Niebezpieczne związki - Pierre Choderlos de Laclos

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (31,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od tłu­ma­cza

Piotr Ambroży Fran­ci­szek Cho­der­los de Lac­los uro­dził się w Ame­nis, w 1741 r., z rodziny miesz­czań­skiej. Jako młody chło­piec oka­zy­wał zami­ło­wa­nia lite­rac­kie, dzie­dziczne w tym domu. Jed­nakże w XVIII w. lite­ra­tura nie sta­no­wiła jesz­cze zawodu, zatem młody Lac­los, po odby­ciu stu­diów, zostaje w dwu­dzie­stym roku życia ofi­ce­rem arty­le­rii. Łatwość pióra i zręcz­ność w skła­da­niu madry­ga­łów uczy­niły go pożą­da­nym gościem pary­skich salo­nów; w nich też zapewne gro­ma­dzi zawczasu mate­riały do przy­szłego arcy­dzieła. W 1774 r. zwraca na sie­bie uwagę zgrabną sztuczką List do Mał­gosi; trzy lata póź­niej pisze operę komiczną, jed­nak bez szcze­gól­nego powo­dze­nia. W 1778 r.wysłany na pro­win­cję jako ofi­cer inży­nie­rii, buduje fort na wyspie Aix; tam też, może aby roz­pro­szyć nudę zapa­dłego kąta i orzeź­wić myśl wspo­mnie­niem błysz­czą­cego pary­skiego świata, pisze Nie­bez­pieczne związki.

Dzieło uka­zało się w 1782 r. i zyskało nie­by­wałe powo­dze­nie. Była to jedyna książka, jaką Lac­los napi­sał. Póź­niej - jeśli używa pióra - to jedy­nie na bro­szury i arty­kuły poli­tyczne. Powiew nad­cią­ga­ją­cej rewo­lu­cji nie sprzyja snadź pło­dom czy­stego arty­zmu. Może zra­ziła Lac­losa i pie­czo­ło­wi­tość poli­cji, która umie­ściła jego książkę na indek­sie i ska­zała ją na znisz­cze­nie jako "roz­wią­złą i nie­oby­czajną".

W 1789 r. Lac­los, na pole­ce­nie pani de Gen­lis, otrzy­muje miej­sce sekre­ta­rza księ­cia Orle­anu. Nie­ba­wem staje się prawą ręką księ­cia, duszą jego poli­tyki; fama, nie zawsze zresztą spraw­dzona, przy­pi­suje auto­rowi Nie­bez­piecz­nych związ­ków autor­stwo wielu intryg prze­ciw pra­wej dyna­stii, jakie knuł kokie­tu­jący z ludem, ambitny Filip Égalité. Rów­no­cze­śnie ze swoim panem Lac­los wstę­puje do klubu jako­bi­nów. Prze­wod­ni­czy klu­bowi w dniu uchwa­le­nia detro­ni­za­cji Ludwika XVI. W 1791 r. reda­guje "Jour­nal des Amis de la Con­sti­tu­tion". Po ogło­sze­niu Repu­bliki wraca do armii jako gene­rał bry­gady; w 1793 r. dostaje się w Paryżu do wię­zie­nia; ratuje go pro­tek­cja Robe­spierre'a, któ­remu podobno Lac­los ukła­dał jego mowy. Nie­ba­wem znaj­duje się po raz wtóry w wię­zie­niu, z któ­rego dopiero 9 Ther­mi­dora zostaje osta­tecz­nie uwol­niony. Przy­dzie­lony do kor­pusu gene­rała Moreau, udaje się do Włoch, gdzie umiera w Taren­cie w 1803 r. na sta­no­wi­sku gene­ral­nego inspek­tora arty­le­rii.

Jedyna książka, jaką Lac­los zosta­wił, stoi w rzę­dzie trwa­łych bogactw lite­ra­tury fran­cu­skiej. Jest ona podwój­nie cie­kawa: raz jako nie­po­rów­nany wyraz doby, w któ­rej powstała i którą maluje, po wtóre jako arcy­dzieło psy­cho­lo­gii, mające mało sobie rów­nych. Całą książkę wypeł­niają jedy­nie sprawy miło­ści, tak jak wypeł­niały one życie "towa­rzy­stwa" owej epoki, któ­rej "kto nie znał, ten nie wie, co to sło­dycz życia", jak wzdy­cha póź­niej jeden z jej nie­do­bit­ków. Naj­ra­sow­sza szlachta fran­cu­ska, zamknięta od cza­sów Ludwika XIV w zło­tej klatce dworu i ska­zana na przy­mu­sową bez­czyn­ność, odsu­nięta stop­niowo od poli­tyki, od admi­ni­stra­cji, nie znaj­duje natu­ral­nych upu­stów dla swych sił życio­wych. Bujna mło­dzież, nie­zbyt gar­nąca się do służby woj­sko­wej, wyma­ga­ją­cej w nowo­żyt­nym swym prze­obra­że­niu za wiele kar­no­ści, dają­cej zbyt wiele utru­dzeń, a za mało zaszczy­tów, zużywa tem­pe­ra­menty w łowach i tych innych łowach, w któ­rych rolę osa­czo­nej zwie­rzyny gra kobieta. Przy­gody miło­sne - oto godne szranki dla naj­szla­chet­niej­szych przy­mio­tów, oto pole popisu dla odwagi, zręcz­no­ści, żądzy sławy. Iluż wiel­kich dyplo­ma­tów, iluż bez­i­mien­nych wiel­kich poli­ty­ków, zręcz­niej­szych niż Dubois, prze­ni­kliw­szych niż Ber­nis, wśród tej gro­madki ludzi, któ­rzy uwie­dze­nie kobiety czy­nią jedy­nym celem swo­ich myśli, wielką sprawą życia! Ile stu­diów, wytrwa­ło­ści, umie­jęt­no­ści, namy­słu! Ile kom­bi­na­cji roman­to­pi­sa­rza i stra­te­gika!..."1, pod­czas gdy część tej Fran­cji XVIII w. filo­zo­fuje, zaj­muje się zagad­nie­niami eko­no­mii, poli­tyki, nauki, dla dru­giej czę­ści miłość staje się tre­ścią życia, roz­mów, lite­ra­tury, ulu­bioną zabawą towa­rzy­ską, przed­mio­tem ambi­cji - wszyst­kim.

Oczy­wi­ście bóstwo to, obła­ska­wione w ten spo­sób i spro­wa­dzone ze świą­tyni do budu­aru, samo też nie mogło się uchro­nić od pew­nych prze­obra­żeń. Cechą miło­ści w XVIII w. (zanim prze­nikną wpływy Russa) jest odar­cie jej ze wszyst­kich zasłon. Ani śladu tu z owego ubó­stwie­nia, jakim była oto­czona w wieku Ludwika XIV; ani śladu z owego języka peł­nego czci i kultu dla kobiety, osła­nia­ją­cego swymi reli­gij­nymi nie­mal for­muł­kami całą mate­rialną stronę miło­ści. To wszystko odpada; miłość staje się syno­ni­mem pożą­da­nia, prze­lot­nej skłon­no­ści, "wymianą dwóch kapry­sów i zetknię­ciem dwóch naskór­ków", wedle dosad­nego okre­śle­nia Cham­forta. Zmie­nia się zwłasz­cza styl miło­ści. W XVII w. naj­bar­dziej pło­cha Celi­mena czuje się w obo­wiązku pokry­wać prze­lotne fan­ta­zje swej nie­na­sy­co­nej zalot­no­ści fra­ze­olo­gią wiel­kich uczuć; w XVIII w., prze­ciw­nie, nawet praw­dziwe uczu­cie ukrywa się wsty­dli­wie pod maską obo­jęt­no­ści i cyni­zmu. Jeżeli przy­wdziewa jesz­cze nie­kiedy szaty tru­ba­dura, czyni to jedy­nie chyba przez roz­pu­stę umy­słową, aby - jak Val­mont w sto­sunku do pani de Tourvel - szu­kać w tej zaba­wie świe­żych pod­niet dla wyschłego serca. Syn­tezą epoki staje się gło­śne zda­nie Buf­fona: "Jedyną rze­czą coś wartą w miło­ści jest jej strona fizyczna"; cały balast uczu­ciowy odpada, zazdrość nawet wycho­dzi z mody, osą­dzona jako śmieszny i nie­cy­wi­li­zo­wany prze­ży­tek. Kobieta, rada nie­rada, dostraja się do nowego stylu. Dawna bogini, która, jak słynna Julia d'Angen­nes, kró­lowa pałacu Ram­bo­uil­let, czter­na­ście lat kazała wzdy­chać do sie­bie, nim uwień­czyła wytrwałe służby, dziś godzi się na znaczne skró­ce­nie czasu obo­wią­zu­ją­cych zalo­tów. Wedle powszech­nie gło­szo­nego mnie­ma­nia, "wystar­czy kobie­cie trzy razy powie­dzieć, że jest ładna, aby za pierw­szym razem podzię­ko­wała, uwie­rzyła za dru­gim, a wyna­gro­dziła za trze­cim". Przy­pu­ściw­szy nawet, że kobieta - szcze­gól­nie trudna lub począt­ku­jąca jesz­cze w tur­nie­jach miło­snych - opiera się dłu­żej, niż jest w zwy­czaju, wów­czas zaloty trwają dwa tygo­dnie, mie­siąc wresz­cie, aż nad­cho­dzi chwila, w któ­rej dama uka­zuje się ze swym wiel­bi­cie­lem w loży Opery i w ten spo­sób - wedle zwy­czaju, cere­mo­nii pra­wie, uświę­co­nej przez świa­towe panie XVIII w. - przed­sta­wia nie­jako ofi­cjal­nie towa­rzy­stwu uwień­czo­nego kochanka.

W tur­nie­jach tych kobieta prze­cho­dzi nie­raz i do czyn­nej roli. W pustkę uczu­cio­wego życia wci­ska się przede wszyst­kim próż­ność. Pozy­cja towa­rzy­ska kobiety zależy nie­mal od tego, aby przy­kuć do sie­bie, bodaj prze­lot­nie, męż­czy­znę będą­cego w danej chwili na świecz­niku. Męż­czy­zna "w modzie" - oto magiczne słowo bar­dziej zwy­cię­skie niż mło­dość, niż uroda. Taki męż­czy­zna może po kobie­tach dep­tać, pomia­tać nimi, urok jego będzie się jedy­nie wzma­gał. Co rano, budząc się, zasta­nie przy łóżku pakiet listów miło­snych, które - jak książę Riche­lieu - rzuci nie­dbale do skrzynki z napi­sem: "Listy, któ­rych nie mia­łem czasu prze­czy­tać". Po śmierci tego nestora zło­tej mło­dzieży zna­le­ziono pięć nie­roz­pie­czę­to­wa­nych listów, bła­ga­ją­cych w imie­niu pię­ciu wiel­kich dam o jedną godzinę jego nocy.

O wzglę­dach dla kobiet nie ma w tym wieku "galan­te­rii" mowy, jak rów­nież nie ma mowy o dys­kre­cji. Życiem swoim, każ­dym jego dniem two­rzyć aneg­dotę, która mogłaby się stać ucie­chą i zabawą salo­nów - oto marze­nie wszyst­kich tych petit-maître'ów; oto, czym mie­rzy się ich war­tość i uzna­nie w świe­cie, oto szcze­ble, po któ­rych wstę­puje się na tron męż­czy­zny "w modzie", boha­tera dnia. Przy­goda Pre­vana i jego trzech "nie­roz­łącz­nych" (List LXXIX) - tak typowa dla XVIII w. przez swą czy­stość linii i syme­trię - to jeden z wzo­rów tego, jak byśmy dziś powie­dzieli, sportu. Miej­sce sen­ty­men­tal­nej gwary zaj­muje u męż­czyzn zuchwal­stwo, imper­ty­nen­cja, sma­ga­nie szy­der­stwem naj­tkliw­szych potrzeb serca. Posiąść kobietę ani jed­nym czul­szym sło­wem nie budu­jąc pomo­stu do uspra­wie­dli­wie­nia jej sła­bo­ści; wię­cej nawet, sta­wia­jąc jej przed oczy wspo­mnie­nie czło­wieka, któ­rego kocha i zdra­dza - oto zna­mienny rys inte­lek­tu­al­nej roz­pu­sty wyzię­błych don Juanów. Do wyso­ko­ści dogmatu pod­nie­siona jest zasada, aby nie zry­wać z kobietą, póki się nie posiada w ręku środ­ków zgu­bie­nia jej.

Nie wszyst­kim z owych salo­no­wych zdo­byw­ców dany był w snu­ciu przy­gód dar twór­czej ory­gi­nal­no­ści. I moda miała tu swoje słowo. A słowo to brzmiało cza­sem para­dok­sem wcale inte­re­su­ją­cym: przy­kła­dem teo­ria - stwo­rzona na popar­cie prak­tyki przez współ­cze­snego salo­no­wego filo­zofa - iż naj­wyż­szy dowód wzglę­dów i deli­kat­no­ści daje kobie­cie ten, kto ją bie­rze gwał­tem; w prze­ci­wień­stwie bowiem do nie­śmia­łego i wycze­ku­ją­cego kochanka "sza­nuje jej wsty­dli­wość i skru­puły i bio­rąc całą winę na sie­bie, oszczę­dza jej dłu­giej męczarni stop­nio­wych ustępstw oraz bole­snego poczu­cia, iż uchy­bia samej sobie"2.

Kobiety, o ile czują się na siłach, nie zostają w tyle za męż­czy­znami. Słab­sze stają się ich łupem, sil­niej­sze zawczasu uczą się roz­po­zna­wać "w dzi­siej­szym kochanku jutrzej­szego wroga" i wypra­co­wują całą sztukę, jak z pierw­szego wyssać wszyst­kie sło­dy­cze, nie wyda­jąc się dru­giemu w ręce. Zna­mienna pod tym wzglę­dem jest przy­goda pani de Mer­teuil z Prévanem (List LXXXV) i jej auto­bio­gra­fia (List LXXXI), do któ­rej, wedle zda­nia współ­cze­snych, autor aż nazbyt wiele miał dokoła sie­bie wzo­rów. W roz­pu­ście umy­sło­wej, w bez­względ­nym zło­śli­wym okru­cień­stwie kobieta w pew­nym swoim typie prze­cho­dzi nie­mal męż­czy­znę. Przej­muje od niego udo­god­nie­nia życiowe: "Dla hodo­wa­nia swo­ich przy­jem­no­ści sta­rają się mieć ustronne domki, zupeł­nie na wzór sekret­nych dom­ków ówcze­snych mod­ni­siów. Gniazdko takie kobieta sama tajem­nie nabywa i urzą­dza; odźwierny jest z jej ramie­nia i wyboru, aby wszystko było na jej usługi i nic nie krę­po­wało jej swo­body, gdy zechce oszu­kać bodaj swego kochanka"3.

Oczy­wi­ście przy tej łatwo­ści obco­wa­nia płci, przy tym nad­uży­ciu miło­snych wra­żeń i upo­jeń tępieją zmy­sły, chłod­nie wyobraź­nia. Stąd don Juan XVIII w. musi szu­kać coraz ostrzej­szej zaprawy dla zuży­tego pod­nie­bie­nia: "W sto­su­nek męż­czy­zny do kobiety wśli­zguje się jakby jakaś bez­li­to­sna poli­tyka, jakby ujęty w reguły sys­tem gubie­nia. Zepsu­cie staje się sztuką, w któ­rej skład po równi wcho­dzą: okru­cień­stwo, wia­ro­łom­stwo, zdrada, kunszt tyra­nii. Makia­we­lizm wci­ska się w miłostki, staje się ich domi­nu­jącą nutą. Jest to chwila, w któ­rej Lac­los kre­śli z natury swoje Nie­bez­pieczne związki, ową książkę prze­dziwną i okropną zara­zem, która jest tym dla moral­no­ści miło­snej we Fran­cji XVIII w., czym trak­tat o Księ­ciu dla moral­no­ści poli­tycz­nej Włoch w XVI w.". Ten rys okru­cień­stwa w miło­ści jest zna­mienny dla epoki: prze­su­nąw­szy się z dzie­dziny moral­nej w fizyczną, doj­dzie w mar­ki­zie de Sade do naj­peł­niej­szego wyrazu.

Oto tło, na któ­rym roz­grywa się histo­ria Nie­bez­piecz­nych związ­ków. Ude­rza­jąco silna i zwarta jest budowa tej książki. Pisana w listach z zacho­wa­niem całej wytwor­nej sztuki epi­sto­lar­nej, tak wysoko sto­ją­cej współ­cze­śnie, mimo to nie zawiera, można powie­dzieć, ani jed­nego zby­tecz­nego zda­nia; każde ma swoją wagę, każde jest sub­tel­nym dotknię­ciem pędzla, wzbo­ga­ca­ją­cym całość obrazu o jakiś nowy i cie­kawy szcze­gół. Na for­mie listów nie cierpi rów­nież w niczym akcja powie­ści: bieg jej, na wskroś dra­ma­tyczny, zawią­zuje się mocno i jasno już na pierw­szych kart­kach, pły­nie w skrę­tach i powi­kła­niach, aby ku koń­cowi pomknąć wart­kim pędem ku kata­stro­fie. Akto­rów na sce­nie zale­d­wie kil­koro; jed­nakże węzły pomię­dzy nimi poza­dzierz­gane są tak mister­nie i róż­no­rod­nie, iż wyczer­pują nie­mal całą psy­cho­lo­gię miło­ści we wszyst­kich jej rodza­jach, obja­wach i odcie­niach.

Nad akcją domi­nuje postać mar­gra­biny de Mer­teuil, w któ­rej rączce zbie­gają się wszyst­kie nici intrygi. Jest to jeden z nie­wąt­pli­wie naj­sil­niej zary­so­wa­nych typów kobie­cych żyją­cych w lite­ra­tu­rze: istota o rów­nie gorą­cych zmy­słach, jak oschłym sercu, mądra i prze­ni­kliwa tak, iż Val­mont, razem z całą swoją eks­pe­ry­men­talną psy­cho­lo­gią, jest przy niej i w jej rękach ist­nym dziec­kiem; owa "uro­cza mar­kiza" robi chwi­lami wra­że­nie wprost nie­po­ko­jące. Pani de Mer­teuil to mimo mło­dego wieku wete­ran zahar­to­wany jak stal w owej nie­ustan­nej woj­nie miło­snej, jaką było życie "towa­rzy­stwa" XVIII w., a w któ­rej dla peł­nego suk­cesu nie wystar­czyło ryce­rzowi posiąść kobiety, lecz trzeba było - mówiąc ówcze­snym języ­kiem - ją zgu­bić. Epoka, w któ­rej spo­łecz­nie kobieta była pozba­wiona wszel­kich praw, fak­tycz­nie zaś, w panu­ją­cej kla­sie, stała nie­mal ponad pra­wem, musiała wyda­wać takie typy.

Part­ne­rem pani de Mer­teuil jest wiceh­ra­bia de Val­mont, cie­kawy zwłasz­cza przez domieszkę inte­lek­tu­al­nego dyle­tan­ty­zmu: zapo­wiedź typu, który tyle miej­sca miał zająć w póź­niej­szej lite­ra­tu­rze. Gene­alo­gię jego można by wywieść ponie­kąd od don Juana Moliera, od któ­rego wsze­lako Val­mont jest bar­dziej wątły, a przy­naj­mniej wydaje się takim przy sil­niej­szej o wiele indy­wi­du­al­no­ści pani de Mer­teuil. Kore­spon­den­cja tych dwojga wypeł­nia główną część książki. W niej, zagrze­wa­jąc się wza­jem w prze­wrot­no­ści i zepsu­ciu, snują wspól­nie swoje plany; w niej czer­pią oboje pod­nietę i zado­wo­le­nie miło­ści wła­snej z czy­nów ska­za­nych z natury swo­jej na mrok tajem­nicy; jedno sta­nowi dla dru­giego publicz­ność. Róż­nica w tym, że pani de Mer­teuil, odda­jąc się przy­jem­no­ści tych przy­ja­ciel­skich zwie­rzeń, nie prze­staje ani na chwilę być panią swo­ich myśli i uczyn­ków, nie prze­staje być sobą, pod­czas gdy Val­mont, można by powie­dzieć, cały czas "zgrywa się" dla swej part­nerki i, na prze­mian gła­skany pochleb­stwem i sma­gany drwiną, daje się pro­wa­dzić jak dziecko na pasku, nie tra­cąc ani na chwilę prze­ko­na­nia o swej rze­ko­mej sile. Pochło­nięty o wiele wię­cej, niż sam mniema, uro­kiem pani de Tourvel, Val­mont wie­lo­krot­nie w zwie­rze­niach swo­ich zadra­snął panią de Mer­teuil w spo­sób, któ­rego mu ni­gdy nie prze­ba­czy. Odtąd póty na nim wygrywa, póty go drażni i kusi, aż jej poświęci kochaną kobietę, by w zamian - rzecz naj­strasz­niej­sza dla boha­tera pokroju Val­monta - zostać wystrych­nię­tym na dudka. Wów­czas, na chwilę, niby dwa wspa­niałe dra­pieżne zwie­rzęta, stają naprze­ciw sie­bie do walki, walki, w któ­rej Val­mont pada, zanim zdo­łał się opa­trzeć, jak dalece był jeno igraszką w ręku tej strasz­nej kobiety.

Nie mniej mistrzow­sko i pew­nie nakre­ślone są inne posta­cie dra­matu. Dan­ceny to sama mło­dość razem z jej nie­win­no­ścią i bra­kiem cha­rak­teru, z całą gran­de­lo­kwen­cją i emfazą w miło­ści, która w pró­bie życio­wej oka­zuje się nie tyle miło­ścią danej kobiety, ile potrzebą miło­ści samej. Autor idzie za nim krok w krok w śli­skim labi­ryn­cie tej mło­dzień­czej psy­cho­lo­gii; nie oszczę­dza bied­nemu kawa­le­rowi ani jed­nego kłam­stewka, aby wresz­cie ustami Val­monta wydać wyrok, który brzmi tym okrut­niej, że istot­nie Dan­ceny jest szla­chet­nym i sym­pa­tycz­nym chłop­cem: "Oto ludzie! Wszy­scy jed­nako zbrod­ni­czy w swo­ich zamy­słach; nie­do­łę­stwu, jakie wkła­dają w ich prze­pro­wa­dze­nie, nadają miano uczci­wo­ści!". Domi­nu­ją­cym rysem bog­danki Dan­ceny'ego, Cesi, jest na wskroś kobieca podat­ność, ska­zu­jąca ją na to, iż zawsze będzie tym, czym zro­bią ją sil­niej­sze dło­nie. W swo­ich praw­dzi­wych "dzie­jach grze­chu", od pen­sjo­narki świeżo wypusz­czo­nej z klasz­toru aż po powrót do furty klasz­tor­nej, prze­bywa ten kawa­łek życia jako led­wie że świa­doma i led­wie że winna zabawka w zbrod­ni­czych rękach. Jej matka, pani de Volan­ges, to wyborny typ osoby trosz­czą­cej się o cały świat i jego naprawę, a śle­pej na to, co się dzieje w jej wła­snym domu. Cechą jej, jak wielu osób spe­cja­li­zu­ją­cych się w cno­cie, jest pewna próż­ność, którą pani de Mer­teuil wyzy­skuje po mistrzow­sku. Pani de Tourvel, w pierw­szej poło­wie książki, nie­cier­pli­wiąca nieco swą zabój­czo rezo­nu­jącą dosko­na­ło­ścią, w dru­giej, kiedy prze­cho­dzi całe pie­kło mąk i upo­ko­rzeń, wzru­sza­jąca jest siłą uczu­cia i bez­względ­no­ścią odda­nia. Wresz­cie stara pani de Rose­monde, uro­cza tym wdzię­kiem, który owej epoki był naj­prze­dziw­niej­szym kwia­tem i nad któ­rym, zda się, ani wiek, ani cho­roba nie miały wła­dzy.

Pomię­dzy tymi to oso­bami roz­grywa się akcja powie­ści. Intryga jej, stresz­czona, nie dałaby w żad­nej mie­rze obrazu dzieła. Tajem­nica arty­zmu mie­ści się tutaj nie w wiel­kich liniach, ale w szcze­gó­łach, w prze­pro­wa­dze­niu. Val­mont kocha panią de Tourvel, która go ubó­stwia, Dan­ceny kocha Cecy­lię de Volan­ges i posiada wza­jem jej serce; zda­wa­łoby się, że z tej podwój­nej sie­lanki nie spo­sób wykrze­sać nic zaj­mu­ją­cego. W jaki spo­sób Val­mont depce serce swej uko­cha­nej, tak iż staje się przy­czyną jej śmierci; dla­czego po dro­dze łamie życie małej Cesi i sam ginie z ręki Dan­ceny'ego, to tajem­nica mar­gra­biny de Mer­teuil i głę­bo­kiej poli­tyki jej kobie­cego makia­we­li­zmu. Pani de Tourvel ośmie­liła się tchnąć w Val­monta uczu­cie o tkliw­szym i szla­chet­niej­szym wyra­zie, niż je żywił kie­dyś dla pani de Mer­teuil - więc zgi­nie. Nie ma dla niej ratunku ani prze­ba­cze­nia. Val­mont dra­snął nie­zręcz­nie panią de Mer­teuil wynu­rze­niami swej miło­ści dla innej i odwa­żył się pokrzy­żo­wać kaprys jej dla Dan­ceny'ego - więc zgi­nie. Cesia jest narze­czoną czło­wieka, który nie­gdyś ośmie­lił się pierw­szy porzu­cić panią de Mer­teuil, zatem hańba jej jest posta­no­wiona, wno­sząc ją w dom przy­szłego męża, pomści tę znie­wagę. Oto kobieta-demon, salo­nowy wpraw­dzie, ale jeden z naj­bar­dziej raso­wych, jakie wydała lite­ra­tura. A jaka miła, jaka mądra! Dostać się w jej ręce nie radzę, ale poroz­ma­wiać z nią życzę każ­demu.

Cie­kawe były koleje tej książki. Wkrótce po uka­za­niu się entu­zja­stycz­nie powi­tana przez jeden z bystrzej­szych umy­słów kry­tycz­nych tej epoki, Grimma, zyskuje olbrzy­mią poczyt­ność i roz­głos, nie wolny jed­nak od przy­mieszki skan­dalu4. Ska­zane na znisz­cze­nie przez poli­cję, zapo­mniane póź­niej wśród wul­ka­nicz­nych wstrzą­śnień two­rzą­cego się nowego spo­łe­czeń­stwa, dzieło to znika z hory­zontu na lat nie­mal sto. Sainte-Beuve zale­d­wie o nim wspo­mina, roman­tycy obrzu­cają je wzgardą. Ku koń­cowi XIX w., w epoce roz­kwitu psy­cho­lo­gicz­nego romansu, imię autora Nie­bez­piecz­nych związ­ków nabiera nowego bla­sku. Autor Kwia­tów grze­chu, Bau­de­la­ire, który nie mógł pozo­stać nie­czuły na nie­zdrowy urok wydzie­la­jący się z kart tej powie­ści, opa­trzył ją nastę­pu­ją­cym nad­pi­sem: "Ta książka, jeżeli parzy, parzyć może jedy­nie na kształt lodu". Dziś powieść ta sta­łaby się nie­chyb­nie, "z buzią w ciup", na pół­kach mię­dzy kla­sy­kami, gdyby nie to, że histo­rycy lite­ra­tury wciąż poboż­nie odże­gnują się od jej wspo­mnie­nia. Prze­bywa zatem dotąd w regio­nach "lite­ra­tury gor­szą­cej", zalot­nie a nie­po­ko­jąco z dala strzy­gąc okiem w stronę Pas­cala i Bos­su­eta. Spo­tkają się kie­dyś...

Kra­ków, 1912

1. E. i J. de Gen­co­urt, La Femme au XVIII siécle (przyp. tłum.). [wróć]

2. Crébillon-syn, Igraszki kącika przy kominku. Noc i chwila (przyp. tłum.) [wróć]

3. E. i J. De Gon­co­urt, l. c. (przyp. tłum.). [wróć]

4. "... Nie ma w isto­cie książki, nie wyłą­cza­jąc Crébillona i jego naśla­dow­ców, w któ­rej ska­że­nie zasad i oby­cza­jów tego, co nazywa się wiel­kim świa­tem, byłoby odma­lo­wane z więk­szą natu­ral­no­ścią, śmia­ło­ścią i dow­ci­pem; nie można się tedy dzi­wić, iż mało którą nowość przy­jęto z takim zapa­łem; jesz­cze mniej należy się dzi­wić temu, iż kobiety czują się obo­wią­zane obu­rzać na tę książkę. Mimo całej przy­jem­no­ści, jaką mogła im spra­wić jej lek­tura, nie była ona wolna od żądła: w jaki spo­sób czło­wiek, który tak dobrze je zna, a tak źle docho­wuje ich tajem­nicy, nie miałby ucho­dzić za potwora?" ["Cor­re­spon­dance Littéraire", kwie­cień 1782] (przyp. tłum.). [wróć]

Część pierw­sza

List I

Cecy­lia Volan­ges do Zofii Car­nay w klasz­to­rze urszu­la­nek w ***

Widzisz, droga przy­ja­ciółko, że dotrzy­muję słowa i że cze­peczki i stro­iki nie pochło­nęły tak dalece mego czasu, aby mi go zawsze nie zostało dla cie­bie. A prze­cież w tym jed­nym dniu napa­trzy­łam się wię­cej stro­jów niż przez cztery lata, które spę­dzi­ły­śmy razem w klasz­to­rze. Mama zasięga we wszyst­kim mego zda­nia; czuję, że jestem w jej oczach daleko mniej pen­sjo­narką niż poprzed­nio. Mam wła­sną pannę słu­żącą, pokój i salo­nik wyłącz­nie dla sie­bie; piszę do cie­bie na ślicz­nym biu­reczku, do któ­rego dosta­łam klucz i gdzie mogę cho­wać i zamy­kać, co mi się podoba. Mama oznaj­miła, że będę ją widy­wała codzien­nie przy wsta­wa­niu; wystar­czy, jeżeli będę ucze­sana do obiadu, wów­czas uwia­domi mnie co dzień, gdzie mam się z nią spo­tkać po połu­dniu. Resztą czasu mogę roz­po­rzą­dzać do woli; mam swoją harfę, rysunki i książki, jak w klasz­to­rze; z tą róż­nicą, że nie ma matki Anun­cjaty, która by mi sypała bury, i że gdy­bym chciała, mogła­bym nic nie robić od rana do wie­czora; że jed­nak nie mam przy sobie mojej Zosi, z którą bym mogła śmiać się i gawę­dzić, wolę skra­cać czas jakimś zatrud­nie­niem.

Jest led­wie piąta; z mamą mam się spo­tkać dopiero o siód­mej; czasu więc było aż nadto, gdy­bym tylko miała coś do zwie­rze­nia! Ale jesz­cze nic nie wiem; gdyby nie przy­go­to­wa­nia, na jakie patrzę co dzień, i nie mnó­stwo robot­nic, które kręcą się tu wyłącz­nie dla mnie, mogła­bym myśleć, że nikomu się nie śni wyda­wać mnie za mąż i że to była zwy­kła gada­nina poczci­wej Józefy. Jed­nakże matka powta­rzała mi czę­sto, że panienka powinna zosta­wać w klasz­to­rze aż do chwili zamąż­pój­ścia, że skoro mnie ode­brano, Józefa musi chyba mieć słusz­ność.

Jakiś pojazd zatrzy­mał się przed bramą i mama kazała mnie zawo­łać natych­miast do sie­bie. Czyżby to miał być... Jestem nie­ubrana, ręce mi drżą i serce tłu­cze się we mnie. Pytam panny słu­żą­cej, czy nie wie, kto jest u matki. "Ow­szem - odparła - pan G***". To mówiąc, zaczęła się śmiać. Och, mam jakieś prze­czu­cie, że to on. Wrócę zaraz, aby ci opo­wie­dzieć, jak się wszystko odbyło. Wiem już przy­naj­mniej, jak się nazywa. Spie­szę, aby nie dać na sie­bie cze­kać zbyt długo. Do widze­nia, za małą chwi­leczkę.

Toż będziesz sobie żar­to­wać z głu­piut­kiej Cesi! Och, jak się zawsty­dzi­łam! Ale i ty była­byś się zła­pała tak samo.

Wszedł­szy ujrza­łam czarno ubra­nego pana, który stał koło mamy. Ukło­ni­łam się naj­wdzięcz­niej i zatrzy­ma­łam się niby wro­śnięta w posadzkę. Możesz sobie wyobra­zić, jak mu się przy­glą­da­łam!

"Pani mar­gra­bino - rzekł do matki, odda­jąc mi ukłon - córeczka pani jest zachwy­ca­jąca i tym żywiej przy­cho­dzi mi odczu­wać łaskę, jaką mnie pani darzy".

Na tak wyraźne oświad­czyny poczę­łam drżeć na całym ciele, nie mogłam się utrzy­mać na nogach; szczę­ściem spo­strze­głam fotel; usia­dłam, cała czer­wona i pomie­szana. Led­wiem zdą­żyła to uczy­nić, już czło­wiek ten zna­lazł się u moich kolan. Wów­czas twoja biedna Cesia stra­ciła do reszty głowę; byłam, jak mówi mama, zupeł­nie nie­przy­tomna. Zerwa­łam się, wyda­jąc prze­raź­liwy krzyk... ot, jak wtedy, pod­czas burzy, pamię­tasz? Na to mama par­sk­nęła śmie­chem, mówiąc: "Co tobie, dziecko? Usiądźże i podaj panu nogę". Moja złota, poka­zało się, że ten pan to po pro­stu... szewc. Nie umiem ci opi­sać, jak się zawsty­dzi­łam; na szczę­ście nikogo nie było prócz mamy. Sądzę, iż skoro wyjdę za mąż, ni­gdy nie wezmę już tego szewca.

Przy­znaj, że my, doprawdy, dużo wiemy o świe­cie! Do widze­nia. Już bli­sko szó­sta; panna słu­żąca mówi, że czas się ubie­rać.

Do widze­nia, Zosiu droga; kocham cię tak, jak gdy­bym jesz­cze była w klasz­to­rze.

PS Nie wiem, przez kogo posłać list; zacze­kam, aż przyj­dzie Józefa.

Paryż, 4 sierp­nia 17**

List II

Mar­kiza de Mer­teuil do wiceh­ra­biego de Val­mont w zamku ***

Wra­caj, drogi wiceh­ra­bio, wra­caj; cóż ty tam robisz, co możesz robić u sta­rej ciotki, która cały mają­tek zapi­sała już tobie? Ruszaj natych­miast w drogę: potrzebny jesteś!

Przy­szła mi do głowy wspa­niała myśl i tobie pra­gnę powie­rzyć jej wyko­na­nie. Tych kilka słów powinno by wystar­czyć; aż nazbyt zaszczy­cony wybo­rem, powi­nien byś sta­wić się z całym pośpie­chem, aby na kola­nach ode­brać me roz­kazy. Ale ty nad­uży­wasz mej dobroci nawet wów­czas, kiedy prze­sta­łeś z niej korzy­stać; w wybo­rze, jaki mam przed sobą, albo wiecz­nej nie­na­wi­ści, albo bez­gra­nicz­nego pobła­ża­nia, jedy­nie szczę­ściu swemu zawdzię­czasz, iż dobroć moja bie­rze górę.

Zatem spie­szę wta­jem­ni­czyć cię w swoje zamy­sły, lecz przy­siąż, że, jako wierny rycerz, nie pogo­nisz za inną przy­godą, póki tej nie dopro­wa­dzisz szczę­śli­wie do końca. Jest ona zaprawdę godna boha­tera: masz słu­żyć razem miło­ści i zemście; sło­wem, będzie to jeden czyn wię­cej do two­ich pamięt­ni­ków; tak, pamięt­ni­ków, gdyż chcę koniecz­nie, aby kie­dyś uka­zały się w druku, i sama podejmę się je spi­sy­wać.

Ale zostawmy je na razie, a wróćmy do tego, co mnie w tej chwili zaprząta.

Pani de Volan­ges wydaje za mąż córkę: to jesz­cze tajem­nica, ale zwie­rzyła mi ją od wczo­raj. I kogo, myślisz, wyszu­kała na zię­cia? Hra­biego de Ger­co­urt. Któżby powie­dział, że ja mam zostać kuzynką Ger­co­urta? Wście­kłam się po pro­stu. Jak to! Nie domy­ślasz się jesz­cze? O nie­po­jętna głowo! Czyż­byś mu już prze­ba­czył przy­godę z inten­den­tową? A ja, czyż nie wię­cej mam jesz­cze przy­czyn gnie­wać się nań, ty potwo­rze?1 Nie panuję nad gnie­wem i nadzieja zemsty roz­po­ga­dza mą duszę.

Sto razy musiała ci się dać we znaki, jak i mnie, owa uro­czy­sta nadę­tość, z jaką Ger­co­urt roz­pra­wia o tym, co za przy­mioty musi posia­dać jego przy­szła żona, oraz głu­pia zaro­zu­mia­łość, która mniema, iż on wła­śnie zdoła unik­nąć nie­unik­nio­nego losu. Znasz jego śmieszną wiarę w klasz­torne wycho­wa­nie i jesz­cze śmiesz­niej­szy bodaj prze­sąd co do chłod­nego tem­pe­ra­mentu blon­dy­nek.

W isto­cie mogła­bym się zało­żyć, że mimo sześć­dzie­się­ciu tysięcy renty małej Volan­ges ni­gdy nie przy­szłoby mu na myśl mał­żeń­stwo, gdyby panna była bru­netką lub gdyby się nie cho­wała w klasz­to­rze. Prze­ko­najmy go zatem, że jest tylko głup­cem i... czymś wię­cej: zostałby nim z pew­no­ścią prę­dzej czy póź­niej; nie o to się też kło­pocę; lecz byłoby zabawne, gdyby już od tego zaczął. Jakże byśmy się przed­nio bawili naza­jutrz, sły­sząc, jak się chełpi! Bo będzie się cheł­pił z pew­no­ścią; a przy tym, skoro już raz ty pokie­ru­jesz pierw­szymi kro­kami tej dziew­czyny, trzeba by dziw­nego nie­szczę­ścia, aby Ger­co­urt nie stał się z cza­sem, jak tylu innych, przed­mio­tem zabawy całego Paryża.

Zresztą boha­terka tego nowego romansu zasłu­guje w zupeł­no­ści na twoje sta­ra­nia: jest naprawdę ładna; ot, dzie­ciak pięt­na­sto­letni, istny pączek róży; nie­praw­do­po­dob­nie naiwna i bez naj­mniej­szej sztuki; ale was, męż­czyzn, taka rzecz nie odstra­sza; ma przy tym w oczach jakąś tkliwą omdla­łość, doprawdy bar­dzo obie­cu­jąca. Dodaj do tego, że ja ją pole­cam; nie pozo­staje ci nic, jak tylko podzię­ko­wać i posłu­chać.

List ten doj­dzie do two­ich rąk jutro rano. Roz­ka­zuję, abyś jutro o siód­mej wie­czór zja­wił się u mnie. Nie przyj­muję nikogo przed ósmą, nawet mego panu­ją­cego kawa­lera; on nie ma dosyć głowy na tak ważne przed­się­wzię­cie. Widzisz, że mnie miłość nie zaśle­pia. O ósmej zwrócę ci swo­bodę, o dzie­sią­tej zaś wró­cisz, aby wie­cze­rzać wraz z pięk­nym przed­mio­tem two­ich zabie­gów: matka i córka będą jutro u mnie.

Do widze­nia! Minęło już połu­dnie. Nie­ba­wem prze­stanę się tobą zaj­mo­wać.

Paryż, 4 sierp­nia 17**

List III

Cecy­lia Velan­ges do Zofii Car­nay w klasz­to­rze urszu­la­nek w ***

Niczego się jesz­cze nie dowie­dzia­łam, droga. Wczo­raj było u mamy dużo gości. Mimo cie­ka­wo­ści, z jaką przy­pa­try­wa­łam się towa­rzy­stwu, zwłasz­cza panom, wynu­dzi­łam się strasz­li­wie. Wszy­scy, męż­czyźni i kobiety, przy­glą­dali mi się, a potem szep­tali sobie do ucha; wie­dzia­łam dosko­nale, że roz­ma­wiają o mnie: czu­łam, że się czer­wie­nię, a nie mogłam się powstrzy­mać. Bar­dzo zła byłam na sie­bie, bo uwa­ża­łam, że gdy się przy­glą­dają innym kobie­tom, one się nie czer­wie­nią. A może to tylko dla­tego nie widać po nich, że się różują, bo trudno chyba nie zaczer­wie­nić się, kiedy męż­czy­zna wpa­truje się tak natar­czy­wie.

Naj­wię­cej nie­po­ko­iło mnie to, że nic nie wiem, co oni sobie wszy­scy o mnie myślą. Zda­wało mi się, że dosły­sza­łam parę razy słowa ładna, ale na pewno sły­sza­łam rów­nież nie­zręczna; i to musi być prawda, gdyż pani, która to mówiła, jest krewną i przy­ja­ciółką matki; zdaje się, że i do mnie nabrała od razu dużo sym­pa­tii. To jedyna osoba, która tro­chę roz­ma­wiała ze mną. Jutro mamy być u niej na kola­cji.

Sły­sza­łam jesz­cze póź­niej, jak jakiś pan (jestem pewna, że mówił o mnie) ode­zwał się do dru­giego: "Niech­że to jesz­cze doj­rzeje, zoba­czymy tej zimy". Może to on wła­śnie ma się ze mną żenić, ale to by zna­czyło, że dopiero za cztery mie­siące! Chcia­ła­bym bar­dzo wie­dzieć, jak jest w isto­cie.

Przy­szła wła­śnie Józefa, aby zabrać list; mówi, że jej pilno. Ale muszę ci opo­wie­dzieć jeden jesz­cze przy­kład mojej nie­zręcz­no­ści. Och, zdaje mi się, że ta pani ma słusz­ność!

Po kola­cji wszy­scy zasie­dli do gry. Usa­do­wi­łam się tuż koło mamy; nie wiem, jak to się stało, ale zasnę­łam pra­wie natych­miast. Obu­dził mnie gło­śny wybuch śmie­chu. Nie wiem, czy ze mnie się śmiano, ale przy­pusz­czam. Mama pozwo­liła mi iść do sie­bie, czym mi zro­biła wielką przy­jem­ność. Wyobraź sobie, było już po jede­na­stej! Do widze­nia, Zosiu droga, kochaj zawsze mocno swoją Ceśkę. Zarę­czam ci, że świat nie jest tak zabawny, jak mi się wyda­wał w marze­niach.

Paryż, 4 sierp­nia 17**

List IV

Wiceh­ra­bia de Val­mont do mar­kizy de Mer­teuil w Paryżu

Roz­kazy twoje, mar­kizo, są cza­ru­jące; spo­sób, w jaki je wyda­jesz, jesz­cze bar­dziej uro­czy; przy tobie, pani, był­bym zdolny poko­chać despo­tyzm. Nie pierw­szy to raz, jak ci wia­domo, ubo­le­wam, że nie jestem już twym nie­wol­ni­kiem; mimo nazwy potwora, jaką mnie obda­rzasz, naj­mi­lej wspo­mi­nam czasy, kiedy zaszczy­ca­łaś mnie słod­szymi imiony. Czę­sto nawet marzę o tym, aby zasłu­żyć je na nowo i aby już do końca dni wytrwać u two­ich stóp, pani, dając światu przy­kład sta­ło­ści. Ale waż­niej­sze prze­zna­cze­nia wołają nas w tym życiu; losem naszym jest zdo­by­wać; trzeba iść tedy drogą, jaką nam pisano. Może kie­dyś, na schyłku naszego zawodu, spo­tkamy się jesz­cze; bo - niech mi wolno będzie powie­dzieć bez urazy - ty, śliczna mar­kizo, postę­pu­jesz co naj­mniej rów­nym kro­kiem, i od czasu jak, roz­łą­czyw­szy się ku pożyt­kowi świata, nie­siemy naszą ewan­ge­lię każde na swoją rękę, zdaje mi się, że w tym posłan­nic­twie miło­ści ty wię­cej ode mnie zdo­by­łaś już wyznaw­ców. Znam twoje poświę­ce­nie, twą pło­mienną żar­li­wość; zaprawdę, gdyby to bóstwo miało nas sądzić po dzie­łach, ty była­byś kie­dyś patronką dużego mia­sta, gdy twój przy­ja­ciel i sługa zostałby led­wie pokąt­nym świę­tym jakiej mizer­nej wio­seczki. Ten budu­jący styl musi cię nieco dzi­wić, mar­kizo, nie­praw­daż? Ale już od tygo­dnia nie sły­szę innego, nie mówię innym; co wię­cej, aby się w nim dosko­na­lić, muszę ci być, pani, nie­po­słusz­nym.

Nie gnie­waj się, mar­kizo, i wysłu­chaj. Tobie, skarb­niczce tajem­nic mojego serca, powie­rzę naj­więk­szy zamiar, jaki kie­dy­kol­wiek uro­dził się w mej gło­wie. Do cze­góż ty chcesz mnie użyć? Bym uwiódł młodą dziew­czynę, która nic nie widziała, o niczym nie ma poję­cia; która byłaby mi wydana na łup bez żad­nej obrony; którą wpra­wiłby w upo­je­nie pierw­szy hołd w życiu, a cie­ka­wość popro­wa­dzi­łaby szyb­ciej jesz­cze niż miłość. Dwu­dzie­stu mogłoby dojść do celu nie gorzej ode mnie. Zupeł­nie ina­czej w przed­się­wzię­ciu, które mnie zaprząta: tutaj powo­dze­nie zapew­nia mi tyleż chwały co roz­ko­szy! Miłość, która gotuje się wień­cem przy­stroić mą głowę, waha się sama mię­dzy mir­tem a lau­rem lub raczej połą­czy oba, aby god­nie uczcić zwy­cię­stwo. Ty sama, piękna przy­ja­ciółko, sta­niesz prze­jęta świę­tym podzi­wem, i wykrzyk­niesz z zapa­łem: "Oto, zaprawdę, mąż wedle serca mojego".

Znasz, mar­kizo, pre­zy­den­tową de Tourvel, jej poboż­ność, jej miłość mał­żeń­ską, jej surowe zasady. Oto for­teca, do któ­rej szturm przy­pusz­czam; oto godny mnie nie­przy­ja­ciel, oto cel.

A jeśli chlub­nej ceny nie się­gnę zwy­cię­stwa,

Zdo­będę bodaj zaszczyt darem­nego męstwa.

Można cyto­wać liche wier­sze, gdy są pióra wiel­kiego poety2.

Dowiedz się zatem, że pre­zy­dent bawi w Bur­gun­dii, dokąd udał się dla waż­nego pro­cesu (mam nadzieję, że ze mną prze­gra jesz­cze waż­niej­szy). Nie­po­cie­szona poło­wica ma zostać tutaj przez czas żało­snego wdo­wień­stwa. Codzienna msza, biedni w oko­licy, ranna i wie­czorna modli­twa, samotne prze­chadzki, nabożne roz­mowy z moją starą ciotką i od czasu do czasu nudna par­tia wiska miały sta­no­wić jedyne jej roz­rywki. Tuszę, że uda mi się zago­to­wać jej inne, nieco bar­dziej oży­wione. Dobry anioł przy­wiódł mnie tutaj dla jej i mego szczę­ścia.

Sza­lony! Żało­wa­łem doby, którą musia­łem poświę­cić rodzin­nej powin­no­ści. Jakże czuł­bym się uka­rany, gdyby mi ktoś dziś kazał wra­cać do Paryża! Na szczę­ście potrzeba czte­rech osób, aby grać w wiska, że zaś jest tu pod ręką jedy­nie pro­boszcz, moja nie­śmier­telna ciotka nale­gała bar­dzo, abym jej daro­wał choć kilka dni. Zga­du­jesz, mar­kizo, że nie dałem się pro­sić. Nie wyobra­żasz sobie, jak poczci­winka roz­pływa się nade mną od tego czasu, a zwłasz­cza jak jest zbu­do­wana tym, iż regu­lar­nie zja­wiam się na codzien­nych modłach i na mszy. Ani podej­rzewa, jakiemu bóstwu niosę hołdy.

Oto więc od czte­rech dni pochła­nia mnie namięt­ność. Znasz mnie; wiesz, czy umiem żywo pra­gnąć, czy umiem dawać sobie rady z prze­szko­dami; ale nie wiesz, jak bar­dzo osa­mot­nie­nie wzmaga gorączkę pra­gnie­nia. Żyję wyłącz­nie jed­nym: myślę o niej we dnie, śnię w nocy. Muszę mieć tę kobietę, aby się oca­lić od śmiesz­no­ści zako­cha­nia: dokąd bowiem nie zdoła zapro­wa­dzić nie­za­spo­ko­jone pra­gnie­nie? O słodka syto­ści! Przy­zy­wam cię dla mego szczę­ścia, a zwłasz­cza spo­koju. Jakież to szczę­ście dla nas, że kobiety tak słabo się bro­nią! Ina­czej byli­by­śmy sta­dem kor­nych nie­wol­ni­ków. W tej chwili ogar­nęło mnie uczu­cie głę­bo­kiej wdzięcz­no­ści dla kobiet łatwych, które to uczu­cie naj­prost­szą drogą zawio­dło mnie do two­ich stóp, mar­kizo. Pochy­lam się do nich, aby uzy­skać prze­ba­cze­nie, i koń­czę zbyt długi list; do widze­nia, uro­cza przy­ja­ciółko, i bez urazy.

Z zamku ***, 5 sierp­nia 17**

List V

Mar­kiza de Mer­teuil do wiceh­ra­biego de Val­mont w zamku ***

Czy wiesz wiceh­ra­bio, że twój list prze­kra­cza dozwo­lone gra­nice zuchwal­stwa i że mia­ła­bym prawo obra­zić się? Dowiódł mi jed­nak zara­zem, iż stra­ci­łeś zupeł­nie głowę, i to jedno oca­liło cię od mego obu­rze­nia. Jako wspa­nia­ło­myślna i tkliwa przy­ja­ciółka zapo­mi­nam o mej znie­wa­dze, aby myśleć jedy­nie o twoim nie­bez­pie­czeń­stwie, i jak­kol­wiek nudną jest rze­czą prze­ma­wiać do roz­sądku, i na to się odważę przez wzgląd, iż bar­dzo snadź tego potrze­bu­jesz.

Ty, zdo­by­wa­jący pre­zy­den­tową de Tourvel! Cóż za pocieszny kaprys! Poznaję twoją wariacką głowę, która umie tylko pra­gnąć tego, co wydaje się nie­po­do­bień­stwem. Cóż ty widzisz w tej kobie­cie? Rysy regu­larne, jeżeli chcesz, przy­znaję, ale bez cie­nia wyrazu; nie­źle zbu­do­wana, ale bez wdzięku, ubrana wprost śmiesz­nie! Te chu­s­teczki, które opa­tu­lają jej piersi, ten biust się­ga­jący gdzieś pod brodę! Powia­dam ci, jako przy­ja­ciółka: wystar­czy­łoby ci mieć już nie dwie, ale jedną kobietę tego pokroju, by stra­cić całą repu­ta­cję. Przy­po­mnij sobie tylko dzień, w któ­rym ona kwe­sto­wała u Św. Rocha, kiedy tak dzię­ko­wa­łeś mi, że ci dostar­czy­łam tego wido­wi­ska. Widzę ją jesz­cze, jak się pro­wa­dzi pod rękę z tą dłu­go­włosą tyczką, gotowa prze­wró­cić się przy każ­dym kroku, jak wiecz­nie zawa­dza o czy­jąś głowę swym łok­cio­wym robro­nem, jak się rumieni przy każ­dym ukło­nie! Któż by wów­czas powie­dział, że tobie się zachce kie­dyś tej kobiety? Ech, wiceh­ra­bio! Ty sam zaru­mień się ze wstydu i opa­mię­taj się zawczasu. Przy­rze­kam ci solenną tajem­nicę.

A zresztą zasta­nów się nad zawo­dami, jakie cię cze­kają! Co za rywala wypad­nie ci zwal­czać? Męża! Czy nie upo­ka­rza cię już samo zesta­wie­nie? Cóż za hańba, jeżeli ponie­siesz klę­skę, a w razie zwy­cię­stwa jak mało zaszczytu! Wię­cej powiem: nie spo­dzie­waj się żad­nej przy­jem­no­ści. Czyż można zaznać jej ze skrom­ni­siami? Mówię oczy­wi­ście o szcze­rych: czy­ste nawet w godzi­nie upo­je­nia zawsze dadzą ci tylko jakieś pół roz­ko­szy. To zupełne odda­nie, ten szał zmy­słów, w któ­rym roz­kosz oczysz­cza się wła­snym bez­mia­rem, ta naj­wyż­sza łaska miło­ści, to wszystko jest im zupeł­nie nie­znane. Prze­po­wia­dam ci - w przy­pusz­cze­niu naj­szczę­śliw­szym - twoja pre­zy­den­towa będzie sądziła, iż wszystko uczy­niła dla cie­bie, racząc cię tak, ja raczy swego mał­żonka: w mał­żeń­stwie zaś, choćby naj­czul­szym, zostaje zawsze dwoje, a nie jedno. Tutaj rzecz ma się jesz­cze o wiele gorzej: twoja skrom­ni­sia jest nabożna, i to ową naboż­no­ścią kumo­szek, która ska­zuje kobietę na wieczne dzie­cięc­two. Może uda ci się nagiąć tę zaporę, lecz nie pochle­biaj sobie, byś ją zni­we­czył; zwy­cię­żysz może miłość Boga, lecz nie obawę przed dia­błem; skoro trzy­ma­jąc kochankę w ramio­nach uczu­jesz, iż serce jej bije, będzie ono biło ze stra­chu, a nie z miło­ści. Gdy­byś poznał tę kobietę wcze­śniej, może był­byś coś z niej zro­bił, ale dziś ta lala ma dwa­dzie­ścia dwa lata, a już bli­sko dwa lata, jak wyszła z mąż. Wie­rzaj mi, wiceh­ra­bio, gdy kobieta "zapu­ści" się do tego stop­nia, trzeba ją zdać jej losowi; na zawsze zosta­nie tylko kwoczką.

I dla tego uro­czego przed­miotu odma­wiasz mi posłu­szeń­stwa, zako­pu­jesz się żyw­cem w gro­bowcu swej ciotki i wyrze­kasz się przy­gody naj­roz­kosz­niej­szej w świe­cie i naj­wię­cej wró­żą­cej ci chwały? Cóż za fatal­ność chce, aby ten Gre­co­urt zawsze miał pierw­szeń­stwo przed tobą? Słu­chaj, mówię bez gniewu, ale w tej chwili skłonna była­bym uwie­rzyć, żeś nie­wart swo­jej repu­ta­cji, przede wszyst­kim zaś jestem skłonna ode­brać ci moje zaufa­nie. Nie umia­ła­bym zwie­rzać swo­ich tajem­nic kochan­kowi pani de Tourvel.

Dowiedz się zresztą, że mała Volan­ges zdą­żyła już zawró­cić komuś w gło­wie. Młody Dan­ceny sza­leje za nią. Śpie­wali kie­dyś razem: ta gąska śpiewa o wiele lepiej, niżby przy­stało wycho­wa­nicy klasz­toru. Mają prze­cho­dzić z sobą różne duety i sądzę, że, co do niej, chęt­nie gotowa by się dostroić do uni­sona; ale ten Dan­ceny to dzie­ciak, straci drogi czas na gru­cha­niu i do niczego nie doj­dzie. Osóbka jest, ze swej strony, dosyć dzika i gdyby nawet coś się stało, będzie to o wiele mniej zabawne, niż gdy­byś ty się chciał tym zająć; toteż wście­kła jestem i z pew­no­ścią zro­bię scenę kawa­le­rowi, skoro się pojawi. Radzę mu, aby był potulny; w tej chwili nic by mnie nie kosz­to­wało zerwać z nim na dobre. Jestem pewna, że gdyby mi przy­szło do głowy teraz go rzu­cić, byłby w praw­dzi­wej depre­sji, a nic mnie tak nie bawi, jak te miło­sne roz­pa­cze; z pew­no­ścią nazwałby mnie "prze­wrotną". To słowo "prze­wrotna" zawsze robiło mi przy­jem­ność; jest to po sło­wie "okrutna" naj­słod­sza nazwa dla ucha kobiety, a mniej ciężko przy­cho­dzi na nią zapra­co­wać. Doprawdy, muszę zasta­no­wić się poważ­nie nad tym zerwa­niem. No i sam widzisz, czego sta­łeś się przy­czyną! Niech to spad­nie na twoje sumie­nie. Do widze­nia. Chciej mnie pole­cić modłom pre­zy­den­to­wej.

Paryż, 7 sierp­nia**

List VI

Wiceh­ra­bia de Val­mont do mar­kizy de Mer­teuil w Paryżu

Czyż nie ma na świe­cie kobiety, która by nie nad­uży­wała wła­dzy, jaką zdo­bę­dzie? Więc i ty, ty, którą nazy­wa­łem tak czę­sto naj­po­błaż­liw­szą przy­ja­ciółką, i ty zrzu­casz się z roli i nie wzdry­gasz się ranić mnie tak dotkli­wie w przed­mio­cie mych uczuć! Jakimi rysami ośmie­lasz się malo­wać panią de Tourvel!... Któ­ryż męż­czy­zna życiem by nie przy­pła­cił tego zuchwal­stwa? Na któ­rąż inną kobietę nie ścią­gnę­łoby to przy­naj­mniej bole­snego odwetu? Przez litość! Nie wysta­wiaj mnie na tak cięż­kie próby; nie ręczę, czy bym je prze­trzy­mał. W imię przy­jaźni zacze­kaj, aż będę miał tę kobietę, jeżeli chcesz ją zohy­dzać. Czy nie wiesz, że jedy­nie roz­kosz ma prawo zdej­mo­wać z oczu prze­pa­skę miło­ści?

Ale co ja mówię? Czyż pani de Tourvel potrze­buje pomocy złu­dzeń? Nie; aby być godną uwiel­bie­nia, wystar­czy jej być sobą. Zarzu­casz jej, że się źle ubiera; chęt­nie wie­rzę: wszel­kie ubra­nie jej szko­dzi, wszystko, co ją zakrywa, ujmuje jej wdzięku. Dopiero w pro­sto­cie domo­wego stroju staje się naprawdę cza­ru­jąca. Dzięki strasz­li­wym upa­łom, jakie nam tu doku­czają, zwy­kły szla­fro­czek płó­cienny pozwala mi podzi­wiać jej krą­głą i gibką kibić. Cie­niutki muślin zale­d­wie przy­sła­nia piersi; spoj­rze­nia moje, prze­lotne, lecz bystre, zdo­łały już ogar­nąć ich nie­zrów­nane kształty. Twarz, powia­dasz, nie ma wyrazu. I cóż mia­łaby wyra­żać, gdy nic nie prze­ma­wia do jej serca? Nie, to pewna, nie spo­tkasz u niej, jak u naszych zalot­niś, owego kłam­li­wego spoj­rze­nia, które cza­ruje nas nie­kiedy, a zawo­dzi zawsze. Ona nie umie pokry­wać pustki zdaw­ko­wych wyra­zów wyuczo­nym uśmie­chem; cho­ciaż posiada ząbki naj­ład­niej­sze na świe­cie, śmieje się tylko z tego, co ją bawi. Ale trzeba widzieć w cza­sie naj­nie­win­niej­szej igraszki, ile w tej twa­rzy odbija się naiw­nej i szcze­rej weso­ło­ści! Jak wobec nie­szczę­śli­wego, któ­remu śpie­szy z pomocą, spoj­rze­nie jej zwia­stuje czy­stą radość i dobroć tak pełną współ­czu­cia! Trzeba widzieć przede wszyst­kim, jak przy naj­mniej­szym sło­wie pochwały lub kom­ple­mentu maluje się na jej nie­biań­skiej twa­rzy cudowne zakło­po­ta­nie zgoła nie­pod­ra­bia­nej skrom­no­ści!... jest skromna i nabożna: stąd wno­sisz, iż musi być zimna i bez­duszna? Ja myślę zupeł­nie ina­czej. Jakież dary tkli­wo­ści trzeba posia­dać, aby je prze­le­wać aż na wła­snego męża i kochać stale przed­miot stale nie­obecny? Jakie­goż sil­niej­szego dowodu mogła­byś jesz­cze pra­gnąć? A jed­nak umia­łem posta­rać się jesz­cze o inny.

Pokie­ro­wa­łem wspólną prze­chadzkę w ten spo­sób, że trzeba było nam prze­być dość głę­boki rów; pani zaś de Tourvel, jak­kol­wiek bar­dzo zręczna, jest jesz­cze bar­dziej bojaź­liwa; poj­mu­jesz, że, jako skrom­ni­sia, lęka się każ­dego fał­szy­wego kroku! Trzeba się było zatem powie­rzyć mej pomocy, i oto wcie­le­nie skrom­no­ści zna­la­zło się w mych obję­ciach. Nasze przy­go­to­wa­nia i prze­prawa sta­rej ciotki pobu­dziły do gło­śnego śmie­chu roz­ba­wioną pre­zy­den­tową; skoro zaś ją z kolei unio­słem w górę, ramiona nasze, dzięki mej zręcz­nej nie­za­rad­no­ści, oplo­tły się wza­jem. Przy­ci­sną­łem ją do piersi i w tej kró­ciut­kiej chwili uczu­łem, że jej serce bije żyw­szym tęt­nem. Rumie­niec okra­sił twa­rzyczkę; pełne skrom­no­ści zakło­po­ta­nie prze­ko­nało mnie dosta­tecz­nie, że serce jej zabiło z miło­ści, a nie ze stra­chu. Ciotka popeł­niła tę samą omyłkę co i ty, mar­kizo, i rze­kła: "Prze­stra­szyła się dzie­cina"; lecz cudowna pro­stota dzie­ciny nie pozwo­liła jej na kłam­stwo, toteż odparła naiw­nie: "Och, nie! Tylko...". To jedno słowo oświe­ciło mnie. Od tej chwili słodka nadzieja zajęła miej­sce okrut­nego nie­po­koju. Będę miał tę kobietę; odbiorę ją mężowi, który nie jest jej godzien, ośmielę się ją wydrzeć nawet Bogu, któ­rego uwiel­bia. Cóż za roz­kosz być kolejno powo­dem i zwy­cięzcą jej wyrzu­tów! Ani mi w gło­wie nisz­czyć prze­sądy, które ją pętają! One to przy­spo­rzą mi szczę­ścia i chwały zara­zem. Niech wie­rzy w cnotę, lecz niech ją dla mnie poświęci; niech z prze­ra­że­niem patrzy na wła­sny upa­dek, nie­zdolna zatrzy­mać się w dro­dze, i nie­chaj, mio­tana wyrzu­tami, nie umie zapo­mnieć o nich ani ukryć się przed nimi ina­czej niż w moich ramio­nach. Wów­czas nie­chaj mi powie: "Ubó­stwiam cię"; zgoda: ona jedna ze wszyst­kich kobiet będzie godna wymó­wić to słowo. Będę w isto­cie Bogiem, któ­rego uwiel­biła nad wszystko.

Bądźmy szcze­rzy: w sto­sun­kach naszego światka, zarówno chłod­nych, jak łatwych, to, co nazy­wamy szczę­ściem, wszak jest zale­d­wie przy­jem­no­ścią. Mam ci się przy­znać, mar­kizo? Byłem pewny, iż serce moje zwię­dło już zupeł­nie; nie znaj­du­jąc w sobie nic, jak tylko zmy­sły, ubo­le­wa­łem nad swą przed­wcze­sną zgrzy­bia­ło­ścią. Pani de Tourvel wró­ciła mi czer­wone złu­dze­nia mło­do­ści. Przy niej nie trzeba mi nawet posia­da­nia, abym się czuł szczę­śliwy. Jedyna rzecz, która mnie prze­raża, to czas, jaki zaj­mie cała ta przy­goda; bo nie ważył­bym się nic zda­wać na los przy­padku. Próżno przy­wo­dzę sobie na pamięć moje szczę­śliwe zuchwal­stwa; nie mogę się zde­cy­do­wać na tę drogę. Abym się czuł zupeł­nie szczę­śliwy, ona musi mi się oddać; a to nie jest byle co!

Pewien jestem, mar­kizo, że podzi­wia­ła­byś moją ostroż­ność. Nie wymó­wi­łem jesz­cze słowa "miłość", ale już zdo­ła­li­śmy dotrzeć do zaufa­nia i sym­pa­tii. Aby ją okła­my­wać jak naj­mniej, a zwłasz­cza aby uprze­dzić plotki, które mogłyby dojść do jej uszu, sam, niby to obwi­nia­jąc się, opo­wie­dzia­łem parę swo­ich naj­bar­dziej gło­śnych figiel­ków. Uśmia­ła­byś się, sły­sząc, z jaką pro­sto­dusz­no­ścią ona prawi mi kaza­nia. Pra­gnie, powiada, nawró­cić mnie. Ani jej w gło­wie świta, ile ją będzie kosz­to­wała ta próba. Daleka jest od przy­pusz­cze­nia, że prze­ma­wia­jąc (to jej styl) imie­niem nie­szczę­snych, które ja zgu­bi­łem, ujmuje się z góry za wła­sną sprawą. Ta myśl nasu­nęła mi się wczo­raj w cza­sie jej kaza­nia; nie mogłem odmó­wić sobie przy­jem­no­ści prze­rwa­nia jej zapew­nie­niem, że mówi jak pro­rok. Do widze­nia, uro­cza przy­ja­ciółko! Widzisz, że nie jestem jesz­cze zgu­biony bez ratunku.

PS Ale, czy biedny kawa­ler nie ode­brał sobie życia z roz­pa­czy? Doprawdy, mar­kizo, ty masz w sobie sto razy wię­cej szel­mo­stwa ode mnie i gdy­bym posia­dał nieco miło­ści wła­snej, czuł­bym się głę­boko upo­ko­rzony.

***, 9 sierp­nia 17**

List VII

Cecy­lia Volan­ges do Zofii Car­nay3 w klasz­to­rze urszu­la­nek w ***

Jeżeli dotąd nie pisa­łam nic o moim mał­żeń­stwie, to dla­tego że ani na jotę wię­cej nie wiem niż pierw­szego dnia. Przy­zwy­cza­jam się nie myśleć o tym i czuję się wcale dobrze. Pra­cuję dużo nad śpie­wem i harfą; mam uczu­cie, że bar­dziej je polu­bi­łam od czasu, jak nie mam już nauczy­ciela, lub ina­czej, odkąd dosta­łam o wiele lep­szego i mil­szego. Kawa­ler Dan­ceny, ten pan, o któ­rym ci mówi­łam, że śpie­wa­łam z nim u pani de Mer­teuil, jest tak uprzejmy, że przy­cho­dzi do nas co dzień i śpiewa ze mną całymi godzi­nami. Bar­dzo jest miły. Śpiewa jak anioł i układa prze­śliczne melo­die, do któ­rych sam pisze słowa. Wielka szkoda, że on jest kawa­le­rem mal­tań­skim! Myślę, że gdyby się oże­nił, żona jego byłaby bar­dzo szczę­śliwa... Ma w sobie jakąś cza­ro­dziej­ską sło­dycz. Ni­gdy nie ma się wra­że­nia, aby pra­wił kom­ple­menty, a mimo to wszystko, co mówi, gła­dzi po sercu tak mile. Cią­gle mnie za coś łaje, za muzykę, jak i za inne rze­czy, ale umie wło­żyć w każdą naganę tyle przy­mil­no­ści i humoru, że nie­po­dobna go nie polu­bić. Wystar­czy, żeby na cie­bie popa­trzył, a już masz wra­że­nie, że chce ci powie­dzieć coś bar­dzo przy­jem­nego. A przy tym jest ogrom­nie grzeczny. Na przy­kład wczo­raj; był pro­szony na jakiś wielki kon­cert, a prze­cież wolał zostać cały wie­czór u mamy. Bar­dzo się ucie­szy­łam, bo kiedy jego nie ma, nikt się do mnie nie odzywa i nudzę się; kiedy on jest, cały czas śpie­wamy i roz­ma­wiamy ze sobą. Zawsze ma mi coś do powie­dze­nia. On i pani de Mer­teuil to jedyne dwie sym­pa­tyczne osoby. Ale teraz bądź zdrowa, droga; przy­rze­kłam, że wyuczę się na dziś aryjki z bar­dzo trud­nym akom­pa­nia­men­tem, a nie chcia­ła­bym zro­bić mu zawodu. Posie­dzę nad tym, dopóki on nie przyj­dzie.

7 sierp­nia 17**

List VIII

Pre­zy­den­towa de Tourvel do pani de Volan­ges

Trudno mi wyra­zić pani, jak jestem wdzięczna za dowód ufno­ści, któ­rym mnie zaszczy­casz, i jak żywo mnie obcho­dzi zamę­ście panny de Volan­ges. Z całej duszy, z całego serca życzę jej szczę­ścia, któ­rego jest godna. Nie znam hra­biego de Ger­co­urt, ale skoro na niego padł tak zaszczytny wybór, mogę mieć o nim jedy­nie naj­lep­sze wyobra­że­nie. Poprze­staję, pani, na życze­niu, aby to mał­żeń­stwo uwień­czone było rów­nie pomyśl­nym skut­kiem jak moje, które rów­nież jest twoim dzie­łem i za które każdy dzień pomnaża mą wdzięcz­ność. Oby szczę­ście twej córki, pani, stało się nagrodą za to, które ja otrzy­ma­łam z twej ręki; oby naj­lep­sza z przy­ja­ció­łek mogła być i naj­szczę­śliw­szą z matek!

Szcze­rze zmar­twiona jestem, że nie mogę oso­bi­ście zło­żyć ci, pani, tych życzeń, a zara­zem, czego bym bar­dzo pra­gnęła, zapo­znać się z panną de Volan­ges. Doznaw­szy od cie­bie tyle praw­dzi­wie macie­rzyń­skiej dobroci, mam prawo spo­dzie­wać się, że znaj­duję u niej tkliwą przy­jaźń sio­stry, na którą będę się sta­rała zasłu­żyć.

Przy­pusz­czam, iż zostanę na wsi przez całą nie­obec­ność pana de Tourvel. Sko­rzy­sta­łam z tego czasu, aby się nacie­szyć towa­rzy­stwem czci­god­nej pani de Rose­monde. Cza­ru­jąca osoba: sędziwy wiek nie ode­brał jej nic z daw­nego uroku; zacho­wała całą weso­łość i żywość. Ciało jej jedy­nie liczy osiem­dzie­siąt cztery lata; duch nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia.

Samot­ność naszą oży­wiło nieco przy­by­cie sio­strzeńca pani de Rose­monde, wiceh­ra­biego de Val­mont, który ma zamiar pozo­stać tu kilka dni. Zna­łam go jedy­nie z roz­głosu, który nie­zbyt zachę­cał do bliż­szego pozna­nia; zdaje mi się jed­nak, że pan de Val­mont wię­cej jest wart od swo­jej repu­ta­cji. Tu, gdzie wir świa­to­wych uciech nie wie­dzie go na poku­sze­nie, bar­dzo trzeźwo patrzy na sie­bie i z rzadką pro­stotą przy­znaje się do błę­dów. Roz­ma­wia ze mną nie­raz nader roz­sąd­nie, a ja roz­trzą­sam mu sumie­nie, i to bar­dzo surowo. Pani, która go znasz, przy­znasz, iż nawró­ce­nie takiego czło­wieka byłoby pięk­nym dzie­łem; nie wąt­pię jed­nak, że mimo wszyst­kich obiet­nic poprawy tydzień Paryża wystar­czy, aby zapo­mniał o moich kaza­niach. Przy­naj­mniej ten czas, który tu spę­dzi, będzie sta­no­wił prze­rwę w jego zwy­kłym try­bie, co wyj­dzie tylko na korzyść, jeżeli nie jemu, to innym. Pan de Val­mont wie, że piszę w tej chwili do pani, i prosi, abym jej przed­ło­żyła wyrazy naj­głęb­szego sza­cunku. Chciej przy­jąć i moje z dobro­cią, która ci jest wła­ściwa, i racz nie wąt­pić ni­gdy o naj­szczer­szych uczu­ciach, z jakimi mam zaszczyt etc.

***, 9 sierp­nia 17**

List IX

Pani de Volan­ges do pre­zy­den­to­wej de Tourvel w zamku ***

Nie wąt­pi­łam ni­gdy, młoda i piękna przy­ja­ciółko; ani o twej przy­jaźni, ani o szcze­rym udziale we wszyst­kim, co mnie doty­czy. Nie po to też, aby poru­szać tę mate­rię, która, sądzę, na zawsze jest usta­lona, odpo­wia­dam jesz­cze na twą odpo­wiedź; ale nie mogę pomi­nąć spo­sob­no­ści prze­sła­nia ci kilku słów tyczą­cych wiceh­ra­biego de Val­mont.

Wyznaję, że nie spo­dzie­wa­łam się spo­tkać kie­dy­kol­wiek z tym nazwi­skiem w two­ich listach. Zaprawdę, cóż może ist­nieć wspól­nego pomię­dzy nim a tobą? Nie znasz tego czło­wieka; i skąd mogła­byś mieć poję­cie o duszy roz­pust­nika? Mówisz mi o jego rzad­kiej pro­sto­cie; och, tak! Pro­stota pana de Val­mont musi być w isto­cie dość rzadka! W jesz­cze wyż­szym stop­niu fał­szywy i nie­bez­pieczny niż gładki i pełen powabu, ni­gdy od naj­wcze­śniej­szej mło­do­ści nie uczy­nił kroku, nie powie­dział słowa bez jakie­goś zamiaru, ni­gdy zaś nie powziął zamiaru, który by nie był nie­uczciwy lub zbrod­ni­czy. Znasz mnie, droga przy­ja­ciółko; wiesz, że ze wszyst­kich cnót, jakie sta­ram się sobie przy­swoić, naj­wy­żej cenię pobłaż­li­wość. Toteż gdyby Val­mont dzia­łał w pory­wie namięt­no­ści, gdyby, jak tylu innych, dał się pocią­gnąć błę­dom swego wieku, wów­czas potę­pia­jąc uczynki, zacho­wa­ła­bym współ­czu­cie dla jego osoby i cze­ka­ła­bym w mil­cze­niu, czy nie przyj­dzie czas, w któ­rym opa­mię­ta­nie wróci mu sza­cu­nek uczci­wych ludzi. Ale w Val­mon­cie nie ma tego wszyst­kiego: postę­po­wa­nie jego jest wyni­kiem zasad. Umie on dosko­nale obli­czyć, na ile beze­ceń­stwa może pozwo­lić sobie męż­czy­zna, nie gubiąc się w oczach świata; toteż aby bez­kar­nie dać folgę swej zło­ści i okru­cień­stwu, obrał sobie kobiety na ofiary. Nie pró­buję nawet poli­czyć, które uwiódł, ale ile zgu­bił po pro­stu!

Przy cichym i bogo­boj­nym życiu, jakie pro­wa­dzisz, nie dociera do cie­bie wieść o owych gor­szą­cych przy­go­dach. Mogła­bym opo­wie­dzieć nie­jedną, która by ci zadrżeć kazała ze zgrozy; ale spoj­rze­nia twoje, czy­ste jak twoja dusza, zbru­ka­łyby się od takich obra­zów; spo­kojna, że Val­mont ni­gdy nie będzie dla cie­bie nie­bez­pieczny, nie potrze­bu­jesz takiego pan­ce­rza, aby się obro­nić. To jesz­cze mogę ci powie­dzieć, że ze wszyst­kich kobiet, które miały nie­szczę­ście stać się celem jego zabie­gów, uwień­czo­nych powo­dze­niem lub nie, każ­dej gorzko przy­szło opła­ki­wać tę nie­bez­pieczną zna­jo­mość. Jedyna mar­kiza de Mer­teuil sta­nowi wyją­tek; ona jedna umiała mu się oprzeć, a zara­zem nało­żyć hamu­lec jego nie­go­dzi­wo­ści. Wyznaję, że ten rys naj­wię­cej przy­nosi jej zaszczytu w moim poję­ciu; to jedno wystar­czy­łoby już, aby w oczach świata w całej pełni oku­pić parę lek­ko­myśl­no­ści, jakie miano jej do zarzu­ce­nia w począt­kach wdo­wień­stwa4.

Jak bądź się rze­czy mają, moja uro­cza przy­ja­ciółko, z prawa wieku, doświad­cze­nia, a przede wszyst­kim przy­jaźni, na jedno muszę ci zwró­cić uwagę; mia­no­wi­cie, że w Paryżu zdo­łano już zauwa­żyć nie­obec­ność Val­monta. Jeżeli się roz­głosi, iż spę­dził czas w wyłącz­nym towa­rzy­stwie ciotki i twoim, twoja dobra sława znaj­dzie się w jego rękach: naj­więk­sze nie­szczę­ście, jakie może się zda­rzyć kobie­cie. Radzę ci więc, uproś ciotkę, aby go nie zatrzy­my­wała dłu­żej; gdyby się opie­rał, sądzę, iż powin­naś bez waha­nia ustą­pić mu miej­sca. Ale cze­muż miał by tam sie­dzieć? Po co mu się zako­py­wać na wsi? Gdy­byś kazała śle­dzić jego kroki, odkry­ła­byś z pew­no­ścią, że dom ciotki obrał jedy­nie jako wygodne schro­nie­nie dla jakiejś miłostki w oko­licy. Ale gdy nie w waszej mocy zapo­biec złemu, poprze­stańmy na tym, aby ubez­pie­czyć bodaj samych sie­bie.

Do widze­nia, droga przy­ja­ciółko; mał­żeń­stwo córki opóź­nia się nieco. Hra­bia de Ger­co­urt, któ­rego ocze­ki­wa­li­śmy z dnia na dzień, donosi, że pułk jego wysłano na Kor­sykę; że zaś trwają tam jesz­cze roz­ru­chy, nie­po­do­bień­stwem mu będzie uwol­nić się przed zimą. Bar­dzo mi to nie w smak; w zamian pocie­szam się nadzieją, że będziemy miały przy­jem­ność ujrze­nia cię na weselu; przy­kro mi było, iż miało się obyć bez cie­bie. Do widze­nia; masz we mnie, bez czczych zapew­nień, zawsze oddaną przy­ja­ciółkę.

PS Chciej mnie przy­po­mnieć pani de Rose­monde, którą kocham tak, jak na to zasłu­guje.

Paryż, 11 sierp­nia 17**

List X

Mar­kiza de Mer­teuil do wiceh­ra­biego de Val­mont w zamku ***

Czy dąsasz się na mnie wiceh­ra­bio? Czy może umar­łeś albo, co nie­mal na jedno wycho­dzi, żyjesz jedy­nie dla swej pre­zy­den­to­wej? Ta kobieta, która ci wró­ciła złu­dze­nia mło­do­ści, wróci wkrótce rów­nież i jej śmieszne prze­sądy. Oto już czu­jesz się nie­śmia­łym nie­wol­ni­kiem; lepiej przy­znaj od razu, iż jesteś po pro­stu zako­chany. Wahasz się uciec do szczę­śli­wego zuchwal­stwa. W ten spo­sób postę­pu­jesz sobie zupeł­nie bez zasad, zda­jąc wszystko na los przy­padku, a raczej kaprysu. Czyż­byś już nie pamię­tał, że miłość jest jak medy­cyna jedy­nie sztuką poma­ga­nia przy­ro­dzie? Widzisz, że cię pobi­jam wła­sną bro­nią; nie rosnę zbyt­nio w pychę z tej przy­czyny, boć to naj­ła­twiej­szy spo­sób pobi­cia męż­czy­zny na głowę. Musi ci się oddać, powia­dasz; no dobrze, musi, to pewna, toteż odda się jak inne, z tą róż­nicą, że zrobi to nie­zgrab­nie i bez wdzięku. Ale żeby skoń­czyła na odda­niu, naj­lep­szy spo­sób jest zacząć od wzię­cia. Jakimż dzie­ciń­stwem miło­ści jest to śmieszne odróż­nie­nie! Mówię "miło­ści", bo ty jesteś zako­chany wiceh­ra­bio. Mówić ina­czej, zna­czy­łoby oszu­ki­wać cię, zna­czy­łoby ukry­wać przed tobą twą cho­robę. Powiedz mi więc, sen­ty­men­talny kochanku: te kobiety, które w życiu mia­łeś, czy ty myślisz w isto­cie, że je gwał­ci­łeś? Ależ choćby która z nas miała naj­więk­szą ochotę oddać się komu, choćby nam nie wiem jak było do tego pilno, i tak trzeba jakie­goś pozoru; a czyż może ist­nieć wygod­niej­szy niż ten, który pozwala odgry­wać rolę sła­bej istoty ule­ga­ją­cej sile? Co do mnie, przy­znam się, iż w kam­pa­nii miło­snej naj­wy­żej cenię żywy i dobrze prze­pro­wa­dzony atak, w któ­rym wszystko postę­puje po sobie w porządku, choć szybko; który nie zosta­wia nas ni­gdy w tym kło­po­tli­wym poło­że­niu, aby­śmy same musiały napra­wiać nie­zręcz­ność nie­przy­ja­ciela; atak, który pozwala zacho­wać pozory prze­mocy w tym nawet, na co same się godzimy, i zręcz­nie gła­ska dwie nasze arcy­sła­bostki: chwałę obrony i przy­jem­ność porażki. Wyznaję, ten talent, rzad­szy o wiele, niżby można mnie­mać, zawsze zyski­wał moje uzna­nie i nie­raz zda­rzyło mi się ulec, jedy­nie aby uwień­czyć męstwo zasłu­żoną nagrodą.

Ale ty, ty, który jesteś już sobą, ty postę­pu­jesz tak, jak­byś oba­wiał się zwy­cię­stwa. Ech, odką­dże ty podró­żu­jesz w ten spo­sób, popa­sa­jąc co chwilę, bocz­nymi dróż­kami? Mój przy­ja­cielu, gdy chcesz doje­chać do sta­cji, bierz konie pocz­towe i jazda! Gościń­cem! Ale zostawmy ten przed­miot, który drażni mnie tym wię­cej, że pozba­wia mnie przy­jem­no­ści ujrze­nia cię rychło. Przy­naj­mniej pisuj czę­ściej i donoś o wszyst­kim w miarę postę­pów. Czy wiesz, że już prze­szło dwa tygo­dnie pochła­nia cię ta śmieszna miłostka i że zdo­ła­łeś przez ten czas zanie­dbać wszyst­kie inne obo­wiązki?

Ale, ale, gdy mowa o zanie­dba­niu: przy­po­mi­nasz mi, wiceh­ra­bio, ludzi, któ­rzy zasię­gają regu­lar­nie wia­do­mo­ści o cho­rych przy­ja­cio­łach, lecz ni­gdy nie są cie­kawi odpo­wie­dzi. Koń­czysz ostatni list pyta­niem, czy kawa­ler nie roz­stał się ze świa­tem. Ja nie odpo­wia­dam, a ty prze­sta­jesz się o to trosz­czyć. Czyż zapo­mnia­łeś, że mój kocha­nek jest, już z urzędu, twoim naj­ser­decz­niej­szym przy­ja­cie­lem? Ale uspo­kój się: nie umarł; lub gdyby mu się to miało przy­tra­fić, to chyba z nad­miaru szczę­ścia. Bie­da­czek mój, jakiż on tkliwy! Cóż to za uro­dzony kocha­nek! Jak on umie żywo czuć i wyra­żać uczu­cia! W gło­wie mi się kręci na samo wspo­mnie­nie. Doprawdy, bez­miar szczę­ścia, jaki on znaj­duje w prze­ko­na­niu o mojej miło­ści, gotów mnie jesz­cze do niego przy­wią­zać.

Tego samego dnia, w któ­rym - jak ci pisa­łam - obu­dziła się we mnie chętka zerwa­nia z kawa­le­rem, ileż szczę­ścia cze­kało go jesz­cze! A prze­cież w chwili gdy mi go oznaj­miono, roz­my­śla­łam zupeł­nie poważ­nie nad spo­so­bem dopro­wa­dze­nia go do roz­pa­czy. Nie wiem, kaprys czy inna przy­czyna, ale ni­gdy nie wydał mi się tak uro­czy. Mimo to przy­ję­łam go kwa­śno. Liczył, że spę­dzi ze mną ze dwie godziny, zanim drzwi otwo­rzą się dla wszyst­kich. Powie­dzia­łam, że wycho­dzę; zapy­tał, dokąd? Odmó­wi­łam odpo­wie­dzi. Zaczął nale­gać. "Tam, gdzie pana nie będzie" - odpar­łam opry­skli­wie. Szczę­ściem dla sie­bie, sta­nął jak ska­mie­niały; gdyby był wyrzekł jedno słowo, wybu­chłaby nie­chyb­nie scena i skoń­czy­łoby się zerwa­niem. Zdzi­wiona tym mil­cze­niem, zwró­ci­łam nań oczy bez innego zamiaru, przy­się­głam, jak tylko, aby zoba­czyć jego minę. Spo­strze­głam na tej ślicz­nej twa­rzy ten smu­tek zara­zem głę­boki a tkliwy, któ­remu, sam przy­zna­łeś, trudno w isto­cie się oprzeć. Ta sama przy­czyna wywo­łała ten sam sku­tek: znów poczu­łam się zwy­cię­żona. Od tej chwili poczę­łam jedy­nie myśleć nad spo­so­bem oczysz­cze­nia się w jego oczach. "Wycho­dzę w pew­nej spra­wie - rze­kłam łagod­niej - w spra­wie doty­czą­cej i pana; ale nie pytaj o nic. Wie­cze­rzam w domu, przyjdź, a dowiesz się wszyst­kiego". Wtedy dopiero odzy­skał mowę, ale nie pozwo­li­łam mu mówić. "Śpie­szę się bar­dzo - rze­kłam. - Zostaw mnie; do zoba­cze­nia". Poca­ło­wał mnie w rękę i wyszedł.

Aby mu powe­to­wać to roz­sta­nie, może aby powe­to­wać je samej sobie, wpa­dam na myśl zapo­zna­nia go z moim dom­kiem, o któ­rego ist­nie­niu nie miał poję­cia. Dzwo­nię na wierną Wik­to­rię. Dostaję migreny, każę oznaj­mić wszyst­kim, że kładę się do łóżka; zostaw­szy wresz­cie sama z mą powier­nicą, stroję się za pannę słu­żącą, gdy ona prze­biera się za lokaja. Następ­nie Wik­to­ria spro­wa­dza do bramy ogro­do­wej dorożkę i pomy­kamy w drogę. Przy­byw­szy do świą­tyni miło­ści, wyszu­kuję negli­żyk naj­po­wab­niej­szy, jaki posia­dam, po pro­stu roz­koszny, naj­zu­peł­niej wła­snego pomy­słu: nie pozwala nic oglą­dać, a wszyst­kiego każe się domy­ślać. Przy­rze­kam ci prze­słać wzór dla pre­zy­den­to­wej, skoro ją już uczy­nisz godną takiego rynsz­tunku.

Po tych przy­go­to­wa­niach, gdy Wik­to­ria zaj­muje się resztą, odczy­tuję jeden roz­dział Sofy5, jeden list Helo­izy i dwie powiastki La Fon­ta­ine'a, aby dostroić roz­ma­ite struny, jakie zamie­rzam potrą­cić. Tym­cza­sem kawa­ler zja­wia się u mnie, jak zawsze nie­cier­pliwy. Szwaj­car odpra­wia go, oznaj­mia­jąc, że jestem nie­zdrowa: pierw­sza nie­spo­dzianka. Rów­no­cze­śnie oddaje bile­cik ode mnie, ale nie przeze mnie pisany, zgod­nie z mą roz­tropną zasadą. Kawa­ler otwiera i widzi rękę Wik­to­rii: "Punkt o dzie­wią­tej, na bul­wa­rze, naprze­ciw kawiarni". Udaje się na miej­sce; tam lokaj­czyk, któ­rego rolę odgrywa wciąż Wik­to­ria, każe mu odpra­wić powóz i iść za sobą. Cały ów roman­tyczny apa­rat miał ten sku­tek, iż roz­pa­lił głowę mego kawa­lera, roz­pa­lona zaś głowa ma zawsze swoje zalety. Przy­bywa wresz­cie oszo­ło­miony zdu­mie­niem i miło­ścią. Aby mu pozwo­lić przyjść nieco do sie­bie, prze­pro­wa­dzam go chwilę po ogro­dzie, następ­nie kie­ruję ku domowi. Widzi sto­lik i dwa nakry­cia; obok posłane łóżko. Prze­cho­dzimy do przy­stro­jo­nego odświęt­nie budu­aru. Tam, na wpół z roz­my­słu, na wpół ze szcze­rego serca, oto­czy­łam go ramio­nami i osu­nę­łam mu się do kolan. "O mój naj­droż­szy - rze­kłam - aby ci zgo­to­wać słodką nie­spo­dziankę, popeł­ni­łam tę zbrod­nię, iż uda­nym gnie­wem spra­wi­łam ci przy­krość i na chwilę pozba­wi­łam cię widoku uko­cha­nej. Prze­bacz mi winy, a oku­pię je potęgą miło­ści". Możesz sobie wyobra­zić sku­tek tej sen­ty­men­tal­nej prze­mowy. Kawa­ler, uszczę­śli­wiony, pod­niósł mnie co żywo i roz­grze­sze­nie moje zostało przy­pie­czę­to­wane na tej samej oto­mance, na któ­rej ty i ja pie­czę­to­wa­li­śmy tak wesoło i w ten sam spo­sób wie­czy­ste zerwa­nie.

Ponie­waż mie­li­śmy przed sobą całe sześć godzin, a posta­no­wi­łam sobie, iż czas ten upły­nie mu w nie­zmą­co­nej roz­ko­szy, powścią­gnę­łam jego unie­sie­nia. Powabna zalot­ność zajęła miej­sce goręt­szej czu­ło­ści. Ni­gdy jesz­cze nie doło­ży­łam tylu sta­rań, aby się komuś podo­bać, ni­gdy też nie byłam rów­nie zado­wo­lona z sie­bie. Po kola­cji, na prze­mian dzie­cinna i pełna roz­sądku, swa­wolna i tkliwa, nie­kiedy nawet nieco wyuz­dana, sta­ra­łam się obcho­dzić z lubym niby z suł­ta­nem zasia­da­ją­cym pośród swego seraju, w któ­rym ja gra­łam kolejno rolę roz­ma­itych fawo­ryt. W isto­cie jego wie­lo­krotne hołdy, jak­kol­wiek wciąż przyj­mo­wała je ta sama kobieta, skła­niały się do stóp coraz to nowej kochanki.

Wresz­cie o brza­sku trzeba się było roz­łą­czyć; co bądź kawa­ler powia­dał, czy­nił nawet, aby temu prze­czyć, roz­sta­nie to było dlań rów­nie potrzebne jak bole­sne. Gdy nade­szła chwila ostat­niego poże­gna­nia, wzię­łam klucz do szczę­snego ustro­nia i wrę­cza­jąc mu go, rze­kłam: "Zgo­to­wa­łam je tylko dla cie­bie; słusz­nym jest, abyś był jego panem: rze­czą Ofiar­nika jest roz­po­rzą­dzać Świą­ty­nią". W ten spo­sób zręcz­nie uprze­dzi­łam podej­rze­nia, jakie mogłoby mu nasu­nąć to zagad­kowe nieco posia­da­nie sekret­nego domku. Znam kawa­lera i nie lękam się, aby do sank­tu­arium wpro­wa­dził inną kobietę, gdyby mnie zaś przy­szła fan­ta­zja zago­ścić tam bez niego, pozo­staje mi zawsze drugi klucz w odwo­dzie. Chciał za wszelką cenę umó­wić następną schadzkę, ale za wiele mi wart jesz­cze mój kawa­ler, abym go chciała zuży­wać tak szybko. Można sobie pozwo­lić na takie wybryki jedy­nie z kimś, kogo się ma zamiar nie­ba­wem porzu­cić. On tego nie wie, bie­da­czek, ale na szczę­ście ja wiem za nas oboje.

Widzę, że już trze­cia rano i że napi­sa­łam cały tom usiadł­szy dla skre­śle­nia paru słó­wek. Oto co może czar przy­ja­ciel­skiej ufno­ści; ona też spra­wia, że ty mi jesteś zawsze naj­droż­szy ze wszyst­kich; ale jeśli mam wyznać prawdę, mil­szy jest mi dziś mój kawa­ler.

12 sierp­nia 17**

List XI

Pre­zy­den­towa de Tourvel do pani de Volan­ges w Paryżu

Surowy twój list, sza­nowna przy­ja­ciółko, prze­ra­ziłby mnie z pew­no­ścią, gdy­bym, na szczę­ście, nie znaj­do­wała tutaj wię­cej rękojmi bez­pie­czeń­stwa, niż ty mi kre­ślisz, pani, przy­czyn do obawy. Ów groźny pan de Val­mont, który ma być postra­chem kobiet, odło­żył, zdaje się, swe mor­der­cze bro­nie, zanim prze­stą­pił mury tego zamku. Daleki od jakich bądź zamy­słów, wyzbył się nie­mal wszel­kiej kokie­te­rii; talenty uro­czego świa­towca, które przy­znają mu nawet wro­go­wie, zni­kły pra­wie, aby zosta­wić jedy­nie przy­mioty dobrego i sym­pa­tycz­nego chłopca. Widać wiej­skie powie­trze jest przy­czyną tego cudu. O jed­nym mogę panią upew­nić, mia­no­wi­cie mimo że pan de Val­mont prze­bywa bez­u­stan­nie w moim towa­rzy­stwie i nawet zdaje się w nim podo­bać, nie wymknęło mu się dotąd ani jedno słowo, które by bodaj tro­chę trą­ciło oświad­czy­nami, ani jedna z owych alu­zji, na jakie pozwa­lają sobie wszy­scy męż­czyźni, nie mając nawet jak on warun­ków na ich uspra­wiedliwienie. Ni­gdy nie zmu­sza mnie do owej bacz­no­ści, jaką musi dziś roz­wi­jać każda sza­nu­jąca się kobieta, aby powstrzy­mać zapędy ota­cza­ją­cych męż­czyzn. Umie nie nad­uży­wać weso­ło­ści, którą pro­mie­niuje dokoła. Lubi może nadto chwa­lić, ale czyni to w spo­sób tak deli­katny, że zdo­łałby Skrom­ność samą oswoić z pochleb­stwem. Sło­wem, gdy­bym miała brata, pra­gnę­ła­bym, aby był taki, jakim pan de Val­mont tutaj się przed­sta­wia. Wiele kobiet życzy­łoby sobie może wyraź­niej­szego nad­ska­ki­wa­nia z jego strony; co do mnie, wyznaję, wdzięczna mu jestem, iż umiał mnie oce­nić dość dobrze na to, by mnie nie sta­wiać w ich licz­bie.

Ten obraz pana de Val­mont różni się bez wąt­pie­nia bar­dzo od wize­runku, który ty mi nakre­śli­łaś; mimo to oba mogą być wierne, zależ­nie od czasu. On sam przy­znaje, iż popeł­nił wiele błę­dów; może i świat dorzu­cił nie­jedno na jego rachu­nek. Ale nie­wielu męż­czyzn zda­rzyło mi się spo­tkać, któ­rzy by mówili o uczci­wych kobie­tach z więk­szym sza­cun­kiem, powie­dzia­ła­bym, pra­wie uwiel­bie­niem. Z listu pani wno­szę, że przy­naj­mniej ta jego cnota nie jest obłudą. Spo­sób, w jaki się odnosi do pani de Mer­teuil, jest tego dowo­dem. Czę­sto mówi o niej, a zawsze z takimi pochwa­łami i akcen­tem tak szcze­rego przy­wią­za­nia, iż mnie­ma­łam do pani listu, że to, co on nazywa ich przy­jaź­nią, jest, w grun­cie, miło­ścią. Wyrzu­cam sobie obec­nie sąd tak nie­baczny, w któ­rym pono­szę tym więk­szą winę, ile że pan de Val­mont sam nie­jednokrotnie dokła­dał sta­rań, aby uchro­nić tę zacną osobę od takich podej­rzeń. Wyznaję, iż uwa­ża­łam jedy­nie za dys­kre­cję to, co było z jego strony uczciwą szcze­ro­ścią. Nie wiem, ale wydaje mi się, że ktoś, kto jest zdolny do rów­nie sta­łej przy­jaźni dla kobiety tak god­nej sza­cunku, nie może być bez­na­dziej­nym lek­ko­du­chem. Poza tym nie wiem, czy owo sta­teczne pro­wa­dze­nie się, jakiego tu daje dowody, zawdzię­czamy jakiejś miło­stce w oko­licy, jak pani przy­pusz­cza. Jest wpraw­dzie parę powab­nych kobiet w sąsiedz­twie, ale pan de Val­mont wycho­dzi z domu w ogóle mało, wyjąw­szy rano: mówi, że idzie polo­wać. To prawda, rzadko przy­nosi zwie­rzynę, ale zapew­nia, iż bar­dzo zeń nie­zręczny myśliwy. Zresztą, nie­zbyt się trosz­czę, co on może robić poza domem; jeżeli pra­gnę­ła­bym wie­dzieć, to jedy­nie, aby mieć jedną przy­czynę wię­cej prze­chy­le­nia się do twego zda­nia lub też prze­ko­na­nia cię o słusz­no­ści mego.

Co się tyczy rady two­jej, droga przy­ja­ciółko, abym posta­rała się o skró­ce­nie pobytu pana de Val­mont, wyznaję, że nie wiem, czy ośmie­li­ła­bym się pro­sić jego ciotkę, aby odmó­wiła gościny sio­strzeń­cowi, zwłasz­cza że jest doń bar­dzo przy­wią­zana. Przy­rze­kam jed­nak - jedy­nie, by iść za twą radą, a nie z istot­nej potrzeby - że chwycę się jakiejś spo­sob­no­ści i spró­buję przed­ło­żyć tę prośbę albo jej, albo wprost jemu. Co się mnie tyczy, mąż mój wie, iż mia­łam zamiar zostać tutaj do jego powrotu, i zdzi­wiłby się, nie bez słusz­no­ści, gdy­bym tak lekko odmie­niła posta­no­wie­nie.

Roz­pi­sa­łam się może zbyt długo, ale zda­wało mi się, że winna jestem praw­dzie owo pochlebne świa­dec­two dla pana de Val­mont, świa­dec­two, któ­rego w two­ich oczach, pani, bar­dzo potrze­bo­wał. Nie­mniej szcze­rze wdzięczną jestem za przy­jaźń, która podyk­to­wała ci twoje prze­strogi. Jej rów­nież zawdzię­czam wszyst­kie miłe słowa, jakimi mnie obda­rzasz z oka­zji mał­żeń­stwa córki. Dzię­kuję ser­decz­nie za zapro­sze­nie, ale mimo całej przy­jem­no­ści, jaką sobie obie­cuję po chwi­lach spę­dzo­nych w pani towa­rzy­stwie, poświę­ci­ła­bym je chęt­nie, gdyby przez to panna de Volan­ges prę­dzej mogła stać się szczę­śliwą, o ile w ogóle może być nią bar­dziej niż teraz, przy boku matki, tak god­nej jej czu­ło­ści i sza­cunku. Podzie­lam z nią oba te uczu­cia i pro­szę, abyś raczyła przy­jąć to zapew­nie­nie ze zwy­kłą dobro­cią.

Mam zaszczyt etc.

*** 13 sierp­nia 17**

List XII

Cecy­lia Volan­ges do mar­kizy de Mer­teuil

Dono­szę pani, że mama jest cier­piąca; nie wycho­dzi dzi­siaj i muszę dotrzy­my­wać jej towa­rzy­stwa, nie będę więc miała zaszczytu towa­rzy­szyć pani do Opery. Zapew­niam panią, o wiele bar­dziej żałuję, że nie będę razem z panią, niż całego wido­wi­ska. Mam nadzieję, że pani nie wątpi o tym, bar­dzo o to pro­szę. Ja panią tak kocham! Czy będzie pani tak dobra powie­dzieć panu kawa­le­rowi Dan­ceny, że nie mam zbiorku, o któ­rym mówił, i że jeżeli może go przy­nieść jutro, sprawi mi wielką przy­jem­ność? Gdyby przy­szedł dziś, powie­dziano by mu, że nas nie ma w domu: mama nie chce nikogo dziś przyj­mo­wać. Mam nadzieję, że jutro będzie jej już lepiej.

Mam zaszczyt etc.

13 sierp­nia 17**

List XIII

Mar­kiza de Mer­teuil do Cecy­lii Volan­ges

Bar­dzo jestem zmar­twiona, ślicz­notko, że nam się tak nie składa, ale mam nadzieję, że spo­sob­ność jesz­cze się powtó­rzy. Wywiążę się z twego zle­ce­nia wobec kawa­lera Dan­ceny, który z pew­no­ścią bar­dzo się trapi wia­do­mo­ścią, że mama chora. Jeżeli pani de Volan­ges zechce mnie przy­jąć jutro, przyjdę dotrzy­mać jej towa­rzy­stwa. Wyzwiemy we dwie kawa­lera de Bel­le­ro­che6 do walki w pikietę, a ogry­wa­jąc go, będziemy miały na domiar przy­jem­no­ści satys­fak­cję z przy­słu­chi­wa­nia się, jak śpie­wasz ze swoim miłym nauczy­cie­lem. Jeżeli to doga­dza matce i tobie, ręczę za sie­bie i za moich kawa­le­rów. Do widze­nia, moja śliczna; pozdro­wie­nia dla dro­giej pani de Volan­ges. Ści­skam was z całego serca.

13 sierp­nia 17**

List XIV

Cecy­lia Volan­ges do Zofii Car­nay w klasz­to­rze urszu­la­nek w ***

Nie pisa­łam wczo­raj, droga Zosiu, ale nie nad­miar przy­jem­no­ści jest tego przy­czyną, możesz mi wie­rzyć. Mama była chora, nie opu­ści­łam jej cały dzień ani na chwilę. Wie­czo­rem, kiedy zna­la­złam się w swoim pokoju, nie mia­łam głowy do niczego; czym prę­dzej poło­ży­łam się, aby się upew­nić, że dzień się już skoń­czył: jesz­cze mi się ni­gdy nie wydał rów­nie długi. To nie zna­czy, abym nie kochała mamy, ale nie wiem, co to takiego. Mia­łam iść do Opery z panią de Mer­teuil; kawa­ler Dan­ceny z nami. Wiesz dobrze, że to są dwie osoby, które lubię naj­wię­cej w świe­cie. Skoro nade­szła godzina, o któ­rej się zaczyna przed­sta­wie­nie, serce mi się ści­snęło mimo woli. Wszystko mi zbrzy­dło nagle; pła­ka­łam, pła­ka­łam tak, że nie mogłam się powstrzy­mać. Na szczę­ście mama leżała w łóżku i nie mogła widzieć. Jestem pewna, że kawa­ler Dan­ceny był także zmar­twiony; ale on miał przy­naj­mniej na pocie­chę wido­wi­sko i ludzi; to cał­kiem co innego.

Na szczę­ście mama dziś ma się lepiej i pani de Mer­teuil przyj­dzie z kawa­le­rem Dan­ceny i innym jakimś panem; ale pani de Mer­teuil przy­cho­dzi zawsze bar­dzo późno, a jak się jest tak długo samej, to strasz­nie nudno. Dopiero jede­na­sta. Prawda, że muszę pograć tro­chę na har­fie; przy tym toa­leta zaj­mie także nieco czasu, bo chcia­ła­bym być dziś dobrze ucze­sana. Zdaje się, matka Anun­cjata miała słusz­ność: kiedy czło­wiek zaczyna żyć w świe­cie, robi się zalotny. Od kilku dni strasz­nie chcia­ła­bym ład­nie wyglą­dać, a ze smut­kiem widzę, że nie jestem tak ładna, jak mi się daw­niej wyda­wało; przy tym przy kobie­tach, które się różują, strasz­li­wie się traci. Na przy­kład pani de Mer­teuil; widzę dobrze, że wszy­scy męż­czyźni uwa­żają ją za ład­niejszą ode mnie: to mnie nie­zbyt mar­twi, bo ona mnie bar­dzo lubi; a przy tym zapew­nia mnie, że kawa­le­rowi Dan­ceny ja się wię­cej podo­bam. Bar­dzo szla­chet­nie z jej strony, że mi to powie­działa! Zda­wało mi się nawet, że jest z tego rada. Tego to już nie rozu­miem. Jak ona mnie lubi! A on!... Och, tym to strasz­nie się cie­szę! Toteż zdaje mi się, że wystar­czy mi na niego popa­trzeć, aby już stać się ład­niejszą. Patrza­ła­bym też cią­gle, gdy­bym się nie lękała spo­tkać jego oczu; za każ­dym razem, kiedy mi się to przy­trafi, mie­szam się zaraz i jakoś mi się robi przy­kro; ale to nic.

1. Aby zro­zu­mieć ten ustęp, trzeba wie­dzieć, że hra­bia de Ger­co­urt opu­ścił mar­kizę de Mer­teuil dla inten­den­to­wej ***, która poświę­ciła dla niego wice-hra­biego de Val­mont, i że wów­czas mar­kiza i wicehra­bia zbli­żyli się do sie­bie. Ponie­waż zda­rze­nie to sięga znacz­nie wcze­śniej niż wypadki, o któ­rych mowa w niniej­szych listach, przeto autor uwa­żał za sto­sowne pomi­nąć całą dotych­cza­sową kore­spon­den­cję (przyp. aut.). [wróć]

2. La Fon­ta­ine'a (przyp. aut.). [wróć]

3. Aby nie nad­uży­wać cier­pli­wo­ści czy­tel­nika, autor pomija wiele listów w tej codzien­nej kore­spon­den­cji; podaje jedy­nie te, które wydały mu się potrzebne do zro­zu­mie­nia biegu wypad­ków. Z tego samego powodu pomija rów­nież wszyst­kie listy Zofii Car­nay i wiele listów innych osób bio­rą­cych udział w tych wyda­rze­niach (przyp. aut.). [wróć]

4. Błąd, w jakim pozo­staje pani de Volan­ges, świad­czy nam, że podob­nie jak inni zbrod­nia­rze Val­mont umiał nie wyda­wać swo­ich wspól­ni­ków (przyp. aut.). [wróć]

5. Romans Cr?billona-syna, tre­ści nie­zmier­nie swo­bod­nej (przyp. tłum.). [wróć]

6. Ten sam, o któ­rym mowa w listach pani de Mer­teuil do Val­monta (przyp. aut.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki