Niebieskie Róże - Juliette Roche

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II - "Ślub" bez wieczności

Zanim Aron zniknął w lesie, zdążył zamieszkać z Lirą. Nie połączył ich ślub. W Dębowym Progu śluby nie zmieniały świata. NIe było ich po prostu, tak jak nie było żadnych Sakramentów.

Nie zatrzymywały czasu. Nie otwierały nowych dróg. Nie sprawiały, że ludzie stawali się kimś innym.

Były raczej potwierdzeniem tego, co już i tak trwało - że dwoje ludzi postanowiło iść obok siebie tak długo, jak długo pozwoli im las i własne siły.

Lira znała Aron od lat.

Nie był człowiekiem, który umiał dużo mówić. Kiedy inni roztrząsali sprawy przy studni, on zwykle milczał, naprawiał coś albo patrzył w stronę boru, jakby zawsze liczył drzewa, których nikt nie mógł policzyć.

Lira lubiła to milczenie. Nie było w nim pustki. Było raczej miejsce, w którym można było oddychać.

Ślubu nie było, ich zamieszkanie wspólne odbyło się bez pieśni, które mogłaby pamiętać.

Tylko wiatr przechodził przez osadę jak gość, który nie został zaproszony, ale i tak przyszedł.

Stary człowiek z kapliczki wypowiedział kilka słów, których nikt potem nie powtórzył dokładnie. Nie dlatego, że były nieważne - raczej dlatego, właśnie były ważne. To było coś o tym, że jeśli człowiek nie zapanuje nad swoim cieniem, on przejmie nad nim kontrolę. Ale ludzie z osady zabijają wszystko, co tylko kazało im myśleć. Ale Lira zapamiętała te słowa i nosiła je w swym sercu, zastanawiając się nad ich wagą. Chciała o tym porozmawiać z Aronem. Ale on milczał. A potem powiedział - zamieszkamy razem.

Włożył jej na palec pierścień z żelaza.

Zwykły, ciężki, chłodny.

Nie złoto. Nie srebro.

Żelazo było bliższe temu miejscu niż cokolwiek innego.

- Będę z tobą mieszkał - powiedział.

Lira spojrzała na niego.

W jego oczach nie było obietnicy nieśmiertelności. Nie było też strachu.

Było coś prostszego.

Zgoda na trwanie, dopóki trwanie ma sens.

- A ja z tobą, Aronie - odpowiedziała.

I przez chwilę naprawdę mogło się wydawać, że to wystarczy.

Pierwsze dni po zamieszkaniu razem były ciche w sposób, który nie budzi niepokoju.

Lira budziła się wcześniej niż Aron. Otwierała drzwi, patrzyła na osadę, która jeszcze spała, jakby bała się, że jeśli ktoś zobaczy świat za wcześnie, to coś się w nim zmieni.

Aron wychodził do pracy bez słowa. Wracał z drewnem, z wodą, z drobnymi rzeczami, które utrzymywały ich życie w całości.

Wieczorami siadali obok siebie.

Nie zawsze rozmawiali.

Czasem wystarczało, że byli.

Tylko las... nigdy nie milczał całkiem.

Na początku była to tylko obecność.

Jakby coś w głębi boru stało i patrzyło.

Nie groźnie. Nie jawnie.

Po prostu... uważnie.

Lira zauważyła to pierwsza.

Pewnego wieczoru, gdy słońce schodziło nisko, a cienie wydłużały się aż do studni, powiedziała:

- Czujesz to?

Aron spojrzał w stronę drzew.

- Las zawsze patrzy - odpowiedział spokojnie. - Taka jego natura.

- Ale teraz... inaczej.

Nie odpowiedział od razu.

Potem wzruszył ramionami.

- Może to my patrzymy inaczej.

Nie ciągnęli tematu.

W Dębowym Progu nie rozwijało się myśli, które nie miały pewnego zastosowania. Zbyt długie patrzenie w niewyjaśnione rzeczy kończyło się niepokojem.

A niepokój był tu traktowany jak choroba.

Kilka dni później Lira poszła po wodę.

Studnia stała w środku osady jak stare oko, które widziało wszystko, ale niczego nie komentowało.

Kiedy nachyliła się nad wiadrem, zobaczyła swoje odbicie.

Przez chwilę wydawało jej się, że w wodzie jest ktoś jeszcze.

Za nią.

Odwróciła się gwałtownie.

Nikogo nie było.

Tylko wiatr przesunął się między domami.

Kiedy wróciła do Arona, nie powiedziała mu o tym.

Nie dlatego, że mu nie ufała.

Raczej dlatego, że nie wiedziała, jak nazwać coś, co nie chciało być nazwane.

Wieczorem Aron siedział przy ogniu i ostrzył narzędzie.

Metal przesuwał się po kamieniu rytmicznie, spokojnie, jakby świat nadal był prosty.

- Wiesz - powiedział nagle - w lesie nie ma końca.

Lira spojrzała na niego.

- Każdy las ma koniec.

- Ten nie.

Przerwał na chwilę.

- Tam nie chodzi o to, żeby dojść. Tylko o to, żeby nie zgubić siebie po drodze.

Lira poczuła lekki chłód, choć ogień palił się tuż obok.

- A co się dzieje, jeśli ktoś się zgubi?

Aron nie odpowiedział od razu.

A kiedy w końcu to zrobił, jego głos był niższy niż zwykle.

- Wtedy las go znajduje.

Cisza, która zapadła potem, nie była już zwykłą ciszą wieczoru.

Była gęstsza.

Jakby coś w niej zostało powiedziane bez słów.

I wtedy po raz pierwszy Lira pomyślała, że ich życie nie stoi w miejscu.

Tylko powoli przesuwa się w stronę czegoś, czego jeszcze nie widać.

Za oknem las trwał tak samo jak zawsze.

Ale teraz wyglądał, jakby był bliżej.

ROZDZIAŁ III - Posłańcy księcia Wilhelma

Przyszli bez zapowiedzi.

Nie było trąb, nie było kurzu po koniach, nie było nawet tego rodzaju ciszy, która zwykle poprzedza zmianę.

Po prostu pewnego ranka w Dębowym Progu pojawiło się dwóch mężczyzn w płaszczach w kolorze mokrej ziemi, jakby las sam ich wypluł na skraj osady.

Nikt nie widział, skąd przyszli.

A jednak stali tam, jakby zawsze byli częścią tego miejsca, tylko wcześniej niewidoczną.

Ludzie przestali pracować.

Ktoś odstawił wiadro.

Ktoś inny cofnął się o krok, jakby odruchowo szukał drogi ucieczki, choć nie było jeszcze od czego uciekać.

Posłańcy nie wyglądali jak żołnierze.

Nie mieli zbroi.

Nie mieli broni na pokaz.

I właśnie to było najgorsze.

Bo oznaczało, że nie przyszli walczyć.

Przyszli mówić.

A słowa, które nie potrzebują miecza, zawsze są bardziej niebezpieczne.

Jeden z nich spojrzał na osadę tak, jak patrzy się na miejsce, które już zostało wybrane.

Drugi wyjął zwój.

Nie rozwinął go od razu.

Jakby dawał ludziom czas, żeby zaczęli się bać zanim padnie pierwsze zdanie.

W końcu powiedział:

- Z rozkazu króla.

Słowo "król" zawisło w powietrzu jak coś odległego i jednocześnie narzuconego.

W Dębowym Progu król był bardziej opowieścią niż człowiekiem.

Czymś, co istniało poza lasem, poza codziennością, poza pytaniami.

Posłaniec rozwinął zwój.

- Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni mają stawić się przy granicy lasu.

Nie było reakcji.

Tylko wiatr poruszył deski studni.

Ktoś kaszlnął nerwowo.

Lira stała trochę z tyłu, ale widziała twarz Arona.

Nie była zaskoczona.

To było gorsze.

Było w niej coś, co wyglądało jak przygotowanie.

Jakby on już wcześniej wiedział, że to nadejdzie.

- Kiedy? - zapytał ktoś z tłumu.

Posłaniec spojrzał na niego, jakby pytanie było zbędne.

- Teraz.

Słowo spadło krótko.

Bez dramatyzmu.

I właśnie dlatego było nie do podważenia.

Nikt nie pytał "dlaczego".

W Dębowym Progu to pytanie należało do tych, które mogły sprawić, że odpowiedź zacznie istnieć szybciej niż powinna.

Aron wrócił do domu po rzeczy, które były mu potrzebne, choć nie wiadomo było, czy naprawdę istnieją rzeczy potrzebne w drodze, której się nie rozumie.

Lira stała w drzwiach.

Nie zatrzymała go od razu.

Bo w tej chwili coś w niej jeszcze wierzyło, że może to jest tylko wyjazd.

Tymczasowy.

Jak praca, jak polowanie, jak zimowy brak jedzenia.

- Wrócisz? - zapytała w końcu.

Aron zatrzymał się.

Przez moment wyglądało, jakby chciał odpowiedzieć odruchowo, tak jak wcześniej, w prosty sposób.

Ale coś go powstrzymało.

- Jeśli będę mógł - powiedział w końcu.

To nie była obietnica.

To była prawda, która nie chciała być złagodzona.

Lira zacisnęła palce na framudze drzwi.

- Co to znaczy?

Aron spojrzał na nią długo.

Jakby szukał w niej czegoś, co pozwoliłoby mu powiedzieć więcej.

- Las się porusza - powiedział cicho. - Od jakiegoś czasu. Wszyscy to czują.

- Las zawsze tam był.

- Nie tak.

Zamilkł.

A potem dodał:

- Jeśli nie pójdziemy... przyjdzie tutaj.

Nie wyjaśnił, co to znaczy "przyjdzie".

Nie musiał.

Lira poczuła, że to słowo nie jest metaforą.

Było ostrzeżeniem, które jeszcze nie przybrało kształtu.

Aron wyszedł o świcie.

Razem z nim poszli inni mężczyźni z osady.

Nie było marszu bohaterów.

Nie było pieśni.

Nie było nawet gniewu.

Było tylko milczące przechodzenie ludzi przez miejsce, które znało ich całe życie i właśnie ich traciło.

Lira stała przy studni.

Patrzyła, jak znikają między drzewami.

Las przyjął ich tak samo jak zawsze.

Bez dźwięku.

Bez oporu.

Jakby niczego nie zabierał.

A jednak zabierał.

Kiedy ostatnia sylwetka zniknęła między pniami, coś w osadzie stało się lżejsze.

Ale nie w sposób, który przynosi ulgę.

Raczej w taki, który zostawia pustkę.

Ktoś obok Liry powiedział szeptem:

- Wrócą.

Nikt mu nie odpowiedział.

Bo wszyscy wiedzieli, że to zdanie nie jest prawdą.

Jest tylko sposobem na przetrwanie pierwszej nocy.

Lira wróciła do domu sama.

Pierwszy raz od ślubu dom był naprawdę cichy.

Nie spokojny.

Cichy.

Jakby czekał.

A gdzieś daleko, za granicą boru, las nie wydawał się już tylko miejscem.

Zaczynał przypominać coś, co oddycha.