Niebiosa są puste. Odkrywanie zapomnianego miasta - Avrom Bendavid-Val


Reflow text when sidebars are open.
Gdyby diaspora znów istniała, gdyby całą historię Żydów można było skondensować w jednym miejscu - w którym niczym w probówce skupiłyby się żywiołowość i katastrofa, pragnienia, pomysłowość i zniszczenie - znaleźlibyśmy się w Trochenbrodzie. Im więcej dowiadywałem się o owym sztetlu - a większość mojej wiedzy pochodzi z tej właśnie książki - tym wyraźniej czułem, że było to najbardziej niezwykłe miejsce na ziemi.
W 2002 roku wniosłem swój wkład do niewielkiego, choć mającego zróżnicowany charakter księgozbioru poświęconego Trochenbrodowi. Moja powieść Wszystko jest iluminacją to rezultat wyprawy dwudziestoletniego studenta pragnącego odszukać kobietę, która ocaliła jego dziadka, Louisa Safrana, od śmierci z rąk nazistów. Nie jest to książka o dziejach Trochenbrodu, lecz głęboko osobista opowieść o przeżyciach młodego człowieka w ojczyźnie jego przodków.
Niebiosa są puste opisują niezwykłą historię niezwykłego miejsca. Jeśli ta książka wydaje się w większym stopniu fikcją literacką niż moja powieść, dzieje się tak z powodu wyjątkowości Trochenbrodu, okropieństwa Holokaustu oraz dociekliwości i talentu pisarskiego Bendavida-Vala. Tę rzetelną dziennikarską relację czyta się czasem jak science fiction, czasem jak powieść z nurtu realizmu magicznego albo dreszczowiec, a zawsze jak tragedię. Można przyłapać się na łzach przy lekturze fragmentów, które wcale nie są smutne.
Żydzi kończą wieczór sederowy - obchodzony na pamiątkę wyjścia z Egiptu i dla uczczenia nieustannego dążenia do wolności - słowami: "Następnego roku w Jerozolimie". Może wydawać się to osobliwe nam, którzy nie mieszkamy w Jerozolimie, ale jeśli chcemy tam się znaleźć, nie musimy czekać do przyszłego roku. Nie wybieramy się tam, bo nie czujemy potrzeby.
Słowa te nie odnoszą się jednak do Jerozolimy jako miejsca na mapie, lecz do idei. Następnego roku spotkamy się więc w miejscu odkupienia, w miejscu, gdzie gromadzą się kawałki wszechświata i gdzie bardziej przypominamy ludzi z opowieści, które opowiadamy sobie o nas samych.
Trochenbrod nigdy nie będzie odkupiony, a my nigdy nie znajdziemy się tam w następnym roku. Śmierć nie zamieni się w życie, domy nie wyrosną z ziemi. Diaspora nie wróci. A mimo to my, czytelnicy tej książki, jesteśmy mieszkańcami tego miasteczka.
Trochenbrod był najbardziej niezwykłym miejscem na ziemi. Nie był... jest.
JONATHAN SAFRAN FOER
Brooklyn, Nowy Jork
Było niegdyś na zachodniej Ukrainie miasto zwane Trochenbrod. Kwitły w nim wszelkiego rodzaju handel i rzemiosło, z całej okolicy zjeżdżali się tam ludzie do pracy lub by coś kupić albo sprzedać. W Trochenbrodzie były poczta, posterunek policji, oddział straży pożarnej, dom kultury, szkoły i wszystko, czego można oczekiwać w małym, ale tętniącym życiem mieście. Nic nie pozostało. Jedynym śladem po głównej ulicy miasteczka jest biegnąca po pustkowiu droga, którą jeżdżą ciągniki i wozy konne.
Ojciec nigdy nie opowiadał mi o swym rodzinnym mieście, ja zaś, dorastając w Ameryce lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nigdy go nie pytałem. Gdy zdarzyło się jednak, że o nim wspomniał, wymawiał słowo "Trochenbrod" tonem, w którym wyczuwało się tęsknotę, sentyment i smutek; zawsze wykrzywiał przy tym usta w półuśmiechu, jakby dawał do zrozumienia, że było to "zabawne małe miasteczko". Gdy ojciec odszedł, wiedziałem o Trochenbrodzie tylko tyle, ile udało mi się wyczytać ze sposobu, w jaki wymawiał tę nazwę. Krewni mówili mi, że Trochenbrodu już nie ma, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Nie robiło na mnie wrażenia ani to, że takie miasteczko kiedyś istniało, ani to, że już nie istnieje. Trochenbrod był dla mnie tylko niewyraźnym cieniem.
Nagle przestał nim być. Stało się to, gdy z przyczyn, których już nie pamiętam, znalazłem się w mormońskim centrum poszukiwań rodzinnych, aby odnaleźć Trochenbrod, i odkryłem pierwsze potwierdzenie w druku, że miasteczko naprawdę istniało i miało następujące współrzędne geograficzne: 50°55'21,68" szerokości geograficznej północnej i 25°43'07,54" długości geograficznej wschodniej. Pod współrzędnymi znajdowało się objaśnienie, że mieszkańcami miasta byli w większości Żydzi, że znano je pod dwiema nazwami - Trochenbrod i Zofiówka i że zostało całkowicie zniszczone podczas Holokaustu. Niespodziewanie okazało się realne - to miejsce naprawdę kiedyś było, a teraz go już nie ma. Miało dwie nazwy, musiało więc istnieć. Co mogło tam pozostać? Musiały przetrwać przynajmniej jakieś ślady budynków, które kiedyś stały tam, w miejscu określonym przez współrzędne.
Tego rodzaju myśli kołatały się niekiedy gdzieś w tyle mojej głowy w czasach, gdy pracowałem jako specjalista w zakresie rozwoju gospodarczego krajów rozwijających, aż któregoś dnia podczas pobytu w Warszawie dotarło do mnie, że Trochenbrod leży tuż za granicą z Ukrainą, trochę na południe. Dotarcie tam nie powinno być zbyt trudne. Dlaczego nie spróbować? Był rok 1997. Zdobyłem telefon młodego człowieka, który zakładał właśnie we Lwowie firmę zajmującą się badaniami genealogicznymi na zlecenie rodzin żydowskich i był gotów służyć jako przewodnik, tłumacz i kierowca ludziom takim jak ja. Uzgodniliśmy terminy i ustaliliśmy, że wyruszymy na poszukiwanie Trochenbrodu w listopadzie tego roku.
Ten młody człowiek nazywał się Aleksander Dunaj. Jakieś dziesięć lat później wiele ciepłych słów poświęcił mu inny klient, który został jego przyjacielem, Daniel Mendelssohn, w książce Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów. Aleks towarzyszył Danielowi podczas wizyty w małym miasteczku na Ukrainie, gdzie mieszkali i zostali zamordowani jego krewni, pomógł mu też odkryć, co się tam wydarzyło. W tym samym czasie pomagał również mnie.
Aby przygotować się do wyprawy, odwiedziłem Bibliotekę Kongresu. Znalazłem tam między innymi rosyjską mapę z końca XIX wieku i dzięki współrzędnym zlokalizowałem na niej Trochenbrod. Mapa była precyzyjna. Gdy zrobiłem fotokopię okolic w większej skali, dało się na niej dostrzec zarys miasteczka i biegnących przez nie dróg; przypominało to trochę zdjęcie lotnicze. Szybko wyszedłem z majestatycznego gmachu, żeby móc głośno krzyknąć z radości. Kawałki układanki zaczynały do siebie pasować. Nie mogłem się doczekać wyjazdu na Ukrainę.
Gdy przypominam sobie ten dzień, zaczynam się śmiać nie z tego, jaki byłem podekscytowany i przejęty, ale ze swojej naiwności. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że to, czego doświadczę i co odkryję w Trochenbrodzie i jego okolicach, sprawi, że będę czuł nieprzepartą potrzebę dowiedzenia się więcej i powrotu tam jeszcze raz, i jeszcze raz - przez ponad dziesięć lat. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że znajdę się pod urokiem miejsca, które zniknęło, ludzi, którzy odeszli na zawsze, bogatej kultury startej z powierzchni ziemi, narodów, które wyginęły, i nowych narodów, a wszystko to nierozerwalnie splecione z wydarzeniami i kataklizmami dziejowymi. Nie przypuszczałem, że aby dowiedzieć się czegoś o Trochenbrodzie, będę musiał zapoznać się w wieloma aspektami historii świata, które wcześniej były mi nieznane, i że uwikłam się w największe przedsięwzięcie badawcze w moim życiu. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że doświadczenie to wzbogaci mnie bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek było moim udziałem.
Wylądowałem wraz bratem, Marvinem, i kopią mapy w ręku na małym, dziwacznym, pamiętającym czasy radzieckie, a przypominającym staroświecką stację kolejową lotnisku we Lwowie, stolicy zachodniej Ukrainy. Przywitał nas jowialny, nieco zbyt pulchny Aleks ze swą wierną ładą, radziecką wersją fiata z 1972 roku. Zwiedziliśmy dość pobieżnie Lwów, po czym ruszyliśmy na północny wschód, do oddalonego o ponad 150 kilometrów Łucka. Ukraina wychodziła dopiero z komunizmu, nie było bankomatów, stacji benzynowych, autostrad; brakowało gorącej wody i poza nielicznymi wyjątkami w największych miastach - przyzwoitych restauracji; nie akceptowano też kart kredytowych. Drogi znajdowały się w strasznym stanie, a fasady większości budynków przedstawiały żałosny widok. W całym mieście widać było biedę - na ulicznych straganach można było kupić tylko artykuły pierwszej potrzeby, a w sklepach straszyły prawie puste półki; po ulicach snuli się ludzie o twarzach naznaczonych zmartwieniami i niepokojem, nędznie ubrani i w zniszczonych butach; aż roiło się od wszelkiego rodzaju krętaczy i złodziei, próbujących położyć ręce na cudzych pieniądzach. Na wsi podstawowym środkiem transportu były wozy konne; wszędzie biegały zwierzęta, przy rozpadających się chałupach widać było studnie, wychodki i drewniane, kryte papą szopy; wszędzie mnóstwo stogów siana, błoto, a na polach - pochyleni ludzie pracujący za pomocą prymitywnych narzędzi jak z poprzedniego stulecia.
Pewien imigrant z Łucka, którego mój brat odszukał w Nowym Jorku, podał nam nazwisko i numer telefonu znajomego mieszkającego w jego rodzinnym mieście. Znajomy (miał na imię Władysław) okazał się żarliwym komunistą, który jeszcze nie pogodził się z utratą pozycji partyjnego aparatczyka i bez końca dowodził, że w czasach komunistycznych wszystko było dużo lepsze. Jak mówił, najpierw był Żydem, potem został internacjonalistą. Władysław wiedział o Trochenbrodzie i chętnie pokazał nam jego przybliżone położenie na dużej mapie regionu wiszącej w głównej siedzibie łuckiej partii komunistycznej; teraz ta siedziba mieściła się w jednym pokoju. Przedstawił nas również kobiecie o imieniu Jewgienia, która urodziła się w Trochenbrodzie i jako szesnastolatka ocalała z Holokaustu, ukrywszy się wraz z rodzicami w lesie. Znaleźli ich i uratowali ukraińscy partyzanci. Jewgienia zakochała się w jednym z nich i po wojnie została z nim w Łucku. Powiedziała nam, że przed pięciu laty grupa członków izraelskiej organizacji kultywującej pamięć o Trochenbrodzie postawiła pomnik w miejscu, gdzie kiedyś było miasto. Poprosiła też, abyśmy zabrali ją na wycieczkę do Trochenbrodu następnego dnia.
Rano łada Aleksa zawiozła naszą czwórkę 40 kilometrów na północny wschód, najpierw drogą utwardzoną, później polną, a w końcu leśnym duktem. We wsi Jaromel, w pobliżu której znajdować się miały masowe groby pomordowanych mieszkańców Trochenbrodu, odnaleźliśmy starszego mężczyznę, który pamiętał miasteczko. Miał na imię Michajło. Nosił wysokie buty, ciężkie czarne palto i futrzaną czapę. Trzymał się prosto, ale chodził z laską. Na jego pomarszczonej, choć okrągłej i czerstwej chłopskiej twarzy pozostawiły ślady lata trudnych doświadczeń i ciężkiej pracy. Michajło powiedział, że w Trochenbrodzie mieszkali łagodni, ufni Żydzi i że dobrze pamięta okropieństwa okupacji nazistowskiej. Czekał ponad pięćdziesiąt lat na kogoś, kto go o to zapyta. Próbowałem powstrzymać łzy niespodziewanie cisnące mi się do oczu i przez kilka chwil nie mogłem wydobyć słowa. Droga okazała się trudna dla Michajły, utykał i musiał podpierać się laską, upierał się jednak, że pójdzie z nami do lasu, aby pokazać nam groby. Michajło i Jewgienia - każde z nich doświadczyło Holokaustu w odmienny sposób - szli przodem, rozmawiając po ukraińsku.
Kilka godzin później, po obejrzeniu miejsca, gdzie znajdował się masowy grób, brnęliśmy przez wysokie do kolan trawy, szukając samego Trochenbrodu. W końcu zobaczyliśmy w oddali najpierw ciemny punkt, ledwie widoczny na tle drzew, a potem pomnik - ustawioną pionowo płytę z czarnego marmuru. Podbiegliśmy do niej, wydając okrzyki, z ramionami rozłożonymi jakby na powitanie utraconych krewnych. Pomnik stanął na północnym skraju miasteczka, w miejscu, gdzie znajdowała się największa synagoga, spalona przez nazistów po zamordowaniu ostatnich mieszkańców. W pobliżu pomnika zauważyłem trójkąt przecinających się dróg. Takie samo trójkątne skrzyżowanie widniało na starej rosyjskiej mapie. Jedna z tych dróg była kiedyś jedyną ulicą Trochenbrodu. Spojrzałem na podwójny rząd wystrzępionych drzew i krzewów i poczułem, że cały drżę - to był Trochenbrod. Ludzie tam pracowali, rodziny zasiadały do posiłków, bawiły się dzieci. Wszystko tętniło życiem. Tam urodził się i dorastał mój ojciec. A to miejsce nie znikało powoli, mieszkańcy nie wyjeżdżali niespiesznie jedna rodzina po drugiej. Zostało unicestwione.
Zostawiliśmy ładę Aleksa mniej więcej półtora kilometra dalej, ponieważ droga zaczęła zamieniać się w nieprzejezdne, błotniste bajoro. Po powrocie okazało się, że samochód na dobre ugrzązł w błocie. Jewgienia była zmęczona, Marvin został więc z nią przy samochodzie, podczas gdy Aleks i ja ruszyliśmy do najbliższej wsi, Domaszowa, żeby znaleźć jakiś traktor, który nas wyciągnie. Zobaczyliśmy tam koło wiejskiej chaty ciągnik ze znakami zlikwidowanego już radzieckiego kołchozu. Zapukaliśmy do drzwi, obecny właściciel maszyny przywitał się z nami serdecznie i chętnie zgodził się nam pomóc. Przyniósł wodę ze studni na podwórzu i nalewał do chłodnicy traktora, gdy z domu wybiegł stary, bezzębny mężczyzna, ojciec gospodarza, wymachując laską i krzycząc: "Amerikanski! Amerikanski!". Oznajmił, że Ukraina ma najżyźniejszą ziemię na świecie i byłaby dziś wielkim narodem, większym niż Ameryka, gdyby ci parszywi komuniści nie zrujnowali wszystkiego. Trzymali paszporty chłopów, by nie mogli opuszczać wsi, i zabierali chłopskich synów do wojska i do pracy w fabrykach, tak że nie mieli oni pojęcia o pracy na roli. Aleks tłumaczył, a my śmialiśmy się i przytakiwaliśmy głowami, wsiadając jednocześnie do traktora. Gdy odjeżdżaliśmy z synem, staruszek ojciec wciąż stał na środku drogi, ciągnąc swą tyradę i wymachując laską; robił się coraz mniejszy, aż w końcu zupełnie zniknął nam z oczu.
Wyciągnęliśmy ładę z błota i ruszyliśmy w drogę powrotną do Łucka. Było już ciemno. Cały dzień spędziłem na wsi, urzekły mnie gęgające wszędzie gęsi, pola - i te leżące odłogiem, i uprawne - rozległe lasy, obrośnięte sitowiem strumienie, wioski, furmanki, studnie i płoty jak sprzed wieków, żółte i zielone równiny ciągnące się po horyzont z jednej strony, a ucięte ścianą lasu z drugiej. Jechaliśmy powoli leśnym duktem, żeby dotrzeć do drogi międzymiastowej. Żadnych ludzi, ruchu, świateł, hałasu, z wyjątkiem warkotu naszej łady. Poprosiłem Aleksa, żeby zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Wysiedliśmy i przez kilka minut staliśmy w oszałamiającej ciszy. Spojrzałem w górę i zobaczyłem przepastne granatowe niebo, rozgwieżdżone miliardami skrzących się punkcików. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Na widok takiego piękna łzy same cisnęły się do oczu. Uświadomiłem sobie, że patrzę na to samo niebo, na które przez pierwszych dwadzieścia lat swego życia patrzył nocami mój ojciec.
Wpadłem po uszy. Musiałem dowiedzieć się więcej. Musiałem dowiedzieć się więcej o Trochenbrodzie. O okolicznych wsiach. O tutejszych terenach. O lasach. Musiałem się dowiedzieć, jak wyglądało życie w Trochenbrodzie. Przez następnych dwanaście lat wracałem tu raz po raz, zwykle w towarzystwie Aleksa, ale także Iwana Podziubanczuka, dociekliwego i rzutkiego gospodarza z Domaszowa, z którym się zaprzyjaźniłem. Podczas jednego z wyjazdów badałem źródła w Archiwum Państwowym w Łucku; podczas innego przeszedłem ulicą Trochenbrodu, aby wyczuć odległości i jednocześnie sprawdzić, czy w ziemi nie ma jakichś pozostałości; w czasie kolejnego odwiedziłem okoliczne wsie i zbierałem relacje naocznych świadków, Polaków i Ukraińców, o miasteczku; jeszcze inny wyjazd poświęciłem badaniu dziejów partyzantki na tych terenach. Za którymś razem wśliznąłem się do ukraińskiej bazy lotniczej, przecierając sobie drogę butelką przywiezionego z kraju bourbona. Gdy lecieliśmy małym samolocikiem, który wynająłem, aby zobaczyć z góry polanę, na której leżał Trochenbrod, na tle otaczających miasteczko lasów, zaskoczył mnie widok myśliwców odrzutowych ustawionych wzdłuż pasa startowego.
Zbierałem również wszystkie materiały zawierające wzmianki o Trochenbrodzie - książki, wspomnienia, mapy, prace magisterskie i doktorskie, dokumenty państwowe, zdjęcia. Iwan zaczął odkrywać w swojej wsi pozostałości materialne z Trochenbrodu. I wreszcie, zdając sobie sprawę, że nieliczni żyjący jeszcze mieszkańcy miasteczka są już w sędziwym wieku, krążyłem pospiesznie po Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Polsce, Ukrainie i Izraelu, nagrywając na taśmy wideo rozmowy z ludźmi, którzy spędzili dzieciństwo i młodość w Trochenbrodzie i mogli opisać, jak wyglądało tam życie.
Zacząłem swe poszukiwania jako swego rodzaju sprawę rodzinną, ponieważ chciałem dowiedzieć się czegoś o sztetlu, z którego pochodził mój ojciec. Nie wiedziałem, że rodzinne miasto ojca odegrało swoją rolę w historii. Początkowo sądziłem, że Trochenbrod był wsią, okazał się jednak tętniącym życiem niezależnym ośrodkiem handlu liczącym ponad 5 tysięcy mieszkańców, wyrosłym na miejscu samotnej, otoczonej lasami wioski założonej przez Żydów na początku XIX wieku. Miasto istniało 130 lat i było fenomenem - na ziemiach zamieszkanych przez gojów zostało zbudowane przez Żydów, zachowało niezależność, pozostało całkowicie żydowskie i miało się świetnie aż do unicestwienia w czasie drugiej wojny światowej.
Trochenbrod był z pewnością typowym sztetlem, jednym z miasteczek przedstawianych z wielkim uczuciem i sympatią w dziełach żydowskich pisarzy i artystów, takich jak Szolem Alejchem czy Marc Chagall. Leżał jednak wśród lasów, a ponieważ jego mieszkańcy zajmowali się zarówno uprawą ziemi, jak handlem, najbardziej charakterystyczne cechy sztetla występowały tu w stanie czystym, ale w połączeniu z nieznanym gdzie indziej głównym rodzajem aktywności, rolnictwem. Odosobnienie i czysto żydowski charakter sprawiały, że Trochenbrod rządził się w zasadzie własnymi prawami, niezależnymi od obowiązującego porządku. Panowała tam atmosfera swobody, niezwykle sprzyjająca przedsiębiorczości i pomysłowości. Szabas, żydowskie święta i wesela były świętowane nie w miasteczku, lecz przez miasteczko, a mieszkańców łączyło silne poczucie wspólnoty, cokolwiek wyizolowanej z otoczenia; wspólnoty, w której wszyscy się znają, wyznają podobne wartości i religię, są połączeni wspólną tradycją. Dzieje Trochenbrodu nadają nowy wymiar historii Europy Wschodniej i mieszkających tam Żydów.
Gdy w końcu postanowiłem napisać książkę i zbierałem w całość wszystkie notatki, nagrane wywiady, dokumenty, mapy, książki, ocalałe przedmioty i inne materiały, zaskoczyło mnie wsparcie ze strony wielu rodzin, które usłyszały o moim pomyśle i zaoferowały pomoc, pragnąc ocalić Trochenbrod od zapomnienia. Ofiarowano mi zdjęcia rodzinne, niektóre jeszcze z XIX wieku, pamiątki do sfotografowania, a także niedrukowane wspomnienia zmarłych krewnych opisujące życie w Trochenbrodzie.
Jestem głęboko wdzięczny wielu osobom, obywatelom sześciu krajów, którzy wspomogli mnie materiałami i chętnie zgodzili się na rozmowy. To dzięki nim mogłem spacerować ulicą miasteczka, zobaczyć oczyma duszy i obserwować codzienną krzątaninę jego mieszkańców, kupujących i sprzedających, kłócących się i pozdrawiających, podczas gdy dzieci biegają i bawią się, bezpieczne na ulicy jak w rodzinnym domu. Mogłem usłyszeć pełną powagi muzykę z synagog i porywające pieśni młodych syjonistów, stukot furmanek i nawoływania obwoźnych handlarzy z okolicznych wsi, zachwalających swój towar mieszkańcom miasteczka. Dzięki pomocy życzliwych ludzi mogłem po dziesiątkach lat przywrócić do życia Trochenbrod, nieistniejące już miasto na Ukrainie.
Zasadniczą część książki stanowią cztery rozdziały poświęcone kolejnym okresom historii Trochenbrodu. Czytelnicy zainteresowani położeniem geograficznym wymienionych tu miejsc mogą przed lekturą zapoznać się z mapami wewnątrz książki. W Epilogu omówione zostały ostatni etap dziejów Trochenbrodu oraz losy jego niegdysiejszych mieszkańców, którzy przeżyli Holokaust. Zdjęcia miejsc i ludzi ważnych dla dziejów miasteczka znajdują się na wkładce.
W tekście wykorzystałem przede wszystkim relacje z pierwszej ręki, ale ci czytelnicy, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej, znajdą w części zatytułowanej Świadkowie wspominają kolejne wypowiedzi, które wzbogacą wiedzę o życiu Trochenbrodu i okolicznych wsi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej