Rozkazy twoje, markizo, są czarujące; sposób, w jaki je
wydajesz, jeszcze bardziej uroczy: przy tobie, pani, byłoby się
zdolnym pokochać despotyzm. Nie pierwszy to raz, jak ci wiadomo,
ubolewam, iż nie jestem już twoim niewolnikiem i, mimo nazwy
potwora, jaką mnie obdarzasz, najmilej zawsze wspominam czasy,
kiedy zaszczycałaś mnie bardziej słodkiemi imionami. Często nawet
marzę o tem, aby zasłużyć je na nowo i aby już do końca dni moich
wytrwać u twoich stóp, pani, dając całemu światu przykład budującej
stałości. Ale ważniejsze przeznaczenia wołają nas w tem życiu;
losem naszym jest zdobywać; trzeba iść tedy drogą, jaką nam pisano.
Być może, iż kiedyś, na schyłku naszego zawodu, spotkamy się
jeszcze; bowiem, niech mi to wolno będzie powiedzieć bez urazy,
pani, moja śliczna markizo, postępujesz ze mną conajmniej równym
krokiem, i od czasu, jak rozłączywszy się ku pożytkowi świata,
niesiemy naszą ewangelię każde na swoją rękę, zdaje mi się, że w
tem posłannictwie miłości, ty więcej odemnie zdobyłaś już
wyznawców. Znam twoje poświęcenie, twoją płomienną żarliwość i
zaprawdę, gdyby to bóstwo miało nas sądzić po naszych dziełach, ty
byłabyś kiedyś patronką jakiegoś dużego miasta, podczas gdy twój
przyjaciel i sługa zostałby zaledwie jakimś pokątnym świętym
mizernej wioseczki. Ten budujący styl musi cię nieco dziwić,
markizo, nieprawdaż? Ale, od całego tygodnia, nie słyszę innego,
nie mówię innym; i, co więcej, aby się w nim doskonalić, zmuszony
jestem być ci pani nieposłusznym.
Nie gniewaj się, markizo i wysłuchaj mnie. Tobie,
skarbniczce wszystkich tajemnic mojego serca, powierzę największy
zamiar, jaki kiedykolwiek urodził się w mej głowie. Do czegóż ty
mnie, markizo, chcesz użyć? bym uwiódł młodą dziewczynę, która nic
nie widziała, o niczem nie ma pojęcia; która byłaby mi niejako
wydana na łup bez żadnej obrony; którą wprawiłby w upojenie
pierwszy hołd spotkany w życiu, a ciekawość poprowadziłaby szybciej
jeszcze niż miłość. Dwudziestu innych mogłoby tutaj dojść do celu
niegorzej odemnie. Zupełnie inaczej mają się rzeczy w
przedsięwzięciu, które mnie zaprząta w tej chwili: tutaj,
powodzenie zapewnia mi tyleż chwały, co rozkoszy! Miłość, która
gotuje się wieńcem przystroić mą głowę, waha się sama pomiędzy
mirtem a laurem, lub raczej połączy je oba, aby godnie uczcić moje
zwycięstwo. Ty sama, moja piękna przyjaciółko, staniesz przejęta
świętym podziwem i z zapałem wykrzykniesz: "Oto, zaprawdę, mąż
wedle serca mojego". Znasz, markizo, panią prezydentową de Tourvel, jej
pobożność, jej miłość małżeńską, jej surowe zasady. Oto forteca, do
której szturm przypuszczam: oto godny mnie nieprzyjaciel, oto cel,
który pragnę osiągnąć.
A jeśli chlubnej ceny nie sięgnę zwycięztwa, Zdobędę bodaj zaszczyt daremnego męstwa.
Można cytować liche wiersze, gdy pochodzą z pod pióra
wielkiego poety. Dowiedz się zatem, że prezydent bawi w Burgundyi, dokąd
udał się w sprawie ważnego procesu (mam nadzieję, że przyprawię go
o przegranie jeszcze ważniejszego). Jego niepocieszona połowica ma
pozostać tutaj przez cały czas tego żałosnego wdowieństwa.
Codzienna msza, odwiedziny u biednych naszej okolicy, modlitwa
poranna i wieczorna, samotne przechadzki, nabożne rozmowy z moją
starą ciotką, i, od czasu do czasu, nudna partya wiska, miały
stanowić jedyne jej rozrywki. Tuszę sobie, że uda mi się zgotować
jej inne, nieco bardziej ożywione. Jakiś dobry anioł przywiódł mnie
tutaj, dla jej i mojego szczęścia. Szalony! żałowałem tych
dwudziestu czterech godzin, które musiałem poświęcić względom
powinności rodzinnej. Jakżeż czułbym się ukarany, gdyby mnie kto
dziś zmusił do powrotu do Paryża! Na szczęście potrzeba jest
czterech osób, aby módz grać w wiska; że zaś tutaj znajduje się pod
ręką jedynie miejscowy proboszcz, moja nieśmiertelna ciotka
nalegała na mnie bardzo, abym jej choć kilka dni poświęcił.
Zgadujesz markizo, że nie dałem się prosić. Nie wyobrażasz sobie,
jak poczciwina rozpływa się nademną od tego czasu, a zwłaszcza, jak
jest zbudowana tem, iż regularnie zjawiam się na jej modlitwach i
na mszy. Ani podejrzewa, jakiemu bóstwu ja niosę hołdy. Oto więc, od czterech dni, pochłonięty jestem silną
namiętnością. Znasz mnie; wiesz zatem, czy umiem żywo pragnąć, czy
umiem dawać sobie rady z przeszkodami: ale czego nie wiesz, to
tego, jak bardzo osamotnienie wzmaga gorącość pragnienia. Żyję
wyłącznie tem jednem: myślę o niej we dnie, śnię w nocy. Muszę mieć
tę kobietę, aby się ocalić od śmieszności zakochania się w niej:
dokąd nie zdoła bowiem zaprowadzić niezaspokojone pragnienie? O
słodka sytości! Przyzywam ciebie dla mojego szczęścia, a zwłaszcza
dla mojego spokoju. Jakież to szczęście dla nas, że kobiety tak
słabo się bronią! inaczej bylibyśmy wobec nich jedynie stadem
kornych niewolników. W tej chwili ogarnęło mnie uczucie głębokiej
wdzięczności dla kobiet łatwych, które to uczucie najprostszą drogą
zawiodło mnie do twoich stóp, markizo. Pochylam się do nich, aby
uzyskać moje przebaczenie i kończę ten zbyt długi list: do
widzenia, moja urocza przyjaciółko, i bez urazy.
Z Zamku
**
*, 5 sierpnia 17**.