Rozdział I
Środa, 16 października 2019 roku
Warszawa
Godzina 9.15
- Podałbyś mi masło orzechowe?
- Co? A, masło... A gdzie jest? - Stałem nad deską do wędlin i ostrym
nożem kroiłem na plasterki aromatyczną wędzoną szynkę.
- No jak gdzie, kotku? Masło orzechowe jest w słoiczku - wyjaśniła
oczywistą oczywistość.
- Domyślam się, że nie w butelce - stwierdziłem, by zyskać na czasie i ukroić jeszcze jeden cienki plasterek. Precyzyjne krojenie wymagało
skupienia.
- Gdyby było w butelce, toby się go nie dało wyciągnąć, bo do butelki
nie da się włożyć noża - wyjaśniła mi, na czym polega problem, i teraz
mogłem się czuć spokojny.
Człowiek jednak całe życie się uczy. Bo czy dotąd ktokolwiek z was
rozważał kwestię wydobywania masła orzechowego z butelki? Na pewno nie.
A ona tak. Moja dziewczyna Dżesika jest chodzącą skarbnicą różnych
nietypowych pomysłów i rozwiązań niemalże racjonalizatorskich. Co
najważniejsze, potrafi wszystko wyjaśnić ze starannością godną
profesorskiego umysłu.
- To masz to masło, hę?
Patrzyłem w otwarte drzwi lodówki i nie mogłem się zdecydować. Słoiczki
stały obok siebie w równym rządku, jednak chyba żaden z nich nie był
słoikiem z masłem orzechowym.
- Kotku, bo jak nie zjem niczego, to będę cały dzień głodna. Wiesz, że
na planie nie dają nam nic do jedzenia. Tylko wody jest pod dostatkiem.
A przecież na samej wodzie nie wyżyję.
- Nie ma masła orzechowego. Musiało się skończyć - powiedziałem w końcu,
definitywnie się poddając.
- Niemożliwe. Wczoraj, gdy jadłam kanapki, w sensie wieczorem, było
jeszcze pół słoika. No chyba że ty zjadłeś? Przyznaj się, łakomczuszku,
hę?
Nie jadam cholernego masła orzechowego. W życiu nie przełknąłbym tej
sraczkowatej mazi, do tego jeszcze rozsmarowanej na obrzydliwie miękkim
chlebie tostowym. Ohydztwo, pomyślałem, bo głośno bym tego nie
powiedział. Dżesika mogłaby się jeszcze obrazić. Nie krytykowałem jej
sposobu odżywiania, a i ona omijała szerokim łukiem temat moich nawyków,
których podstawą były kiełbasy i szynki, najlepiej wędzone w naturalny
sposób. A co, lubię dobrze zjeść.
- Nie, Dżesi, nie jem masła orzechowego.
- Nie wiesz, co tracisz. Z tym delikatnym białym chlebem smakuje bosko.
Odwróciłem głowę, by spojrzeć na pojemnik do chleba. Drewniana skrzynka
stała na parapecie. Podszedłem do niej i podniosłem klapkę. Wewnątrz był
chleb tostowy, a obok stał słoik z tym paskudztwem. Nie było za to
mojego chleba żytniego. Jak zwykle zjadłem go do końca i jak zawsze
zapomniałem, że nie ma już ani grama.
- No proszę, zguba się znalazła.
- Co?
- Twoje masło. Włożyłaś je do chlebaka.
- Niemożliwe, nigdy tam nie wkładam. - Uniosła głowę znad tabletu, w którym właśnie oglądała coś bardzo ciekawego, i pokręciła nią, jakby
chciała powiedzieć, że powinienem się przyznać do błędu, a nie oskarżać
ją, uosobienie niewinności.
Ależ ona jest piękna, pomyślałem, patrząc w jej niesamowicie zielone
oczy. Przecież nie będę się kłócił o głupi słoik. Nie jestem
człowiekiem, który świadomie szuka kłopotów. Więc wolę zamilknąć. Mimo
to sam nie wiem, jak to się dzieje, że co rusz pakuję się w jakieś
historie, z których trudno jest potem się wykaraskać. Dlatego w domu
wolę mieć spokój, ale poza nim...
Tak, to właśnie ja, mistrz świata w kłopotach, Marcin Engel. Mam
trzydzieści lat, mieszkam na stałe w Warszawie, ale pochodzę z Poznania.
Przyjechałem do stolicy na studia i tu zostałem, czyli jestem typowym
"słoikiem". Mam równo sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i ważę
osiemdziesiąt jeden kilo. Jestem więc dobrze zbudowanym blondynem o jasnej karnacji, dlatego gdy tylko znajdę się na słońcu, natychmiast
opalam się na czerwono, a potem schodzi mi skóra. No więc się nie
opalam, w przeciwieństwie do mojej dziewczyny, z którą mieszkam już
prawie trzy lata, choć na razie nie myślimy o małżeństwie ani dzieciach.
Oboje jesteśmy ludźmi, którzy sprawy rodziny odkładają na później, bo
najpierw trzeba się czegoś dorobić. Jeśli nie wielkich pieniędzy, to
chociaż pozycji w branży. Oboje robimy w show-biznesie. Dżesika jest
modelką, pracuje na wybiegu i pokazuje się w reklamach, a ja jestem
dziennikarzem i reporterem telewizyjnym, który od czasu do czasu łapie
reklamowe fuchy, żeby trochę dorobić. To właśnie na planie jakiejś
durnej reklamówki poznałem Dżesi. Grała lekarkę polecającą pastę do
zębów.
"Pasta do zębów Zembixwhite wybieli twoje zęby, które staną się
śnieżnobiałe jak arktyczny śnieg już po miesiącu regularnego stosowania.
Użyj pasty Zembixwhite, a twój uśmiech będzie olśniewający. Jestem
stomatologiem i wiem, co mówię, bo sama używam pasty Zembixwhite
codziennie", mówiła w reklamie, a potem szczerzyła te swoje olśniewająco
białe zęby. Na mnie ten uśmiech zrobił wtedy piorunujące wrażenie. A jej
spodobały się moje bystre niebieskie oczy, tak przynajmniej powiedziała
mi jakiś czas po tym, gdy nasza znajomość przeszła z fazy wieczornych
rozmów przez Messengera do etapu, w którym rozmowy przestają być
potrzebne, bo palce i języki mają już całkowicie inne zastosowanie.
Podałem jej masło orzechowe. Swoją drogą ciekawe, czemu ta bezsmakowa
paciaja nazywana jest "masłem"?
- I jeszcze chlebek, kotku.
Podałem jej chleb tostowy, nóż, talerzyk...
- Coś jeszcze, Dżesi? - zapytałem, zastanawiając się, co właściwie mam
zjeść.
- Siądź tu obok. Już wystarczy tego latania koło mnie. No, kotku,
siadaj.
- Nie mam chleba.
- Jak to, głuptasku? Przecież jest prawie cała paczka.
- To nie chleb - rzuciłem, chwytając deskę ze świeżo pokrojoną szynką.
Położyłem ją na kuchennym stole. Dżesika odsunęła deskę od siebie,
marszcząc nos z niesmakiem.
- Fuj, jak ty możesz jeść to mięso. Widziałeś kiedyś różowe świnki?
Jakie one są piękne i mądre...
- Niczego nie mogę jeść, bo nie mam chleba. Widziałem świnki.
To był z jej strony cios poniżej pasa. Nie jestem przecież nieczułym na
krzywdę zwierząt zwyrodnialcem.
- No, Marcinku, weź ten chlebek. Przecież nie możesz chodzić głodny -
oświadczyła kategorycznie, wykładając na mój talerz kilka kawałków
chlebopodobnej substancji.
Ugryzła mikroskopijnych rozmiarów kęs i zaraz popiła kawą z mlekiem.
- Co dziś będziesz robić? - zapytałem na wszelki wypadek i zabrałem się
do sporządzania pseudokanapki.
- Dziś będę przez cały dzień w Łazienkach nagrywać.
- A co nagrywacie?
Wzruszyła ramionami i znów upiła niewielki łyk.
- Jakiś teledysk.
- Będziesz śpiewała? - zdziwiłem się. Ale przecież to całkiem
prawdopodobne. Miewała szalone pomysły.
- Ja? Czy ja jestem piosenkarką?
- To co tam będziesz robić?
- Występować... chyba.
Odstawiła kubek i wstała z krzesła. Pochyliła się i pocałowała mnie w sam czubek głowy.
- Kocham cię, misiaczku.
- Kocham cię, Dżesi - powiedziałem i poczułem się najszczęśliwszym
człowiekiem na świecie.
- Aha, miałam ci powiedzieć, że dziadkowie Emilki nie żyją.
- Jakiej Emilki?
- No jak jakiej? Tej mojej koleżanki z agencji, taka ciemna, to znaczy
Mulatka.
- Ach, ta... - Nie miałem oczywiście pojęcia, o kim mowa. Ale po chwili
przypomniałem ją sobie. Rozmawialiśmy ze dwa razy na jakichś imprezach.
Sprawiała wrażenie inteligentnej dziewczyny.
- Wyobraź sobie, że odeszli oboje tego samego dnia, o tej samej
godzinie.
- Słyszałem już o takich wypadkach, że gdy umiera jedna osoba z takiego
małżeństwa, które było ze sobą całe życie, to ta druga umiera z żalu i tęsknoty.
- No tak właśnie było, tak jak mówisz! - Dżesi przeciągnęła się, a spod
fałdy szlafroka wysunęła się lekko pierś.
Ależ ona na mnie działa. Gdyby nie to, że muszę iść do pracy...
- Oni zmarli razem, bo razem wzięli jakieś proszki i normalnie umarli.
Dwa dni temu odeszli, nie, trzy dni temu!
- Rozszerzone samobójstwo - rzuciłem, przypominając sobie to mało
przyjemne pojęcie.
Chwyciłem kanapkę, wbiłem w nią zęby i naraz szczęka zastygła mi w połowie gryza. Rozszerzone samobójstwo? Dwoje staruszków? O ja
pierdzielę!
- Popij, misiaczku, bo się zadławisz - rzuciła Dżesi i odwróciwszy się,
poszła do łazienki, kręcąc zgrabną pupą.
Ale ja nie zwróciłem na to uwagi, pochłonięty zupełnie innymi myślami.
Godzina 10.30
- To tutaj pracował porucznik Borewicz?
- Kto?
- No Borewicz. Sławomir Borewicz - wyjaśnił Kaczmarek.
Komisarz Kuba Wieczorek pokręcił głową.
Nigdy nie słyszał o żadnym Borewiczu. Bo i skąd niby miał słyszeć. W Pałacu Mostowskich pracował dopiero od czterech lat, a skoro Kaczmarek
mówił o jakimś poruczniku, to znaczy, że ten musiał tu być w latach
dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, bo chyba do dziewięćdziesiątego
pierwszego obowiązywały stare wojskowe stopnie, które zastąpiono
prawdziwymi policyjnymi. Gdyby teraz były wojskowe, to on sam jako
właściciel trzech gwiazdek byłby porucznikiem. Czyli ten Borewicz byłby
komisarzem tak jak on.
- Chyba chodziło ci o komisarza? - zapytał, spoglądając czujnym wzrokiem
na nowego kolegę.
Facet dopiero co przyszedł i zaczął się wypakowywać na biurku
Ostrowskiego. Ten, z którym Wieczorek spędził w jednym pokoju ostatnie
dwa lata, został właśnie przeniesiony do Torunia. Zabiegał o to od
dłuższego czasu, bo jakoś nie potrafił się odnaleźć w stolicy. No i w końcu udało mu się załatwić przeniesienie do rodzinnego miasta. Miał
szczęście, że komendantem został jego kolega z dawnych czasów, który
przyjął go z otwartymi ramionami. Wieczorek miał nadzieję, że będzie
miał teraz komfortowe warunki i nikogo mu nie przydzielą. I tu się
mylił. Okazało się, że właśnie przyjęli do roboty gościa, który próbował
błysnąć jakimiś dawnymi znajomościami.
- Nie o komisarza. - Franek Kaczmarek pokręcił głową. - Nie oglądałeś
tego serialu 07 zgłoś się? Tam głównym bohaterem był porucznik
Borewicz. No taki fajny film jeszcze z czasów PRL-u.
Wieczorek machnął ręką.
- E, ja tam staroci nie oglądam. Wolę na Netfliksie. Masz Netflixa?
Nowy pokręcił głową.
- Nie, no coś ty, ja się nawet jeszcze nie zainstalowałem dobrze.
- A gdzie się instalujesz? To znaczy gdzie mieszkasz?
- Mam w Warszawie babcię.
- Czyli że twoja rodzina jest z Warszawy? - W końcu Wieczorek spojrzał
na niego przychylniejszym okiem.
Skoro babcia jest warszawianką, to facet też musi być z Warszawy,
wydedukował na podstawie prostej przesłanki. Z warszawiakiem może się
jakoś dogada, bo ze "słoikiem" z prowincji zawsze coś nie trybiło.
Ostrowski był z Torunia i choć to miasto nad Wisłą, to jednak czuć było
w nim tę prowincjonalną zaściankowość, ciasnotę myślenia człowieka,
który wychował się w mieście otoczonym murami.
- No zasadniczo tak. Mój tata jest z Warszawy.
- To znaczy, żeś jest warszawiak, a nie piła... pilak, jak słyszałem.
- Pilanin. Mówi się pilanin. Nigdy nie byłeś w Pile?
- Nie, a po cholerę? - Wieczorek był najwyraźniej zdziwiony.
- Bo tam jest szkoła policji.
- He, he! Jest, pewnie, że jest, ale co ja bym tam miał robić? Przecież
tam się uczą podoficerowie. Ja kończyłem tutaj, w Legionowie. A ty gdzie
się uczyłeś?
- W Szczytnie.
- A, w Szczytnie... - Wieczorek wypowiedział nazwę miejscowości tak, jakby
wypluwał coś, co przypadkiem zaplątało mu się na języku. - No tak,
szkoła z milicyjnymi tradycjami.
Podkomisarz Franek Kaczmarek spojrzał uważnie na swojego nowego kolegę.
Ten siedział naprzeciwko, wpatrzony w ekran komputera. Monitor był stary
i pękaty, ale widać jeszcze przydatny do roboty. Biurko Franka było
puste, bez śladów działalności ludzkiej. Po poprzednim właścicielu
został tylko słoik z nalepką "Dżem słodzony truskawkowy", w który
wetknięto kilka obgryzionych długopisów. Chwycił ten słoik i wraz z zawartością wrzucił do kosza na śmieci pod biurkiem.
- Nad czym pracujecie? - zapytał Franek, żeby zmienić temat.
Mógł co prawda odwinąć się i rzucić Wieczorkowi w pysk, że lepsze
Szczytno z milicyjnymi tradycjami niż Puławy z esbecką przeszłością. Ale
w ostatniej chwili ugryzł się w język. Po co od razu zrażać do siebie
faceta, z którym będzie musiał dzielić pokój przez przynajmniej kilka
miesięcy? Później, gdy się rozejrzy i już zapuści tu korzenie, może się
z kimś zamienić lub do kogoś się dosiąść. Tak się dawało zawsze urządzić
sprawy biurowe we wszystkich poprzednich komendach, czyli w Pile i wcześniej w Połczynie-Zdroju.
Wieczorek wyjrzał zza monitora i uśmiechnął się krzywo. Miał jakieś
trzydzieści lat, okrągłą twarz i lekko łysiejące czoło. Nie był typem
sportowca, raczej korporacyjnego nerda, który odżywia się hamburgerami i popija je colą. Może to stąd niezdrowe worki pod oczyma? Spoglądając na
nowego kolegę, Franek rozumiał, skąd wzięła się ta jego trudno skrywana
niechęć do obcych. Facet siedział w komputerach i nie lubił wychodzić na
zewnątrz, więc biurko i cały ten niewielki pokój na ostatnim piętrze
traktował jak pies swoje obsikane z każdej strony podwórko. Kto wie, czy
rzeczywiście nie nalał tu na ściany, żeby zaznaczyć swój teren? Choć tak
naprawdę nie musiał, bo w pokoju śmierdziało papierosami i brudnymi
naczyniami z zaschniętymi resztkami jedzenia i fusami po herbacie.
- Różnie się pracuje. Raz jest mniej, raz więcej roboty. Ja na ten
przykład mam teraz na rozkładzie osiem spraw.
- O, to sporo - zdziwił się Franek, który nigdy nie zajmował się
jednocześnie więcej niż dwoma śledztwami.
W Pile nie było wiele pracy. Miasteczko spokojne i przez ten spokój aż
nudne. Zabójstwa, jeśli w ogóle się zdarzały, były tak banalne i przewidywalne, że sprawcę typowano i łapano już w ciągu pierwszych
godzin śledztwa. Bo najczęściej zabijało się tam podczas domowych
awantur albo przy koleżeńskim piciu wódki butelką, młotkiem albo nożem,
czyli tym, co wpadło w ręce. Ale tu, w Warszawie, widać było od razu, że
skala jest o wiele większa niż tam, skąd przyjechał. Tu jest prawdziwe
życie i prawdziwe sprawy kryminalne.
- Czyli co na przykład?
- Stary, same morderstwa.
- Żartujesz? Osiem sztuk?
- No przecież tu jest stolica. Wszystko w większej skali. Na przykład
sprawdzam teraz zeznania sąsiadów niejakiego Fabisiaka, którego znaleźli
z roztrzaskaną głową we własnym mieszkaniu. I do tego w zamkniętym
mieszkaniu. Facet nie miał rodziny ani wielu znajomych i w sumie był
nieszkodliwym pijaczkiem. A tu, proszę, ktoś miał do niego tyle złości,
że pozbawił go życia.
- Ciekawe... - rzucił nieopatrznie Franek, a Wieczorek chytrze się
uśmiechnął.
- Stary mówił, że jak się już urządzisz, to mam cię w coś wprowadzić,
więc jakbyś chciał, to mogę ci dać papiery tego Fabisiaka, żebyś sobie
pogrzebał. Mam wszystkie zeznania sąsiadów, dokumentację miejsca,
wszystko, co trzeba. Więc jak chcesz, możesz trochę powęszyć.
Franek wzruszył ramionami. W sumie nie miał nic ciekawszego do roboty.
Mógł co prawda powiedzieć, że skoro jest pierwszy dzień w pracy, to musi
załatwić te wszystkie pierdoły związane z pobraniem jakichś sprzętów,
lampki na biurko, komputera i tego wszystkiego, co potrzebne do pracy
każdemu policjantowi. Ale ciekawość zwyciężyła.
- No dobra, rzucę okiem. Mogę poczytać.
Wieczorek uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy nierównych i pożółkłych od
nikotyny zębów. Najwyraźniej zadowolony, położył kilka teczek na biurko
kolegi. Franek wziął pierwszą z wierzchu, otworzył ją i zaczął czytać.
Godzinę później do pokoju wszedł Marczak. Na jego widok Kaczmarek
poderwał się znad papierów i stanął wyprostowany, bo mimo że był starym
wyjadaczem, trzydziestoletnim przecież gliniarzem, wiedział dobrze, że
przełożonym powinno się okazywać szacunek. Wieczorek nie ruszył się z miejsca. Widać był w zażyłych stosunkach z podinspektorem Dawidem
Marczakiem, wielkim jak kłoda drewna policjantem z ogoloną niemal na
łyso głową. Nowy szef Franka nie wyglądał na intelektualistę. Gdyby go
postawić na bramce w nocnym lokalu, wpasowałby się w technoatmosferę bez
najmniejszych problemów. Poza tym jego zachowanie też było odpowiednie
dla takiego przybytku.
- No co jest, misiaczki, już daliście sobie buzi? - zapytał od drzwi,
zadowolony z własnego żartu.
- Tylko buzi, dupci po robocie! - Wieczorek od razu wstrzelił się w rubaszny nastrój przełożonego.
Franek powinien coś odpowiedzieć, ale nie bardzo wiedział co. Bo i cóż
można odrzec nieznajomemu facetowi, który na wejściu rzuca homofobicznym
tekstem, zważywszy, że ten facet jest nowym szefem?
- Nowy jeszcze nikomu nie zrobił loda. Ale się stara! Ha, ha, ha! -
zarechotał kolega. - Żeby się nie nudził, dałem mu do rozkminienia
sprawę tego Fabisiaka ze Stalowej na Pradze.
- No i co? Jak ci się podoba roztrzaskany łeb pana Fabisiaka?
- Łeb jak łeb. Nie był zbyt twardy, skoro dał się załatwić czterema
ciosami młotka.
- Nie jest jeszcze pewne, że młotka, he, he, he! - wtrącił się
Wieczorek. - Młotek jak na razie został zabezpieczony razem ze
śrubokrętami i innymi pierdołami ze skrzynki narzędziowej. Żadnych
biologicznych śladów na nim nie było. Czysty jak łza.
- Tak, tylko to odbarwienie powyżej trzonka. Taki jaśniejszy obszar na
postarzałej drewnianej rączce młotka. - Franek wskazał na zdjęcie.
- Co za odbarwienie? - zainteresował się Marczak.
- Niech pan spojrzy.
- No rzeczywiście. Ale co to niby znaczy?
- To jest ślad po wygotowaniu. Ktoś zadał sobie nieco trudu, żeby włożyć
młotek do wody, do garnka z wrzątkiem, i pogotować pół godziny albo i dłużej, tak żeby wszystko, co możliwe, z niego zniknęło. Pół godziny
zazwyczaj wystarczy, żeby zeszły wszystkie ślady biologiczne, a z rączki
wieloletni osad. I w ten oto sposób mamy wyjałowiony młotek, który
zgodnie z sugestiami anatomopatologa mógł być narzędziem zbrodni. Tak
napisano w protokole z oględzin lekarskich...
- Zaraz, ale przecież ten młotek był w skrzynce narzędziowej zabitego. -
Wieczorek cały czas się uśmiechał, ale coraz mniej pewnie.
- Właśnie nie. - Teraz uśmiechnął się Franek. - To młotek, który
zabezpieczył sierżant... - Spojrzał do akt - ...sierżant Malicki, w narzędziach sąsiada z naprzeciwka. To on lubi gotować młotki.
- Kurwa - jęknął Marczak. - Pierdolony rozwiązał sprawę. - Spojrzał na
Wieczorka, któremu uśmiech natychmiast zniknął z twarzy. - Mamy jebanego
podejrzanego.
Godzina 12.30
Babcia Matylda nie jest moją prawdziwą babcią. Nie jest nawet moją
krewną. Ale od zawsze mówiłem do niej "babciu". Od zawsze, to znaczy od
kilku lat, odkąd przyjechałem do Warszawy na studia. Gdy je
rozpoczynałem, nie miałem zielonego pojęcia, gdzie będę mieszkał.
Dlatego jeszcze w czasie wakacji zacząłem przeglądać ogłoszenia w necie.
I tak trafiłem na Matyldę, emerytowaną milicjantkę i wdowę po generale
milicji, mieszkającą w kamienicy na Nowym Świecie. To było chyba
przeznaczenie, bo gdy do niej przyjechałem, dogadaliśmy się w pięć
minut.
- Płacisz pięćset złotych miesięcznie, ale warunek jest taki: możesz
palić w domu, możesz pić, lecz tylko dobrą whisky, żebym nie czuła
zapachu jakichś tanich alkoholi, bo ich nie znoszę. Ja już palić za
bardzo nie mogę, a i pić też niekoniecznie, jednak od czasu do czasu
szklaneczkę to owszem. Więc zapach dobrego tytoniu i łyskacza jak
najbardziej mi konweniują. Do tego dochodzi jeszcze odkurzanie i wynoszenie śmieci. No i co, odpowiadają ci warunki? - zapytała wtedy,
taksując mnie uważnym spojrzeniem.
Wzruszyłem ramionami. Paliłem papierosy i - jak każdy początkujący
student - piłem najtańsze piwo z Lidla. No ale skoro zaczynało się
światowe życie, może warto było przejść na bardziej wyrafinowane trunki?
- Załatwione, proszę pani - powiedziałem grzecznie, a ona zaraz
pokręciła głową.
- Babciu. Mów mi "babciu". - Uśmiechnęła się, najwyraźniej zadowolona.
Gdy jakiś czas później, chyba po kilku miesiącach mieszkania w jej
apartamencie, zapytałem, dlaczego to mnie wybrała spośród
kilkudziesięciu chętnych, stwierdziła, że nie ma zielonego pojęcia.
- Coś mi powiedziało, że muszę cię przygarnąć, i tyle - podsumowała moje
rozważania. - Może jakiś święty duch mi szepnął do ucha.
- Przecież babcia nie jest wierząca - zdziwiłem się.
- Oczywiście, że nie jestem. Ale duch święty to inna sprawa, co nie ma
nic wspólnego z Kościołem, który wysysa z naszego głupiego ludu ostatni
grosz, obiecując wieczne zbawienie w zamian za cotygodniową tacę. Czy ty
rozumiesz, że to jest największe oszustwo w dziejach ludzkości? Oszukują
ludzi, sprzedając im ułudę wiecznego szczęścia w innym świecie. Oni są
jak akwizytorzy ubezpieczeń, którzy każą ci płacić przez całe życie, a wypłatę odszkodowania obiecują po śmierci. Płaciłbyś takiemu gościowi z PZU, gdyby w umowie było napisane: "wypłata na tamtym świecie"? W życiu
byś mu nie dał ani grosza. A Kościołowi dajesz, mimo że jego świata
wiecznej szczęśliwości nikt nigdy nie widział i nie zobaczy.
- Dlaczego nie zobaczy?
- Bo po śmierci raczej się nie żyje i nic do człowieka nie dociera.
- A dusza? - Jakoś nie chciałem dać się przekonać.
- Dusza to twój umysł. Umiera wraz z człowiekiem. A ludzie chcieliby żyć
wiecznie, dlatego śmierć nie wydaje się nikomu racjonalna. Tyle myśli,
tyle wiedzy, tyle doświadczeń miałoby ot tak, nagle wyparować i obrócić
się w nicość? Przecież to byłaby kolosalna strata. Stąd wzięło się non
omnis moriar.
- Czyli że co?
- No tak, teraz nie uczą w szkołach łaciny. - Pokręciła głową z dezaprobatą. - To znaczy "nie wszystek umrę", czyli coś po mnie
zostanie. Rzymianie jednak nie myśleli o duszy, która będzie błąkać się
po polach elizejskich...
- W Paryżu? - dopowiedziałem, a ona machnęła ręką.
- W jakim Paryżu? Elizjum to podziemna kraina wiecznego szczęścia, łąki,
po których błąkają się szczęśliwe dusze. Ale gdy starożytni mówili, że
coś po nich zostanie, chodziło im raczej o to, co po człowieku zostaje w krainie żywych, a więc pamięć wielkich czynów, budowle czy dzieła
sztuki.
Lubiłem z babcią rozmawiać o wszystkim. To była prawdziwa erudytka,
która przeczytała w swoim życiu więcej książek, niż zawierają wszystkie
domowe biblioteczki w moim rodzinnym bloku w Poznaniu na Ratajach. Znała
się na sztuce, filozofii, a nawet na nauce Kościoła, choć tę ostatnią
studiowała chyba tylko po to, żeby wyłapywać nieścisłości i przeinaczenia.
Teraz nie mieszkałem już u niej, ale nadal mieliśmy dobry, stały
kontakt. Gdy byłem w pobliżu, starałem się do niej zachodzić nawet bez
powodu. Na wszelki wypadek, żeby sprawdzić, jak się czuje albo czy
czegoś jej nie potrzeba.
Dziś miałem być w redakcji dopiero na czternastą, bo tak umówiłem się z wydawcą mojego programu, więc postanowiłem zajechać na Nowy Świat.
Otworzyłem drzwi kluczem i wszedłem do środka. W głębi mieszkania grało
radio. Babcia słuchała rocka, więc po ostrych taktach Rammstein
domyśliłem się, że ma włączone Antyradio.
- Dzień dobry! - zawołałem od progu.
Nie używałem dzwonka i wchodziłem jak do siebie. Babcia zakazała mi
dzwonić. Tłumaczyła, że dzwonią tylko obcy, sprzedawcy uszczelek do
okien, oszukujący metodą "na wnuczka" i facet, który zbiera suchy chleb
dla konia. Tyle że tego ostatniego nie było już od lat. "Ty jesteś
domownik, więc wchodź jak do siebie i nie zawracaj mi głowy dzwonkiem,
bo nie mam zamiaru się dla ciebie ubierać i malować" - tłumaczyła mi,
choć nigdy się nie malowała.
- Babciu, to ja, Marcin!
- Idź do kuchni, zaraz przyjdę! - zawołała z głębi mieszkania.
Jak na standardy centrum miasta, było ono wielkie. Miało prawie sto
metrów i składało się z pięciu pokoi z kuchnią i obszerną łazienką.
Znajdowało się w samym środku Warszawy, w piętrowej kamienicy, która
została odbudowana niemal od podstaw po wojnie. Przydziały dostawali
wówczas ludzie blisko związani z władzą, tacy jak babci mąż Gustaw,
który był ważnym funkcjonariuszem Milicji Obywatelskiej. Dosłużył się
stopnia generała. To właśnie w Pałacu Mostowskich Matylda, młoda, dobrze
zapowiadająca się milicjantka, poznała swojego Gucia, gdy ten był
jeszcze kapitanem. Zaraz po ślubie przeprowadzili się na Nowy Świat do
mieszkania służbowego, które po latach udało się babci wykupić na
własność. Mieszkała tu sama, bo ich jedyny syn wyjechał z Warszawy w latach osiemdziesiątych i zamieszkał gdzieś w północnej Polsce.
Spojrzałem na zegarek. Było już po wpół do pierwszej, więc się trochę
zdziwiłem, bo babcia nigdy nie spała dłużej niż do siódmej. Gdy
mieszkałem u niej, to jej wczesne wstawanie często ratowało mi skórę.
Rano, nie słysząc z mojego pokoju jakichkolwiek oznak życia, waliła w drzwi pięścią z grzecznym pytaniem, czy aby na pewno nie mam dziś zajęć.
Wtedy zrywałem się z łóżka i na wpół rozbudzony ubierałem się i myłem
jednocześnie, a ona zadowolona parzyła mi herbatę. Więc nigdy nie
sypiała do południa, dlatego zdziwiłem się, że o tej porze jeszcze jest
w sypialni.
Usiadłem przy stole, spodziewając się, że lada chwila wejdzie tu w swoim
znoszonym czerwonym szlafroku. Weszła, ale ubrana jak na trening, w zielony dres pochodzący, jak mi kiedyś wytłumaczyła, jeszcze ze starych
zapasów magazynowych Komendy Głównej.
- Idziesz biegać? - zapytałem, uśmiechając się na jej widok.
Trzeba przyznać, że jak na siedemdziesięciolatkę trzymała się bardzo
dobrze, a figurę miała naprawdę całkiem niezłą. Twierdziła, że to nie
przez sport, który uprawia tylko biernie, oglądając skoki narciarskie i mecze reprezentacji w piłce nożnej, ale przez papierosy i łyskacze,
które popija od czasu do czasu dla lepszego krążenia.
- Mam biegać? Czy ty chcesz, mój drogi, żebym dostała zawału? Bieganie
jest bardzo niebezpieczne. Czy wiesz, że twórca i propagator joggingu
James Fuller Fixx zmarł na atak serca po codziennym treningu? A ile jest
wypadków na ulicach, kiedy biegacze wpadają pod rozpędzone auta?
Przysunęła sobie popielniczkę, w której leżała paczka marlboro.
Wyciągnęła papierosa i zapaliła, zaciągając się z prawdziwą
przyjemnością.
- Robię porządki w twoim pokoju.
- O, wreszcie zdecydowałaś się go wynająć? Bardzo dobrze. Już dawno
mówiłem, że powinnaś mieć kogoś, kto by tu z tobą mieszkał.
Od czasu, gdy kupiłem mieszkanie w apartamentowcu na Woli, w pobliżu
Muzeum Kolejnictwa, Matylda nie miała żadnego lokatora. Dobrze
wiedziałem, że potrzebuje towarzystwa i kogoś, z kim mogłaby pogadać, bo
taką rolę, codziennego rozmówcy, sam odgrywałem przez pięć lat studiów i potem jeszcze trzy kolejne, gdy zacząłem pracę w telewizji. Babcia
musiała dzielić się z kimś swoimi przemyśleniami, dlatego gdy
przychodziłem do niej, miałem wrażenie, że wszystkie kwestie, które ją
nurtowały, wyrzucała z siebie zaraz po tym, gdy siadałem przy stole.
- Nie. Przecież nikogo takiego jak ty bym nie znalazła. Nawet nie
chciało mi się szukać. Wyobrażasz sobie, że mogłabym otwarcie mówić z jakąś obcą osobą o kwestiach wiary? - Babcia była niewierząca, ale
religia i Kościół stanowiły jej ulubiony temat do rozważań. I wcale nie
snuła dywagacji opartych na jakichś popularnych teoriach spiskowych.
Matylda interesowała się historią, a jej argumenty były zawsze
podbudowane rzetelną wiedzą. Jednak teraz nie miała ochoty na rozważania
natury sakralnej. - Zamieszka u mnie mój wnuk.
- O, to świetnie. - Ucieszyłem się.
Poznałem Franka, bo często odwiedzał babcię, w przeciwieństwie do jego
ojca, którego nigdy nie widziałem na oczy. Matylda nie mówiła o tym
wprost, ale wyglądało to tak, jakby kiedyś w przeszłości o coś się
posprzeczali i do teraz nie mogli sobie darować wzajemnych win. Ale na
szczęście Franek był łącznikiem między nimi.
- Będzie pracował w Pałacu Mostowskich.
- Naprawdę się cieszę. To znaczy, że jest dobrym gliniarzem, skoro
dostał przeniesienie z Piły. - Przypomniałem sobie, że przez ostatnie
lata szlifował bruk na prowincji.
- Jest dobry w swoim fachu i bardzo inteligentny. Ma to po mnie. -
Uśmiechnęła się zadowolona. - Chciał przejść do komendy miejskiej, do
dochodzeniowo-śledczego. Podanie wpadło do kadrowego kibla i pewnie by
tam zostało na wieki, ale na szczęście pewien mój wychowanek natrafił na
nazwisko Kaczmarek, sprawdził imię ojca i zadzwonił do mnie.
- Żeby się upewnić, czy to rodzina? - zapytałem pro forma, choć
odpowiedź mogła być tylko jedna.
- No oczywiście. A po cóż by innego? Zapytał mnie, czy ma go przenieść
na Żoliborz, czy do jakiejś innej dzielnicy, a może od razu do Pałacu
Mostowskich. A wiesz, że ja nie lubię półśrodków. No i oto jest na
miejscu. Przyjechał dziś rano, zostawił walizkę i poleciał do pracy.
Swoją drogą ciekawe, jak mu się spodoba w nowym miejscu.
- Czy wie, że byłaś spiritus movens jego przeniesienia?
- Broń Boże! - zarzekła się zdeklarowana ateistka. - I niech cię ręka
boska broni, żebyś mu coś na ten temat powiedział.
Piła Godzina 13.10
- To nie jest zwyczajny projekt. Może się to państwu wydawać trochę
nierealne na samym początku, ale jeśli przyjrzycie się dokładniej,
zobaczycie, jaki to wszystko ma głęboki sens. Romanie, proszę zasłonić
rolety. A państwa proszę o uwagę i skupienie. Nasz film wprowadzi was w szczegóły.
Rolety na czterech podłużnych oknach zaczęły powoli zjeżdżać w dół i jednocześnie z głośników popłynęła muzyka relaksacyjna, czyli
plumkająca, pogwizdująca i snująca się jak wstęp do filmu
przyrodniczego. Zadowolony prelegent, ubrany w czarny garnitur i białą
koszulę ze stójką przypominającą nieco koloratkę, otworzył butelkę z wodą mineralną, napełnił szklankę do połowy, a potem wypił do dna.
Bulgotanie w gardle dało się słyszeć w całej sali, bo muzyka nie była
głośna. Na razie miała tylko wprowadzić w nastrój tych, którzy przyszli
na pokaz. Było tam jakieś dwadzieścia par starszych osób, do których
uśmiechnął się los.
Tak przynajmniej twierdziła kobieta o ciepłym głosie, która zadzwoniła
do nich kilka dni temu.
- Ma pani niezwykłe szczęście, że udało mi się do pani dodzwonić -
powiedziała na samym początku, gdy Maryla Owczarkowa odebrała połączenie
z nieznanego numeru.
Córka co chwilę jej przypominała, że ma nie odbierać telefonów od osób,
których nie zna, bo wszędzie roi się od oszustów, ale ona przecież nie
była głupia i wiedziała, że jeśli zadzwoniłby do niej ktoś, kto
poprosiłby ją o pieniądze, to w życiu by nie dała mu ani grosza. Więc
odbierała te połączenia po to, żeby porozmawiać z żywym człowiekiem, bo
ile można oglądać telewizję albo gadać z mężem, który nigdy nie był zbyt
rozmowny i wylewny.
- Że niby czemu mam szczęście?
- Zaraz pani to wszystko powiem, ale najpierw muszę zadać pani kilka
pytań, żeby wiedzieć, czy dodzwoniłam się do odpowiedniej i godnej
osoby.
- Jak to do godnej? Przecież ja...
- Proszę spokojnie posłuchać i odpowiedzieć zgodnie z pani najgłębszymi
przekonaniami i zasadami religii, którą pani wyznaje.
- Rzymskokatolicką.
- Słucham?
- No, religia rzymskokatolicka. A jaka ma być? Przecież nie żydowska czy
ta, no, arabska.
- No tak, to oczywiste, że nie arabska, bo przecież jesteśmy w Polsce.
Ale przejdźmy do pytań.
- Przejdźmy.
- Czy wierzy pani w Boga w Trójcy Świętej Jedynego?
- Wierzę.
- A w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jednorodzonego?
- Wierzę.
- Świętych obcowanie?
- Wierzę.
- Żywot wieczny?
- Ament. Ale tam jeszcze było... - Owczarkowa chciała powiedzieć, że w tym
wyznaniu wiary brakowało kilku punktów, ale kobiety, która była z drugiej strony, już to najwyraźniej nie interesowało.
- Widzę, że pani jest dobrze zorientowana i przede wszystkim głęboko
wierząca. A to oznacza, że może pani teraz porozmawiać z ojcem
Sylwestrem.
- Z kim niby?
- Ojciec Sylwester to nasz pasterz. On pani wszystko opowie.
- Ale ja bym chciała wiedzieć, że niby co w tym jest, że...
- Ma pani wielkie szczęście - odezwał się ciepły męski głos.
- Co?
- Ale to szczęście mamy również my, bo cię odnaleźliśmy, córko, w tym
ludzkim mrowisku. Wśród tylu owieczek natrafić na tak piękną duszę to
prawdziwe szczęście...
- Ale ja, no, że...
- Ludzie przechodzą przez życie, walczą z przeciwnościami losu,
przeżywają troski, kłopoty, a nierzadko i dramaty - ciągnął Sylwester
głębokim, pełnym natchnienia głosem. - Szczęśliwi będą ci, którzy ufają
Panu, bo wiedzą, że on nigdy nie zawodzi i nawet jeśli nie wysłuchuje
naszych modlitw tak, jak byśmy chcieli, to zawsze pragnie naszego dobra
i wie, co jest dla nas najlepsze. Mając moc w Bogu, pokładając w nim
nadzieję, wiemy, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie, bo Bóg nas
wspomaga. Ale jeśli zamieszkamy w domu Boga, będziemy blisko niego i osiągniemy stan wiecznego szczęścia. A to oznacza, że będziemy żyć
wiecznie tuż obok Stwórcy i cieszyć się wiecznym szczęściem obcowania z nim i jego ciągłym widokiem. A w miejscu tym nikt nie będzie musiał się
martwić o pokarm, bo tego tam zawsze jest pod dostatkiem, nikomu nie
będzie tam zimno, bo przy Panu wszystkim jest zawsze ciepło, i nikt nie
będzie tam nieszczęśliwy, bo nie ma tam starości, chorób i kalectwa.
Taki jest właśnie dom Pański dla tych, którzy uwierzyli i zechcą przeżyć
w Panu całą wieczność. Ten dom jest otwarty dla ciebie.
Owczarkowa zaniemówiła z wrażenia. Nikt jej nigdy jeszcze nie
powiedział, że drzwi domu Pańskiego są przed nią otwarte. Ksiądz mówił
zawsze, że trzeba sobie na to zasłużyć, chodząc do kościoła i dając na
tacę, a ten tu Sylwester wcale o tacę się nie pytał, tylko powiedział,
że to oni mają szczęście, czyli ten Kościół, że się mógł dodzwonić do
Owczarkowej.
- Proszę księdza, a do kościoła to do którego trzeba iść, żeby się z księdzem spotkać, bo ja bym przyszła na mszę zobaczyć, jak ksiądz
odprawia. Bo to nie w naszym kościele chyba...
- Halo, bardzo dziękuję, że wysłuchała pani ojca Sylwestra - odezwała
się ta sama kobieta, co na początku.
- A gdzie jest ojciec Sylwester?
- Musiał odebrać następny telefon. Wie pani, to bardzo zabiegany
człowiek. Ale jest taki święty, że z każdym chce choć chwilę pogadać,
żeby samemu sprawdzić.
- Co niby sprawdzić?
- Czy się ktoś nadaje.
- Gdzie się nadaje? Ja się nadaję.
- Oczywiście. Przecież właśnie dlatego do pani zadzwoniliśmy, bo wiemy,
że się pani nadaje. I dlatego chciałam panią zaprosić wraz z mężem na
nasze spotkanie, które odbędzie się już w przyszłym tygodniu.
- W kościele?
- Nie, spotykamy się w salce multimedialnej naszego Domu Modlitwy i Wiary, żeby wszystkim wybranym zaprezentować...
- Garnki albo amłeja? - weszła jej w słowo nagle nieufna Owczarkowa.
- Nie, droga pani. Ojciec Sylwester niczego nie sprzedaje. Ojciec
Sylwester oddaje ludziom swoją miłość i wskazuje ścieżkę do domu Pana.
Sama pani zobaczy.
I Owczarkowa zobaczyła te wszystkie cuda na własne oczy. Ojciec
Sylwester siedział przy stoliku z boku i uśmiechał się miło do
wszystkich zebranych w sali, którzy wpatrywali się w ekran. Pojawiały
się na nim piękne wiosenne łąki, po których stąpali radośni ludzie w białych, powłóczystych szatach, trzymając się za ręce. Najpierw było ich
niewielu, ale później, z każdą chwilą, tłum gęstniał. Byli tam biali,
kolorowi, mali i duzi, starsi i młodsi, ale wszyscy krzepcy, bez śladów
po przebytych chorobach. Szli przed siebie, zmierzając pewnym krokiem po
zielonej trawie w kierunku światłości, która wyznaczała im drogę, a kiedy byli już blisko, gdy widać było, że dotarli do celu, zaczęli
przystawać i pokazywać sobie palcami coś, co było przed nimi. I nagle
rozbrzmiały trąby anielskie, chór włączył się w melodię, a wszyscy na
widowni poczuli, że zaraz zobaczą coś, czego jeszcze nigdy nie widzieli,
ale na co zawsze czekali... I nie pomylili się, bo ich oczom ukazał się
widok równych rzędów pięknych, białych domów przykrytych czerwoną
dachówką, wtopionych w przecudną, puszystą zieleń. Naraz odezwał się
znów ciepły głos ojca Sylwestra, ale tym razem dochodził z ekranu,
wprost z magicznego miejsca, które widać było na tym pięknym filmie.
"Chcesz znaleźć spokój i ciszę? Chcesz z tego zwariowanego świata trafić
do wymarzonego miejsca, w którym otoczą cię życzliwość, miłość i ciepło
płynące wprost z serca? Każdy ma prawo do zasłużonego odpoczynku po
ciężkiej pracy. Każdy po trudach życia ma prawo do odpoczynku w domu
Pana. Jego drzwi stoją przed tobą otworem. Czy tam trafisz, zależy już
tylko od ciebie. Bo to miejsce tobie właśnie się należy, gdyż nasz Pan
wybrał właśnie ciebie. Ty również możesz mieć to wszystko na
wyciągnięcie ręki. Niebiańskie Osiedle czeka na ciebie...".
Film się skończył, a kilkadziesiąt osób zebranych w sali nadal patrzyło
przed siebie, jakby trwało w zbiorowej hipnozie. Na środek wyszedł
ojciec Sylwester, uśmiechnięty i tryskający energią. Wskazał na ekran, a potem teatralnym, wystudiowanym gestem przesunął palec w kierunku
widowni, by zaraz rozpostrzeć wszystkie palce, obracając dłoń spodem ku
górze.
- To dla was pali się światło Pańskie. Zostaliście wybrani, by podążyć
ścieżką Pana z tymi wszystkimi, którzy będą tam szli z chęcią i radością. Bo Pan nasz was ukochał i dlatego poprowadzi was za sobą już
nie na niebiańskie łąki, ale wprost do swojego domu.
Naraz siedzący w drugim rzędzie mężczyzna w bordowym sweterku i zielonej
koszuli podniósł rękę, tak jak to czynią dzieci zgłaszające się w szkole.
- Tak, bracie, pytaj, jeśli chcesz wiedzieć więcej. Ja jestem tu po to,
by wam służyć i rozwiewać wszelkie wątpliwości.
- Bo te, znaczy się... - zaczął niepewnie. - Bo tam, na tym filmie, ja
widziałem, znaczy się, żeśmy wszyscy widzieli, nie, że tam byli Murzyni,
nie...
- Że co? - Ojciec Sylwester najwyraźniej nie zrozumiał.
- No bo jak my mamy iść do Pana, to chyba nie z Murzynami razem, nie? -
Mężczyzna rozejrzał się po sali, szukając aprobaty. Nie musiał, bo kilka
osób przytaknęło, zgadzając się z nim całkowicie.
- I żeby nie z Żydami - dopowiedziała kobieta spod okna.
- Racja, bo Żydzi zabili naszego Jezuska - poparła ją inna, z pierwszego
rzędu.
Kolejni najwyraźniej też chcieli coś dodać, ale ojciec Sylwester
uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy białych zębów. Wyciągnął obie ręce w przód, jak człowiek powstrzymujący wichurę samą siłą woli.
- Na waszym osiedlu nie będzie żadnych Murzynów i Żydów. To będzie
osiedle dla prawdziwych Polaków.
Po sali rozszedł się szmer aprobaty. Narodowy szmer.
Warszawa Godzina 14.15
Kamila Frydrych była konkretną osobą. W robocie, jak przystało na dobrą
reporterkę, sprawdzała każdą informację kilka razy, żeby wyrobić sobie
należyty pogląd na temat sprawy, którą się zajmowała. Poznaliśmy się
trzy lata temu, gdy przyszedłem do redakcji reportażu. Ona była tu na
praktykach, a ja miałem już ugruntowaną pozycję, bo przez kilka lat
pracowałem w telewizji publicznej. Ale gdy ta zaczęła się z dnia na
dzień zmieniać w tubę propagandową jednej partii, uciekłem, nie
zamierzając przykładać ręki do realizacji planów polityków przez
dziennikarzy udających dziennikarzy. Trafiłem do prywatnej stacji i od
razu natknąłem się na Kamilę. Miała długie, jasne włosy, niebieskie
oczy, smukłe nogi i szczupłą sylwetkę. Taki typ modelki, mierzącej sto
osiemdziesiąt centymetrów. W normalnej sytuacji może nawet bym się nią
zainteresował, ale wtedy akurat zaczynałem swój związek z Dżesiką i nie
widziałem poza nią świata. Zresztą tak jest do dziś. Więc od samego
początku moje relacje z Kamą były oparte na zawodowym partnerstwie i zaufaniu, które bierze się z wzajemnego uznania dla fachowości. Już po
pierwszej rozmowie wiedziałem, że będą z niej ludzie. Była wyjątkowo
bystra i błyskawicznie kojarzyła fakty. Najczęściej, a przekonałem się o tym wiele razy, jej oceny sytuacji były niezwykle precyzyjne.
Gdy wszedłem do naszego pokoju redakcyjnego, siedziała przy biurku pod
oknem, z którego rozciągał się widok na ruchliwe skrzyżowanie
Wiertniczej i Augustówki. Swoje zgrabne, długie nogi wyciągnęła przed
siebie i oparła na blacie. Ale nikomu nie dane było podziwiać ich
niezwykłego kształtu czy lekkiej opalenizny przywiezionej z Turcji. Jak
zwykle opakowała nogi w aseksualne, zielone bojówki i buty trekkingowe.
Na głowie miała wojskową czapkę z daszkiem, a spięte w koński ogon włosy
przełożyła przez otwór z tyłu. Dzięki chuście na szyi i ramionach
sprawiała wrażenie kurdyjskiej bojowniczki, która odpoczywa po zabiciu
kilku dżihadystów. Na kolanach rozłożyła laptopa, w którego klawiaturę
zapamiętale uderzała. Gdy kątem oka dostrzegła, że ktoś się zbliża,
podniosła głowę. Uśmiechnęła się na mój widok, a potem zdjęła słuchawki.
- Czego słuchasz? - zapytałem, choć w zasadzie znałem odpowiedź. Kamila
w pracy zawsze słuchała tego samego, czyli muzyki klasycznej, która
ponoć pozwalała jej się lepiej skupić na robocie.
- Koncerty skrzypcowe Bacha. Przesłać ci przez WhatsAppa? Można się przy
tym odprężyć.
- Ja się odprężam na siłowni.
- Nie o tym mówię. Też chodzę na siłownię, ale muzyka to coś innego. Ona
potrafi człowieka przenieść w inny wymiar.
- Jak ja się chcę przenieść w inny wymiar, to kupuję sobie flaszkę
łyskacza.
- Obawiam się, mój drogi, że istnieje wyraźna różnica poziomów
intelektualnych między nami. Co tam u Zembi?
Wzruszyłem ramionami. Co niby miałem odpowiedzieć? Że wszystko fajnie, w porządku i w ogóle zajebiście...
- Dżesi rozpoczyna dziś zdjęcia do jakiegoś teledysku.
- Ucałuj ją ode mnie. - Uśmiechnęła się zadowolona, odsłaniając całe
uzębienie.
Uśmiech był sztuczny i przesadzony, bo szczerzenie zębów było jego
istotnym elementem, tak jak wtedy, gdy Dżesi eksponowała swoje uzębienie
podczas tamtej słynnej reklamy. "Użyj pasty Zembixwhite, a twój uśmiech
będzie olśniewający", przekonywała z ekranu telewizora moja dziewczyna.
Ja patrzyłem na nią jak w obrazek, a Kama stwierdziła wówczas, że
szczerzy zęby jak zombie i od teraz powinienem mówić na nią Zembi.
Zupełnie tego nie rozumiem, ale obie najbliższe mi dziewczyny nie
przepadały za sobą od pierwszego wejrzenia, i to do tego stopnia, że
podczas wspólnych imprez trzeba je było sadzać na przeciwległych końcach
stołu. Ja w każdym razie nie widziałem żadnego powodu, dla którego nie
mogłyby się dogadać. Ale może tak jest z facetami, że nie dostrzegają
tego, co dla kobiet jest sprawą oczywistą. Dość powiedzieć, że nie było
między nimi chemii, a może odwrotnie, była tak wielka, że zbliżenie
groziło wybuchem.
- Ucałuję, możesz być pewna - skłamałem, rozsiadając się za biurkiem,
które stykało się z tym należącym do Kamy. - Ale to właśnie dzięki niej
mam fajny temat. Myślę, że warto by go ruszyć, bo jest w nim coś
dziwnego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki