Trzydzieści lat później
Rozdział I
Z krętej ścieżki życia w połowie swych dni weszłam w ciemny las, w dziką
gęstwinę, w okropne pustkowie...
1
Umościłam się wygodnie na sofie, wciskając pod plecy poduszkę. Było
chłodno, więc nasunęłam na siebie gruby pled. Świeczki na stoliku dawały
niewielkie światło. Idealnie komponowały się z lampkami w podłodze
tarasu tuż przy barierce. Przymrużyłam oczy i oparłam się o podgłówek.
Powietrze pachniało już wiosną, choć marzec ciągle nie dawał nadziei na
ciepło. Przyzwyczaiłam się do angielskiej pogody, ale po sezonie zimowym
jedynym moim marzeniem było spakowanie walizki i wyruszenie w jakieś
ciepłe kraje.
Zerknęłam na zegarek. Connor powinien był wrócić godzinę temu. Nie
lubiłam, gdy się spóźniał. Miał wyłączony telefon, więc zakładałam, że
lot został z jakichś powodów opóźniony.
Spoglądałam w szarogranatowe niebo. W oddali piętrzył się wieżowiec The
Shard. Kiedyś mąż zabrał mnie na taras widokowy mieszczący się powyżej
sześćdziesiątego piątego piętra. Nigdy nie miałam lęku wysokości, a jednak wtedy czułam, jak drżą mi łydki. Osiem lat przepracowałam jako
stewardesa, kochałam latać. W powietrzu czułam się wolna, jednak The
Shard zdecydowanie nie był moim ulubionym miejscem. Wolałam patrzeć na
niego z daleka. Był dla mnie ważnym elementem miasta. Lubiłam wyznaczać
sobie takie punkty nawigacyjne. Oswajały przestrzeń i dawały poczucie
bezpieczeństwa. Zakotwiczały.
Nagle drgnęłam. Poczułam, jak telefon zawibrował mi w kieszeni.
Zdziwiłam się, kiedy spojrzałam na wyświetlacz. O tej porze moja siostra
z reguły dawno spała. Prowadziła przecież bardzo regularny tryb życia, a dwudziesta druga była dla niej zdecydowaną granicą dnia.
- Co tam? - rzuciłam, szczelniej otulając się pledem. Jednak po drugiej
stronie słuchawki rozległ się płacz. Nic nie rozumiałam. Anka bełkotała.
Myślałam, że jest pijana, choć to też byłoby bardzo nietypowe zachowanie
jak na moją najstarszą, zawsze poważną siostrę. - Mów wyraźnie!
- Go... go... - dukała dalej.
- Ty mówisz po polsku czy po angielsku, bo nie wiem, jak mam to rozumieć
- rzuciłam już zdenerwowana. - Anka!
- Go... Gośka... zniknęła! - ryknęła mi w słuchawkę i znów zalała się łzami.
- Jak to zniknęła?
- Normalnie... Nie ma jej. Szukali jej cały dzień. Miała wczoraj rano być
w muzeum... - zaczęła mówić spokojniej. - Nie przyszła. Zadzwoniono do
Patryka, ale on też nie wiedział, gdzie ona jest...
- Może gdzieś zabalowała? - odparłam. - To, że nie wróciła do tej
godziny, to przecież nic nie znaczy. Znasz Gośkę. Odezwie się pewnie
jutro i będzie na kacu.
- Ale gdzie ona może być? - znów zapłakała. - Obdzwoniliśmy wszystkich
jej znajomych. Przecież ona ma dwójkę dzieci! Nigdy nie balowała przez
dwa dni!
- Nie panikuj - starałam się ją uspokoić, choć wiedziałam, że Anka ma
rację. Gośka może była szalona, ale nie znikała bez słowa na dwa dni.
Odkąd urodziła Krzysia i Maję, prowadziła ustatkowane życie.
- Patryk zgłosił jej zaginięcie na policję...
- I co ustalili?
- Nic oczywiście! Człowiek płaci podatki, a oni tylko spisują protokoły!
- Anka, uspokój się - powiedziałam. - Gośka na pewno się znajdzie.
- Jutro jadę do Chełmna... Pomogę szukać. Przyjedziesz?
- Boże, ale po co od razu tak panikować? Sama wróci.
Anka uparcie jednak twierdziła, że coś jest nie tak, bo nasza siostra
miała wyłączony telefon. A ona przecież robiła to tylko wtedy, gdy miała
wernisaż. Nie rozstawała się z komórką. Zabierała ją nawet do toalety.
Teraz jednak, jak mówiła Ania, włączała się automatyczna sekretarka.
- W każdym razie ja jadę. Biorę tydzień bezpłatnego urlopu, bo przecież
w marcu nikt mnie nie puści ze szkoły... - zaczęła tłumaczyć. - Ziemowit
uczy się do matury... - zawahała się, jakby w obawie, że gdy spuści syna z oka, ten zaniedba wszystkie obowiązki. - Ale i tak pojadę!
- To daj mi znać - odparłam. - Jeżeli w ciągu trzech dni Gośka się nie
znajdzie, to też przyjadę... - zastanowiłam się. - A kiedy z nią ostatnio
rozmawiałaś?
- Miesiąc temu.
- A ja... - zaczęłam szukać w pamięci. - Rany, chyba w styczniu. Trochę
dawno.
- Zauważyłaś wtedy coś dziwnego? Mówiła może o swoich planach?
- Nie. Ot, tak gadałyśmy o pierdołach. Opowiadała, co u dzieciaków i tyle... - próbowałam odtworzyć w myślach naszą ostatnią rozmowę. Co
mówiła Gośka? Wróciłam do tej sceny sprzed tygodni. Moja siostra
zadzwoniła, gdy szykowaliśmy się z Connorem do wyjścia. Miałam ustawiony
telefon na głośnomówiący, bo robiłam sobie makijaż. Pociągałam rzęsy
tuszem. Bałam się, że rozmażę go sobie na powiece. Może gdybym wtedy
uważnie słuchała, to dzisiaj wiedziałabym, co robiła Gosia? Nie
widziałam jej trzy lata. Dokładnie tyle, ile minęło od śmierci taty.
Byłam w Stargardzie tylko na pogrzebie, potem na chwilę pojechaliśmy do
Szczecina, bo tam mieszkała Ania, ale na drugi dzień zwinęliśmy się z Connorem do Londynu. Dlaczego się wtedy tak spieszyliśmy? Dziś nie
miałam pojęcia.
2
Kiedy Connor wrócił do domu, spałam. Poczułam jego pocałunek na czole, a potem wtulone we mnie zziębnięte ciało. Tyle zarejestrowałam przez sen.
Jednak rano, gdy się obudziłam, poduszka obok mnie była pusta, choć
nosiła jeszcze ślady męża. Dotknęłam dłonią wgłębienia. Było chłodne.
- Connor! - krzyknęłam, a po chwili usłyszałam go krzątającego się po
kuchni. Odetchnęłam. Spytałam po angielsku, dlaczego wrócił tak późno.
- Lot się opóźnił - odpowiedział. - Była potworna mgła, nie mogłem
wylądować.
- Dzisiaj masz wolne?
Connor wszedł do sypialni i nachylił się nade mną. Poczułam zapach jego
wody toaletowej. Piżmo z drzewem sandałowym pasowało do niego doskonale.
W połączeniu z jego ciałem niemalże pulsowało egzotyczną słodyczą Indii.
Nabrałam powietrza i przez chwilę rozkoszowałam się wonią, która leniwie
snuła się w powietrzu.
- Zjesz tosty?
- A może... - mruknęłam. - Może byś wrócił do łóżka?
Uśmiechnął się, całując mnie w usta, jednak po chwili wyprostował się,
stwierdzając, że do tematu wrócimy wieczorem. Rozczarował mnie. Kiedyś
rzucał się na mnie niezależnie od pory dnia, a od jakiegoś czasu
kochaliśmy się jak stare małżeństwo, a przecież w tym roku będziemy
obchodzić dopiero szóstą rocznicę ślubu.
- Zjesz tosty? - spytał, gdy znów opadłam na poduszkę. Pewnie
rozczarowanie miałam wymalowane na twarzy i nawet nie musiał się
wysilać, jak interpretować mój grymas.
- Zjem.
Nie wyszedł jednak z sypialni. Mruknął, że w sumie tosty mogą poczekać.
Nachylił się ponownie, a egzotyczny zapach znów się zintensyfikował.
Zamknęłam oczy. Jeżeli Indie miały sandałowiec, to trudno się dziwić, że
miały też Kamasutrę, pomyślałam, całkowicie oddając się namiętności.
3
Kiedy Connor wyszedł z sypialni, by kontynuować plan zrobienia tostów na
śniadanie, ja leniwie rozpostarłam się na łóżku. Moje ciało musiało
wrócić do poprzedniego stanu skupienia, bo roztopiło się w dłoniach męża
niczym masło wystawione na słońce.
Spojrzałam w sufit i utkwiłam wzrok na jednej z lampek halogenowych.
Zahipnotyzowała mnie swoim idealnie krągłym kształtem. Zaraz
przypomniałam sobie o telefonie Anki i sięgnęłam po aparat, by przejrzeć
wiadomości. Nic jednak nie przyszło. Starałam się trzymać wersji, że
brak wiadomości to dobra wiadomość i dość beztrosko poszłam pod
prysznic. Czułam, że Gośce nie mogło stać się nic złego. Zawsze spadała
na cztery łapy, choć mocno wystawiała swoje szczęście na próbę. Rodzice
mieli z nią ciągle jakieś kłopoty. Taka niespokojna artystyczna dusza,
którą utemperowało dopiero urodzenie dzieci. Kochała sztukę i jej
oddawała się w pełni. Skończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych i zawodowo związała się z tym, co było jej największą pasją.
Kiedy wyszłam z łazienki, spojrzałam na obraz wiszący w korytarzu
naszego domu. Dostaliśmy go od Gosi. Przyjrzałam się mu, jakby szukając
jakiejś wskazówki na płótnie.
- Co robisz? - spytał Connor, widząc, że wpatruję się w obraz.
- Wczoraj dzwoniła Ania - wyjaśniłam. - Gośka się gdzieś zapodziała.
Szukają jej.
- Pewnie baluje.
- To samo powiedziałam, ale Anka panikuje. Podobno Patryk zgłosił
zaginięcie żony na policję.
- Żartujesz? - zdziwił się. - Ile chcesz tostów?
- Dwa - odparłam, siadając przy stole. - Anka jedzie dziś do Chełmna. Ma
zadzwonić, jak coś ustalą.
- Panikara - skwitował mój opanowany mąż. - Gośka pewnie gdzieś
imprezuje. Twoja siostra zawsze była lekko stuknięta.
Zastanowiłam się nad tym, co powiedział. Nie określiłabym Gosi w ten
sposób. Według mnie była nadwrażliwa. Nie pasowała trochę do tego
świata. Dom i dzieci jakby nie były wpisane w jej naturę, choć przecież
urodziła dwoje i raczej była dla nich dobrą matką. Zamyśliłam się.
Gdzieś w zakamarkach wspomnień usłyszałam słowa Gosi wypowiedziane zaraz
po urodzeniu Mai: "To efekt złych decyzji z przeszłości". Nie wzięłam
wtedy tego na poważnie, bo siostra mogła być w szoku poporodowym, a jednak zapamiętałam to zdanie. Maję urodziła, mając trzydzieści dwa
lata, jej sytuacja rodzinna była ustabilizowana. Gdyby wypowiedziała te
słowa po urodzeniu Krzysia, wtedy bym się nie dziwiła. Była na ostatnim
roku studiów, ledwo poznała Patryka, wpadli, a pobrali się, gdy ich syn
miał już trzy miesiące. Wszystko wówczas wydawało się loterią. Wtedy
jednak tego nie powiedziała. Zresztą kochała Maję i Krzysia. Tego byłam
pewna. Z Patrykiem też układało się jej dobrze, choć według mnie był
dupkiem, ale ona nigdy się na niego nie skarżyła.
- Nie stuknięta, ale szalona - poprawiłam go.
- Może być - uśmiechnął się. - Ale przyznaj, że lubiła imprezować.
Pamiętasz nasze wesele? Popiła ostro. A chyba krótko po tym okazało się,
że jest w ciąży z Mają.
- No tak - przyznałam mu rację, ale nie chciałam do tego wracać myślami.
To był czas, gdy chorowała mama. Nie wiedzieliśmy, że pół roku później
umrze i że za chwilę też zabraknie taty. Westchnęłam i wgryzłam się w tosta. Nie smakował mi. Miałam wrażenie, że pod zębami chrupie mi
styropian. Odechciało mi się jeść. Odsunęłam więc talerz i wzięłam
szklankę z sokiem pomarańczowym. Umoczyłam w nim usta i spojrzałam na
Connora. Wyglądał apetycznie. Jego koszula rozpięta na klatce piersiowej
ukazywała oliwkową skórę. Mokre włosy miał zaczesane na gładko do tyłu.
Mogłam więc uważnie przyjrzeć się każdemu szczegółowi jego twarzy. Był
ogolony. Uśmiechnęłam się do niego.
- Jakie masz plany na dzisiaj?
- Wyskoczymy gdzieś?
- Nie mam nastroju - odparłam. - Będę myśleć o Gosi i zepsuję ci zabawę.
- W takim razie ja pójdę do banku, a potem skoczę z Parkerem na drinka.
- Okej - mruknęłam, choć nie byłam zadowolona, że znów gdzieś wychodził.
Rozumiałam, że gdy miał wolny dzień, chciał się zrelaksować, ale
dlaczego nie mógł zostać ze mną w domu? Nie powiedziałam jednak tego
głośno. Jeszcze przed ślubem ustaliliśmy, że każde z nas musi mieć
odrobinę wolności. Nie chcieliśmy, by małżeństwo nas ograniczało. Wtedy
jednak nie wiedziałam, że wolność Connora będzie mi tak bardzo
przeszkadzać.
- Ale jak wrócę - powiedział, widząc moją minę - to ci wszystko
wynagrodzę. - Cmoknął mnie w nos. - A może nawet ponowimy próbę
zmajstrowania jakiegoś małego Andersona?
- Trzymam cię za słowo.
- A ty dzwoń do rodziny, bo widzę, jak się zamartwiasz. Może już Gośka
się znalazła?
- Może... - zamyśliłam się.
4
Ania nie odbierała telefonu, gdy kilkakrotnie próbowałam się z nią
skontaktować. Zaczęłam się denerwować. Nawet gdy przyszła pani Ksenia,
by posprzątać mieszkanie, nie umiałam ukryć swojego niepokoju. Kilka
razy spytała, czy coś się stało, ale zbyłam ją jakąś krótką odpowiedzią
i więcej nie wnikała. Zajęła się swoją pracą, a ja krążyłam po jadalni,
potem przeszłam na taras, myśląc, że chłodne powietrze dobrze mi zrobi.
W końcu po kilku minutach zadzwonił telefon.
- Nareszcie! - krzyknęłam w słuchawkę, gdy usłyszałam Anię. - Dlaczego
nie odbierasz?
- Prowadziłam samochód - odparła. - A przez głośnomówiący nie lubię
rozmawiać, bo mnie rozprasza.
- Gdzie jesteś?
- Właśnie przed chwilą dojechałam do Chełmna. Siedzę w aucie.
- Czyli jeszcze nie wiesz, co i jak?
- Rano rozmawiałam z Patrykiem. Gosia ciągle nie daje znaku życia.
Przeszukał mieszkanie, ale wszystko wygląda tak, jakby wyszła do pracy.
Nic podejrzanego.
- To chyba dobrze, nie?
- Nie wiem - rzuciła. - Okaże się, ale ja podskórnie czuję, że coś jest
nie tak. Pamiętasz, jak znikała z domu jako nastolatka?
Pamiętałam to dobrze, bo rodzice odchodzili od zmysłów. Nie było wtedy
telefonów komórkowych, a Gosia nie wracała na czas i nikt nie wiedział,
co się z nią działo. Mama za każdym razem obdzwaniała wszystkie szpitale
w okolicy. Nikt z nas nie spał, bo zamartwialiśmy się, co się mogło
stać, a ta wracała do domu nad ranem jak gdyby nigdy nic, dziwiąc się,
że robimy zamieszanie. Ojciec kiedyś nie wytrzymał i przyłożył jej
pasem. To chyba było pierwszy raz, gdy uderzył którąkolwiek z nas.
- Tak - odparłam. - Tylko że wówczas wracała.
- No, ale ja pamiętam, że wtedy za każdym razem byłam jakaś spokojna, że
ona wróci, a teraz mam dziwne przeczucia. Mówię ci, coś się stało. Może
ją ktoś porwał albo zrobił jej krzywdę? - zaszlochała w słuchawkę.
- Przestań. Dopóki nic nie wiemy, trzeba zachować spokój.
- Łatwo ci mówić, bo siedzisz sobie w tej swojej Anglii i masz nas
wszystkich gdzieś.
- Anka! - krzyknęłam. - To niesprawiedliwe! A ty co? Siedziałaś cały
czas i ściskałaś Gośkę za rękę? Jesteśmy dorosłe! Każda ma swoje życie!
- A miałyśmy zawsze trzymać się razem - dodała, pociągając nosem. -
Pamiętasz naszą przysięgę? A wy rozjechałyście się w różne strony i zostawiłyście mnie samą!
- Boże, pamiętam. Miałam wtedy z pięć lat! A ty nie jesteś sama! Masz
męża i syna.
Od razu we wspomnieniu zobaczyłam nas jako małe dziewczynki, stojące w nocy przy biurku z latarkami w dłoniach. Wierzyłyśmy, że złożenie
podpisów pod tekstem przysięgi będzie miało ogromną moc i że zawsze
będziemy sobie pomagać.
- Ale sióstr nie mam... i rodziców - zaszlochała.
- Aniu... - powiedziałam łagodnie. - Pomiędzy tobą a Fabianem wszystko w porządku?
- Tak. Dobra... - zmieniła nagle ton głosu, czym znów mnie zaskoczyła. -
Wysiadam. Idę do Patryka. Potem zadzwonię.
- Słuchaj - zawahałam się. - Może ja jednak przyjadę? Jeżeli będzie
jakiś lot jutro, to wsiadam w samolot.
- Przyleć - powiedziała, a mnie nagle zrobiło się ciepło na sercu.
Zabrzmiała jak mama. Wiedziałam, że Ania bardzo martwi się o naszą
siostrę, więc zaraz po zakończeniu rozmowy usiadłam do laptopa, by
zarezerwować bilet na samolot. Potem wysłałam Connorowi esemesa, że
jednak lecę do Polski. Długo nie odpisywał. Pewnie znów wyłączył
telefon, pomyślałam. Ale w tym momencie skupiłam się na organizowaniu
podróży. Przejrzałam ofertę wynajmu samochodu, bo przecież z Gdańska do
Chełmna będę musiała się jakoś dostać, a z pewnością nie miałam ochoty
tłuc się autobusami. Wybrałam wreszcie niewielkiego seata i ruszyłam do
pokoju pakować walizkę.
- Pani gdzieś wyjeżdża? - spytała Ksenia. Spojrzałam na nią. Stała na
środku jadalni ze szmatką do wycierania kurzu w dłoni i przyglądała mi
się z zainteresowaniem. - Na długo?
- Jeszcze nie wiem - odparłam. - Nie kupiłam biletu powrotnego, ale może
nie będzie mnie zaledwie kilka dni.
- Mam przychodzić do sprzątania?
- Tak, koniecznie. - Uśmiechnęłam się. - Zostawiam mojego męża pod twoją
opieką.
- Wszystkim się zajmę, proszę się nie martwić.
Wiedziałam, że na Ksenię mogę liczyć. Pracowała u nas od początku, była
godna zaufania i bardzo pracowita. Słabo mówiła po angielsku, więc
ceniła sobie pracę w polsko-angielskiej rodzinie. Twierdziła, że nie ma
talentu do języka i przez dziesięć lat pobytu na Wyspach ciągle miała
problem z porozumiewaniem się. Przyjechała tu kiedyś do dzieci i została. Najdziwniejsze, że one kilka lat temu wróciły do Polski, a ona,
na pozór niepasująca do tego miejsca, radziła sobie całkiem nieźle.
Ponadto była w "bezpiecznym" wieku. Mogłam być pewna, że Connor nie
przeżyje szalonego romansu z pulchniutką panią po pięćdziesiątce.
Uśmiechnęłam się do tej myśli. Miałam nadzieję, że w ogóle nie planował
romansów, choć wiedziałam, że był w grupie wysokiego ryzyka. Przystojny
pilot wodził na pokuszenie i miałam tego pełną świadomość. Niby
zaznaczyłam obrączką, że "teren" jest mój, ale mógł się zawsze trafić
jakiś damski egzemplarz, któremu takie oznaczenia nie przeszkadzały, a wręcz działały zachęcająco.
5
Zamknęłam na chwilę oczy, opierając się o zagłówek. Parę sekund
siedziałam w tej pozycji. Prawą dłoń zaciskałam na drążku sprzęgła. Lot
trwał krótko, nie zmęczył mnie, ale poczułam nagle niezidentyfikowany
niepokój przed dalszą podróżą. Wczorajsza wieczorna rozmowa z Anią
wyprowadziła mnie z równowagi, ponadto Connor wrócił później, niż
obiecał, i nie rozumiał, dlaczego się złoszczę.
- Ogarnij się - szepnęłam do siebie i ustawiłam nawigację w telefonie.
Wpisałam adres Gosi. Miałam do przejechania ponad sto dwadzieścia
kilometrów. Za mniej więcej dwie godziny powinnam być na miejscu,
pomyślałam i od razu w moim wspomnieniu pojawił się zdenerwowany głos
Ani, która chyba po śmierci rodziców podświadomie przyjęła wobec nas
rolę matki.
Przekręciłam kluczyk w stacyjce i powoli ruszyłam w stronę Chełmna.
Rozdział II
Wchodziłam w pusty las nienaznaczony ścieżką. Rzucał się w oczy czarny
liść na drzewach, gałęzie krzywe, skręcone...
1
Zaparkowałam przy ulicy Podmurnej, gdzie zarezerwowałam pokój w hotelu.
Nie chciałam nocować w domu Gosi. Mieli z Patrykiem tylko trzy
sypialnie, a biorąc pod uwagę, że już tam przyjechała Ania, nie chciałam
się wciskać. Zresztą czułam, że muszę mieć wentyl bezpieczeństwa. Nie
lubiłam Patryka, działał mi na nerwy i ciągle byśmy się kłócili. A znając moją najstarszą siostrę, będzie dwadzieścia cztery godziny na
dobę trajkotać o Gosi i jeżeli ta już wróci do domu, to będzie musiała
wysłuchiwać całkiem niezłych kazań. Myślę, że Piotr Skarga by się ich
nie powstydził.
Wyobraziłam sobie swoją siostrę przy ołtarzu w kościele, jak przemawia
do wiernych i parsknęłam śmiechem. Pasowałaby doskonale.
Zameldowałam się w hotelu i po rozpakowaniu rzeczy zadzwoniłam od razu
do Anki.
- Jesteś? - rzuciła w słuchawkę.
- Tak, właśnie przyjechałam.
- Gdzie? - zdziwiła się.
- Mówiłam ci, że zatrzymam się w hotelu. Tak będzie wygodniej. Nie
chcesz chyba cisnąć się ze mną na sofie.
- No nie - przyznała. - Jak byłaś mała, to kopałaś, więc obawiam się, że
ci to zostało - wreszcie zażartowała.
- Zaraz u was będę, tylko wskoczę jeszcze pod prysznic. Wiadomo coś?
- Nie - posmutniała nagle. - Policja już jej szuka. Przesłuchuje jej
znajomych. Na razie jednak nikt nic nie wie.
- A telefonu nie można namierzyć? - spytałam.
- Właśnie o to chodzi, że nie, ale podobno płaciła kartą tego dnia,
kiedy zniknęła.
- Co kupowała?
- Przyjedź, to pogadamy. Grzebiemy właśnie w jej rzeczach.
Rozłączyłam się i chwilę zastanowiłam nad tym, co powiedziała. Chyba
pierwszy raz zaczęłam się denerwować tym, że Gosi nie ma. Może intuicja
nie myli Ani? Poczułam, jak serce szybciej zaczęło pompować krew. Od
razu fala gorąca uderzyła mi na twarz. Zrezygnowałam z prysznica.
Chwyciłam torebkę i wybiegłam z hotelu. Drżącymi palcami próbowałam
wsadzić klucz do stacyjki. Udało się za trzecim razem. Ruszyłam w stronę
Dominikańskiej, gdzie mieszkali Patryk z Gośką. Nie zdążyłam nawet
nacisnąć dzwonka, kiedy drzwi otworzyły się przede mną, a w moje ramiona
wpadła Ania. Wystraszyła mnie, bo jej histeria nie wróżyła nic dobrego.
Dopiero po chwili w korytarzu pojawili się Patryk i dzieci.
- Cześć, ciociu! - Maja podbiegła do mnie i mocno się przytuliła, dzięki
czemu uwolniła mnie od rozpaczającej siostry.
- Cześć, kochanie.
- Wiesz, że mama nam się zgubiła?
- Wiem, ale wspólnie na pewno ją znajdziemy - powiedziałam, całując małą
w główkę. Potem przywitałam się z Patrykiem i Krzysiem. Nie spodziewałam
się, że mój siostrzeniec tak wyrośnie przez te ostatnie trzy lata. Był
wyższy ode mnie i coraz bardziej przypominał mężczyznę niż dziecko.
Przeniosłam wzrok na Patryka. Posiwiał i zbrzydł, stwierdziłam. Uderzyło
mnie jednak to, że najbardziej zrozpaczoną osobą w tym towarzystwie była
Ania. Reszta zachowywała spokój. Nie wiem, czy był pozorny, czy wyuczony
przez te kilka dni, a może to tylko tymczasowa fasada, za którą cisnęła
się fala rozpaczy?
- Dobrze, że jesteś - powiedział Patryk, całując mnie w oba policzki, a ja od razu zesztywniałam. Nie lubiłam, gdy mnie dotykał. Unikałam
wszelkich rodzinnych spotkań z tym człowiekiem. Działał na mnie
paraliżująco.
- Przepraszam, że nie mam dla was prezentów - rzuciłam w stronę dzieci.
Dopiero teraz zreflektowałam się, że coś powinnam mieć dla nich.
- Wchodź, prezenty nieważne.
- Opowiadajcie, co wiadomo.
Usiedliśmy przy dużym drewnianym stole, który był jednym z ulubionych
mebli Gosi. Znalazła go gdzieś w internecie i pamiętam, że jechali z Patrykiem przez pół Polski, by go kupić. Potem siostra szlifowała go,
gładziła i bejcowała, by dać mu drugie życie. Zawsze powtarzała, że to
najcenniejszy mebel w ich domu. Miał w sobie historię, choć nikt nie
wiedział jaką. Zaklęta została w drewniane słoje i kilka wyżłobionych
przez korniki dziurek.
- Nic. - Patryk wzruszył ramionami. - Gośki nie ma czwarty dzień i nikt
nic nie wie, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
- Ludzie się nie rozpływają - rzuciła Anka.
- Policja kazała przejrzeć jej komputer i sprawdzić, z kim się
kontaktowała, ale nic tam nie ma.
- A jej pracownia?
- Co pracownia? Przecież tam są tylko obrazy.
- Może jakieś ślady są? - pisnęłam zdenerwowana, bo miałam wrażenie, że
nagle stałam się bohaterką filmu kryminalnego. A kiedy to pomyślałam,
przeszły mnie ciarki. W pamięci pojawiło się kilka obrazów, o których
natychmiast chciałam zapomnieć.
- Ingerencji osób trzecich - zacytowała Ania. - Mamy szukać jakichś
wskazówek. Na razie nic nie znaleźliśmy. Jedyne, co wiemy, to tyle, że
płaciła kartą w sklepie spożywczym.
- Jakim? - zdziwiłam się.
- Zwykłym spożywczaku przy Trzeciego Maja. - Patryk wzruszył ramionami.
- Robiła zakupy? Może faktycznie gdzieś jechała? - zaczęłam się
zastanawiać. Wszystko to absolutnie nie trzymało się kupy. - Ile wydała?
A gdzie w ogóle ta ulica? Jest stamtąd blisko do dworca autobusowego? A może się pokłóciliście, co? - sypałam pytaniami jak z rękawa.
- Wydała około pięćdziesięciu złotych - odparł. - Policja twierdzi, że
mogła gdzieś wyjechać. I po prostu nie chce, żebyśmy się z nią
kontaktowali.
- Żartujesz? - Anka oburzyła się. - Jesteśmy jej rodziną! Gośka na pewno
by tego nie zrobiła, za dobrze ją znam.
- Tak myślisz? - spytał Patryk, ale od razu spojrzał w kierunku Krzysia
i Mai.
Poprosił dzieci, by poszły do swojego pokoju. Chłopiec trochę się
zdenerwował, bo stwierdził, że jest prawie dorosły i też chce wiedzieć,
co z mamą. Zaraz Maja jednak się rozpłakała i dyskusja została
zakończona przez ojca. Dzieci potulnie wyszły.
- Dobra - powiedziałam. - Musimy opracować jakąś strategię, bo jak
widać, na policję nie ma co liczyć. - Wyjęłam notes z torebki i wyrwałam
z niego kartkę. - Podaj mi imiona i nazwiska wszystkich waszych
przyjaciół, i numery telefonów - dodałam po chwili.
- Ale ja już ich obdzwoniłem.
- To nic, spróbujemy jeszcze raz. Nie po to tu z Anką przyjechałyśmy, by
siedzieć bezczynnie. Znajdziemy ją! I trzeba pójść do tego sklepu, w którym była ostatnio! Nie znalazłeś jej do tej pory, więc raczej marne
szanse, by ci się udało - dodałam ze złośliwością.
- Już byłem - rzucił lekko poirytowany. - Sprzedawczyni niczego nie
pamięta.
- Pewnie, że ją znajdziemy - podchwyciła moja siostra i zaraz
stwierdziła, że jeszcze raz przeszukamy jej pokój, komputer i pracownię.
- A jak ona naprawdę wyjechała i nie chce, abyśmy jej szukali? - spytał
nagle Patryk.
- Nie znam kobiety, która wyjeżdżałaby tylko z torebką.
- O ile gdzieś tam nie ma już swoich rzeczy - zaznaczył.
Spojrzałyśmy na niego zdziwione. Patryk nie wyglądał na załamanego i przestraszonego zniknięciem żony. Przyglądałam mu się przez chwilę.
Unikał mojego spojrzenia. Od razu dało się wyczuć, że coś było na
rzeczy. - Matyldo - zwrócił się do mnie chyba nazbyt oficjalnie. -
Doceniam twoją inwencję, ale może po prostu poczekajmy.
- Na co mamy czekać? Na oklaski? - rzuciłam oburzona. - Tu chodzi o naszą siostrę! A ty najwyraźniej coś wiesz, tylko nie mówisz.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Westchnął i zaraz wstał. Zawahał się przez kilka sekund, a potem zniknął
w innym pokoju. Wrócił z laptopem Gośki.
- Chcesz, to szukaj, ja tam nic nie znalazłem. Zresztą nie znam jej
hasła do poczty ani do konta na Facebooku.
Przez myśl przeszło mi coś niepokojącego. Zachowanie mojego szwagra nie
było naturalne. Zawsze miałam go za cholernego dupka, a teraz dodatkowo
wydawał się chłodny i obcy.
2
Obudziłam się koło ósmej i przez chwilę, leżąc w łóżku, spoglądałam na
rozpiskę, którą wczoraj wspólnie zrobiliśmy. Ustaliliśmy, że Patryk
pójdzie do pracy, a my zabierzemy się do poszukiwań. Musiało być coś, co
przegapił.
Czytałam imiona i nazwiska z listy. Gośka nie miała zbyt wielu
znajomych. Zaledwie sześć osób, które mogły coś wiedzieć, plus koleżanki
i koledzy z pracy. Choć w przypadku malarki trudno było określić, z kim
była związana zawodowo. Starałam się przypomnieć sobie, co moja siostra
opowiadała o swoich branżowych kontaktach. Często wyjeżdżała do
Warszawy, Bydgoszczy i Torunia... Nawet do Berlina... A kogo tam spotykała,
nikt z nas nie wiedział. Patryk nigdy z nią nie jeździł, bo Gośka
biegała wtedy na wernisaże, a jego sztuka nie bardzo interesowała. Poza
tym ktoś musiał zostać w domu z dziećmi.
Jeszcze raz przyjrzałam się nazwiskom. Na pierwszym miejscu znalazła się
Michalina Kamińska. Ją kojarzyłam. Była najlepszą przyjaciółką Gosi.
Zajmowała się rękodziełem. Sześć lat temu, chyba zaraz po narodzinach
Mai, byłam w jej warsztacie. Robiła piękne gobeliny. Zajmowała się także
wyrobami z filcu. Z pewnością była pokrewną duszą mojej siostry. I właśnie od niej postanowiłam zacząć. Musiałam tylko pojechać po Anię, bo
obiecałam jej, że bez niej się nie ruszam.
- Co tak długo? - spytała na mój widok. - Ja już dzieciaki wysłałam do
szkoły, a ciebie nie ma i nie ma. Jak można spać w takich
okolicznościach?
- Anka, ja cię bardzo proszę. Nie zachowuj się jak nasza matka.
Spojrzała na mnie zaskoczona i nerwowo przetarła ścierką stół. Potem
machnęła ręką i zniknęła w łazience. Usiadłam więc na krześle i cierpliwie na nią czekałam. Nie miałam zamiaru jej poganiać, bo
przypuszczałam, że Michalina o tej porze jeszcze śpi. Byłam przekonana,
że artystki wstają koło południa. Nasza Gośka tak miała. Siedziała po
nocach i malowała, a potem pół dnia odsypiała.
- Mam chyba klucz do jej pracowni - powiedziała Ania, gdy wreszcie
wyłoniła się z łazienki. Miała zaczerwienione oczy, więc moja uwaga o matce ją zabolała. Nie wracałam jednak do tego. Nie spodziewałam się, że
moja najstarsza siostra stała się takim mazgajem. Zawsze to ona z naszej
trójki była najbardziej racjonalna i przedsiębiorcza. A teraz rozklejała
się przy każdym słowie. Też martwiłam się o Gosię, ale wiedziałam, że
tylko spokój może nas uratować.
- Dobra, to ja dzwonię do Michaliny - odparłam i wybrałam numer. Głos w słuchawce pojawił się po kilku sygnałach, więc przedstawiłam się i poprosiłam o spotkanie.
- Wiesz, gdzie mam warsztat? - spytała.
- Nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam.
- Wyślę ci adres esemesem, to wpisz sobie w nawigację.
Rozłączyłam się, a po przyjściu wiadomości od razu wyszukałam
odpowiednią ulicę na mapie.
- Przejrzysz jej laptopa wieczorem? - spytała Ania. - Ja się boję tam
zaglądać.
Spojrzałam na nią. Zadrżała jej warga. Odwróciła wzrok do okna.
- Czego się boisz?
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Może tego, że znajdę tam coś, co mi
się nie spodoba?
- A co by ci się nie spodobało?
- Że uciekła od nas, od rodziny - powiedziała.
- Jak już, to od Patryka - stwierdziłam, jednak po chwili musiałam
przyznać jej rację. Gdyby Gosia chciała odejść od niego, chyba mogłaby
przyjechać do którejś z nas. Nie zostawiłaby też dzieci... Jest dobrą
mamą! - Nie myśl o tym - dodałam. - Może Gośka po prostu potrzebuje
kilku dni w izolacji? Wiesz, jaka ona jest.
- Wiem, ale to znów nie daje mi spokoju. Rodzicom by serca popękały.
- Rodzice nie żyją - skwitowałam chłodno. - Ania, weź się w garść. Ja
cię nie poznaję. Gdzie się podziała moja zawsze racjonalna i dobrze
zorganizowana siostra? - próbowałam naszą rozmowę obrócić w żart. Nie
dopuszczałam do siebie myśli, że rozwiązanie tej historii będzie miało
tragiczny finał. To było niemożliwe!
- Zestarzałam się - powiedziała.
- Masz czterdzieści jeden lat. Podobno życie zaczyna się po
czterdziestce.
- Taaa - mruknęła. - Uważaj! - zawołała nagle. - Zakręt!
O mały włos nie zapomniałam skręcić w lewo. Na szczęście nikt nie jechał
z przeciwka, więc mogłam wykonać gwałtowny manewr.
- To chyba tutaj.
Kiedy wysiadłyśmy, rozejrzałam się po uliczce. Bardzo podobały mi się w Chełmnie lampy. Dodawały temu miastu tak niezwykłego klimatu, że kiedy
wpatrywałam się w nie, miałam wrażenie, że na chwilę przenoszę się w czasie do dziewiętnastego wieku. Całe to miasteczko było zresztą
niezwykle urokliwe. Nie dziwiłam się więc opowieściom, że Heinz
Guderian, generał Wehrmachtu, ocalił je przed zniszczeniem. Podobno
zlekceważył rozkaz Hitlera i nie poprowadził frontu przez swoje rodzinne
Chełmno. Niewiele miejsc w Polsce miało takie szczęście. A Gosia wybrała
je na miejsce do życia.
- Ty pierwsza. - Ania wskazała przed siebie. Minęłam ją więc i weszłam
do kamienicy, na której piętrze miał się znajdować warsztat Michaliny.
- Czujesz ten zapach? - spytałam. - Dziwny, nie?
- To stęchlizna - skwitowała moja siostra.
- Nie, jakaś chemia. Może to klej albo farba? - zastanowiłam się, bo nie
miałam pojęcia, co wykorzystuje się do robienia gobelinów. Zresztą
zapach mógł pochodzić z innego mieszkania.
Nie miałam jednak czasu dłużej o tym myśleć, bo po chwili stanęłyśmy
przed drzwiami warsztatu Michaliny, a Ania naciskała właśnie na dzwonek.
Wtem w progu zamiast kobiety pojawił się mężczyzna. Dopiero zza jego
pleców wychyliła się przyjaciółka Gośki. Rozpoznałam ją od razu. Tak jak
kiedyś miała długie dredy. Tym razem kolorowe. Nie wiedziałam zresztą,
czy to nadal były włosy, czy już filc.
- O! - powiedziała na nasz widok zamiast zwyczajowego powitania. - To są
właśnie siostry Małgorzaty Obielskiej. A to pan z policji - wyjaśniła.
Mężczyzna spojrzał na nas uważniej. Zauważyłam, że na chwilę jakby się
zawahał. Dopiero kilka sekund później wyciągnął do nas dłoń i przedstawił się:
- Aspirant Piotr Wilczyński.
- Matylda Anderson i Anna Pałucka.
Mężczyzna nie spuszczał z nas oka, jakby próbował coś wyczytać z mimiki
naszych twarzy. Przez chwilę też mu się przyglądałam, starając się go
zapamiętać. Na grzywce miał pasmo siwych włosów. Z całą pewnością
przyciągało uwagę. Wyglądało jak niechlujne maźnięcie farbą.
- Będę mógł porozmawiać z paniami?
- Teraz? - spytałam, jednak on wyjął z kieszonki skórzanej marynarki
wizytówkę i podał mi, prosząc o telefon. Po chwili pożegnał się, a my z Anią weszłyśmy do warsztatu Michaliny. Dziwny zapach zintensyfikował
się.
- Pewnie przychodzicie popytać o Gosię. Powtórzę więc wam wszystko, co
powiedziałam temu gliniarzowi.
Usiadłyśmy na krzesłach. Michalina zaproponowała coś do picia, ale żadna
z nas nie miała ochoty. Chciałyśmy jak najszybciej dowiedzieć się, co
miała nam do powiedzenia.
- Kiedy z nią rozmawiałaś ostatnio? - spytałam.
- Dzień przed jej zniknięciem - odparła spokojnym głosem. - I nic nie
zapowiadało tego, że nazajutrz wszyscy jej będą szukać. Była spokojna,
jak zwykle zamyślona i niewiele mówiła.
- Zwierzała ci się?
- Gośka? - zdziwiła się. - Wiecie, my się przyjaźniłyśmy, ale więcej
rozmawiałyśmy o sztuce niż o życiu osobistym. Czasami skarżyła się na
Patryka albo mówiła o dzieciach, ale nic więcej... Chociaż... wspominała, że
chciałaby wyjechać do Pragi, ale nie pamiętam, dlaczego właśnie tam.
- Skarżyła się na Patryka? - zdziwiłam się i nagle poczułam dziwne
ukłucie w żołądku. Nie miałam też pewności, czy Michalina mówi wszystko,
co wie. Jej głos brzmiał mało przekonująco, jakby najpierw próbowała nas
wybadać. Nie układało się im? Mnie nigdy nie powiedziała nic złego na
temat swojego męża, ale doskonale wiedziała, że go nie lubię. Ania
jednak też wyglądała na zaskoczoną. Myślałyśmy, że są dobrym
małżeństwem. Ona bujała w obłokach, prawdziwa artystka, a on to poważny
pan geodeta raczej mocno stąpający po ziemi. Uzupełniali się.
- Trochę - odparła. - Ale wiecie, jak to jest. Każdy zawsze narzeka. Nie
brałam tego poważnie.
- A mówiła, dlaczego mają oddzielne łóżka w sypialni? - spytałam, bo to
była jedna z rzeczy, które zdziwiły mnie, gdy weszłam do ich mieszkania.
Kiedyś na pewno mieli jedno małżeńskie łoże. Coś musiało się zmienić.
Zastanowiłam się. Też czasami złościłam się na Connora. Narzekałam, że
miał mało czasu dla mnie, i opowiadałam o tym koleżance z pracy. Jednak
w życiu nie pomyślałabym, że coś między nami się nie układa. I na pewno
nie zgodziłabym się na oddzielne spanie.
- Nie. - Wzruszyła ramionami. - Nie miałam o tym pojęcia. Nie zaglądałam
jej do sypialni. Ale byli tak długo małżeństwem, że mogli się sobą
znudzić. To byłoby normalne.
Zdziwiła mnie takim komentarzem. W myślach od razu obliczyłam staż
małżeński Obielskich. To przez ile lat mógł człowiek liczyć na
namiętność? Osiem, dziesięć? A potem kończył się termin przydatności do
spożycia? Nie zdążyłam jednak głośno powiedzieć, co myślę, bo Ania
zadała kolejne pytanie.
- Nie wiesz, po co miała jechać do Pragi?
- Nie. - Michalina po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Już nie
pamiętam. Może chciała się spotkać z jakimś malarzem? - Zastanowiła się,
jednak po chwili dodała, że naprawdę nie ma pojęcia. Zdziwiłam się, że
przyjaciółka tak niewiele wie o naszej siostrze. - Szykowała teraz jakąś
wystawę w muzeum, potem chyba miała zawieźć kilka obrazów do sprzedania...
Tak! Tego jestem pewna. To miała być galeria warszawska, bo Gosia miała
też pokazać zdjęcia moich gobelinów. W końcu jednak nie dogadałyśmy
szczegółów. Myślałam, że po prostu wyjechała. Zdarzało się nieraz, że
nie kontaktowała się ze mną przez kilka lub kilkanaście dni, więc nie
widziałam w tym nic dziwnego. Teraz też niedługo wróci, zobaczycie.
Artyści tak czasami mają, że jak popadają w twórczy szał, to tracą
kontakt z rzeczywistością.
- Oby - szepnęłam. Kiedy słuchałam tego, co mówiła Michalina, miałam
wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych osobach. Zupełnie inaczej
odbierałam Gosię, choć pamiętałam jej twórcze szaleństwo jeszcze z czasów, gdy mieszkałyśmy w domu rodzinnym. Gdy w wakacje przyjeżdżała do
Stargardu z akademika, bywało, że potrafiła nie jeść, tłumacząc, że na
głodniaka najlepiej się maluje. Zamykała wtedy drzwi od swojego pokoju i nie pozwalała sobie przeszkadzać. Dopiero po skończeniu obrazu
pokazywała go rodzinie. Tata wówczas drapał się po głowie i stwierdzał,
że nie rozumie współczesnej sztuki. Za to mama piała z zachwytu nad
zdolnościami córki. A mnie jej obrazy zawsze się podobały. Nie
rozumiałam ich, ale powodowały we mnie takie niewielkie mrowienia z tyłu
głowy, jakby mnie ktoś łaskotał.
- Przykro mi, że za bardzo wam nie pomogę, ale jestem pewna, że Gosia za
kilka dni wróci.
Podziękowałam Michalinie, choć rozmowa z nią niewiele wniosła do naszych
poszukiwań. Może faktycznie Gosia zrealizowała swój plan i pojechała w jakimś celu do Pragi? Trzeba dostać się do jej laptopa i przejrzeć
pocztę. Musi być tam ślad zakupu biletu, bo jej samochód stał przy
Dominikańskiej.
3
- Wiesz, o czym teraz pomyślałam? - spytała nagle Ania, gdy usiadłyśmy
przy stoliku w przytulnej kawiarni znajdującej się na samym skraju
Rynku.
- Co?
- Że jestem głupia - powiedziała. - Zanim tu przyjechałam, powinnam
skoczyć do naszego starego domu.
- Po co? - zdziwiłam się. Jednak zaraz doznałam olśnienia i spojrzałam
na moją siostrę. - Jezu... Chyba nie myślisz, że ona tam jest?
- Zobacz, dom stoi pusty, ponadto trochę nam zajęło, by o nim pomyśleć,
bo to kawał drogi, więc na azyl nadaje się doskonale.
- I Gosia miała przecież klucze...
- Każda z nas je ma - odparła. - A pamiętasz, że ona była najbardziej
przeciwna, by sprzedać dom po śmierci rodziców?
Kiwnęłam głową. Dlaczego od razu na to nie wpadłyśmy? Gośka pewnie
zaszyła się przy Wiejskiej w Stargardzie! Nie mogło być inaczej! A że
nasz dom rodzinny znajdował się w cichej okolicy, daleko od zgiełku
centrum miasta, to pewnie tam teraz siedziała i malowała swoje obrazy.
- Dzwoń do Fabiana - powiedziałam. - Niech jedzie i sprawdzi.
Ania, nie czekając, aż powtórzę drugi raz, spełniła moją prośbę. Fabian
zaczął tłumaczyć, że teraz jest w pracy i nie może się wyrwać, ale
wreszcie obiecał, że pojedzie wieczorem razem z Ziemkiem.
- Rany - westchnęła Ania. - Ale czuję ulgę. Na pewno Gosia tam jest!
- Na pewno - powtórzyłam, wierząc w samospełniające się przepowiednie.
Starałam się więc wyobrazić sobie ją, jak siedzi w kuchni, pije samotnie
kawę i spogląda przez okno. A może chodzi właśnie po ogrodzie i szuka
pierwszych oznak wiosny? Zamyśliłam się. Lubiłam swój rodzinny dom.
Każda z nas opuściła go, gdy skończyła ogólniak. Wszystkie chodziłyśmy
do "starego", najważniejszego liceum w mieście. Westchnęłam,
przypominając sobie szkolne korytarze i kamienne schody, po których
wchodziło się i schodziło po kilka razy dziennie.
- O czym myślisz?
- O ogólniaku - uśmiechnęłam się. - Fajne to były czasy.
- Fajne. - Też podniosła kąciki ust. - O mało Gośki stamtąd nie
wywalili, pamiętasz?
- Racja! Rodzice nieźle się wtedy wkurzyli. A wątpliwa sława naszej
siostry potem odbiła się na mnie, jako najmłodszej Mazurównie. -
Zaśmiałam się, bo faktycznie nauczyciele długo wypominali mi, że Gośka
wymalowała graffiti w szkolnej toalecie.
- Szkoda, że ciągle nie jesteśmy dziećmi... - westchnęła.
- Aniu, co się dzieje? - spytałam, widząc, jak zaszkliły się jej oczy.
4
Nie miałyśmy zbyt wiele czasu na pogawędki. Postanowiłam wrócić do
tematu później. Należało przecież porozmawiać ze sprzedawczynią ze
sklepu, w którym Gosia po raz ostatni zrobiła zakupy. Może to jest tak,
że istnieją miejsca, w których robi się zakupy tylko przed podróżą, a potem nigdy się do nich nie wraca? Co moja siostra mogła kupić przed
swoją ucieczką? I dlaczego tak łatwo założyłam, że chciała uciec od
rodziny? Nawet nie miałam konkretnego powodu, dla którego mogłaby to
zrobić. Wypaliła się i potrzebowała izolacji? A może to coś z Patrykiem...? Kiedy o nim myślałam, od razu ściskało mnie w żołądku. Nie
lubiłam tego faceta i trudno to było ukryć.
- To pewnie tutaj. - Ania wskazała na budynek, przerywając moje
rozmyślania. Zaparkowałam niedaleko wejścia. - Idziemy razem?
- Chyba tak.
Weszłyśmy do niewielkiego sklepu, który był bardziej monopolowy niż
spożywczy. Rozejrzałam się po wnętrzu. Miałam wrażenie, że czas
zatrzymał się tutaj kilkanaście lat temu.
- Dzień dobry. - Odczekałyśmy, aż jedyny klient opuści pomieszczenie.
Butelki pobrzękiwały mu w plastikowej torbie.
- Co dla pań?
- My w nietypowej sprawie - odezwała się Ania i po chwili wygrzebała z torebki zdjęcie Gosi. Sprzedawczyni zmierzyła nas z góry na dół i dopiero wtedy spojrzała na fotkę. - Zna pani tę kobietę?
- Nie znam osobiście, ale wiem, kto to jest - odparła. - To nasza
lokalna malarka. Jej mąż tu o nią pytał kilka dni temu. Nie znalazła
się?
- Chyba wiemy, gdzie jest, ale chciałyśmy jeszcze dowiedzieć się, co
kupowała u pani?
- Nie pamiętam. Nawet nie mam pewności, czy tu była - odparła. - Jak ja
bym miała pamiętać, co każdy tu kupuje, to, pani, ja bym miała łeb jak
sklep - zaśmiała się.
- Nic pani nie kojarzy?
- Nie. Mówiłam to już temu panu. Pewnie alkohol jaki kupiła, bo to
najczęściej tu ludzie bierą - odparła.
Rozejrzałam się po półkach.
- Naprawdę pani nic nie pamięta?
Ekspedientka wzruszyła ramionami.
- Pani, a co by mnie szkodziło powiedzieć, gdybym wiedziała?
- No tak. Dziękujemy. - Ania schowała zdjęcie do torebki i wyszłyśmy ze
sklepu.
- Widzisz - odezwałam się. - Nic szczególnego się nie wydarzyło, inaczej
by pamiętała. Gośka na pewno jest w Stargardzie.
- Pewnie tak. Mam nadzieję, że Fabian to sprawdzi i oddzwoni.
5
Położyłam siatkę z zakupami na blacie kuchennym, a moja siostra
pojechała po Maję do przedszkola. Obiecałam, że przygotuję dzieciom
obiad. Ustaliłyśmy z Anią, że przez kilka dni postaramy się, by nie
odczuwały zbyt dotkliwie nieobecności mamy. Potem Gośka powinna wrócić i wszystko będzie jak dawniej.
Nastawiłam garnek z zupą i włączyłam radio. Rozbrzmiała muzyka, która
pozwoliła mi oderwać myśli od rodzinnych problemów. Zaczęłam nucić z Tiną Turner i Erosem Ramazzottim:
Some for worse and some for better
But through it all we've come so far...
- Ładnie śpiewasz.
Patryk wystraszył mnie. Od razu zamilkłam i schyliłam się, by sięgnąć po
garnek z szafki na dole.
- Nie zauważyłam, kiedy wszedłeś...
- I co ustaliłyście? - spytał. Po chwili wyjął ziemniaki i zaczął je
obierać. Odsunęłam się na odległość, która wydała mi się bezpieczna.
Uśmiechnęłam się jednak kącikiem ust, bo pierwszy raz widziałam go w takiej roli. Przypomniałam sobie, jak go poznałam. Byłyśmy wtedy z Gosią, Anią i naszymi dwiema koleżankami w jakimś klubie w Toruniu. Były
wakacje, a my dość sporo wypiłyśmy. Patryk dosiadł się do nas razem ze
swoimi kumplami. Zaczęliśmy rozmawiać. Flirtował. Zapamiętałam, że miał
na sobie błękitną koszulę dość mocno rozpiętą na torsie. Wyglądał bardzo
seksownie. A teraz pochylał się nad pojemnikiem z ziemniakami i obierał
je ze skórki. - Coś nie tak? - spytał, widząc mój delikatny uśmiech.
Szybko zmieniłam wyraz twarzy, by nie sprawiać wrażenia zadowolonej.
- Nie - odparłam. - Myślimy z Anią, że Gosia jest w Stargardzie w domu
po rodzicach. To najlepsze miejsce, by się zaszyć przed światem.
- Kurczę. Nie wpadłem na to. Raczej myślałem, że pojechała w kierunku
Warszawy albo Bydgoszczy... - zastanowił się.
- Czasami wystarczy pomyśleć - rzuciłam ze złośliwością.
- No tak - odburknął. - Ale nikt nie jest doskonały.
- Zgadza się. - A ty szczególnie, dodałam w myślach. Jednak po chwili
głośno wyjaśniłam, że Fabian wieczorem ma pojechać do Stargardu i sprawdzić, czy jest tam Gosia. - A mógłbyś zobaczyć, czy wzięła klucze
od mieszkania rodziców? - spytałam już bez złośliwości w głosie.
- Jasne.
Patryk wytarł dłonie o ścierkę leżącą na oparciu krzesła i wyszedł z kuchni. Słyszałam, jak otwierał szuflady w przedpokoju.
- Nie ma!
- No to by się wszystko zgadzało - odetchnęłam z ulgą.
- I po strachu - odparł. - Ale mogła choć zadzwonić, to by nie było
całej tej szopki.
- I nas tutaj... A swoją drogą musiała cię mieć naprawdę dość.
- Od razu założyłaś, że to moja wina?
- Chyba nie dzieci!
- No tak, wysoki sądzie, przyznaję się. Moja wina.
- Nie kpij teraz - rzuciłam. - Gdybyś był w porządku, może by tu była.
Wreszcie się na tobie poznała!
- A co w ogóle u ciebie? - spytał, chcąc zmienić temat. - Opowiesz czy
znów rzucisz mi się do gardła?
- Na pewno lepiej niż u was. Nie mamy osobnych...
Nie skończyłam jednak zdania, gdy zazgrzytał klucz w zamku i pojawiły
się Ania z Mają. Dziewczynka od razu przybiegła do kuchni i rzuciła się
na szyję tacie, a potem mnie. Poczułam jej dziecięcy zapach i jakiś
dziwny dreszcz tęsknoty przeszedł mi po plecach.
- Ciociu, kiedy wróci mama?
- Niedługo, skarbie. - Pogłaskałam ją po głowie. - Mamusia musiała
odpocząć i pojechała do domu waszej babci do Stargardu.
- Dlaczego nas nie wzięła ze sobą?
- Idź, umyj rączki, bo zaraz będzie obiad.
Spróbowałam zupy. Dosypałam do niej trochę soli i nastawiłam garnek z ziemniakami, by się ugotowały. Na desce miałam już przygotowane filety z kurczaka, aby usmażyć je na drugie danie. W domu pachniało obiadem. Na
chwilę zapomnieliśmy o zniknięciu Gosi i żyliśmy w przekonaniu, że
siedzi sobie spokojnie w Stargardzie. Fabian tam pojedzie i potwierdzi
wiadomość, a ja będę mogła wrócić do Londynu.
6
- Mati - szepnęła Ania. - Kupię butelkę wina i pojadę z tobą do hotelu,
co? Nie wytrzymam tak, siedząc i czekając na telefon od Fabiana, a tu
już się nie przydam, bo dzieciaki zaraz idą spać.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Dopiero wtedy zauważyłam, że miała
podkrążone oczy i wyglądała na zmęczoną. Jej ciemne włosy luźno opadały
na ramiona i sprawiały wrażenie suchych. Przydałaby się im odżywcza
maseczka, pomyślałam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki