Niebieskie pożegnanie - John D. MacDonald

Kup ebooka

24.00 zł
19.20 zł (18,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Prze­sze­dłem przez sa­lon, za­pu­ka­łem do drzwi i wsze­dłem do głów­nej ka­bi­ny. Świe­że ubra­nia Cho­ok były roz­ło­żo­ne na moim łóż­ku, a prze­po­co­ny ko­stium le­żał rzu­co­ny na pod­ło­gę. Sły­sza­łem, jak się ką­pie, plu­ska­jąc się i nu­cąc w wan­nie.

- Jak tam? - rzu­ci­łem w stro­nę uchy­lo­nych drzwi.

- Wejdź, ko­cha­nie. Wy­glą­dam nie­przy­zwo­icie.

Ła­zien­ka była peł­na wil­go­ci, pary i za­pa­chu my­dła.

Pod­sta­rza­ły sy­ba­ry­ta z Palm Be­ach, któ­ry za­mó­wił tę łódź, by móc na niej spę­dzić je­sień swo­je­go ży­cia, do­dał tu wie­le mi­łych dro­bia­zgów. Jed­nym z nich była wan­na, na wpół wpusz­czo­na w pod­ło­gę, bla­do­nie­bie­ska, dłu­ga na dwa me­try, a sze­ro­ka na po­nad metr. Cho­ok le­ża­ła roz­cią­gnię­ta na całą dłu­gość, jej czar­ne wło­sy uno­si­ły się na wo­dzie, fa­lu­jąc i pie­niąc się od my­dła... Ab­so­lut­nie nie­sa­mo­wi­te. Kie­dy przy­wo­ła­ła mnie ru­chem ręki, pod­sze­dłem i usia­dłem na sze­ro­kiej kra­wę­dzi w no­gach wan­ny.

Przy­pusz­czam, że Cho­ok ma ja­kieś dwa­dzie­ścia trzy, dwa­dzie­ścia czte­ry lata. Na oko wy­da­je się tro­chę star­sza. Jej twarz ma w so­bie tę su­ro­wość, jaką wi­du­je się na sta­rych zdję­ciach In­dian z Wiel­kich Rów­nin. W naj­lep­szych chwi­lach to peł­na mocy, cha­rak­te­ry­stycz­na twarz, pro­mie­niu­ją­ca god­no­ścią i siłą. W naj­gor­szych przy­po­mi­na twarz chło­pa­ka z Dart­mo­uth, prze­bra­ne­go do wy­stę­pu w ja­kimś ko­micz­nym chór­ku. Jed­nak jej cia­ło, w sy­tu­acji in­tym­niej­szej, niż kie­dy­kol­wiek mia­łem oka­zję je wi­dzieć, było nie­zrów­na­nie, bez­li­to­śnie ko­bie­ce, zmy­sło­we i lśnią­ce, krą­głe, a pod cie­niut­ką war­stew­ką tłusz­czu - cał­kiem nie­źle umię­śnio­ne.

Sta­no­wi­ła wy­zwa­nie, ale nie zna­łem wa­run­ków. Wie­dzia­łem tyl­ko, że w więk­szo­ści przy­pad­ków są to wa­run­ki, na ja­kie w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku czło­wiek nie może so­bie po­zwo­lić, nie z ta­ki­mi ko­bie­ta­mi, któ­re - jak Cho­ok - mają tę szcze­gól­ną siłę, cha­rak­ter i wy­ma­ga­nia. Pro­wo­ko­wa­ła mnie, ale była w tym mniej śmia­ła, niż jej się wy­da­wa­ło.

- I co z Ca­thy? - spy­ta­ła, sta­ra­jąc się, by jej głos brzmiał na­tu­ral­nie.

- Do­sta­ła w ży­ciu tro­chę w kość.

- To pew­ne. Ale jak, po­mo­żesz jej?

- Mu­siał­bym się naj­pierw spo­ro do­wie­dzieć. Kto wie, czy nie za dużo. Może za­ję­ło­by mi to zbyt wie­le cza­su i oka­za­ło się zbyt kosz­tow­ne.

- Ale nie je­steś w sta­nie tego okre­ślić, do­pó­ki nie spraw­dzisz?

- Mógł­bym po pro­stu zga­dy­wać.

- I nic z tym nie zro­bić?

- A dla­cze­go to dla cie­bie ta­kie waż­ne, Cho­ok?

- Lu­bię ją. A było jej cięż­ko.

Świat jest pe­łen sym­pa­tycz­nych lu­dzi, któ­rzy re­gu­lar­nie do­sta­ją kopa w brzuch. Są po­dat­ni na ka­ta­stro­fy. Coś idzie nie tak. Nie­bo za­czy­na wa­lić im się na gło­wę. I nie da się tego tak po pro­stu od­wró­cić.

Chlap­nę­ła lek­ko wodą i skrzy­wi­ła się. Lewą ręką opie­ra­łem się o kra­wędź wan­ny. Na­gle Cho­ok unio­sła dłu­gą, pa­ru­ją­cą, lśnią­cą nogę i sta­now­czym ru­chem po­ło­ży­ła ocie­ka­ją­cą bosą sto­pę na grzbie­cie mo­jej dło­ni. Dziw­nie oplo­tła pal­ca­mi nogi mój nad­gar­stek i z lek­kim prze­ra­że­niem wła­sną śmia­ło­ścią w oczach ode­zwa­ła się ochry­płym gło­sem:

- Woda jest wspa­nia­ła.

To już było tro­chę za bar­dzo wy­mu­szo­ne.

- Kogo ty pró­bu­jesz uda­wać?

Wzdry­gnę­ła się.

- Nie ro­zu­miem, dla­cze­go tak mó­wisz.

- Je­steś Cho­okie McCall, bar­dzo sta­now­cza, am­bit­na i nie­zbyt skłon­na do spon­ta­nicz­nych re­ak­cji. Przy­jaź­ni­my się od kil­ku mie­się­cy. Pró­bo­wa­łem cię pod­ry­wać, na sa­mym po­cząt­ku, a ty mnie bar­dzo miło i zde­cy­do­wa­nie po­sta­wi­łaś do pio­nu. A więc kogo pró­bu­jesz uda­wać? To chy­ba uczci­we py­ta­nie.

Cof­nę­ła sto­pę.

- Mu­sisz być ta­kim su­kin­sy­nem, Trav? Może aku­rat dziś za­re­ago­wa­łam spon­ta­nicz­nie. Dla­cze­go mu­sisz wszyst­ko po­da­wać w wąt­pli­wość?

- Bo znam cię, i może już wy­star­czy zra­nio­nych lu­dzi.

- A co to niby ma zna­czyć?

- Cho­ok, dziec­ko, nie je­steś do­sta­tecz­nie try­wial­na na seks dla spor­tu. Je­steś tro­chę bar­dziej zło­żo­na. A więc to przy­jem­ne i nie­ocze­ki­wa­ne za­pro­sze­nie z pew­no­ścią jest czę­ścią ja­kie­goś pla­nu albo wią­że się z za­mia­ra­mi na przy­szłość.

Wy­raz jej oczu zmie­nił się na tyle, bym zdał so­bie spra­wę, że tra­fi­łem w dzie­siąt­kę.

- Co­kol­wiek to było, ko­cha­nie, nie­źle to spie­przy­łeś.

Uśmiech­ną­łem się do niej.

- Moja dro­ga, je­śli cho­dzi ci o czy­stą roz­ryw­kę, bez żad­nych rosz­czeń, usta­leń czy do­zgon­nych ślu­bów, je­stem do two­ich usług. Lu­bię cię. Lu­bię cię na tyle, że nie mam ocho­ty cię w coś pa­ko­wać, cho­ciaż w tej chwi­li to pie­kiel­nie sil­na po­ku­sa. Ale my­ślę, że mu­sia­ła­byś za­nad­to oszu­ki­wać samą sie­bie, bo jak już mó­wi­łem, je­steś bar­dziej zło­żo­ną ko­bie­tą. I sil­ną. A ja nie je­stem czę­ścią two­jej przy­szło­ści, przy­najm­niej nie w sen­sie emo­cjo­nal­nym.

- Wsta­łem i spoj­rza­łem na nią z góry. - Te­raz już znasz za­sa­dy. De­cy­zja na­le­ży do cie­bie. Wy­star­czy sło­wo.

Wró­ci­łem do sa­lo­nu. Po­my­śla­łem o swo­im nie­złom­nym cha­rak­te­rze, po czym za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy by­ło­by to prak­tycz­ne i za­baw­ne, gdy­bym wal­nął te­raz gło­wą w ścia­nę. Pa­znok­cie po­zo­sta­wi­ły in­te­re­su­ją­ce śla­dy w kształ­cie pół­księ­ży­ca po we­wnętrz­nej stro­nie mo­jej dło­ni. Moje uszy się wy­dłu­ży­ły, nie­mal uro­sły im wło­cha­te czub­ki i gdy tak cho­dzi­łem tam i z po­wro­tem po ka­ju­cie, wciąż kie­ro­wa­ły się w jej stro­nę, na­słu­chu­jąc nie­śmia­łe­go we­zwa­nia.

Kie­dy wresz­cie wy­szła, mia­ła na so­bie bia­łe spodnie i czar­ną bluz­kę, a ciem­ne, wil­got­ne wło­sy zwią­za­ła czer­wo­ną chust­ką. W nie­wiel­kiej płó­cien­nej tor­bie upchnę­ła swo­je ak­ce­so­ria tan­cer­ki. Wy­da­wa­ła się zmę­czo­na, onie­śmie­lo­na i zre­zy­gno­wa­na. Po­de­szła po­wo­li i zer­ka­jąc na mnie raz po raz, sta­ra­ła się zaj­rzeć mi głę­biej w oczy. Ubra­nie ją wy­szczu­pla, ukry­wa­jąc doj­rza­łość.

Ują­łem jej pod­bró­dek i po­ca­ło­wa­łem mięk­kie, cie­płe, po­kor­ne in­diań­skie usta.

- O co w tym wszyst­kim cho­dzi? - spy­ta­łem.

- Po­kłó­ci­łam się z Fran­kiem, i to dość pa­skud­nie. Więc chy­ba pró­bo­wa­łam coś so­bie udo­wod­nić. Te­raz czu­ję się jak idiot­ka.

- Nie­po­trzeb­nie.

Wes­tchnę­ła.

- Ale gdy­by skoń­czy­ło się in­a­czej, czu­ła­bym się jesz­cze go­rzej. Tak my­ślę. Prę­dzej czy póź­niej. Więc dzię­ki, że by­łeś by­strzej­szy ode mnie.

- To nie było ła­twe, moja dro­ga.

Skrzy­wi­ła się.

- Co jest ze mną nie tak? Cze­mu nie mogę za­ko­chać się w to­bie za­miast w nim? Jest na­praw­dę okrop­nym fa­ce­tem. Czu­ję się przy nim ja­kaś upodlo­na. Ale kie­dy wcho­dzi do po­ko­ju, cza­sa­mi mam wra­że­nie, że za­raz ze­mdle­ję z mi­ło­ści. To chy­ba dla­te­go... dla­te­go tak współ­czu­ję Ca­thy. Frank jest moim Ju­nio­rem Al­le­nem. Pro­szę, po­móż jej.

Po­wie­dzia­łem jej, że się nad tym za­sta­no­wię. Od­pro­wa­dzi­łem ją do jej ma­łe­go sa­mo­cho­du, w słod­ką, go­rą­cą noc, i pa­trzy­łem, jak od­jeż­dża, uno­sząc swą nie­tknię­tą doj­rza­łość z po­wro­tem do gbu­ro­wa­te­go Fran­ka. Cze­ka­łem na szum aplau­zu, fan­fa­ry, na prze­mó­wie­nie i me­dal. Słu­cha­łem szep­czą­ce­go plu­sku wody ude­rza­ją­cej o ka­dłub, ci­che­go po­mru­ku sa­mo­cho­dów na gład­kim as­fal­cie, któ­ry od­dzie­la wiel­ką ma­ri­nę od pla­ży pu­blicz­nej, strzę­pów mu­zy­ki mie­sza­ją­cej się w non­sens, śmie­chów na ło­dziach, roz­ma­za­nej har­mo­nii al­ko­ho­lu i pie­śni mo­ski­tów nad moim kar­kiem.

Kop­ną­łem w be­to­no­wy po­most, aż po­czu­łem ból w pal­cach u nogi. To są lata we­so­łych im­prez, któ­re wy­da­ją się wy­raź­nie oszu­kań­cze. Po­dob­no w tym miej­scu aż roi się od cu­dow­nie amo­ral­nych kró­licz­ków, dla któ­rych seks jest przy­jem­ną to­wa­rzy­ską przy­słu­gą. Nowa kul­tu­ra. I fak­tycz­nie są obec­ne, i to na pęcz­ki, ale - o dzi­wo - jest w tym coś nie­smacz­ne­go. Ko­bie­ta, któ­ra się nie pil­nu­je i nie ceni, nie może przed­sta­wiać wiel­kiej war­to­ści dla ko­go­kol­wiek. Sta­je się drob­ną, miłą wy­go­dą, jak ręcz­nik dla go­ścia. A mi­lut­kie rze­czy, ja­kie ci mówi, wes­tchnie­nia, po­pi­ski­wa­nia i unie­sie­nia są rów­nie nie­na­tu­ral­ne jak ini­cja­ły wy­szy­wa­ne na tych ręcz­ni­kach. Je­dy­nie ko­bie­ta ob­da­rzo­na dumą, nie­try­wial­na, taka, w któ­rej są ja­kieś emo­cje, au­ten­tycz­nie za­słu­gu­je na to, żeby się z nią ko­chać. I są tyl­ko dwa spo­so­by na zdo­by­cie ta­kiej ko­bie­ty. Albo kła­miesz i nisz­czysz ten zwią­zek wła­sną pod­stęp­no­ścią, albo ak­cep­tu­jesz za­an­ga­żo­wa­nie, od­po­wie­dzial­ność za uczu­cia i trwa­łość, ja­kiej ona z na­tu­ry musi pra­gnąć. "Ko­cham cię" moż­na wy­po­wie­dzieć tyl­ko na dwa spo­so­by.

Ale po­czu­cie, że coś się dzie­je, rów­nież jest ży­cio­wą po­trze­bą. Zo­rien­to­wa­łem się, że po­wo­li zmie­rzam w stro­nę wiel­kie­go, luk­su­so­we­go jach­tu, na któ­rym Ala­ba­ma Ti­ger wy­da­je nie­koń­czą­ce się przy­ję­cie.

Po­wi­ta­ły mnie nie­wy­raź­ne okrzy­ki. Ob­ra­ca­łem w dło­ni drin­ka, by­łem sym­pa­tycz­ny do bólu, od­po­wied­nio ta­jem­ni­czy i dow­cip­ny, i uważ­nie ob­ser­wo­wa­łem re­la­cje w gru­pie, aż do chwi­li, gdy by­łem w sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wać dwie moż­li­wo­ści. Zde­cy­do­wa­łem się na kwit­ną­cą ru­do­wło­są z Waco w "Tejk­sa­sie", na­zy­wa­ła się Mol­ly Bea Ar­cher. Ostroż­nie od­dzie­li­łem ją od sta­da i pod­pi­tą i chęt­ną po­wlo­kłem na Bu­sted Flush. Uzna­ła, że to uro­cza sta­ra łódź. Cho­dzi­ła do­oko­ła, pie­jąc z za­chwy­tu na wi­dok róż­nych szcze­gó­łów jej wy­po­sa­że­nia. Przy­po­mi­na­ła ko­cia­ka, tak jak one wszyst­kie, aż do chwi­li, gdy zo­sta­ną skon­fron­to­wa­ne z nie­ubła­ga­ną rze­czy­wi­sto­ścią pój­ścia do łóż­ka, a wte­dy za­bra­ła się do wy­peł­nia­nia swo­ich drob­nych obo­wiąz­ków to­wa­rzy­skich z na­by­tą wpra­wą i na­tu­ral­ną gor­li­wo­ścią. Od­po­czy­wa­li­śmy i wy­mie­nia­li­śmy nie­zbęd­ne kom­ple­men­ty, a ona opo­wie­dzia­ła mi o swo­im strasz­nym pro­ble­mie: czy wró­cić na Bay­lor na ostat­ni rok stu­diów, czy też wyjść za mąż za pew­ne­go sym­pa­tycz­ne­go star­sze­go pana, któ­ry jest w niej strasz­nie za­ko­cha­ny... Albo może przy­jąć wspa­nia­łą pra­cę w Ho­uston w ta­kiej nie­wiel­kiej, sym­pa­tycz­nej fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej? Wes­tchnę­ła, po­ca­ło­wa­ła mnie jak sio­stra i przy­jaź­nie po­kle­pa­ła, po­tem wsta­ła, po­pra­wi­ła ma­ki­jaż, wbi­ła się z po­wro­tem w szor­ty i blu­zecz­kę na ra­miącz­kach, a gdy przy­go­to­wa­łem dwa świe­że drin­ki w szklan­kach, któ­re przy­nie­śli­śmy z ło­dzi Ti­ge­ra, od­pro­wa­dzi­łem ją z po­wro­tem na im­pre­zę i zo­sta­łem tam jesz­cze pięt­na­ście mi­nut w ra­mach uprzej­mo­ści.

Le­żąc sam w mro­ku łóż­ka, po­czu­łem się smut­ny, apa­tycz­ny, sta­ry i oszu­ka­ny. Mol­ly Bea była rów­nie za­an­ga­żo­wa­na jak jed­na z tych gu­mo­wych la­lek, ja­kie ma­ry­na­rze ku­pu­ją w ja­poń­skich por­tach.

I w tym mro­ku za­czą­łem my­śleć o brą­zo­wych po­kor­nych oczach Ca­thy Kerr, szcze­rze spo­glą­da­ją­cych spod grzy­wy ja­snych wło­sów. Mol­ly Bea, o twar­dych bia­łych pier­siach lek­ko ob­sy­pa­nych zło­ci­sty­mi pie­ga­mi, nig­dy nie zo­sta­nie tak upo­ko­rzo­na przez ży­cie, po­nie­waż nie po­tra­fi­ła­by się rów­nie głę­bo­ko za­an­ga­żo­wać w mię­si­stą su­ro­wość ży­cia. Nig­dy nie pad­nie ofia­rą swo­ich złu­dzeń, po­nie­waż nie są dla niej istot­ne. Za­wsze znaj­dzie so­bie nowe, kie­dy sta­re się już zu­ży­ją. Tym­cza­sem Ca­thy tkwi w swo­ich złu­dze­niach. W złu­dze­niu mi­ło­ści, ma­gicz­nie prze­mie­nio­nym we wspo­mnie­nie wsty­du.

Być może gar­dzi­łem tą czę­ścią sie­bie, któ­rą moż­na by na­zwać Ju­nio­rem Al­le­nem. Ja­kież za­sko­cze­nie wzbu­dzi­ły­by te noc­ne my­śli w bez­tro­skich to­wa­rzy­szach we­so­łe­go Tra­vi­sa McGee, tego wiel­kie­go, opa­lo­ne­go, wy­lu­zo­wa­ne­go obi­bo­ka ży­ją­ce­go so­bie na jach­cie, tego ja­sno­okie­go pod­ry­wa­cza z na­stro­szo­ny­mi wło­sa­mi, za­bój­cy ma­łych dzi­kich ry­bek, włó­czą­ce­go się po pla­żach, po­pi­ja­ją­ce­go gin i szu­ka­ją­ce­go świę­te­go spo­ko­ju dow­cip­ni­sia, ob­ra­zo­bur­cy, nie­do­wiar­ka lu­bią­ce­go dys­ku­sje, z obi­ty­mi kost­ka­mi u rąk i bli­zna­mi, wy­rzut­ka upo­rząd­ko­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa.

Ale li­tość, obu­rze­nie i po­czu­cie winy to uczu­cia, któ­re naj­le­piej jest ukryć przed we­so­łym to­wa­rzy­stwem.

Wy­cią­gaj je w nocy.

McGee, na­praw­dę wiesz, jak żyć, sta­ry przy­ja­cie­lu.

Wspa­nia­ły sta­ry kum­plu.

To miał być spo­koj­ny wie­czór spę­dzo­ny w domu. I było tak, do­pó­ki nie wkro­czy­ła w nie­go Ca­thy Kerr, przy­no­sząc ze sobą nie­po­kój. W koń­cu mo­głem przed sa­mym sobą przy­znać, że ta drob­na gu­mo­wa przy­go­da z rudą z "Tejk­sa­su" zda­rzy­ła się nie dla­te­go, że od­mó­wi­łem so­bie igra­szek z Cho­ok w pia­nie i bą­bel­kach, ale po­nie­waż pró­bo­wa­łem zi­gno­ro­wać wy­zwa­nie, ja­kie po­sta­wi­ła przede mną Ca­thy. Mo­głem so­bie po­zwo­lić na to, by spo­koj­nie dry­fo­wać przez wie­le mie­się­cy. Te­raz jed­nak Ca­thy obu­dzi­ła we mnie nie­po­kój, obu­rze­nie i za­cząt­ki tej wsty­dli­wej po­trze­by, by wdra­pać się na mo­je­go ku­la­we­go bia­łe­go ru­ma­ka, otrze­pać zbro­ję z rdzy, unieść po­gię­tą sta­rą ko­pię i wrza­snąć "hur­ra!".

Po pod­ję­ciu de­cy­zji na­tych­miast za­sną­łem.

1

To miał być spo­koj­ny wie­czór spę­dzo­ny w domu.

Dom to Bu­sted Flush, szes­na­sto­me­tro­wa łódź miesz­kal­na przy­po­mi­na­ją­ca bar­kę, przy­cu­mo­wa­na przy kei F-18 w Ba­hia Mar, w Lau­der­da­le.

Dom jest tam, gdzie masz swo­ją pry­wat­ność. Za­su­wasz wszyst­kie za­sło­ny, za­my­kasz luki i przy szep­czą­cym szme­rze kli­ma­ty­za­cji, tłu­mią­cym wszel­kie dźwię­ki z ze­wnątrz, mo­żesz się od­ciąć od cha­otycz­nej ak­tyw­no­ści na po­kła­dzie są­sied­niej ło­dzi. Rów­nie do­brze mógł­byś być w ra­kie­cie, któ­ra mi­nę­ła We­nus, albo gdzieś pod cza­pą lo­do­wą.

Na­zy­wam to po­miesz­cze­nie sa­lo­nem, bo głów­nie tu­taj to­czy się ży­cie na po­kła­dzie.

Le­ża­łem roz­cią­gnię­ty na wy­god­nej na­roż­nej so­fie, stu­diu­jąc mapy wy­se­pek ko­ra­lo­wych, i pró­bo­wa­łem wy­krze­sać z sie­bie na tyle en­tu­zja­zmu i ener­gii, by za­pla­no­wać prze­pro­wa­dze­nie Bu­sted Flush na ja­kiś czas w nowe miej­sce. Ma dwa die­slow­skie sil­ni­ki mar­ki Her­cu­les - pięć­dzie­siąt osiem koni me­cha­nicz­nych każ­dy - któ­re po­su­wa­ją ją do przo­du w ma­je­sta­tycz­nym tem­pie sze­ściu wę­złów. Nie chcia­łem jej prze­miesz­czać. Lu­bię Lau­der­da­le. Sie­dzę tu jed­nak już od tak daw­na, że za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie po­wi­nie­nem tego jed­nak zro­bić.

Cho­okie McCall ćwi­czy­ła ja­kiś głu­pi układ cho­re­ogra­ficz­ny. Przy­szła do mnie, bo było tu dość miej­sca i pry­wat­no­ści. Po­od­su­wa­ła me­ble, usta­wi­ła kil­ka lu­ster prze­nie­sio­nych z głów­nej ka­bi­ny i swój mały, ro­bią­cy mnó­stwo ha­ła­su me­tro­nom. Mia­ła na so­bie sta­ry, spło­wia­ły, rdza­wo­czer­wo­ny ko­stium, w kil­ku miej­scach zszy­wa­ny czar­ną ni­cią. Czar­ne wło­sy zwią­za­ła chu­s­tą.

Cięż­ko pra­co­wa­ła. Wie­lo­krot­nie prze­ra­bia­ła każ­dą se­kwen­cję, za każ­dym ra­zem odro­bi­nę ją zmie­nia­jąc, a gdy już była usa­tys­fak­cjo­no­wa­na, pod­bie­ga­ła do sto­li­ka i za­pi­sy­wa­ła coś w swo­im no­tat­ni­ku.

Tan­ce­rze pra­cu­ją rów­nie cięż­ko jak nie­gdyś gór­ni­cy. Tu­pa­ła, po­sa­py­wa­ła i wy­gi­na­ła swo­je wspa­nia­łe, ide­al­nie pro­por­cjo­nal­ne cia­ło. Mimo kli­ma­ty­za­cji wy­peł­ni­ła sa­lon sła­bym ostro-słod­kim za­pa­chem du­żej, roz­grza­nej dziew­czy­ny. Była mi­łym uroz­ma­ice­niem. W świe­tle sa­lo­nu wi­dać było lśnią­cy pot na dłu­gich, so­lid­nych, umię­śnio­nych no­gach i ra­mio­nach.

- Cho­le­ra! - za­klę­ła, pa­trząc z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia w swo­je no­tat­ki.

- Coś nie tak?

- Nic, cze­go nie po­tra­fi­ła­bym po­pra­wić. Mu­szę do­kład­nie opi­sać, gdzie wszy­scy po­win­ni być, bo in­a­czej będą ko­pać się po twa­rzach. Cza­sa­mi mi się to plą­cze.

Wy­kre­śli­ła parę za­pi­sków, a ja po­wró­ci­łem do spraw­dza­nia głę­bo­ko­ści na mie­li­znach na pół­noc­ny wschód od Con­tent Keys w cza­sie od­pły­wów. Cho­okie pil­nie pra­co­wa­ła przez ko­lej­ne dzie­sięć mi­nut, ro­bi­ła no­tat­ki, a po­tem opar­ła się o kra­wędź sto­łu, od­dy­cha­jąc cięż­ko.

- Trav, ko­cha­nie...

- Mmm?

- Żar­to­wa­łeś, kie­dy roz­ma­wia­li­śmy o... o tym, czym się zaj­mu­jesz?

- A co po­wie­dzia­łem?

- Brzmia­ło to tro­chę dziw­nie, ale chy­ba ci uwie­rzy­łam. Mó­wi­łeś, że je­śli X ma coś cen­ne­go, po­ja­wia się Y i za­bie­ra mu to coś, i nie ma ab­so­lut­nie żad­nej moż­li­wo­ści, żeby X był w sta­nie kie­dy­kol­wiek to od­zy­skać, wte­dy wkra­czasz do ak­cji ty, do­ga­du­jesz się z X, że od­zy­skasz to dla nie­go i za­trzy­mu­jesz po­ło­wę dla sie­bie. A po­tem po pro­stu... ży­jesz z tego, do­pó­ki ci się nie skoń­czy. Na­praw­dę tak jest?

- To uprosz­cze­nie, Cho­ok, ale w su­mie dość traf­ne.

- Nie masz przy tym mnó­stwa kło­po­tów?

- Cza­sa­mi tak, cza­sa­mi nie. Y za­zwy­czaj nie jest w sta­nie za bar­dzo na­roz­ra­biać. Dla X je­stem czymś w ro­dza­ju ostat­niej de­ski ra­tun­ku, więc moje ho­no­ra­rium wy­no­si pięć­dzie­siąt pro­cent. Dla nie­go po­ło­wa to i tak znacz­nie wię­cej niż nic.

- I ro­bisz to, że tak po­wiem, po ci­chu?

- Cho­ok, nie mam wy­dru­ko­wa­nych wi­zy­tó­wek. Co mia­ło­by być na nich na­pi­sa­ne? Tra­vis McGee, od­zy­ski­wacz?

- Ale na li­tość bo­ską, Trav, ile ta­kich zle­ceń po­tra­fisz so­bie zna­leźć, kie­dy je­steś już na tyle spłu­ka­ny, że ich po­trze­bu­jesz?

- Na tyle dużo, że mogę w nich prze­bie­rać. Ży­je­my w skom­pli­ko­wa­nych cza­sach, moja dro­ga. Im bar­dziej zło­żo­ne sta­je się na­sze spo­łe­czeń­stwo, tym wię­cej jest pół­le­gal­nych spo­so­bów, żeby kraść. Cza­sem do­sta­ję cynk od sta­rych klien­tów. Je­śli weź­miesz stos ga­zet i za­czniesz je bar­dzo sta­ran­nie czy­tać, a przy tym po­tra­fisz czy­tać mię­dzy wier­sza­mi, sama za­wsze znaj­dziesz ja­kie­goś tłu­ste­go, za­do­wo­lo­ne­go Y i bied­ne­go X, za­ła­mu­ją­ce­go ręce. Lu­bię duże zle­ce­nia, bo przy­no­szą nie­złe pie­nią­dze. A po­tem mogę wy­ko­rzy­stać ko­lej­ny ka­wa­łek mo­jej eme­ry­tu­ry. Wi­dzisz, za­miast przejść na eme­ry­tu­rę, kie­dy będę miał sześć­dzie­siąt lat, by­wam so­bie na niej od cza­su do cza­su.

- A gdy­by tak te­raz się coś po­ja­wi­ło?

- Zmień­my te­mat, pan­no McCall. A może za­grasz Fran­ko­wi na ner­wach i weź­miesz so­bie tro­chę wol­ne­go? Zbie­rze­my małą grup­kę i urzą­dzi­my so­bie im­pre­zo­wy rejs aż do Ma­ra­thon. Po­wiedz­my, czte­rech dżen­tel­me­nów i sześć dam. Żad­nych pi­ja­ków, żad­nych ma­ru­dów, żad­nych par, lu­dzi o po­dej­rza­nych pre­fe­ren­cjach, uza­leż­nio­nych od apa­ra­tów fo­to­gra­ficz­nych, ni­ko­go, kto by się opa­lał, ni­ko­go, kto nie umie pły­wać, ni­ko­go, kto...

- Pro­szę, McGee. Mó­wię po­waż­nie.

- Ja też.

- Jest pew­na dziew­czy­na. Chcia­ła­bym, że­byś z nią po­roz­ma­wiał. Parę mie­się­cy temu przy­ję­łam ją do ze­spo­łu. Jest tro­chę star­sza niż my wszyst­kie. Kie­dyś już tań­czy­ła, a te­raz cał­kiem nie­źle so­bie ra­dzi, se­rio. Ale... my­ślę, że po­trze­bu­je po­mo­cy. I wy­da­je mi się, że na­praw­dę nie ma do kogo się zwró­cić. Na­zy­wa się Ca­thy Kerr.

- Przy­kro mi, Cho­ok. W tej chwi­li mam tyle pie­nię­dzy, że star­czy mi na kil­ka mie­się­cy. Pra­cu­ję naj­le­piej, kie­dy za­czy­nam się już ro­bić ner­wo­wy.

- Ale ona są­dzi, że tu na­praw­dę cho­dzi o coś wiel­kie­go.

Przyj­rza­łem się jej uważ­nie.

- Są­dzi?

- Nig­dy tego nie wi­dzia­ła.

- Co pro­szę?

- Parę dni temu tro­chę się upi­ła i zro­bi­ła się strasz­nie płacz­li­wa. By­łam dla niej miła, więc wszyst­ko mi wy­ga­da­ła. Ale sama po­win­na ci opo­wie­dzieć.

- Jak mo­gła stra­cić coś, cze­go nig­dy nie wi­dzia­ła?

Na twa­rzy Cho­okie po­ja­wił się uśmiech ry­ba­ka, któ­ry wi­dzi, że ryba chwy­ci­ła przy­nę­tę.

- To na­praw­dę zbyt skom­pli­ko­wa­ne, że­bym pró­bo­wa­ła ci to wy­ja­śnić. Mo­gła­bym coś po­mie­szać. Po­roz­ma­wiał­byś z nią? Zro­bił­byś choć tyle, Tra­vis?

Wes­tchną­łem.

- Przy­pro­wadź ją któ­re­goś dnia.

Po­de­szła do mnie zwin­nym kro­kiem, uję­ła za nad­gar­stek i spoj­rza­ła na mój ze­ga­rek. Od­dy­cha­ła te­raz spo­koj­niej. Ko­stium był ciem­ny od potu i przy­le­gał do cia­ła nie­mal rów­nie cia­sno jak jej wła­sna pięk­na skó­ra. Spoj­rza­ła na mnie pro­mien­nie.

- Wie­dzia­łam, że miły z cie­bie fa­cet, Trav. Bę­dzie tu za dwa­dzie­ścia mi­nut.

- Je­steś oszust­ką, McCall - po­wie­dzia­łem, pa­trząc na nią.

Po­gła­ska­ła mnie po gło­wie.

- Ca­thy jest na­praw­dę miła. Po­lu­bisz ją.

Po­szła na śro­dek sa­lo­nu, znów uru­cho­mi­ła me­tro­nom, przej­rza­ła no­tat­ki i po­wró­ci­ła do pra­cy. Ska­ka­ła, tu­pa­ła i po­stę­ki­wa­ła ci­cho z wy­sił­ku. Je­śli wy­bie­rasz się na ba­let, nig­dy nie sia­daj w pierw­szym rzę­dzie.

Po­wró­ci­łem do spraw­dza­nia po­ło­że­nia boi na­wi­ga­cyj­nych i po­zio­mu pły­wów, ale cała kon­cen­tra­cja gdzieś ucie­kła. Mu­sia­łem po­roz­ma­wiać z tam­tą ko­bie­tą, ale z całą pew­no­ścią nie za­mie­rza­łem dać się wkrę­cić w ja­kąś bez­sen­sow­ną spra­wę. Mia­łem już za­aran­żo­wa­ne na­stęp­ne zle­ce­nie, cze­ka­ło tyl­ko, aż będę go­tów. A roz­ry­wek mi nie bra­ko­wa­ło. Uśmiech­ną­łem się kwa­śno. Z pew­nym roz­ba­wie­niem po­my­śla­łem o tym, że Cho­ok za­sta­na­wia­ła się, skąd bio­rę zle­ce­nia. Sama była ży­wym do­wo­dem na to, że po­ja­wia­ją się one nie­ustan­nie.

Punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej usły­sza­łem "ding-dong" dzwon­ka, któ­ry pod­łą­czy­łem do przy­ci­sku na palu po­mo­stu. Je­śli ktoś zi­gno­ro­wał­by dzwo­nek, prze­szedł przez mój łań­cuch i po tra­pie, to w chwi­li gdy sta­nął­by na du­żej sznur­ko­wej ma­cie roz­ło­żo­nej na pa­wę­ży rufy, roz­le­gło­by się zna­czą­ce i zło­wróżb­ne "bong", któ­re na­tych­miast uru­cha­mia wie­le środ­ków bez­pie­czeń­stwa. Nie lu­bię nie­spo­dzia­nek. Zbyt wie­le mu­sia­łem ich prze­żyć. Wy­pro­wa­dza­ją mnie z rów­no­wa­gi. Wy­eli­mi­no­wa­nie wszel­kie­go ry­zy­ka, któ­re da się wy­eli­mi­no­wać, to naj­roz­sąd­niej­szy spo­sób, by po­zo­stać przy ży­ciu.

Włą­czy­łem świa­tła na po­kła­dzie ru­fo­wym i wy­sze­dłem z sa­lo­nu od stro­ny rufy, ze zdy­sza­ną Cho­okie McCall dep­czą­cą mi po pię­tach.

Pod­sze­dłem i od­pią­łem łań­cuch. Blond wło­sy o pia­sko­wym od­cie­niu mia­ła ostrzy­żo­ne na an­giel­skie­go na­sto­lat­ka. Wiel­kie oczy spo­glą­da­ły spod po­strzę­pio­nej grzyw­ki. Ubra­ła się zbyt ele­ganc­ko jak na tę oka­zję - czerń, klip­sy z per­ła­mi i mała, błysz­czą­ca ko­per­tów­ka.

Cho­ok przed­sta­wi­ła nas so­bie zdy­sza­nym gło­sem i prze­szli­śmy do ka­bi­ny. Wi­dzia­łem, że jak na stan­dar­dy Cho­ok, Ca­thy była już star­szą ko­bie­tą. Mia­ła dwa­dzie­ścia sześć, może dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Brą­zo­wo­oka blon­dyn­ka o bez­rad­nych, smut­nych oczach bas­se­ta. Wo­kół nich mia­ła nie­znacz­ne zmarszcz­ki. W świe­tle sa­lo­nu do­strze­głem, że czar­na suk­nia jest tro­chę pod­nisz­czo­na. Dło­nie wy­glą­da­ły na nie­co szorst­kie. Pod lek­ko marsz­czo­nym do­łem czar­nej suk­ni kry­ły się nogi cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tan­ce­rek. Peł­ne krą­gło­ści, wy­spor­to­wa­ne i sil­ne.

- Ca­thie, mo­żesz opo­wie­dzieć Tra­vi­so­wi McGee o wszyst­kim, tak jak opo­wie­dzia­łaś mnie - za­pew­ni­ła Cho­okie. - Już skoń­czy­łam, więc zo­sta­wię was sa­mych i pój­dę się wy­ką­pać, je­śli nie masz nic prze­ciw­ko, Trav.

- Ależ pro­szę, wy­kąp się.

Po­gła­ska­ła mnie cał­kiem miło za uchem, wy­szła i za­mknę­ła za sobą drzwi głów­nej ka­bi­ny.

Wi­dzia­łem, że Ca­the­ri­ne Kerr jest bar­dzo spię­ta.

Za­pro­po­no­wa­łem jej drin­ka. Z wdzięcz­no­ścią przy­ję­ła bur­bo­na z lo­dem.

- Nie wiem, co może pan zro­bić - po­wie­dzia­ła.

- To chy­ba nie­mą­dre. Nie wiem, czy kto­kol­wiek może coś zro­bić.

- Albo w ogó­le nie ma nic, co moż­na by zro­bić, Ca­thy. Przyj­mij­my za­ło­że­nie, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na, i wyjdź­my od tego punk­tu.

- Któ­re­goś wie­czo­ru wy­pi­łam za dużo po wy­stę­pie i po­wie­dzia­łam o tym Cho­okie. Chy­ba nie po­win­nam była ni­ko­mu mó­wić.

W jej lek­ko stłu­mio­nym, no­so­wym gło­sie wy­czu­wa­łem cień ak­cen­tu z Flo­ri­da Keys, ten lek­ko śpiew­ny spo­sób mó­wie­nia cha­rak­te­ry­stycz­ny dla lu­dzi z wy­se­pek.

- Je­stem za­męż­na, tak jak­by - po­wie­dzia­ła wy­zy­wa­ją­co. - Znik­nął trzy lata temu i od tej pory się do mnie nie od­zy­wa. Mam pię­cio­let­nie­go syn­ka, miesz­ka z moją sio­strą w domu na Can­dle Key. Dla­te­go wła­śnie to śmier­dzą­ca spra­wa, nie tyle ze wzglę­du na mnie, co na mo­je­go syn­ka Da­vie­go. Czło­wiek wie­le by chciał dla dziec­ka. Może za dużo ma­rzy­łam. Tak na­praw­dę to nie wiem.

Trze­ba im po­zwa­lać, by do­cho­dzi­li do sed­na spra­wy po swo­je­mu.

Upi­ła łyk drin­ka, wes­tchnę­ła i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Kie­dy to się sta­ło, mia­łam dzie­więć lat. To było w czter­dzie­stym pią­tym. Mój tata wró­cił wła­śnie z woj­ny. Sier­żant Da­vid Ber­ry. Ber­ry to moje pa­nień­skie na­zwi­sko. Na­zwa­łam po ta­cie syn­ka, choć kie­dy się uro­dził, mój tata już od bar­dzo, bar­dzo daw­na sie­dział w wię­zie­niu. Po­wiem panu, co się we­dług mnie sta­ło. Kie­dy tata pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej był za gra­ni­cą, mu­siał wpaść na po­mysł, jak za­ro­bić. I to mnó­stwo pie­nię­dzy, tak my­ślę. I zna­lazł ja­kiś spo­sób, żeby je przy­wieźć do domu. Nie wiem, jak to zro­bił. Słu­żył wte­dy w Chi­nach, In­diach i w Bir­mie. Nie było go dwa lata. Dużo pił, pa­nie McGee. Był sil­nym męż­czy­zną i miał tem­pe­ra­ment. Wró­cił stat­kiem do San Fran­ci­sco. Stam­tąd mie­li go wy­słać gdzieś na Flo­ry­dę i zwol­nić do cy­wi­la. Miał wró­cić do nas, do domu, ale w San Fran­ci­sco się upił i za­bił ja­kie­goś żoł­nie­rza. My­ślał, że go nie wy­pusz­czą i w ogó­le się z nami nie zo­ba­czy, więc uciekł. I wró­cił do domu. Jak się oka­za­ło pod­czas pro­ce­su, ta uciecz­ka nie wy­szła mu na do­bre. To był sąd woj­sko­wy.

Do­tarł do domu w środ­ku nocy. Kie­dy wsta­ły­śmy, był przy po­mo­ście i po pro­stu pa­trzył na wodę. To był mgli­sty dzień. Po­wie­dział mat­ce, co się sta­ło. I że przyj­dą i go do­rwą. Nig­dy nie wi­dzia­łam, żeby ja­kaś ko­bie­ta tak pła­ka­ła, ani przed­tem, ani po­tem. Przy­szli po nie­go, tak jak po­wie­dział, ska­za­li na do­ży­wo­cie i wy­sła­li do wię­zie­nia w Le­aven­worth w Kan­sas. Ten woj­sko­wy, któ­re­go za­bił, był ofi­ce­rem. W pierw­sze Boże Na­ro­dze­nie mat­ka po­je­cha­ła tam au­to­bu­sem, żeby się z nim zo­ba­czyć, i jeź­dzi­ła do nie­go w każ­de Boże Na­ro­dze­nie aż do jego śmier­ci przed dwo­ma laty. Jak było dość pie­nię­dzy, bra­ła ze sobą mnie albo moją sio­strę. By­łam tam dwa razy. Sio­strze uda­ło się po­je­chać trzy­krot­nie.

Od­pły­nę­ła w ma­rze­nia i wspo­mnie­nia. Po krót­kiej chwi­li wzdry­gnę­ła się i spoj­rza­ła na mnie.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­ła, po czym cią­gnę­ła:

- Wte­dy my­ślał, że prę­dzej czy póź­niej stam­tąd wyj­dzie. I chy­ba­by go wy­pu­ści­li, ale za­wsze wy­cho­dzi­ły ja­kieś pro­ble­my. Nie był tym ty­pem czło­wie­ka, któ­ry po­tra­fi przy­zwy­cza­ić się do wię­zie­nia, tak jak nie­któ­rzy. Był bar­dzo dum­ny, pa­nie McGee. Ale mu­szę panu po­wie­dzieć jed­ną rzecz. To było, za­nim po nie­go przy­szli. Mia­łam dzie­więć lat, a moja sio­stra sie­dem. Sie­dział na gan­ku, obej­mu­jąc nas, i opo­wia­dał o prze­cu­dow­nych rze­czach, któ­re się wy­da­rzą, kie­dy go wy­pusz­czą. Mia­ły­śmy mieć wła­sne ło­dzie i wła­sne ko­nie. Mia­ły­śmy po­dró­żo­wać po ca­łym świe­cie. Mó­wił, że bę­dzie­my mia­ły pięk­ne su­kien­ki, inną na każ­dy dzień w roku. Za­wsze o tym pa­mię­ta­łam. Kie­dy by­łam star­sza, przy­po­mnia­łam to mat­ce. My­śla­łam, że może mnie wy­śmie­je, ale nie, była bar­dzo po­waż­na. Po­wie­dzia­ła mi, że nie wol­no mi nig­dy o tym z ni­kim roz­ma­wiać. Po­wie­dzia­ła, że mój oj­ciec ja­koś to za­ła­twi, po swo­je­mu, i że pew­ne­go dnia wszyst­kim nam bę­dzie do­brze. Oczy­wi­ście nic po­dob­ne­go się nie sta­ło. Ale w ze­szłym roku zja­wił się u nas pe­wien czło­wiek, na­zy­wał się Ju­nior Al­len. Cią­gle się uśmie­chał. Mó­wił, że spę­dził pięć dłu­gich lat w wię­zie­niu w Le­aven­worth i do­brze zna mo­je­go tatę. I wie­dział o nas rze­czy, któ­rych mógł się do­wie­dzieć tyl­ko od nie­go. Więc ucie­szy­ły­śmy się, że się zja­wił. Mó­wił, że nie ma ro­dzi­ny. Pie­go­wa­ty, uśmiech­nię­ty, dużo mó­wił i był taką zło­tą rącz­ką. Za­miesz­kał u nas, do­stał pra­cę na sta­cji Esso, za­ra­biał tam i nam po­ma­gał. Mama za­czy­na­ła już wte­dy cho­ro­wać, ale nie była jesz­cze tak cho­ra, by nie móc opie­ko­wać się dzieć­mi, kie­dy Chri­sti­ne i ja by­ły­śmy w pra­cy. Chri­sti­ne to moja sio­stra. Dwój­ka jej dzie­cia­ków i mój syn Da­vie, trój­ka ma­łych szkra­bów. Wy­szło­by le­piej, gdy­by Ju­nior Al­len za­in­te­re­so­wał się Chri­sti­ne... Jej mąż zgi­nął pod­czas hu­ra­ga­nu w sześć­dzie­sią­tym pierw­szym. Przy­gnio­tła go ścia­na z pu­sta­ków. Na­zy­wał się Ja­imie Has­son. Obie mia­ły­śmy okrop­ne­go pe­cha, je­śli cho­dzi o fa­ce­tów.

- Pró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć.

- Cza­sa­mi wszyst­ko zwa­la się czło­wie­ko­wi na gło­wę.

- Bóg je­den wie, ile się na nas zwa­li­ło. Ju­nior Al­len wy­brał so­bie mnie. Kie­dy to się za­czę­ło, moja mat­ka była już tak cho­ra, że wca­le jej to nie ob­cho­dzi­ło. A im go­rzej z nią było, tym bar­dziej za­my­ka­ła się w so­bie. Nie­któ­rzy lu­dzie tak mają w ta­kim sta­nie. Nie­wie­le już wo­kół sie­bie za­uwa­ża­ła. Chri­sti­ne wie­dzia­ła, co się dzie­je mię­dzy mną a Ju­nio­rem Al­le­nem, i po­wie­dzia­ła mi, że to złe. Ale on twier­dził, że Wal­ly Kerr zwiał i wła­ści­wie jest tak, jak­bym była roz­wód­ką. Mó­wił, że na­wet nie mogę sta­rać się o roz­wód, póki nie upły­nie sie­dem lat od mo­men­tu, kie­dy Wal­ly nie dał zna­ku ży­cia. Póź­niej się do­wie­dzia­łam, że kła­mał.

Ży­łam z Ju­nio­rem Al­le­nem jak żona z mę­żem, pa­nie McGee, i ko­cha­łam tego męż­czy­znę. Kie­dy umar­ła mama, do­brze go było mieć przy so­bie. To się sta­ło przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Myła wa­rzy­wa, po­chy­li­ła się nad zle­wem i wy­da­ła z sie­bie taki dźwięk jak mały ko­ciak. Osu­nę­ła się na pod­ło­gę, i już było po niej. Chri­sti­ne rzu­ci­ła pra­cę, bo ktoś mu­siał być z dzie­cia­ka­mi, ale póki ja i Ju­nior Al­len pra­co­wa­li­śmy, star­cza­ło nam na ży­cie. Przez cały ten czas, kie­dy z nami miesz­kał, jed­na rzecz była dziw­na. My­śla­łam, że to dla­te­go, że tak bar­dzo zbli­żył się do taty, kie­dy był w wię­zie­niu. Chęt­nie o nim mó­wił. Nie­ustan­nie o nie­go py­tał... o to, co lu­bił ro­bić, w ja­kie miej­sca lu­bił cho­dzić, nie­mal jak­by pró­bo­wał żyć tym sa­mym ży­ciem co mój tata na dłu­go przed woj­ną, kie­dy by­łam taka mała jak Da­vie dzi­siaj. Te­raz przy­po­mi­nam so­bie też inne rze­czy, któ­re wte­dy nie wy­da­wa­ły mi się tak dziw­ne jak te­raz.

Przy­po­mnia­łam so­bie o chat­ce ry­bac­kiej zbu­do­wa­nej przez tatę na ja­kiejś wy­sep­ce, któ­ra na­wet nie ma na­zwy, i po­wie­dzia­łam o tym Ju­nio­ro­wi Al­le­no­wi. Na­stęp­ne­go dnia po­pły­nął tam łód­ką. Nie było go cały dzień. Wró­cił kom­plet­nie wy­koń­czo­ny i w pod­łym na­stro­ju. Ta­kie drob­ne rze­czy. Te­raz, pa­nie McGee, wiem, że po­lo­wał. Po­lo­wał na to, co mój tata ukrył, co­kol­wiek to było. Na to coś, co przy­wiózł z woj­ny i co mia­ło nam za­pew­nić te pięk­ne su­kien­ki, ko­nie i po­dró­że do­oko­ła świa­ta. Ju­nior Al­len wy­my­ślał ko­lej­ne pre­tek­sty, żeby prze­ko­pać wła­ści­wie każ­dy ka­wa­łek po­dwór­ka. Pew­ne­go dnia się obu­dzi­ły­śmy, a on znik­nął. To było pod ko­niec lu­te­go. Oba słu­py przy na­szym sta­rym pod­jeź­dzie były wy­wró­co­ne. Tata zro­bił je daw­no temu z ko­ra­low­ców. Były zbyt wiel­kie i oka­za­łe jak na taki mały pod­jazd i nie­obro­bio­ne zbyt do­kład­nie. Ju­nior Al­len prze­wró­cił je, a po­tem znik­nął, ale w gru­zach, któ­re zo­sta­ły po jed­nym z tych słu­pów, coś było. Na­wet nie wiem, jak to opi­sać. Tro­chę rdzy, ja­kaś prze­gni­ła tka­ni­na, któ­ra kie­dyś może była ko­lo­ru kha­ki, ja­kiś drut, jak duży uchwyt, i rdza­wy ślad w kształ­cie łań­cusz­ka... no i jesz­cze coś, co kie­dyś mo­gło być ja­kąś po­kryw­ką.

Wziął wszyst­kie swo­je rze­czy, wiec od razu wie­dzia­łam, że jest tak jak z Wal­lym Ker­rem, zno­wu to samo. Nie było sen­su go szu­kać. Ale trzy ty­go­dnie póź­niej znów się po­ja­wił na Can­dle Key. Nie po to, żeby się ze mną zo­ba­czyć. Po­szedł do pew­nej ko­bie­ty, pani At­kin­son. Jest pięk­na. Ma tam je­den z tych wiel­kich, no­wych do­mów i chy­ba mu­siał ją spo­tkać, kie­dy pra­co­wał w Esso i tan­ko­wał jej thun­der­bir­da. Lu­dzie mi mó­wi­li, że za­trzy­mał się u niej w domu, że wró­cił w dro­gich ubra­niach, na wła­snym wiel­kim jach­cie i od razu się do niej wpro­wa­dził. Mó­wi­li mi o tym, a po­tem pa­trzy­li na mnie, żeby zo­ba­czyć, co po­wiem albo zro­bię. Czte­ry dni po tym, jak się po­ja­wił, wpa­dłam na nie­go na mie­ście. Pró­bo­wa­łam z nim po­roz­ma­wiać, ale on od­wró­cił się i ru­szył szyb­ko w dru­gą stro­nę. Na­ro­bi­łam so­bie wsty­du i po­bie­głam za nim. Wsiadł do sa­mo­cho­du tej ko­bie­ty, ale jej tam nie było. Ob­ma­cy­wał so­bie kie­sze­nie i klął, bo nie mógł zna­leźć klu­czy­ków, a twarz miał wy­krzy­wio­ną z wście­kło­ści. Pła­ka­łam i py­ta­łam, dla­cze­go mi to robi. Na­zwał mnie ze­psu­tą małą zdzi­rą i po­wie­dział, że­bym wra­ca­ła i scho­wa­ła się na ba­gnach, gdzie moje miej­sce, a po­tem od­je­chał z ry­kiem sil­ni­ka. Kil­ka osób to wi­dzia­ło i sły­sza­ło, więc mie­li o czym ga­dać. Jego łódź, wiel­ki mo­to­ro­wy jacht, była za­re­je­stro­wa­na na nie­go i za­cu­mo­wa­na przy po­mo­ście pani At­kin­son. Pani At­kin­son za­mknę­ła dom i gdzieś tym jach­tem po­pły­nę­li. Te­raz wiem, że nie sza­sta­ła pie­niędz­mi i że nie mo­gła mu ku­pić ta­kiej wiel­kiej ło­dzi. Wiem też, że kie­dy Ju­nior Al­len z nami miesz­kał, nie śmier­dział gro­szem. Jed­nak szu­kał, szu­kał i szu­kał, aż wresz­cie coś zna­lazł. A po­tem znik­nął i wró­cił z pie­niędz­mi. Ale nie wy­da­je mi się, żeby kto­kol­wiek był w sta­nie co­kol­wiek z tym zro­bić. Cho­okie mi po­wie­dzia­ła, że­bym po­roz­ma­wia­ła z pa­nem, więc tak zro­bi­łam. Nie mam po­ję­cia, gdzie on te­raz jest. Nie wiem, czy pani At­kin­son to wie, chy­ba że wciąż jest gdzieś ra­zem z nim. A na­wet je­śli ko­muś uda­ło­by się go od­na­leźć, to co mógł­by po­ra­dzić?

- Jak się na­zy­wa­ła ta jego łódź i gdzie była za­re­je­stro­wa­na?

- Na­zwał ją Play Pen. Była z Mia­mi. Łódź nie była nowa, ale dał jej nową na­zwę. Po­ka­zy­wał paru lu­dziom pa­pie­ry, żeby udo­wod­nić, że to jego jacht. We­dług mnie był ro­bio­ny na za­mó­wie­nie, miał ja­kieś dwa­na­ście me­trów, bia­łe nad­bu­dów­ki, sza­ry ka­dłub z nie­bie­skim pa­sem.

- Póź­niej wy­je­cha­łaś z Can­dle Key?

- Nie­dłu­go po­tem. Je­śli pra­co­wa­ła tyl­ko jed­na z nas, po pro­stu nie star­cza­ło nam pie­nię­dzy. Kie­dy by­łam mała, pew­na tu­ryst­ka zo­ba­czy­ła, jak tań­czę, i przy­jeż­dża­jąc każ­dej zimy, da­wa­ła mi dar­mo­we lek­cje tań­ca. Za­nim wy­szłam za mąż, dwa lata za­ra­bia­łam na ży­cie w Mia­mi jako tan­cer­ka. No więc wró­ci­łam do tego i mam dość pie­nię­dzy, żeby wy­sy­łać Chri­sti­ne. Te­raz może ja­koś zwią­zać ko­niec z koń­cem. I tak nie chcia­łam już miesz­kać na Can­dle Key.

Spoj­rza­ła na mnie ła­god­ny­mi, prze­pra­sza­ją­cy­mi brą­zo­wy­mi ocza­mi. Na roz­mo­wę ze mną ubra­ła się w naj­lep­sze ciu­chy, ja­kie mia­ła. Świat zro­bił wszyst­ko, co mógł, żeby ją po­ko­nać i upo­ko­rzyć, ale mimo to wi­dać było, że to twar­da sztu­ka. Po­czu­łem, że w ir­ra­cjo­nal­ny spo­sób za­czy­nam nie lu­bić Ju­nio­ra Al­le­na, tego uśmiech­nię­te­go fa­ce­ta. A nie funk­cjo­nu­ję za do­brze, kie­dy dzia­łam pod wpły­wem emo­cji. Strze­gę się ich. Strze­gę się też wie­lu in­nych rze­czy, ta­kich jak pla­sti­ko­we kar­ty kre­dy­to­we, po­trą­ce­nia z wy­płat, pro­gra­my ubez­pie­cze­nio­we, świad­cze­nia eme­ry­tal­ne, kon­ta oszczęd­no­ścio­we, znacz­ki bo­nu­so­we, ze­ga­ry kon­tro­l­ne, ga­ze­ty, hi­po­te­ki, ka­za­nia, cu­dow­ne tka­ni­ny, dez­odo­ran­ty, ze­sta­wie­nia, staw­ki go­dzi­no­we, par­tie po­li­tycz­ne, bi­blio­te­ki, te­le­wi­zja, ak­tor­ki, sto­wa­rzy­sze­nia mło­dych biz­nes­me­nów, kon­kur­sy pięk­no­ści, po­stęp i kon­cep­cja "bo­skie­go prze­zna­cze­nia".

Strze­gę się też ca­łe­go tego po­nu­re­go, znie­czu­la­ją­ce­go struk­tu­ral­ne­go ba­ła­ga­nu, któ­ry wznie­śli­śmy na kształt lśnią­cej bu­dow­li o tak im­po­nu­ją­cej fa­sa­dzie, że jej blask prze­sła­nia wszyst­ko. I bru­tal­nej ru­ty­ny, by tę bu­dow­lę utrzy­mać.

Rze­czy­wi­stość od­bi­ja się w oczach, któ­re wie­le wy­cier­pia­ły: nie­wy­po­wie­dzia­ne, strasz­li­we oskar­że­nie w oczach znisz­czo­nej, mło­dej ko­bie­ty, któ­ra pa­trzy na cie­bie i na nic już nie li­czy.

O ta­kich rze­czach bez­tro­ski Tra­vis McGee nie bę­dzie się jed­nak roz­wo­dził, bo strze­że sie rów­nież wszel­kiej po­wa­gi.

- Po­zwól mi się jesz­cze nad tym wszyst­kim za­sta­no­wić, Ca­thy.

- Ja­sne - od­par­ła, od­sta­wia­jąc pu­stą szklan­kę.

- Na­pi­jesz się jesz­cze?

- Będę już ucie­kać... Bar­dzo panu dzię­ku­ję.

- Skon­tak­tu­ję się z tobą przez Cho­ok.

- Ja­sne.

Od­pro­wa­dzi­łem ją do wyj­ścia. Za­uwa­ży­łem drob­ny, wzru­sza­ją­cy szcze­gół. Mimo wszyst­kich tych ran i przy­gnę­bie­nia jej krok tan­cer­ki był tak pew­ny, lek­ki i szyb­ki, że - o dzi­wo - mógł ucho­dzić za bez­tro­ski.

3

Na­stęp­ne­go ran­ka za­ła­twi­łem pra­nie, a po­tem od­pią­łem ro­wer i po­pe­da­ło­wa­łem do ga­ra­żu, gdzie dla ochro­ny przed słoń­cem i sło­nym mor­skim po­wie­trzem trzy­ma­łem Miss Agnes. Na sta­rość po­trze­bu­je czu­łej, tro­skli­wej opie­ki. My­ślę, że jest je­dy­nym rolls-roy­ce'em w Ame­ry­ce, któ­ry prze­ro­bio­no na pick-upa. Miss Agnes to rocz­nik 1936 i naj­wy­raź­niej któ­re­muś z jej po­przed­nich wła­ści­cie­li przy­da­rzy­ła się ja­kaś nie­praw­do­po­dob­na ka­ta­stro­fa, któ­ra znisz­czy­ła gór­ną część jej tyłu. Roz­wią­zał ten pro­blem w nie­sa­mo­wi­ty spo­sób. Miss Agnes jest dość duża, a mimo bru­tal­nej ope­ra­cji, ja­kiej zo­sta­ła pod­da­na, za­cho­wa­ła ro­dzin­ną ce­chę, dzię­ki któ­rej przez cały dzień może je­chać sto trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzi­nę w upior­nej ci­szy. Ja­kiś inny kre­tyn ka­zał ją prze­ma­lo­wać na strasz­ny, elek­try­zu­ją­cy błę­kit. Gdy zo­ba­czy­łem ją przy­cup­nię­tą, za­wsty­dzo­ną, w tyl­nym rzę­dzie na gi­gan­tycz­nym par­kin­gu sa­lo­nu sa­mo­cho­do­we­go, na­tych­miast ją ku­pi­łem i na­zwa­łem po mo­jej na­uczy­ciel­ce z czwar­tej kla­sy, któ­rej wło­sy mia­ły ten sam nie­bie­ski od­cień.

Miss Agnes za­wio­zła mnie au­to­stra­dą do Mia­mi, gdzie roz­po­czą­łem ob­chód po fir­mach sprze­da­ją­cych jach­ty, by za­dać im moje pod­stęp­ne py­ta­nia.

Po ka­nap­ce zje­dzo­nej na lunch wresz­cie zna­la­złem fir­mę, któ­ra go sprze­da­ła. Kim­by-Mey­er. We­dług ich da­nych nie­ja­ki Am­bro­se A. Al­len za­ku­pił w mar­cu dwu­na­sto­me­tro­wy ro­bio­ny na za­mó­wie­nie jacht. Jako ad­res po­dał im ho­tel Bay­way. Czło­wie­ka, któ­ry zaj­mo­wał się sprze­da­żą tej ło­dzi, nie było. Na­zy­wał się Joe True. Cze­ka­jąc, aż wró­ci, za­dzwo­ni­łem do Bay­way. Nie miesz­kał u nich ża­den A.A. Al­len. Joe True po­ja­wił się o wpół do trze­ciej. Roz­sie­wał wo­kół woń do­bre­go bur­bo­na. Był ner­wo­wym, ży­la­stym czło­wiecz­kiem, któ­ry pod­kre­ślał każ­dą uwa­gę mru­gnię­ciem i krzy­wym uśmie­chem, jak­by wła­śnie opo­wie­dział ja­kiś ka­wał. Zmar­twił się tro­chę na wieść, że nie je­stem po­ten­cjal­nym klien­tem, roz­pro­mie­nił się jed­nak, gdy za­pro­po­no­wa­łem, że po­sta­wię mu drin­ka. Po­szli­śmy do po­bli­skiej knaj­py, gdzie wszy­scy świet­nie go zna­li, i za­nim jesz­cze zdą­ży­li­śmy usiąść na ba­ro­wych stoł­kach, stał już przed nim drink.

- Szcze­rze mó­wiąc, to nie wy­glą­dał mi na klien­ta - po­wie­dział Joe True. - Czło­wiek uczy się roz­po­zna­wać lu­dzi, któ­rzy ku­pu­ją ta­kie ło­dzie. Ten cały pan Al­len wy­glą­dał i za­cho­wy­wał się ra­czej jak wy­na­ję­ty za­ło­gant, jak­by za­ła­twiał coś dla swo­je­go sze­fa. Brud pod pa­znok­cia­mi. Ta­tu­aż na nad­garst­ku. Spra­wiał wra­że­nie strasz­ne­go twar­dzie­la, opa­lo­ny, bar­czy­sty i sil­ny. I przez cały czas się uśmie­chał. Po­ka­za­łem mu kil­ka jach­tów, a on tak szyb­ko prze­szedł do roz­mów o ce­nie, że za­czą­łem go tak­to­wać po­waż­nie. W koń­cu zde­cy­do­wał się na Jes­si­cę III. Pod taką na­zwą była wcze­śniej za­re­je­stro­wa­na.

- Do­bra łódź?

- Świet­na, pa­nie McGee. Była spo­ro uży­wa­na, ale utrzy­ma­na w do­sko­na­łym sta­nie. Dwa sil­ni­ki po sto pięć­dzie­siąt pięć koni, po ka­pi­tal­nym re­mon­cie. Nie­zły kom­pro­mis po­mię­dzy zu­ży­ciem pa­li­wa a pręd­ko­ścią. Do­brze wy­po­sa­żo­na. Zbu­do­wa­no ją w pięć­dzie­sią­tym szó­stym, je­śli do­brze pa­mię­tam. Do­bra przy wzbu­rzo­nym mo­rzu. Wy­pły­nę­li­śmy nią. Po­pły­wał nią tro­chę i mu się spodo­ba­ła. Kie­dy wra­ca­li­śmy, wy­stra­szył mnie na śmierć. My­śla­łem, że ze­rwie­my ja­kieś pięt­na­ście me­trów po­mo­stu! Ale do­kład­nie we wła­ści­wej chwi­li włą­czył wstecz­ny. Sta­łem na dzio­bie i do­bi­li­śmy do po­mo­stu tak de­li­kat­nie, jak ca­łu­je dziew­czy­na. A kie­dy ro­bił prze­gląd ło­dzi, świet­nie wie­dział, na co zwra­cać uwa­gę. Nie po­trze­bo­wał żad­nej eks­per­ty­zy. I od razu ją ku­pił. Rów­no za dwa­dzie­ścia czte­ry ty­sią­ce.

- W go­tów­ce?

Joe True pod­su­nął swo­ją szklan­kę bar­ma­no­wi i po­pa­trzył na mnie.

- Po­wiedz mi może jesz­cze raz, o co ci tak wła­ści­wie cho­dzi?

- Pró­bu­ję go na­mie­rzyć, Joe. W ra­mach przy­słu­gi dla wspól­ne­go przy­ja­cie­la.

- Tro­chę się de­ner­wo­wa­łem w związ­ku z tą sprze­da­żą i wspo­mnia­łem o tym panu Kim­by'emu, a on spraw­dził wszyst­ko ze swo­im ad­wo­ka­tem. Nie­waż­ne, skąd Al­len wziął te pie­nią­dze; nikt się nie może do nas przy­cze­pić.

- A dla­cze­go się de­ner­wo­wa­łeś?

- Nie wy­glą­dał ani nie za­cho­wy­wał się jak fa­cet, któ­ry ma tyle for­sy, to wszyst­ko. Ale kto wie? Nie py­ta­łem go, skąd ją ma. Może jest ja­kimś eks­cen­trycz­nym fi­nan­si­stą? Może jest oszczęd­ny? Fak­tem jest, że miał pięć cze­ków ban­ko­wych. Każ­dy z in­ne­go ban­ku, ale wszyst­kie z No­we­go Jor­ku. Czte­ry były po pięć ty­się­cy do­la­rów, a je­den na dwa ty­sią­ce pięć­set. Róż­ni­cę do­pła­cił stu­do­la­ro­wy­mi bank­no­ta­mi. Była umo­wa, że zmie­ni­my na­zwę na taką, jak so­bie ży­czył, za­ła­twi­my za nie­go pa­pier­ko­wą ro­bo­tę i jesz­cze parę in­nych dro­bia­zgów. Nic wiel­kie­go, po­ma­lu­je­my sza­lu­pę, wy­mie­ni­my łań­cuch od ko­twi­cy, tego typu rze­czy. Kie­dy to ro­bi­li­śmy, nasz bank oświad­czył, że cze­ki są w po­rząd­ku, więc spo­tka­łem się z Al­le­nem na na­brze­żu i da­łem mu pa­pie­ry, a on ode­brał łódź. Ten gość ani na chwi­lę nie prze­sta­wał się uśmie­chać. Ja­sne, krę­co­ne wło­sy, cał­kiem spło­wia­łe od słoń­ca, małe ja­sno­nie­bie­skie oczka... i non stop się uśmie­chał. Po spo­so­bie, w jaki ra­dził so­bie z ło­dzią, do­sze­dłem do wnio­sku, że tak na­praw­dę ku­pił ją dla ko­goś in­ne­go, choć za­re­je­stro­wał ją na sie­bie. Może ja­kiś układ zwią­za­ny z po­dat­ka­mi albo coś w tym sty­lu. To zna­czy, tak to wy­glą­da­ło, bo każ­dy czek po­cho­dził z in­ne­go ban­ku. Gość był świet­nie ubra­ny, ale te ciu­chy ja­koś do nie­go nie pa­so­wa­ły.