Niebiańskie Osiedle - Ryszard Ćwirlej

Kup ebooka

49.99 zł
43.49 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pią­tek, 16 sierp­nia 2019 roku

Piła

Godzina 16.10

Objęci i przy­tu­leni do sie­bie, wyda­wali się spać. Kobieta przy­ci­skała głowę do piersi męż­czy­zny, a ten obej­mo­wał ją lewą ręką. Leżeli na roz­ło­żo­nym dwu­oso­bo­wym tap­cza­nie w kolo­rze buro­sza­rym, w odświęt­nych ubra­niach, tak jakby dopiero co wró­cili z kościoła. Na stole obok stała butelka po wódce, do połowy wypeł­niona jakimś czer­wo­nym pły­nem.

To pew­nie wino, pomy­ślał pod­ko­mi­sarz Fra­nek Kacz­ma­rek, spo­glą­da­jąc na ety­kietę wybo­ro­wej, na którą czy­jaś ręka nakle­iła kawa­łek taśmy malar­skiej. "Porzeczki 2015" - oznaj­miał koślawy napis wyko­nany dłu­go­pi­sem. Obok stały dwa kie­liszki, jeden wysoki i smu­kły, dopity do połowy, drugi pękaty, jak do koniaku, pusty.

Wkoło walały się kolo­rowe fol­dery rekla­mowe, takie, które zapy­chają skrzynki pocz­towe i nie nadają się nawet na pod­pałkę.

- Wygląda, jakby wznie­śli ostatni toast i poszli spać - ode­zwała się zza ple­ców Kacz­marka pod­ko­mi­sarz Jowita Skrzyp­czak, szczu­pła bru­netka o mio­do­wych oczach ukry­tych za oku­la­rami w czer­wo­nych opraw­kach.

- Ostat­nia wie­cze­rza, cho­lera! - Wacek Szczy­pior­ski, tech­nik, który wła­śnie obfo­to­gra­fo­wy­wał zwłoki, jak zawsze musiał wszystko sko­men­to­wać. "Szczy­pior", bo tak mówili na niego kole­dzy, znany był z marud­nego sto­sunku do rze­czy­wi­sto­ści.

- Myśli­cie, że to samo­bój­stwo? - Kacz­ma­rek wska­zał na butelkę, tak jakby tam mogła znaj­do­wać się przy­czyna dra­matu.

- Wezmę to do ana­lizy - stwier­dziła jedyna w całej eki­pie śled­czej dziew­czyna.

To ona zaj­mo­wała się zabez­pie­cza­niem śla­dów i zbie­ra­niem odci­sków pal­ców. Teraz cze­kała tylko, aż foto­graf upora się ze swoją robotą, by przy­stą­pić do pracy. Walizkę wypo­sa­żoną w pędzelki, proszki, folie i inne potrzebne narzę­dzia, w któ­rych tylko ona potra­fiła się roze­znać, posta­wiła na progu pokoju, gotowa do dzia­ła­nia. Pod­ko­mi­sarz Kacz­ma­rek stał obok, bacz­nie obser­wu­jąc sypial­nię. Zarówno on, jak i Jowita oraz foto­graf ubrani byli w kom­bi­ne­zony, ochra­nia­cze na buty i latek­sowe ręka­wiczki. Nie wolno było wnieść do środka niczego, co mogłoby zakła­mać rze­czy­wi­sty obraz wyda­rzeń, więc przed wej­ściem na miej­sce, w któ­rym doszło do tra­ge­dii, zgod­nie z zasa­dami musieli ubrać się w te jed­no­ra­zówki.

- Wyglą­damy jak kosmo­nauci. - Kacz­ma­rek przy­po­mniał sobie film o wypra­wie na Księ­życ. - Myślisz, że te maski coś dają? Prze­cież to tylko kawał szmaty.

Jowita uśmiech­nęła się, spo­glą­da­jąc na maseczkę, którą Fra­nek trzy­mał w dłoni. Powi­nien ją zało­żyć. W ogóle wszy­scy powinni je tu nosić, tak jak pla­sti­kowe gogle, ale ni­gdy nie pod­cho­dzili rygo­ry­stycz­nie do wytycz­nych mówią­cych, co robić i jak się zacho­wać na miej­scu oglę­dzin.

- Pie­przyć maseczki. Prze­cież musiał­byś naki­chać, żeby zosta­wić jakiś ślad - stwier­dziła.

- Tu jest jakaś bute­leczka po tablet­kach - ode­zwał się foto­graf.

- Jak się nazy­wają, to zna­czy, co jest na ety­kie­cie? - zapy­tał Fra­nek. - Trzeba by spraw­dzić, co to za lek. - Pod­ko­mi­sarz wyjął z kie­szeni tele­fon.

- Nie musisz. - Jowita pokrę­ciła głową. - To jest lek na sen. Wiem, bo moja bab­cia bie­rze. Mama jej wydziela bar­dzo ostroż­nie, bo to silne lekar­stwo.

- No to mamy być może roz­sze­rzone samo­bój­stwo. I to aku­rat teraz, jak zaczyna się week­end - sko­men­to­wał "Szczy­pior", który, podob­nie jak wielu jego kole­gów, lubił w piąt­kowy wie­czór sko­czyć na kilka piw do Misia przy ulicy 14 Lutego. Ale dziś miał na to chyba marne szanse. Wszystko przez tych dwoje sta­rusz­ków leżą­cych na tap­cza­nie i obej­mu­ją­cych się w ostat­nim uści­sku.

- Dobra, może­cie dzia­łać. Chyba mam z grub­sza wszystko. Idę zaja­rać, więc jakby było coś istot­nego, to mnie wołaj - zwró­cił się do pod­ko­mi­sa­rza, który od razu ruszył w głąb pokoju.

Poli­cjant nie poszedł jed­nak pro­sto do miej­sca, w któ­rym leżeli gospo­da­rze. Skrę­cił w lewo i powoli, krok po kroku, zaczął obcho­dzić pomiesz­cze­nie, na tyle, na ile pozwa­lały mu meble. Naj­pierw prze­su­nął się wzdłuż sta­rej meblo­ścianki na wysoki połysk, gdzie stał stary tele­wi­zor. Urzą­dze­nie było cały czas włą­czone. Spoj­rzał z tej per­spek­tywy w kie­runku tap­czanu. Sta­rusz­ko­wie wyglą­dali tak, jakby usnęli pod­czas oglą­da­nia nie­cie­ka­wego filmu. Pro­gram był usta­wiony na Jedynkę. Uśmiech­nięta pro­wa­dząca zapo­wia­dała wła­śnie kolejny odci­nek jakiejś turec­kiej szmiry. Obraz znik­nął. To Jowita pod­nio­sła pilota i przy­ci­snęła wyłącz­nik, nie dając orien­tal­nej pięk­no­ści zaist­nieć po raz ostatni w tym pokoju. Nie lubiła pra­co­wać w hała­sie.

Na pół­kach seg­mentu nie było nic cie­ka­wego, żad­nych ksią­żek, gazet czy spe­cjal­nie wyra­fi­no­wa­nych ozdób. Kilka krysz­ta­łów, kolo­rowy talerz w ludowe wzory, usta­wiony na sztorc, i sta­tek z pla­stiku imi­tu­ją­cego bursz­tyn, z napi­sem "Koło­brzeg 1972". Dziew­czyna spraw­nie zabrała się do zdej­mo­wa­nia odci­sków z kie­lisz­ków i butelki. Fra­nek tym­cza­sem, powoli się prze­su­wa­jąc, lustro­wał każdy szcze­gół. Drzwi bal­ko­nowe, przez które było widać kawa­łek placu Zwy­cię­stwa, nie ofe­ro­wały żad­nego cie­ka­wego widoku. Naprze­ciwko stał cał­kiem podobny budy­nek ze skle­pami na dole. Pod­ko­mi­sarz wie­dział, że jeden z nich to apteka i obok chyba mono­po­lowy. Dawno tu nie był. Nie potrze­bo­wał cho­dzić do cen­trum mia­sta, tym bar­dziej że w tym miej­scu wła­ści­wie nic się nie działo, a na zakupy od dawna jeź­dziło się do gale­rii han­dlo­wych. To cen­trum zostało codzien­nym ele­men­tem rze­czy­wi­sto­ści takich ludzi jak ci dwoje, któ­rzy zasnęli na wła­snym tap­cza­nie. Zapewne w tym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu prze­żyli jakieś pięć­dzie­siąt lat. Odcho­wali dzieci, dokład­nie dwójkę, chłopca i dziew­czynkę. Ich uśmiech­nięte buzie wyzie­rały z czarno-bia­łych foto­gra­fii, które pan domu powie­sił na ścia­nie po tym, jak opra­wił je w drew­niane, poli­tu­ro­wane ramki i szkło. Dzieci doro­sły, zało­żyły rodziny i pew­nie wynio­sły się z tego mia­sta bez per­spek­tyw, a oni zostali tu sami. Do końca razem. Tylko dla­czego zde­cy­do­wali się na ten dra­ma­tyczny krok? Po meblach można było oce­nić, że nie nale­żeli do ludzi zamoż­nych, ale też chyba nie cier­pieli biedy. Musieli mieć eme­ry­tury, skoro pra­co­wali w PRL-u. Więc to nie ubó­stwo było przy­czyną.

- Może jedno z nich zacho­ro­wało? - Jowita czy­tała w jego myślach. - Ona dowie­działa się od leka­rza, że nie ma żad­nych szans, a on zde­cy­do­wał, że nie pozwoli jej odejść samej.

- Powinni zosta­wić jakiś list. Prze­cież ludzie nie żegnają się z życiem bez słowa wyja­śnie­nia, ot tak - zasta­na­wiał się gło­śno pod­ko­mi­sarz. - Jeśli zde­cy­do­wali się na samo­bój­stwo, to...

Męż­czy­zna obej­mo­wał kobietę wpół. Głowę miał pochy­loną, tak jakby zmarł, cału­jąc ją we włosy. Jego poli­czek spo­czy­wał na pra­wej ręce wycią­gnię­tej wzdłuż na poduszce. Dłoń wysta­wała poza tap­czan i zawi­sła w prze­strzeni mię­dzy drew­nia­nym zagłów­kiem i ścianą z oknem. Poli­cjant ostroż­nie odsu­nął zasłonę i spoj­rzał w dół. Na par­kie­cie leżała równo zapi­sana kartka, która musiała wypaść sta­rusz­kowi z dłoni.

- Mówi­łem, że sta­rzy ludzie nie odcho­dzą bez słowa - ucie­szył się ze zna­le­zi­ska i odszedł od tap­czanu.

Musiał zawo­łać "Szczy­piora", by ten zro­bił zdję­cie. Bez tego nie mógł pod­nieść listu. Całe szczę­ście, że go zna­lazł. Dzięki temu w zasa­dzie jest po spra­wie. List poże­gnalny samo­bójcy był naj­lep­szym pre­zen­tem dla śled­czego, który w pią­tek wie­czo­rem chciał iść na piwo. Poli­cjant prze­łknął ślinę, nie­malże fizycz­nie czu­jąc na języku smak zim­nego redsa. Życie jed­nak nie jest takie złe. Na pewno nie dla niego i Jowity, jego dziew­czyny, która zdej­mo­wała odci­ski ze stołu. Gdy tech­nik zro­bił zdję­cie, Kacz­ma­rek chwy­cił kartkę pęsetą i poło­żył na stole.

"Kochani, odcho­dzimy do lep­szego ze świa­tów. Oka­zało się, że tata ma raka trzustki i zostało mu już nie­wiele życia. I dla­tego posta­no­wi­li­śmy, że nie będziemy cze­kać na naj­gor­sze i odej­dziemy razem. Tak jak byli­śmy razem przez całe nasze życie, tak zosta­niemy ze sobą na wiecz­ność. Nie mar­tw­cie się o nas. Tam, dokąd idziemy, czeka na nas nie­biań­ski dom. Odcho­dzimy spo­kojni i szczę­śliwi, mając nadzieję, że kie­dyś wszy­scy się tam spo­tkamy".

Rozdział I

Środa, 16 paź­dzier­nika 2019 roku

War­szawa

Godzina 9.15

- Podał­byś mi masło orze­chowe?

- Co? A, masło... A gdzie jest? - Sta­łem nad deską do wędlin i ostrym nożem kro­iłem na pla­sterki aro­ma­tyczną wędzoną szynkę.

- No jak gdzie, kotku? Masło orze­chowe jest w sło­iczku - wyja­śniła oczy­wi­stą oczy­wi­stość.

- Domy­ślam się, że nie w butelce - stwier­dzi­łem, by zyskać na cza­sie i ukroić jesz­cze jeden cienki pla­ste­rek. Pre­cy­zyjne kro­je­nie wyma­gało sku­pie­nia.

- Gdyby było w butelce, toby się go nie dało wycią­gnąć, bo do butelki nie da się wło­żyć noża - wyja­śniła mi, na czym polega pro­blem, i teraz mogłem się czuć spo­kojny.

Czło­wiek jed­nak całe życie się uczy. Bo czy dotąd kto­kol­wiek z was roz­wa­żał kwe­stię wydo­by­wa­nia masła orze­cho­wego z butelki? Na pewno nie. A ona tak. Moja dziew­czyna Dże­sika jest cho­dzącą skarb­nicą róż­nych nie­ty­po­wych pomy­słów i roz­wią­zań nie­malże racjo­na­li­za­tor­skich. Co naj­waż­niej­sze, potrafi wszystko wyja­śnić ze sta­ran­no­ścią godną pro­fe­sor­skiego umy­słu.

- To masz to masło, hę?

Patrzy­łem w otwarte drzwi lodówki i nie mogłem się zde­cy­do­wać. Sło­iczki stały obok sie­bie w rów­nym rządku, jed­nak chyba żaden z nich nie był sło­ikiem z masłem orze­cho­wym.

- Kotku, bo jak nie zjem niczego, to będę cały dzień głodna. Wiesz, że na pla­nie nie dają nam nic do jedze­nia. Tylko wody jest pod dostat­kiem. A prze­cież na samej wodzie nie wyżyję.

- Nie ma masła orze­cho­wego. Musiało się skoń­czyć - powie­dzia­łem w końcu, defi­ni­tyw­nie się pod­da­jąc.

- Nie­moż­liwe. Wczo­raj, gdy jadłam kanapki, w sen­sie wie­czo­rem, było jesz­cze pół sło­ika. No chyba że ty zja­dłeś? Przy­znaj się, łakom­czuszku, hę?

Nie jadam cho­ler­nego masła orze­cho­wego. W życiu nie prze­łknął­bym tej sracz­ko­wa­tej mazi, do tego jesz­cze roz­sma­ro­wa­nej na obrzy­dli­wie mięk­kim chle­bie tosto­wym. Ohydz­two, pomy­śla­łem, bo gło­śno bym tego nie powie­dział. Dże­sika mogłaby się jesz­cze obra­zić. Nie kry­ty­ko­wa­łem jej spo­sobu odży­wia­nia, a i ona omi­jała sze­ro­kim łukiem temat moich nawy­ków, któ­rych pod­stawą były kieł­basy i szynki, naj­le­piej wędzone w natu­ralny spo­sób. A co, lubię dobrze zjeść.

- Nie, Dżesi, nie jem masła orze­cho­wego.

- Nie wiesz, co tra­cisz. Z tym deli­kat­nym bia­łym chle­bem sma­kuje bosko.

Odwró­ci­łem głowę, by spoj­rzeć na pojem­nik do chleba. Drew­niana skrzynka stała na para­pe­cie. Pod­sze­dłem do niej i pod­nio­słem klapkę. Wewnątrz był chleb tostowy, a obok stał słoik z tym paskudz­twem. Nie było za to mojego chleba żyt­niego. Jak zwy­kle zja­dłem go do końca i jak zawsze zapo­mnia­łem, że nie ma już ani grama.

- No pro­szę, zguba się zna­la­zła.

- Co?

- Twoje masło. Wło­ży­łaś je do chle­baka.

- Nie­moż­liwe, ni­gdy tam nie wkła­dam. - Unio­sła głowę znad tabletu, w któ­rym wła­śnie oglą­dała coś bar­dzo cie­ka­wego, i pokrę­ciła nią, jakby chciała powie­dzieć, że powi­nie­nem się przy­znać do błędu, a nie oskar­żać ją, uoso­bie­nie nie­win­no­ści.

Ależ ona jest piękna, pomy­śla­łem, patrząc w jej nie­sa­mo­wi­cie zie­lone oczy. Prze­cież nie będę się kłó­cił o głupi słoik. Nie jestem czło­wie­kiem, który świa­do­mie szuka kło­po­tów. Więc wolę zamilk­nąć. Mimo to sam nie wiem, jak to się dzieje, że co rusz pakuję się w jakieś histo­rie, z któ­rych trudno jest potem się wyka­ra­skać. Dla­tego w domu wolę mieć spo­kój, ale poza nim...

Tak, to wła­śnie ja, mistrz świata w kło­po­tach, Mar­cin Engel. Mam trzy­dzie­ści lat, miesz­kam na stałe w War­sza­wie, ale pocho­dzę z Pozna­nia. Przy­je­cha­łem do sto­licy na stu­dia i tu zosta­łem, czyli jestem typo­wym "sło­ikiem". Mam równo sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu i ważę osiem­dzie­siąt jeden kilo. Jestem więc dobrze zbu­do­wa­nym blon­dy­nem o jasnej kar­na­cji, dla­tego gdy tylko znajdę się na słońcu, natych­miast opa­lam się na czer­wono, a potem scho­dzi mi skóra. No więc się nie opa­lam, w prze­ci­wień­stwie do mojej dziew­czyny, z którą miesz­kam już pra­wie trzy lata, choć na razie nie myślimy o mał­żeń­stwie ani dzie­ciach. Oboje jeste­śmy ludźmi, któ­rzy sprawy rodziny odkła­dają na póź­niej, bo naj­pierw trzeba się cze­goś doro­bić. Jeśli nie wiel­kich pie­nię­dzy, to cho­ciaż pozy­cji w branży. Oboje robimy w show-biz­ne­sie. Dże­sika jest modelką, pra­cuje na wybiegu i poka­zuje się w rekla­mach, a ja jestem dzien­ni­ka­rzem i repor­te­rem tele­wi­zyj­nym, który od czasu do czasu łapie rekla­mowe fuchy, żeby tro­chę doro­bić. To wła­śnie na pla­nie jakiejś dur­nej rekla­mówki pozna­łem Dżesi. Grała lekarkę pole­ca­jącą pastę do zębów.

"Pasta do zębów Zembi­xwhite wybieli twoje zęby, które staną się śnież­no­białe jak ark­tyczny śnieg już po mie­siącu regu­lar­nego sto­so­wa­nia. Użyj pasty Zembi­xwhite, a twój uśmiech będzie olśnie­wa­jący. Jestem sto­ma­to­lo­giem i wiem, co mówię, bo sama uży­wam pasty Zembi­xwhite codzien­nie", mówiła w rekla­mie, a potem szcze­rzyła te swoje olśnie­wa­jąco białe zęby. Na mnie ten uśmiech zro­bił wtedy pio­ru­nu­jące wra­że­nie. A jej spodo­bały się moje bystre nie­bie­skie oczy, tak przy­naj­mniej powie­działa mi jakiś czas po tym, gdy nasza zna­jo­mość prze­szła z fazy wie­czor­nych roz­mów przez Mes­sen­gera do etapu, w któ­rym roz­mowy prze­stają być potrzebne, bo palce i języki mają już cał­ko­wi­cie inne zasto­so­wa­nie.

Poda­łem jej masło orze­chowe. Swoją drogą cie­kawe, czemu ta bez­sma­kowa paciaja nazy­wana jest "masłem"?

- I jesz­cze chle­bek, kotku.

Poda­łem jej chleb tostowy, nóż, tale­rzyk...

- Coś jesz­cze, Dżesi? - zapy­ta­łem, zasta­na­wia­jąc się, co wła­ści­wie mam zjeść.

- Siądź tu obok. Już wystar­czy tego lata­nia koło mnie. No, kotku, sia­daj.

- Nie mam chleba.

- Jak to, głup­ta­sku? Prze­cież jest pra­wie cała paczka.

- To nie chleb - rzu­ci­łem, chwy­ta­jąc deskę ze świeżo pokro­joną szynką.

Poło­ży­łem ją na kuchen­nym stole. Dże­sika odsu­nęła deskę od sie­bie, marsz­cząc nos z nie­sma­kiem.

- Fuj, jak ty możesz jeść to mięso. Widzia­łeś kie­dyś różowe świnki? Jakie one są piękne i mądre...

- Niczego nie mogę jeść, bo nie mam chleba. Widzia­łem świnki.

To był z jej strony cios poni­żej pasa. Nie jestem prze­cież nie­czu­łym na krzywdę zwie­rząt zwy­rod­nial­cem.

- No, Mar­cinku, weź ten chle­bek. Prze­cież nie możesz cho­dzić głodny - oświad­czyła kate­go­rycz­nie, wykła­da­jąc na mój talerz kilka kawał­ków chle­bo­po­dob­nej sub­stan­cji.

Ugry­zła mikro­sko­pij­nych roz­mia­rów kęs i zaraz popiła kawą z mle­kiem.

- Co dziś będziesz robić? - zapy­ta­łem na wszelki wypa­dek i zabra­łem się do spo­rzą­dza­nia pseu­do­ka­napki.

- Dziś będę przez cały dzień w Łazien­kach nagry­wać.

- A co nagry­wa­cie?

Wzru­szyła ramio­nami i znów upiła nie­wielki łyk.

- Jakiś tele­dysk.

- Będziesz śpie­wała? - zdzi­wi­łem się. Ale prze­cież to cał­kiem praw­do­po­dobne. Mie­wała sza­lone pomy­sły.

- Ja? Czy ja jestem pio­sen­karką?

- To co tam będziesz robić?

- Wystę­po­wać... chyba.

Odsta­wiła kubek i wstała z krze­sła. Pochy­liła się i poca­ło­wała mnie w sam czu­bek głowy.

- Kocham cię, misiaczku.

- Kocham cię, Dżesi - powie­dzia­łem i poczu­łem się naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem na świe­cie.

- Aha, mia­łam ci powie­dzieć, że dziad­ko­wie Emilki nie żyją.

- Jakiej Emilki?

- No jak jakiej? Tej mojej kole­żanki z agen­cji, taka ciemna, to zna­czy Mulatka.

- Ach, ta... - Nie mia­łem oczy­wi­ście poję­cia, o kim mowa. Ale po chwili przy­po­mnia­łem ją sobie. Roz­ma­wia­li­śmy ze dwa razy na jakichś impre­zach. Spra­wiała wra­że­nie inte­li­gent­nej dziew­czyny.

- Wyobraź sobie, że ode­szli oboje tego samego dnia, o tej samej godzi­nie.

- Sły­sza­łem już o takich wypad­kach, że gdy umiera jedna osoba z takiego mał­żeń­stwa, które było ze sobą całe życie, to ta druga umiera z żalu i tęsk­noty.

- No tak wła­śnie było, tak jak mówisz! - Dżesi prze­cią­gnęła się, a spod fałdy szla­froka wysu­nęła się lekko pierś.

Ależ ona na mnie działa. Gdyby nie to, że muszę iść do pracy...

- Oni zmarli razem, bo razem wzięli jakieś proszki i nor­mal­nie umarli. Dwa dni temu ode­szli, nie, trzy dni temu!

- Roz­sze­rzone samo­bój­stwo - rzu­ci­łem, przy­po­mi­na­jąc sobie to mało przy­jemne poję­cie.

Chwy­ci­łem kanapkę, wbi­łem w nią zęby i naraz szczęka zasty­gła mi w poło­wie gryza. Roz­sze­rzone samo­bój­stwo? Dwoje sta­rusz­ków? O ja pier­dzielę!

- Popij, misiaczku, bo się zadła­wisz - rzu­ciła Dżesi i odwró­ciw­szy się, poszła do łazienki, krę­cąc zgrabną pupą.

Ale ja nie zwró­ci­łem na to uwagi, pochło­nięty zupeł­nie innymi myślami.

Godzina 10.30

- To tutaj pra­co­wał porucz­nik Bore­wicz?

- Kto?

- No Bore­wicz. Sła­wo­mir Bore­wicz - wyja­śnił Kacz­ma­rek.

Komi­sarz Kuba Wie­czo­rek pokrę­cił głową.

Ni­gdy nie sły­szał o żad­nym Bore­wi­czu. Bo i skąd niby miał sły­szeć. W Pałacu Mostow­skich pra­co­wał dopiero od czte­rech lat, a skoro Kacz­ma­rek mówił o jakimś porucz­niku, to zna­czy, że ten musiał tu być w latach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku, bo chyba do dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego obo­wią­zy­wały stare woj­skowe stop­nie, które zastą­piono praw­dzi­wymi poli­cyj­nymi. Gdyby teraz były woj­skowe, to on sam jako wła­ści­ciel trzech gwiaz­dek byłby porucz­ni­kiem. Czyli ten Bore­wicz byłby komi­sa­rzem tak jak on.

- Chyba cho­dziło ci o komi­sa­rza? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc czuj­nym wzro­kiem na nowego kolegę.

Facet dopiero co przy­szedł i zaczął się wypa­ko­wy­wać na biurku Ostrow­skiego. Ten, z któ­rym Wie­czo­rek spę­dził w jed­nym pokoju ostat­nie dwa lata, został wła­śnie prze­nie­siony do Toru­nia. Zabie­gał o to od dłuż­szego czasu, bo jakoś nie potra­fił się odna­leźć w sto­licy. No i w końcu udało mu się zała­twić prze­nie­sie­nie do rodzin­nego mia­sta. Miał szczę­ście, że komen­dan­tem został jego kolega z daw­nych cza­sów, który przy­jął go z otwar­tymi ramio­nami. Wie­czo­rek miał nadzieję, że będzie miał teraz kom­for­towe warunki i nikogo mu nie przy­dzielą. I tu się mylił. Oka­zało się, że wła­śnie przy­jęli do roboty gościa, który pró­bo­wał bły­snąć jaki­miś daw­nymi zna­jo­mo­ściami.

- Nie o komi­sa­rza. - Fra­nek Kacz­ma­rek pokrę­cił głową. - Nie oglą­da­łeś tego serialu 07 zgłoś się? Tam głów­nym boha­te­rem był porucz­nik Bore­wicz. No taki fajny film jesz­cze z cza­sów PRL-u.

Wie­czo­rek mach­nął ręką.

- E, ja tam sta­roci nie oglą­dam. Wolę na Net­flik­sie. Masz Net­flixa?

Nowy pokrę­cił głową.

- Nie, no coś ty, ja się nawet jesz­cze nie zain­sta­lo­wa­łem dobrze.

- A gdzie się insta­lu­jesz? To zna­czy gdzie miesz­kasz?

- Mam w War­sza­wie bab­cię.

- Czyli że twoja rodzina jest z War­szawy? - W końcu Wie­czo­rek spoj­rzał na niego przy­chyl­niej­szym okiem.

Skoro bab­cia jest war­sza­wianką, to facet też musi być z War­szawy, wyde­du­ko­wał na pod­sta­wie pro­stej prze­słanki. Z war­sza­wia­kiem może się jakoś dogada, bo ze "sło­ikiem" z pro­win­cji zawsze coś nie try­biło. Ostrow­ski był z Toru­nia i choć to mia­sto nad Wisłą, to jed­nak czuć było w nim tę pro­win­cjo­nalną zaścian­ko­wość, cia­snotę myśle­nia czło­wieka, który wycho­wał się w mie­ście oto­czo­nym murami.

- No zasad­ni­czo tak. Mój tata jest z War­szawy.

- To zna­czy, żeś jest war­sza­wiak, a nie piła... pilak, jak sły­sza­łem.

- Pila­nin. Mówi się pila­nin. Ni­gdy nie byłeś w Pile?

- Nie, a po cho­lerę? - Wie­czo­rek był naj­wy­raź­niej zdzi­wiony.

- Bo tam jest szkoła poli­cji.

- He, he! Jest, pew­nie, że jest, ale co ja bym tam miał robić? Prze­cież tam się uczą pod­ofi­ce­ro­wie. Ja koń­czy­łem tutaj, w Legio­no­wie. A ty gdzie się uczy­łeś?

- W Szczyt­nie.

- A, w Szczyt­nie... - Wie­czo­rek wypo­wie­dział nazwę miej­sco­wo­ści tak, jakby wyplu­wał coś, co przy­pad­kiem zaplą­tało mu się na języku. - No tak, szkoła z mili­cyj­nymi tra­dy­cjami.

Pod­ko­mi­sarz Fra­nek Kacz­ma­rek spoj­rzał uważ­nie na swo­jego nowego kolegę.

Ten sie­dział naprze­ciwko, wpa­trzony w ekran kom­pu­tera. Moni­tor był stary i pękaty, ale widać jesz­cze przy­datny do roboty. Biurko Franka było puste, bez śla­dów dzia­łal­no­ści ludz­kiej. Po poprzed­nim wła­ści­cielu został tylko słoik z nalepką "Dżem sło­dzony tru­skaw­kowy", w który wetknięto kilka obgry­zio­nych dłu­go­pi­sów. Chwy­cił ten słoik i wraz z zawar­to­ścią wrzu­cił do kosza na śmieci pod biur­kiem.

- Nad czym pra­cu­je­cie? - zapy­tał Fra­nek, żeby zmie­nić temat.

Mógł co prawda odwi­nąć się i rzu­cić Wie­czor­kowi w pysk, że lep­sze Szczytno z mili­cyj­nymi tra­dy­cjami niż Puławy z esbecką prze­szło­ścią. Ale w ostat­niej chwili ugryzł się w język. Po co od razu zra­żać do sie­bie faceta, z któ­rym będzie musiał dzie­lić pokój przez przy­naj­mniej kilka mie­sięcy? Póź­niej, gdy się rozej­rzy i już zapu­ści tu korze­nie, może się z kimś zamie­nić lub do kogoś się dosiąść. Tak się dawało zawsze urzą­dzić sprawy biu­rowe we wszyst­kich poprzed­nich komen­dach, czyli w Pile i wcze­śniej w Połczy­nie-Zdroju.

Wie­czo­rek wyj­rzał zza moni­tora i uśmiech­nął się krzywo. Miał jakieś trzy­dzie­ści lat, okrą­głą twarz i lekko łysie­jące czoło. Nie był typem spor­towca, raczej kor­po­ra­cyj­nego nerda, który odży­wia się ham­bur­ge­rami i popija je colą. Może to stąd nie­zdrowe worki pod oczyma? Spo­glą­da­jąc na nowego kolegę, Fra­nek rozu­miał, skąd wzięła się ta jego trudno skry­wana nie­chęć do obcych. Facet sie­dział w kom­pu­te­rach i nie lubił wycho­dzić na zewnątrz, więc biurko i cały ten nie­wielki pokój na ostat­nim pię­trze trak­to­wał jak pies swoje obsi­kane z każ­dej strony podwórko. Kto wie, czy rze­czy­wi­ście nie nalał tu na ściany, żeby zazna­czyć swój teren? Choć tak naprawdę nie musiał, bo w pokoju śmier­działo papie­ro­sami i brud­nymi naczy­niami z zaschnię­tymi reszt­kami jedze­nia i fusami po her­ba­cie.

- Róż­nie się pra­cuje. Raz jest mniej, raz wię­cej roboty. Ja na ten przy­kład mam teraz na roz­kła­dzie osiem spraw.

- O, to sporo - zdzi­wił się Fra­nek, który ni­gdy nie zaj­mo­wał się jed­no­cze­śnie wię­cej niż dwoma śledz­twami.

W Pile nie było wiele pracy. Mia­steczko spo­kojne i przez ten spo­kój aż nudne. Zabój­stwa, jeśli w ogóle się zda­rzały, były tak banalne i prze­wi­dy­walne, że sprawcę typo­wano i łapano już w ciągu pierw­szych godzin śledz­twa. Bo naj­czę­ściej zabi­jało się tam pod­czas domo­wych awan­tur albo przy kole­żeń­skim piciu wódki butelką, młot­kiem albo nożem, czyli tym, co wpa­dło w ręce. Ale tu, w War­sza­wie, widać było od razu, że skala jest o wiele więk­sza niż tam, skąd przy­je­chał. Tu jest praw­dziwe życie i praw­dziwe sprawy kry­mi­nalne.

- Czyli co na przy­kład?

- Stary, same mor­der­stwa.

- Żar­tu­jesz? Osiem sztuk?

- No prze­cież tu jest sto­lica. Wszystko w więk­szej skali. Na przy­kład spraw­dzam teraz zezna­nia sąsia­dów nie­ja­kiego Fabi­siaka, któ­rego zna­leźli z roz­trza­skaną głową we wła­snym miesz­ka­niu. I do tego w zamknię­tym miesz­ka­niu. Facet nie miał rodziny ani wielu zna­jo­mych i w sumie był nie­szko­dli­wym pijacz­kiem. A tu, pro­szę, ktoś miał do niego tyle zło­ści, że pozba­wił go życia.

- Cie­kawe... - rzu­cił nie­opatrz­nie Fra­nek, a Wie­czo­rek chy­trze się uśmiech­nął.

- Stary mówił, że jak się już urzą­dzisz, to mam cię w coś wpro­wa­dzić, więc jak­byś chciał, to mogę ci dać papiery tego Fabi­siaka, żebyś sobie pogrze­bał. Mam wszyst­kie zezna­nia sąsia­dów, doku­men­ta­cję miej­sca, wszystko, co trzeba. Więc jak chcesz, możesz tro­chę powę­szyć.

Fra­nek wzru­szył ramio­nami. W sumie nie miał nic cie­kaw­szego do roboty. Mógł co prawda powie­dzieć, że skoro jest pierw­szy dzień w pracy, to musi zała­twić te wszyst­kie pier­doły zwią­zane z pobra­niem jakichś sprzę­tów, lampki na biurko, kom­pu­tera i tego wszyst­kiego, co potrzebne do pracy każ­demu poli­cjan­towi. Ale cie­ka­wość zwy­cię­żyła.

- No dobra, rzucę okiem. Mogę poczy­tać.

Wie­czo­rek uśmiech­nął się, uka­zu­jąc dwa rzędy nie­rów­nych i pożół­kłych od niko­tyny zębów. Naj­wy­raź­niej zado­wo­lony, poło­żył kilka teczek na biurko kolegi. Fra­nek wziął pierw­szą z wierz­chu, otwo­rzył ją i zaczął czy­tać.

Godzinę póź­niej do pokoju wszedł Mar­czak. Na jego widok Kacz­ma­rek pode­rwał się znad papie­rów i sta­nął wypro­sto­wany, bo mimo że był sta­rym wyja­da­czem, trzy­dzie­sto­let­nim prze­cież gli­nia­rzem, wie­dział dobrze, że prze­ło­żo­nym powinno się oka­zy­wać sza­cu­nek. Wie­czo­rek nie ruszył się z miej­sca. Widać był w zaży­łych sto­sun­kach z pod­in­spek­to­rem Dawi­dem Mar­czakiem, wiel­kim jak kłoda drewna poli­cjan­tem z ogo­loną nie­mal na łyso głową. Nowy szef Franka nie wyglą­dał na inte­lek­tu­ali­stę. Gdyby go posta­wić na bramce w noc­nym lokalu, wpa­so­wałby się w tech­no­at­mos­ferę bez naj­mniej­szych pro­ble­mów. Poza tym jego zacho­wa­nie też było odpo­wied­nie dla takiego przy­bytku.

- No co jest, misiaczki, już dali­ście sobie buzi? - zapy­tał od drzwi, zado­wo­lony z wła­snego żartu.

- Tylko buzi, dupci po robo­cie! - Wie­czo­rek od razu wstrze­lił się w rubaszny nastrój prze­ło­żo­nego.

Fra­nek powi­nien coś odpo­wie­dzieć, ale nie bar­dzo wie­dział co. Bo i cóż można odrzec nie­zna­jo­memu face­towi, który na wej­ściu rzuca homo­fo­bicz­nym tek­stem, zwa­żyw­szy, że ten facet jest nowym sze­fem?

- Nowy jesz­cze nikomu nie zro­bił loda. Ale się stara! Ha, ha, ha! - zare­cho­tał kolega. - Żeby się nie nudził, dałem mu do roz­k­mi­nie­nia sprawę tego Fabi­siaka ze Sta­lo­wej na Pra­dze.

- No i co? Jak ci się podoba roz­trza­skany łeb pana Fabi­siaka?

- Łeb jak łeb. Nie był zbyt twardy, skoro dał się zała­twić czte­rema cio­sami młotka.

- Nie jest jesz­cze pewne, że młotka, he, he, he! - wtrą­cił się Wie­czo­rek. - Mło­tek jak na razie został zabez­pie­czony razem ze śru­bo­krę­tami i innymi pier­do­łami ze skrzynki narzę­dzio­wej. Żad­nych bio­lo­gicz­nych śla­dów na nim nie było. Czy­sty jak łza.

- Tak, tylko to odbar­wie­nie powy­żej trzonka. Taki jaśniej­szy obszar na posta­rza­łej drew­nia­nej rączce młotka. - Fra­nek wska­zał na zdję­cie.

- Co za odbar­wie­nie? - zain­te­re­so­wał się Mar­czak.

- Niech pan spoj­rzy.

- No rze­czy­wi­ście. Ale co to niby zna­czy?

- To jest ślad po wygo­to­wa­niu. Ktoś zadał sobie nieco trudu, żeby wło­żyć mło­tek do wody, do garnka z wrząt­kiem, i pogo­to­wać pół godziny albo i dłu­żej, tak żeby wszystko, co moż­liwe, z niego znik­nęło. Pół godziny zazwy­czaj wystar­czy, żeby zeszły wszyst­kie ślady bio­lo­giczne, a z rączki wie­lo­letni osad. I w ten oto spo­sób mamy wyja­ło­wiony mło­tek, który zgod­nie z suge­stiami ana­to­mo­pa­to­loga mógł być narzę­dziem zbrodni. Tak napi­sano w pro­to­kole z oglę­dzin lekar­skich...

- Zaraz, ale prze­cież ten mło­tek był w skrzynce narzę­dzio­wej zabi­tego. - Wie­czo­rek cały czas się uśmie­chał, ale coraz mniej pew­nie.

- Wła­śnie nie. - Teraz uśmiech­nął się Fra­nek. - To mło­tek, który zabez­pie­czył sier­żant... - Spoj­rzał do akt - ...sier­żant Malicki, w narzę­dziach sąsiada z naprze­ciwka. To on lubi goto­wać młotki.

- Kurwa - jęk­nął Mar­czak. - Pier­do­lony roz­wią­zał sprawę. - Spoj­rzał na Wie­czorka, któ­remu uśmiech natych­miast znik­nął z twa­rzy. - Mamy jeba­nego podej­rza­nego.

Godzina 12.30

Bab­cia Matylda nie jest moją praw­dziwą bab­cią. Nie jest nawet moją krewną. Ale od zawsze mówi­łem do niej "bab­ciu". Od zawsze, to zna­czy od kilku lat, odkąd przy­je­cha­łem do War­szawy na stu­dia. Gdy je roz­po­czy­na­łem, nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, gdzie będę miesz­kał. Dla­tego jesz­cze w cza­sie waka­cji zaczą­łem prze­glą­dać ogło­sze­nia w necie. I tak tra­fi­łem na Matyldę, eme­ry­to­waną mili­cjantkę i wdowę po gene­rale mili­cji, miesz­ka­jącą w kamie­nicy na Nowym Świe­cie. To było chyba prze­zna­cze­nie, bo gdy do niej przy­je­cha­łem, doga­da­li­śmy się w pięć minut.

- Pła­cisz pięć­set zło­tych mie­sięcz­nie, ale waru­nek jest taki: możesz palić w domu, możesz pić, lecz tylko dobrą whi­sky, żebym nie czuła zapa­chu jakichś tanich alko­holi, bo ich nie zno­szę. Ja już palić za bar­dzo nie mogę, a i pić też nie­ko­niecz­nie, jed­nak od czasu do czasu szkla­neczkę to ow­szem. Więc zapach dobrego tyto­niu i łyska­cza jak naj­bar­dziej mi kon­we­niują. Do tego docho­dzi jesz­cze odku­rza­nie i wyno­sze­nie śmieci. No i co, odpo­wia­dają ci warunki? - zapy­tała wtedy, tak­su­jąc mnie uważ­nym spoj­rze­niem.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Pali­łem papie­rosy i - jak każdy począt­ku­jący stu­dent - piłem naj­tań­sze piwo z Lidla. No ale skoro zaczy­nało się świa­towe życie, może warto było przejść na bar­dziej wyra­fi­no­wane trunki?

- Zała­twione, pro­szę pani - powie­dzia­łem grzecz­nie, a ona zaraz pokrę­ciła głową.

- Bab­ciu. Mów mi "bab­ciu". - Uśmiech­nęła się, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona.

Gdy jakiś czas póź­niej, chyba po kilku mie­sią­cach miesz­ka­nia w jej apar­ta­men­cie, zapy­ta­łem, dla­czego to mnie wybrała spo­śród kil­ku­dzie­się­ciu chęt­nych, stwier­dziła, że nie ma zie­lo­nego poję­cia.

- Coś mi powie­działo, że muszę cię przy­gar­nąć, i tyle - pod­su­mo­wała moje roz­wa­ża­nia. - Może jakiś święty duch mi szep­nął do ucha.

- Prze­cież bab­cia nie jest wie­rząca - zdzi­wi­łem się.

- Oczy­wi­ście, że nie jestem. Ale duch święty to inna sprawa, co nie ma nic wspól­nego z Kościo­łem, który wysysa z naszego głu­piego ludu ostatni grosz, obie­cu­jąc wieczne zba­wie­nie w zamian za coty­go­dniową tacę. Czy ty rozu­miesz, że to jest naj­więk­sze oszu­stwo w dzie­jach ludz­ko­ści? Oszu­kują ludzi, sprze­da­jąc im ułudę wiecz­nego szczę­ścia w innym świe­cie. Oni są jak akwi­zy­to­rzy ubez­pie­czeń, któ­rzy każą ci pła­cić przez całe życie, a wypłatę odszko­do­wa­nia obie­cują po śmierci. Pła­cił­byś takiemu gościowi z PZU, gdyby w umo­wie było napi­sane: "wypłata na tam­tym świe­cie"? W życiu byś mu nie dał ani gro­sza. A Kościo­łowi dajesz, mimo że jego świata wiecz­nej szczę­śli­wo­ści nikt ni­gdy nie widział i nie zoba­czy.

- Dla­czego nie zoba­czy?

- Bo po śmierci raczej się nie żyje i nic do czło­wieka nie dociera.

- A dusza? - Jakoś nie chcia­łem dać się prze­ko­nać.

- Dusza to twój umysł. Umiera wraz z czło­wie­kiem. A ludzie chcie­liby żyć wiecz­nie, dla­tego śmierć nie wydaje się nikomu racjo­nalna. Tyle myśli, tyle wie­dzy, tyle doświad­czeń mia­łoby ot tak, nagle wypa­ro­wać i obró­cić się w nicość? Prze­cież to byłaby kolo­salna strata. Stąd wzięło się non omnis moriar.

- Czyli że co?

- No tak, teraz nie uczą w szko­łach łaciny. - Pokrę­ciła głową z dez­apro­batą. - To zna­czy "nie wszy­stek umrę", czyli coś po mnie zosta­nie. Rzy­mia­nie jed­nak nie myśleli o duszy, która będzie błą­kać się po polach eli­zej­skich...

- W Paryżu? - dopo­wie­dzia­łem, a ona mach­nęła ręką.

- W jakim Paryżu? Eli­zjum to pod­ziemna kra­ina wiecz­nego szczę­ścia, łąki, po któ­rych błą­kają się szczę­śliwe dusze. Ale gdy sta­ro­żytni mówili, że coś po nich zosta­nie, cho­dziło im raczej o to, co po czło­wieku zostaje w kra­inie żywych, a więc pamięć wiel­kich czy­nów, budowle czy dzieła sztuki.

Lubi­łem z bab­cią roz­ma­wiać o wszyst­kim. To była praw­dziwa eru­dytka, która prze­czy­tała w swoim życiu wię­cej ksią­żek, niż zawie­rają wszyst­kie domowe biblio­teczki w moim rodzin­nym bloku w Pozna­niu na Rata­jach. Znała się na sztuce, filo­zo­fii, a nawet na nauce Kościoła, choć tę ostat­nią stu­dio­wała chyba tylko po to, żeby wyła­py­wać nie­ści­sło­ści i prze­ina­cze­nia.

Teraz nie miesz­ka­łem już u niej, ale na­dal mie­li­śmy dobry, stały kon­takt. Gdy byłem w pobliżu, sta­ra­łem się do niej zacho­dzić nawet bez powodu. Na wszelki wypa­dek, żeby spraw­dzić, jak się czuje albo czy cze­goś jej nie potrzeba.

Dziś mia­łem być w redak­cji dopiero na czter­na­stą, bo tak umó­wi­łem się z wydawcą mojego pro­gramu, więc posta­no­wi­łem zaje­chać na Nowy Świat. Otwo­rzy­łem drzwi klu­czem i wsze­dłem do środka. W głębi miesz­ka­nia grało radio. Bab­cia słu­chała rocka, więc po ostrych tak­tach Ram­m­stein domy­śli­łem się, że ma włą­czone Anty­ra­dio.

- Dzień dobry! - zawo­ła­łem od progu.

Nie uży­wa­łem dzwonka i wcho­dzi­łem jak do sie­bie. Bab­cia zaka­zała mi dzwo­nić. Tłu­ma­czyła, że dzwo­nią tylko obcy, sprze­dawcy uszcze­lek do okien, oszu­ku­jący metodą "na wnuczka" i facet, który zbiera suchy chleb dla konia. Tyle że tego ostat­niego nie było już od lat. "Ty jesteś domow­nik, więc wchodź jak do sie­bie i nie zawra­caj mi głowy dzwon­kiem, bo nie mam zamiaru się dla cie­bie ubie­rać i malo­wać" - tłu­ma­czyła mi, choć ni­gdy się nie malo­wała.

- Bab­ciu, to ja, Mar­cin!

- Idź do kuchni, zaraz przyjdę! - zawo­łała z głębi miesz­ka­nia.

Jak na stan­dardy cen­trum mia­sta, było ono wiel­kie. Miało pra­wie sto metrów i skła­dało się z pię­ciu pokoi z kuch­nią i obszerną łazienką. Znaj­do­wało się w samym środku War­szawy, w pię­tro­wej kamie­nicy, która została odbu­do­wana nie­mal od pod­staw po woj­nie. Przy­działy dosta­wali wów­czas ludzie bli­sko zwią­zani z wła­dzą, tacy jak babci mąż Gustaw, który był waż­nym funk­cjo­na­riu­szem Mili­cji Oby­wa­tel­skiej. Dosłu­żył się stop­nia gene­rała. To wła­śnie w Pałacu Mostow­skich Matylda, młoda, dobrze zapo­wia­da­jąca się mili­cjantka, poznała swo­jego Gucia, gdy ten był jesz­cze kapi­ta­nem. Zaraz po ślu­bie prze­pro­wa­dzili się na Nowy Świat do miesz­ka­nia służ­bo­wego, które po latach udało się babci wyku­pić na wła­sność. Miesz­kała tu sama, bo ich jedyny syn wyje­chał z War­szawy w latach osiem­dzie­sią­tych i zamiesz­kał gdzieś w pół­noc­nej Pol­sce.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Było już po wpół do pierw­szej, więc się tro­chę zdzi­wi­łem, bo bab­cia ni­gdy nie spała dłu­żej niż do siód­mej. Gdy miesz­ka­łem u niej, to jej wcze­sne wsta­wa­nie czę­sto rato­wało mi skórę. Rano, nie sły­sząc z mojego pokoju jakich­kol­wiek oznak życia, waliła w drzwi pię­ścią z grzecz­nym pyta­niem, czy aby na pewno nie mam dziś zajęć. Wtedy zry­wa­łem się z łóżka i na wpół roz­bu­dzony ubie­ra­łem się i myłem jed­no­cze­śnie, a ona zado­wo­lona parzyła mi her­batę. Więc ni­gdy nie sypiała do połu­dnia, dla­tego zdzi­wi­łem się, że o tej porze jesz­cze jest w sypialni.

Usia­dłem przy stole, spo­dzie­wa­jąc się, że lada chwila wej­dzie tu w swoim zno­szo­nym czer­wo­nym szla­froku. Weszła, ale ubrana jak na tre­ning, w zie­lony dres pocho­dzący, jak mi kie­dyś wytłu­ma­czyła, jesz­cze ze sta­rych zapa­sów maga­zy­no­wych Komendy Głów­nej.

- Idziesz bie­gać? - zapy­ta­łem, uśmie­cha­jąc się na jej widok.

Trzeba przy­znać, że jak na sie­dem­dzie­się­cio­latkę trzy­mała się bar­dzo dobrze, a figurę miała naprawdę cał­kiem nie­złą. Twier­dziła, że to nie przez sport, który upra­wia tylko bier­nie, oglą­da­jąc skoki nar­ciar­skie i mecze repre­zen­ta­cji w piłce noż­nej, ale przez papie­rosy i łyska­cze, które popija od czasu do czasu dla lep­szego krą­że­nia.

- Mam bie­gać? Czy ty chcesz, mój drogi, żebym dostała zawału? Bie­ga­nie jest bar­dzo nie­bez­pieczne. Czy wiesz, że twórca i pro­pa­ga­tor jog­gingu James Ful­ler Fixx zmarł na atak serca po codzien­nym tre­ningu? A ile jest wypad­ków na uli­cach, kiedy bie­ga­cze wpa­dają pod roz­pę­dzone auta?

Przy­su­nęła sobie popiel­niczkę, w któ­rej leżała paczka marl­boro. Wycią­gnęła papie­rosa i zapa­liła, zacią­ga­jąc się z praw­dziwą przy­jem­no­ścią.

- Robię porządki w twoim pokoju.

- O, wresz­cie zde­cy­do­wa­łaś się go wyna­jąć? Bar­dzo dobrze. Już dawno mówi­łem, że powin­naś mieć kogoś, kto by tu z tobą miesz­kał.

Od czasu, gdy kupi­łem miesz­ka­nie w apar­ta­men­towcu na Woli, w pobliżu Muzeum Kolej­nic­twa, Matylda nie miała żad­nego loka­tora. Dobrze wie­dzia­łem, że potrze­buje towa­rzy­stwa i kogoś, z kim mogłaby poga­dać, bo taką rolę, codzien­nego roz­mówcy, sam odgry­wa­łem przez pięć lat stu­diów i potem jesz­cze trzy kolejne, gdy zaczą­łem pracę w tele­wi­zji. Bab­cia musiała dzie­lić się z kimś swo­imi prze­my­śle­niami, dla­tego gdy przy­cho­dzi­łem do niej, mia­łem wra­że­nie, że wszyst­kie kwe­stie, które ją nur­to­wały, wyrzu­cała z sie­bie zaraz po tym, gdy sia­da­łem przy stole.

- Nie. Prze­cież nikogo takiego jak ty bym nie zna­la­zła. Nawet nie chciało mi się szu­kać. Wyobra­żasz sobie, że mogła­bym otwar­cie mówić z jakąś obcą osobą o kwe­stiach wiary? - Bab­cia była nie­wie­rząca, ale reli­gia i Kościół sta­no­wiły jej ulu­biony temat do roz­wa­żań. I wcale nie snuła dywa­ga­cji opar­tych na jakichś popu­lar­nych teo­riach spi­sko­wych. Matylda inte­re­so­wała się histo­rią, a jej argu­menty były zawsze pod­bu­do­wane rze­telną wie­dzą. Jed­nak teraz nie miała ochoty na roz­wa­ża­nia natury sakral­nej. - Zamieszka u mnie mój wnuk.

- O, to świet­nie. - Ucie­szy­łem się.

Pozna­łem Franka, bo czę­sto odwie­dzał bab­cię, w prze­ci­wień­stwie do jego ojca, któ­rego ni­gdy nie widzia­łem na oczy. Matylda nie mówiła o tym wprost, ale wyglą­dało to tak, jakby kie­dyś w prze­szło­ści o coś się posprze­czali i do teraz nie mogli sobie daro­wać wza­jem­nych win. Ale na szczę­ście Fra­nek był łącz­ni­kiem mię­dzy nimi.

- Będzie pra­co­wał w Pałacu Mostow­skich.

- Naprawdę się cie­szę. To zna­czy, że jest dobrym gli­nia­rzem, skoro dostał prze­nie­sie­nie z Piły. - Przy­po­mnia­łem sobie, że przez ostat­nie lata szli­fo­wał bruk na pro­win­cji.

- Jest dobry w swoim fachu i bar­dzo inte­li­gentny. Ma to po mnie. - Uśmiech­nęła się zado­wo­lona. - Chciał przejść do komendy miej­skiej, do docho­dze­niowo-śled­czego. Poda­nie wpa­dło do kadro­wego kibla i pew­nie by tam zostało na wieki, ale na szczę­ście pewien mój wycho­wa­nek natra­fił na nazwi­sko Kacz­ma­rek, spraw­dził imię ojca i zadzwo­nił do mnie.

- Żeby się upew­nić, czy to rodzina? - zapy­ta­łem pro forma, choć odpo­wiedź mogła być tylko jedna.

- No oczy­wi­ście. A po cóż by innego? Zapy­tał mnie, czy ma go prze­nieść na Żoli­borz, czy do jakiejś innej dziel­nicy, a może od razu do Pałacu Mostow­skich. A wiesz, że ja nie lubię pół­środ­ków. No i oto jest na miej­scu. Przy­je­chał dziś rano, zosta­wił walizkę i pole­ciał do pracy. Swoją drogą cie­kawe, jak mu się spodoba w nowym miej­scu.

- Czy wie, że byłaś spi­ri­tus movens jego prze­nie­sie­nia?

- Broń Boże! - zarze­kła się zde­kla­ro­wana ate­istka. - I niech cię ręka boska broni, żebyś mu coś na ten temat powie­dział.

Piła Godzina 13.10

- To nie jest zwy­czajny pro­jekt. Może się to pań­stwu wyda­wać tro­chę nie­re­alne na samym początku, ale jeśli przyj­rzy­cie się dokład­niej, zoba­czy­cie, jaki to wszystko ma głę­boki sens. Roma­nie, pro­szę zasło­nić rolety. A pań­stwa pro­szę o uwagę i sku­pie­nie. Nasz film wpro­wa­dzi was w szcze­góły.

Rolety na czte­rech podłuż­nych oknach zaczęły powoli zjeż­dżać w dół i jed­no­cze­śnie z gło­śni­ków popły­nęła muzyka relak­sa­cyjna, czyli plum­ka­jąca, pogwiz­du­jąca i snu­jąca się jak wstęp do filmu przy­rod­ni­czego. Zado­wo­lony pre­le­gent, ubrany w czarny gar­ni­tur i białą koszulę ze stójką przy­po­mi­na­jącą nieco kolo­ratkę, otwo­rzył butelkę z wodą mine­ralną, napeł­nił szklankę do połowy, a potem wypił do dna. Bul­go­ta­nie w gar­dle dało się sły­szeć w całej sali, bo muzyka nie była gło­śna. Na razie miała tylko wpro­wa­dzić w nastrój tych, któ­rzy przy­szli na pokaz. Było tam jakieś dwa­dzie­ścia par star­szych osób, do któ­rych uśmiech­nął się los.

Tak przy­naj­mniej twier­dziła kobieta o cie­płym gło­sie, która zadzwo­niła do nich kilka dni temu.

- Ma pani nie­zwy­kłe szczę­ście, że udało mi się do pani dodzwo­nić - powie­działa na samym początku, gdy Maryla Owczar­kowa ode­brała połą­cze­nie z nie­zna­nego numeru.

Córka co chwilę jej przy­po­mi­nała, że ma nie odbie­rać tele­fo­nów od osób, któ­rych nie zna, bo wszę­dzie roi się od oszu­stów, ale ona prze­cież nie była głu­pia i wie­działa, że jeśli zadzwo­niłby do niej ktoś, kto popro­siłby ją o pie­nią­dze, to w życiu by nie dała mu ani gro­sza. Więc odbie­rała te połą­cze­nia po to, żeby poroz­ma­wiać z żywym czło­wie­kiem, bo ile można oglą­dać tele­wi­zję albo gadać z mężem, który ni­gdy nie był zbyt roz­mowny i wylewny.

- Że niby czemu mam szczę­ście?

- Zaraz pani to wszystko powiem, ale naj­pierw muszę zadać pani kilka pytań, żeby wie­dzieć, czy dodzwo­ni­łam się do odpo­wied­niej i god­nej osoby.

- Jak to do god­nej? Prze­cież ja...

- Pro­szę spo­koj­nie posłu­chać i odpo­wie­dzieć zgod­nie z pani naj­głęb­szymi prze­ko­na­niami i zasa­dami reli­gii, którą pani wyznaje.

- Rzym­sko­ka­to­licką.

- Słu­cham?

- No, reli­gia rzym­sko­ka­to­licka. A jaka ma być? Prze­cież nie żydow­ska czy ta, no, arab­ska.

- No tak, to oczy­wi­ste, że nie arab­ska, bo prze­cież jeste­śmy w Pol­sce. Ale przejdźmy do pytań.

- Przejdźmy.

- Czy wie­rzy pani w Boga w Trójcy Świę­tej Jedy­nego?

- Wie­rzę.

- A w Jezusa Chry­stusa, Syna Jego Jed­no­ro­dzo­nego?

- Wie­rzę.

- Świę­tych obco­wa­nie?

- Wie­rzę.

- Żywot wieczny?

- Ament. Ale tam jesz­cze było... - Owczar­kowa chciała powie­dzieć, że w tym wyzna­niu wiary bra­ko­wało kilku punk­tów, ale kobiety, która była z dru­giej strony, już to naj­wy­raź­niej nie inte­re­so­wało.

- Widzę, że pani jest dobrze zorien­to­wana i przede wszyst­kim głę­boko wie­rząca. A to ozna­cza, że może pani teraz poroz­ma­wiać z ojcem Syl­we­strem.

- Z kim niby?

- Ojciec Syl­we­ster to nasz pasterz. On pani wszystko opo­wie.

- Ale ja bym chciała wie­dzieć, że niby co w tym jest, że...

- Ma pani wiel­kie szczę­ście - ode­zwał się cie­pły męski głos.

- Co?

- Ale to szczę­ście mamy rów­nież my, bo cię odna­leź­li­śmy, córko, w tym ludz­kim mro­wi­sku. Wśród tylu owie­czek natra­fić na tak piękną duszę to praw­dziwe szczę­ście...

- Ale ja, no, że...

- Ludzie prze­cho­dzą przez życie, wal­czą z prze­ciw­no­ściami losu, prze­ży­wają tro­ski, kło­poty, a nie­rzadko i dra­maty - cią­gnął Syl­we­ster głę­bo­kim, peł­nym natchnie­nia gło­sem. - Szczę­śliwi będą ci, któ­rzy ufają Panu, bo wie­dzą, że on ni­gdy nie zawo­dzi i nawet jeśli nie wysłu­chuje naszych modlitw tak, jak byśmy chcieli, to zawsze pra­gnie naszego dobra i wie, co jest dla nas naj­lep­sze. Mając moc w Bogu, pokła­da­jąc w nim nadzieję, wiemy, że nie jeste­śmy pozo­sta­wieni sami sobie, bo Bóg nas wspo­maga. Ale jeśli zamiesz­kamy w domu Boga, będziemy bli­sko niego i osią­gniemy stan wiecz­nego szczę­ścia. A to ozna­cza, że będziemy żyć wiecz­nie tuż obok Stwórcy i cie­szyć się wiecz­nym szczę­ściem obco­wa­nia z nim i jego cią­głym wido­kiem. A w miej­scu tym nikt nie będzie musiał się mar­twić o pokarm, bo tego tam zawsze jest pod dostat­kiem, nikomu nie będzie tam zimno, bo przy Panu wszyst­kim jest zawsze cie­pło, i nikt nie będzie tam nie­szczę­śliwy, bo nie ma tam sta­ro­ści, cho­rób i kalec­twa. Taki jest wła­śnie dom Pań­ski dla tych, któ­rzy uwie­rzyli i zechcą prze­żyć w Panu całą wiecz­ność. Ten dom jest otwarty dla cie­bie.

Owczar­kowa zanie­mó­wiła z wra­że­nia. Nikt jej ni­gdy jesz­cze nie powie­dział, że drzwi domu Pań­skiego są przed nią otwarte. Ksiądz mówił zawsze, że trzeba sobie na to zasłu­żyć, cho­dząc do kościoła i dając na tacę, a ten tu Syl­we­ster wcale o tacę się nie pytał, tylko powie­dział, że to oni mają szczę­ście, czyli ten Kościół, że się mógł dodzwo­nić do Owczar­ko­wej.

- Pro­szę księ­dza, a do kościoła to do któ­rego trzeba iść, żeby się z księ­dzem spo­tkać, bo ja bym przy­szła na mszę zoba­czyć, jak ksiądz odpra­wia. Bo to nie w naszym kościele chyba...

- Halo, bar­dzo dzię­kuję, że wysłu­chała pani ojca Syl­we­stra - ode­zwała się ta sama kobieta, co na początku.

- A gdzie jest ojciec Syl­we­ster?

- Musiał ode­brać następny tele­fon. Wie pani, to bar­dzo zabie­gany czło­wiek. Ale jest taki święty, że z każ­dym chce choć chwilę poga­dać, żeby samemu spraw­dzić.

- Co niby spraw­dzić?

- Czy się ktoś nadaje.

- Gdzie się nadaje? Ja się nadaję.

- Oczy­wi­ście. Prze­cież wła­śnie dla­tego do pani zadzwo­ni­li­śmy, bo wiemy, że się pani nadaje. I dla­tego chcia­łam panią zapro­sić wraz z mężem na nasze spo­tka­nie, które odbę­dzie się już w przy­szłym tygo­dniu.

- W kościele?

- Nie, spo­ty­kamy się w salce mul­ti­me­dial­nej naszego Domu Modli­twy i Wiary, żeby wszyst­kim wybra­nym zapre­zen­to­wać...

- Garnki albo amłeja? - weszła jej w słowo nagle nie­ufna Owczar­kowa.

- Nie, droga pani. Ojciec Syl­we­ster niczego nie sprze­daje. Ojciec Syl­we­ster oddaje ludziom swoją miłość i wska­zuje ścieżkę do domu Pana. Sama pani zoba­czy.

I Owczar­kowa zoba­czyła te wszyst­kie cuda na wła­sne oczy. Ojciec Syl­we­ster sie­dział przy sto­liku z boku i uśmie­chał się miło do wszyst­kich zebra­nych w sali, któ­rzy wpa­try­wali się w ekran. Poja­wiały się na nim piękne wio­senne łąki, po któ­rych stą­pali rado­śni ludzie w bia­łych, powłó­czy­stych sza­tach, trzy­ma­jąc się za ręce. Naj­pierw było ich nie­wielu, ale póź­niej, z każdą chwilą, tłum gęst­niał. Byli tam biali, kolo­rowi, mali i duzi, starsi i młodsi, ale wszy­scy krzepcy, bez śla­dów po prze­by­tych cho­ro­bach. Szli przed sie­bie, zmie­rza­jąc pew­nym kro­kiem po zie­lo­nej tra­wie w kie­runku świa­tło­ści, która wyzna­czała im drogę, a kiedy byli już bli­sko, gdy widać było, że dotarli do celu, zaczęli przy­sta­wać i poka­zy­wać sobie pal­cami coś, co było przed nimi. I nagle roz­brzmiały trąby aniel­skie, chór włą­czył się w melo­dię, a wszy­scy na widowni poczuli, że zaraz zoba­czą coś, czego jesz­cze ni­gdy nie widzieli, ale na co zawsze cze­kali... I nie pomy­lili się, bo ich oczom uka­zał się widok rów­nych rzę­dów pięk­nych, bia­łych domów przy­kry­tych czer­woną dachówką, wto­pio­nych w prze­cudną, puszy­stą zie­leń. Naraz ode­zwał się znów cie­pły głos ojca Syl­we­stra, ale tym razem docho­dził z ekranu, wprost z magicz­nego miej­sca, które widać było na tym pięk­nym fil­mie.

"Chcesz zna­leźć spo­kój i ciszę? Chcesz z tego zwa­rio­wa­nego świata tra­fić do wyma­rzo­nego miej­sca, w któ­rym oto­czą cię życz­li­wość, miłość i cie­pło pły­nące wprost z serca? Każdy ma prawo do zasłu­żo­nego odpo­czynku po cięż­kiej pracy. Każdy po tru­dach życia ma prawo do odpo­czynku w domu Pana. Jego drzwi stoją przed tobą otwo­rem. Czy tam tra­fisz, zależy już tylko od cie­bie. Bo to miej­sce tobie wła­śnie się należy, gdyż nasz Pan wybrał wła­śnie cie­bie. Ty rów­nież możesz mieć to wszystko na wycią­gnię­cie ręki. Nie­biań­skie Osie­dle czeka na cie­bie...".

Film się skoń­czył, a kil­ka­dzie­siąt osób zebra­nych w sali na­dal patrzyło przed sie­bie, jakby trwało w zbio­ro­wej hip­no­zie. Na śro­dek wyszedł ojciec Syl­we­ster, uśmiech­nięty i try­ska­jący ener­gią. Wska­zał na ekran, a potem teatral­nym, wystu­dio­wa­nym gestem prze­su­nął palec w kie­runku widowni, by zaraz roz­po­strzeć wszyst­kie palce, obra­ca­jąc dłoń spodem ku górze.

- To dla was pali się świa­tło Pań­skie. Zosta­li­ście wybrani, by podą­żyć ścieżką Pana z tymi wszyst­kimi, któ­rzy będą tam szli z chę­cią i rado­ścią. Bo Pan nasz was uko­chał i dla­tego popro­wa­dzi was za sobą już nie na nie­biań­skie łąki, ale wprost do swo­jego domu.

Naraz sie­dzący w dru­gim rzę­dzie męż­czy­zna w bor­do­wym swe­terku i zie­lo­nej koszuli pod­niósł rękę, tak jak to czy­nią dzieci zgła­sza­jące się w szkole.

- Tak, bra­cie, pytaj, jeśli chcesz wie­dzieć wię­cej. Ja jestem tu po to, by wam słu­żyć i roz­wie­wać wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

- Bo te, zna­czy się... - zaczął nie­pew­nie. - Bo tam, na tym fil­mie, ja widzia­łem, zna­czy się, żeśmy wszy­scy widzieli, nie, że tam byli Murzyni, nie...

- Że co? - Ojciec Syl­we­ster naj­wy­raź­niej nie zro­zu­miał.

- No bo jak my mamy iść do Pana, to chyba nie z Murzy­nami razem, nie? - Męż­czy­zna rozej­rzał się po sali, szu­ka­jąc apro­baty. Nie musiał, bo kilka osób przy­tak­nęło, zga­dza­jąc się z nim cał­ko­wi­cie.

- I żeby nie z Żydami - dopo­wie­działa kobieta spod okna.

- Racja, bo Żydzi zabili naszego Jezu­ska - poparła ją inna, z pierw­szego rzędu.

Kolejni naj­wy­raź­niej też chcieli coś dodać, ale ojciec Syl­we­ster uśmiech­nął się, uka­zu­jąc dwa rzędy bia­łych zębów. Wycią­gnął obie ręce w przód, jak czło­wiek powstrzy­mu­jący wichurę samą siłą woli.

- Na waszym osie­dlu nie będzie żad­nych Murzy­nów i Żydów. To będzie osie­dle dla praw­dzi­wych Pola­ków.

Po sali roz­szedł się szmer apro­baty. Naro­dowy szmer.

Warszawa Godzina 14.15

Kamila Fry­drych była kon­kretną osobą. W robo­cie, jak przy­stało na dobrą repor­terkę, spraw­dzała każdą infor­ma­cję kilka razy, żeby wyro­bić sobie nale­żyty pogląd na temat sprawy, którą się zaj­mo­wała. Pozna­li­śmy się trzy lata temu, gdy przy­sze­dłem do redak­cji repor­tażu. Ona była tu na prak­ty­kach, a ja mia­łem już ugrun­to­waną pozy­cję, bo przez kilka lat pra­co­wa­łem w tele­wi­zji publicz­nej. Ale gdy ta zaczęła się z dnia na dzień zmie­niać w tubę pro­pa­gan­dową jed­nej par­tii, ucie­kłem, nie zamie­rza­jąc przy­kła­dać ręki do reali­za­cji pla­nów poli­ty­ków przez dzien­ni­ka­rzy uda­ją­cych dzien­ni­ka­rzy. Tra­fi­łem do pry­wat­nej sta­cji i od razu natkną­łem się na Kamilę. Miała dłu­gie, jasne włosy, nie­bie­skie oczy, smu­kłe nogi i szczu­płą syl­wetkę. Taki typ modelki, mie­rzą­cej sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów. W nor­mal­nej sytu­acji może nawet bym się nią zain­te­re­so­wał, ale wtedy aku­rat zaczy­na­łem swój zwią­zek z Dże­siką i nie widzia­łem poza nią świata. Zresztą tak jest do dziś. Więc od samego początku moje rela­cje z Kamą były oparte na zawo­do­wym part­ner­stwie i zaufa­niu, które bie­rze się z wza­jem­nego uzna­nia dla facho­wo­ści. Już po pierw­szej roz­mo­wie wie­dzia­łem, że będą z niej ludzie. Była wyjąt­kowo bystra i bły­ska­wicz­nie koja­rzyła fakty. Naj­czę­ściej, a prze­ko­na­łem się o tym wiele razy, jej oceny sytu­acji były nie­zwy­kle pre­cy­zyjne.

Gdy wsze­dłem do naszego pokoju redak­cyj­nego, sie­działa przy biurku pod oknem, z któ­rego roz­cią­gał się widok na ruchliwe skrzy­żo­wa­nie Wiert­ni­czej i Augu­stówki. Swoje zgrabne, dłu­gie nogi wycią­gnęła przed sie­bie i oparła na bla­cie. Ale nikomu nie dane było podzi­wiać ich nie­zwy­kłego kształtu czy lek­kiej opa­le­ni­zny przy­wie­zio­nej z Tur­cji. Jak zwy­kle opa­ko­wała nogi w asek­su­alne, zie­lone bojówki i buty trek­kin­gowe. Na gło­wie miała woj­skową czapkę z dasz­kiem, a spięte w koń­ski ogon włosy prze­ło­żyła przez otwór z tyłu. Dzięki chu­ście na szyi i ramio­nach spra­wiała wra­że­nie kur­dyj­skiej bojow­niczki, która odpo­czywa po zabi­ciu kilku dżi­ha­dy­stów. Na kola­nach roz­ło­żyła lap­topa, w któ­rego kla­wia­turę zapa­mię­tale ude­rzała. Gdy kątem oka dostrze­gła, że ktoś się zbliża, pod­nio­sła głowę. Uśmiech­nęła się na mój widok, a potem zdjęła słu­chawki.

- Czego słu­chasz? - zapy­ta­łem, choć w zasa­dzie zna­łem odpo­wiedź. Kamila w pracy zawsze słu­chała tego samego, czyli muzyki kla­sycz­nej, która ponoć pozwa­lała jej się lepiej sku­pić na robo­cie.

- Kon­certy skrzyp­cowe Bacha. Prze­słać ci przez What­sAppa? Można się przy tym odprę­żyć.

- Ja się odprę­żam na siłowni.

- Nie o tym mówię. Też cho­dzę na siłow­nię, ale muzyka to coś innego. Ona potrafi czło­wieka prze­nieść w inny wymiar.

- Jak ja się chcę prze­nieść w inny wymiar, to kupuję sobie flaszkę łyska­cza.

- Oba­wiam się, mój drogi, że ist­nieje wyraźna róż­nica pozio­mów inte­lek­tu­al­nych mię­dzy nami. Co tam u Zembi?

Wzru­szy­łem ramio­nami. Co niby mia­łem odpo­wie­dzieć? Że wszystko faj­nie, w porządku i w ogóle zaje­bi­ście...

- Dżesi roz­po­czyna dziś zdję­cia do jakie­goś tele­dy­sku.

- Uca­łuj ją ode mnie. - Uśmiech­nęła się zado­wo­lona, odsła­nia­jąc całe uzę­bie­nie.

Uśmiech był sztuczny i prze­sa­dzony, bo szcze­rze­nie zębów było jego istot­nym ele­men­tem, tak jak wtedy, gdy Dżesi eks­po­no­wała swoje uzę­bie­nie pod­czas tam­tej słyn­nej reklamy. "Użyj pasty Zembi­xwhite, a twój uśmiech będzie olśnie­wa­jący", prze­ko­ny­wała z ekranu tele­wi­zora moja dziew­czyna. Ja patrzy­łem na nią jak w obra­zek, a Kama stwier­dziła wów­czas, że szcze­rzy zęby jak zom­bie i od teraz powi­nie­nem mówić na nią Zembi.

Zupeł­nie tego nie rozu­miem, ale obie naj­bliż­sze mi dziew­czyny nie prze­pa­dały za sobą od pierw­szego wej­rze­nia, i to do tego stop­nia, że pod­czas wspól­nych imprez trzeba je było sadzać na prze­ciw­le­głych koń­cach stołu. Ja w każ­dym razie nie widzia­łem żad­nego powodu, dla któ­rego nie mogłyby się doga­dać. Ale może tak jest z face­tami, że nie dostrze­gają tego, co dla kobiet jest sprawą oczy­wi­stą. Dość powie­dzieć, że nie było mię­dzy nimi che­mii, a może odwrot­nie, była tak wielka, że zbli­że­nie gro­ziło wybu­chem.

- Uca­łuję, możesz być pewna - skła­ma­łem, roz­sia­da­jąc się za biur­kiem, które sty­kało się z tym nale­żą­cym do Kamy. - Ale to wła­śnie dzięki niej mam fajny temat. Myślę, że warto by go ruszyć, bo jest w nim coś dziw­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki