Piętnasty kwietnia 2025
Nie planujesz zostać ćpunem.
Nie wpisujesz tego w CV.
Nie dodajesz do biogramu pod zdjęciem profilowym.
To nie dzieje się nagle.
Zaczyna się od rozmowy, która wreszcie płynie.
Od przekonania, że masz kontrolę.
Że przecież umiesz przestać.
A potem stoisz w kuchni.
Nie czujesz nóg.
Patrzysz komuś w oczy i śmiejesz się, bo to są najlepsze chwile twojego
życia.
Bo wszyscy cię rozumieją.
Bo wreszcie coś czujesz.
Albo wreszcie nie czujesz nic.
To książka o nas.
O euforii.
O samotności.
O tanich cudach w proszku.
Nie piszę tego, żeby was przestrzec.
Nie piszę, żeby kogoś ocalić.
Ta książka powstała z potrzeby zrozumienia siebie, środowiska,
mechanizmów uzależnienia, które nie zawsze mają twarz kloszarda. To
opowieść o pokoleniu ludzi funkcjonujących, utalentowanych, głodnych
więzi, którzy zamiast terapii wybrali substancję, a zamiast samotności
wspólne ćpanie. Nie ma tu prostych ocen, bo życie też takie nie jest -
to tylko próba uchwycenia momentu, zanim wszystko się rozpadnie.
* * *
Mój mądry zegarek jest głupi. Właśnie powiedział: "Dobra robota, jesteś
na nogach dziewięćdziesiątą szóstą godzinę".
"Debilu, idź spać", to powinien powiedzieć.
Ma taką funkcję zdrowotną - chwali wszystko powyżej dziesięciu tysięcy
kroków i dwunastu godzin ruchu.
Zakomunikował mi to w moje trzydzieste szóste urodziny, na które
dostałem złotą tacę.
Tylko Eryk wytrzymał dziewięćdziesiąt sześć godzin. Co prawda chodził
już na czworakach, ale funkcjonował.
Oliwia wyszła pierwsza, po dwóch dniach, bo musiała wracać do dzieci.
Monika pożegnała się z nami w dziewięćdziesiątej pierwszej godzinie.
Wciągnęła najmniej, bo jest odpowiedzialną kelnerką, a musiała iść
prosto do pracy.
Nie pamiętam, gdzie się podziali Norbert z Ewą.
Daria, ostatni gość, wyszła chwilę temu.
Dragi skończyły się w dziewięćdziesiątej godzinie, a my z Erykiem
próbowaliśmy szukać resztek na podłodze. Mefedron potrafi strzelać przy
kruszeniu, więc znaleźliśmy szczątki, z których usypaliśmy długą kreskę.
Paliłem papierosa w kuchni, Eryk siedział po przeciwnej stronie.
Chciałem do niego podejść, ale nie byłem w stanie. Popatrzyliśmy na
siebie i zaczęliśmy się śmiać. Najlepsze urodziny, jakie miałem.
Zwyczajny świat
W podstawówce byłem samotnikiem. Pisałem scenariusze, kręciłem
amatorskie filmy.
Byłem też patologicznie nieśmiały. Pewnego razu podczas spaceru
spotkałem koleżankę z klasy i prawie dostałem ataku paniki, bo musiałem
się z nią przywitać.
Rocznik '84 może już mówić: "Za moich czasów było inaczej". Był rok
2002, nie było internetu, z telefonów wiszących w mieszkaniach wystawały
kable. Znaliśmy tylko trzy narkotyki - trawę, amfetaminę i heroinę.
W drugiej klasie szkoły średniej pojawił się u nas chłopak, który
wyleciał ze szkoły w Katowicach za handel ziołem. Nie wiem, jaką aferę
rozpętał, ale zapewne dużą, skoro dzień w dzień tłukł się pociągiem
ponad czterdzieści kilometrów do mojego miasta. Ten kolega przywiózł pół
plecaka marihuany i chętnie się nią dzielił.
I tak pewnego dnia, na klasowym pokazie filmu Pianista, w kiblu
miejskiego ośrodka kultury zapaliłem po raz pierwszy. Bardzo szybko w mojej głowie zrodziła się paranoja, że nasz wychowawca zagląda przez
małe okienko przy suficie łazienki albo czai się gdzieś w jednej z kabin.
Nic się nie stało, ale zamulałem cały film i ledwo wytrzymywałem w fotelu.
Nie spodobało mi się to doświadczenie, dlatego drugi raz zapaliłem
dopiero zimą, pół roku później, w parku niedaleko kina. Zjarałem się
dość mocno. Nie mogłem mówić, miałem wrażenie, że zamarzła mi szczęka.
Odczuwałem też dotkliwe zimno, sięgające czubka głowy. W tym stanie
przez dłuższy czas szukałem kaptura, który musiał o coś zahaczyć i zerwać się lub podrzeć albo ktoś go zwyczajnie zajebał. No nie miałem,
kurwa, kaptura. Po godzinie szukania zorientowałem się, że cały czas był
na mojej głowie.
Był też trzeci i ostatni raz.
W roku 2003 mój ówczesny przyjaciel mocno wkręcił się w towarzystwo
starszych kolegów walących amfetaminę jak jakieś suplementy. I pewnego
dnia postanowił zrobić sobie ze mnie jaja - dał mi zapalić haszysz
zmieszany z amfetaminą. Nie wiedziałem, co wypaliłem, ale efekty były
natychmiastowe. Upadłem i przez chwilę nie byłem w stanie się ruszać.
Kolegę odprowadziłem na czworakach do drzwi i padłem w przedpokoju.
Słyszałem, jak sąsiad mojego dziadka chodzi za głośno po dywanie. Dodam,
że mój dziadek mieszkał w bloku oddalonym o czterysta metrów od mojego.
To było chyba najgorsze przeżycie, które odstraszyło mnie od narkotyków
na długie lata. Mój, już były, przyjaciel mocno wsiąkł w nowe
towarzystwo, zaczął handlować amfą i wciągać na potęgę. O niczym innym
nie mówił, tylko o narkotykach. Żyje i wciąż mieszka w rodzinnym
mieście. Dziesięć lat temu miał żonę i dziecko, ale nie mam pojęcia, jak
teraz wygląda jego życie.
Ale wracając do trawy - za każdym razem sprawiała, że czułem się, jakbym
był mocno pijany i zamulony. Ciężko mi było cokolwiek po niej robić.
Szokowało mnie, że niektórzy palili rekreacyjnie. Lepiej im się po tym
pracowało, luzowali się czy nawet uprawiali seks. Ja zapadałem się w sobie i każdą komórką walczyłem o życie. Z tego powodu bałem się
spróbować czegokolwiek innego, bo skoro zwykłe zioło tak na mnie
działało, to mocniejsze narkotyki wystrzeliłyby mnie na tamten świat.
Dodatkowo po paleniu miałem zaniki pamięci krótkotrwałej. Zdarzało się,
że w połowie zdania zapominałem, o czym mówiłem. Zabawne. Pamiętam, jak
kiedyś kolega pytał mnie o coś związanego ze szkołą, a ja musiałem
prosić, by formułował pytania szybciej, bo zapomnę, o czym rozmawiamy.
Raz - w trakcie rozmowy - zapomniałem, że z kimkolwiek rozmawiam, a nawet że ktoś obok mnie jest.
Po szkole średniej zdałem do filmówki w Warszawie i w 2006 roku
przeprowadziłem się do tego miasta. Nie byłem już tak nieśmiały, ale
znajomych nadal mogłem policzyć na palcach jednej ręki. Poznałem
dziewczynę, zostaliśmy parą, rozpocząłem pracę jako filmowiec
freelancer.
Wrocław, tego samego roku
Kilka miesięcy po tym, jak kokaina mi uświadomiła, że zażywanie
narkotyków może być fascynującym doświadczeniem, pojawiła się kolejna
okazja.
Praca we Wrocławiu była szansą na stabilny i dobry zarobek. Trzy
miesiące stałej roboty na planie, w systemie trzy dni pracy po dwanaście
godzin, cztery dni przerwy, i tak w kółko. Potem miesiąc przerwy i znów
trzy miesiące pracy.
Przez pierwsze trzy miesiące, czyli przez tak zwany sezon, mieszkałem w Legnicy. Kiedy po tym czasie podpisałem umowę na najbliższy rok,
postanowiłem wynająć mieszkanie we Wrocławiu. Najtańsze, jakie tylko się
da. W pokoju z obcymi mieszkać nie chciałem, więc stanęło na kawalerce.
Były wakacje 2017 roku, kiedy znalazłem idealne mieszkanie niedaleko
centrum handlowego Magnolia.
Piękna kawalerka, w sam raz, aby usiąść na środku i płakać, idealna dla
artysty. Do polecenia każdemu, kto zmagał się z depresją i niską
samooceną czy przechodził kryzys tożsamości. Było też wyjście na dach, z którego rozpościerał się piękny widok na stację benzynową, kaufland i Magnolię. Mieszkanie miało dwadzieścia sześć metrów, w salonie
znajdowała się piękna, rozpadająca się meblościanka. Mieszkanie
usytuowane było na piątym piętrze, na które prowadziły schody i gustowna
winda, cała w boazerii, z tablicą ogłoszeń. Można było się zapoznać z lokalnym kebabem, salonem fryzjerskim Jola i sklepem Małe AGD. Każde z półpięter ozdabiały kwiaty, półki z książkami i obrazy z puzzli. W okolicy znajdowały się również biedronka, piekarnia, mięsny, kwiaciarnia
i barber.
Miałem mieszkać raz tu, raz w Warszawie. W związku z tym nie
potrzebowałem niczego lepszego, musiałem za to utrzymać z ówczesną
dziewczyną dużo większe mieszkanie na warszawskim Mokotowie.
I tak, sam jak palec, zacząłem pracować na planie popularnego serialu i poznawać największych odszczepieńców i dziwaków w swoim życiu -
filmowców.
Zostałem przydzielony na stałe do jednej z ekip, z którą czasami
wyskakiwaliśmy na wódę po zdjęciach. Pewnego dnia - siedemnastego
grudnia 2017 roku - znalazłem się na jednej imprezie z Norbertem.
NORBERT
Norbert często wkłada w buty, pod pięty, zwinięte gazety. Szczególnie od
chwili, kiedy zaczął się spotykać z Ewą. Ale o tym później. Za to dobrze
wygląda w za małych T-shirtach. Ma krótkie ciemne włosy. Podoba się
dziewczynom, a jego pasją są samochody i rozdziewiczanie narkotyczne.
Mefedronowy alchemik miał wtedy dwadzieścia trzy lata i pracował w mojej
ekipie jako asystent kamery. Sprowadził się do Wrocławia kilka lat
wcześniej. Skończył prywatną szkołę filmową i była to jego pierwsza
praca. Wychował się w małym mieście pod Wrocławiem. Mieszkał z ojcem i przez pewien czas byli tak biedni, że łapali i jedli gołębie. Norbert
marzył, by wyrwać się z małego miasta i móc się samemu utrzymać. Póki co
zarabiał niewiele więcej jak trzy tysiące złotych na miesiąc i mieszkał
na nielegalu w pokoju w mieszkaniu, w którym inny pokój wynajmował
operator, z którym wtedy pracowaliśmy. Pokój stał wolny, więc Norbert
korzystał z okazji.
Siedemnasty grudnia 2017. Nowy świat
Skończyliśmy zdjęcia przed czasem i umówiliśmy się na wódkę u kierownika
produkcji. Oprócz nas pojawiła się skrypterka, operator ze swoim
asystentem, druga skrypterka i dwie dziewczyny z biura. Gdy byliśmy już
mocno pijani, Norbert zapytał, czy chcemy coś wciągnąć. Jako osoba
starsza o dekadę od reszty uczestników wyczułem ich lekkie
zaniepokojenie. Ponadto jako reżyser, uchodziłem w ich oczach za
ogarniętego, tajemniczego dostojnego pana. Chętnie przystałem na tę
propozycję i zadeklarowałem swój wkład finansowy. "To ja się dołożę. Ja
bardzo chętnie", tak powiedziałem.
Wniebowzięty Norbert pojechał po towar i już godzinę później
przygotowywał kreskę dla każdego z nas. Wtedy pierwszy raz usłyszałem o mefedronie. Norbert powiedział mi, że jest to substancja popychająca
człowieka do dziwnych czynów. Technicznie to kryształ, który przerabiasz
na proszek zatykający ci nos. Smarkasz i nie możesz oddychać. Możesz
sobie też łyknąć ten kryształ, jeśli zawiniesz go wcześniej w bibułkę.
Ma barwę od przezroczystej do żółtej jak siki. Zapachu nie da się
opisać, jest to po prostu zapach mefu, coś jakby zamknęli cię ze starymi
szczochami i po prostu byś wąchał te szczochy. Okropny zapach, bierze
cię na wymioty, jak tylko go poczujesz.
Norbert wziął kartę i banknot, który przyłożył do kryształu; kartą
gniótł kryształ na mniejsze kawałki, jeżdżąc nią po banknocie. Jeździł i gniótł w nieskończoność, by uzyskać jak najdrobniejszy proszek.
Wyglądało to jak przydługa ceremonia.
W końcu wciągnąłem swoją kreskę. Usłyszałem, że to bardziej dopalacz,
który biorą najgorsze ścierwa. Koks dla ubogich, przy którym prawdziwy
koks się chowa. Chowa się intensywnością doznań i ceną. Mefedron
kosztował w 2017 pięćdziesiąt złotych, a kokaina trzysta. Za gram.
I tak. To było ścierwo. Przy wciąganiu bolało jak jasna cholera. Oko
łzawiło, bolały nos, gardło i wszystkie dziury w zębach. Trafiłem w środowisko ludzi twierdzących, że ćpają najbardziej popularny narkotyk.
Było inaczej niż po koksie. Weszło bardzo szybko i bardzo mocno mnie
odstrzeliło. Na początku wieczoru każde słowo wydawało się niepewne,
każde zdanie budowane było z ostrożnością, jakbyśmy wszyscy chcieli
uniknąć wpadki. Z każdą kolejną minutą bariera nieśmiałości coraz
bardziej się rozmywała, aż w końcu zniknęła całkowicie.
I wtedy to poczułem - to uczucie błogiego spokoju, miłości, ciszy.
Nirwany, której doświadczamy, gdy całkowicie zgubimy poczucie czasu i miejsca, zanurzeni głęboko w chwilę obecną.
To było coś więcej niż szczęście; to było poczucie kompletnego
zjednoczenia z otoczeniem, moment, w którym wszystkie troski zniknęły, a zostaliśmy tylko my.
Gadałem jak najęty. Tego wieczoru, pogrążony w głębokim transie,
wygłaszałem nowej koleżance z pracy trzygodzinny wykład na temat seksu,
nieświadom upływającego czasu. Spodobało mi się.
Potem nie mogłem usnąć. Leżałem nieruchomo, a cisza stała się areną
niespokojnych myśli. Każda próba ucieczki od własnego umysłu kończyła
się porażką.
Gonitwa rozpoczęła się od prostych zmartwień i przerodziła w złożone
labirynty przeszłych decyzji i niewykorzystanych szans. Moje myśli
wędrowały bez celu.
Leżałem, byłem napalony, a sen był ostatnią rzeczą, jaka mnie miała
nawiedzić. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to przez dragi. Ich świat
totalnie mnie nie interesował, miałem go wręcz w dupie. No ale wszytko
powoli się zmieniało.
2018
Wkrótce potem zacieśniła się moja więź z Norbertem. Jako że moje życie
we Wrocławiu było samotne, bez znajomych, zaczęliśmy razem spędzać czas
po pracy. Nasze spotkania zawsze wiązały się z narkotykami, które
zamawialiśmy, by delektować się euforią, jaką przynosiły. Te chwile
trwały i trwały; dwa razy w tygodniu, schronieni w moim mieszkaniu,
oddawaliśmy się nałogowi.
Szybko stało się to naszym rytuałem. Dni nieskończonych rozmów, śmiechu,
zapomnienia. Było coś magicznego w tym, że każda rozmowa wydawała się
najciekawsza na świecie, każda opowieść przykuwała uwagę.
Po pierwszym miesiącu wiedzieliśmy o sobie wszystko. Oglądaliśmy filmy,
tutoriale na YouTubie, rozmawialiśmy o sztuce. Przedyskutowaliśmy
najskrytsze sekrety, słuchaliśmy muzyki. W życiu nie odczuwałem takiej
empatii do drugiego człowieka. Wydawało mi się, że znalazłem
przyjaciela.
To ja płaciłem za mefedron. Nie miałem z tym problemu, poza tym nigdy
nie chciałem kończyć spotkań i zostawać sam. Kupowaliśmy więcej,
siedzieliśmy dłużej. Spotkania wydłużyły się z dwóch dni do czterech.
Norbert jeździł po dwa gramy, które kończyły się w połowie dnia.
Wypłacałem wtedy kasę, Norbert wsiadał w taksę i pół godziny później
mieliśmy już kolejny gram albo dwa.
Robił ogromne kreski, ich wciąganiu towarzyszył przepotężny ból, ale
było w tym doznaniu coś magicznego. Nos szybko się zatykał, a wysmarkanie go graniczyło z cudem.
Po kresce kładłem się natychmiast na łóżku i odpływałem na kilka minut.
Nic nigdy później nie działało na mnie tak euforycznie i uspokajająco
jak te pierwsze kilka miesięcy wciągania. Świat wydawał się piękniejszy,
a ludzie warci słuchania.
Kiedyś zwyczajnie padliśmy. Po sześciu godzinach obudził mnie dzwonek do
drzwi. Norbert wstał wcześniej i zamówił nam kubełek KFC. Nie pierwszy
raz kazał mi jeść, nawet na siłę, czy to KFC, czy głupi batonik, kiedy
kupowaliśmy fajki na stacji benzynowej. Bo fajki schodzą bardzo szybko.
Palisz jednego za drugim. Paczka potrafi wyparować w godzinę.
A wracając do jedzenia, to zmuszałem się do niego. I to nie jest tak, że
jedzenie cię obrzydza. To coś więcej. Po prostu nie czujesz potrzeby
spożywania czegokolwiek. Patrzysz na takiego batona i się zastanawiasz:
po co? Tak jakbyś nie posiadał instynktu zaspokajania głodu. A jak już
się zmusisz, to przeżuwanie szczękami zmęczonymi zagryzaniem zębów i dygotaniem od dragów jest istną drogą przez piekło.
Dragi musiały puścić, bo KFC wleciało jak złoto. Sześć godzin snu
zrobiło jednak swoje. Kiedy się najedliśmy, Norbert pojechał po kolejny
gram.
Co tydzień oglądaliśmy SNL Polska i Botoks Vegi. Następnego dnia nie
pamiętaliśmy o tym, ale trudno się temu dziwić. To był czwarty dzień.
Wciągnąłem dużą krechę, włączyłem serial i zasnąłem. Jak bardzo musiałem
być wycieńczony, skoro zasnąłem po potężnej kresce mefedronu?
Kiedyś wpadła do nas na piwo koleżanka. Był piątek i wyjeżdżała na
weekend w rodzinne strony. Odwiedziła nas ponownie w poniedziałek rano.
Nadal walczyliśmy, chociaż bardziej przypominaliśmy zombie.
W tamtym okresie dużo "zawodowego" czasu spędzałem z pewną skrypterką,
nazwijmy ją Nina.
Ćpaliśmy w knajpowych kiblach. Jako powierzchni używaliśmy telefonu lub
jakiejś półki. Pewnego razu obok jednej z toalet znajdowała się szatnia,
przy której stał ochroniarz. Podeszliśmy do niego i zapytaliśmy, czy
możemy wejść do środka we dwoje. Nie było problemu.
Dziewczyna dużo ćpała, miała też mało ciekawą przeszłość, z której
powodu powinna łykać silne psychotropy. Nie robiła tego jednak, ale
żarła piksy i wciągała mefedron.
Sęk w tym, że Nina często bywała blisko ataków paniki. Musiała wtedy
szybko się czymś zająć. Biegała po mieszkaniu, sprzątała i przekładała
wszystko z miejsca na miejsce. Próbowała w ten sposób rozładować
narastające napięcie.
Pewnego dnia, w moje urodziny w 2018 roku, drugiego dnia ćpania, Nina
odebrała telefon z informacją o śmierci przyjaciela. Jej reakcja była
natychmiastowa i dramatyczna. Półtorej godziny wrzasków przeplatanych
stanem katatonicznym. Patrzysz jej w oczy i nikogo tam nie ma.
Przerażające doświadczenie.
Gdy siedziałem w tej klaustrofobicznej atmosferze i obserwowałem Ninę w jej najgorszym stanie, poczułem się kompletnie bezsilny. Wymieniliśmy z Norbertem spojrzenia, wiedzieliśmy, że musimy coś zrobić, ale nie
mieliśmy pojęcia co.
Spanikowani, bo przecież nie zadzwonimy po karetkę, odezwaliśmy się do
jej byłego, który ponoć jako jedyny umiał wyciągnąć ją z takiego stanu.
Przyjechał i faktycznie uspokoił ją dość szybko.
Przez pierwsze pół roku non stop krwawiłem z nosa. Smarkałem krwią, bo
to totalnie rozpierdala nos, i to tak, że człowiek się czasami modlił do
tego i czołgał po podłodze, jak wciągał, ale potem było cudownie i pięknie. Nie przeszkadzało, że nie jadłeś dwa dni, że pociłeś się
specyficznym zapachem śmierdzącym chemią.
Ekscytował mnie fakt, że nigdy nie wiadomo, co cię czeka, szczególnie po
dragach. I tak pewnego wieczoru, kilka minut po tym, jak położyłem się
spać, zadzwonił Norbert. Wyciągnął mnie na imprezę urodzinową koleżanki
z firmy. I na tej imprezie odkryłem, że wszyscy wciągają. Na pewno
wszyscy, którzy tam byli. Pod kiblem ustawiały się ogromne kolejki.
Oczywiście wszyscy mefedroniarze. Wtedy też poznaliśmy Oliwię.
OLIWIA
To trzydziestopięcioletnia skrypterka i kostiumografka. Na rękach ma
wytatuowane jakieś symbole. Nosi duże tunele w uszach. Jej znakiem
rozpoznawczym są czarne dredy. Wygląda jak ktoś, kto niedrogo odblokuje
twoje czakry i oczyści dom z obecności złych duchów. Na co dzień
samotnie wychowuje dwójkę dzieci.
Z tego wieczoru nie pamięta za wiele, ale doskonale pamięta moment, w którym Norbert namówił ją, by sobie wciągnęła.
- Wyszłam z Norbertem, z którym potem uprawiałam seks, ale nic z tego
nie pamiętam. Zakładam, że było dobrze. Pamiętam tylko moment, jak leżę
na łóżku i Norbert namawia mnie, żebym sobie wciągnęła.
Bała się, bo była antynarkotykowa. Złamała się po godzinie.
- Zrobiłam to, bo mnie zapewniał, że po tym się poczuję lepiej,
otrzeźwieję momentalnie i tak dalej.
Nagle poczuła, jakby przez cały wieczór w ogóle nie piła. Wróciła chęć
do zabawy. Wsiedli w taksówkę i pojechali z powrotem na imprezę. Tam raz
jeszcze zdecydowała się na kreskę, przekonana, że skoro nic jej nie było
po pierwszym razie, to po drugim też nic się nie stanie.
Później były inne imprezy, na których zawsze pojawiały się narkotyki.
Pomyślała, że może spróbować trzeci, czwarty, dziesiąty raz. Schodził
ciężar życia, mefedron pomagał odrealnić świat, który nie spełniał jej
oczekiwań.
- Może to jest samolubne, ale uważam, że mi się należy. I należy się tak
naprawdę każdej matce.
Oliwia i Norbert zaczęli szybko i równie szybko zakończyli swój związek.
Ale pamiętajmy o Oliwii, bo jeszcze się pojawi.
* * *
Istniały trzy progi, których bałem się przekroczyć.
Ćpanie w pojedynkę - przekroczony najszybciej, kiedy uczyłem się sam
ogarniać mefedron. Bałem się, że to ćpanie w samotności jest taką
granicą, zza której nie wrócę, że po jej przekroczeniu stanę się
narkomanem, kurwa, umrę od tego i to zawładnie moim życiem. Ale byłem
świadom, że po narkotykach inaczej na przykład odbiera się muzykę. Więc
zrobiłem to raz. Słuchałem muzyki, pisałem pierdoły do ludzi, bawiłem
się jak nigdy.
Zdarzały się sytuacje, kiedy kończyła się impreza, Norbert wychodził, ja
nie mogłem spać, więc sam jeszcze ze dwie czy trzy kreski wciągałem. Ale
to było co innego, dobicie się po imprezie. Jeden jedyny raz, dla
eksperymentu, zrobiłem sobie imprezę w samotności. Od początku do końca.
Ale uważam, że jeśli walisz sam, to już masz duży problem.
Posranie się na imprezie - trzeciego, czwartego dnia już nie panujesz
nad sobą. Nie wiesz, co się dzieje, chodzisz na czworaka i wszystko może
się zdarzyć. Gdybym to zrobił, stoczyłbym się totalnie. (śmiech)
Motanie samemu - czułem w tym coś upokarzającego i degradującego. Szybko
zmieniłem zdanie, bo najgorzej jest wtedy, kiedy jesteś uzależniony od
czyjegoś humoru i czasu. A tak - chcesz ćpać, to dzwonisz.
Z Norbertem wciągaliśmy już tak często, że zdarzało mi się jeździć
poćpanemu na spotkania w pracy. Brałem nawet trochę ze sobą, by wyjść w przerwie do kibla i dociągnąć kreskę. Spotkania trwały dwie godziny. Nie
warto było przerywać kilkudniowego ćpania przez taką głupotę. Ważne było
jedynie, by wyspać się przed pierwszym dniem zdjęciowym.
Raz ze skrypterką z pracy poszliśmy do C., gdzie jacyś jej znajomi
zaproponowali nam po kresce w zamian za dwa piwa. W klubie był nawet
pokoik do ćpania. Wygonili nas o siódmej rano, z piwem w kubkach
wyszliśmy na ulicę, na której czekała na nas ekipa zdjęciowa.
Rozpoczynaliśmy właśnie dzień pracy na planie, a los chciał, że pierwsza
lokacja mieściła się obok klubu. Założyliśmy okulary przeciwsłoneczne i próbowaliśmy przetrwać dzień.
Mnie się udało, niestety skrypterce faza zabawy nie przeszła i w połowie
dnia skoczyła statyście na plecy, krzycząc: "Wio, koniku, wio". Godzinę
później zasnęła w busie.
Innego dnia jeden z aktorów zasłaniał mnie, bym mógł sobie dociągnąć
kreskę, którą zrobiłem na krzesełku w wynajętym do zdjęć mieszkaniu. Raz
prosiłem też Norberta, by mi powiedział, jeśli zacznę gadać głupoty do
aktorów. Tak na wszelki wypadek.
Dlaczego zacząłem i tak się wkręciłem? Nie wiem. Zawsze chciałem
spróbować, jak to jest z tymi narkotykami. Oczywiście widziałem mnóstwo
filmów, gdzie dragi są przedstawiane jako coś złego. Ale czy potrafisz
wymienić film, który nie jest w całości o heroinie? To heroina jest
zawsze pokazywana tak, że zażywasz i kończysz źle. Brakuje filmów, które
koncentrują się na innych narkotykach i na tym, że nie zawsze kończysz
pod mostem ze strzykawką wbitą w rękę. Widziałem, że dużo ludzi bierze,
że mają po tym, kurwa, pomysły, że biorą to artyści, więc chciałem
spróbować. Później się okazało, że lepiej się rozmawia, że stajesz się
bardziej towarzyski, czujesz się bardziej otwarty. Ja byłem
zakompleksiony, nieśmiały, a po zażyciu narkotyków stawałem się
pewniejszy siebie. Zacząłem w ten sposób zabijać czas. Ale się bałem, że
może się to chujowo skończyć. Bo jednak brałem to, co przez większość
jest uważane za najgorsze ścierwo. I okazało się, że narkotyki, takie
jak mefedron, kokaina, nie mulą jak trawa, a jednak dają ci speeda.
Stajesz się po nich w dwustu pięćdziesięciu procentach sobą. W sensie:
lepszym sobą, przynajmniej w swoim mniemaniu.
Zew przygody
Właściciel mieszkania, w którym nielegalnie mieszkał Norbert, w końcu
się zorientował, że ma dzikiego lokatora, i wyrzucił go z dnia na dzień.
Mniej więcej w tym samym czasie Norbert zaprosił do mnie Ewę.
Ewa i Norbert pochodzili z jednego miasta i znali się od gimnazjum.
Nawet mieli się ku sobie, ale żadne z nich nie wykonało pierwszego
kroku. Ja chciałem zrobić własny serial i szukałem aktorki do głównej
roli. Norbert zaproponował Ewę.
Ewa zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie. Wciągnęliśmy po dużej
kresce i rozmawialiśmy o projekcie.
Z biegiem czasu projekt zszedł na drugi plan, a Ewa opowiedziała mi o związku, który chciała zakończyć. Spotkanie u mnie pomogło jej w tym.
Drugiego dnia Norbert zabrał ją na dach mojego bloku i prawie uprawiali
seks.
Na krótką chwilę wróciłem do dawnego życia. Pojechałem do Warszawy i z moją ówczesną dziewczyną (nasz związek przetrwa jeszcze niecały rok)
udaliśmy się na kilkudniowe wakacje do Berlina. Codziennie myślałem o kresce. Patrzyłem na pasy i widziałem kreski.
Podczas gdy żarłem bratwursty, Ewa i Norbert zostali parą, a on, wraz z innym asystentem kamery z naszej firmy, wynajął mieszkanie. Kiedy
kupowałem kurtkę w niemieckim primarku, dostałem esemesa z zaproszeniem
na parapetówkę.
Parapetówka, jak to parapetówka, nie wyróżniała się niczym konkretnym.
Kilkanaście osób (większości nie znałem) ściśniętych w dwupokojowym
mieszkaniu na drugim piętrze w ukończonym rok wcześniej budynku. W nowym, ładnym i zadbanym mieszkaniu, w którym Norbert i kolega byli
pierwszymi lokatorami. Czterdzieści pięć metrów za dwa tysiące czterysta
złotych. Środek miasta. Bliżej centrum, rynku, cywilizacji. Wśród
zaproszonych znalazła się Oliwia.
Posypaliśmy duże i długie kreski na stole w kuchni i wypiliśmy morze
alkoholu. Około północy Ewie przestało odpowiadać towarzystwo. Norbert
wyprosił gości z mieszkania, a kilka wyróżnionych osób, w tajemnicy
przed resztą, zaprosił do Ewy. Mieszkała kilka bloków dalej. W wypasionym, ponadstumetrowym apartamencie, z tarasem większym niż całe
mieszkanie, które wynajmowałem.
U Ewy zebrało się nas kilkoro. Postacie tak różne, jak tylko można sobie
wyobrazić.
Wśród nas znalazł się Franek - człowiek o głęboko zakorzenionych
wartościach katolickich.
Oliwia - z nutą zazdrości wobec Ewy, spowodowaną swoim wcześniejszym
krótkim związkiem z Norbertem.
Daria - emanowała pewną nieuchwytną aurą, jakby była nie tylko w tym
pokoju, ale i w zupełnie innym wymiarze.
Eryk - zawsze był duszą towarzystwa.
Ewa - nowa partnerka Norberta. Epatowała pewnością siebie graniczącą z zarozumiałością.
A ja? Zazwyczaj nieśmiały i skłonny do pozostawania na uboczu,
niespodziewanie odnalazłem się w centrum uwagi, otoczony ludźmi, którzy
byli gotowi słuchać. Na początku czułem się niepewnie, pełen niepokoju,
że nie sprostam ich oczekiwaniom. Moje wcześniejsze doświadczenia i niska samoocena sprawiały, że dystansowałem się od innych i nie miałem
zbyt wielu przyjaciół.
Każde spotkanie z nowymi ludźmi wywoływało we mnie lekki stres, obawę,
że nie zostanę zaakceptowany. Z czasem jednak zacząłem czuć się bardziej
komfortowo. Nie było łatwo, ale dzięki wsparciu nowych przyjaciół powoli
przełamywałem swoje bariery.
Godziny mijały, a nasze rozmowy stawały się coraz bardziej otwarte i intymne. Poczułem, że to przypadkowe spotkanie kryje w sobie siłę
prawdziwego połączenia. Każdy z nas, z własnym bagażem doświadczeń i z nadziejami na przyszłość, znalazł w tej małej grupie coś, czego nie
potrafił znaleźć nigdzie indziej - akceptację, zrozumienie, a przede
wszystkim poczucie przynależności.
Tej nocy, wśród przypadkowych osób, znalazłem nie tylko tematy do
rozmów, ale i ludzi, którzy byli gotowi słuchać. To był moment, w którym
po raz pierwszy od dawna nie czułem się samotny.
W mieszkaniu Ewy wśród dymu i śmiechu odnaleźliśmy kawałki siebie w sobie nawzajem.
Po trzech dniach wróciłem do domu. Chciałem więcej i dostałem - staliśmy
się paczką i widywaliśmy się co tydzień.
Na naszych imprezach w tej szczególnej przestrzeni tworzyliśmy nie tylko
chwilowe schronienie przed światem zewnętrznym, ale także miejsce, w którym mogliśmy być najbardziej autentycznymi wersjami siebie.
Imprezy te były więcej niż tylko okazją do świętowania.
...w sobotę dziewiętnastego maja 2018 powstał Gang
- Utworzyła się taka jakby fajna rodzinka.
- Jesteśmy otwarci wobec siebie. Jesteśmy prawdziwi dla siebie.
- Dla mnie znaczycie troszeczkę więcej niż rodzina. Jesteście, i wiem,
że jakby mi się działo coś złego, to zawsze mogę na was liczyć.
- Z moją obecną kobietą nie jestem w aż takiej zażyłości emocjonalnej
jak z wami.
- To jest bardzo wartościowe, bo jesteśmy w stosunku do siebie fair i trzymamy się razem.
FRANEK
Ma trzydzieści siedem lat i wygląda jak amerykański kierowca ciężarówki
z lat osiemdziesiątych. Franek potrafi wyjść na kawę, a wrócić do domu
po dwóch dniach. Pochodzi z Płocka, gdzie wszyscy się znają i wszystko o wszystkich wiedzą, więc rodzice byli załamani, gdy nie zdał matury.
Dla przekory postanowił pójść na teologię. Nie miał powołania, więc
poszedł na teologię dla świeckich. Po takich studiach można co najwyżej
zostać katechetą w szkole, uczyć dzieci "jedynej słusznej wiary",
ewentualnie pisać książki.
- Doszedłem do piątego roku i miałem bronić pracy magisterskiej, ale
wtedy pojawiły się różne substancje psychoaktywne, które sprawiły, że
popadłem w jakiś taki poważny kryzys egzystencjalny i nie skończyłem
tych studiów. Więc jestem po piątym roku studiów, ale bez magistra, jak
prezydent Kwaśniewski.
Kilka lat później w internecie trafił na kolesia, który nazywał siebie
Jezusem. Założył portal o nazwie Sokrates. "Jezus" był zagorzałym
fanem jedzenia surowych muchomorów, uważał je za święte, oczyszczające
grzyby. Pewnego dnia Franek pojechał do lasu i zjadł takiego muchomora.
- To jest takie mantryczne, kurwa, to jest takie jak ayahuasca czy coś
takiego. Więc, kurwa, chodziłem po tym lesie i znalazłem jednego grzyba.
Dostał zatrucia pokarmowego, bolał go brzuch i było mu niedobrze przez
czterdzieści pięć minut. Ale potem nastało "to coś". Na pewno nie faza,
bo nie widział krasnoludków, nie widział jakichś ruchomych słońc, tylko
rzeczy takie, jakimi były. To go oczyściło.
- Po tych grzybach widzisz psa i wiesz, że tak powinien wyglądać, kurwa,
pies.
Franek jest osobą, która lubi eksperymentować. Wychodzi z założenia, że
narkotyki trzeba brać w momencie, kiedy się ma czysty rozum i czystą
duszę. Na teologii poznał największych odszczepieńców od wiary,
cyrkowców i pojebanych ludzi. Z nimi zapalił trawkę. Poklepało go
dopiero za czwartym razem. Wyszedł z domu i przez trzy godziny siedział
w krzakach pod blokiem, i modlił się do Boga, aby to się skończyło.
Każdego normalnego człowieka taka sytuacja powinna przestrzec przed
dalszym używaniem tego specyfiku. Jednak za piątym razem stał się
totalnym entuzjastą marihuany. Dochodziło do sytuacji, w których znajomy
na powitanie rano przynosił mu fifkę na tacy - zanim otworzył oczy, miał
już lufę w gębie. Tak rozpoczynał swój dzień. Trwało to bardzo, bardzo
długo.
- To się trochę skończyło w momencie, kiedy mój współlokator popełnił
samobója. Z nim paliłem zioło, chlałem strasznie mocno. Skoczył z mostu
Grunwaldzkiego tylko dlatego, że dostał delirium. Bardzo fajny, kumaty,
inteligentny facet, informatyk. To był taki, kurwa, cios. Znak, że coś
się zaczyna dziać. Ale nie chciałem demonizować, więc stwierdziłem, że
będę mniej palić. Wszystkie moje uzewnętrzniania i wypruwania
emocjonalne miałem pod wpływem narkotyków. Uważałem, że fajnie mi się po
tym ogląda filmy, słucha muzyki. Jestem osobą bardzo wrażliwą na szeroko
pojętą sztukę, a te rzeczy były jak taki nośnik, który jeszcze wzmagał
te emocje, te kolory, dźwięki. To nie jest rozmowa misyjna. Ja nie chcę
nikogo przestrzegać przed tym i nie chcę nikogo pouczać. Od tego jest
spowiedź święta. Ja do spowiedzi świętej nie chodzę.
DARIA
Ulubionym meblem Darii jest lustro. To dwudziestosześcioletnia
bizneswoman pracująca w dużej korporacji. Wysoka, z prostymi czarnymi
włosami, zawsze elegancko i dobrze ubrana. Chociaż wygląda jak milion
dolarów, nie ma o sobie dobrego zdania. Kompleksy uśmierza narkotykami,
szuka coraz wymyślniejszych wymówek, by wziąć kreskę. Bardzo dużo mówi i niestety tylko o sobie. Wiele osób określa ją jako wampira
energetycznego. Całe dzieciństwo była olewana przez rodziców.
- Jaki rodzic, kurwa, wyjeżdża sobie co tydzień na weekend i zostawia
szesnastoletnią dziewczynkę z dziesięcioletnią siostrą? Doskonale
wiedzieli, że ja imprezuję, zapraszam znajomych i chleję alkohol, i chuj, wyjebane. Jak się dowiedzieli, że spotykam się z facetem, który
mieszka z mamą i nie ma studiów, to było, wiesz, najgorsze. Oni nawet
nie chcieli go poznać, od razu gorszy sort. Moi rodzice nigdy nie byli
blisko. Mam też trochę daddy issues. Mam w chuj mommy issues, ale
moje daddy issues polegają na tym, że mnóstwo mężczyzn mnie zraniło w życiu, a i tak trudniej mi uzyskać kontakt z laską niż z facetem. I dla
mnie wszyscy mężczyźni, nieważne jak by mnie zranili, to oni są zawsze
lepsi. Moja matka tak zjebała nasz kontakt, jak byłam młodsza, że dla
mnie każda laska, chyba że naprawdę poznam ją jakoś głębiej i się
dogadamy, z góry jest chujowa. Więc tak naprawdę nie miałam nikogo.
Ojciec, który bardzo rzadko był w stanie powiedzieć mi "kocham cię",
matka, która kompletnie, kurwa, była pojebana. Dalej zresztą jest. Z jednej strony cię opierdoli, zbije łyżką drewnianą, bo akurat gotuje, a z drugiej strony, kurwa, przyjdzie i się popłacze, i ty nie wiesz, o chuj jej chodzi, dlaczego ona płacze. No nieważne.
Jest inteligentną, ale bardzo pogubioną dziewczyną.
- Mam zaburzenia osobowości, i to wiele wyjaśnia: z jednej strony chcę
być domatorką, a z drugiej strony bardzo chcę imprezować. Ile razy
oglądałam serial i widziałam, że ktoś tam wciągał, był to zawsze biały
proszek. Gdybym była jakaś supermądra z chemii, to stworzyłabym taki
narkotyk, który działa jak mefedron, ale tylko przez dwie godziny.
MONIKA
Od wielu lat łączy branie psychotropów z narkotykami. Wciągnęła kreskę
przed rozmową, na uspokojenie. Niewysoka farbowana blondynka z prostymi
włosami do piersi. Na rękach wytatuowane kwiatki i owady, zrobione usta.
Na prawym udzie głębokie blizny. Kilka miesięcy wcześniej wycięła na
nich żyletką napis "No future".
- Narkotyki bardziej mnie otwierają i przestaję się wstydzić siebie.
Staję się odważniejsza w życiu. Może dlatego, że robię rzeczy, które
chciałabym zrobić normalnie, ale mam zahamowania. Ludzie na przykład nie
lubią mówić podczas seksu, a mnie po narkotykach czasami włącza się
gadanie typu: "Zrób to ze mną, spuść się tutaj", i po prostu podniecam
się tym gadaniem. Podniecam się tym, że coś mówię, a wtedy mówię właśnie
takie rzeczy. Nawet mnie nie obchodzi, czy ta osoba słucha, czy nie,
mnie po prostu podnieca to, co mówię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki