7
Następnego dnia przed wyjazdem na narty udałam się do głównego budynku na kawę, gdzie spotkałam naszego nieznajomego gościa z poprzedniego wieczoru, ujrzanego w świetle dziennym i migającego mi po oczach swoją obrączką.
Wydało mi się to niesmaczne, że tak zaprasza obce dziewczyny na saunę, mając żonę, ale cóż, pomyślałam, że może to ja jestem jakaś skostniała w swoich poglądach, a sauna to przecież tylko sauna. Do niedawna i ja byłam jeszcze żoną i jakoś nie widziałam swojego męża samego na nartach zaczepiającego dziewczyny.
Ale od sauny dzielił nas cały dzień i spotkaliśmy się jeszcze parę razy. Znam tę nerwowość w ruchach, kiedy człowiek jest blisko kogoś, kto mu się podoba, i zachowuje się jak rozemocjonowana, zaaferowana wiewiórka, udając, że coś robi, coś mówi, gdzieś idzie, że to wszystko jest po coś i ma jakiś inny cel, kiedy wynajduje się dziwne preteksty do rozmowy, do bycia blisko. I tak było teraz. Uparł się, żeby nasmarować nam narty. Mnie było wszystko jedno, jechały i bez smarowania, i nie rozumiałam jeszcze wtedy całego zamieszania.
Sauna była wolnostojącym w śniegu domkiem nad rzeką. Dwa dni wcześniej nie spodziewałam się, że będę pływać zimową nocą w potoku górskim, a jednak. Na saunie było nas trochę, zbieranina przypadkowych ludzi, było piwo Łomża i było wesoło. On siedział wyżej. On, całkowicie nieznajomy mi jeszcze człowiek. W pewnym momencie zgasło światło, a on, korzystając z okazji, że nikt nie widzi, dotknął mojego ramienia palcem w tej ciemności i tak trwaliśmy przez jakiś czas. Ja znieruchomiałam, bo zaczynałam rozumieć jego intencje, a ten palec był jak jakieś urządzenie transmitujące nasze myśli, które nas na chwilę połączyło. I nie był to przypadek, ale to, że zgasło światło, już tak. To było jak deklaracja słowna ujawniająca wszelkie zamiary, ale z drugiej strony śmieszna, bo człowiek może sobie myśleć, że to przypadek, a reszta dzieje się w jego głowie, że przecież to takie nic, niby nic... a jednak.
Że jednak, dowiedziałam się wkrótce.
Sauna przerodziła się w wesołą imprezę z pigwówką w naszym pokoju w warunkach głębokiego PRL-u w wersji zimowej. On mnie już chciał, co często werbalizował, mówiąc o tym Marcie:
- Ale ja ją chcę, tak bardzo chcę, i co mam zrobić?
Na co ja mówiłam:
- Weź, Marta, zabierz już stąd tego pana.
I wtedy było to jedynie śmieszne, a ja mu mówiłam, że wygląda na takiego, który nawet całować się nie umie dobrze. Taki wesoły, wyjazdowy klimacik. On wtedy jeszcze był dla mnie tylko niezrozumiałym konceptem, jakimś tam mężczyzną, bardzo wysportowanym, co prawda, innym niż wszyscy i do tego żonatym, więc nie rozumiałam tej dziwnej dynamiki i myślałam, że to tylko żarty.
Jak to jest, że ktoś nam się podoba, że wybieramy tego, a nie innego. Może nasze życie jest utkane z tysięcy obrazów, wierszy i filmów nakładających się na siebie latami, które widzimy od wczesnego dzieciństwa, i tworzy się z nich zlepek idealnej kobiety lub mężczyzny. Jakiś uśmiech zapamiętamy na zawsze, czyjeś oczy wryją się nam w serce, albo długie, czarne, rozwiane włosy na wietrze widziane gdzieś przez chwilę, brwi jak skrzydła ptaka, czyjeś buty lub ręce albo sukienka ze starych zdjęć. Jedni lubią kręcone włosy, inni zielone korale, bo może mama albo jakaś pani raz zobaczona na plaży miała właśnie takie.
Ja pamiętam buty mojego taty widziane z perspektywy sanek, takie trapery w kolorze karmelowym, pod którymi skrzypiał śnieg. Pamiętam obcisłe, ciemne jeansy biodrówki mojej cioci w zestawie z czarnym golfem, szelmowski uśmiech mojego wujka, taki sam jak uśmiech Nikosia granego przez Tomasza Włosoka.
U mnie to wszystko złożyło się chyba na obraz jakiegoś nieszczęśnika-buntownika, Cybulskiego, mężczyzny kochającego muzykę, z którym "można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko"3, nie gogusiowatego, nie korpoludka z samochodem, pnącego się po szczeblach kariery w garniturze, ale leśnego też nie, trochę niedzisiejszego, bez kont w mediach społecznościowych, czytającego książki, samotnika, nieodkrytego jak tajemnicza wyspa, niepraktycznego. Takiego filozofa, wrażliwca, ale nie tam jakieś chucherko, które młotka nie umie trzymać - męskiego i wysportowanego, ale ruchem i życiem, a nie godzinami na siłowni, z karkiem uniemożliwiającym skręt szyi, bez gracji i delikatności ruchu.
Co ciekawe, jeżdżąc w góry i wiele razy stojąc na peronie we Wrocławiu, dowiedziałam się, że to ten sam peron, na którym zginął Cybulski.
Igor był idealną kombinacją wszystkiego - piekielnie inteligentny, czytający książki i wysportowany.
Tak, ten sportowy sznyt był chyba ważną częścią składową wszystkiego, a on nosił trekkingowe spodnie i trapery, i wyglądał jak mężczyzna, a mi to robiło najwyraźniej to, co innym kobietom robi mundur marynarza. Nogi w takich butach i spodniach to jak manifest mówiący: "przemierzyłem setki kilometrów, jestem nieustraszony i wyciągnę cię znad przepaści".
Potem jeszcze z Kaśką rozmawiałyśmy na temat nóg męskich przy okazji jakiegoś programu, którego nigdy nie widziałam, a w którym kobiety wybierają mężczyzn jedynie po kształtach nóg. I ona wysyłała mi screeny, pisząc:
- Ten, na bank ten, a ten na bank nie.
I zawsze zgadywała.
Kobiety, rozmawiając o mężczyznach, skupiają się na wielu rzeczach, a prawie nigdy na nogach, a nogi okazały się piekielnie ważnym elementem i wiele można z nich wyczytać.
Moje zapatrywanie na ten temat było takie, że są dwa rodzaje mężczyzn, że "albo cię wezmą z twoimi nogami i stopami do grania statysty w Troi i biegania w sandałach, albo nie. Albo masz nogi Achillesa, albo smutne blade nogi urzędnika w miękkich papciach, znające jedynie ciemność spodni, machające smutno pod blatem biurka, splątane w kablach od komputera, podczas kiedy on zabija smoki na ekranie".
Tak więc on miał stopy jak rzymski wojownik, uda jak dwa dęby i w spodniach trekkingowych wyglądał obłędnie, ale w śliskich gatkach, w których biegał, już niekoniecznie, bo przypominał trochę cyrkowca.
Dzień po imprezie spędziliśmy we trójkę z Martą, w piżamach, przewalając się na łóżkach w naszym sześcioosobowym pokoju, w którym jakimś cudem tamtej zimy byłyśmy tylko dwie, dogorywając po pierwszych nartach, saunie i imprezie, a Igor donosił nam do pokoju naleśniki na zmianę z pierogami, ponieważ ewidentnie nie zamierzał odpuścić sobie tej znajomości.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
3 Edward Stachura, Z nim będziesz szczęśliwsza, "Wiersze, poematy, piosenki, przekłady", wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 1982 r.