Niebo i ziemię - Marta Kisiel

Reflow text when sidebars are open.
Marcin Sobociński tyle razy wyobrażał sobie ten dzień, aż w jego głowie powstało coś na kształt gotowego filmu krótkometrażowego. Odpalał go sobie wedle potrzeb i uznania. Nie było to nic wielkiego czy skomplikowanego, żadnych eksperymentów formalnych, czysty realizm. Scenariusz i reżyseria własne, scenografia zmienna, w zależności od aktualnego nastroju i pory roku. Zimą zwykle padał śnieg, a w tle przygrywała kolęda; wiosną ćwierkały ptaki i świeciło słońce; latem gniewne pomruki przetaczające się po ciemniejącym szybko niebie zapowiadały nadejście burzy. Nic więcej, ale dość, żeby nakreślić tło, zbudować klimat. A na tym wszystkim rozpięta niczym drut prosta, liniowa fabuła.
Scena pierwsza, miejsce akcji: dom, w którym mieszkał z Moniką i bliźniakami, Wróblówka 17b. Gdzieś z ulicy dobiega krzyk, z początku odległy i całkowicie niezrozumiały, stopniowo przybliża się i kształtuje w słowa. To któryś z sąsiadów biegnie przez wieś i krzyczy, że znaleźli, ludzie, znaleźli, boże, boże, boże...
Scena druga, miejsce akcji: bez zmian. Słychać dzwonek do drzwi. Za drzwiami stoją mundurowi, płci dowolnej, zawsze jednak poważni, skupieni, uprzejmi. Proszę z nami, wynikła pewna sprawa. Trzeba coś wyjaśnić.
Scena trzecia, miejsce akcji: wnętrze radiowozu. Nikt już nie krzyczy, za to wszyscy patrzą, jak jadą razem asfaltem przez Wróblówkę, na południe, w stronę lasu – mundurowi płci dowolnej z przodu, Marcin na tylnym siedzeniu. Zaraz za ostatnim domem skręcają w prawo i dalej wąską, gruntową drogą, z której na co dzień nie korzystał nikt poza leśniczym i może czasem gówniarzerią na quadach.
Scena czwarta: radiowóz zatrzymuje się na wysokości przesieki, wysiadają mundurowi, wysiada więc i Marcin. Przed sobą ma rozległą wyrwę w lesie, za plecami pola, nad którymi góruje w oddali wieża kościoła na Wysokiej. Tędy proszę, słyszy. To tutaj.
Cięcie.
I co? I nic. Nic z tego scenariusza się nie urzeczywistniło. Nie było ani śniegu, ani burzy, ptaki również milczały, bo rozleciały się po świecie, a te, które zostały, nie miały za wiele do powiedzenia w chłodny, listopadowy dzień. Tak samo milczał Marcin w oczekiwaniu na szok, na mdłości, na cokolwiek, ale nie. Jak przyszedł, tak stał na skraju przesieki, zaledwie kilkanaście kroków od znaleziska, słuchając jazgotliwego szczekania za plecami i czekając na przybycie dochodzeniówki, wciąż spokojny, wciąż wolny, chociaż wszystko w nim krzyczało, że to nie mógł być przypadek.
Tak blisko.
Zbyt blisko.
Dlaczego właśnie tu?
Co takiego miał w sobie ten las, że tak przyciągał śmierć?
– Halo? – Przez ten nieustający psi jazgot ledwo dosłyszał głos jednego z mundurowych, którzy wstępnie zabezpieczali miejsce zdarzenia i rozmawiali ze świadkami. – Pan tu czegoś szuka?
Sobociński odwrócił się, żeby sprawdzić, do kogo zwracał się młody posterunkowy. Przesieką, wciąż jeszcze po przeciwnej stronie rozciągniętej taśmy, zmierzał w ich kierunku wysoki mężczyzna o zmierzwionych szpakowatych włosach.
Marcin poznał go z daleka i przeklął w duchu. Szybko poszło. Liczył, że może... okej, w sumie to sam nie wiedział, na co liczył. Na łut szczęścia? Uśmiech losu? Zmiłowanie boskie? Tymczasem trafiło mu się skaranie, równie nadprzyrodzonego pochodzenia. Skaranie boskie z tym gościem.
Choć Wróblówka formalnie była niewielką wsią, obecnie mało kto uprawiał tu jeszcze pola. Nikt też już chyba nie hodował zwierząt, nie licząc może kotów. Większość zabudowań pustoszała przed ósmą rano, kiedy mieszkańcy rozjeżdżali się po okolicznych miasteczkach, dzieciaki do szkoły, dorośli do pracy. Z punktu widzenia włamywaczy i policjantów sytuacja idealna: cisza, spokój, żadnych gapiów, którzy mogliby się zlecieć i narobić rabanu, przeszkadzając w uczciwej pracy.
Wróć. Żadnych z wyjątkiem Leszka Sałygi.
Leszek pracował w domu i nieczęsto się z niego ruszał, tyle co na zakupy od czasu do czasu. Ewentualnie do szpitala, choć to ostatnimi czasy zdarzało mu się jakoś rzadziej. A dom Sałygów stał na samym skraju wsi i od linii lasu dzieliła go jedynie gruntowa droga – właśnie ta, którą najpierw dotarł tu na piechotę Marcin, ściągnięty dyskretnym telefonem od dyżurnego, a kwadrans po nim dwa radiowozy, wysłane już oficjalnie. Takiego ruchu tuż pod własnym oknem nie dało się przeoczyć.
Marcin i mundurowy nie spuszczali wzroku z Sałygi, który zatrzymał się w końcu kilka kroków przed radiowozami zaparkowanymi w poprzek przesieki. Już i tak jazgotliwy pies doznał wzmożenia i gdyby nie smycz, na której trzymała go właścicielka, jak nic rzuciłby się przybyszowi do kostek.
– Tylko jego nam tu brakowało – mruknął posterunkowy, który czekał razem z Sobocińskim. – Pieprzony jasnowidz z Allegro...
– Z Etsy.
– Co?
– Jasnowidz z Etsy, nie z Allegro. Nieważne. – Marcin machnął ręką, nie chciało mu się tłumaczyć policjantowi kanałów dystrybucji usług lokalnej branży ezoterycznej. Poza tym mundurowy aż się cały spiął, jak gdyby Sałyga miał im tu zaraz doznać objawienia z wniebowstąpieniem na miejscu przestępstwa. Sobociński wolał nie dolewać oliwy do już i tak solidnego ognia. Jeszcze by się komuś przypomniało, że w sumie jego również nie powinno tu być, i to z co najmniej kilku powodów. Dlatego darował sobie jałowe dyskusje i skinął na posterunkowego, że spokojnie, bez nerwów. Zaraz to załatwi.
Wychodząc Sałydze naprzeciw, minął pozostałych funkcjonariuszy, którzy nie skończyli jeszcze rozmawiać ze starszym mężczyzną i jego żoną. Kobieta, nadal oszołomiona, przyciskała wolną dłoń do policzka i raz po raz kręciła głową, coś strasznego, coś strasznego, podczas gdy pies, puchata kulka w kubraczku, szarpał się na smyczy i jazgotał bez chwili przerwy na oddech. Sobociński lubił zwierzęta, nie rozumiał jednak, dlaczego te najbardziej puchate rasy robią zawsze najwięcej hałasu. Z lekkim przerażeniem myślał o dniu, kiedy bliźniaki zapragną pieska. Monika pewnie wybierze coś podobnych rozmiarów, co dałoby się bez trudu wziąć pod pachę. Tak byłoby rozsądniej z uwagi na logistykę czy koszty utrzymania, no i bezpieczniej, wiadomo, małe dzieci, tylko co z tego? Marcin osobiście wolałby wnosić codziennie owczarka podhalańskiego na czwarte piętro.
– Cześć – rzucił do kuzyna, przechodząc między radiowozami. – Obudziliśmy cię?
Spod zimowej kurtki Leszka Sałygi wyzierały kraciaste spodnie od piżamy, na stopach miał grube skarpetki i filcowe kapcie. Gdyby nie czysty zbieg okoliczności, Sobociński pewnie dotarłby tutaj w podobnym stroju. Zwykle to Monika ogarniała poranną logistykę, lecz tego dnia zaczynała audyt w jakiejś pipidówie za Opolem i musiała być przed ósmą na miejscu. Marcin tyle co zdążył jej pomachać przez okno na pożegnanie, kiedy wyjeżdżała z podwórka. Obudził bliźniaki i odstawił do przedszkola pięć minut przed śniadaniem, po czym wrócił do domu, po drodze zatrzymując się w sklepie po świeże pieczywo. W przeciwnym razie o tej porze na bank leżałby jeszcze w łóżku, korzystając z wolnego dnia, i oglądał rolki z walk MMA, które usłużnie wyświetlał mu Facebook.
Sałyga wyciągnął rękę i wskazał na miejsce, skąd przyszedł do niego Marcin.
– To ona. Jagoda.
– Na tym etapie nie można... – zaczął odruchowo Sobociński, zanim zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie się produkuje. Sałyga wcale go o nic nie pytał. – Już wiesz? Skąd?
Leszek uśmiechnął się po swojemu. No tak, co za niemądre pytanie.
– Znów miałem sen. Zeszłej nocy.
– Sen. – Marcin zmarszczył brwi. – Ten sam? Co wtedy?
– Tak. Pierwszy raz od... – Leszek urwał, żeby zaczerpnąć listopadowego powietrza, i potarł dłonią twarz. – Jezu, od lat. Nie sądziłem, że go jeszcze zobaczę. Dokładnie ten sam, co do szczegółu. Stare drzwi z wielką klamką, a za nimi zieloniutkie niebo i śnieg. A w tym śniegu trzy kwitnące kwiaty...
– Czerwony, żółty i czarny – dokończył Sobociński. Mimo upływu lat wciąż pamiętał, jak Leszek w kółko opowiadał go ze szczegółami każdemu, kto chciał słuchać. Tym, co nie chcieli, również.
Tyle że Jagoda zaginęła latem, nie zimą, a żaden znany naturze czy też Marcinowi osobiście kwiat nie kwitnął na czarno. Ale cóż, sny rządzą się własną logiką. Zwłaszcza sny kogoś, kto całe życie funkcjonuje na nieustannym haju – od leków, od choroby, cholera wie, co mu bardziej mieszało w głowie. A przecież Marcin przysiągłby, że przed zaginięciem Jagody Leszek był całkiem zwyczajny. Normalny, fajny chłopak, tyle że słabego zdrowia. Ot, chuchro takie. Dziewczyny lubiły go nawet bardziej niż postawniejszych Wróbli. No, może nie wszystkie, ale znalazłoby się parę, które wolały inteligencję i poczucie humoru od tupetu i mięśni. Zwłaszcza że gdzieś na etapie liceum Leszek nagle wystrzelił i z bladego chuchra zrobił się z niego całkiem postawny, przystojny facet. Skończył studia, został grafikiem, pracował w zawodzie. Zyskał, jak to mówiła Monika, która pałała do niego sympatią, fach razem z horyzontami w pakiecie. Mógł się podobać. Mógł sobie jeszcze ułożyć życie z jakąś miłą babeczką.
Czy raczej mógłby, gdyby nie te jego nawiedzone oczy, gadanie o snach i jasnowidzenie, którym zajmował się po godzinach.
Marcin błyskawicznie przemyślał sprawę. Dla nich obu lepiej będzie, jeśli sprowadzi rozmowę z powrotem na ziemię, zanim Leszek się odpali i będzie chryja. Poza tym im szybciej się stąd zwiną, tym większe szanse, że nie natkną się na tych z dochodzeniówki. Pewnie byli już w drodze. Sobocińskiemu nikt by złego słowa nie powiedział, nie w takiej chwili, zwłaszcza że na co dzień dla dobra śledztwa trzymał się możliwie daleko od tej sprawy. Sałyga to co innego. Za bardzo napsuł im krwi.
Ujął kuzyna pod łokieć i delikatnie pchnął w kierunku wsi.
– Tamto starsze małżeństwo z pieskiem przyjechało do rodziny pod Wysoką – zaczął, gdy uszli kilka metrów i nikt z mundurowych nie mógł ich już podsłuchać. – Wiesz, na groby i tak dalej. Chcieli się przewietrzyć po śniadaniu, spacerowali z psem. Nie wiem, co to za rasa, ale sądząc po kubraczku, na pewno nie gończy...
– Szpic miniaturowy. Wbrew pozorom to bardzo charakterne psy.
– No właśnie słyszę – przyznał Sobociński, choć "charakterny" nie było określeniem, po które sam by sięgnął. – W każdym razie spacerowali sobie pośród pól, w pewnym momencie pies usłyszał chyba zew natury, i to w trybie nagłym, bo wystrzelił przed siebie i dał nura w las. A potem zaczął wyć. Właściciele myśleli, że wpadł w jakieś wnyki, więc rzucili się za nim w panice, a tam... – Urwał i pokręcił głową. – Wyobrażasz to sobie? Ubierasz psa w kubraczek, idziesz na spacer dla lepszego trawienia, a tu takie coś.
Takie coś. Aż sam się wzdrygnął, gdy po fakcie dotarło do niego, jak to ujął. Mógł jakoś... zgrabniej. Delikatniej. Inaczej. Zmyliło go, że rozmawia z własnym kuzynem, tak jak zwykle, swobodnie, bez obowiązkowych formułek do odklepania, żeby się nikt nie mógł przyczepić. Stracił czujność.
Na szczęście myśli Leszka krążyły już wokół innej kwestii.
– Ty się znasz lepiej na tych sprawach – powiedział. – Po tylu latach chyba nie da się zidentyfikować ciała... no wiesz, tak po prostu? Musicie to najpierw jakoś sprawdzić, prawda?
– Formalnie tak – potwierdził Sobociński i natychmiast tego pożałował.
– A nieformalnie? – Sałyga z miejsca podchwycił to, co jego kuzyn próbował ukryć między wierszami. – Marcin? Marcin, ja wiem, że to ona, okej? I ty też już wiesz, Ameryki przed tobą nie odkryłem. Wiedziałeś, jeszcze zanim tu przyszedłem, że to Jagoda.
Jagoda Raus, mała Rausówna, lat trzynaście. Do niedawna jeszcze zaginiona, od kilkudziesięciu minut bliższa niż kiedykolwiek oficjalnego statusu denatki. Dla nich po prostu Jagoda, dziewczyna, którą obydwaj, i Marcin, i Leszek, znali od maleńkości. Na ich oczach uczyła się chodzić. Biegać. Pyskować starszym.
– Miała te takie sandały na koturnie, pamiętasz? Z kolorowymi paskami. Ciotka się piekliła, że sobie w nich nogi połamie.
Uśmiech na moment rozświetlił bladą twarz Leszka. Oczywiście, że pamiętał. I paski, i pieklącą się ciotkę. Jagoda kupiła te sandały kilka tygodni wcześniej, jakoś w połowie maja. Zrobiło się ciepło, z poprzednich wyrosła, więc ciotka Karolina dała jej pieniądze i kazała pójść po szkole na targ, który rozkładał się w każdy wtorek na placu w centrum miasteczka. Chyba nie przemyślała tego zbyt dobrze. Zamiast porządnych, praktycznych sandałów Jagoda wynalazła najbardziej odjechaną parę w całym powiecie. Składały się z siedmiu pasków, każdy w innym kolorze, od żółtego po ciemnoniebieski. Wyglądały jak tęcza ze sztucznej skóry rozpięta łukiem na koturnowej podeszwie z obcasem. Absurdalne. Ciotka mogła się pieklić do woli, ale na targu zwrotów nie przyjmowali, a pieniędzy na drugą parę nie było. Sandały, absurdalne czy nie, musiały więc zostać i szczęśliwa Jagoda biegała w nich przez całe lato.
Nie, wróć. Zaledwie przez początek lata.
Jakie były szanse, że w okolicach Wróblówki zaginęła jeszcze jedna osoba w identycznych sandałach? Mniej więcej takie jak na to, że dwadzieścia trzy lata później małżeństwo spacerujące ze szpicem w kraciastej kurteczce znajdzie w lesie ludzkie szczątki. Jeśli nie mniejsze.
– No więc nie – podjął Marcin, wciąż spokojnie, wciąż bez mdłości, coraz bardziej tym faktem zdumiony. – Ciała nie da się zidentyfikować tak po prostu, nie w tym stanie. Ale te buty rozpoznałbym wszędzie.
Przesieka była dość rozległa, wdzierała się trzema prostymi liniami głęboko w gęstwinę mieszanego lasu. Dotarli wreszcie do jej skraju i skręcili w prawo, na gruntową drogę między lasem a polami. Po lewej widać było zabudowania Wróblówki, rozciągniętej, jak wiele podobnych wsi, wzdłuż drogi wojewódzkiej. Poniemieckie budynki z czerwonej cegły przeplatały się z nowszymi, tynkowanymi na gładko, których z roku na rok przybywało. Lecz żeby zobaczyć stąd stary dom Sałygów, niemal wtulony w las, musieli przejść jeszcze kawałek, bo gruntowa droga nie biegła prosto, tylko lekkim łukiem.
– Nie myślałeś nigdy, że może to stąd wziął się ten twój sen? – podsunął Marcin. – Kolorowe paski, kolorowe kwiaty...
– Nie, nie. – Leszek zaraz się spiął. – Żaden z tych pasków nie był czarny. I było ich więcej niż trzy.
– No tak... ale sny nie są chyba aż tak dosłowne, co? Może ten czarny coś symbolizuje, nie wiem, strzelam, że śmierć? Żałobę? Albo tajemnicę? Nie powinieneś iść raczej w tę stronę?
– Marcin, czy ja ci mówię, jak masz wykonywać swoją pracę?
– Czasem. Tak. Czasem mówisz.
W odpowiedzi Leszek rzucił mu wymowne spojrzenie, które Marcin odczytał bez pudła – "bo w przeciwieństwie do ciebie wiem to i owo". Ech, cały Leszek. Właśnie dlatego miejscowi policjanci byli tak na niego cięci, zresztą podobnie jak ci z wojewódzkiej. W kilku sprawach naprowadził ich na przydatny trop, zwykle jednak tracili tylko czas, weryfikując te jego jasnowidzenia. Mimo to pewnie by machnęli ręką – wiadomo, wszędzie się trafi taki egzemplarz, wobec którego nawet współczesna medycyna bywa bezradna – gdyby w odpowiedzi na reklamacje Leszek choć raz trochę spuścił z tonu. Ale nie. Zamiast tego cedził uprzejmie, że jego głowa to nie szafa grająca, nie wystarczy wrzucić monetę, żeby poleciała akurat ta melodia, do której szanowne towarzystwo kojarzy kroki. Raz czy dwa zrobiło się przez to naprawdę nerwowo. A policjanci bywali pamiętliwi.
– Myślisz, że to coś zmieni? – zapytał Leszek, wskazując ręką za siebie. Zupełnie niepotrzebnie. Choć właśnie przystanęli przed jego domem, obaj nadal byli myślami tam, w lesie za przesieką.
Marcin Sobociński obejrzał się przez ramię, po czym wzruszył ramionami.
– A bo ja wiem? Może nie zmieni nic. Może zmieni wszystko. Ale nie nastawiałbym się na przełom. Po tylu latach może być trudno o jakieś dowody. Jagoda... – Tym razem dał sobie chwilę do namysłu, tylko co z tego, skoro i tak nie znalazł odpowiednich słów. – Z niej nie zostało zbyt wiele, okej?
– Jasne. Rozumiem.
– Słuchaj, muszę wracać. Chciałbym tam być, kiedy... chciałbym tam być. Odezwę się, gdy dowiem się czegoś konkretnego. A ty się trzymaj, okej? – dodał. – I daj znać, gdyby... gdyby coś ci się jeszcze przyśniło.
– Jasne – powtórzył Leszek i nie żegnając się z kuzynem, pchnął metalową furtkę.
Babcia Kazia już nie spała. Siedziała na skraju łóżka i z mozołem zapinała ulubiony sweter. Palce nie za bardzo chciały współpracować z drobnymi guzikami, Leszek zdążył przyszykować jej kanapki i herbatę, a ona wciąż się biedziła. Pomocy nie chciała, sarkała, że co ona, dziecko, żeby guzika nie umiała zapiąć, nawet jeśli zajmowało jej to coraz więcej czasu. Na szczęście nigdzie się nie spieszyli.
Potem dyskretnie towarzyszył babci, dla niepoznaki podpytując, co tam, babciu, słychać ostatnio w tej całej polityce, podczas gdy ona dreptała z sypialni do dużego pokoju, by tam usadowić się w fotelu pod oknem. Włączył telewizor – oboje lubili, żeby za dnia coś grało w tle – i podczas gdy babcia z satysfakcją śledziła jakąś pyskówkę nie wiadomo o co między politykami w garniturach, sam skupił się na drobnej krzątaninie, której nieustannie wymagała od niego codzienność. Wziąć leki. Umyć kocie miski, nalać świeżej wody. Dorzucić groszku do pieca. Sypnąć ziarna kurom. Wstawić pranie. Zamieść w sieni, bo znów się naniosło nie wiadomo kiedy. Nastawić krupnik na obiad – ten proces zajął go na dłużej, Leszek musiał zalać suszone grzyby wrzątkiem, żeby uwolniły aromat, podpiec kurze udka dla smaku, ziemniaki pokroić w kostkę, marchew i por w plastry, no i posiekać koperek. Gdzieś w międzyczasie kątem oka zarejestrował, że za kuchennym oknem przemknął kolejny samochód z migającym kogutem. Więcej koperku, uznał, sięgając po drugi pęczek, dużo koperku i dużo pieprzu. Babcia tak lubiła najbardziej.
Do komputera usiadł tuż przed dziesiątą, po pierwszej kawie. W skrzynce czekały nieprzeczytane wiadomości, a w nich sprawy pilne i pilniejsze, panie Leszku, ratunku, panie Leszku, dzień dobry, wciśnie nas pan, panie Leszku? Jego ulubiony wydawca obejrzał projekty okładki, które Sałyga wysłał mu przed weekendem, lecz zamiast wybrać jeden z nich, proponował teraz zupełnie nowy brief z pytaniem, czy dałoby się to w miarę szybko ogarnąć. Najlepiej na jutro, panie Leszku, bo wie pan, terminy w drukarni rzecz święta. Pan Leszek był co prawda z zasady niewierzący, potrafił się jednak tymczasowo nawrócić, jeśli go naprawdę ładnie prosili. W tej branży nie takie cuda widywano.
Nim się obejrzał, praca pochłonęła go bez reszty.
Dopiero pod wieczór, wpuszczając kota na noc do domu, Sałyga pozwolił myślom popłynąć z powrotem do wydarzeń minionego poranka. Przystanął przed zamkniętą furtką i podniósł wzrok. Noc zapadła pochmurna, najbliższa latarnia stała za daleko, żeby jej światło sięgało aż tutaj, i teraz nad Leszkiem wznosiła się ściana nieprzejrzanej ciemności. Mroku, który ogarniał coś więcej, o wiele więcej niż tylko niebo i las.
Sałyga powoli wciągnął przez nos chłodne powietrze, niechętnie dopuszczając do siebie złowrogie przeczucie, które od rana tak pilnie ignorował – że coś tam było, tam, głęboko w lesie. Głęboko w nim. Czekało, by wkraść się do jego snów, snów, których nie zrozumie, a które będą go zadręczać, aż będzie za późno.
Babcia Kazia zawsze mu powtarzała: nie nawołuj nocą zaginionego, bo odpowie ci ktoś inny, kogo nie powinno być między żywymi. Lecz paniczne słowa nagle same wezbrały mu w gardle i Leszek musiał, musiał je z siebie wyrzucić, żeby się nimi nie udławić. Zacisnął mocno dłonie na metalowym pręcie furtki.
– Jagoda? – wyszeptał w ciemność. – Jagoda... to ty?
I teraz wszystkie łapki w góręęęęęęę!... – Głos wodzireja poniósł się po pomieszczeniu razem z pierwszymi dźwiękami piosenki. – Iiiiiiiii śpiewamy razem! Zima, zima, ziiimaaa, pada, pada śnieg!
W mgnieniu oka na wydzielonym fragmencie podłogi ruszyło najdziwniejsze pogo świata – biało-różowo-błękitne od tiulu, lepkie od wylanego soku, migoczące setkami cekinów, które odbijały kolorowe światło z dyskotekowego reflektora. Ktoś piszczał, ktoś płakał, ktoś wołał mamę, dzyń-dzyń-dzyń, dzyń-dzyń-dzyń, dzyń, dzyń, dzyń.
– Jaka pyszna sanna, parska raźno koń!
– KOŃ! – zakrzyknęła dumnie, choć o tę sekundę za późno, siedząca na kolanach babci dwulatka w plastikowym diademie. Była za mała na dynamiczne tańce, lecz dość duża na donośny śpiew.
– Rany boskie – wymamrotała do siebie Joanna Uliasz. – Przecież ja tu zaraz zejdę...
Świetlica w samym sercu Wróblówki została oddana do użytku pod koniec minionego lata, już po dożynkach, i dopiero teraz doczekała się inauguracji z prawdziwego zdarzenia. Na pierwszą w historii wsi zabawę mikołajkową ściągnęły wszystkie dzieciaki z Wróblówki i okolic oraz co najmniej dwa razy tyle dorosłych, którzy cisnęli się teraz w budynku niczym śledzie w beczce. I tak też mniej więcej pachnęli. Gdyby jej córka nie szalała gdzieś w tym kłębowisku na parkiecie, Joanna po prostu wstałaby i wyszła. Zamiast tego chwyciła w palce dekolt cienkiej jedwabnej bluzki, którą wybrała do ołówkowej spódnicy, i zaczęła nim delikatnie szarpać, żeby wprawić powietrze pod materiałem w ruch i nieco się schłodzić. Trzeba było założyć coś z krótkimi rękawkami, stwierdziła z żalem, albo nawet i bez rękawków. I darować sobie rajstopy grubsze niż dwadzieścia den. Joanna nie pierwszy raz uczestniczyła w tego rodzaju zabawach, mogła przewidzieć, że ogrzewanie w zatłoczonej świetlicy będzie odkręcone na pełną moc. Wszak gdzie bawią się dzieciaczki, tam musi być ciepło, jak najcieplej, w przeciwnym razie dzieciaczki dostaną co najmniej zapalenia oskrzeli, jeśli nie płuc, i jak nic nie dożyją poranka.
Podobnie jak kaloryfery, również zamówiony wodzirej dawał z siebie wszystko. Musiał czymś zająć ten rozpalony tabun dzieci aż do przybycia Mikołaja z workiem pełnym prezentów, intonował więc przebój za przebojem.
– Marzeeeniaaa – zawodził aktualnie, żeby po serii zimowych hitów na parę minut uspokoić towarzystwo. Katowane nadmiarem basów głośniki z każdą piosenką trzeszczały coraz bardziej. – Te duże i te maleńkie! Marzeeeeeeniaaaaaaaaa...
Joannie w tym momencie marzyło się najbardziej pięć minut spokoju, jeśli nie od tego gwaru, to chociaż od dudnienia i migających świateł. Jak tak dalej pójdzie, do domu wróci z migreną. O ile najpierw nie umrze z gorąca i żenady.
– Mama, pić! – Ciemnowłosa Śnieżynka w tiulowej spódniczce wystrzeliła spomiędzy tańczących i przywarła do kolan Joanny.
Na wprost, po przeciwnej stronie stołu, siedziała starsza kobieta w fioletowej bluzce, Joanna kojarzyła ją mgliście. Na pewno była stąd, z Wróblówki, regularnie mijały się w piekarni.
– A kto to taki śliczny tu przyszedł? – zaćwierkała na widok dziewczynki w śnieżynkowym kostiumie. – Wykapany tatuś. Wykapany!
Joanna uprzejmie pokiwała głową. Rzeczywiście, podobieństwo Elżbiety do Kacpra Uliasza było uderzające. Dzień czy dwa po tym, jak mała przyszła na świat, jeszcze zanim wyszły ze szpitala, Szymon Uliasz specjalnie zadzwonił do synowej, żeby jej to oznajmić. "No, moja droga, nikt mi nie powie, że masz dziecko z listonoszem". Długo usiłowała zrozumieć, dlaczego postanowił to ująć właśnie w taki, a nie inny sposób. Czy to miał być dowcip? Jeśli tak, to średnio śmieszny, no ale cóż, nie każdy rodzi się Jeremim Przyborą – tak to sobie wtedy tłumaczyła. Lecz z upływem czasu, w miarę jak coraz lepiej poznawała teścia, uświadomiła sobie, że chodziło o coś zupełnie innego. Że to nie był dowcip, lecz sygnał, że oto Joanna zdała z pomyślnym rezultatem niezmiernie ważny test lojalności. Pierwszy z wielu. Bardzo wielu.
Przebiegła wzrokiem po zatłoczonej świetlicy. Obydwaj Uliasze, teść oraz mąż Joanny, brylowali właśnie w roli hojnych sponsorów, prezentując uśmiechy adekwatne do działalności zawodowej. Logo PERFECT DENT Uliasz & Uliasz pyszniło się na elewacji budynku, należało zatem zebrać wyrazy uznania za hojną darowiznę na rzecz lokalnej społeczności. A dokładniej rzecz biorąc, w tym momencie zbierał je Szymon Uliasz u boku równie zadowolonego wójta, ponieważ Kacper został tymczasem wysłany po zimne napoje. Jego krzesło, to obok Joanny, od początku imprezy stało puste.
– Ja to jeszcze pamiętam, jak Kacperek uczył się jeździć na pierwszym rowerku, a teraz proszę. Pan doktor! Z własną kliniką! Boże drogi, kiedy to zleciało... – Kobieta w fioletowej bluzce westchnęła, kręcąc głową, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, że czas ze swej natury płynie nieustannie. Zaraz jednak porzuciła te przykre rozmyślania na rzecz znacznie przyjemniejszych. Uśmiechnęła się ciepło do Śnieżynki uczepionej maminych kolan. – Śliczna dziewuszka. Śliczna! Ile to już ma lat, siedem?
– W lutym skończy pięć.
– Pięć?! – Kobieta wytrzeszczyła oczy w szczerym zdumieniu, po czym cmoknęła. – A taka duża! Rośnie pannica, rośnie. Oczko w głowie dziadka, co? Co, malutka?
Joanna Uliasz posłała kobiecie niemal bezbarwny uśmiech, który ta bez wahania wzięła za dobrą monetę. Ludzie zawsze widzą to, co pasuje do ich własnych wyobrażeń. Śliczna wnuczka. Kochający dziadek. Oczko w głowie. Tak, tak. Oczywiście. Nie inaczej.
– Dzieciaczki takie upocone – usłyszała ponownie głos starszej kobiety w fioletowej bluzce, która z poważną miną nachylała się teraz do swojej rówieśnicy po prawej. Fryzury miały identyczne, dwie barwne kokosze z tego samego kurnika: krótki tył i boki, na górze pieczołowicie wzniesiony tapir z grzywką. O ile jednak ta pierwsza postawiła na bezpieczny blond, o tyle druga wybrała soczystą rubinową czerwień. – Żeby się tylko nie przeziębiły. Ta pogoda jakaś taka...
– Nie ma złej pogody, nie ma złej pogody! – oświadczyła jej rubinowa sąsiadka takim tonem, jak gdyby właśnie prezentowała ludzkości kamienne tablice z zestawem wiążących przykazań. – Ale to trzeba przypilnować, żeby się ciepło ubrały, jak będą wychodzić, a nie. A nie!
Och, tak, pomyślała Joanna. Gdyż jak się spocą jeszcze bardziej, to im z pewnością pomoże.
– No ale żeby dwanaście stopni? W grudniu? Kto to widział! Za naszych czasów to pierwszy śnieg był już w listopadzie! Tam w listopadzie, w październiku potrafił spaść! A teraz co? Dzieci nie wiedzą, jak prawdziwy śnieg wygląda. Tyle co w telewizji pokażą!
– Mama, piiiiiiiiić! – powtórzyła Elżbieta, kręcąc się na palcach to w lewo, to w prawo, jakby wierciła dziurę w podłodze.
– Już, już...
Joanna sięgnęła po papierowy kubeczek i z bólem stwierdziła, że na dnie zostało wody co najwyżej na jeden łyk. Rozejrzała się po złączonych stołach i wypatrzyła samotny sok z czarnej porzeczki w plastikowej butelce. Nietknięty, no tak, nie dość, że kwaśny, to jeszcze by się bombelki poplamiły i kto to potem dopierze? Usadziła Elżbietę na wolnym krześle i drobiąc obcasami na śliskiej podłodze, zaczęła się przedzierać przez tłum do łazienki, żeby nalać kranówki do swojego kubeczka i kubeczka Elżbiety. W smaku tutejsza kranówka nie różniła się od wody butelkowanej, pachniała też normalnie, czyli wcale, jak powinna, a do tego była lodowato zimna. Ciepłej wody w kranie hojność lokalnych sponsorów już nie przewidywała.
Szła przez świetlicę, mimowolnie rejestrując strzępy z szumu rozmów. Kto miał zarobić, ten zarobił, tak pisali w gazecie, że kosteczki, że pięć milionów, tak pisali, tyle z tego dziecka zostało, ile to musiało kosztować, pani nie uwierzy, boże ty mój, a to ciasto to z proszku, moja bratowa takie robi, i na co to wszystko, biedne to dziecko, i czym tu się chwalić, bo to się człowiek urobi, a po co, no po co, biedne, biedne dziecko, a jakie to ładne, śliczne, kosteczki, samiuteńkie kosteczki, śliczne takie...
O czym oni rozmawiali? O prezentach nie, bo to jeszcze za wcześnie, może o kostiumach, tak, chyba tak, o kostiumach, no bo o czym innym, ale jakie kosteczki? Czyje kosteczki?
Zimny pot spłynął Joannie po plecach, kiedy sobie przypomniała. Mówili o tamtych szczątkach, które przed miesiącem przypadkowi spacerowicze znaleźli w lesie tuż za Wróblówką. Joanna miała ochotę syknąć na jednego z drugim, żeby się opamiętali, przecież tu są dzieci! Mikołaj tu jest! Boże, co za ludzie, co to trzeba mieć w głowach, żeby o czymś takim przy dzieciach, bez żadnego skrępowania, bez pomyślunku...
W pewnym momencie Joannę opadło znajome wrażenie, jakby ktoś ją obserwował. Podniosła głowę i niemal natychmiast napotkała spojrzenie teścia. Szymon Uliasz stał oparty o ścianę, z synem nieustannie krążącym po jego orbicie, i słuchał wywodu jakiegoś faceta w białej koszuli i krawacie. Uśmiechnął się do synowej i Joanna momentalnie ochłonęła.
Dolała porzeczkowego soku do kranówki i wróciła do córeczki. Elżbieta prawie wyrwała jej z ręki kubeczek i zaczęła pić tak chciwie, że oblała sobie sukienkę. Ale to nic, nie szkodzi. To się spierze.
– Wystarczy – ucięła ostro Joanna, kiedy dziewczynka spojrzała na nią z nadzieją na dolewkę. Zbyt ostro, zupełnie niepotrzebnie. Uśmiechnęła się prędko i pogładziła córeczkę po ciemnych włoskach. – Potem ci doleję, a teraz zmykaj do dzieci, dobrze? Coś mi mówi, że Mikołaj zaraz tutaj będzie. Ciekawe, co ci przyniesie.
– Idzie oszaleć, co nie? – rozległo się naraz tuż za uchem Joanny i na puste krzesło obok opadła Monika Sobocińska z kartonem soku jabłkowego i dwiema identycznymi bluzami pod pachą.
Bliźniaki z wrzaskiem pobiegły za Elżbietą, która na ich widok aż zapiszczała z radości.
– Boże, tak... – Joanna obróciła się z ulgą do Moniki. – Te imprezy doprowadzają mnie do szału. Czy to znaczy, że jestem złą matką?
– Najgorszą! Ale w takim razie jest nas dwie – dodała beztrosko Monika. A potem zaśmiała się, widząc minę Joanny. – Och, spokojnie. Niedługo powinien chyba przyjechać Mikołaj, to się na moment zajmą czymś innym.
– Mówisz o dzieciach czy...
– Też. Też. – Sobocińska spoważniała. – Serio, nie mam już czasem cierpliwości do tych ludzi. Od razu się zaczęło, ledwo Marcin przyszedł. Z dziećmi przyszedł, ale nie, chrzanić dzieci! Ciągle za nim łażą i pytają, czy to Jagódka, czy to Jagódka.
– Jagódka?
Monika uniosła brew, jak gdyby Joanna zapytała niedorzecznie, czy słońce aby na pewno świeci za dnia, a nie w nocy.
– No te szczątki w lesie. Przecież to Jagoda Rausówna. Córka ciotki Karoliny. No ta kuzynka Marcina i Kacpra – dodawała informację za informacją, widząc, że Joanna nadal nie pojmuje. – To ty nic nie wiesz?
– Coś... wydaje mi się, że coś kojarzę, ale...
– Jagoda zaginęła... czekaj, ile to już będzie... ze dwadzieścia lat temu? Tak. Nawet dwadzieścia parę.
Monika urwała i nachyliła się w stronę Joanny. Kokosze po drugiej stronie stołu już nadstawiły uszu, nieszczególnie nawet się z tym kryjąc, byle tylko podchwycić w panującym gwarze, jakież to soczyste szczegóły referuje młodej Uliaszowej ta cała Sobocińska. Bo że referuje, to pewne, proszę ja ciebie, jej mąż jest policjantem, to ma co referować, och, nie pleć bzdur, jaka znów tajemnica służbowa, tajemnica służbowa to jest na służbie, a po służbie się idzie do domu, ty mi pokaż mężczyznę, który nie wyłoży żonie wszystkiego jak na spowiedzi. A ludzie mają prawo wiedzieć, proszę ja ciebie!
– Wpadnij w tygodniu na kawę, to ci opowiem o niej na spokojnie, okej? – zaproponowała Joannie. – To grubsza sprawa, a nie chcę...
Nie zdążyła dokończyć, gdyż przez świetlicę poniósł się wrzask zagłuszający wszelkie słowa i myśli, zwłaszcza te racjonalne. Święty Mikołaj wreszcie dotarł z prezentami.
Joanna tylko przytaknęła, że jasne, chętnie wpadnie, choć obydwie doskonale wiedziały, że z tego tygodnia raczej za wiele nie wyjdzie. Ani z kolejnego, prawdę mówiąc. Przerabiały to już nieraz. Jutro co najmniej jedno dziecko obudzi się z katarem po pas, a drugie z bolącym brzuchem, a potem... och, potem zleci błyskawicznie. Przedszkole jak co roku zdziesiątkuje rotawirus, Monikę pewnie znowu wyślą na audyt, niedługo święta, po świętach Nowy Rok, po Nowym Roku bilanse, grypa, zimowe ferie, znając Kacpra, pewnie będzie chciał znowu jechać na narty... To może na wiosnę się uda? Gdzieś w okolicach maja, powinno już być ciepło, kawiarnie w miasteczku wystawią stoliki... Ale przez tę krótką chwilę mogły przynajmniej poudawać, że mają jakąś kontrolę nad własnym czasem.
Kokosze zapomniały o kosteczkach i skupiły się na komentowaniu zasobności rodzicielskich portfeli, a wodzirej apelował do mikrofonu, żeby kochane dzieciaczki może postarały się nie rozszarpać Mikołaja razem z workiem.
– Cześć, dziewczyny.
Zaraz za ich krzesłami przystanął Marcin Sobociński. Joanna musiała zadrzeć głowę, żeby odwzajemnić jego uśmiech. Zawsze się zastanawiała, dlaczego Kacper tak nie przepada za starszym kuzynem. Marcin pracował jako policjant w wydziale do spraw nieletnich i zdaniem Joanny idealnie się nadawał do tej roli. Posturą i sposobem bycia przypominał wielkiego niedźwiedzia z bajki, który z miejsca budził zaufanie u młodszych dzieciaków, u nastolatków zaś słuszny respekt. Gdy tak na niego teraz patrzyła, przyszło jej na myśl, że w sumie Kacper nie przepada za nikim z wyjątkiem rodzonego ojca, więc może to nie Marcin stanowił tu problem.
– Co, przyszedłeś się schować za plecami żony?
– Jeśli żona pozwoli... A wy jak, byłyście grzeczne w tym roku? – zapytał i Joanna zamarła. Na ułamek sekundy opadła ją irracjonalna pewność, że Sobociński czytał jej w myślach, że zaraz wszystkim rozpowie. Dobrze, że już i tak była zarumieniona z gorąca, to nie zauważył, jak bardzo się spłoszyła.
– Niestety. – Monika zrobiła smutną minkę i przesadnie zatrzepotała rzęsami. – Chyba muszę dostać rózgą.
– Chyba rózgę? – poprawił Marcin, kładąc nacisk na ostatnią sylabę.
– Oj, nie wiem, nie wiem...
– Tu są małoletni, proszę obywatelki. – Marcin żartobliwie pogroził jej palcem. – Obywatelka uważa, bo jak wyciągnę paragraf...
Urwał, gdy nieoczekiwanie tuż obok niego wyrósł Paweł Wróbel.
– Słuchaj, Marcin, jest sprawa – zaczął półgłosem, a potem spojrzał z ukosa na Monikę i Joannę.
Chyba nie sądził, że wstaną i pójdą, żeby mogli pogadać? Monika odchyliła się na swoim krześle i ostentacyjnie założyła nogę na nogę. Nigdzie się nie wybierała.
– No? – Sobociński ponaglił kuzyna. – O co chodzi?
– Wyszedłem sobie na parę minut, nie? Ten pieprzony Mikołaj dzwonił, że się spóźni, że niby zabłądził, kurwa, zabłądził na prostej drodze, więc pomyślałem, że wyjdę na papierosa i mu pomacham czy coś, zanim znów źle skręci i zawróci na Olsztyn. – Odchrząknął. – No i wtedy to zobaczyłem.
– Co takiego?
– Światło w oknach. U ciotki Karoliny.
– Szlag... – syknął pod nosem Marcin.
Dom ciotki Karoliny od lat stał pusty, zamknięty na głucho. Jedyny komplet kluczy, jaki został, wisiał w skrzyneczce w przedpokoju Sobocińskich, którzy od czasu do czasu doglądali budynku. Plakaty informujące o dniu i godzinie zabawy mikołajkowej wisiały wszędzie. Pewnie ktoś postanowił skorzystać z okazji i włamać się do opuszczonej nieruchomości. Tylko po co, skoro w środku nie zostało nic, co warto by było ukraść? Chyba że temu komuś zamiast kradzieży z włamaniem zamarzył się mały akt wandalizmu albo...
Albo wieść się rozeszła, hieny się zleciały i teraz węszyły za smakowitym truchłem.
– Dzwonić po...
– Nie no, weź. – Marcin machnął ręką. – Nie będziemy chłopakom głowy zawracać. Sam to sprawdzę.
– To może iść z tobą? – zaoferował Paweł.
Sobociński szybko przemyślał sprawę. Paweł Wróbel był stolarzem z ręką równie wprawną, co ciężką. Niejednemu w życiu w mordę dał, za to mało kto miał okazję mu się zrewanżować tym samym. Tyle że Marcin nie spodziewał się zastać w domu ciotki zorganizowanej szajki bandytów. A gdyby się jednak mylił, wolał nie mieć wówczas na karku cywila, i to pewnie jeszcze podpitego, jak połowa dorosłych zebranych w świetlicy. Zresztą włamywacze pewnie się spłoszą i sami zwieją, gdy tylko się zbliży, a Marcin nie zamierzał ich gonić po polach z poświęceniem godnym o wiele lepszej sprawy.
– Nie trzeba. Dasz sobie radę? – zwrócił się do Moniki. – To pewnie nic takiego, zaraz wrócę – zapewnił, przekonany, że żona będzie zła, bądź co bądź zostawiał ją samą z bliźniakami w tym przedsionku piekła. Lecz Monika tylko posłała mu całusa i na powrót skupiła się na przerwanej rozmowie z Joanną.
Korzystając z tego, że nieszczęsny Mikołaj wciąż znajdował się w centrum zainteresowania, a wodzirej odpalił z głośników dynamiczny podkład dźwiękowy, Marcin Sobociński dyskretnie opuścił świetlicę. Kątem oka zarejestrował jedynie zdawkowy ukłon ze strony Szymona Uliasza. Cóż, wujowi nigdy nic nie umknęło.
Najpierw wstąpił do domu i dla pewności sprawdził: tak jak pamiętał, klucze ciotki wciąż wisiały w skrzyneczce w przedpokoju. Zabrał z szafki dużą latarkę, na tyle ciężką, żeby w razie czego mogła posłużyć do obrony, a zarazem na tyle niewinną, żeby nikt mu nie przypiął premedytacji, i ruszył na piechotę przez opustoszałą wieś. Dotarł do miejsca, gdzie od wąskiej wstęgi asfaltu odbijała szutrowa dróżka, i wspiął się nią aż na niewielkie wzniesienie pośród pól. Tam, w otoczeniu starych, kruchych topoli, stał dom świętej pamięci ciotki Karoliny.
Tak naprawdę był to dom wujka Witka, o czym wszyscy chyba już dawno zdążyli zapomnieć. Nic dziwnego, gdyby się tak zastanowić. Ciotka nie żyła od piętnastu lat, a przecież wujek umarł na długo przed nią. Marcin doskonale pamiętał tamten dzień. Rano pojechał z mamą do miasteczka po tornister i zeszyty, podekscytowany, ale też trochę wystraszony, bo za tydzień miał iść do pierwszej klasy, a wieczorem zapukała sąsiadka i powiedziała ojcu, że Witek, jego starszy brat, nie żyje. I tyle było z radości. W dniu pogrzebu panował taki upał, że nawet w cmentarnej kaplicy ledwo dało się oddychać. W gęstym powietrzu wisiała woń świeżego potu, starego kadzidła i źle zakonserwowanego trupa, który jeszcze niedawno był po prostu wujkiem Witkiem i wcale tak nie cuchnął, nawet gdy sobie z ojcem popił.
Kiedy Sobociński zatrzymał się na pustym podwórku, z zewnątrz wszystko wydawało się w całkowitym porządku. Nie licząc, rzecz jasna, nieproszonego gościa, który najwyraźniej poczuł się na tyle pewnie, że zapalił sobie górne światło. Cóż. Ktokolwiek to był, chyba nie przemyślał tego włamu za dobrze. Ryzyko, że Marcin zastanie w środku kogoś groźniejszego niż paru znudzonych szczeniaków smarujących sprayem po ścianach, właśnie spadło w okolice zera.
Światło z wnętrza rozlewało się przez okno na parterze prosto na różane krzewy rosnące wzdłuż całej ściany i Marcin przypomniał sobie, jak któregoś roku w lany poniedziałek ganiali się po podwórku ciotki. Sam nie wiedział, jak to się stało, że w pewnym momencie wleciał prosto w te róże. Ciotka Karolina chciała z niego pasy drzeć, ledwo wtedy zwiał i przez następny tydzień przezornie nie pokazywał się jej na oczy. Krzewy na szczęście szybko odbiły, rozrosły się przez te wszystkie lata i teraz sięgały wysoko ponad parapet. Latem zasłaniały całe okno, jednak na początku grudnia bardziej niż żywą roślinę przypominały smętnego jeża ze sterczących patyków, których od dawna nikt już nie przycinał na zimę.
Jedno wspomnienie pociągnęło za sobą drugie. O tam, w tamtej topoli, była dziupla, w której Jagoda zrobiła okienko z dwóch kawałków szyby i ściśniętych między nimi polnych kwiatów. Nawet ładnie to wyglądało, zwłaszcza gdy słońce było nisko i padało prosto na dziuplę. A tu, na czterech kamiennych schodkach wiodących do domu, w pewne niedzielne popołudnie uczyli Jagodę wiązać sznurowadła. Kiepsko jej to szło, głównie dlatego, że ciągle płakała, bo wychowawczyni zapowiedziała, że postawi dwóję każdemu, kto nie opanuje tej sztuki do poniedziałku. A kto to widział przynieść do domu dwóję z wiązania sznurowadeł!
Potem przed oczami stanęły Marcinowi sandały z kolorowych pasków – i wtedy go dopadło. Bez ostrzeżenia. Panika, czysta panika wprawiła go od środka w niepohamowany dygot, jakby każdy z jego wewnętrznych organów usiłował się zerwać z uwięzi. Z wierzchu za to skamieniał, podczas gdy czyjaś niewidzialna dłoń zaciskała się na nim w pięść, miażdżąc ciało razem z duchem.
Nie, nie teraz, nie teraz, błagam, tylko nie teraz...
Marcin czuł, że umiera.
Prosto w spanikowany umysł uderzały bodźce, rozbłysk za rozbłyskiem, mocno i boleśnie.
Tyle krwi.
...tamten zapach, znajomy, metaliczny, wwiercał się Marcinowi w nozdrza, chociaż nie mógł, bo nie istniał, bo był jedynie wspomnieniem, niczym więcej...
Tyle krwi...
...wspomnieniem, które wyciskało powietrze z płuc, które dzwoniło mu w uszach ogłuszającym echem, echem tamtego głosu, tamtego krzyku...
Tyle krwi, tyle krwi, boże, skąd tyle krwi...
I nagle było po wszystkim, ot tak, po prostu. Niewidzialna dłoń znudziła się zabawą i puściła. Marcin zachłysnął się chłodnym powietrzem, które znów docierało do jego płuc. Dzwonienie ucichło, ustał dygot. Za to tętno wciąż galopowało mu jak szalone. Czekając, aż zwolni, otarł zimny pot z czoła mankietem kurtki i spojrzał na wyświetlacz komórki. Osiemnasta czterdzieści siedem. Wydawało mu się, że umierał przez wieczność, tymczasem jak zawsze minęła zaledwie minuta. Jedna, przeklęta minuta.
– Pieprzony idiota... – wymamrotał pod własnym adresem. I pogratulował sobie, że spławił Pawła. Na samą myśl, że kuzyn czy ktokolwiek inny mógłby być tu razem z nim przez tę minutę, Marcinowi zrobiło się naprawdę niedobrze.
Wewnątrz domu rozległ się głośny stukot.
Marcin cały się spiął. Najpierw jeszcze raz rozejrzał się po podwórku, wypatrując w ciemności jakiegoś poruszenia, sylwetki, czegokolwiek. Nic. No dobra, pora się ruszyć. Ominął plamę światła rozlaną na ziemi i wspiął się na schodki. Jak najdelikatniej, żeby nie narobić więcej hałasu, niż musiał, nacisnął klamkę. Ku jego zaskoczeniu drzwi ustąpiły, witając go cichym jękiem zawiasów.
Nie wchodził dalej, zatrzymał się w niewielkiej sieni, skąd miał widok i na drewniane schody po lewej, i na przechodni pokój po prawej, gdzie ciotka urządziła salon. Czy nieproszony gość buszował na piętrze, czy też na parterze, musiał przejść tędy, żeby wydostać się z domu. O ile nie postanowi uciec przez okno.
– Dobry wieczór! – zawołał lekko, niemalże serdecznie. – Marcin Sobociński, komenda powiatowa policji. Z kim mam przyjemność w ten uroczy wieczór?
Gdzieś w głębi domu drewniana podłoga zatrzeszczała pod czyjąś stopą. I znowu. I znowu, rytmicznie, raz po raz. Nieproszony gość zmierzał w jego kierunku przez parter, reagując posłusznie na wezwanie.
Sobociński zacisnął mocniej palce i uniósł latarkę, szykując się na to, co miało nadejść.
Ręka sama mu opadła pod ciężarem nagle niemożliwym do udźwignięcia. A potem słabość spłynęła niżej, aż sięgnęła nóg, i Marcin Sobociński był pewien, że zaraz runie w ten kurz jak kłoda. Bo przecież znał tę postać, która stanęła w wejściu do przechodniego pokoju, znał tę dziewczynę, po prostu... nie sądził, że kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy.
A już z pewnością nie żywą.
– Wróciłaś... – wydusił przez ściśnięte gardło. – Boże. Ty naprawdę wróciłaś.