2
Przeszedłem przez salon, zapukałem do drzwi i wszedłem do głównej kabiny. Świeże ubrania Chook były rozłożone na moim łóżku, a przepocony kostium leżał rzucony na podłogę. Słyszałem, jak się kąpie, pluskając się i nucąc w wannie.
- Jak tam? - rzuciłem w stronę uchylonych drzwi.
- Wejdź, kochanie. Wyglądam nieprzyzwoicie.
Łazienka była pełna wilgoci, pary i zapachu mydła.
Podstarzały sybaryta z Palm Beach, który zamówił tę łódź, by móc na niej spędzić jesień swojego życia, dodał tu wiele miłych drobiazgów. Jednym z nich była wanna, na wpół wpuszczona w podłogę, bladoniebieska, długa na dwa metry, a szeroka na ponad metr. Chook leżała rozciągnięta na całą długość, jej czarne włosy unosiły się na wodzie, falując i pieniąc się od mydła... Absolutnie niesamowite. Kiedy przywołała mnie ruchem ręki, podszedłem i usiadłem na szerokiej krawędzi w nogach wanny.
Przypuszczam, że Chook ma jakieś dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata. Na oko wydaje się trochę starsza. Jej twarz ma w sobie tę surowość, jaką widuje się na starych zdjęciach Indian z Wielkich Równin. W najlepszych chwilach to pełna mocy, charakterystyczna twarz, promieniująca godnością i siłą. W najgorszych przypomina twarz chłopaka z Dartmouth, przebranego do występu w jakimś komicznym chórku. Jednak jej ciało, w sytuacji intymniejszej, niż kiedykolwiek miałem okazję je widzieć, było niezrównanie, bezlitośnie kobiece, zmysłowe i lśniące, krągłe, a pod cieniutką warstewką tłuszczu - całkiem nieźle umięśnione.
Stanowiła wyzwanie, ale nie znałem warunków. Wiedziałem tylko, że w większości przypadków są to warunki, na jakie w ostatecznym rozrachunku człowiek nie może sobie pozwolić, nie z takimi kobietami, które - jak Chook - mają tę szczególną siłę, charakter i wymagania. Prowokowała mnie, ale była w tym mniej śmiała, niż jej się wydawało.
- I co z Cathy? - spytała, starając się, by jej głos brzmiał naturalnie.
- Dostała w życiu trochę w kość.
- To pewne. Ale jak, pomożesz jej?
- Musiałbym się najpierw sporo dowiedzieć. Kto wie, czy nie za dużo. Może zajęłoby mi to zbyt wiele czasu i okazało się zbyt kosztowne.
- Ale nie jesteś w stanie tego określić, dopóki nie sprawdzisz?
- Mógłbym po prostu zgadywać.
- I nic z tym nie zrobić?
- A dlaczego to dla ciebie takie ważne, Chook?
- Lubię ją. A było jej ciężko.
Świat jest pełen sympatycznych ludzi, którzy regularnie dostają kopa w brzuch. Są podatni na katastrofy. Coś idzie nie tak. Niebo zaczyna walić im się na głowę. I nie da się tego tak po prostu odwrócić.
Chlapnęła lekko wodą i skrzywiła się. Lewą ręką opierałem się o krawędź wanny. Nagle Chook uniosła długą, parującą, lśniącą nogę i stanowczym ruchem położyła ociekającą bosą stopę na grzbiecie mojej dłoni. Dziwnie oplotła palcami nogi mój nadgarstek i z lekkim przerażeniem własną śmiałością w oczach odezwała się ochrypłym głosem:
- Woda jest wspaniała.
To już było trochę za bardzo wymuszone.
- Kogo ty próbujesz udawać?
Wzdrygnęła się.
- Nie rozumiem, dlaczego tak mówisz.
- Jesteś Chookie McCall, bardzo stanowcza, ambitna i niezbyt skłonna do spontanicznych reakcji. Przyjaźnimy się od kilku miesięcy. Próbowałem cię podrywać, na samym początku, a ty mnie bardzo miło i zdecydowanie postawiłaś do pionu. A więc kogo próbujesz udawać? To chyba uczciwe pytanie.
Cofnęła stopę.
- Musisz być takim sukinsynem, Trav? Może akurat dziś zareagowałam spontanicznie. Dlaczego musisz wszystko podawać w wątpliwość?
- Bo znam cię, i może już wystarczy zranionych ludzi.
- A co to niby ma znaczyć?
- Chook, dziecko, nie jesteś dostatecznie trywialna na seks dla sportu. Jesteś trochę bardziej złożona. A więc to przyjemne i nieoczekiwane zaproszenie z pewnością jest częścią jakiegoś planu albo wiąże się z zamiarami na przyszłość.
Wyraz jej oczu zmienił się na tyle, bym zdał sobie sprawę, że trafiłem w dziesiątkę.
- Cokolwiek to było, kochanie, nieźle to spieprzyłeś.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Moja droga, jeśli chodzi ci o czystą rozrywkę, bez żadnych roszczeń, ustaleń czy dozgonnych ślubów, jestem do twoich usług. Lubię cię. Lubię cię na tyle, że nie mam ochoty cię w coś pakować, chociaż w tej chwili to piekielnie silna pokusa. Ale myślę, że musiałabyś zanadto oszukiwać samą siebie, bo jak już mówiłem, jesteś bardziej złożoną kobietą. I silną. A ja nie jestem częścią twojej przyszłości, przynajmniej nie w sensie emocjonalnym.
- Wstałem i spojrzałem na nią z góry. - Teraz już znasz zasady. Decyzja należy do ciebie. Wystarczy słowo.
Wróciłem do salonu. Pomyślałem o swoim niezłomnym charakterze, po czym zacząłem się zastanawiać, czy byłoby to praktyczne i zabawne, gdybym walnął teraz głową w ścianę. Paznokcie pozostawiły interesujące ślady w kształcie półksiężyca po wewnętrznej stronie mojej dłoni. Moje uszy się wydłużyły, niemal urosły im włochate czubki i gdy tak chodziłem tam i z powrotem po kajucie, wciąż kierowały się w jej stronę, nasłuchując nieśmiałego wezwania.
Kiedy wreszcie wyszła, miała na sobie białe spodnie i czarną bluzkę, a ciemne, wilgotne włosy związała czerwoną chustką. W niewielkiej płóciennej torbie upchnęła swoje akcesoria tancerki. Wydawała się zmęczona, onieśmielona i zrezygnowana. Podeszła powoli i zerkając na mnie raz po raz, starała się zajrzeć mi głębiej w oczy. Ubranie ją wyszczupla, ukrywając dojrzałość.
Ująłem jej podbródek i pocałowałem miękkie, ciepłe, pokorne indiańskie usta.
- O co w tym wszystkim chodzi? - spytałem.
- Pokłóciłam się z Frankiem, i to dość paskudnie. Więc chyba próbowałam coś sobie udowodnić. Teraz czuję się jak idiotka.
- Niepotrzebnie.
Westchnęła.
- Ale gdyby skończyło się inaczej, czułabym się jeszcze gorzej. Tak myślę. Prędzej czy później. Więc dzięki, że byłeś bystrzejszy ode mnie.
- To nie było łatwe, moja droga.
Skrzywiła się.
- Co jest ze mną nie tak? Czemu nie mogę zakochać się w tobie zamiast w nim? Jest naprawdę okropnym facetem. Czuję się przy nim jakaś upodlona. Ale kiedy wchodzi do pokoju, czasami mam wrażenie, że zaraz zemdleję z miłości. To chyba dlatego... dlatego tak współczuję Cathy. Frank jest moim Juniorem Allenem. Proszę, pomóż jej.
Powiedziałem jej, że się nad tym zastanowię. Odprowadziłem ją do jej małego samochodu, w słodką, gorącą noc, i patrzyłem, jak odjeżdża, unosząc swą nietkniętą dojrzałość z powrotem do gburowatego Franka. Czekałem na szum aplauzu, fanfary, na przemówienie i medal. Słuchałem szepczącego plusku wody uderzającej o kadłub, cichego pomruku samochodów na gładkim asfalcie, który oddziela wielką marinę od plaży publicznej, strzępów muzyki mieszającej się w nonsens, śmiechów na łodziach, rozmazanej harmonii alkoholu i pieśni moskitów nad moim karkiem.
Kopnąłem w betonowy pomost, aż poczułem ból w palcach u nogi. To są lata wesołych imprez, które wydają się wyraźnie oszukańcze. Podobno w tym miejscu aż roi się od cudownie amoralnych króliczków, dla których seks jest przyjemną towarzyską przysługą. Nowa kultura. I faktycznie są obecne, i to na pęczki, ale - o dziwo - jest w tym coś niesmacznego. Kobieta, która się nie pilnuje i nie ceni, nie może przedstawiać wielkiej wartości dla kogokolwiek. Staje się drobną, miłą wygodą, jak ręcznik dla gościa. A milutkie rzeczy, jakie ci mówi, westchnienia, popiskiwania i uniesienia są równie nienaturalne jak inicjały wyszywane na tych ręcznikach. Jedynie kobieta obdarzona dumą, nietrywialna, taka, w której są jakieś emocje, autentycznie zasługuje na to, żeby się z nią kochać. I są tylko dwa sposoby na zdobycie takiej kobiety. Albo kłamiesz i niszczysz ten związek własną podstępnością, albo akceptujesz zaangażowanie, odpowiedzialność za uczucia i trwałość, jakiej ona z natury musi pragnąć. "Kocham cię" można wypowiedzieć tylko na dwa sposoby.
Ale poczucie, że coś się dzieje, również jest życiową potrzebą. Zorientowałem się, że powoli zmierzam w stronę wielkiego, luksusowego jachtu, na którym Alabama Tiger wydaje niekończące się przyjęcie.
Powitały mnie niewyraźne okrzyki. Obracałem w dłoni drinka, byłem sympatyczny do bólu, odpowiednio tajemniczy i dowcipny, i uważnie obserwowałem relacje w grupie, aż do chwili, gdy byłem w stanie zidentyfikować dwie możliwości. Zdecydowałem się na kwitnącą rudowłosą z Waco w "Tejksasie", nazywała się Molly Bea Archer. Ostrożnie oddzieliłem ją od stada i podpitą i chętną powlokłem na Busted Flush. Uznała, że to urocza stara łódź. Chodziła dookoła, piejąc z zachwytu na widok różnych szczegółów jej wyposażenia. Przypominała kociaka, tak jak one wszystkie, aż do chwili, gdy zostaną skonfrontowane z nieubłaganą rzeczywistością pójścia do łóżka, a wtedy zabrała się do wypełniania swoich drobnych obowiązków towarzyskich z nabytą wprawą i naturalną gorliwością. Odpoczywaliśmy i wymienialiśmy niezbędne komplementy, a ona opowiedziała mi o swoim strasznym problemie: czy wrócić na Baylor na ostatni rok studiów, czy też wyjść za mąż za pewnego sympatycznego starszego pana, który jest w niej strasznie zakochany... Albo może przyjąć wspaniałą pracę w Houston w takiej niewielkiej, sympatycznej firmie ubezpieczeniowej? Westchnęła, pocałowała mnie jak siostra i przyjaźnie poklepała, potem wstała, poprawiła makijaż, wbiła się z powrotem w szorty i bluzeczkę na ramiączkach, a gdy przygotowałem dwa świeże drinki w szklankach, które przynieśliśmy z łodzi Tigera, odprowadziłem ją z powrotem na imprezę i zostałem tam jeszcze piętnaście minut w ramach uprzejmości.
Leżąc sam w mroku łóżka, poczułem się smutny, apatyczny, stary i oszukany. Molly Bea była równie zaangażowana jak jedna z tych gumowych lalek, jakie marynarze kupują w japońskich portach.
I w tym mroku zacząłem myśleć o brązowych pokornych oczach Cathy Kerr, szczerze spoglądających spod grzywy jasnych włosów. Molly Bea, o twardych białych piersiach lekko obsypanych złocistymi piegami, nigdy nie zostanie tak upokorzona przez życie, ponieważ nie potrafiłaby się równie głęboko zaangażować w mięsistą surowość życia. Nigdy nie padnie ofiarą swoich złudzeń, ponieważ nie są dla niej istotne. Zawsze znajdzie sobie nowe, kiedy stare się już zużyją. Tymczasem Cathy tkwi w swoich złudzeniach. W złudzeniu miłości, magicznie przemienionym we wspomnienie wstydu.
Być może gardziłem tą częścią siebie, którą można by nazwać Juniorem Allenem. Jakież zaskoczenie wzbudziłyby te nocne myśli w beztroskich towarzyszach wesołego Travisa McGee, tego wielkiego, opalonego, wyluzowanego obiboka żyjącego sobie na jachcie, tego jasnookiego podrywacza z nastroszonymi włosami, zabójcy małych dzikich rybek, włóczącego się po plażach, popijającego gin i szukającego świętego spokoju dowcipnisia, obrazoburcy, niedowiarka lubiącego dyskusje, z obitymi kostkami u rąk i bliznami, wyrzutka uporządkowanego społeczeństwa.
Ale litość, oburzenie i poczucie winy to uczucia, które najlepiej jest ukryć przed wesołym towarzystwem.
Wyciągaj je w nocy.
McGee, naprawdę wiesz, jak żyć, stary przyjacielu.
Wspaniały stary kumplu.
To miał być spokojny wieczór spędzony w domu. I było tak, dopóki nie wkroczyła w niego Cathy Kerr, przynosząc ze sobą niepokój. W końcu mogłem przed samym sobą przyznać, że ta drobna gumowa przygoda z rudą z "Tejksasu" zdarzyła się nie dlatego, że odmówiłem sobie igraszek z Chook w pianie i bąbelkach, ale ponieważ próbowałem zignorować wyzwanie, jakie postawiła przede mną Cathy. Mogłem sobie pozwolić na to, by spokojnie dryfować przez wiele miesięcy. Teraz jednak Cathy obudziła we mnie niepokój, oburzenie i zaczątki tej wstydliwej potrzeby, by wdrapać się na mojego kulawego białego rumaka, otrzepać zbroję z rdzy, unieść pogiętą starą kopię i wrzasnąć "hurra!".
Po podjęciu decyzji natychmiast zasnąłem.
1
To miał być spokojny wieczór spędzony w domu.
Dom to Busted Flush, szesnastometrowa łódź mieszkalna przypominająca barkę, przycumowana przy kei F-18 w Bahia Mar, w Lauderdale.
Dom jest tam, gdzie masz swoją prywatność. Zasuwasz wszystkie zasłony, zamykasz luki i przy szepczącym szmerze klimatyzacji, tłumiącym wszelkie dźwięki z zewnątrz, możesz się odciąć od chaotycznej aktywności na pokładzie sąsiedniej łodzi. Równie dobrze mógłbyś być w rakiecie, która minęła Wenus, albo gdzieś pod czapą lodową.
Nazywam to pomieszczenie salonem, bo głównie tutaj toczy się życie na pokładzie.
Leżałem rozciągnięty na wygodnej narożnej sofie, studiując mapy wysepek koralowych, i próbowałem wykrzesać z siebie na tyle entuzjazmu i energii, by zaplanować przeprowadzenie Busted Flush na jakiś czas w nowe miejsce. Ma dwa dieslowskie silniki marki Hercules - pięćdziesiąt osiem koni mechanicznych każdy - które posuwają ją do przodu w majestatycznym tempie sześciu węzłów. Nie chciałem jej przemieszczać. Lubię Lauderdale. Siedzę tu jednak już od tak dawna, że zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem tego jednak zrobić.
Chookie McCall ćwiczyła jakiś głupi układ choreograficzny. Przyszła do mnie, bo było tu dość miejsca i prywatności. Poodsuwała meble, ustawiła kilka luster przeniesionych z głównej kabiny i swój mały, robiący mnóstwo hałasu metronom. Miała na sobie stary, spłowiały, rdzawoczerwony kostium, w kilku miejscach zszywany czarną nicią. Czarne włosy związała chustą.
Ciężko pracowała. Wielokrotnie przerabiała każdą sekwencję, za każdym razem odrobinę ją zmieniając, a gdy już była usatysfakcjonowana, podbiegała do stolika i zapisywała coś w swoim notatniku.
Tancerze pracują równie ciężko jak niegdyś górnicy. Tupała, posapywała i wyginała swoje wspaniałe, idealnie proporcjonalne ciało. Mimo klimatyzacji wypełniła salon słabym ostro-słodkim zapachem dużej, rozgrzanej dziewczyny. Była miłym urozmaiceniem. W świetle salonu widać było lśniący pot na długich, solidnych, umięśnionych nogach i ramionach.
- Cholera! - zaklęła, patrząc z grymasem niezadowolenia w swoje notatki.
- Coś nie tak?
- Nic, czego nie potrafiłabym poprawić. Muszę dokładnie opisać, gdzie wszyscy powinni być, bo inaczej będą kopać się po twarzach. Czasami mi się to plącze.
Wykreśliła parę zapisków, a ja powróciłem do sprawdzania głębokości na mieliznach na północny wschód od Content Keys w czasie odpływów. Chookie pilnie pracowała przez kolejne dziesięć minut, robiła notatki, a potem oparła się o krawędź stołu, oddychając ciężko.
- Trav, kochanie...
- Mmm?
- Żartowałeś, kiedy rozmawialiśmy o... o tym, czym się zajmujesz?
- A co powiedziałem?
- Brzmiało to trochę dziwnie, ale chyba ci uwierzyłam. Mówiłeś, że jeśli X ma coś cennego, pojawia się Y i zabiera mu to coś, i nie ma absolutnie żadnej możliwości, żeby X był w stanie kiedykolwiek to odzyskać, wtedy wkraczasz do akcji ty, dogadujesz się z X, że odzyskasz to dla niego i zatrzymujesz połowę dla siebie. A potem po prostu... żyjesz z tego, dopóki ci się nie skończy. Naprawdę tak jest?
- To uproszczenie, Chook, ale w sumie dość trafne.
- Nie masz przy tym mnóstwa kłopotów?
- Czasami tak, czasami nie. Y zazwyczaj nie jest w stanie za bardzo narozrabiać. Dla X jestem czymś w rodzaju ostatniej deski ratunku, więc moje honorarium wynosi pięćdziesiąt procent. Dla niego połowa to i tak znacznie więcej niż nic.
- I robisz to, że tak powiem, po cichu?
- Chook, nie mam wydrukowanych wizytówek. Co miałoby być na nich napisane? Travis McGee, odzyskiwacz?
- Ale na litość boską, Trav, ile takich zleceń potrafisz sobie znaleźć, kiedy jesteś już na tyle spłukany, że ich potrzebujesz?
- Na tyle dużo, że mogę w nich przebierać. Żyjemy w skomplikowanych czasach, moja droga. Im bardziej złożone staje się nasze społeczeństwo, tym więcej jest półlegalnych sposobów, żeby kraść. Czasem dostaję cynk od starych klientów. Jeśli weźmiesz stos gazet i zaczniesz je bardzo starannie czytać, a przy tym potrafisz czytać między wierszami, sama zawsze znajdziesz jakiegoś tłustego, zadowolonego Y i biednego X, załamującego ręce. Lubię duże zlecenia, bo przynoszą niezłe pieniądze. A potem mogę wykorzystać kolejny kawałek mojej emerytury. Widzisz, zamiast przejść na emeryturę, kiedy będę miał sześćdziesiąt lat, bywam sobie na niej od czasu do czasu.
- A gdyby tak teraz się coś pojawiło?
- Zmieńmy temat, panno McCall. A może zagrasz Frankowi na nerwach i weźmiesz sobie trochę wolnego? Zbierzemy małą grupkę i urządzimy sobie imprezowy rejs aż do Marathon. Powiedzmy, czterech dżentelmenów i sześć dam. Żadnych pijaków, żadnych marudów, żadnych par, ludzi o podejrzanych preferencjach, uzależnionych od aparatów fotograficznych, nikogo, kto by się opalał, nikogo, kto nie umie pływać, nikogo, kto...
- Proszę, McGee. Mówię poważnie.
- Ja też.
- Jest pewna dziewczyna. Chciałabym, żebyś z nią porozmawiał. Parę miesięcy temu przyjęłam ją do zespołu. Jest trochę starsza niż my wszystkie. Kiedyś już tańczyła, a teraz całkiem nieźle sobie radzi, serio. Ale... myślę, że potrzebuje pomocy. I wydaje mi się, że naprawdę nie ma do kogo się zwrócić. Nazywa się Cathy Kerr.
- Przykro mi, Chook. W tej chwili mam tyle pieniędzy, że starczy mi na kilka miesięcy. Pracuję najlepiej, kiedy zaczynam się już robić nerwowy.
- Ale ona sądzi, że tu naprawdę chodzi o coś wielkiego.
Przyjrzałem się jej uważnie.
- Sądzi?
- Nigdy tego nie widziała.
- Co proszę?
- Parę dni temu trochę się upiła i zrobiła się strasznie płaczliwa. Byłam dla niej miła, więc wszystko mi wygadała. Ale sama powinna ci opowiedzieć.
- Jak mogła stracić coś, czego nigdy nie widziała?
Na twarzy Chookie pojawił się uśmiech rybaka, który widzi, że ryba chwyciła przynętę.
- To naprawdę zbyt skomplikowane, żebym próbowała ci to wyjaśnić. Mogłabym coś pomieszać. Porozmawiałbyś z nią? Zrobiłbyś choć tyle, Travis?
Westchnąłem.
- Przyprowadź ją któregoś dnia.
Podeszła do mnie zwinnym krokiem, ujęła za nadgarstek i spojrzała na mój zegarek. Oddychała teraz spokojniej. Kostium był ciemny od potu i przylegał do ciała niemal równie ciasno jak jej własna piękna skóra. Spojrzała na mnie promiennie.
- Wiedziałam, że miły z ciebie facet, Trav. Będzie tu za dwadzieścia minut.
- Jesteś oszustką, McCall - powiedziałem, patrząc na nią.
Pogłaskała mnie po głowie.
- Cathy jest naprawdę miła. Polubisz ją.
Poszła na środek salonu, znów uruchomiła metronom, przejrzała notatki i powróciła do pracy. Skakała, tupała i postękiwała cicho z wysiłku. Jeśli wybierasz się na balet, nigdy nie siadaj w pierwszym rzędzie.
Powróciłem do sprawdzania położenia boi nawigacyjnych i poziomu pływów, ale cała koncentracja gdzieś uciekła. Musiałem porozmawiać z tamtą kobietą, ale z całą pewnością nie zamierzałem dać się wkręcić w jakąś bezsensowną sprawę. Miałem już zaaranżowane następne zlecenie, czekało tylko, aż będę gotów. A rozrywek mi nie brakowało. Uśmiechnąłem się kwaśno. Z pewnym rozbawieniem pomyślałem o tym, że Chook zastanawiała się, skąd biorę zlecenia. Sama była żywym dowodem na to, że pojawiają się one nieustannie.
Punktualnie o dziewiątej usłyszałem "ding-dong" dzwonka, który podłączyłem do przycisku na palu pomostu. Jeśli ktoś zignorowałby dzwonek, przeszedł przez mój łańcuch i po trapie, to w chwili gdy stanąłby na dużej sznurkowej macie rozłożonej na pawęży rufy, rozległoby się znaczące i złowróżbne "bong", które natychmiast uruchamia wiele środków bezpieczeństwa. Nie lubię niespodzianek. Zbyt wiele musiałem ich przeżyć. Wyprowadzają mnie z równowagi. Wyeliminowanie wszelkiego ryzyka, które da się wyeliminować, to najrozsądniejszy sposób, by pozostać przy życiu.
Włączyłem światła na pokładzie rufowym i wyszedłem z salonu od strony rufy, ze zdyszaną Chookie McCall depczącą mi po piętach.
Podszedłem i odpiąłem łańcuch. Blond włosy o piaskowym odcieniu miała ostrzyżone na angielskiego nastolatka. Wielkie oczy spoglądały spod postrzępionej grzywki. Ubrała się zbyt elegancko jak na tę okazję - czerń, klipsy z perłami i mała, błyszcząca kopertówka.
Chook przedstawiła nas sobie zdyszanym głosem i przeszliśmy do kabiny. Widziałem, że jak na standardy Chook, Cathy była już starszą kobietą. Miała dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem lat. Brązowooka blondynka o bezradnych, smutnych oczach basseta. Wokół nich miała nieznaczne zmarszczki. W świetle salonu dostrzegłem, że czarna suknia jest trochę podniszczona. Dłonie wyglądały na nieco szorstkie. Pod lekko marszczonym dołem czarnej sukni kryły się nogi charakterystyczne dla tancerek. Pełne krągłości, wysportowane i silne.
- Cathie, możesz opowiedzieć Travisowi McGee o wszystkim, tak jak opowiedziałaś mnie - zapewniła Chookie. - Już skończyłam, więc zostawię was samych i pójdę się wykąpać, jeśli nie masz nic przeciwko, Trav.
- Ależ proszę, wykąp się.
Pogłaskała mnie całkiem miło za uchem, wyszła i zamknęła za sobą drzwi głównej kabiny.
Widziałem, że Catherine Kerr jest bardzo spięta.
Zaproponowałem jej drinka. Z wdzięcznością przyjęła burbona z lodem.
- Nie wiem, co może pan zrobić - powiedziała.
- To chyba niemądre. Nie wiem, czy ktokolwiek może coś zrobić.
- Albo w ogóle nie ma nic, co można by zrobić, Cathy. Przyjmijmy założenie, że sytuacja jest beznadziejna, i wyjdźmy od tego punktu.
- Któregoś wieczoru wypiłam za dużo po występie i powiedziałam o tym Chookie. Chyba nie powinnam była nikomu mówić.
W jej lekko stłumionym, nosowym głosie wyczuwałem cień akcentu z Florida Keys, ten lekko śpiewny sposób mówienia charakterystyczny dla ludzi z wysepek.
- Jestem zamężna, tak jakby - powiedziała wyzywająco. - Zniknął trzy lata temu i od tej pory się do mnie nie odzywa. Mam pięcioletniego synka, mieszka z moją siostrą w domu na Candle Key. Dlatego właśnie to śmierdząca sprawa, nie tyle ze względu na mnie, co na mojego synka Daviego. Człowiek wiele by chciał dla dziecka. Może za dużo marzyłam. Tak naprawdę to nie wiem.
Trzeba im pozwalać, by dochodzili do sedna sprawy po swojemu.
Upiła łyk drinka, westchnęła i wzruszyła ramionami.
- Kiedy to się stało, miałam dziewięć lat. To było w czterdziestym piątym. Mój tata wrócił właśnie z wojny. Sierżant David Berry. Berry to moje panieńskie nazwisko. Nazwałam po tacie synka, choć kiedy się urodził, mój tata już od bardzo, bardzo dawna siedział w więzieniu. Powiem panu, co się według mnie stało. Kiedy tata podczas drugiej wojny światowej był za granicą, musiał wpaść na pomysł, jak zarobić. I to mnóstwo pieniędzy, tak myślę. I znalazł jakiś sposób, żeby je przywieźć do domu. Nie wiem, jak to zrobił. Służył wtedy w Chinach, Indiach i w Birmie. Nie było go dwa lata. Dużo pił, panie McGee. Był silnym mężczyzną i miał temperament. Wrócił statkiem do San Francisco. Stamtąd mieli go wysłać gdzieś na Florydę i zwolnić do cywila. Miał wrócić do nas, do domu, ale w San Francisco się upił i zabił jakiegoś żołnierza. Myślał, że go nie wypuszczą i w ogóle się z nami nie zobaczy, więc uciekł. I wrócił do domu. Jak się okazało podczas procesu, ta ucieczka nie wyszła mu na dobre. To był sąd wojskowy.
Dotarł do domu w środku nocy. Kiedy wstałyśmy, był przy pomoście i po prostu patrzył na wodę. To był mglisty dzień. Powiedział matce, co się stało. I że przyjdą i go dorwą. Nigdy nie widziałam, żeby jakaś kobieta tak płakała, ani przedtem, ani potem. Przyszli po niego, tak jak powiedział, skazali na dożywocie i wysłali do więzienia w Leavenworth w Kansas. Ten wojskowy, którego zabił, był oficerem. W pierwsze Boże Narodzenie matka pojechała tam autobusem, żeby się z nim zobaczyć, i jeździła do niego w każde Boże Narodzenie aż do jego śmierci przed dwoma laty. Jak było dość pieniędzy, brała ze sobą mnie albo moją siostrę. Byłam tam dwa razy. Siostrze udało się pojechać trzykrotnie.
Odpłynęła w marzenia i wspomnienia. Po krótkiej chwili wzdrygnęła się i spojrzała na mnie.
- Przepraszam - powiedziała, po czym ciągnęła:
- Wtedy myślał, że prędzej czy później stamtąd wyjdzie. I chybaby go wypuścili, ale zawsze wychodziły jakieś problemy. Nie był tym typem człowieka, który potrafi przyzwyczaić się do więzienia, tak jak niektórzy. Był bardzo dumny, panie McGee. Ale muszę panu powiedzieć jedną rzecz. To było, zanim po niego przyszli. Miałam dziewięć lat, a moja siostra siedem. Siedział na ganku, obejmując nas, i opowiadał o przecudownych rzeczach, które się wydarzą, kiedy go wypuszczą. Miałyśmy mieć własne łodzie i własne konie. Miałyśmy podróżować po całym świecie. Mówił, że będziemy miały piękne sukienki, inną na każdy dzień w roku. Zawsze o tym pamiętałam. Kiedy byłam starsza, przypomniałam to matce. Myślałam, że może mnie wyśmieje, ale nie, była bardzo poważna. Powiedziała mi, że nie wolno mi nigdy o tym z nikim rozmawiać. Powiedziała, że mój ojciec jakoś to załatwi, po swojemu, i że pewnego dnia wszystkim nam będzie dobrze. Oczywiście nic podobnego się nie stało. Ale w zeszłym roku zjawił się u nas pewien człowiek, nazywał się Junior Allen. Ciągle się uśmiechał. Mówił, że spędził pięć długich lat w więzieniu w Leavenworth i dobrze zna mojego tatę. I wiedział o nas rzeczy, których mógł się dowiedzieć tylko od niego. Więc ucieszyłyśmy się, że się zjawił. Mówił, że nie ma rodziny. Piegowaty, uśmiechnięty, dużo mówił i był taką złotą rączką. Zamieszkał u nas, dostał pracę na stacji Esso, zarabiał tam i nam pomagał. Mama zaczynała już wtedy chorować, ale nie była jeszcze tak chora, by nie móc opiekować się dziećmi, kiedy Christine i ja byłyśmy w pracy. Christine to moja siostra. Dwójka jej dzieciaków i mój syn Davie, trójka małych szkrabów. Wyszłoby lepiej, gdyby Junior Allen zainteresował się Christine... Jej mąż zginął podczas huraganu w sześćdziesiątym pierwszym. Przygniotła go ściana z pustaków. Nazywał się Jaimie Hasson. Obie miałyśmy okropnego pecha, jeśli chodzi o facetów.
- Próbowała się uśmiechnąć.
- Czasami wszystko zwala się człowiekowi na głowę.
- Bóg jeden wie, ile się na nas zwaliło. Junior Allen wybrał sobie mnie. Kiedy to się zaczęło, moja matka była już tak chora, że wcale jej to nie obchodziło. A im gorzej z nią było, tym bardziej zamykała się w sobie. Niektórzy ludzie tak mają w takim stanie. Niewiele już wokół siebie zauważała. Christine wiedziała, co się dzieje między mną a Juniorem Allenem, i powiedziała mi, że to złe. Ale on twierdził, że Wally Kerr zwiał i właściwie jest tak, jakbym była rozwódką. Mówił, że nawet nie mogę starać się o rozwód, póki nie upłynie siedem lat od momentu, kiedy Wally nie dał znaku życia. Później się dowiedziałam, że kłamał.
Żyłam z Juniorem Allenem jak żona z mężem, panie McGee, i kochałam tego mężczyznę. Kiedy umarła mama, dobrze go było mieć przy sobie. To się stało przed Bożym Narodzeniem. Myła warzywa, pochyliła się nad zlewem i wydała z siebie taki dźwięk jak mały kociak. Osunęła się na podłogę, i już było po niej. Christine rzuciła pracę, bo ktoś musiał być z dzieciakami, ale póki ja i Junior Allen pracowaliśmy, starczało nam na życie. Przez cały ten czas, kiedy z nami mieszkał, jedna rzecz była dziwna. Myślałam, że to dlatego, że tak bardzo zbliżył się do taty, kiedy był w więzieniu. Chętnie o nim mówił. Nieustannie o niego pytał... o to, co lubił robić, w jakie miejsca lubił chodzić, niemal jakby próbował żyć tym samym życiem co mój tata na długo przed wojną, kiedy byłam taka mała jak Davie dzisiaj. Teraz przypominam sobie też inne rzeczy, które wtedy nie wydawały mi się tak dziwne jak teraz.
Przypomniałam sobie o chatce rybackiej zbudowanej przez tatę na jakiejś wysepce, która nawet nie ma nazwy, i powiedziałam o tym Juniorowi Allenowi. Następnego dnia popłynął tam łódką. Nie było go cały dzień. Wrócił kompletnie wykończony i w podłym nastroju. Takie drobne rzeczy. Teraz, panie McGee, wiem, że polował. Polował na to, co mój tata ukrył, cokolwiek to było. Na to coś, co przywiózł z wojny i co miało nam zapewnić te piękne sukienki, konie i podróże dookoła świata. Junior Allen wymyślał kolejne preteksty, żeby przekopać właściwie każdy kawałek podwórka. Pewnego dnia się obudziłyśmy, a on zniknął. To było pod koniec lutego. Oba słupy przy naszym starym podjeździe były wywrócone. Tata zrobił je dawno temu z koralowców. Były zbyt wielkie i okazałe jak na taki mały podjazd i nieobrobione zbyt dokładnie. Junior Allen przewrócił je, a potem zniknął, ale w gruzach, które zostały po jednym z tych słupów, coś było. Nawet nie wiem, jak to opisać. Trochę rdzy, jakaś przegniła tkanina, która kiedyś może była koloru khaki, jakiś drut, jak duży uchwyt, i rdzawy ślad w kształcie łańcuszka... no i jeszcze coś, co kiedyś mogło być jakąś pokrywką.
Wziął wszystkie swoje rzeczy, wiec od razu wiedziałam, że jest tak jak z Wallym Kerrem, znowu to samo. Nie było sensu go szukać. Ale trzy tygodnie później znów się pojawił na Candle Key. Nie po to, żeby się ze mną zobaczyć. Poszedł do pewnej kobiety, pani Atkinson. Jest piękna. Ma tam jeden z tych wielkich, nowych domów i chyba musiał ją spotkać, kiedy pracował w Esso i tankował jej thunderbirda. Ludzie mi mówili, że zatrzymał się u niej w domu, że wrócił w drogich ubraniach, na własnym wielkim jachcie i od razu się do niej wprowadził. Mówili mi o tym, a potem patrzyli na mnie, żeby zobaczyć, co powiem albo zrobię. Cztery dni po tym, jak się pojawił, wpadłam na niego na mieście. Próbowałam z nim porozmawiać, ale on odwrócił się i ruszył szybko w drugą stronę. Narobiłam sobie wstydu i pobiegłam za nim. Wsiadł do samochodu tej kobiety, ale jej tam nie było. Obmacywał sobie kieszenie i klął, bo nie mógł znaleźć kluczyków, a twarz miał wykrzywioną z wściekłości. Płakałam i pytałam, dlaczego mi to robi. Nazwał mnie zepsutą małą zdzirą i powiedział, żebym wracała i schowała się na bagnach, gdzie moje miejsce, a potem odjechał z rykiem silnika. Kilka osób to widziało i słyszało, więc mieli o czym gadać. Jego łódź, wielki motorowy jacht, była zarejestrowana na niego i zacumowana przy pomoście pani Atkinson. Pani Atkinson zamknęła dom i gdzieś tym jachtem popłynęli. Teraz wiem, że nie szastała pieniędzmi i że nie mogła mu kupić takiej wielkiej łodzi. Wiem też, że kiedy Junior Allen z nami mieszkał, nie śmierdział groszem. Jednak szukał, szukał i szukał, aż wreszcie coś znalazł. A potem zniknął i wrócił z pieniędzmi. Ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był w stanie cokolwiek z tym zrobić. Chookie mi powiedziała, żebym porozmawiała z panem, więc tak zrobiłam. Nie mam pojęcia, gdzie on teraz jest. Nie wiem, czy pani Atkinson to wie, chyba że wciąż jest gdzieś razem z nim. A nawet jeśli komuś udałoby się go odnaleźć, to co mógłby poradzić?
- Jak się nazywała ta jego łódź i gdzie była zarejestrowana?
- Nazwał ją Play Pen. Była z Miami. Łódź nie była nowa, ale dał jej nową nazwę. Pokazywał paru ludziom papiery, żeby udowodnić, że to jego jacht. Według mnie był robiony na zamówienie, miał jakieś dwanaście metrów, białe nadbudówki, szary kadłub z niebieskim pasem.
- Później wyjechałaś z Candle Key?
- Niedługo potem. Jeśli pracowała tylko jedna z nas, po prostu nie starczało nam pieniędzy. Kiedy byłam mała, pewna turystka zobaczyła, jak tańczę, i przyjeżdżając każdej zimy, dawała mi darmowe lekcje tańca. Zanim wyszłam za mąż, dwa lata zarabiałam na życie w Miami jako tancerka. No więc wróciłam do tego i mam dość pieniędzy, żeby wysyłać Christine. Teraz może jakoś związać koniec z końcem. I tak nie chciałam już mieszkać na Candle Key.
Spojrzała na mnie łagodnymi, przepraszającymi brązowymi oczami. Na rozmowę ze mną ubrała się w najlepsze ciuchy, jakie miała. Świat zrobił wszystko, co mógł, żeby ją pokonać i upokorzyć, ale mimo to widać było, że to twarda sztuka. Poczułem, że w irracjonalny sposób zaczynam nie lubić Juniora Allena, tego uśmiechniętego faceta. A nie funkcjonuję za dobrze, kiedy działam pod wpływem emocji. Strzegę się ich. Strzegę się też wielu innych rzeczy, takich jak plastikowe karty kredytowe, potrącenia z wypłat, programy ubezpieczeniowe, świadczenia emerytalne, konta oszczędnościowe, znaczki bonusowe, zegary kontrolne, gazety, hipoteki, kazania, cudowne tkaniny, dezodoranty, zestawienia, stawki godzinowe, partie polityczne, biblioteki, telewizja, aktorki, stowarzyszenia młodych biznesmenów, konkursy piękności, postęp i koncepcja "boskiego przeznaczenia".
Strzegę się też całego tego ponurego, znieczulającego strukturalnego bałaganu, który wznieśliśmy na kształt lśniącej budowli o tak imponującej fasadzie, że jej blask przesłania wszystko. I brutalnej rutyny, by tę budowlę utrzymać.
Rzeczywistość odbija się w oczach, które wiele wycierpiały: niewypowiedziane, straszliwe oskarżenie w oczach zniszczonej, młodej kobiety, która patrzy na ciebie i na nic już nie liczy.
O takich rzeczach beztroski Travis McGee nie będzie się jednak rozwodził, bo strzeże sie również wszelkiej powagi.
- Pozwól mi się jeszcze nad tym wszystkim zastanowić, Cathy.
- Jasne - odparła, odstawiając pustą szklankę.
- Napijesz się jeszcze?
- Będę już uciekać... Bardzo panu dziękuję.
- Skontaktuję się z tobą przez Chook.
- Jasne.
Odprowadziłem ją do wyjścia. Zauważyłem drobny, wzruszający szczegół. Mimo wszystkich tych ran i przygnębienia jej krok tancerki był tak pewny, lekki i szybki, że - o dziwo - mógł uchodzić za beztroski.