Niebezpieczne związki - Pierre Choderlos de Laclos

Kup ebooka

7.99 zł
6.55 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

List IV

Wicehrabia de Valmont do Markizy de Merteuil w Paryżu.

Rozkazy twoje, markizo, są czarujące; sposób, w jaki je wydajesz, jeszcze bardziej uroczy: przy tobie, pani, byłoby się zdolnym pokochać despotyzm. Nie pierwszy to raz, jak ci wiadomo, ubolewam, iż nie jestem już twoim niewolnikiem i, mimo nazwy potwora, jaką mnie obdarzasz, najmilej zawsze wspominam czasy, kiedy zaszczycałaś mnie bardziej słodkiemi imionami. Często nawet marzę o tem, aby zasłużyć je na nowo i aby już do końca dni moich wytrwać u twoich stóp, pani, dając całemu światu przykład budującej stałości. Ale ważniejsze przeznaczenia wołają nas w tem życiu; losem naszym jest zdobywać; trzeba iść tedy drogą, jaką nam pisano. Być może, iż kiedyś, na schyłku naszego zawodu, spotkamy się jeszcze; bowiem, niech mi to wolno będzie powiedzieć bez urazy, pani, moja śliczna markizo, postępujesz ze mną conajmniej równym krokiem, i od czasu, jak rozłączywszy się ku pożytkowi świata, niesiemy naszą ewangelię każde na swoją rękę, zdaje mi się, że w tem posłannictwie miłości, ty więcej odemnie zdobyłaś już wyznawców. Znam twoje poświęcenie, twoją płomienną żarliwość i zaprawdę, gdyby to bóstwo miało nas sądzić po naszych dziełach, ty byłabyś kiedyś patronką jakiegoś dużego miasta, podczas gdy twój przyjaciel i sługa zostałby zaledwie jakimś pokątnym świętym mizernej wioseczki. Ten budujący styl musi cię nieco dziwić, markizo, nieprawdaż? Ale, od całego tygodnia, nie słyszę innego, nie mówię innym; i, co więcej, aby się w nim doskonalić, zmuszony jestem być ci pani nieposłusznym.

Nie gniewaj się, markizo i wysłuchaj mnie. Tobie, skarbniczce wszystkich tajemnic mojego serca, powierzę największy zamiar, jaki kiedykolwiek urodził się w mej głowie. Do czegóż ty mnie, markizo, chcesz użyć? bym uwiódł młodą dziewczynę, która nic nie widziała, o niczem nie ma pojęcia; która byłaby mi niejako wydana na łup bez żadnej obrony; którą wprawiłby w upojenie pierwszy hołd spotkany w życiu, a ciekawość poprowadziłaby szybciej jeszcze niż miłość. Dwudziestu innych mogłoby tutaj dojść do celu niegorzej odemnie. Zupełnie inaczej mają się rzeczy w przedsięwzięciu, które mnie zaprząta w tej chwili: tutaj, powodzenie zapewnia mi tyleż chwały, co rozkoszy! Miłość, która gotuje się wieńcem przystroić mą głowę, waha się sama pomiędzy mirtem a laurem, lub raczej połączy je oba, aby godnie uczcić moje zwycięstwo. Ty sama, moja piękna przyjaciółko, staniesz przejęta świętym podziwem i z zapałem wykrzykniesz: "Oto, zaprawdę, mąż wedle serca mojego". Znasz, markizo, panią prezydentową de Tourvel, jej pobożność, jej miłość małżeńską, jej surowe zasady. Oto forteca, do której szturm przypuszczam: oto godny mnie nieprzyjaciel, oto cel, który pragnę osiągnąć.

A jeśli chlubnej ceny nie sięgnę zwycięztwa, Zdobędę bodaj zaszczyt daremnego męstwa.

Można cytować liche wiersze, gdy pochodzą z pod pióra wielkiego poety. Dowiedz się zatem, że prezydent bawi w Burgundyi, dokąd udał się w sprawie ważnego procesu (mam nadzieję, że przyprawię go o przegranie jeszcze ważniejszego). Jego niepocieszona połowica ma pozostać tutaj przez cały czas tego żałosnego wdowieństwa. Codzienna msza, odwiedziny u biednych naszej okolicy, modlitwa poranna i wieczorna, samotne przechadzki, nabożne rozmowy z moją starą ciotką, i, od czasu do czasu, nudna partya wiska, miały stanowić jedyne jej rozrywki. Tuszę sobie, że uda mi się zgotować jej inne, nieco bardziej ożywione. Jakiś dobry anioł przywiódł mnie tutaj, dla jej i mojego szczęścia. Szalony! żałowałem tych dwudziestu czterech godzin, które musiałem poświęcić względom powinności rodzinnej. Jakżeż czułbym się ukarany, gdyby mnie kto dziś zmusił do powrotu do Paryża! Na szczęście potrzeba jest czterech osób, aby módz grać w wiska; że zaś tutaj znajduje się pod ręką jedynie miejscowy proboszcz, moja nieśmiertelna ciotka nalegała na mnie bardzo, abym jej choć kilka dni poświęcił. Zgadujesz markizo, że nie dałem się prosić. Nie wyobrażasz sobie, jak poczciwina rozpływa się nademną od tego czasu, a zwłaszcza, jak jest zbudowana tem, iż regularnie zjawiam się na jej modlitwach i na mszy. Ani podejrzewa, jakiemu bóstwu ja niosę hołdy. Oto więc, od czterech dni, pochłonięty jestem silną namiętnością. Znasz mnie; wiesz zatem, czy umiem żywo pragnąć, czy umiem dawać sobie rady z przeszkodami: ale czego nie wiesz, to tego, jak bardzo osamotnienie wzmaga gorącość pragnienia. Żyję wyłącznie tem jednem: myślę o niej we dnie, śnię w nocy. Muszę mieć tę kobietę, aby się ocalić od śmieszności zakochania się w niej: dokąd nie zdoła bowiem zaprowadzić niezaspokojone pragnienie? O słodka sytości! Przyzywam ciebie dla mojego szczęścia, a zwłaszcza dla mojego spokoju. Jakież to szczęście dla nas, że kobiety tak słabo się bronią! inaczej bylibyśmy wobec nich jedynie stadem kornych niewolników. W tej chwili ogarnęło mnie uczucie głębokiej wdzięczności dla kobiet łatwych, które to uczucie najprostszą drogą zawiodło mnie do twoich stóp, markizo. Pochylam się do nich, aby uzyskać moje przebaczenie i kończę ten zbyt długi list: do widzenia, moja urocza przyjaciółko, i bez urazy.

Z Zamku ** *, 5 sierpnia 17**.

List II

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont w Zamku ***

Powracaj, mój drogi wicehrabio, powracaj; cóż ty tam robisz, co możesz robić u starej ciotki, której cały majątek zapisany jest już na twoje imię? Ruszaj natychmiast w drogę: potrzebny mi tu jesteś. Przyszła mi do głowy wspaniała myśl i tobie pragnę powierzyć jej wykonanie. Te kilka słów powinnyby wystarczyć, i, aż nazbyt zaszczycony moim wyborem, powinienbyś stawić się z całym pośpiechem, aby na kolanach odebrać moje rozkazy. Ale ty nadużywasz mojej dobroci, nawet wówczas, kiedy przestałeś z niej korzystać, i, w owym wyborze, jaki mam przed sobą, albo wieczystej nienawiści, albo bezgranicznego pobłażania dla ciebie, jedynie szczęściu swemu to zawdzięczasz, iż dobroć moja bierze górę. Zatem, spieszę wtajemniczyć cię w moje zamysły: lecz przysiąż mi, że, jako wierny Rycerz, nie pogonisz za żadną inną przygodą, dopóki tej nie doprowadzisz szczęśliwie do końca. Jest ona zaprawdę godną Bohatera: masz służyć razem miłości i zemście; słowem, będzie to jedno dzieło więcej do umieszczenia w twoich pamiętnikach: tak, w twoich pamiętnikach, gdyż chcę koniecznie, aby kiedyś ukazały się one w druku i sama się podejmuję je spisywać. Ale zostawmy to na razie, a powróćmy do tego, co mnie w tej chwili zaprząta.

Pani de Volanges wydaje za mąż swoją córkę: jestto jeszcze tajemnica; ale zwierzyła mi się z nią od wczoraj. I kogo, myślisz, wyszukała sobie za zięcia? Hrabiego de Gercourt. Któżby mi był powiedział, że ja mam zostać kuzynką Gercourt'a? Poprostu nie posiadam się z wściekłości... Jakto! nie domyślasz się jeszcze? o niepojętna głowo! Czyżbyś mu już więc przebaczył ową przygodę z Intendentową? A ja, czyż nie mam więcej jeszcze przyczyn użalać się na niego, ty potworze? Ale panuję nad moim gniewem i nadzieja zemsty rozpogadza moją duszę. Sto razy musiała ci się dać we znaki, tak samo, jak i mnie, owa nadęta uroczystość, z jaką Gercourt rozprawia o tem, co za wszelakie przymioty musi posiadać jego przyszła żona, i jego głupia zarozumiałość, która każe mu mniemać, iż on właśnie zdoła uniknąć nieuniknionego losu. Znasz jego śmieszne urojenia na punkcie przewag klasztornego wychowania i jego przesąd, jeszcze o wiele śmieszniejszy, co do wrodzonej wstrzemięźliwości blondynek. W istocie, mogłabym się założyć, że, mimo sześćdziesięciu tysięcy renty małej Volanges, nigdy nie byłoby mu przyszło na myśl to małżeństwo, gdyby panna była brunetką, lub gdyby nie była wychowana w klasztorze. Przekonajmy go zatem, że jest tylko głupcem i... czemś więcej: zostałby nim z pewnością prędzej czy później; nie o to się też kłopocę; lecz byłoby zabawne, gdyby już od tego rozpoczął. Jakżeżbyśmy się przednio bawili nazajutrz, słysząc, jak on się chełpi! bo będzie się chełpił z pewnością; a przytem, skoro już raz ty się zajmiesz postawieniem pierwszych kroków tej dziewczyny, trzebaby dziwnego nieszczęścia, aby Gercourt nie stał się z czasem, jak tylu innych, przedmiotem zabawy całego Paryża. Zresztą, bohaterka tego nowego romansu zasługuje w zupełności na twoje starania: jest naprawdę ładna; ot, dzieciak piętnastoletni, istny pączek róży; przytem nieprawdopodobnie naiwna i bez najmniejszej sztuki: ale wy mężczyźni, was taka rzecz nie odstrasza; a przytem ma w spojrzeniu jakąś tkliwą omdlałość, doprawdy bardzo obiecującą; dodaj do tego, że ja ci ją polecam; nie pozostaje ci nic, jak tylko podziękować mi i posłuchać. List ten dostanie się do twoich rąk jutro rano. Rozkazuję, abyś jutro, o godzinie siódmej wieczór, zjawił się u mnie. Nie przyjmę nikogo przed godziną ósmą, nawet mego panującego Kawalera: on nie ma dosyć głowy na tak ważne przedsięwzięcie. Widzisz z tego, że miłość mnie nie zaślepia. O ósmej zwrócę ci swobodę, zaś o dziesiątej powrócisz, aby wieczerzać wraz z pięknym przedmiotem twoich zabiegów, gdyż matka i córka będą jutro u mnie. Do widzenia, minęła już dwunasta w południe. Niebawem przestanę się tobą zajmować.

Paryż, 4 sierpnia 17**.

List I

Cecylia Volanges do Zofii Carnay w klasztorze Urszulanek w ***

Widzisz, moja droga przyjaciółko, że dotrzymuję ci danego słowa i że czepeczki i stroiki nie pochłonęły tak dalece całego mojego czasu, aby mi go nie zostało zawsze poddostatkiem dla ciebie. A przecież, w tym jednym dzisiejszym dniu, napatrzyłam się więcej strojów, niż w ciągu owych czterech lat, które spędziłyśmy razem w klasztorze. Mama zasięga we wszystkiem mojego zdania; czuję, że jestem w jej oczach daleko mniej pensyonarką, niż poprzednio. Mam swoją własną pannę służącą, mam swój pokój i salonik wyłącznie dla mnie samej i piszę do ciebie na prześlicznem biureczku, do którego dostałam klucz i gdzie mogę chować i zamykać, co tylko mi się podoba. Mama oznajmiła mi, że będę ją widywała codziennie przy wstawaniu, że wystarczy, jeżeli będę uczesana do obiadu, ponieważ będziemy zawsze same i że wówczas uwiadomi mnie codzień, gdzie mam się z nią spotkać popołudniu. Resztą czasu mogę rozporządzać zupełnie dowoli; mam moją harfę, moje rysunki i moje książki, jak w klasztorze; z tą różnicą, że niema matki Annuncyaty, któraby mi sypała bury i że, gdybym chciała, mogłabym nic nie robić od rana aż do wieczora; że jednak niemam przy sobie mojej Zosi, z którąbym mogła śmiać się i gawędzić, wolę przeto skracać sobie czas jakiemś zatrudnieniem.

Jest zaledwie piąta godzina; z mamą mam się spotkać dopiero o siódmej; czasu więc byłoby aż nadto, gdybym tylko miała ci coś do zwierzenia! Ale jeszcze nic a nic mi nie powiedziano i gdyby nie przygotowania, na jakie patrzę codziennie, i nie to mnóstwo robotnic, które kręcą się tu wyłącznie tylko dla mnie, mogłabym myśleć, że nikomu się nie śni wydawać mnie za mąż i że to była zwykła gadanina poczciwej Józefy. Jednakże matka powtarzała mi tak często, że panienka powinna pozostawać w klasztorze aż do chwili swojego zamążpójścia, że skoro mnie stamtąd odebrano, nasza Józefa musiała chyba mieć słuszność. Jakiś pojazd zatrzymał się przed bramą i mama kazała mnie zawołać natychmiast do siebie. Czyżby to miał być... Jestem nieubrana, ręce mi drżą i serce tłucze się we mnie. Pytam się panny służącej, czy nie wie, kto jest u mojej matki. "Owszem, odparła, pan C ** * ". To mówiąc, zaczęła się śmiać. Och, mam jakieś przeczucie, że to on. Wrócę zaraz, aby ci opowiedzieć, jak się wszystko odbyło. Wiem przynajmniej już, jak się nazywa. Spieszę, aby nie dać na siebie czekać zbyt długo. Do widzenia za małą chwileczkę. Toż ty będziesz sobie żartować z twojej głupiutkiej Cesi! Och, jakżeż się zawstydziłam! Ale i ty byłabyś się złapała tak samo, jak i ja. Wszedłszy do pokoju, ujrzałam jakiegoś pana, czarno ubranego, który stał koło mamy. Ukłoniłam się najwdzięczniej, jak tylko mogłam i zatrzymałam się w miejscu, niby przyrośnięta do posadzki. Możesz sobie wyobrazić, jak mu się przyglądałam! "Pani, rzekł do mojej matki, oddając mi ukłon, córeczka pani jest zachwycająca i tem żywiej przychodzi mi odczuwać łaskę, jaką mnie pani obdarza". Na to oświadczenie tak wyraźne, poczęłam drżeć na całem ciele, tak, że nie mogłam utrzymać się na nogach; na szczęście spostrzegłam w pobliżu fotel i usiadłam na nim cała czerwona i pomięszana. Ledwiem zdążyła to uczynić, a już ten człowiek znalazł się u moich kolan. Wówczas twoja biedna Cesia straciła do reszty głowę; byłam, jak mówi mama, zupełnie nieprzytomna. Zerwałam się, wydając przeraźliwy krzyk... ot tak, jak wtedy, podczas tej burzy, pamiętasz? Na to mama parsknęła śmiechem, mówiąc: "Co tobie, moje dziecko? Usiądźże i podaj panu swoją nogę". W istocie, moja złota, pokazało się, że ten pan to był poprostu szewc. Nie umiem ci opisać, jak bardzo się zawstydziłam: na szczęście, nikogo przytem nie było, prócz mamy. Sądzę, iż skoro wyjdę za mąż, nigdy nie zawołam już więcej tego szewca. Przyznaj, że my doprawdy dużo wiemy o świecie! Do widzenia. Już jest blisko szósta i moja panna służąca mówi, że czas się ubierać. Do widzenia, moja Zosiu droga; kocham cię tak, jak gdybym jeszcze była w klasztorze. P. S. Nie wiem przez kogo posłać mój list: zaczekam, aż przyjdzie Józefa.

Paryż, 3 sierpnia 17**.

List V

Markiza de Merteuil do Wicehrabiego de Valmont.

Czy wiesz, wicehrabio, że twój list silnie przekracza dozwolone granice zuchwalstwa i że miałabym wszelkie prawo obrazić się? dowiódł mi jednak zarazem, iż straciłeś zupełnie głowę i to jedno ocaliło cię od mojego oburzenia. Jako przyjaciółka wspaniałomyślna i tkliwa, zapominam o mojej zniewadze, aby jedynie myśleć o twojem niebezpieczeństwie; i, jakkolwiek nudną jest rzeczą przemawianie do czyjegoś rozsądku, i na to się odważę przez wzgląd, iż bardzo się tego zdajesz potrzebować.

Ty, zdobywający prezydentową Tourvel! cóż to za kaprys pocieszny! Poznaję po tem dobrze twoją przekręconą głowę, która umie pragnąć tylko tego, czego uzyskanie wydaje się jej niepodobieństwem. I cóż ty widzisz w tej kobiecie? rysy regularne, jeżeli chcesz, przyznaję, ale bez cienia wyrazu: nieźle zbudowana, ale bez wdzięku, ubrana zawsze wprost śmiesznie! z temi chusteczkami, które opatulają jej piersi i z biustem, który sięga aż gdzieś pod brodę! Powiadam ci to jako przyjaciółka, że wystarczyłoby ci mieć już nie dwie, ale jedną kobietę tego pokroju, aby pozbawić cię całej twojej reputacyi. Przypomnij sobie tylko ów dzień, w którym ona kwestowała w kościele św. Rocha, kiedy tak dziękowałeś mi za to, że ci dostarczyłam tego widowiska. Zdaje mi się, że ją widzę jeszcze, jak się prowadzi pod rękę z tą swoją długowłosą tyczką, gotowa przewrócić się przy każdym kroku, wiecznie zawadzająca o czyjąś głowę swoim łokciowym koszykiem, rumieniąca się przy każdym ukłonie. Któżby ci był wówczas powiedział, że tobie się zachce kiedyś tej kobiety? Ech, wicehrabio, ty sam zarumień się ze wstydu i opamiętaj się zawczasu. Przyrzekam ci solenną tajemnicę. A zresztą, zastanów się nad zawodami, jakie cię czekają! jakiegoż to rywala wypadnie ci zwalczać? męża! Czy nie czujesz się upokorzonym już tem samem zestawieniem? Cóż za hańba, jeżeli poniesiesz klęskę! a naodwrót, w razie zwycięstwa, jakże mało zaszczytu! Więcej powiem: nie spodziewaj się żadnej przyjemności. Czyż można zaznać jej ze skromnisiami? mówię oczywiście o szczerych: wstrzemięźliwe nawet w samej godzinie upojenia, zawsze dadzą ci jedynie jakieś pół-rozkoszy. To zupełne oddanie całej siebie, ten szał zmysłów, w którym rozkosz oczyszcza się własnym swoim bezmiarem, ta najwyższa łaska miłości, to wszystko jest im zupełnie nieznane. Przepowiadam ci to; w przypuszczeniu najszczęśliwszej możliwości, twoja prezydentowa będzie mniemała, iż wszystko uczyniła dla ciebie, racząc cię tak, jak raczy swojego małżonka, zaś w sam na sam małżeńskiem, chociażby najczulszem, zostaje zawsze dwoje, a nie jedno. Tutaj rzecz ma się jeszcze o wiele gorzej: twoja skromnisia jest nabożna i to tą nabożnością kumoszek, która skazuje kobietę na wieczyste dzieciństwo. Być może, uda ci się nagiąć tę zaporę, lecz nie pochlebiaj sobie, byś zdołał ją zniweczyć: może zwyciężysz miłość Boga, lecz nie zwyciężysz z pewnością obawy przed dyabłem; i skoro, trzymając swoją kochankę w ramionach, uczujesz, iż serce jej bije, to będzie ono biło ze strachu, a nie z miłości. Być może, że gdybyś był poznał tę kobietę wcześniej, byłbyś może mógł coś z niej zrobić; ale dziś to ma dwadzieścia dwa lat, a już blisko dwa lata, jak to wyszło za mąż. Wierzaj mi, wicehrabio, gdy kobieta zapuści się do tego stopnia, trzeba ją zdać już jej losowi; na zawsze pozostanie tylko kwoczką. I dla tego to uroczego przedmiotu odmawiasz mi posłuszeństwa, zakopujesz się żywcem w grobowcu swojej ciotki i wyrzekasz się przygody najrozkoszniejszej w świecie i najbardziej stworzonej na to, aby przysporzyć ci chwały. Cóż za fatalność chce, aby ten Gercourt zawsze musiał zyskać jakieś pierwszeństwo przed tobą? Słuchaj, mówię do ciebie bez gniewu: ale, w tej chwili skłonna byłabym doprawdy uwierzyć, że nie wart jesteś swojej reputacyi, a przedewszystkiem zaś jestem skłonna odebrać ci moje zaufanie. Nie umiałabym się nigdy przyzwyczaić do zwierzania swoich tajemnic kochankowi pani de Tourvel. Dowiedz się zresztą, że mała Volanges zdążyła już zawrócić jedną głowę. Młody Danceny szaleje za nią. Śpiewali kiedyś razem, i w istocie ta gąska śpiewa o wiele lepiej, niżby to przystało wychowanicy klasztoru. Mają przechodzić ze sobą różne duety i sądzę, że, co do niej, chętnie byłaby gotowa dostroić się do unisona: ale ten Danceny to dzieciak, który straci cały drogi czas na gruchaniu i do niczego nie dojdzie. Mała osóbka jest ze swojej strony dosyć dzika i, gdyby nawet coś się stało, będzie to z pewnością o wiele mniej zabawne, niż gdybyś ty się chciał tem zająć: toteż zirytowana jestem i z pewnością zrobię scenę Kawalerowi, skoro się tu pojawi. Radzę mu, aby był potulny; bowiem, w tej chwili, nicby mnie nie kosztowało zerwać z nim na dobre. Jestem pewna, że gdyby mi przyszło do głowy teraz go porzucić, byłby w prawdziwej desperacyi; a nic mnie tak nie bawi, jak te miłosne rozpacze; z pewnością nazwałby mnie "przewrotną". To słowo "przewrotna" zawsze robiło mi przyjemność; jestto, po słowie "okrutna", najsłodsza nazwa dla ucha kobiety, a mniej ciężko przychodzi na nią zapracować. Doprawdy, muszę zastanowić się poważnie nad tem zerwaniem. No i sam widzisz, czego ty stałeś się przyczyną! niechaj to spadnie na twoje sumienie. Do widzenia. Chciej mnie polecić modłom twojej prezydentowej.

Paryż, 7 sierpnia 17**.

List III

Cecylia Volanges do Zofii Carnay.

Niczego jeszcze się nie dowiedziałam, moja droga. Wczoraj było u mamy bardzo dużo gości na kolacyi. Mimo ciekawości, z jaką przypatrywałam się całemu towarzyswu, a zwłaszcza panom, wynudziłam się straszliwie. Mężczyźni i kobiety, wszyscy przyglądali mi się wytrwale, a potem szeptali sobie do ucha; wiedziałam doskonale, że rozmawiają o mnie: czułam, że się czerwienię, a nie mogłam się od tego powstrzymać. Bardzo zła byłam na siebie o to, bowiem zauważyłam, że gdy przyglądano się innym kobietom, one się nie czerwieniły, a może to tylko dlatego, że się różują, nie widzi się po nich, gdy są zakłopotane, bo trudno chyba nie zaczerwienić się, kiedy mężczyzna wpatruje się tak natarczywie.

Co mnie najwięcej niepokoiło, to to, że nic nie wiem, co oni sobie wszyscy o mnie myślą. Zdawało mi się jednak, że dosłyszałam ze dwa lub trzy razy słowo ładna: ale napewno usłyszałam również wyraz niezręczna; i to z pewnością musi być prawda, gdyż pani, która to mówiła, jest krewną i przyjaciółką mojej matki; zdaje się, że i dla mnie nabrała od razu dużo sympatyi. To jedyna osoba, która trochę porozmawiała ze mną w ciągu tego wieczoru. Jutro mamy być u niej na kolacyi. Słyszałam jeszcze później, jak jakiś pan, o którym jestem pewna, że mówił to o mnie, odezwał się do drugiego: "Niechże to jeszcze sobie dojrzeje, zobaczymy tej zimy". To może właśnie ten ma się ze mną żenić, ale toby znaczyło, że to dopiero za cztery miesiące! Chciałabym bardzo wiedzieć, jak to jest w istocie. Przyszła właśnie Józefa, aby zabrać mój list i mówi, że jej pilno. Ale muszę ci opowiedzieć jeden jeszcze przykład mojej niezręczności. Och! zdaje mi się, że ta pani ma słuszność! Po kolacyi wszyscy zasiedli do gry. Usadowiłam się tuż koło mamy i nie wiem, jak się to stało, ale zasnęłam prawie natychmiast. Obudził mnie wielki wybuch śmiechu. Nie wiem, czy ze mnie się śmiano, ale tak przypuszczam. Mama pozwoliła mi iść do siebie, czem mi zrobiła wielką przyjemność. Wyobraź sobie, że było już po jedenastej. Do widzenia, Zosiu moja droga, kochaj zawsze mocno twoją Ceśkę. Zaręczam ci, że świat nie jest tak zabawny, jak nam się wydawał w marzeniach.

Paryż, 4 sierpnia 17**.