Niebiańska rzeka. Tom 4 - Dennis E. Taylor

-
Proszę czekać

6. Roz­sze­rze­nie poszu­ki­wań. Bob, maj 2333, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

6. Roz­sze­rze­nie poszu­ki­wań Bob, maj 2333, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Sie­dzia­łem w biblio­tece i pół­przy­tom­nie gapi­łem się na stół przede mną. Will, Bill i Gar­field obser­wo­wali mnie w mil­cze­niu, jedy­nym komen­ta­rzem było spo­ra­dyczne powolne kiw­nię­cie głową. Od czasu do czasu bez entu­zja­zmu upi­ja­łem łyk kawy. Bill w końcu nie wytrzy­mał.

- Ale rozu­miesz, że jesteś w wir­cie, nie? Możesz sobie tego kaca wyłą­czyć.

Odpo­wie­dzia­łem bla­dym pół­u­śmie­chem, chyba bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym niż uspo­ka­ja­ją­cym.

- Tak. I w przy­szło­ści będę tak robił. To nie jest w żad­nej mie­rze fajne. Ale jak poczy­ta­łem sobie w końcu two­jego bloga... Wie­cie, Pierw­szy Bob alko­ho­li­kiem w żad­nym razie nie był, ale od czasu do czasu, gdy była potrzeba, pił jak...

- Ben­der. Cała ta prze­mowa dla tej jed­nej gry słów?

Zachi­cho­ta­łem, po czym jęk­ną­łem i zła­pa­łem się za głowę.

- Nie, to tylko miły doda­tek. Ale Bill, szlag. My się róż­ni­cu­jemy. Na razie to jesz­cze nic złego, ale masz rację, że spo­dzie­wasz się cze­goś złego. I podobno mamy jedną Bobbi?

- To tylko plotka. Nie koja­rzę nikogo, kto ją spo­tkał. Tylko że to też było nie­unik­nione.

Wes­tchną­łem i zasta­no­wi­łem się, czy się nie zre­se­to­wać i nie wyłą­czyć kaca. Już speł­nił swoje zada­nie, jeśli cho­dzi o głę­boką psy­cho­lo­giczną potrzebę samo­bi­czo­wa­nia się. Teraz obu­dziła się cie­ka­wość.

- Bar­dzo reali­styczne to wszystko. Wia­ry­god­ność w VR-kach, zna­czy, ten... w wir­cie naprawdę poszła do przodu.

- Tro­chę oczy­wi­ście dzięki man­nym - rzu­cił Will z dru­giego końca pokoju, gdzie dzier­żył napój gazo­wany. - Zaczę­li­śmy prze­ży­wać wszystko na nowo w realu i dotarło do nas, jaki ziar­ni­sty i syn­te­tyczny był wirt.

- Pomo­gło też, że ludz­kość już sta­nęła na nogach. Mie­li­śmy eks­per­tów, któ­rych można było zapy­tać o nie­które niu­anse. - Bill mach­nął fili­żanką. - Na przy­kład Brid­get. Jest nie­sa­mo­wi­cie kom­pe­tentna w naukach bio­lo­gicz­nych i oczy­wi­ście teraz też ma dużą moty­wa­cję, żeby poma­gać przy ulep­sze­niach. A SUD­DAR-em możemy zro­bić dokładną mapę tego, jak ludz­kie ciało i mózg reagują na roz­ma­ite bodźce.

- I na kaca. - Wyszcze­rzy­łem się i z powro­tem się skrzy­wi­łem. - Ona z Howar­dem żyją pra­wie w stu pro­cen­tach w realu, nie?

- Tak. I do tego wycho­wują dzieci. Nie mogę się doli­czyć, ile ich adop­to­wali przez te wszyst­kie lata.

- No, to jest coś, co daje do myśle­nia - powie­dział Gar­field. Do tej pory mil­czał, więc wszy­scy odwró­ci­li­śmy się do niego. - I jest ważne, jeśli chcesz mieć odpo­wied­nią per­spek­tywę na nasze miej­sce w kosmo­sie. - Urwał dla dra­ma­tycz­nego efektu. - Jako repli­kanci ni­gdy się nie męczymy, mamy nie­mal ide­alną pamięć, prze­twa­rzamy setki razy szyb­ciej niż ludzie i mamy natych­mia­stowy dostęp do infor­ma­cji w naszych archi­wach. Ale nie jeste­śmy ani tro­chę inte­li­gent­niejsi od Pierw­szego Boba. A czy­tać o czymś to nie to samo, co się w tym szko­lić. Od czy­ta­nia Ana­to­mii Graya nie zostaje się leka­rzem. Ani od oglą­da­nia.

Zmarsz­czy­łem czoło.

- No dobra, rozu­miem co do zasady, ale czemu to ważne?

- Wszyst­kiego sami nie umiemy. Na przy­kład, gdyby nie Brid­get, andro­idy byłyby o wiele mniej zaawan­so­wane. Broń ulep­szy­li­śmy, bo gada­li­śmy z woj­sko­wymi typami...

- Albo kra­dli­śmy od nich - wtrą­ci­łem.

Gar­field spoj­rzał na mnie spode łba.

- Wyro­śli­śmy na coś w rodzaju spo­łe­czeń­stwa, ale zaj­mu­jemy się głów­nie tym, co inte­re­so­wało Pierw­szego Boba. Jeste­śmy mono­kul­turą. Spe­cja­li­stami. To nie jest zdrowe.

- Czyli ty mówisz... - Bill uniósł brew.

- Że nie jestem prze­ko­nany, że dryf repli­ka­cyjny to koniecz­nie coś złego.

- Gar, ja nie ufam nie­któ­rym z tych nowych - powie­dział Bill.

- I nie powi­nie­neś. To są inni ludzie. Ale Bobi­wer­sum musi być na tyle silne, żeby wytrzy­mać spo­łe­czeń­stwo, gdzie nie każdy ma zgodne prio­ry­tety. Jasne, trzeba się będzie bar­dziej przej­mo­wać zabez­pie­cze­niami i tak dalej. Tylko czym to się różni od zamy­ka­nia domu czy samo­chodu na klucz?

- Dobra, to by było tyle - powie­dzia­łem. - Ta roz­mowa zro­biła się nie­kom­pa­ty­bilna z kacem. - Zre­se­to­wa­łem się i od razu poczu­łem się lepiej. - Ale to zna­czy, że musimy też przyj­mo­wać innych ludzi?

Bill wzru­szył ramio­nami.

- Zawsze chcie­li­śmy. Tylko nie było chęt­nych. Przy­naj­mniej z tych, któ­rzy gadali bez­po­śred­nio z nami. Są ludzie idący w repli­ka­cję i pod­pi­su­jący umowy z fir­mami na współ­dzie­lone prze­twa­rza­nie na dużej ser­we­rowni. Im więk­szy mie­sięczny abo­na­ment, tym wię­cej mocy i dodat­ko­wych baje­rów dosta­jesz. W opcjach jest uży­wa­nie man­nych, nawet modeli pre­mium, dostęp­nych tylko dla najwię­cej pła­cą­cych klien­tów. Więk­szość jed­nak sie­dzi na pełny etat w wir­cie.

- To nie ma sensu. Tu jest wol­ność. Naj­lep­sza wol­ność: możesz robić, co chcesz, i od nikogo nie jesteś zależny.

- Bob, tak naprawdę to nie. To brzmi dobrze dla takiego samot­nika jak Pierw­szy Bob, ale dla więk­szo­ści ludzi jest zupeł­nie nie­atrak­cyjne. Przede wszyst­kim ta nie­za­leż­ność ozna­cza, że za wszystko sam jesteś odpo­wie­dzialny. O wiele łatwiej po pro­stu komuś zapła­cić, żeby zajął się szcze­gó­łami, jeśli tylko masz pie­nią­dze. I pamię­taj, to jest nie­śmier­tel­ność dla two­jej kopii, kosz­tem trwa­łego znisz­cze­nia two­jej ory­gi­nal­nej osoby. - Bill zawa­hał się, potem wzru­szył lek­ce­wa­żąco ramio­nami. - Z dru­giej strony w realu jest gigan­tyczne zain­te­re­so­wa­nie pośmiert­nym prze­cho­wy­wa­niem mro­żeń­ców i takie firmy poja­wiają się na pęczki we wszyst­kich kolo­niach. Ofe­rują prze­cho­wy­wa­nie po śmierci, tak jak w przy­padku Pierw­szego Boba. Tylko że teraz uży­wają do tego kap­suł hiber­na­cyj­nych, więc nie ma w tym nic nie­od­wra­cal­nego. Biz­nes kwit­nie, z tego, co sły­sza­łem.

- Dla­tego że, jak cię odmrożą...

- To jesteś ten sam ty. Tak. To o wiele atrak­cyj­niej­sza opcja.

Will wes­tchnął.

- Chyba że dla kogoś jak Justin, który miał sprze­ciw natury reli­gij­nej.

Upa­mięt­ni­li­śmy go mili­se­kundą ciszy. Jako "twarz Bobów" Will był przez dzie­się­cio­le­cia bar­dzo bli­sko naszej rodziny. Śmierć Julii, potem jej syna Justina, tra­fiła go pra­wie tak mocno jak śmierć Homera.

- Nie pomaga, że przez lata gania­li­śmy po galak­tyce tam i z powro­tem, rato­wa­li­śmy dupę ludz­ko­ści, ginę­li­śmy w kosmicz­nych woj­nach i ogól­nie robi­li­śmy za karmę dla smo­ków - cią­gnął Bill. - Idea repli­kanta ni­gdy nie oddzie­liła się od nega­tyw­nej per­cep­cji, że jesteś w grun­cie rze­czy zastę­po­wal­nym sługą.

Dla pod­kre­śle­nia Gar­field wska­zał mnie pal­cem.

- I nie zapo­mi­naj, że wtedy dla ziem­skich władz repli­kanci byli nie­ludźmi. Kopiami. Auto­ma­tami. Żad­nych praw i tak dalej. Sporo z tego zostało.

Kiw­ną­łem głową.

- A oży­wiają kogoś? Zna­czy... tych mro­żeń­ców?

- Tak. Znaczna liczba została odmro­żona, kiedy ich cho­roby stały się ule­czalne, w dużej mie­rze dzięki fun­da­cji onko­lo­gicz­nej Howarda i Brid­get. Pozo­stałe głów­nie cze­kają na postęp w geron­to­lo­gii. Ze sta­rze­niem się na razie nie wygrali. W któ­rymś momen­cie prze­sta­jesz nadą­żać z wymie­nia­niem klo­no­wa­nych narzą­dów, a jak zaczyna się sypać mózg... no... to cała zabawa prze­staje mieć sens.

- Ale w Bobi­wer­sum jest jesz­cze masa innych pro­jek­tów. Oso­bli­wość Skip­pies, to jesz­cze trzyma się tro­chę kupy, ale nie­które inne... Sil­kies? Jak u van Vogta? Jegie­rzy? Kosmiczne Smoki?

Gar­field par­sk­nął śmie­chem.

- Nie pamię­tasz, jak Marvin pró­bo­wał odtwo­rzyć w VR-ce sce­ne­rię każ­dej książki, którą w życiu prze­czy­tał? Oka­zało się, że zabra­kło mu roz­ma­chu. Te grupy pró­bują zastą­pić nasze stan­dar­dowe kadłuby stat­ków czymś bar­dziej fan­ta­zyj­nym.

- Prze­rzu­ca­li­śmy się gład­kimi ogól­ni­kami, jak to jeste­śmy homo side­rea. No to teraz nie­któ­rzy potrak­to­wali to poważ­nie. - Bill się wyszcze­rzył. - Obser­wuję ich blogi. Więk­szość jest nie­groźna. Pro­jekt Oso­bli­wość - może tro­chę gorzej. Ale Gwiezdna Flota - dużo gorzej, zwłasz­cza jeśli stwier­dzą, że gada­nie im już nie wystar­cza.

Ta ostat­nia uwaga rzu­ciła cień na dotąd bar­dzo inte­re­su­jącą roz­mowę i na parę mili zapa­dła nie­zręczna cisza.

Prze­łkną­łem ostatni łyk kawy. Pora przejść do kon­kre­tów.

- Bar­dzo inte­re­su­jące. Ale a pro­pos "inte­re­su­jące", mam tu jeden taki dro­biazg - popa­trzeć na mega­kon­struk­cję czy co to tam jest. Zer­k­nie­cie?

- No dawaj - powie­dział Bill i prze­nio­słem nas wszyst­kich do ste­rowni.

W wir­cie to była tylko zmiana deko­ra­cji, ale Pierw­szy Bob zawsze był obse­sjo­na­tem szcze­gó­łów i my, repli­kanci pierw­szych gene­ra­cji, odzie­dzi­czy­li­śmy to po nim. Ste­row­nia miała peł­no­ścienne ekrany i kon­sole, bar­dzo w kli­ma­cie jakie­goś gwiaz­do­lotu z fan­ta­styki nauko­wej. Jedyny słuszny lokal do bada­nia nowego układu gwiezd­nego.

- To co my tu mamy? - zapy­tał Bill, pod­cho­dząc do holo.

- Bali­styczni zwia­dowcy zba­dali wnę­trze układu i powin­ni­śmy już mieć kom­pletny obraz - powie­dzia­łem. - Gupik, naj­pierw pla­nety.

Bill, Will i Gar­field wbili we mnie spoj­rze­nia. Gra­łem na czas; oni to wie­dzieli, ja wie­dzia­łem, że wie­dzą, i tak dalej. Ale moja VR-ka - moje zasady.

Holo wyświe­tliło sześć pla­net - trzy gazowe olbrzymy nieco dalej i trzy ska­li­ste pla­nety bar­dzo bli­sko gwiazdy, z jedną w ekos­fe­rze. Rzu­cała się w oczy duża prze­rwa mię­dzy pla­netami numer dwa i trzy.

- Ten odstęp nie wygląda natu­ral­nie - stwier­dził Bill.

Kiw­ną­łem głową.

- Za bar­dzo asy­me­tryczne. Albo prze­su­nęli pla­nety, żeby zro­bić miej­sce na mega­kon­struk­cję, albo jed­nej bra­kuje.

- Twórcy Bądzio­łów zapewne pocho­dzili z dru­giej pla­nety - powie­dział Will. - To co my tam mamy?

[Brak linii chlo­ro­filu. Mini­malna linia tlenu. Brak aktyw­no­ści radio­wej. Brak śla­dów sub­stan­cji orga­nicz­nych.]

Wszy­scy wytrzesz­czy­li­śmy oczy na Gupika. Ostatni raz, kiedy widzie­li­śmy pla­netę z takimi cechami, to był Pavo­nis. Po wszyst­kim.

- Inni? To nie jest poza ich zasię­giem?

[Atak Innych mało praw­do­po­dobny. SUD­DAR wykrywa znaczne sku­pi­ska metali.]

Dobrze. Gdyby tu byli Inni, cały metal byłby wywie­ziony.

- Dokończmy przy­glą­da­nie się temu. Potem, jeśli nie będzie dobrego powodu, żeby tego nie robić, wyślę paru zwia­dow­ców na sil­ni­kach, żeby obej­rzały wszystko z bli­ska. - Odwró­ci­łem się do Gupika. - Mniej­sze obiekty?

[Nic. Układ jest wyczysz­czony.]

- Co takiego? Nie ma nawet księ­ży­ców?

[Nie ma księ­ży­ców.]

- Wow - rzu­cił Bill. - Ktoś tu ciężko pra­co­wał.

- Tę kwe­stię na razie zostawmy - powie­dział Will. - Teraz mamy dwie opcje: albo popa­trzeć na info o mega­kon­struk­cji, albo wkle­pać Bobowi.

- Może jedno i dru­gie? - zapro­po­no­wał Bill.

Wyszcze­rzy­łem się do nich.

- Ja obsta­wiam rój Dysona.

- To tro­chę rzadki - stwier­dził Bill. - W ogóle cie­nia nie rzuca.

- Wkle­pać. Wkle­pać - zawar­czał Will.

Par­sk­ną­łem śmie­chem.

- Oto długo wycze­ki­wana chwila. - Kiw­ną­łem na Gupika, który zmie­nił obraz w holo.

Gapi­li­śmy się na to, aż w końcu Will zapy­tał:

- Co to, kurwa, wła­ści­wie jest?

Bill zami­go­tał, pod­krę­ca­jąc sobie zegar i zapewne grze­biąc w archi­wach. Wró­cił, zanim zdą­ży­łem zare­ago­wać.

- Topo­po­lis.

- Wygląda jak spa­ghetti - odparł Will. - Albo rzeźba z drutu.

Przyj­rza­łem się sche­ma­towi na moni­to­rze.

- To jest jeden cią­gły walec, pro­mień dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów, owi­nięty trzy razy wokół gwiazdy w taką spi­ralę.

- Węzeł toru­sowy - wtrą­cił Bill.

- Jak to w ogóle moż­liwe?

Bill wzru­szył ramio­nami.

- Mówiło się o tym na Ziemi w cza­sach Pierw­szego Boba. Mało jest o tym infor­ma­cji. Wyraź­nie nie był tak popu­larny jak cylin­dry O'Neilla, torusy stan­fordz­kie i habi­taty Bishopa. Ale nie wymaga szcze­gól­nie zaawan­so­wa­nej tech­no­lo­gii. Po pro­stu duża skala i inży­nie­ria.

- A co z gra­wi­ta­cją?

- Prze­cież to jest po pro­stu cylin­der O'Neilla, tylko że ma miliony kilo­me­trów dłu­go­ści. Kręci się wokół środ­ko­wej osi i gene­ruje sztuczną gra­wi­ta­cję.

- Ale jest zakrzy­wiony!

Uśmiech­nął się na obu­rzoną uwagę Willa.

- Stary, pomyśl tylko o skali. Jeśli tam jest kilo­metr krzy­wi­zny na milion kilo­metrów dłu­go­ści, to nawet nie trzeba kom­bi­no­wać z jaki­miś prze­gu­bami. Pół­tora mili­me­tra krzy­wi­zny na kilo­metr dłu­go­ści. Wygina się mniej niż most Gol­den Gate, kiedy wcho­dzi na niego jeden czło­wiek.

- Ale skąd tyle mate­ria­łów...? Aaa. - Will kiw­nął głową. - Bra­ku­jące pla­nety.

- Z dużej per­spek­tywy to jest o wiele mniej impo­nu­jące niż to, co pró­bo­wali zro­bić Inni.

- Tylko że twórcy Bądzio­łów nie najeż­dżali na inne układy, żeby zdo­być suro­wiec.

- Tak się nam wydaje. - Zer­k­ną­łem na Billa. - Nie bada­li­śmy oko­lic.

- Jeśli nie znają pod­prze­strzeni i napędu SURGE, to mało praw­do­po­dobne - odparł. - Ale to jest kolejne pyta­nie w zawia­sach, póki nie zbie­rzemy wię­cej infor­ma­cji. Jaki jest kolejny krok?

- Dobre pyta­nie. To eli­mi­nuje mój poprzedni plan, żeby prze­ska­no­wać bazę Bądzio­łów w poszu­ki­wa­niu macie­rzy Ben­dera. Nie da się prze­ska­no­wać pół­tora miliarda kilo­me­trów skom­pli­ko­wa­nej kon­struk­cji, szu­ka­jąc jed­nej kon­kret­nej kostki opto­elek­tro­niki i jed­no­cze­śnie oga­nia­jąc się od Bądzio­łów.

- No tak. Fak­tycz­nie, trzeba będzie podejść z więk­szym namy­słem. Naj­pierw zebrać infor­ma­cje. - Odli­czy­łem na pal­cach: - Chcemy dostać zbli­że­nie pla­nety, zbli­że­nie mega­kon­struk­cji i skan jej wnę­trza.

- I nie dać się roz­wa­lić też chcemy.

- A tak, to też.

Bill pstryk­nął pal­cami.

- Wra­ca­jąc do woj­sko­wej tech­no­lo­gii...

- O czym w ogóle nie mówi­li­śmy.

Spoj­rzał na mnie spode łba.

- Pra­co­wa­łem nad odmianą cze­goś, co dosta­li­śmy z ZSE. Frak­talne pokry­cie, które pochła­nia dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pro­mie­nio­wa­nia i oddaje je w pod­czer­wieni.

- Świetne dla radaru, nie za bar­dzo dla pod­czer­wieni.

- Ale mamy twój pomysł, z lodem. Tak się możemy pozbyć cie­pła.

- Hmm... - Kiw­ną­łem głową. - Pod napę­dem ten radia­tor bar­dzo szybko się skoń­czy. Trzeba będzie to bar­dzo pre­cy­zyj­nie zapla­no­wać.

- No. Ubie­ramy drona trans­por­to­wego w tę frak­talną powłokę, do kom­pletu z radia­to­rem. Lecimy na pla­netę Bądzioł, zrzu­camy parę dro­nów eks­plo­ra­cyj­nych, odla­tu­jemy do zewnętrz­nego układu, licząc, że zdą­żymy, nim radia­tor się nasyci. To samo z dro­nami do ska­nów wyso­kiej roz­dziel­czo­ści, tylko je wyrzu­camy bli­sko mega­kon­struk­cji.

Popa­trzy­łem na innych. Nikt nie miał kontr­ar­gu­men­tów.

- Jesz­cze jedno. Potrze­bu­jemy wię­cej infor­ma­cji o topo­po­li­sach... eee... topo­poli? Topo­po­leis? Może jest gdzieś jakiś eks­pert od tych spraw. Może ktoś poszu­kać?

- Ja mogę - powie­dział Will i znik­nął.

Bill wstał.

- Doślę ci plany tej frak­tal­nej powłoki. - I znik­nął.

- Ja roz­pra­cuję pro­jekt drona - ode­zwał się Gar­field i też znik­nął.

- A ja zro­bię kolejną kawę - powie­dzia­łem do pustego pomiesz­cze­nia.

***

Drony auto­fa­bryki już od paru lat wyszu­ki­wały i zbie­rały surowce w Pasie Kuipera i Obłoku Oorta, więc logi­styka nie była już aż tak ogra­ni­czona. Bill i Gar­field w parę godzin prze­ka­zali mi wszyst­kie infor­ma­cje i auto­fa­bryki zaraz zaczęły tłuc pełną parą zmo­dy­fi­ko­wane drony.

Były jed­nak mocno zmo­dy­fi­ko­wane, a ten frak­talny kamu­flaż był mocno upier­dliwy w wyko­na­niu.

Nie­mniej tydzień póź­niej mia­łem gotowe moje szpie­gow­skie pojazdy. Spraw­dzi­łem raz jesz­cze wszyst­kie wyli­cze­nia, zło­ży­łem w ofie­rze kawę i je wypu­ści­łem.

- No to teraz cze­kamy.

- Jak­by­śmy nie robili tego od, kurna, zawsze - burk­nął Gar­field.

7. Patrząc naprzód. Will, czer­wiec 2333, wirt

7. Patrząc naprzód Will, czer­wiec 2333, wirt

Poszu­ki­wa­nie infor­ma­cji o topo­po­li­sach przy­no­siło na zmianę wia­do­mo­ści dobre i złe. Dobra - zna­la­złem eks­perta. Zła - eks­pert już nie żył. Dobra - kazał się zre­pli­ko­wać. Zła - od razu rzu­cił się z powro­tem w wir pracy i trudno było z nim nawią­zać kon­takt. Głowa by mnie roz­bo­lała od tej huś­tawki, gdy­bym jesz­cze miał bóle głowy. Posta­no­wi­łem zro­bić sobie prze­rwę i popra­co­wać nad jed­nym oso­bi­stym pro­jek­tem, przy któ­rym dłu­ba­łem na boku.

Pin­gną­łem Conana i wsko­czy­łem do niego, gdy tylko odpo­wie­dział. Był aktu­al­nym Bobem-rezy­den­tem w ukła­dzie Omi­kron-2 Eri­dani. Od dawna nie było to pra­co­chłonne sta­no­wi­sko. Zarówno Wol­kan, jak i Romu­lus dawno unie­za­leż­niły się od naszej pomocy, ale wciąż utrzy­my­wa­li­śmy tam fizyczną obec­ność, choćby przez wzgląd na naszą rodzinę.

Roz­sia­da­jąc się, rozej­rza­łem się dookoła. Conan odtwo­rzył, jak się zdaje, wol­kań­ską dżun­glę, i urzą­dził sobie domek na drze­wie. Uśmiech­ną­łem się. Wie­dzia­łem tyle o wol­kań­skiej fau­nie, by zda­wać sobie sprawę, że w rze­czy­wi­sto­ści to by się nie spraw­dziło. Nawet po wytę­pie­niu kupi­dyn­ków w dżun­gli było aż nadto bio­róż­no­rod­no­ści - tej złej - by zabić na miej­scu każ­dego czło­wieka na tyle głu­piego, który zapu­ściłby się tam bez ska­fan­dra.

Uniósł puszkę coli. Usia­dłem w naj­bliż­szym fotelu, a skoro nie było w pobliżu Jeevesa, sam sobie przy­wo­ła­łem wła­sną puszkę.

- Co mogę dla cie­bie zro­bić, o mój wielki przodku? - zapy­tał.

- To ty jesteś z moich? - odpar­łem, a on kiw­nął głową.

W Bobi­wer­sum gene­alo­gia ni­gdy nie była spe­cjal­nie ważna, ale przy­śpie­sza­jąca ostat­nio frag­men­ta­cja spra­wiła, że ludzie zaczęli bar­dziej zwra­cać uwagę na linie klo­no­wa­nia, nawet pró­bu­jąc ewi­den­cjo­no­wać DNA beha­wio­ralne. Było to robione po par­ty­zancku i ad hoc, jak wiele pro­jek­tów u Bobów.

- Oba­wiam się tro­chę o rodzinę, wiesz? WIARA staje się na Romu­lu­sie coraz bar­dziej wpły­wowa, a to może być tylko zła wia­do­mość.

- Ja to rozu­miem. Ale masa ludzi lubi pew­ność, jaką daje reli­gia, a WIARA to ład­nie opa­ko­wane czarno-białe odpo­wie­dzi. Nawet jeśli błędne.

Zby­łem to mach­nię­ciem dłoni.

- Mało mnie obcho­dzi, jakie jest wytłu­ma­cze­nie. Chcę po pro­stu wydo­stać od nich rodzinę. Przez ostat­nie pięć­set lat tyle razy już widzie­li­śmy roz­kwit skraj­nej pra­wicy, że trudno nie roz­po­zna­wać pierw­szych obja­wów.

- No dobra. I?

- Mam taki mały pro­jek­cik na boku. Potrze­buję zało­żyć sto­wa­rzy­sze­nie, o jakiejś nie­win­nej nazwie. Cią­gle naprzód, czy coś takiego, dla ludzi, któ­rzy chcą emi­gro­wać z tego układu. Masz tro­chę czasu, to może mógł­byś się zająć orga­ni­za­cją tego?

Conan się wyszcze­rzył.

- No, ciśnie­nia wiel­kiego to tu nie mia­łem. Howard zaczął się uwal­niać od odpo­wie­dzial­no­ści, gdy tylko mógł, i my kon­ty­nu­owa­li­śmy tę tra­dy­cję. Bar­dziej robię za miej­sco­wego amba­sa­dora niż cokol­wiek.

- I jak ci ostat­nio idzie?

- Hmm... Zmniej­szam liczbę wystę­pów... - Mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką. - Bobo­wie nie są ich ulu­bień­cami, nawet na Wol­ka­nie, nie mówiąc już o Romu­lu­sie. Tak się składa, że mam sporo wol­nego czasu. Coś kon­kret­nego?

- Nic wiel­kiego. Potrze­bu­jemy po pro­stu zare­je­stro­wa­nego sto­wa­rzy­sze­nia, nic spe­cjal­nego, rada nad­zor­cza i tak dalej. Jak to zor­ga­ni­zu­jesz, napi­szę maila do rodziny i zoba­czymy, co dalej.

Kiw­nął głową.

- Będziesz two­rzył grupę kolo­ni­stów zło­żoną wyłącz­nie z potom­ków Johans­so­nów?

- Nie wyłącz­nie. Nawet nie w więk­szo­ści, jeśli tylko będzie jakieś zain­te­re­so­wa­nie. Ale chciał­bym jak naj­wię­cej ich stąd wydo­być.

- WIARA może się wtrą­cić. Na razie nie mają jesz­cze tyle siły, ale kiedy będziesz gotowy do zabra­nia ich...

- Tak, też o tym myśla­łem. Są gwa­ran­cje kon­sty­tu­cyjne, jest ory­gi­nalna umowa, którą pod­pi­sa­łem z nim jesz­cze na Ziemi - to daje prawną kon­struk­cję, by wymóc pusz­cze­nie kolo­ni­stów wolno. Musimy być jed­nak gotowi, jeśli zechcą poje­chać po ban­dzie. Popa­trzmy, co wy tu macie w ukła­dzie, co jest jesz­cze kon­tro­lo­wane przez Bobów.

Conan uśmiech­nął się i wyświe­tlił dia­gram. Zupeł­nie jakby się tego spo­dzie­wał.

1. Swój wróg. Jacques, listo­pad 2331, Nowy Pawo­nis

1. Swój wróg Jacques, listo­pad 2331, Nowy Pawo­nis

Pla­neta wisiała w dole, cała zie­lona, nie­bie­ska i migo­cząca świa­teł­kami rodzą­cych się miast. Nazy­wa­li­śmy ją Nowy Pawo­nis. Pawo­niska nazwa ich nowego domu była tro­chę bar­dziej poetycka, jed­nak dla ludz­kiego ucha i tak brzmiała jak plu­jąco-sycząca zbitka dźwię­ków.

Przez sie­dem­dzie­siąt lat, odkąd ich tu osie­dli­li­śmy, przy­rost popu­la­cji było ogromny i mogli się teraz pochwa­lić mia­stami na kilku kon­ty­nen­tach. Wyglą­dało na to, że gatu­nek prze­trwa.

Ale czy będzie jesz­cze z nami gadał, to już zupeł­nie inna kwe­stia.

Ode­bra­łem sygnał od drona cargo z moim man­nym, infor­mu­jący, że wylą­do­wał. Wes­tchnąw­szy w myślach, przy­go­to­wa­łem się do opusz­cze­nia VR-ki i uda­nia się na spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­lem Pawo­ni­sów, zapewne dość nie­przy­jemne.

Pod­łą­czy­łem się do manny'ego - zdal­nie ste­ro­wa­nego andro­ida - przez kanał UNOP i prze­łą­czy­łem na niego swój punkt widze­nia. Kiedy włą­czyły się wewnętrzne układy, poświę­ci­łem mili­se­kundę na rozej­rze­nie się po już dobrze zna­nej ładowni i zdją­łem się ze sto­jaka. Wrota otwo­rzyły się auto­ma­tycz­nie, uka­zu­jąc stan­dar­dową pawo­ni­ską eskortę woj­skową, z kara­bi­nami w pogo­to­wiu, pew­nie już odbez­pie­czo­nymi. Stado dwu­me­tro­wych sury­ka­tek, zupeł­nie nie­słod­kich. Nie odwie­dza­łem ich od kil­ku­dzie­się­ciu lat, głów­nie dla­tego, że ostat­nie spo­tka­nie było, można by rzec, napięte.

Uśmiech­ną­łem się, po pro­stu, żeby zoba­czyć, jak zare­agują, uwa­ża­jąc, by nie poka­zy­wać zębów, i zasa­lu­to­wa­łem po wol­kań­sku. Dowódca oddziału odsło­nił zęby - co u Pawo­ni­sów nie było przy­ja­ciel­skim gestem - i odpo­wie­dział salu­tem z trzema pal­cami mniej.

Ewi­dent­nie zapo­znał się z ludzką kul­turą.

Pod­sze­dłem do grupy żoł­nie­rzy i uśmiech­ną­łem się do nich nale­ży­cie po pawo­ni­sku.

- Co tam, pano­wie?

Nie­po­trzeb­nie. Dowódca odpo­wie­dział baso­wym wark­nię­ciem i mach­nął bro­nią w kie­runku pobli­skiego namiotu. Namiot roz­bili. Wyglą­dało na to, że nawet nie zasłu­guję na spo­tka­nie w pomiesz­cze­niu. A może to jed­nak dobry znak, bo... Nie, nie udało mi się niczego takiego wymy­ślić.

Wsze­dłem do środka i przyj­rza­łem się sie­dzą­cemu za biur­kiem Pawo­ni­sowi. Był trze­cim zarządcą pla­nety po Haz­dżar i nie wyglą­dał ani tro­chę życz­li­wiej od swo­jego poprzed­nika. Zatę­sk­ni­łem za Haż­dżar. Ona przy­naj­mniej rozu­miała sytu­ację, w któ­rej zna­leźli się Pawo­nisi. Jakimś spo­so­bem po jej śmierci ele­ment tej histo­rii, w któ­rym Inni nisz­czą ich pier­wotny świat, tak, że nie nadaje się do życia, prze­stał być... ahem... eks­po­no­wany. Zaczęło domi­no­wać prze­ko­na­nie, że to my to zro­bi­li­śmy i nakła­ma­li­śmy. Tylko nikt nie potra­fił podać sen­sow­nego powodu.

- Jestem Da Azzma Hizz - powie­dział, wska­zu­jąc krze­sło. - Repre­zen­tuję wszyst­kich Pawo­ni­sów. Czy ty repre­zen­tu­jesz wszyst­kich ludzi?

- Jestem Jacques Johans­son. Repre­zen­tuję ludzi, dla celów tej trans­ak­cji. - Była to taka pawo­ni­ska for­mal­ność.

Azzma prze­su­nął ku mnie jakieś papiery.

- Dys­po­nu­jemy umó­wio­nymi ilo­ściami poszcze­gól­nych pier­wiast­ków, zgod­nie z pla­nem. Ozna­cza to, że dwie auto­fa­bryki w ukła­dzie, będące obec­nie wła­sno­ścią ludzi, zostaną w cało­ści spła­cone. Czy się zga­dzasz?

Zer­k­ną­łem na papiery. Wszystko wyda­wało się w porządku. Pro­po­no­wa­li­śmy Pawo­ni­som, że po pro­stu oddamy im auto­fa­bryki, ale odmó­wili. Nie byłem pewien, czy to nie­chęć do cze­goś, co można ode­brać jako litość, czy też nie chcieli być naszymi dłuż­ni­kami, nawet moral­nymi.

- Zga­dzam się. Bel­le­ro­font dotrze do was w nie­cały rok. Zbie­rze wlewki i dostar­czy wam auto­fa­bryki z orbity.

Patrzy­li­śmy na sie­bie nad bla­tem biurka. Dzi­siaj nie będzie żad­nych uprzej­mo­ści. Wresz­cie Azzma się ode­zwał:

- Przy­znaję, że ta umowa kłóci się z domi­nu­jącą u nas teo­rią spi­skową na temat Bobów. Powin­ni­ście trzy­mać nas w nie­wie­dzy i przy­wią­za­nych do pla­nety.

- Mam nadzieję, że to tro­chę zła­go­dzi napię­cia mię­dzy naszymi rasami - odpar­łem.

- Może tro­chę. - Rzu­cił mi odpo­wied­nik wąskiego uśmieszku. - Wiesz, Żok, ja czy­ta­łem dzien­nik Haz­dżar. Ona nie uwa­żała was za wro­gów. Ale teraz to pogląd mniej­szo­ści.

Wes­tchną­łem i przez chwilę oglą­da­łem swoje dło­nie.

- Azzma, mając auto­fa­bryki, będzie­cie mogli budo­wać statki mię­dzy­gwiezdne. W ramach umowy dosta­je­cie pro­gramy do ich budowy. Tylko że... - Spoj­rza­łem na niego. - Ten kosmos w waszej oko­licy jest pełen ludzi. Coraz bar­dziej pełen. Za dużo nie­kon­tro­lo­wa­nej wro­go­ści może się oka­zać czymś destruk­cyj­nym, nie sądzisz?

Patrzył na mnie przez chwilę.

- Rozu­miem, Żok. Macie prze­wagę liczebną i zbrojną, jeśli przyj­dzie co do czego. Ale my nie jeste­śmy tymi... - Patrzył przez moment w sufit, po czym się uśmiech­nął. - Klin­go­nami. Tak to się nazywa u ludzi? Wiemy, co to ustęp­stwa.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem, a ktoś w mojej gwar­dii hono­ro­wej mruk­nął:

- I cier­pli­wość.

Azzma rzu­cił ostre spoj­rze­nie ponad moim ramie­niem.

- Mamy duże postępy w odbu­do­wie waszej macie­rzy­stej pla­nety - powie­dzia­łem, pró­bu­jąc zła­go­dzić atmos­ferę. - Mniej wię­cej na jed­nej trze­ciej z powro­tem coś rośnie. Na pewno nie chcie­li­by­ście...?

- W swoim cza­sie, Żok. Kie­dyś tam pole­cimy. Ja nie pod­wa­żam umie­jęt­no­ści Bobów, ale tu jest teraz świat wszyst­kich żyją­cych Pawo­ni­sów. Stara pla­neta to pomnik cze­goś, czego już nie ma.

- Rozu­miem. - Kiw­ną­łem głową i wsta­łem. - Zacho­wamy ją dla was, gdy­by­ście kie­dyś pod­jęli decy­zję. - Odwró­ci­łem się do eskorty. - No, chło­paki, idziemy?

Dowódca oddziału obna­żył zęby - znowu - i odsu­nął się, by zro­bić mi miej­sce. Odwró­ci­łem się jesz­cze do Azzmy i wymie­ni­li­śmy pawo­ni­skie ski­nie­nia głową. Zła­pa­łem się na tym, że tęsk­nię za Haz­dżar i jej wer­sją wol­kań­skiego salutu.

Efe­me­rydy. Trudno było tak nie pomy­śleć.

***

Szczęk­nęło, mój dron trans­por­towy przy­bił do sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej. Ponie­waż ostat­nio coraz czę­ściej uży­wa­li­śmy man­nych do wystę­po­wa­nia lokal­nie, budo­wane teraz sta­cje miały coś w rodzaju prze­strzeni miesz­kal­nej i sta­cji do doko­wa­nia. Wysia­dłem z ładowni drona i pod­sze­dłem do kap­suły manny'ego. W przy­padku człe­ko­kształt­nych andro­idów kap­suły wła­ści­wie już zastą­piły star­sze i więk­sze sto­jaki. Gdy się zamknęła, do manny'ego pod­łą­czyły się pępo­winy i rurki zasi­la­jące. Wyłą­czy­łem się i prze­sko­czy­łem punk­tem widze­nia do oso­bi­stej VR-ki.

Moja ostat­nia deko­ra­cja, domek nar­ciar­ski, już mnie nudziła. Wyglą­dało na to, że nie jestem w sta­nie dłu­żej utrzy­mać zain­te­re­so­wa­nia jed­nym moty­wem, ale też nie mam ener­gii, by popra­co­wać nad czymś z więk­szym roz­ma­chem. Wes­tchną­łem i zre­se­to­wa­łem VR-kę do domyśl­nego motywu biblio­teki.

Wie­dziony kapry­sem wysła­łem wia­do­mość do Ferba. Odpo­wie­dział od razu, a ja poja­wi­łem się w cen­trum zarzą­dza­nia Pro­jek­tem Rekul­ty­wa­cji Pawo­nisa. Znaj­do­wało się na plat­for­mie do Zgro­ma­dzeń i było ośrod­kiem naszych prób odbu­do­wa­nia macie­rzy­stej pla­nety Pawo­ni­sów, które trwały już pra­wie od stu lat.

Rozej­rza­łem się po pustym pomiesz­cze­niu, czu­jąc falę nostal­gii. Tyle lat poświę­ci­li­śmy na roz­wią­za­nie pro­blemu zre­ani­mo­wa­nia pawo­ni­skiej eko­lo­gii z zale­d­wie garstki pró­bek roślin­nych i zwie­rzę­cych, zebra­nych w wiel­kim pośpie­chu, gdy na pla­netę już sunęła armada Innych. Para­doks - teraz, gdy wresz­cie coś osią­ga­li­śmy, oka­zało się, że Pawo­nisi mają to gdzieś.

Ferb poja­wił się, gdy tak sta­łem i roz­my­śla­łem.

- Hej, stary - rzu­cił. - Kopę lat.

- No... ten... - Obją­łem pomiesz­cze­nie gestem. - Duchy. Wygląda to tak, jak­by­śmy porzu­cili pro­jekt.

- Oj tam, Jacques, nie bądź melo­dra­ma­tyczny. Prak­tycz­nie wszystko jest zauto­ma­ty­zo­wane. Potrzeba może ze dwóch godzin na mie­siąc, żeby spraw­dzić, czy wszystko działa.

- Aha. To dla­tego, tak? A gdzie się podziewa Fine­asz?

Wbił we mnie wzrok.

- A czemu ty to wycią­gasz?

- Bo to jest praw­dziwy powód, dla­czego to miej­sce jest takie puste. Coś się odzy­wał?

- Nie na żywo. - Opu­ścił wzrok. - Nie chciało mu się budo­wać sta­cji prze­kaź­ni­ko­wych, a jest w cho­lerę daleko poza zasię­giem UNOP-a. Może z raz na mie­siąc dostaję trans­mi­sję radiową, mocno zdop­ple­ro­waną.

- Leci do Wiel­kiego Obłoku Magel­lana. Tro­chę mu się zej­dzie.

- Do czego zmie­rzasz, Jacques?

- Ty, ja, Fine­asz, Claude... wszyst­kich nas drę­czy to, co się stało. Duchy. Duchy miliar­dów Pawo­ni­sów...

- Zro­bi­li­śmy wszystko, co w naszej mocy.

Wes­tchną­łem.

- Wiem, wiem. Ale i tak jest koszt emo­cjo­nalny. Zwłasz­cza że Pawo­nisi wcale nas za te trudy nie doce­nili. I wszy­scy, co do jed­nego, któ­rzy bra­li­śmy w tym udział, szu­kamy sobie cze­goś moż­li­wie naj­bar­dziej odle­głego. Ale Fine­asz... - Prych­ną­łem. - On to chyba prze­giął, nie?

Ferb kiw­nął głową, przez chwilę widać było nie­znaczny cień uśmie­chu.

Prze­krzy­wi­łem głowę, przy­pa­tru­jąc mu się.

- A co ty ostat­nio pora­biasz?

- W LARP-y się wkrę­ci­łem. Zna­czy... bar­dziej pro­jek­tuję kam­pa­nie, niż sam gram. - Teraz się naprawdę uśmiech­nął. - Gra­cze... wiesz, Gan­dalf i jego grupa... robią w wir­cie na żywo kam­pa­nie z D&D. Ale mają pro­blem, bo wszy­scy chcą grać, a nikt nie chce być DM-em, więc nawet się cie­szą, że ktoś chce pomóc. A ja, ten...

- Co?

- Muszę przy­znać, że cza­sem czuję się przy nich nie­swojo. Nie żeby jacyś nie­bez­pieczni byli... po pro­stu... to obce osoby, ale wszyst­kie wyglą­dają jak ja, rozu­miesz? Nie­któ­rzy to stu­pro­cen­towe buce.

- Taa. Dryf repli­ka­cyjny. Jest coś takiego, jak mówi Bill. To czemu z nimi pra­cu­jesz?

Wzru­szył ramio­nami.

- Przy­naj­mniej mam jakieś zaję­cie.

- To już nie było nic lep­szego?

- Dzięki, mamo. - Zawa­hał się. - Tak wła­ści­wie, to pra­cuję nad jedną taką rze­czą. Ale jest jesz­cze nie­go­towa. Nie roz­po­wia­daj, dobra?

Teraz mnie zain­te­re­so­wał.

- Dobra.

- Buduję sam dla sie­bie wielki trans­por­to­wiec i wypa­ko­wuję go prze­kaź­ni­kami UNOP, w wer­sji mini­mum, żeby były jak naj­mniej­sze. Jak będę gotowy, wyru­szę pro­sto w kie­runku galak­tycz­nej pół­nocy. Po dro­dze będę roz­rzu­cał sta­cje prze­kaź­ni­kowe. Chcę wyjść na co naj­mniej tysiąc lat świetl­nych nad płasz­czy­znę galak­tyki. Wtedy będę mógł zoba­czyć, co jest po jej dru­giej stro­nie.

- Ale wiesz, mógł­byś po pro­stu wsa­dzić MSI do statku, dać jakieś pole­ce­nia i ni­gdzie się nie ruszać.

- Mógł­bym... ale to nie to samo. A może masz rację w kwe­stii Fine­asza. I nas wszyst­kich. Może fak­tycz­nie chcemy gdzieś uciec. - Rzu­cił mi spoj­rze­nie, które musiał­bym okre­ślić jako bła­galne, jakby pro­sił o wyba­cze­nie, czy coś takiego. - Muszę lecieć, Jacques. Poga­damy kiedy indziej.

Z jakie­goś powodu nie wie­rzy­łem, że to się wyda­rzy. Pstryk i znów zosta­łem sam w cen­trum zarzą­dza­nia rekul­ty­wa­cją. Tylko z duchami.

2. Jakie mamy opcje. Bob, sty­czeń 2296, nad Ede­nem

2. Jakie mamy opcje Bob, sty­czeń 2296, nad Ede­nem

Kosmos jest ogromny.

Wiem, że to brzmi, jak "no nie mów", zresztą Douglas Adams już to powie­dział, ale kiedy roz­glą­dasz się na dosłow­nie mię­dzy­gwiezdne odle­gło­ści za poje­dyn­czym stat­kiem kosmicz­nym, kosmos po pro­stu rzuca się na cie­bie ze swoim ogro­mem.

Ben­der zagi­nął ponad sto lat temu. Mimo że Bill roze­słał plany UNOP-a, urzą­dze­nia do łącz­no­ści nad­świetl­nej, do wszyst­kich ukła­dów, do któ­rych mógłby reali­stycz­nie dotrzeć Ben­der, mimo poszu­ki­wań wzdłuż jego praw­do­po­dob­nego kursu pro­wa­dzo­nych przez Vic­tora i potem jego klony Marvina i Luke'a, nie zna­leź­li­śmy ani włosa z głowy Ben­dera. Ani śrubki czy płytki, zwa­żyw­szy, że był samo­świa­do­mym stat­kiem kosmicz­nym i w ogóle.

Trzeba to chyba wyja­śnić. Ben­der jest kom­pu­te­rem, który myśli, że jest nie­ja­kim Rober­tem Johans­so­nem, inży­nie­rem łamane przez ner­dem, zmar­łym w począt­kach XXI wieku. Tak samo wszy­scy inni Bobo­wie, w tym i ja. Ja byłem pierw­szym repli­kan­tem, wystrze­lo­nym z Ziemi w roku 2133. Każdy Bob we wszech­świe­cie jest moim potom­kiem, bo tak wła­śnie dzia­łają sondy von Neu­manna. Robią swoje kopie. Mamy już tysiące Bobów, roz­sia­nych po sfe­rze o pro­mie­niu pra­wie stu lat świetl­nych wokół Układu Sło­necz­nego.

Ben­der pocho­dził z dru­giego miotu moich klo­nów, zbu­do­wa­nych w Del­cie Eri­dani. Wyru­szył w kie­runku Gammy Lepo­ris A i słuch o nim zagi­nął. Wielu Bobów zgi­nęło przez te lata w bitwach, nie­któ­rzy nie mieli kopii zapa­so­wej, lecz Ben­der po pro­stu znik­nął bez śladu i bez powodu.

Zna­łem jego pier­wotny cel, ale podob­nie znał go Vic­tor, Marvin i Luke - i też guzik zna­leźli. A kon­kret­nie to nie zna­leźli żad­nych śla­dów, które mogłyby świad­czyć, że w ogóle dotarł do tej Gammy Lepo­ris. Żad­nej auto­fa­bryki, wydo­by­cia surow­ców, sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej, żad­nego śladu Bus­sarda wcho­dzą­cego czy wycho­dzą­cego z układu.

Wła­śnie wró­ci­łem do Delty Eri­dani po wiel­kiej piel­grzymce na Zie­mię. Była to dla mnie mocno emo­cjo­nalna wycieczka - Zie­mia, kiedy wyj­dzie z tej epoki lodow­co­wej, będzie na pewno dia­me­tral­nie inna, więc to była ostat­nia wizyta w domu, jesz­cze moż­li­wym do roz­po­zna­nia. Para­doks: ludz­kość roz­wią­zała pro­blem glo­bal­nego ocie­ple­nia, wdra­ża­jąc ato­mową zimę. I zabi­ja­jąc po dro­dze 99,9% sie­bie, ale nikt już tego nie liczy. Głupi ci ludzie.

Układ Delty Eri­dani wyglą­dał w zasa­dzie tak, jak go zosta­wi­łem. Układy wspar­cia auto­fa­bryk cały czas wydo­by­wały surowce z aste­roid, zwo­ziły je i odle­wały w sztaby gro­ma­dzone dla przy­szłych potrzeb. Z braku innych kon­kret­nych pole­ceń auto­fa­bryki powoli wytwa­rzały kolejne auto­fa­bryki oraz czę­ści zapa­sowe do moich roz­ma­itych mecha­nicz­nych słu­żą­cych.

Zado­wo­lony ze sta­tus quo wywo­ła­łem swoją rze­czy­wi­stość wir­tu­alną i roz­wa­li­łem się w fotelu z pod­nóż­kiem oto­czony biblio­teką. Regały pełne ksią­żek, od pod­łogi po sufit, zawsze mnie nie­za­wod­nie relak­so­wały. Kol­czatka natych­miast wsko­czyła mi na kolana, mru­cząc z zado­wo­le­niem, a Jeeves przy­niósł świeżą kawę.

VR-ka była nie­zbęd­nym ele­men­tem mojej egzy­sten­cji. Bez niej był­bym tylko odcie­le­śnio­nym mózgiem. W VR-ce mia­łem ciało, zwie­rzaki, dom. Przed zbu­do­wa­niem oso­bi­stego śro­do­wi­ska VR zwa­rio­wało czte­rech repli­kan­tów na pię­ciu. Jestem prze­ko­nany, że ist­nieje pewien zwią­zek.

- Prze­pra­szam, muszę się teraz sku­pić - powie­dzia­łem do kotki. Odwró­ci­łem się do Gupika, który stał jak zwy­kle na spo­cznij. - Zawieś Kol­czatkę i pokaż obraz miej­sco­wej prze­strzeni, wyśrod­ko­wany na nas, pro­mień czter­dzie­ści lat świetl­nych.

Wiel­kie rybie oczy mru­gnęły.

[Przy­ją­łem.]

Kol­czatka znik­nęła w roz­pik­se­lo­wa­nym obłoku. Chwilę póź­niej przede mną poja­wiła się sfera wypeł­niona licz­nymi świetl­nymi punk­tami, a każdy dla wygody był pod­pi­sany. Wszyst­kie układy gwiezdne w pro­mie­niu czter­dzie­stu lat świetl­nych od Delty Eri­dani, poka­te­go­ry­zo­wane według typu.

Nary­so­wa­łem pal­cem linię z Delty Eri­dani do Gammy Lepo­ris A - hipo­te­tyczny kurs Ben­dera. Odle­ciał w tym kie­runku, w roku 2165, ale ni­gdy nie dotarł do celu. Opcje: czyjś faul, jakiś wypa­dek, świa­doma decy­zja.

Pierw­sze dwie mogły pozo­sta­wić ślady - odłamki, krzy­żu­jący się ślad tego teo­re­tycz­nego napast­nika, pro­mie­nio­wa­nie, cokol­wiek. Po trze­ciej zostałby cho­ciaż skrę­ca­jący w bok ślad Bus­sarda. Ale by wykryć któ­rą­kol­wiek z tych alter­na­tyw, trzeba by peł­znąć z pręd­ko­ścią 5% c. Spraw­dze­nie całej trasy Ben­dera w ten spo­sób trwa­łoby trzy­sta dwa­dzie­ścia lat. Oczy­wi­ście, gdy­bym coś zna­lazł, nie szu­kał­bym dalej, ale i tak wyglą­dało to na bar­dzo dużo pra­wie niczego przez bar­dzo długi czas.

Jeste­śmy kom­pu­te­rami i jeste­śmy nie­śmier­telni. Dzia­łamy jed­nak z mili­se­kun­dową roz­dziel­czo­ścią, więc kil­ka­set lat to byłaby dla mnie wiecz­ność.

Wróćmy do trze­ciej opcji - umyśl­nej decy­zji. Jeśli coś zauwa­żył i skrę­cił, by to zba­dać, może ktoś lecący jego śla­dem także to zoba­czy? Luke i inni niczego nie dostrze­gli, zapewne jed­nak przy­glą­dali się bar­dziej samemu kur­sowi niż oko­licy. Ben­der zaś, odby­wa­jący długi lot mię­dzy­gwiezdny w przed-UNOP-owych cza­sach, roz­glą­dałby się za czymś dla zabi­cia nudy.

Parę mili­se­kund dra­pa­łem się po pod­bródku, ana­li­zu­jąc opcje. I ponow­nie zwró­ci­łem się do Gupika:

- Chyba trzeba to zaata­ko­wać ze wszyst­kich stron. Niech auto­fa­bryki zbu­dują setkę tych zwia­dow­ców dale­kiego zasięgu, jakich uży­wa­li­śmy w bitwie o 82 Eri­dani. I dopil­nuj, żeby miały odpo­wied­nio mocne sil­niki SURGE, do lotów mię­dzy­gwiezd­nych.

[Przy­ją­łem.]

Kiedy drony będą gotowe, wyślę je wzdłuż praw­do­po­dob­nego kursu Ben­dera z pręd­ko­ścią 5% c i będę wypa­try­wać cze­go­kol­wiek nie­ty­po­wego. A na razie nie ma sensu cze­kać. Pozwo­li­łem sobie jesz­cze na jedno dłu­gie spoj­rze­nie na obra­ca­jącą się pode mną pla­netę Eden i zsze­dłem z orbity, kie­ru­jąc się z pię­cioma g w stronę Gammy Lepo­ris.

***

Loty mię­dzy ukła­dami gwiezd­nymi nie obfi­tują w wyda­rze­nia - i dzięki Bogu. Trudno sobie wyobra­zić jakieś obfite wyda­rze­nia pomię­dzy gwiaz­dami, po któ­rych nie skoń­czył­bym jako obło­czek luź­nych ato­mów.

Zasta­na­wia­łem się, czy nie ogra­ni­czyć pręd­ko­ści do 0,75 c, żeby zacho­wać kon­takt z Bobi­wer­sum. UNOP umoż­li­wiał natych­mia­stową łącz­ność Bob­Ne­tem, ale jeśli ? robiło się zbyt duże (albo za niskie, trwała wciąż dys­ku­sja, jak wła­ści­wie należy wyra­żać wiel­kość zwaną "tau", czyli dyla­ta­cję czasu), inte­rak­cja w cza­sie rze­czy­wi­stym była nie­moż­liwa, nawet gdy­bym pod­krę­cił sobie zegar. Nie mogłem się jed­nak docze­kać spraw­dze­nia wła­snej teo­rii, zresztą Bobi­wer­sum robiło się ostat­nio coraz dzi­wacz­niej­sze i coraz bar­dziej frak­cyjne. Bobo­wie sta­wali się coraz mniej bobo­waci i szło to w kie­run­kach, które zdu­mia­łyby Pierw­szego Boba. Zresztą trudno, jeśli pod­czas mojej prze­rwy w łącz­no­ści osią­gną oso­bli­wość, czy coś podob­nego, mam nadzieję, że Bill zostawi jakąś notkę z instruk­cjami.

Zabi­ja­łem czas, prze­glą­da­jąc zar­chi­wi­zo­wane nagra­nia Del­tan. Byli pry­mi­tywną rasą rozumną, przy­po­mi­na­jącą coś w stylu dwu­noż­nej krzy­żówki świni z nie­to­pe­rzem. Ja ich prak­tycz­nie adop­to­wa­łem i przez poko­le­nie czy dwa byłem dla nich wiel­kim bogiem z nieba, a póź­niej dołą­czy­łem do ple­mie­nia pod posta­cią andro­ida. Minęły sześć­dzie­siąt trzy lata odkąd po raz ostatni wysze­dłem z Came­lotu po pogrze­bie Archi­me­desa. Bar­dzo za nimi tęsk­ni­łem - zwłasz­cza za tym, że żyjąc mię­dzy nimi, czu­łem się jak w rodzi­nie. Bill nie­raz kar­cił mnie, że nie­bez­piecz­nie jest prze­no­sić uczu­cia na bandę pry­mi­tyw­nych obcych. No i trudno.

***

Jak się oka­zało, sprawy stały się inte­re­su­jące, zanim w ogóle ? wzro­sło mi na tyle, by stra­cić kon­takt. Po dwóch subiek­tyw­nych mie­sią­cach lotu coś wyzwo­liło jeden ze skryp­tów moni­to­ru­ją­cych, które sobie pousta­wia­łem.

Gra­li­śmy wła­śnie w base­ball w VR-ce Zgro­ma­dze­nia Bobów, gdy Gupik wpadł bez zapo­wie­dzi. Wszy­scy Bobo­wie na boisku sta­nęli jak wryci. Poja­wie­nie się na mura­wie czy­je­goś Gupika musiało ozna­czać coś cie­ka­wego. Meta­dane mówiły, że jest mój, odło­ży­łem więc kij i unio­słem pyta­jąco brew. Jak zwy­kle, nie zare­ago­wał. Inter­fejs GUPIK słabo rozu­miał miny. Podob­nie jak sar­kazm, prze­no­śnie, iro­nię, mowę ciała i kon­wen­cje spo­łeczne. Gapił się, cze­ka­jąc, aż coś powiem.

- No?

To naj­wy­raź­niej wystar­czyło.

[Moni­to­ring astro­no­miczny wykrył ano­ma­lię. Mia­łem natych­miast infor­mo­wać.]

Dla Gupika "ano­ma­lia" mogła jed­nak zna­czyć cokol­wiek. Gupik Maria kie­dyś nazwał "ano­ma­lią" mar­twy eko­sys­tem całej pla­nety.

Luke i Marvin pod­bie­gli do mnie i cze­kali. Wie­dzieli, że lecę śla­dem Ben­dera i to może być jakaś nowina.

Zer­k­ną­łem na nich i powie­dzia­łem do Gupika:

- Wię­cej infor­ma­cji.

[Układ Eta Lepo­ris wyka­zuje nie­ty­pową sygna­turę pod­czer­woną oraz okre­sowe przy­ga­sa­nie świa­tła gwiazdy.]

Luke i Marvin spoj­rzeli po sobie. Luke powie­dział:

- Coś jak sygna­tura Roju Dysona? Myślisz, że to jakaś mega­kon­struk­cja? Ben­der na pewno by chciał to zba­dać.

Teraz już pra­wie wszy­scy gra­cze zleźli się do nas. No to nici dziś z base­ballu. Bill pierw­szy powie­dział to na głos:

- Dobra, pano­wie, to chyba byłoby tyle. W tym tygo­dniu rezy­gnu­jemy z wyma­ga­nia mini­mum pię­ciu gier. Do pubu!

Gra­cze wydali parę okrzy­ków i zaczęli zni­kać z base­bal­lo­wej VR-ki.

Odpra­wi­łem Gupika, potem prze­sko­czy­łem do pubu z Lukiem i Marvi­nem, macha­jąc na Jeevesa-rezy­denta, żeby przy­niósł to, co zawsze.

Zaję­li­śmy sto­lik, Luke wbił we mnie wzrok.

- Dajesz.

- No... wie­cie, że lecąc śla­dem Ben­dera, roz­glą­da­łem się za czymś nie­ty­po­wym. Mam teo­rię, że coś zoba­czył i zmie­nił kurs, a my po pro­stu nie wykry­li­śmy łagod­nego wygię­cia śladu Bus­sarda.

- Dobra, dobra. Dawaj puentę.

Uśmiech­ną­łem się do Luke'a, sygna­li­zu­jąc, że "będę to cią­gnął, ile tylko się da" i mówi­łem dalej.

- Oczy­wi­ście nie mia­łem poję­cia, gdzie patrzył i co mógł zaob­ser­wo­wać, więc roz­glą­da­łem się w zasa­dzie za wszyst­kim. Musia­łem doło­żyć Gupi­kowi dru­gie tyle pamięci, żeby nadą­żał.

- I zna­la­złeś sygna­turę mega­kon­struk­cji?

- Zna­la­złem - chyba - coś, co można tak zin­ter­pre­to­wać. Pyta­nie brzmi: czy pod­jąć decy­zję o zmia­nie kursu, żeby to zba­dać? Jeśli to okaże się fał­szy­wym alar­mem, będę musiał prak­tycz­nie zaczy­nać od zera. I już pomińmy czas potrzebny, żeby zawró­cić - w końcu wymie­szamy mate­rię mię­dzy­gwiezdną na tyle, że w życiu nie znaj­dziemy śladu.

- Chyba musisz zmie­nić ten kurs - powie­dział Marvin. - Jeśli będzie potrzeba, ja powiem MSI w Del­cie Eri­dani, żeby zbu­do­wała nowy sta­tek, i sklo­nuję się do niego. Szyb­ciej, niż gdy­byś miał zawra­cać albo któ­ryś z nas przy­la­ty­wać.

- Jasne. Daj mi sekundę.

Prze­sko­czy­łem do oso­bi­stej VR-ki. Gupik, jak zawsze, stał na spo­cznij. Milio­nowy raz zasta­no­wi­łem się, czy nie zmie­nić mu tego admi­rała Akbara. I milio­nowy raz moje gów­niar­skie poczu­cie humoru wygrało.

- Gupik, skrę­camy w kie­runku ano­ma­lii. Kiedy skoń­czysz, podaj prze­wi­dy­wany czas podróży. Niski prio­ry­tet, nie trzeba się poja­wiać na zgro­ma­dze­niu.

[Przy­ją­łem.]

Prze­sko­czy­łem z powro­tem do Marvina i Luke'a, przy­ła­pu­jąc Luke'a na pró­bo­wa­niu mojego piwa.

- Ej, jakieś gra­nice?

- A co, zaraz­ków ci napusz­czę? - Luke się wyszcze­rzył. - Cał­kiem nie­złe czer­wone ale. Tro­chę się zdzi­wi­łem, bo pamię­ta­łem, że głów­nie ciemne pijesz.

- To przez Howarda. Na Wol­ka­nie kwit­nie bro­war­nic­two i Howard cią­gle prze­nosi jakieś sza­blony do VR-ki. Tym mnie ostat­nio poczę­sto­wał.

Marvin powoli poki­wał głową.

- Two­rzy mię­dzy­gwiezdne szlaki han­dlowe.

Zmarsz­czy­łem czoło.

- Przy cza­sie lotu liczo­nym w latach. Prze­cież się...

- Oka­zuje się, o wielki ojcze wszyst­kich Bobów, że "się nie". Kap­suły hiber­na­cyjne bar­dzo dobrze kon­ser­wują piwo.

Łyp­ną­łem na Marvina, za tę korektę i jesz­cze przy­tyk po dro­dze.

- A myśla­łem, że pozbył się udzia­łów w desty­larni Enni­scor­thy.

- Tak. Oddał je Pierw­szej Brid­get i Stéphane'owi. I jej dzieci odzie­dzi­czyły ją po jej śmierci. Ale tam się spe­cja­li­zo­wali w moc­nych alko­ho­lach. Pamię­tasz Wielką Romu­lań­ską Pre­zy­dencką Aferę?

Wszy­scy się zaśmia­li­śmy. Cran­ston w stu pro­cen­tach zasłu­żył na to, co go spo­tkało, i ni­gdy nie był w sta­nie zebrać żad­nych dowo­dów, że to Howard wszystko zaaran­żo­wał.

- Howard i Brid­get wyku­pili na Wol­ka­nie parę mikro­bro­wa­rów i wyraź­nie mają jakiś natu­ralny talent do two­rze­nia i sprze­da­wa­nia dia­bel­skiego napoju - cią­gnął Marvin. - Albo po pro­stu kuma­cję biz­ne­sową. I teraz ich bro­war jest w pierw­szej trójce w ukła­dzie Omi­kron-2 Eri­dani.

- Hmmf... - Potar­łem pal­cem pod­bró­dek. Tik ner­wowy, który wykształ­cił mi się nie wia­domo kiedy. Pierw­szy Bob nie miał cze­goś takiego, ani żaden z moich klo­nów. - No, cie­czy nie da się dru­ko­wać, a samo prze­sła­nie prze­pisu nic ci nie da, jeśli nie masz skład­ni­ków, więc chyba fak­tycz­nie fizyczny eks­port to jedyne wyj­ście. - Unio­słem szklankę na zdro­wie. - Za Howarda, biz­nes­mena w rodzi­nie.

Powoli popi­ja­jąc piwo, rozej­rza­łem się po pubie. Wyglą­dało na to, że moda i styl są dzi­siaj o wiele bar­dziej uroz­ma­icone. Bobo­wie mieli też ten­den­cję do sku­pia­nia się w podob­nie ubrane grupki, jakby samo­czyn­nie fil­tro­wali się po stylu. Przy­siągł­bym, że część jest na pogra­ni­czu cosplayu. Prawda, nie było Klin­go­nów i ani jed­nego Chew­bakki, ale nie­które stroje koja­rzyły się z Następ­nym poko­le­niem. Albo z sza­tami ryce­rzy Jedi. Był nawet Bob w gar­ni­tu­rze z kra­wa­tem. Kto, u licha, z wła­snej woli wkła­dałby gar­ni­tur i kra­wat?

Zmarsz­czy­łem czoło i wska­za­łem Marvi­nowi głową typa w gar­ni­tu­rze. Odpo­wie­dział zaże­no­wa­nym uśmiesz­kiem i wzru­sze­niem ramion.

- Mnie nie pytaj. Wygląda na to, że dryf repli­ka­cyjny przy­śpie­sza. Mamy pięt­na­ście do dwu­dzie­stu poko­leń, i to już nie jest tylko kwe­stia regre­syw­nych albo eks­pre­syw­nych cech Pierw­szego Boba. Róż­nice się nawar­stwiają i nie­które klony idą w cał­kiem nowe strony.

- Aha, a te ubra­nia? Pra­wie cosplay.

Mina Marvina się nie zmie­niła.

- Nie­które to pew­nie dla zabawy. Albo w ramach iro­nicz­nego komen­ta­rza. Ale reszta... no, sam nie wiem, czy ubra­nie wpływa na ich oso­bo­wość, czy na odwrót. Typy od Następ­nego poko­le­nia gadają o stwo­rze­niu praw­dzi­wej orga­ni­za­cji w stylu Gwiezd­nej Floty, żeby moni­to­ro­wała - takiego dokład­nie uży­wają słowa - wpływ Bobi­wer­sum na bio­lo­giczne istoty.

- Rany boskie. I jak oni to zro­bią? Wpro­wa­dzą jakieś prawa? Stwo­rzą poli­cję?

- Bob, na razie to tylko dys­ku­sja. Nikt nie napiera na zmiany orga­ni­za­cyjne. Przy­naj­mniej na razie.

- Ma to coś wspól­nego z Tho­rem i jego grupą lob­bin­gową, po woj­nie z Innymi?

- Nie, zupeł­nie nie. Thor i jego grupa po pro­stu dali do zro­zu­mie­nia, czego chcą, nie chcieli niczego narzu­cać resz­cie. A ci... - Wska­zał typów z Następ­nego poko­le­nia. - Są tro­chę bar­dziej inwa­zyjni, jeśli rozu­miesz, co mam na myśli.

Pokrę­ci­łem głową, nie chcąc poświę­cać na to wię­cej psy­chicz­nej ener­gii. Pod­nio­słem rękę, Jeeves poja­wił się z kolej­nym piwem.

***

Prze­sze­dłem do oso­bi­stej VR-ki, czu­jąc przy­jemny szme­rek od piwa i nie tak przy­jemny nie­po­kój, że coś się kroi. Szme­rek zaraz wyłą­czy­łem, z nie­po­ko­jem nie dało się tego zro­bić. Bill miał rację - za mało cho­dzi­łem na Zgro­ma­dze­nia, ale dzi­siej­sze nowo­ści wcale mnie do tego nie zachę­ciły.

Ostat­nio dobu­do­wa­łem do swo­jej biblio­teki zewnętrzne patio, z meblami ogro­do­wymi do kom­pletu. Było tam nie­usta­jące późne lato/wcze­sna jesień, z cie­płym słoń­cem i chłod­nym wie­trzy­kiem. Nad jezio­rem krzy­czały nury, kon­ku­ru­jąc z gęsiami i innym ptac­twem. Wzdy­cha­jąc z zado­wo­le­niem, opa­dłem na fotel i zawo­ła­łem Gupika.

- Odpal, pro­szę, Kol­czatkę i Jeevesa. Potem daj info o zmia­nie kursu.

Jeeves poja­wił się nade mną z dzban­kiem kawy i tale­rzem kana­pe­czek bez skórki. Kol­czatka uka­zała się na moich kola­nach, dokład­nie w tym miej­scu, gdzie ją zawie­si­łem. Podra­pa­łem ją za uchem i od razu zaczęła mru­czeć.

Wresz­cie, z kanapką w jed­nej dłoni i kawą w dru­giej, byłem gotowy do pracy.

- Sta­tus?

[W dro­dze do Ety Lepo­ris. Czas lotu: około trzy­dzie­stu pię­ciu lat, wli­cza­jąc czas nie­zbędny na zmianę kie­runku.]

- Wow, kawał drogi. Będę w zasięgu UNOP-a, kiedy dole­cimy?

[Nie. Wyma­gana budowa i uru­cho­mie­nie sta­cji prze­kaź­ni­ko­wej.]

Cho­lera. Kolejna strata czasu. Ale co pora­dzić.

Oczy­wi­ście, jeśli okaże się, że w Ecie Lepo­ris nie ma odpo­wied­nich surow­ców, wyjdę tro­chę na głupka.

- Dobra, Gupik, wyślij do dro­nów pole­ce­nia, by w mini­mal­nym cza­sie dotarły do miej­sca, w któ­rym zmie­ni­li­śmy kurs. I niech zba­dają cały ten obszar pod kątem śla­dów Bus­sarda.

[Przy­ją­łem. Zaj­mie im to około dwu­dzie­stu czte­rech mie­sięcy.]

- Rozu­miem. Daj znać, kiedy dotrą i zaczną badać, a potem daj raport, kiedy wyślą wyniki.

Gupik zamru­gał i znik­nął. Opa­dłem z powro­tem w fotel z pod­nóż­kiem i zało­ży­łem ręce za głowę.

Pierw­szy pro­blem - łącz­ność.

Mogę - być może - zbu­do­wać sta­cję prze­kaź­ni­kową, kiedy dolecę do Ety Lepo­ris, wysłać ją kur­sem powrot­nym i kazać zatrzy­mać się w poło­wie drogi. Ale to nie­opty­malne. Poza nie­wia­domą dostęp­no­ścią mate­ria­łów u celu był­bym poza sie­cią przez całe lata. Zna­czy kolejne lata.

Mogłem jed­nak pole­cić auto­fa­bryce w Del­cie Eri­dani, żeby zbu­do­wała peł­no­wy­mia­rową sta­cję prze­kaź­ni­kową z napę­dem SURGE, i wysłała ją tam. To będzie szyb­sze, bo ona może od razu zaczy­nać, ale pewna prze­rwa w łącz­no­ści powsta­nie i tak.

Żeby jej zapo­biec, mogłem wziąć któ­re­goś drona ze swo­jej ładowni, prze­ro­bić go na UNOP-ową sta­cję prze­kaź­ni­kową i wyrzu­cić po dro­dze z pole­ce­niem hamo­wa­nia do zero­wej pręd­ko­ści. Nie będzie to ide­alne - po pierw­sze, nie będzie miał zdol­no­ści do napraw i ulep­szeń. I prze­pu­sto­wość też będzie słaba, z uwagi na ogra­ni­cze­nia wiel­ko­ści. No cóż, i tak nie zamie­rzam stam­tąd pro­wa­dzić żad­nych Zgro­ma­dzeń. Da się z tym żyć. A na wypa­dek awa­rii może zosta­wię dro­nowi parę szo­pów.

Zresztą i tak będzie musiał dzia­łać tylko przez parę lat, póki nie doleci więk­sza i moc­niej­sza sta­cja z Delty Eri­dani. A inwe­sty­cja sprzę­towa jest mini­malna. Zapa­so­wych dro­nów i szo­pów mia­łem w ładowni aż nadto na pod­sta­wowe potrzeby.

Dobra, jeden pro­blem roz­wią­zany. Wpi­sa­łem potrzebne zada­nia na listę. Teraz pro­blem Ben­dera...

Punkt 1: Spora szansa, że zbo­czył z kursu ku Ecie Lepo­ris. Ale jeśli to okaże się nie­prawdą, dostanę raport z dro­nów na długo, zanim tam dotrą. Zawia­do­mię Marvina i będę mógł zawró­cić, żeby pod­jąć ślad. Zatem dla dal­szej dys­ku­sji załóżmy, że tak nie jest.

Punkt 2: Eta Lepo­ris wyka­zuje cechy suge­ru­jące, że mieszka tam inte­li­gen­cja ze zdol­no­ścią lata­nia w kosmos. Taka, która zbu­do­wała lub buduje mega­kon­struk­cję. Samo to od razu przy­wio­dło na myśl Innych. Wzdry­gną­łem się na myśl o kolej­nej wie­lo­let­niej mię­dzy­gwiezd­nej woj­nie.

Punkt 3: Jeśli przy­jąć, że jest tam cywi­li­za­cja, że zbu­do­wała jakąś mega­kon­struk­cję i że Ben­der pole­ciał ją zba­dać, jest wysoce praw­do­po­dobne, że coś mu się tam stało. Ina­czej zbu­do­wałby sta­cję kosmiczną, która już zdą­ży­łaby prze­słać po radiu jego dzien­niki. I dawno dostałby plany UNOP-a i był na Bob­Ne­cie dzięki łącz­no­ści nad­świetl­nej.

Wnio­sek: Wska­zana zwięk­szona ostroż­ność.

Zachi­cho­ta­łem, widząc, jak biu­ro­kra­tycz­nie to zabrzmiało. Ale to prawda. Nor­mal­nie wcho­dzimy do układu pod kątem, zamiast lecieć bez­po­śred­nio na gwiazdę, i zacho­wu­jemy wystar­cza­jącą pręd­kość, by móc wewnątrz układu szybko skrę­cić. Tym razem chyba na począ­tek lep­sza będzie orbita par­kin­gowa gdzieś w Obłoku Oorta. I dużo dro­nów-zwia­dow­ców. Ale bez masko­wa­nia - masko­wa­nie zakłóca SUD­DAR, naszą pod­prze­strzenną wer­sję radaru.

Prze­tar­łem oczy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym - co w VR-ce nie ma więk­szego sensu, poza tym, że jest przy­jemne - i zaczą­łem inwen­ta­ry­zo­wać swoje zasoby. Trzeba będzie napro­du­ko­wać po dro­dze tro­chę rze­czy. No super!

3. Kło­poty. Bob, wrze­sień 2331, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

3. Kło­poty Bob, wrze­sień 2331, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Zatrzy­ma­łem się, mówiąc w prze­no­śni, o ponad 50 au od Ety Lepo­ris. Defi­ni­cje, gdzie leży Pas Kuipera i Obłok Oorta, są cał­ko­wi­cie arbi­tralne, zwłasz­cza dla ukła­dów innych niż Sło­neczny, ale pewne prak­tyczne róż­nice ist­nieją. Na przy­kład, im dalej, tym rzad­sza jest mate­ria. Tym trud­niej zna­leźć złoża metali. Fizyka powsta­wa­nia ukła­dów gwiezd­nych miała pewne pra­wi­dło­wo­ści - a jedna z nich to, że cięż­sze pier­wiastki gro­ma­dzą się bar­dziej w środku, a cały lód i zamro­żone gazy na zewnątrz. W Pasie Kuipera i Obłoku Oorta były wła­ści­wie wyłącz­nie zamro­żone bryły skon­den­so­wa­nych gazów wyrzu­co­nych ze środka układu przy zapło­nie gwiazdy. Ale, jak przy kro­plach desz­czu, kon­den­sa­cja zacho­dzi gene­ral­nie wokół cze­goś.

Pierw­szym zada­niem będzie roze­sła­nie dro­nów na poszu­ki­wa­nie uży­tecz­nych surow­ców. To był ele­ment mojego pier­wot­nego pro­jektu. Sonda von Neu­manna miała zna­leźć surowce, oczy­ścić je i użyć do wytwo­rze­nia kolej­nych sond. Oczy­wi­ście dawno wyro­słem z pier­wot­nej spe­cy­fi­ka­cji, lecz i tak to było coś uspo­ka­ja­ją­cego, jak wdru­ko­wane w geny ruty­nowe i bez­myślne zaję­cie.

Miało to jed­nak tro­chę potrwać, co już uspo­ka­ja­jące nie było. Z pozoru dziw­nie jest mar­twić się o mie­siące po latach w prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej. Jed­nakże przez więk­szość lotu mia­łem mocno przy­krę­cony zegar, a teraz cho­dzi­łem już nor­mal­nie i chcia­łem posu­wać się naprzód z poszu­ki­wa­niami. Oraz, nie owi­ja­jąc w bawełnę: chcia­łem spraw­dzić, czy w ukła­dzie naprawdę znaj­duje się mega­kon­struk­cja. Sfera Dysona Innych była jedy­nym mega­in­ży­nie­ryj­nym obiek­tem, jaki widzie­li­śmy, a była tylko czę­ściowo zbu­do­wana. Mało praw­do­po­dobne, by tu także byli Inni - to byłby zde­cy­do­wa­nie naj­gor­szy moż­liwy sce­na­riusz.

Moja obecna orbita była zbyt daleka, żeby przez pokła­dowy tele­skop zoba­czyć coś wewnątrz układu. Fru­stro­wało mnie to i mia­łem ochotę natych­miast wysłać tam parę dro­nów. Jed­nakże Ben­der zapewne wle­ciał tam na peł­nym gazie i to się mogło dla niego nie skoń­czyć dobrze. Dla­tego, chcąc nie chcąc, trzeba było eks­plo­ro­wać układ powoli i ostroż­nie.

Dłuż­szy czas kon­fi­gu­ro­wa­łem dru­karki i budo­wa­łem regu­larną orbi­talną auto­fa­brykę. Obo­jętne, co tu znajdę, i tak trzeba będzie posta­wić sta­cję łącz­no­ściową. W wol­nych chwi­lach spraw­dza­łem zale­głe wia­do­mo­ści. Po kil­ku­dzie­się­ciu latach poza sie­cią mia­łem tego masę. Głów­nie jed­nak inte­re­so­wały mnie infor­ma­cje od pozo­sta­wio­nych w tyle dro­nów. Wyszu­ki­wa­łem je fil­trem.

Drony wypusz­czone z Delty Eri­dani po moim odlo­cie rze­czy­wi­ście wykryły, że ślad Ben­dera skrę­cił ku Ecie Lepo­ris - i to zale­d­wie uła­mek mie­siąca świetl­nego przed punk­tem, w któ­rym ja zro­bi­łem to samo. Poczu­łem pew­ność, że moje domy­sły i plan są dobre. Oraz nieco samo­za­do­wo­le­nia.

***

Zebra­nie wystar­cza­ją­cej ilo­ści surowca, żeby w ogóle zacząć, zajęło cztery mie­siące. Drony trans­por­towe przy­wio­zły uro­bek do auto­fa­bryki, która stop­niowo wyplu­wała gotowe ele­menty, zgod­nie z pla­nami i har­mo­no­gra­mem, który dałem Gupi­kowi. Szopy mon­to­wały z czę­ści drony i powoli budo­wały sta­cję prze­kaź­ni­kową.

Rok po przy­lo­cie mia­łem w końcu tyle dro­nów, by móc fak­tycz­nie zacząć poszu­ki­wa­nia Ben­dera. Przez cały ten czas nie kon­tak­to­wa­łem się z nikim, nie licząc wymiany paru maili z Bil­lem. Po pierw­sze, dla­tego, żeby mi nie dyszeli nad głową i nie doma­gali się cią­głych nowin. Po dru­gie, mała tym­cza­sowa sta­cja prze­kaź­ni­kowa pozwo­li­łaby co naj­wy­żej na audio i wideo. Bob­Time? Zoo­m­Bob? Jakoś mało praw­do­po­dobne, żeby to chwy­ciło.

Kaza­łem lokal­nym dro­nom lecieć po roz­sze­rza­ją­cej się spi­rali i szu­kać śladu Ben­dera w ukła­dzie. Sfera do zba­da­nia nie była aż tak duża, nie dla czuj­ni­ków mają­cych zasięg czte­rech godzin świetl­nych.

W końcu suk­ces! Ben­der tu dotarł i wyraź­nie wle­ciał do sys­temu. Wykre­śli­łem jego wek­tor podej­ścia i posła­łem parę dro­nów tym śla­dem.

***

Im bli­żej było do poten­cjal­nego zna­le­zie­nia Ben­dera, tym bar­dziej byłem pod­eks­cy­to­wany. Choć jed­no­cze­śnie i pode­ner­wo­wany. Przy­po­mi­nała mi się cała histo­ria naszych inte­rak­cji z Innymi - nie­przy­jemne nie­spo­dzianki, wysa­dzony ten i inny Bob... Hal roz­wa­lony. Ile? Dwa, trzy razy?

Nie chcia­łem, żeby przy wir­tu­al­nych ogni­skach opo­wia­dano histo­rie, jak zgi­nął Bob 1. Ale gdyby to się miało stać, niech inni Bobo­wie wie­dzą. Dla­tego do momentu odpa­le­nia sta­cji łącz­no­ścio­wej uni­ka­łem wszyst­kiego, co mogłoby mnie wysta­wić na ryzyko.

Jej zbu­do­wa­nie i uru­cho­mie­nie zajęło tro­chę dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­łem. Już szału dosta­wa­łem. W końcu jed­nak nad­szedł dzień, gdy zasy­gna­li­zo­wała goto­wość i włą­czyła się do sieci. Wyłą­czy­łem i poroz­kła­da­łem par­ty­zancką sta­cję na dro­nie, spraw­dzi­łem zasięg i puści­łem dawno zale­głą kopię zapa­sową do Ultimy Thule, gigan­tycz­nego archi­wum Billa w Epsi­lo­nie Eri­dani.

Z aktu­ali­za­cją bloga się wstrzy­ma­łem. Chcia­łem mieć coś, żeby zacząć z przy­tu­pem.

Cze­ka­jąc, aż auto­fa­bryka coś zrobi, a drony coś znajdą, bawi­łem się nie­zo­bo­wią­zu­jąco w astro­no­mię. Ziden­ty­fi­ko­wa­łem sześć pla­net, z któ­rych druga była w ekos­fe­rze. Zauwa­ży­łem także prze­rwę mię­dzy drugą i trze­cią pla­netą - to z niej pocho­dziła pod­czer­wona sygna­tura. Niczego nie potra­fi­łem tam dostrzec, a sygna­tura pocho­dziła ze wszyst­kich punk­tów naokoło gwiazdy, obsta­wiał­bym więc jakiś rój - może zaczątki roju Dysona, ale sku­pio­nego tylko w płasz­czyź­nie eklip­tyki. Jeśli tak, i ów rój skła­dałby się z obiek­tów wiel­ko­ści mniej wię­cej cylin­dra O'Neilla, nie byłoby niczym dziw­nym, że na razie nic nie widzę.

Pla­neta w ekos­fe­rze, numer 2, nie wyglą­dała na zamiesz­kaną. A przy­naj­mniej nie miała żad­nej emi­sji radio­wej. Mimo to z całego układu coś spo­ra­dycz­nie docho­dziło. Takie ćwierk­nię­cia, bar­dzo krót­kie i na oko skła­da­jące się z loso­wego szumu, ale w bar­dzo wąskim pasmie czę­sto­tli­wo­ści. Dokład­nie cze­goś takiego można by się spo­dzie­wać po kimś, kto swoją łącz­ność szy­fruje i kom­pre­suje. Czyli coś żywego tu jed­nak jest.

Chyba pora pod­piąć się z powro­tem do Bobi­wer­sum. Przyda mi się spoj­rze­nie cudzym okiem.

***

Na dźwięk pneu­ma­tycz­nego klak­sonu odpo­wie­działo zwy­cza­jowe bucze­nie, któ­rym publicz­ność oka­zy­wała swoją sym­pa­tię. Bill wyszcze­rzył się z mów­nicy.

- Dobra, dobra. Słu­chaj­cie, na dzi­siej­szym zgro­ma­dze­niu mamy wie­ści od Boba 1... - tu musiał pocze­kać, aż fala wycia i okla­sków ucich­nie - ...doty­czące Ben­dera i sytu­acji w Ecie Lepo­ris. - Zapa­dła cisza jesz­cze bar­dziej przej­mu­jąca niż wcze­śniej­szy hałas. Znik­nię­cie Ben­dera stało się w Bobi­wer­sum czymś w rodzaju legendy o Lata­ją­cym Holen­drze.

Mach­ną­łem ręką w górze i uśmiech­ną­łem się, gdy głowy poodw­ra­cały się ku mnie, ale byłem zanie­po­ko­jony. Bobo­wie zawsze byli obce­sowi i pozba­wieni sza­cunku, zazna­łem już szy­derstw i drwin na zgro­ma­dze­niach. Tym razem jed­nak to nie było żar­to­bliwe. Czuło się wyraźny kli­mat nie­chęci.

Zacho­wu­jąc neu­tralną minę, wsze­dłem na pod­wyż­sze­nie i rozej­rza­łem się po tłu­mie. Kli­mat czy nie kli­mat, wszy­scy patrzyli uważ­nie.

- Jestem pewien, że połowa tego, co powiem, już krąży jako plotki z dupy, więc będzie krótko, a potem odpo­wiem na wasze pyta­nia. - I sprze­da­łem im to samo krót­kie stresz­cze­nie, co wcze­śniej Bil­lowi, po czym popro­si­łem o pyta­nia. Wszę­dzie pod­nio­sły się ręce, wska­za­łem kogoś na chy­bił tra­fił.

- I co, wje­dziesz tam po pro­stu, nie myśląc o kon­se­kwen­cjach?

Unio­słem brwi w osłu­pie­niu. I ton, i słowa były umyśl­nie kon­fron­ta­cyjne. Przyj­rza­łem się pyta­ją­cemu, żeby się upew­nić, czy to nie jest repli­kant nie-Boba, ale nic z tego. Stwier­dzi­łem, że zde­ner­wo­wa­łem się bar­dziej, niż gdyby moje kom­pe­ten­cje pod­wa­żył jakiś przy­pad­kowy czło­wiek. To odczu­łem jak zdradę.

- A sły­sza­łeś kie­dyś, żeby jakiś Bob gdzieś wjeż­dżał bez pla­no­wa­nia? W ogóle kogoś z Bobów pozna­łeś? - Łyp­ną­łem na niego, rzu­ca­jąc wyzwa­nie do dys­ku­sji.

- Jeśli będzie tam miej­scowa cywi­li­za­cja, możesz zakłó­cić jej roz­wój. Potwier­dzisz, że się wyco­fasz, aby tego unik­nąć?

- Wow. Ład­nie ci wyszło to zakła­da­nie złej woli. Odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, nie na oskar­że­nie: zależy od sytu­acji. To absurd okre­ślać z góry jakąś ogólną zasadę. Na jed­nym końcu spek­trum - moż­liwe, że ta hipo­te­tyczna cywi­li­za­cja zestrze­liła Ben­dera. Na dru­gim - mogli tylko zauwa­żyć roz­błysk, kiedy wybuchł mu reak­tor. Te dwa sce­na­riu­sze wyma­gają innych reak­cji.

- Albo może mógł­byś po pro­stu dać im spo­kój. Pierw­sza Dyrek­tywa, gościu.

Zmru­ży­łem oczy, pró­bu­jąc roz­czy­tać meta­dane tego Boba. No dobra, w VR-ce się nie "mruży", ale wra­że­nie jest to samo. Dziwne... usta­wił swoją infor­ma­cję na pry­watną, co wydało mi się nie­sa­mo­wi­cie cham­skie. A to z kolei wywo­łało kon­ster­na­cję - jak mógł­bym sam sobie zro­bić coś cham­skiego?

Zer­k­ną­łem na Billa, który tylko wzru­szył ramio­nami. Odwró­ci­łem się z powro­tem do pyta­ją­cego.

- Nawet gdy­by­śmy mieli jakieś prawa, gościu, a nie mamy, to Pierw­szej Dyrek­tywy by w nich nie było. To tylko zabieg fabu­larny i do tego mało reali­styczny.

- Nie bądź taki pewny. Nie­któ­rzy z nas sobie na nowo prze­my­śleli to wasze podej­ście.

- To jest podej­ście Pierw­szego Boba - odpar­łem. Stwier­dzi­łem, że coraz bar­dziej mnie iry­tuje ten zasra­niec, i pod­ją­łem świa­domy wysi­łek, by się uspo­koić. - Ale masz prawo do wła­snego zda­nia, obo­jętne jakiego. - Osten­ta­cyj­nie spoj­rza­łem na kolejną unie­sioną rękę i wska­za­łem ją.

- Jak daleko będziesz szu­kać, jeśli nic nie znaj­dziesz w tym ukła­dzie? I czy będziesz chciał ochot­ni­ków do dal­szych poszu­ki­wań?

- Tak daleko, jak będzie konieczne, i tak. Na litość boską, cho­dzi o jed­nego z nas.

- Czyli to ma być kolejna kru­cjata zarzą­dzona przez star­szych Bobów, a reszta po pro­stu ma się pod­po­rząd­ko­wać, tak?

Odwró­ci­łem się i oczy­wi­ście to był Zasra­niec. Stwier­dzi­łem, że tym razem dam mu odpór.

- Nie­zły cho­choł, palan­cie. Co ci jest, tra­fiła ci się tylko jedna czwarta mózgu? Dalej roz­ma­wiać będziemy tylko, jeśli będziesz miał jaja wyświe­tlić swoje imię. A jak nie, to nie. - I ponow­nie się odwró­ci­łem.

Po tej pyskówce z sali jakby zeszło powie­trze. Nie było wię­cej pytań. Gdyby to było nor­malne, typowe dla Bobów zacho­wa­nie, cze­ka­liby po pro­stu na koniec ofi­cjal­nego Zgro­ma­dze­nia, żeby poga­dać w cztery oczy. Z tym nie mia­łem pro­blemu. Jeśli Zasra­niec znów się na mnie rzuci, urzą­dzę mu czarną dziurę śre­dnio­wie­cza.

***

Zgro­ma­dze­nie skoń­czyło się, więk­szość Bobów wró­ciła do swo­ich pry­wat­nych VR-ek. Ja usia­dłem w pubie z Bil­lem, oto­czony pustymi sto­li­kami.

- Co to, kurna, było? Możesz mnie oświe­cić? - Łyp­ną­łem na niego zna­cząco znad piwa.

- Bob, kil­ka­dzie­siąt lat nie byłeś w obiegu. Mogę zro­zu­mieć, czemu trzy­ma­łeś się na ubo­czu. Cała ta sprawa z Archi­me­de­sem to dla każ­dego byłby kop w jaja. Ale parę rze­czy prze­ga­pi­łeś. Bobi­wer­sum ewo­lu­uje. Mamy Bobów dwu­dzie­stej gene­ra­cji i póź­niej­szych. Dryf repli­ka­cyjny robi się na tyle zna­czący, że nie­któ­rzy już tylko wyglą­dają jak ty. No i wła­śnie: o wiele wię­cej jest zabaw z wyglą­dem i nie cho­dzi tylko o zarost. Kilku Bobów zaczęło wystę­po­wać jako peł­no­prawny Borg. - Bill na moment zro­bił zaże­no­waną minę i rzu­cił na nas Sto­żek Ciszy. To mnie zmro­ziło. Nor­mal­nie uży­wało się tego, żeby odciąć się od prze­szka­dza­ją­cych hała­sów w tle, ale tym razem Bill chciał zapo­biec pod­słu­chi­wa­niu. - Powiem otwar­cie: Bob, jeśli od ostat­niego klo­no­wa­nia nie zmie­ni­łeś sobie klu­czy szy­fro­wa­nia i haseł, to zrób to. Na wszelki wypa­dek. Ja już zmie­ni­łem. Na razie nie ma nikogo, komu zupeł­nie nie ufam, ale prze­wi­duję, że któ­re­goś dnia trafi nam się poto­mek, który uzna, że cel uświęca środki. Rozu­miesz.

Kiw­ną­łem głową i wysła­łem wia­do­mość do Gupika, żeby to zro­bił. I to już.

- A co z Howar­dem i Brid­get? - zapy­ta­łem, tro­chę zmie­nia­jąc temat. - I Hen­rym Robert­sem?

- Ani Brid­get, ani Henry się nie klo­no­wali. W pierw­szym przy­padku wzbu­dziło to ogromne roz­cza­ro­wa­nie i narze­ka­nie w Bobi­wer­sum. To pew­nie też powód, dla któ­rego ona się nie klo­nuje. Nie chce być domyślną żoną wszyst­kich Bobów.

Prych­ną­łem.

- Pierw­szy Bob był dosyć pro­gre­sywny, ale widzę, jak pewne nie­wy­po­wie­dziane ocze­ki­wa­nia mogą być pro­ble­mem.

- No wła­śnie. A Henry mało się u nas poka­zuje. Pływa teraz po Pat­chworku.

Unio­słem brew.

- Zaraz... a co z Posej­do­nem? Nie dokoń­czył go?

Par­sk­nął śmie­chem.

- Pod­dał się, jak go trzeci raz zeżarło, z jach­tem i wszyst­kim. Mówił zresztą, że i tak nie było sensu, bo żegluje się skądś dokądś. No, a Posej­don...

- Wia­domo. Nie ma "kądś", bo jest tylko ocean.

- Brid­get i Howard na­dal inwen­ta­ry­zują wszel­kie życie w kosmo­sie - cią­gnął z uśmie­chem. - Mimo że, wiesz...

- Osła­wiona eks­pe­dy­cja Pro­me­te­usz. - Pokrę­ci­łem głową. - No, ale przy­naj­mniej nudno nie mieli.

Zawa­ha­łem się, nie wie­dząc, co teraz. Paru Bobów pode­szło, wykryło Sto­żek Ciszy i odda­liło się do innych part­ne­rów do roz­mów albo po pro­stu poszło po napitki.

W końcu stwier­dzi­łem, że z Bil­lem nie ma co krą­żyć wokół tematu.

- Dobra, wra­ca­jąc do dryfu repli­ka­cyj­nego. O co cho­dziło z tym ano­ni­mo­wym pyska­czem? Doro­bi­li­śmy się par­tii poli­tycz­nych czy co?

- To jest coś wię­cej. Bobo­wie ogól­nie zacho­wują się jak stado kotów, ale coraz bar­dziej to widać. Two­rzą się grupy, coraz bar­dziej odkle­jone. Jest na przy­kład taka, która buduje mózg-matrioszkę.

- Ale... ten... - Odchy­li­łem głowę do tyłu i zmarsz­czy­łem czoło. - Kiedy się ma casi­mi­rowe źró­dło zasi­la­nia, to nie potrzeba...

- Nie trzeba mieć w środku gwiazdy, żeby mieć ener­gię. No tak. Ale tro­chę cie­pła się przy­daje, a stud­nia gra­wi­ta­cyjna jest wygodna, łatwiej się ze wszyst­kim zor­ga­ni­zo­wać. Ktoś mówił, chyba, że budują wokół sza­rego karła. W każ­dym razie bar­dziej się oba­wiam, że wyj­dzie im coś pro­sto z ksią­żek Ver­nora Vinge'a.

- Albo Love­cra­fta.

Par­sk­nął śmie­chem i wyłą­czył Sto­żek Ciszy.

- W każ­dym razie, Bob, poczy­taj sobie mojego bloga. Musisz nad­ro­bić. Ja nie owi­jam w bawełnę, szybko się zorien­tu­jesz, dokąd zmie­rza Bobi­wer­sum.

Kiw­ną­łem głową i unio­słem szklankę w toa­ście. Bill odwró­cił się do kogoś, kto już cze­kał na roz­mowę z nim, a ja posze­dłem poszu­kać Luke'a i/lub Marvina.

Nie mogłem powstrzy­mać prych­nię­cia, prze­pa­tru­jąc lokal. Bobo­wie jako Borg. Do czego to doszło.

Cthulhu nie byłby zachwy­cony.

***

Bill miał chyba rację. Jak zwy­kle się otor­bi­łem i odcią­łem od spo­łe­czeń­stwa. Trzeba to było nad­ro­bić, naj­le­piej zaczy­na­jąc od wizyty u Willa. Według jego bloga w końcu poże­gnał się z zarzą­dza­niem kolo­nią na 82 Eri­dani i urzą­dził się na Wal­halli, gdzie zajął się już trwa­jącą ter­ra­for­ma­cją naj­więk­szego księ­życa, Asgardu. Powie­trze na Wal­halli było jesz­cze tro­chę za rzad­kie dla ludzi, ale manny'emu to nie prze­szka­dzało.

Pin­gną­łem Willa i zaraz dosta­łem zapro­sze­nie i adres manny'ego dla gości. Prze­sko­czy­łem pod ten adres.

Parę mili­se­kund dia­gno­styki i otwo­rzy­łem oczy na zewnętrz­nym tara­sie, pod nie­bem, które było bar­dziej liliowe niż nie­bie­skie. Pośrodku tego prze­stworu wisiał Asgard, na oko mniej wię­cej trzy razy więk­szy niż Zie­mia z Księ­życa. Will sie­dział na ogro­do­wym fotelu z kle­pek z kawą w ręku i uśmie­chał się do mnie sze­roko.

Był w stan­dar­do­wym man­nym typu Bob Johans­son, ale nie nosił już schlud­nej bródki Rikera. Włosy miał roz­czo­chrane i ster­czące we wszyst­kie strony, a brodę bar­dziej taką, jak kiedy się po pro­stu nie golisz. Manny - nazy­wa­li­śmy je tak, bo wcze­sne modele przy­po­mi­nały mane­kiny z domów towa­ro­wych - był ubrany w coś, co najbar­dziej koja­rzyło się ze stro­jem drwala. Bez patrze­nia wie­dzia­łem, że mój gościnny manny będzie miał kształt domyśl­nego czło­wieka, bez wło­sów, choć nie będzie tru­pio blady jak pro­to­typ Howarda.

Zdją­łem się ze sto­jaka i usia­dłem naprze­ciwko Willa, po czym z przy­zwy­cza­je­nia spró­bo­wa­łem zma­te­ria­li­zo­wać sobie kawę. Roze­śmiał się, widząc moją minę, i wska­zał boczny sto­lik, gdzie stał dzba­nek z kawą i parę fili­ża­nek.

- Przy­kro mi, Bob. Tutaj w realu kawę robi się po sta­remu.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem.

- W realu?

- Język idzie naprzód - odparł Will. - Teraz to jest "real" i "wirt".

- Hmm. Zapa­mię­tam. - Nala­nie sobie kawy zajęło tylko parę sekund i unio­słem kubek w toa­ście. - Tro­chę sobie wygląd zmie­ni­łeś.

- Musia­łem się zdy­stan­so­wać od daw­nego Rikera, z wielu powo­dów. Pierw­szy to, że trudno mi było odzwy­czaić ludzi od przy­cho­dze­nia do mnie z pro­ble­mami kolo­nii. Nie docie­rało do nich, że prze­sze­dłem na eme­ry­turę. A jak zmie­ni­łem wygląd na czło­wieka z gór, chyba wresz­cie zro­zu­mieli.

- I jak ci na tej eme­ry­tu­rze?

- To tylko zna­czy, że nie mam zakresu obo­wiąz­ków i mogę pra­co­wać nad czym chcę. Przez więk­szość czasu to jest ter­ra­for­ma­cja Wal­halli i parę wła­snych pro­jek­tów. Pomaga, że tu miesz­kam - od razu widzę skutki zmian.

- Jak to idzie?

Mach­nął ręką w geście skrom­no­ści.

- Więk­szość pio­nier­skich rze­czy wymy­ślił Bill na Ragnaröku. Oczysz­cze­nie powie­trza, woda, regu­la­cja bios­fery - bo Wal­halla ma jed­nak swój eko­sys­tem. Bill popeł­nił więk­szość błę­dów. Po pro­stu ich uni­kam.

- Duże masz straty w miej­sco­wych gatun­kach?

- Co cie­kawe, nie. Kiedy zaczy­na­li­śmy, śro­do­wi­sko było bar­dzo nie­przy­ja­zne, coś jak na dużej wyso­ko­ści na zbo­czach gór. To, co my robimy, uła­twia życie. Cie­plej, wię­cej tlenu, wię­cej wody i tak dalej. Wyzwa­niem jest wpro­wa­dza­nie ziem­skich gatun­ków na tyle wolno, żeby miej­scowe nie zostały wyparte, nim się zaadap­tują.

Kiw­ną­łem głową, upi­łem łyk kawy i się skrzy­wi­łem. W cią­gle za rzad­kiej atmos­fe­rze woda wrzała w niż­szej tem­pe­ra­tu­rze, źle wpły­wa­jąc na parze­nie kawy. Była let­nia i wod­ni­sta. Ale taka jest cena za cho­dze­nie w man­nym po tym, no... realu.

Spoj­rza­łem nad kawą na Willa i zmie­ni­łem temat.

- Słu­chaj... już o tym gada­łem z Bil­lem, ale chcę poznać twój punkt widze­nia. Na to przed­wczo­raj­sze zgro­ma­dze­nie.

Zro­bił nie­wy­raźną minę.

- Nie byłem. Mie­li­śmy pro­blem z jed­nym frak­cjo­na­to­rem. Ale tak, sły­sza­łem o two­jej scy­sji z Mor­lo­kiem...

- Mor­lok? Nazwał się Mor­lok?

- Nie, nazwał się Jeremy. Może przy­pa­dek, a może sub­telne nawią­za­nie do tego remake'u Wehi­kułu czasu. Ale teraz używa imie­nia "Mor­lok".

Will uniósł brew, cze­ka­jąc na komen­tarz. Pokrę­ci­łem głową, więc cią­gnął:

- Dryf repli­ka­cyjny robi się naprawdę wyraźny. Bobo­wie są na pierw­szy rzut oka jed­nym z nas do jakie­goś pięt­na­stego poko­le­nia, potem to zaczyna przy­śpie­szać. Stu­pro­cen­to­wych psy­cho­pa­tów może jesz­cze nie ma, za to paru dup­ków jak naj­bar­dziej.

No to żegnamy wizję pan­ga­lak­tycz­nej rasy Bobów. Choć w sumie roz­ma­itość może być dobra. W końcu rasa ludzka skła­dała się z miliar­dów indy­wi­du­al­no­ści i była w sta­nie...

Pra­wie się wykoń­czyć. Cho­lera.

Mamy pro­blem. Naprawdę duży pro­blem. Luźne podej­ście Pierw­szego Boba może się nie spraw­dzić.

Otwo­rzy­łem usta, żeby odpo­wie­dzieć, gdy na moje pole widze­nia nało­żyła się wia­do­mość od Gupika.

[Zwia­dowcy w ukła­dzie zaata­ko­wani. 100% strat.]

- Muszę lecieć! - burk­ną­łem i prze­sko­czy­łem do wirtu.

W pośpie­chu wysła­łem mu prze­pro­siny, że nie odsta­wi­łem manny'ego do sto­jaka, i powie­dzia­łem, że póź­niej mu wyja­śnię.

- Co jest? - zapy­ta­łem Gupika.

[Tele­me­tria czeka na inspek­cję.]

Zła­pa­łem parę pierw­szych okie­nek wideo i puści­łem odtwa­rza­nie. Drony szy­bo­wały śla­dem Ben­dera, wypa­tru­jąc go SUD­DAR-em, gdy trans­mi­sja z jed­nego z nich nagle się urwała. Drugi urwał mili­se­kundę póź­niej, zanim MSI zdą­żyła zare­ago­wać w jaki­kol­wiek sen­sowny spo­sób. Trzeci nato­miast został tra­fiony, ale nie­cel­nie. Uszko­dził się, ale zdą­żył zre­kon­fi­gu­ro­wać SUD­DAR i zro­bić skan o sła­bej roz­dziel­czo­ści, zanim jego sygnał także znik­nął.

Czwarte okienko poka­zy­wało wyniki tego skanu. Dwa statki pode­szły nie­zau­wa­żone na piątą godzinę zwia­dow­ców i przy­pu­ściły atak. Miały po sześć metrów dłu­go­ści, były chyba zauto­ma­ty­zo­wane i zde­cy­do­wa­nie nie­przy­sto­so­wane do atmos­fery. Pod­sta­wową syl­wetkę two­rzyła kon­struk­cja z belek, do któ­rej były poprzy­krę­cane naj­róż­niej­sze czę­ści, bez zwra­ca­nia uwagi na wygląd. Broń, chyba czą­stecz­kowa, była przy­śru­bo­wana na prze­ciw­nych koń­cach, a pośrodku, pod kątem pro­stym do niej, znaj­do­wały się tale­rze anten.

Prze­pa­trzy­łem logi i nie zna­la­złem śla­dów nad­la­tu­ją­cych poci­sków. Widać było za to krótki skok tem­pe­ra­tury tuż przed zani­kiem sygnału, co potwier­dzało hipo­tezę o broni czą­stecz­ko­wej lub...

- Laser. Inte­re­su­jący wybór. Prze­waż­nie to nie jest za dobra broń. - Długą chwilę wpa­try­wa­łem się w okienko, potem je zamkną­łem. - Gupik, czemu zwia­dowcy nie wykryli podej­ścia?

[Wiązki SUD­DAR-u celo­wały w przód, żeby wykryć ślad Bus­sarda, w środku układu roz­pro­szony przez zja­wi­ska gra­wi­ta­cyjne.]

Dobra, jasne. W prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej ślad mógł być nie­tknięty przez setki lat. Po prze­le­ce­niu za helio­pauzę już nie ma tak dobrze.

- Nie wykry­li­śmy impul­sów SUD­DAR-u?

[Nie. Tele­me­tria ostat­niego zwia­dowcy wykryła impulsy rada­rowe.]

- Rada­rowe? Uży­wają radaru? Kto w dzi­siej­szych cza­sach używa radaru?

[Naj­wy­raź­niej oni.]

Łyp­ną­łem na Gupika i nie po raz pierw­szy zano­to­wa­łem sobie, żeby zro­bić na nim jakieś testy czar­nej skrzynki. Sar­kazm wyma­gał samo­świa­do­mo­ści, a żaden nisz­czy­ciel ani dron mi tak nie pysko­wał jak on.

Pozo­sta­wały jed­nak pod­sta­wowe fakty, rzu­ca­jące świa­tło na coś, co prze­waż­nie uda­wało mi się zapo­mnieć - nie umia­łem myśleć po woj­sko­wemu. Roz­le­ni­wi­łem się po sku­tecz­nej roz­pra­wie z Mede­iro­sami i Innymi i zaczą­łem się zacho­wy­wać ste­reo­ty­powo. Dla­tego dosta­łem łomot. Trzeba odku­rzyć tę dawną para­noję i zacząć myśleć ase­ku­ra­cyj­nie.

- No to po pro­stu super. I zaata­ko­wali bez ostrz... - Urwa­łem, bo coś przy­szło mi do głowy. Gupik miał paskudną cechę: sam z sie­bie nie ofe­ro­wał infor­ma­cji. Próby zmiany tego zacho­wa­nia spra­wiały, że zasy­py­wał czło­wieka zrzu­tem nie­istot­nych danych. Wciąż nie byłem prze­ko­nany, czy to nie jest bierny opór i zło­śli­wość. - Gupik, napast­nicy robili coś oprócz namie­rze­nia rada­rem?

[Potwier­dzam. Było kilka trans­mi­sji radio­wych.]

Zapewne coś w stylu iden­ty­fi­ka­cji swój-obcy, albo nawet próby usta­le­nia, czy moje sondy to coś wię­cej niż kosmiczne śmieci. A wła­ści­wej odpo­wie­dzi nie zna­łem. Zresztą, jeśli się ode­zwę, zaalar­muję wszyst­kich obec­nych, że w ukła­dzie jest ktoś jesz­cze. A to też źle. Zapy­taj­cie Hala.

Ostroż­ność na­dal jest zale­cana.

***

Zapro­si­łem Billa, żeby popa­trzył ze mną na nagra­nia. Postu­kał pal­cem w punkt na wideo.

- O, to cie­kawe, widzisz?

- No... Odrzut ter­mo­ją­drowy. Świetne przy­śpie­sze­nie i zwrot­ność. Ale pali­wo­żerny.

- Na krót­kim dystan­sie pew­nie mogą cię prze­go­nić. Uwa­żaj na sie­bie.

- Hmm... - Roz­par­łem się w fotelu. - Jakoś nie pla­nuję tam wla­ty­wać i się przed­sta­wiać. Dwa spo­tka­nia i dwa ataki. I jeden stra­cony repli­kant.

- Jest w tym parę zało­żeń.

- Ale roz­sąd­nych. Wystar­cza­jąco, żebym potrze­bo­wał dowo­dów cze­goś prze­ciw­nego, by zmie­nić zda­nie. - Wycią­gną­łem rękę i prze­su­ną­łem nagra­nie mini­mal­nie do przodu. - Nie ma SUD­DAR-u, nie ma napędu SURGE, nie ma UNOP-a. Oni, kim­kol­wiek są, nie odkryli teo­rii pod­prze­strzeni. Z dru­giej strony tech­no­lo­gię napędu ter­mo­ją­dro­wego roz­wi­nęli impo­nu­jąco, a jeśli mam rację i to były lasery, także broń. To kupa watów z takiego małego drona.

- Co zna­czy, że tech­no­lo­gię fuzji mają lep­szą niż my. - Bill uśmiech­nął się i wzru­szył ramio­nami. - I nic dziw­nego. U nas nikt już tego nie używa.

Prawda. Dawno prze­szli­śmy na gene­ra­tory Casi­mira, które prze­ję­li­śmy od Innych. Były o wiele lep­sze od dowol­nego reak­tora ter­mo­ją­dro­wego, mię­dzy innymi dla­tego, że nie siały żadną wykry­walną emi­sją. Oczy­wi­ście prace nad roz­wo­jem fuzji sta­nęły w miej­scu, ale nikt się tym nie przej­mo­wał.

- Czyli... - Postu­ka­łem się z namy­słem w pod­bró­dek. - Ci, ten... kto­sie... cią­gnęli roz­wój w bar­dziej tra­dy­cyj­nych tech­no­lo­giach. Mogą nas wyprze­dzać jesz­cze w czymś. A w czymś innym są cał­ko­wi­cie zaco­fani. Widać po kon­struk­cji drona.

- Dobre pod­su­mo­wa­nie. Może te drony nazwiemy Bądzio­łami?

- Czemu nie.

- To jaki masz plan?

- Plan? Po co nam, kurna, jakiś plan? - Wyszcze­rzy­li­śmy zęby. - Poważ­nie: na razie spro­wa­dza się do "nie dać się zła­pać". Reszta jest póki co mgła­wi­cowa.

- Ale wiesz, w archi­wach mamy kupę anty­ra­da­ro­wych pro­jek­tów.

Gapi­łem się na niego przez moment.

- Jezus, ja się chyba sta­rzeję. No dobra. Jakaś anty­ra­da­rowa powłoka, czarna jak węgiel, żeby zmy­lić optykę, elek­tro­nika o małej mocy i prze­chło­dzony radia­tor, żeby nie poka­zy­wał się w pod­czer­wieni... - Usia­dłem pro­sto, czu­jąc przy­pływ entu­zja­zmu. - I wle­cieć bez sil­ni­ków i nie uży­wać masko­wa­nia, bo na oko nie mają SUD­DAR-u. Po pro­stu namie­rzać patrole SUD­DAR-em dale­kiego zasięgu... no, to ma sens!

- No, teraz to myślisz. A masz dość danych o kur­sie, żeby osza­co­wać moż­liwe poło­że­nie Ben­dera?

- Z dużym mar­gi­ne­sem błędu. Wyślę jesz­cze paru zwia­dow­ców, okrężną drogą, żeby go poszu­kali. Albo jego szcząt­ków. - Obaj mil­cze­li­śmy przez chwilę, prze­twa­rza­jąc rów­no­le­gle tę myśl.

- Wygląda na to, że będziesz miał tro­chę roboty - powie­dział Bill. - Zosta­wię cię z tym.

***

"Tro­chę roboty" ozna­czało pracę pro­jek­tową nad son­dami, by miały potrzebne mi wła­ści­wo­ści, na pod­sta­wie pla­nów i nota­tek z Bob­Netu. Wojny z Mede­iro­sami i Innymi miały wiele skut­ków, ale także mocno przy­śpie­szyły roz­wój woj­sko­wych tech­no­lo­gii. Zresztą chyba zawsze tak było z woj­nami?

Ta praca nie była pro­ble­mem, w końcu jestem kom­pu­te­rem, choć przez więk­szość czasu się do tego nie przy­znaję. Nato­miast sama budowa, no, to już miało potrwać dłu­żej. Dalej byłem ska­zany na oko­lice Kuipera/Oorta, więc nie mia­łem magicz­nego skła­dziku potrzeb­nych pier­wiast­ków, który uła­twiałby mi życie.

Doda­łem jeden nowy ele­ment - jądro z lodu mają­cego parę stopni Kelvina. Zwia­dowcy mieli ultra­małą moc, co ozna­czało bar­dzo nie­wiele cie­pła odpa­do­wego, ale nie chcia­łem, żeby i to było widać. Cie­pło odpa­dowe szło do lodo­wego jądra, które stop­niowo się pod­grze­wało. Prze­li­czy­łem szyb­kość aku­mu­la­cji cie­pła i byłem prze­ko­nany, że zdążą prze­le­cieć przez układ, zanim lód się pod­grzeje, i nie zaczną pro­mie­nio­wać w pod­czer­wieni.

Miało to rów­nież wadę - przy tak ogra­ni­czo­nym budże­cie ciepl­nym nie mogły utrzy­my­wać sta­łej łącz­no­ści. Zna­czyło to, że mogę je stra­cić i nie wie­dzieć o tym, dopóki się po raz kolejny nie zgło­szą. No cóż. Życie to nie je bajka.

Wyli­czy­łem kursy, czasy i wystrze­li­łem zwia­dow­ców wła­sno­ręcz­nie, z działa elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Lot bali­styczny aż do końca. Jeśli będą musiały zro­bić manewr, to będzie koniec lodo­wego radia­tora. Ale jeśli wszystko pój­dzie dobrze, za parę mie­sięcy wylecą z dru­giej strony.

Zanim z tym wszyst­kim zdą­ży­łem, poprzedni zwia­dowcy oble­cieli już sys­tem i pro­wa­dzili poszu­ki­wa­nia na spo­dzie­wa­nej pozy­cji Ben­dera. Mówi­łem nawet Bil­lowi, że mar­gi­nes błędu jest ogromny, czyli i kuba­tura do prze­szu­ka­nia, lecz i tak cią­gle byłem roz­cza­ro­wany, gdy kolejny dzień nic nie przy­no­sił.

Bez powodu, po pro­stu, żeby mieć coś do roboty, wyty­czy­łem sobie kurs na drugą stronę układu Bądzio­łów. Mocno naokoło. Wciąż nie byłem gotowy na prze­lot przez śro­dek, ani tro­chę. Nie mia­łem poję­cia, jaki zasięg mają ich patrole.

Byłem mniej wię­cej w poło­wie drogi, gdy ode­zwał się Gupik.

[Zwia­dowcy coś zna­leźli.]

- Super! Co?

[Coś.]

Te testy czar­nej skrzynki trzeba będzie zro­bić bez znie­czu­le­nia. I to szybko.

- Dawaj raport.

Okienko wysko­czyło mi przed nosem, pełne sta­ty­styk i pomia­rów. Naj­waż­niej­sze ze wszyst­kiego było jed­nak zdję­cie znisz­czo­nego frag­mentu Nieba w wer­sji 2.

Ben­der.

4. Odbiór towaru. Her­schel, paź­dzier­nik 2332, Nowy Pawo­nis

4. Odbiór towaru Her­schel, paź­dzier­nik 2332, Nowy Pawo­nis

Obser­wo­wa­łem na moni­to­rze, jak drony pakują wlewki do ładowni. Po zała­do­wa­niu każ­dego wiel­kiego bloku metalu szopy owi­jały go lin­kami i sta­ran­nie pod­cią­gały do ściany, a tam obwią­zy­wały. Surow­ców wystar­czy nam na każdy pro­jekt, jaki przyj­dzie nam do głowy. I to na długo.

Jacques cał­kiem nie­źle się z nimi doga­dał. Neil i ja przez ostat­nie mniej wię­cej pięć­dzie­siąt lat gania­li­śmy od układu od układu, więc za bar­dzo nie mie­li­śmy kiedy się gdzieś zatrzy­mać i zaopa­trzyć. Poza tym miesz­kańcy tych ukła­dów nie byliby zbyt zado­wo­leni, że łupimy ich bogac­twa natu­ralne.

Z Pawo­ni­sami skon­tak­to­wa­li­śmy się, lecąc z powro­tem. Ich reak­cję można by w naj­lep­szym razie opi­sać jako lako­niczną. Jacques chyba nie mylił się co do nich. Ale sama myśl zasmu­cała - nie mie­li­śmy za bar­dzo szczę­ścia do obcych gatun­ków. Inni, Pawo­nisi, Del­ta­nie... zaczy­na­łem się zasta­na­wiać, czy nie jest nie­moż­liwe, by obce inte­li­gen­cje się doga­dy­wały. A jeśli miej­scowy region kosmosu jest repre­zen­ta­tywny, takich inte­li­gen­cji musi być mnó­stwo. W końcu musimy tra­fić na gatu­nek, który będzie góro­wał nad nami tech­no­lo­gicz­nie. A to zna­czy, że wojna - i być może eks­ter­mi­na­cja ludz­ko­ści - jest sta­ty­stycz­nie nie­unik­niona.

Podzie­li­łem się tymi prze­my­śle­niami z Neilem, jak zawsze roz­wa­lo­nym bokiem w fotelu.

- Jezus, Hersch, czar­no­widz­two nawet jak na cie­bie. Musisz sobie zna­leźć nowe hobby. Jakieś hobby w ogóle.

- Chłe, chłe, chłe. Ale widzisz jakiś błąd w rozu­mo­wa­niu?

Wes­tchnął i mil­czał przez parę mili.

- Nie widzę. Ale co chcesz z tym zro­bić? Na­dal jeste­śmy paria­sami.

- No co ty, już od co naj­mniej osiem­dzie­się­ciu lat nie. Dowo­dzimy naj­więk­szym, kurna, trans­por­tow­cem w całym ludz­kim kosmo­sie. I jeste­śmy oso­bi­ście odpo­wie­dzialni za stwo­rze­nie co naj­mniej pię­ciu kolo­nii. Myślę, że jakiś sza­cun mamy.

- No może - odparł. - Ale pro­szę, nie trak­tuj tego jak pozwo­le­nia na odgry­wa­nie Picarda. Tego już nie zniosę.

- Zała­twione. To na co wyko­rzy­stamy ten sza­cun?

Zaci­snął usta i wpa­trzył się w prze­strzeń.

- Szcze­rze, to moja pierw­sza myśl, kiedy dowie­dzie­li­śmy się o tej górze metalu - dobu­do­wać dru­gie tyle płyt holow­ni­czych, przy­śpie­szyć w cho­lerę i pole­cieć w jakieś cie­kaw­sze miej­sce.

- Jak Ik i Ded? I Fine­asz?

- I z dzie­się­ciu innych. Hersch, kupa Bobów po pro­stu se gdzieś leci.

- Tro­chę to, ja wiem, ego­istyczne. Myśla­łem bar­dziej, czyby nie spró­bo­wać zało­żyć kolo­nii gdzieś daleko poza ludzką sferą.

- Na wypa­dek gdy­byś miał rację.

Wzru­szy­łem prze­pra­sza­jąco ramio­nami.

- Mamy wszyst­kie kap­suły z Wiel­kiego Exo­dusu. Ni­gdy nie było potrzeby ni­gdzie ich wyła­do­wy­wać. I wła­śnie o to cho­dzi. One nie są już potrzebne. Jak i cały Bel­le­ro­font. My jeste­śmy nie­po­trzebni.

- I żeby znów poczuć się potrzeb­nymi, pró­bu­jemy z kolejną kolo­nią. Jeśli wyko­rzy­stamy surowce i doro­bimy kolejne trzy­dzie­ści dwie płyty, będziemy mieli naprawdę absur­dalne przy­śpie­sze­nie - stwier­dził Neil, powoli doj­rze­wa­jąc do pro­jektu.

- A ludzka kolo­nia gdzieś, powiedzmy, w Ramie­niu Per­se­usza...

- Zapewni prze­trwa­nie, nawet jeśli reszta ludzi natrafi na jakichś jesz­cze gor­szych i więk­szych Innych.

Kiw­ną­łem głową.

- To teraz pozo­staje namie­rzyć gdzieś jakichś ochot­ni­ków.

5. Docho­dze­nie. Bob, listo­pad 2332, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

5. Docho­dze­nie Bob, listo­pad 2332, pery­fe­rie Ety Lepo­ris

Chmura odłam­ków powoli wiro­wała wokół środka masy. Nie­które były roz­po­zna­walne, więk­szość jed­nak nie. Tro­chę się nawet zdzi­wi­łem, że tak dużo zostało - nie myśla­łem, że laser zostawi cokol­wiek poza żuż­lem. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że to, co napa­dło na Ben­dera, korzy­stało z takiej samej tech­niki jak drony, które zaata­ko­wały moich zwia­dow­ców.

Wię­cej się dowiem na miej­scu. Nie było sensu zmu­szać dro­nów, żeby zebrały te śmieci i przy­wio­zły do mnie. Zbyt długo by to trwało i zbyt duże było ryzyko, że coś zgu­bią albo jesz­cze bar­dziej uszko­dzą. Lepiej pod­lecę tam z moimi szo­pami i przyj­rzę się z bli­ska. Naj­pierw jed­nak kaza­łem dro­nom eks­plo­ra­cyj­nym wypa­try­wać nad­la­tu­ją­cych Bądzio­łów, choć wyda­wało się mało praw­do­po­dobne, żeby nagle zain­te­re­so­wali się wra­kiem, który dry­fo­wał spo­koj­nie od tylu lat. Sam fakt, że dry­fo­wał na zewnątrz układu, był zapewne zna­czący. Ale mogą zmie­nić zda­nie, jeśli moje poczy­na­nia wyzwolą im jakieś alarmy.

Przy­znaję, że poko­na­łem tę odle­głość sporo szyb­ciej, niż powi­nie­nem. Ostroż­ność zeszła na razie na dal­szy plan. Na szczę­ście nie natkną­łem się na żadne straże Bądzio­łów. Na jesz­cze więk­sze szczę­ście nie natkną­łem się na żadną aste­ro­idę.

Wypu­ści­łem szopy, żeby zba­dały wrak. Szybko stało się oczy­wi­ste, że moje domy­sły są praw­dziwe - sta­tek Ben­dera roz­pruł wewnętrzny wybuch. Praw­do­po­dob­nie laser uszko­dził układy kon­troli reak­tora tak, że ten miał kata­stro­falną awa­rię. Przy­po­mniało mi się pierw­sze spo­tka­nie z Mede­iro­sem w Epsi­lo­nie Eri­dani, wiele lat temu. Spo­tkał go dokład­nie taki los. W dodatku wybuch znisz­czył jego macierz. Trzeba było mieć nadzieję, że Ben­dera nie spo­tkał taki sam koniec.

Oczy­wi­ście kon­struk­cja statku była zupeł­nie inna. Mede­iros leciał w statku zapro­jek­to­wa­nym przez Cesar­stwo Bra­zy­lii. Dla nich nawet żywi żoł­nie­rze byli zastę­po­walni, a co dopiero repli­ko­wana inte­li­gen­cja. Ben­der zaś leciał stat­kiem prze­pro­jek­to­wa­nym przeze mnie, ze szcze­gól­nym naci­skiem na zabez­pie­cze­nie macie­rzy repli­kanta. Ten pro­sty ego­izm dawał mi odro­binę nadziei.

Po inspek­cji z zewnątrz szopy weszły do frag­mentu statku. Mia­łem pootwie­rane wiele okien, pró­bu­jąc obser­wo­wać wszystko naraz. W końcu dałem sobie spo­kój z VR-ką, wyłą­czy­łem biblio­tekę i pod­krę­ci­łem sobie zegar. Teraz byłem w sta­nie nadą­żyć za wszyst­kim - koniecz­ność patrze­nia w gołe okienka z danymi była za to nie­wielką ceną.

Jeden z szo­pów pik­nął, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę. Odwró­ci­łem się do jego okienka. Uśmiech­nął­bym się, gdy­bym miał aku­rat ciało. Szop zna­lazł komorę z macie­rzą repli­kanta, w naj­gru­biej opan­ce­rzo­nej czę­ści statku. Bez widocz­nych uszko­dzeń.

Wtem radość ustą­piła prze­ra­że­niu, gdy szopy otwo­rzyły komorę... i oka­zała się pusta.

Nie, nie pusta. Gorzej niż pusta. Nie dość, że bra­ko­wało macie­rzy repli­kanta, to ktoś sta­ran­nie zde­mon­to­wał wszyst­kie inter­fejsy sprzę­towe, praw­do­po­dob­nie w kom­ple­cie. Nie­do­brze. Komuś zale­żało, by wyjąć Ben­dera i jego osprzęt w cało­ści, co suge­ro­wało, że chce go zba­dać, a może i zre­ani­mo­wać. Wspo­mnia­łem Homera i wzdry­gną­łem się na myśl o duchu Ben­dera, bez­rad­nym i ska­za­nym na tor­tury.

Jedno było pewne: Bądzioły - czy ich twórcy - wie­działy, że ktoś kręci się w oko­licy.

Po zna­le­zie­niu pustego statku Ben­dera prze­sko­czy­łem z trybu panicz­nego pośpie­chu w tryb para­no­icz­nej ostroż­no­ści. Nie zamie­rza­łem się z niczym śpie­szyć ani podej­mo­wać zbęd­nego ryzyka, nara­ża­jąc się na zwró­ce­nie uwagi Bądzio­łów albo, no... zde­rze­nie z aste­ro­idą. Sam lot do rejonu z auto­fa­bry­kami miał mi zająć pra­wie tydzień.

A tym­cza­sem mia­łem inną zagwozdkę. Roz­gło­sić to wszystko teraz, czy pocze­kać, aż dowiem się wię­cej? W ogóle dam radę przez tydzień sie­dzieć cicho? Po dru­gie, czy Will będzie w sta­nie sie­dzieć cicho? W sumie go nie pro­si­łem, ale byłem prze­ko­nany, że raczej poczeka, niż zgar­nie moje pięć minut.

A pie­przyć to.

Wycią­gną­łem kon­solę i zaczą­łem two­rzyć wpis na bloga. Jako pierw­szy Bob-repli­kant mia­łem sporo obser­wa­to­rów, byłem też pra­wie pewien, że Luke i Marvin zare­agują na każdy mój wpis.

Dobra­nie odpo­wied­niego tonu zajęło parę sekund namy­słu. Ostrożny opty­mizm, zmie­szany z reali­styczną oceną moż­li­wych pro­ble­mów. Nadzieja, ale i przy­go­to­wa­nie.

Wresz­cie skoń­czy­łem. Naci­sną­łem "wyślij", roz­par­łem się w fotelu i odli­cza­łem. 3, 2, 1...

Luke, Marvin i Bill poja­wili się jed­no­cze­śnie i naraz zaczęli gadać i machać rękoma. Odwró­ci­łem się do nich w fotelu i odcze­ka­łem, aż ucichną.

- Nie ma sprawy, mam teraz czas. Sia­daj­cie - powie­dzia­łem.

- Wal się - odparł Marvin. - Gdzie on jest?

- Nooo... to jest pyta­nie za sześć­dzie­siąt cztery tysiące dola­rów, prawda?

Zma­te­ria­li­zo­wa­łem fotele dla wszyst­kich, a Jeeves przy­szedł z kawą.

- Niech mnie... - mruk­nął Marvin. - Niech mnie...

- Następne kroki? - zapy­tał Luke. - Masz już plan?

- Nic kon­kret­nego. Pierw­szy krok to chyba zna­leźć bazę Bądzio­łów, źró­dło, czy co to jest. Jest spora szansa, że Ben­der tam będzie. Nawet wle­cimy po pro­stu i prze­ska­nu­jemy wszystko SUD­DAR-em, jak będzie trzeba. Namie­rzymy jego macierz i zoba­czymy, co da się zro­bić.

- Nalot?

- Jeśli to ma być naj­lep­szy plan... - Wysu­ną­łem pod­bró­dek. - Jeśli ktoś porwał Ben­dera i robi na nim eks­pe­ry­menty, to nie jestem pewien, czy bawić się w dyplo­ma­cję.

- Spo­koj­nie, Bob - powie­dział Bill. - Zobaczmy, co znaj­dziemy, nim zaczniesz pro­du­ko­wać bomby, dobra?

- Tak, tak, wiem. Nic się nie bój, będę ostrożny.

Nastą­piła jedna z tych chwil ciszy, kiedy nikt nie wie za bar­dzo, co powie­dzieć. W końcu Marvin kiw­nął głową i wstał, razem z Lukiem. Poma­chali mi i znik­nęli.

Był jesz­cze Bill.

- No, Dwó­jeczka, co tam?

- Chłe, chłe. Posłu­chaj, chcia­łem cię zapy­tać, jak dokład­nie pla­nu­jesz wcho­dzić do tego układu, żeby szu­kać Bądzio­łów i jak bar­dzo publicz­nie będziesz o tym mówił.

- Publicz­nie? Co, kur... Ktoś by miał uwagi?

- Pew­nie, że nie. Nie ja i nikt z naszej gene­ra­cji. Ale Gwiezdna Flota się nakręca...

- Gwiezdna Flota? Co niby?

Bill wes­tchnął.

- Dalej nie czy­ta­łeś mojego bloga, co?

- Eee... no nie. Zajęty byłem.

- Pamię­tasz Mor­loka? Jego i jego grupę nazy­wamy teraz Gwiezdną Flotą, przez tę ich obse­sję na punk­cie Pierw­szej Dyrek­tywy. To jak ich Ewan­ge­lia. Chcą, żeby­śmy w ogóle zre­zy­gno­wali z inte­rak­cji z ludźmi. Pró­bują zebrać popar­cie do jakiejś ofi­cjal­nej dekla­ra­cji, że jak znaj­dziesz jakąś rasę, zosta­wiasz ją w spo­koju.

- "Ofi­cjalna dekla­ra­cja" to coś jak prawo?

Bill prych­nął.

- My nie mamy praw. Ale jak zbie­rze się dość ludzi, mogą wywie­rać pre­sję spo­łeczną.

- Coś jak ostra­cyzm?

- No, coś podob­nego. Utrata pre­stiżu w każ­dym razie.

- Rany, Bill, Pierw­szy Bob nie dałby za to zła­ma­nego gro­sza.

- Tak, wiem, ale coraz wię­cej Bobów jest coraz mniej do niego podob­nych. Nawet zaczą­łem nazy­wać ich repli­kan­tami, nie Bobami, żeby odróż­nić.

- I oni bar­dziej się przej­mują pre­sti­żem?

- Bio­rąc losową próbkę, nie możesz zejść poni­żej przy­ze­ro­wego ułamka zła­ma­nego gro­sza, za to w górę możesz iść wła­ści­wie dowol­nie. Czyli tak. Poja­wia się kupa repli­kan­tów, któ­rzy są takimi, z braku lep­szego okre­śle­nia, kolek­ty­wia­rzami. Orga­ni­zują się w grupy w każ­dej spra­wie.

- Jak ta Gwiezdna Flota. I Borg.

- No. I Skip­pies...

- Skip­pies? Skip­pies? - Czu­łem, że oczy wyszły mi na wierzch, nawet w VR-ce. - Co, pozmie­niali sobie awa­tary na puszki po piwie i zaczęli nazy­wać ludzi mał­pami?1

Bill prych­nął kawą i musiał prze­rwać na chwilę, żeby się uspo­koić.

- Nie, to grupa, która chce zbu­do­wać mózg-matrioszkę. Zna­czy... wiesz, oso­bli­wość, superSI i tak dalej? Nie wiem, kto im wymy­ślił to pseudo, ale na razie nie narze­kają. I oni też, swoją drogą, chcą, żeby­śmy zosta­wili ludzi samym sobie. Ale w ich przy­padku dla­tego, że ludzie nas ogra­ni­czają w roz­woju, czy coś takiego.

- Są jakieś jesz­cze... zresztą nie­ważne. Poczy­tam sobie two­jego bloga. Kur­czę, parę­dzie­siąt lat cię nie ma i wszystko zaczyna się sypać. - Wyszcze­rzy­łem się do Billa. - Mam tro­chę do nad­ro­bie­nia.

- Mało powie­dziane. Jak będziesz cze­goś potrze­bo­wał, daj znać. - Kiw­nął mi głową i znik­nął.

Rze­czy­wi­ście cie­kawe czasy.