby go tam szukać. Pomachał mi butem przed twarzą, by
mnie obezwładnić, lecz dysponowałem potężniejszą bronią - własnym
zapachem.
Wróciłem do domu wyczerpany i nie byłem w stanie wejść po schodach bez
wciągania się po poręczy. Matka była zaniepokojona, kiedy mnie
zobaczyła, i nazwała swoim biednym maleństwem, jej zmęczonym małym
chłopcem, ale nie byłem w nastroju do uścisków i pocałunków. Usiadłem na
łóżku, żeby zdjąć buty turystyczne, a potem położyłem się, żeby móc
rozpiąć ich zapięcia z nogami w powietrzu... były takie ciężkie.
Obudziłem się rano, wciąż lepki, ale w pachnącej czystością piżamie z wzorem w szczeniaczki, co sprawiło, że poczułem się głupio, po części
dlatego, że nie pamiętałem, żebym się rozbierał. Początkowo myślałem, że
jestem w czyimś pokoju, gdy wodziłem wzrokiem od ściany do ściany i widziałem kolor morelowy zamiast oliwkowej zieleni. Wtedy zrozumiałem,
że moje mapy bitew, instrukcje robienia węzłów i maska gazowa zostały
zastąpione przez oprawione plakaty kwitnących wiśni i jabłoni. Wówczas
wprawdzie wciąż miałem w pokoju pluszaki, ale wszystkie znajdowały się
już na dnie skrzyni. Teraz kangur, pingwin i bawół powróciły z niej,
zasiadłszy na moim biurku. Ich głowy zwisały anemicznie na bok, a wyrazem swoich twarzy wydawały się za coś przepraszać, zupełnie jakby
swego nowo odzyskanego statusu nie traktowały poważnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Sekt - z niemieckiego "szampan" (wszystkie przypisy pochodzą od
tłumacza). [wróć]
Tracht - niemiecki strój ludowy. [wróć]
Schönbrunnerowska żółć - od niemieckiego Schönbrunner Gelb. Popularny
w Austrii kolor, na jaki malowano fasady budynków, niegdyś symbolizujący
Habsburgów, a potem oznaczający przynależność do elit. [wróć]
Weißwein - z niemieckiego "białe wino". [wróć]
Błąd wynika z dużego podobieństwa słowa Rzymianin (Roman) i Rumunia
(Romania) w języku angielskim. [wróć]
Kaiserschmarrn - z niemieckiego "omlet cesarski". [wróć]
Herr - z niemieckiego "pan". [wróć]
Vater - z niemieckiego "ojciec". [wróć]
Mutti - z niemieckiego "mamusia", vati - z niemieckiego "tatuś". [wróć]
Mutter - z niemieckiego "matka". [wróć]
Fraülein - z niemieckiego "panna". [wróć]
Jüdisch - z niemieckiego "żydowski". [wróć]
Guten Tag - z niemieckiego "dzień dobry". [wróć]
Quatsch - z niemieckiego "bzdura". [wróć]
W języku niemieckim występuje zbieżność wyrazów heil oraz heilig:
"święty" [wróć]
Kristallnacht - z niemieckiego "noc kryształowa". [wróć]