Od tłumacza
Piotr Ambroży Franciszek Choderlos de Laclos urodził się w Amenis, w 1741 r., z rodziny mieszczańskiej. Jako młody chłopiec okazywał
zamiłowania literackie, dziedziczne w tym domu. Jednakże w XVIII w.
literatura nie stanowiła jeszcze zawodu, zatem młody Laclos, po odbyciu
studiów, zostaje w dwudziestym roku życia oficerem artylerii. Łatwość
pióra i zręczność w składaniu madrygałów uczyniły go pożądanym gościem
paryskich salonów; w nich też zapewne gromadzi zawczasu materiały do
przyszłego arcydzieła. W 1774 r. zwraca na siebie uwagę zgrabną sztuczką
List do Małgosi; trzy lata później pisze operę komiczną, jednak bez
szczególnego powodzenia. W 1778 r.wysłany na prowincję jako oficer
inżynierii, buduje fort na wyspie Aix; tam też, może aby rozproszyć nudę
zapadłego kąta i orzeźwić myśl wspomnieniem błyszczącego paryskiego
świata, pisze Niebezpieczne związki.
Dzieło ukazało się w 1782 r. i zyskało niebywałe powodzenie. Była to
jedyna książka, jaką Laclos napisał. Później - jeśli używa pióra - to
jedynie na broszury i artykuły polityczne. Powiew nadciągającej
rewolucji nie sprzyja snadź płodom czystego artyzmu. Może zraziła
Laclosa i pieczołowitość policji, która umieściła jego książkę na
indeksie i skazała ją na zniszczenie jako "rozwiązłą i nieobyczajną".
W 1789 r. Laclos, na polecenie pani de Genlis, otrzymuje miejsce
sekretarza księcia Orleanu. Niebawem staje się prawą ręką księcia, duszą
jego polityki; fama, nie zawsze zresztą sprawdzona, przypisuje autorowi
Niebezpiecznych związków autorstwo wielu intryg przeciw prawej
dynastii, jakie knuł kokietujący z ludem, ambitny Filip Égalité.
Równocześnie ze swoim panem Laclos wstępuje do klubu jakobinów.
Przewodniczy klubowi w dniu uchwalenia detronizacji Ludwika XVI. W 1791
r. redaguje "Journal des Amis de la Constitution". Po ogłoszeniu
Republiki wraca do armii jako generał brygady; w 1793 r. dostaje się w Paryżu do więzienia; ratuje go protekcja Robespierre'a, któremu podobno
Laclos układał jego mowy. Niebawem znajduje się po raz wtóry w więzieniu, z którego dopiero 9 Thermidora zostaje ostatecznie uwolniony.
Przydzielony do korpusu generała Moreau, udaje się do Włoch, gdzie
umiera w Tarencie w 1803 r. na stanowisku generalnego inspektora
artylerii.
Jedyna książka, jaką Laclos zostawił, stoi w rzędzie trwałych bogactw
literatury francuskiej. Jest ona podwójnie ciekawa: raz jako
nieporównany wyraz doby, w której powstała i którą maluje, po wtóre jako
arcydzieło psychologii, mające mało sobie równych. Całą książkę
wypełniają jedynie sprawy miłości, tak jak wypełniały one życie
"towarzystwa" owej epoki, której "kto nie znał, ten nie wie, co to
słodycz życia", jak wzdycha później jeden z jej niedobitków. Najrasowsza
szlachta francuska, zamknięta od czasów Ludwika XIV w złotej klatce
dworu i skazana na przymusową bezczynność, odsunięta stopniowo od
polityki, od administracji, nie znajduje naturalnych upustów dla swych
sił życiowych. Bujna młodzież, niezbyt garnąca się do służby wojskowej,
wymagającej w nowożytnym swym przeobrażeniu za wiele karności, dającej
zbyt wiele utrudzeń, a za mało zaszczytów, zużywa temperamenty w łowach
i tych innych łowach, w których rolę osaczonej zwierzyny gra kobieta.
Przygody miłosne - oto godne szranki dla najszlachetniejszych
przymiotów, oto pole popisu dla odwagi, zręczności, żądzy sławy. Iluż
wielkich dyplomatów, iluż bezimiennych wielkich polityków,
zręczniejszych niż Dubois, przenikliwszych niż Bernis, wśród tej
gromadki ludzi, którzy uwiedzenie kobiety czynią jedynym celem swoich
myśli, wielką sprawą życia! Ile studiów, wytrwałości, umiejętności,
namysłu! Ile kombinacji romantopisarza i strategika!..."1,
podczas gdy część tej Francji XVIII w. filozofuje, zajmuje się
zagadnieniami ekonomii, polityki, nauki, dla drugiej części miłość staje
się treścią życia, rozmów, literatury, ulubioną zabawą towarzyską,
przedmiotem ambicji - wszystkim.
Oczywiście bóstwo to, obłaskawione w ten sposób i sprowadzone ze
świątyni do buduaru, samo też nie mogło się uchronić od pewnych
przeobrażeń. Cechą miłości w XVIII w. (zanim przenikną wpływy Russa)
jest odarcie jej ze wszystkich zasłon. Ani śladu tu z owego ubóstwienia,
jakim była otoczona w wieku Ludwika XIV; ani śladu z owego języka
pełnego czci i kultu dla kobiety, osłaniającego swymi religijnymi niemal
formułkami całą materialną stronę miłości. To wszystko odpada; miłość
staje się synonimem pożądania, przelotnej skłonności, "wymianą dwóch
kaprysów i zetknięciem dwóch naskórków", wedle dosadnego określenia
Chamforta. Zmienia się zwłaszcza styl miłości. W XVII w. najbardziej
płocha Celimena czuje się w obowiązku pokrywać przelotne fantazje swej
nienasyconej zalotności frazeologią wielkich uczuć; w XVIII w.,
przeciwnie, nawet prawdziwe uczucie ukrywa się wstydliwie pod maską
obojętności i cynizmu. Jeżeli przywdziewa jeszcze niekiedy szaty
trubadura, czyni to jedynie chyba przez rozpustę umysłową, aby - jak
Valmont w stosunku do pani de Tourvel - szukać w tej zabawie świeżych
podniet dla wyschłego serca. Syntezą epoki staje się głośne zdanie
Buffona: "Jedyną rzeczą coś wartą w miłości jest jej strona fizyczna";
cały balast uczuciowy odpada, zazdrość nawet wychodzi z mody, osądzona
jako śmieszny i niecywilizowany przeżytek. Kobieta, rada nierada,
dostraja się do nowego stylu. Dawna bogini, która, jak słynna Julia
d'Angennes, królowa pałacu Rambouillet, czternaście lat kazała wzdychać
do siebie, nim uwieńczyła wytrwałe służby, dziś godzi się na znaczne
skrócenie czasu obowiązujących zalotów. Wedle powszechnie głoszonego
mniemania, "wystarczy kobiecie trzy razy powiedzieć, że jest ładna, aby
za pierwszym razem podziękowała, uwierzyła za drugim, a wynagrodziła za
trzecim". Przypuściwszy nawet, że kobieta - szczególnie trudna lub
początkująca jeszcze w turniejach miłosnych - opiera się dłużej, niż
jest w zwyczaju, wówczas zaloty trwają dwa tygodnie, miesiąc wreszcie,
aż nadchodzi chwila, w której dama ukazuje się ze swym wielbicielem w loży Opery i w ten sposób - wedle zwyczaju, ceremonii prawie, uświęconej
przez światowe panie XVIII w. - przedstawia niejako oficjalnie
towarzystwu uwieńczonego kochanka.
W turniejach tych kobieta przechodzi nieraz i do czynnej roli. W pustkę
uczuciowego życia wciska się przede wszystkim próżność. Pozycja
towarzyska kobiety zależy niemal od tego, aby przykuć do siebie, bodaj
przelotnie, mężczyznę będącego w danej chwili na świeczniku. Mężczyzna
"w modzie" - oto magiczne słowo bardziej zwycięskie niż młodość, niż
uroda. Taki mężczyzna może po kobietach deptać, pomiatać nimi, urok jego
będzie się jedynie wzmagał. Co rano, budząc się, zastanie przy łóżku
pakiet listów miłosnych, które - jak książę Richelieu - rzuci niedbale
do skrzynki z napisem: "Listy, których nie miałem czasu przeczytać". Po
śmierci tego nestora złotej młodzieży znaleziono pięć
nierozpieczętowanych listów, błagających w imieniu pięciu wielkich dam o jedną godzinę jego nocy.
O względach dla kobiet nie ma w tym wieku "galanterii" mowy, jak również
nie ma mowy o dyskrecji. Życiem swoim, każdym jego dniem tworzyć
anegdotę, która mogłaby się stać uciechą i zabawą salonów - oto marzenie
wszystkich tych petit-maître'ów; oto, czym mierzy się ich wartość i uznanie w świecie, oto szczeble, po których wstępuje się na tron
mężczyzny "w modzie", bohatera dnia. Przygoda Prevana i jego trzech
"nierozłącznych" (List LXXIX) - tak typowa dla XVIII w. przez swą
czystość linii i symetrię - to jeden z wzorów tego, jak byśmy dziś
powiedzieli, sportu. Miejsce sentymentalnej gwary zajmuje u mężczyzn
zuchwalstwo, impertynencja, smaganie szyderstwem najtkliwszych potrzeb
serca. Posiąść kobietę ani jednym czulszym słowem nie budując pomostu do
usprawiedliwienia jej słabości; więcej nawet, stawiając jej przed oczy
wspomnienie człowieka, którego kocha i zdradza - oto znamienny rys
intelektualnej rozpusty wyziębłych don Juanów. Do wysokości dogmatu
podniesiona jest zasada, aby nie zrywać z kobietą, póki się nie posiada
w ręku środków zgubienia jej.
Nie wszystkim z owych salonowych zdobywców dany był w snuciu przygód dar
twórczej oryginalności. I moda miała tu swoje słowo. A słowo to brzmiało
czasem paradoksem wcale interesującym: przykładem teoria - stworzona na
poparcie praktyki przez współczesnego salonowego filozofa - iż najwyższy
dowód względów i delikatności daje kobiecie ten, kto ją bierze gwałtem;
w przeciwieństwie bowiem do nieśmiałego i wyczekującego kochanka
"szanuje jej wstydliwość i skrupuły i biorąc całą winę na siebie,
oszczędza jej długiej męczarni stopniowych ustępstw oraz bolesnego
poczucia, iż uchybia samej sobie"2.
Kobiety, o ile czują się na siłach, nie zostają w tyle za mężczyznami.
Słabsze stają się ich łupem, silniejsze zawczasu uczą się rozpoznawać "w dzisiejszym kochanku jutrzejszego wroga" i wypracowują całą sztukę, jak
z pierwszego wyssać wszystkie słodycze, nie wydając się drugiemu w ręce.
Znamienna pod tym względem jest przygoda pani de Merteuil z Prévanem
(List LXXXV) i jej autobiografia (List LXXXI), do której, wedle zdania
współczesnych, autor aż nazbyt wiele miał dokoła siebie wzorów. W rozpuście umysłowej, w bezwzględnym złośliwym okrucieństwie kobieta w pewnym swoim typie przechodzi niemal mężczyznę. Przejmuje od niego
udogodnienia życiowe: "Dla hodowania swoich przyjemności starają się
mieć ustronne domki, zupełnie na wzór sekretnych domków ówczesnych
modnisiów. Gniazdko takie kobieta sama tajemnie nabywa i urządza;
odźwierny jest z jej ramienia i wyboru, aby wszystko było na jej usługi
i nic nie krępowało jej swobody, gdy zechce oszukać bodaj swego
kochanka"3.
Oczywiście przy tej łatwości obcowania płci, przy tym nadużyciu
miłosnych wrażeń i upojeń tępieją zmysły, chłodnie wyobraźnia. Stąd don
Juan XVIII w. musi szukać coraz ostrzejszej zaprawy dla zużytego
podniebienia: "W stosunek mężczyzny do kobiety wślizguje się jakby jakaś
bezlitosna polityka, jakby ujęty w reguły system gubienia. Zepsucie
staje się sztuką, w której skład po równi wchodzą: okrucieństwo,
wiarołomstwo, zdrada, kunszt tyranii. Makiawelizm wciska się w miłostki,
staje się ich dominującą nutą. Jest to chwila, w której Laclos kreśli z natury swoje Niebezpieczne związki, ową książkę przedziwną i okropną
zarazem, która jest tym dla moralności miłosnej we Francji XVIII w.,
czym traktat o Księciu dla moralności politycznej Włoch w XVI w.". Ten
rys okrucieństwa w miłości jest znamienny dla epoki: przesunąwszy się z dziedziny moralnej w fizyczną, dojdzie w markizie de Sade do
najpełniejszego wyrazu.
Oto tło, na którym rozgrywa się historia Niebezpiecznych związków.
Uderzająco silna i zwarta jest budowa tej książki. Pisana w listach z zachowaniem całej wytwornej sztuki epistolarnej, tak wysoko stojącej
współcześnie, mimo to nie zawiera, można powiedzieć, ani jednego
zbytecznego zdania; każde ma swoją wagę, każde jest subtelnym
dotknięciem pędzla, wzbogacającym całość obrazu o jakiś nowy i ciekawy
szczegół. Na formie listów nie cierpi również w niczym akcja powieści:
bieg jej, na wskroś dramatyczny, zawiązuje się mocno i jasno już na
pierwszych kartkach, płynie w skrętach i powikłaniach, aby ku końcowi
pomknąć wartkim pędem ku katastrofie. Aktorów na scenie zaledwie
kilkoro; jednakże węzły pomiędzy nimi pozadzierzgane są tak misternie i różnorodnie, iż wyczerpują niemal całą psychologię miłości we wszystkich
jej rodzajach, objawach i odcieniach.
Nad akcją dominuje postać margrabiny de Merteuil, w której rączce
zbiegają się wszystkie nici intrygi. Jest to jeden z niewątpliwie
najsilniej zarysowanych typów kobiecych żyjących w literaturze: istota o równie gorących zmysłach, jak oschłym sercu, mądra i przenikliwa tak, iż
Valmont, razem z całą swoją eksperymentalną psychologią, jest przy niej
i w jej rękach istnym dzieckiem; owa "urocza markiza" robi chwilami
wrażenie wprost niepokojące. Pani de Merteuil to mimo młodego wieku
weteran zahartowany jak stal w owej nieustannej wojnie miłosnej, jaką
było życie "towarzystwa" XVIII w., a w której dla pełnego sukcesu nie
wystarczyło rycerzowi posiąść kobiety, lecz trzeba było - mówiąc
ówczesnym językiem - ją zgubić. Epoka, w której społecznie kobieta była
pozbawiona wszelkich praw, faktycznie zaś, w panującej klasie, stała
niemal ponad prawem, musiała wydawać takie typy.
Partnerem pani de Merteuil jest wicehrabia de Valmont, ciekawy zwłaszcza
przez domieszkę intelektualnego dyletantyzmu: zapowiedź typu, który tyle
miejsca miał zająć w późniejszej literaturze. Genealogię jego można by
wywieść poniekąd od don Juana Moliera, od którego wszelako Valmont jest
bardziej wątły, a przynajmniej wydaje się takim przy silniejszej o wiele
indywidualności pani de Merteuil. Korespondencja tych dwojga wypełnia
główną część książki. W niej, zagrzewając się wzajem w przewrotności i zepsuciu, snują wspólnie swoje plany; w niej czerpią oboje podnietę i zadowolenie miłości własnej z czynów skazanych z natury swojej na mrok
tajemnicy; jedno stanowi dla drugiego publiczność. Różnica w tym, że
pani de Merteuil, oddając się przyjemności tych przyjacielskich
zwierzeń, nie przestaje ani na chwilę być panią swoich myśli i uczynków,
nie przestaje być sobą, podczas gdy Valmont, można by powiedzieć, cały
czas "zgrywa się" dla swej partnerki i, na przemian głaskany
pochlebstwem i smagany drwiną, daje się prowadzić jak dziecko na pasku,
nie tracąc ani na chwilę przekonania o swej rzekomej sile. Pochłonięty o wiele więcej, niż sam mniema, urokiem pani de Tourvel, Valmont
wielokrotnie w zwierzeniach swoich zadrasnął panią de Merteuil w sposób,
którego mu nigdy nie przebaczy. Odtąd póty na nim wygrywa, póty go
drażni i kusi, aż jej poświęci kochaną kobietę, by w zamian - rzecz
najstraszniejsza dla bohatera pokroju Valmonta - zostać wystrychniętym
na dudka. Wówczas, na chwilę, niby dwa wspaniałe drapieżne zwierzęta,
stają naprzeciw siebie do walki, walki, w której Valmont pada, zanim
zdołał się opatrzeć, jak dalece był jeno igraszką w ręku tej strasznej
kobiety.
Nie mniej mistrzowsko i pewnie nakreślone są inne postacie dramatu.
Danceny to sama młodość razem z jej niewinnością i brakiem charakteru, z całą grandelokwencją i emfazą w miłości, która w próbie życiowej okazuje
się nie tyle miłością danej kobiety, ile potrzebą miłości samej. Autor
idzie za nim krok w krok w śliskim labiryncie tej młodzieńczej
psychologii; nie oszczędza biednemu kawalerowi ani jednego kłamstewka,
aby wreszcie ustami Valmonta wydać wyrok, który brzmi tym okrutniej, że
istotnie Danceny jest szlachetnym i sympatycznym chłopcem: "Oto ludzie!
Wszyscy jednako zbrodniczy w swoich zamysłach; niedołęstwu, jakie
wkładają w ich przeprowadzenie, nadają miano uczciwości!". Dominującym
rysem bogdanki Danceny'ego, Cesi, jest na wskroś kobieca podatność,
skazująca ją na to, iż zawsze będzie tym, czym zrobią ją silniejsze
dłonie. W swoich prawdziwych "dziejach grzechu", od pensjonarki świeżo
wypuszczonej z klasztoru aż po powrót do furty klasztornej, przebywa ten
kawałek życia jako ledwie że świadoma i ledwie że winna zabawka w zbrodniczych rękach. Jej matka, pani de Volanges, to wyborny typ osoby
troszczącej się o cały świat i jego naprawę, a ślepej na to, co się
dzieje w jej własnym domu. Cechą jej, jak wielu osób specjalizujących
się w cnocie, jest pewna próżność, którą pani de Merteuil wyzyskuje po
mistrzowsku. Pani de Tourvel, w pierwszej połowie książki,
niecierpliwiąca nieco swą zabójczo rezonującą doskonałością, w drugiej,
kiedy przechodzi całe piekło mąk i upokorzeń, wzruszająca jest siłą
uczucia i bezwzględnością oddania. Wreszcie stara pani de Rosemonde,
urocza tym wdziękiem, który owej epoki był najprzedziwniejszym kwiatem i nad którym, zda się, ani wiek, ani choroba nie miały władzy.
Pomiędzy tymi to osobami rozgrywa się akcja powieści. Intryga jej,
streszczona, nie dałaby w żadnej mierze obrazu dzieła. Tajemnica artyzmu
mieści się tutaj nie w wielkich liniach, ale w szczegółach, w przeprowadzeniu. Valmont kocha panią de Tourvel, która go ubóstwia,
Danceny kocha Cecylię de Volanges i posiada wzajem jej serce; zdawałoby
się, że z tej podwójnej sielanki nie sposób wykrzesać nic zajmującego. W jaki sposób Valmont depce serce swej ukochanej, tak iż staje się
przyczyną jej śmierci; dlaczego po drodze łamie życie małej Cesi i sam
ginie z ręki Danceny'ego, to tajemnica margrabiny de Merteuil i głębokiej polityki jej kobiecego makiawelizmu. Pani de Tourvel ośmieliła
się tchnąć w Valmonta uczucie o tkliwszym i szlachetniejszym wyrazie,
niż je żywił kiedyś dla pani de Merteuil - więc zginie. Nie ma dla niej
ratunku ani przebaczenia. Valmont drasnął niezręcznie panią de Merteuil
wynurzeniami swej miłości dla innej i odważył się pokrzyżować kaprys jej
dla Danceny'ego - więc zginie. Cesia jest narzeczoną człowieka, który
niegdyś ośmielił się pierwszy porzucić panią de Merteuil, zatem hańba
jej jest postanowiona, wnosząc ją w dom przyszłego męża, pomści tę
zniewagę. Oto kobieta-demon, salonowy wprawdzie, ale jeden z najbardziej
rasowych, jakie wydała literatura. A jaka miła, jaka mądra! Dostać się w jej ręce nie radzę, ale porozmawiać z nią życzę każdemu.
Ciekawe były koleje tej książki. Wkrótce po ukazaniu się entuzjastycznie
powitana przez jeden z bystrzejszych umysłów krytycznych tej epoki,
Grimma, zyskuje olbrzymią poczytność i rozgłos, nie wolny jednak od
przymieszki skandalu4. Skazane na zniszczenie przez policję,
zapomniane później wśród wulkanicznych wstrząśnień tworzącego się nowego
społeczeństwa, dzieło to znika z horyzontu na lat niemal sto.
Sainte-Beuve zaledwie o nim wspomina, romantycy obrzucają je wzgardą. Ku
końcowi XIX w., w epoce rozkwitu psychologicznego romansu, imię autora
Niebezpiecznych związków nabiera nowego blasku. Autor Kwiatów
grzechu, Baudelaire, który nie mógł pozostać nieczuły na niezdrowy urok
wydzielający się z kart tej powieści, opatrzył ją następującym nadpisem:
"Ta książka, jeżeli parzy, parzyć może jedynie na kształt lodu". Dziś
powieść ta stałaby się niechybnie, "z buzią w ciup", na półkach między
klasykami, gdyby nie to, że historycy literatury wciąż pobożnie
odżegnują się od jej wspomnienia. Przebywa zatem dotąd w regionach
"literatury gorszącej", zalotnie a niepokojąco z dala strzygąc okiem w stronę Pascala i Bossueta. Spotkają się kiedyś...
Kraków, 1912
1. E. i J. de Gencourt, La Femme au XVIII siécle (przyp. tłum.). [wróć]
2. Crébillon-syn, Igraszki kącika przy kominku. Noc i chwila (przyp. tłum.) [wróć]
3. E. i J. De Goncourt, l. c. (przyp. tłum.). [wróć]
4. "... Nie ma w istocie książki, nie wyłączając Crébillona i jego naśladowców, w której skażenie zasad i obyczajów tego, co nazywa się wielkim światem, byłoby odmalowane z większą naturalnością, śmiałością i dowcipem; nie można się tedy dziwić, iż mało którą nowość przyjęto z takim zapałem; jeszcze mniej należy się dziwić temu, iż kobiety czują się obowiązane oburzać na tę książkę. Mimo całej przyjemności, jaką mogła im sprawić jej lektura, nie była ona wolna od żądła: w jaki sposób człowiek, który tak dobrze je zna, a tak źle dochowuje ich tajemnicy, nie miałby uchodzić za potwora?" ["Correspondance Littéraire", kwiecień 1782] (przyp. tłum.). [wróć]
Część pierwsza
List I
Cecylia Volanges do Zofii Carnay w klasztorze urszulanek w ***
Widzisz, droga przyjaciółko, że dotrzymuję słowa i że czepeczki i stroiki nie pochłonęły tak dalece mego czasu, aby mi go zawsze nie
zostało dla ciebie. A przecież w tym jednym dniu napatrzyłam się więcej
strojów niż przez cztery lata, które spędziłyśmy razem w klasztorze.
Mama zasięga we wszystkim mego zdania; czuję, że jestem w jej oczach
daleko mniej pensjonarką niż poprzednio. Mam własną pannę służącą, pokój
i salonik wyłącznie dla siebie; piszę do ciebie na ślicznym biureczku,
do którego dostałam klucz i gdzie mogę chować i zamykać, co mi się
podoba. Mama oznajmiła, że będę ją widywała codziennie przy wstawaniu;
wystarczy, jeżeli będę uczesana do obiadu, wówczas uwiadomi mnie co
dzień, gdzie mam się z nią spotkać po południu. Resztą czasu mogę
rozporządzać do woli; mam swoją harfę, rysunki i książki, jak w klasztorze; z tą różnicą, że nie ma matki Anuncjaty, która by mi sypała
bury, i że gdybym chciała, mogłabym nic nie robić od rana do wieczora;
że jednak nie mam przy sobie mojej Zosi, z którą bym mogła śmiać się i gawędzić, wolę skracać czas jakimś zatrudnieniem.
Jest ledwie piąta; z mamą mam się spotkać dopiero o siódmej; czasu więc
było aż nadto, gdybym tylko miała coś do zwierzenia! Ale jeszcze nic nie
wiem; gdyby nie przygotowania, na jakie patrzę co dzień, i nie mnóstwo
robotnic, które kręcą się tu wyłącznie dla mnie, mogłabym myśleć, że
nikomu się nie śni wydawać mnie za mąż i że to była zwykła gadanina
poczciwej Józefy. Jednakże matka powtarzała mi często, że panienka
powinna zostawać w klasztorze aż do chwili zamążpójścia, że skoro mnie
odebrano, Józefa musi chyba mieć słuszność.
Jakiś pojazd zatrzymał się przed bramą i mama kazała mnie zawołać
natychmiast do siebie. Czyżby to miał być... Jestem nieubrana, ręce mi
drżą i serce tłucze się we mnie. Pytam panny służącej, czy nie wie, kto
jest u matki. "Owszem - odparła - pan G***". To mówiąc, zaczęła się
śmiać. Och, mam jakieś przeczucie, że to on. Wrócę zaraz, aby ci
opowiedzieć, jak się wszystko odbyło. Wiem już przynajmniej, jak się
nazywa. Spieszę, aby nie dać na siebie czekać zbyt długo. Do widzenia,
za małą chwileczkę.
Toż będziesz sobie żartować z głupiutkiej Cesi! Och, jak się
zawstydziłam! Ale i ty byłabyś się złapała tak samo.
Wszedłszy ujrzałam czarno ubranego pana, który stał koło mamy. Ukłoniłam
się najwdzięczniej i zatrzymałam się niby wrośnięta w posadzkę. Możesz
sobie wyobrazić, jak mu się przyglądałam!
"Pani margrabino - rzekł do matki, oddając mi ukłon - córeczka pani jest
zachwycająca i tym żywiej przychodzi mi odczuwać łaskę, jaką mnie pani
darzy".
Na tak wyraźne oświadczyny poczęłam drżeć na całym ciele, nie mogłam się
utrzymać na nogach; szczęściem spostrzegłam fotel; usiadłam, cała
czerwona i pomieszana. Ledwiem zdążyła to uczynić, już człowiek ten
znalazł się u moich kolan. Wówczas twoja biedna Cesia straciła do reszty
głowę; byłam, jak mówi mama, zupełnie nieprzytomna. Zerwałam się,
wydając przeraźliwy krzyk... ot, jak wtedy, podczas burzy, pamiętasz? Na
to mama parsknęła śmiechem, mówiąc: "Co tobie, dziecko? Usiądźże i podaj
panu nogę". Moja złota, pokazało się, że ten pan to po prostu... szewc.
Nie umiem ci opisać, jak się zawstydziłam; na szczęście nikogo nie było
prócz mamy. Sądzę, iż skoro wyjdę za mąż, nigdy nie wezmę już tego
szewca.
Przyznaj, że my, doprawdy, dużo wiemy o świecie! Do widzenia. Już blisko
szósta; panna służąca mówi, że czas się ubierać.
Do widzenia, Zosiu droga; kocham cię tak, jak gdybym jeszcze była w klasztorze.
PS Nie wiem, przez kogo posłać list; zaczekam, aż przyjdzie Józefa.
Paryż, 4 sierpnia 17**
List II
Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont w zamku ***
Wracaj, drogi wicehrabio, wracaj; cóż ty tam robisz, co możesz robić u starej ciotki, która cały majątek zapisała już tobie? Ruszaj natychmiast
w drogę: potrzebny jesteś!
Przyszła mi do głowy wspaniała myśl i tobie pragnę powierzyć jej
wykonanie. Tych kilka słów powinno by wystarczyć; aż nazbyt zaszczycony
wyborem, powinien byś stawić się z całym pośpiechem, aby na kolanach
odebrać me rozkazy. Ale ty nadużywasz mej dobroci nawet wówczas, kiedy
przestałeś z niej korzystać; w wyborze, jaki mam przed sobą, albo
wiecznej nienawiści, albo bezgranicznego pobłażania, jedynie szczęściu
swemu zawdzięczasz, iż dobroć moja bierze górę.
Zatem spieszę wtajemniczyć cię w swoje zamysły, lecz przysiąż, że, jako
wierny rycerz, nie pogonisz za inną przygodą, póki tej nie doprowadzisz
szczęśliwie do końca. Jest ona zaprawdę godna bohatera: masz służyć
razem miłości i zemście; słowem, będzie to jeden czyn więcej do twoich
pamiętników; tak, pamiętników, gdyż chcę koniecznie, aby kiedyś ukazały
się w druku, i sama podejmę się je spisywać.
Ale zostawmy je na razie, a wróćmy do tego, co mnie w tej chwili
zaprząta.
Pani de Volanges wydaje za mąż córkę: to jeszcze tajemnica, ale
zwierzyła mi ją od wczoraj. I kogo, myślisz, wyszukała na zięcia?
Hrabiego de Gercourt. Któżby powiedział, że ja mam zostać kuzynką
Gercourta? Wściekłam się po prostu. Jak to! Nie domyślasz się jeszcze? O niepojętna głowo! Czyżbyś mu już przebaczył przygodę z intendentową? A ja, czyż nie więcej mam jeszcze przyczyn gniewać się nań, ty
potworze?1 Nie panuję nad gniewem i nadzieja zemsty rozpogadza
mą duszę.
Sto razy musiała ci się dać we znaki, jak i mnie, owa uroczysta
nadętość, z jaką Gercourt rozprawia o tym, co za przymioty musi posiadać
jego przyszła żona, oraz głupia zarozumiałość, która mniema, iż on
właśnie zdoła uniknąć nieuniknionego losu. Znasz jego śmieszną wiarę w klasztorne wychowanie i jeszcze śmieszniejszy bodaj przesąd co do
chłodnego temperamentu blondynek.
W istocie mogłabym się założyć, że mimo sześćdziesięciu tysięcy renty
małej Volanges nigdy nie przyszłoby mu na myśl małżeństwo, gdyby panna
była brunetką lub gdyby się nie chowała w klasztorze. Przekonajmy go
zatem, że jest tylko głupcem i... czymś więcej: zostałby nim z pewnością
prędzej czy później; nie o to się też kłopocę; lecz byłoby zabawne,
gdyby już od tego zaczął. Jakże byśmy się przednio bawili nazajutrz,
słysząc, jak się chełpi! Bo będzie się chełpił z pewnością; a przy tym,
skoro już raz ty pokierujesz pierwszymi krokami tej dziewczyny, trzeba
by dziwnego nieszczęścia, aby Gercourt nie stał się z czasem, jak tylu
innych, przedmiotem zabawy całego Paryża.
Zresztą bohaterka tego nowego romansu zasługuje w zupełności na twoje
starania: jest naprawdę ładna; ot, dzieciak piętnastoletni, istny pączek
róży; nieprawdopodobnie naiwna i bez najmniejszej sztuki; ale was,
mężczyzn, taka rzecz nie odstrasza; ma przy tym w oczach jakąś tkliwą
omdlałość, doprawdy bardzo obiecująca. Dodaj do tego, że ja ją polecam;
nie pozostaje ci nic, jak tylko podziękować i posłuchać.
List ten dojdzie do twoich rąk jutro rano. Rozkazuję, abyś jutro o siódmej wieczór zjawił się u mnie. Nie przyjmuję nikogo przed ósmą,
nawet mego panującego kawalera; on nie ma dosyć głowy na tak ważne
przedsięwzięcie. Widzisz, że mnie miłość nie zaślepia. O ósmej zwrócę ci
swobodę, o dziesiątej zaś wrócisz, aby wieczerzać wraz z pięknym
przedmiotem twoich zabiegów: matka i córka będą jutro u mnie.
Do widzenia! Minęło już południe. Niebawem przestanę się tobą zajmować.
Paryż, 4 sierpnia 17**
List III
Cecylia Velanges do Zofii Carnay w klasztorze urszulanek w ***
Niczego się jeszcze nie dowiedziałam, droga. Wczoraj było u mamy dużo
gości. Mimo ciekawości, z jaką przypatrywałam się towarzystwu, zwłaszcza
panom, wynudziłam się straszliwie. Wszyscy, mężczyźni i kobiety,
przyglądali mi się, a potem szeptali sobie do ucha; wiedziałam
doskonale, że rozmawiają o mnie: czułam, że się czerwienię, a nie mogłam
się powstrzymać. Bardzo zła byłam na siebie, bo uważałam, że gdy się
przyglądają innym kobietom, one się nie czerwienią. A może to tylko
dlatego nie widać po nich, że się różują, bo trudno chyba nie
zaczerwienić się, kiedy mężczyzna wpatruje się tak natarczywie.
Najwięcej niepokoiło mnie to, że nic nie wiem, co oni sobie wszyscy o mnie myślą. Zdawało mi się, że dosłyszałam parę razy słowa ładna, ale na
pewno słyszałam również niezręczna; i to musi być prawda, gdyż pani,
która to mówiła, jest krewną i przyjaciółką matki; zdaje się, że i do
mnie nabrała od razu dużo sympatii. To jedyna osoba, która trochę
rozmawiała ze mną. Jutro mamy być u niej na kolacji.
Słyszałam jeszcze później, jak jakiś pan (jestem pewna, że mówił o mnie)
odezwał się do drugiego: "Niechże to jeszcze dojrzeje, zobaczymy tej
zimy". Może to on właśnie ma się ze mną żenić, ale to by znaczyło, że
dopiero za cztery miesiące! Chciałabym bardzo wiedzieć, jak jest w istocie.
Przyszła właśnie Józefa, aby zabrać list; mówi, że jej pilno. Ale muszę
ci opowiedzieć jeden jeszcze przykład mojej niezręczności. Och, zdaje mi
się, że ta pani ma słuszność!
Po kolacji wszyscy zasiedli do gry. Usadowiłam się tuż koło mamy; nie
wiem, jak to się stało, ale zasnęłam prawie natychmiast. Obudził mnie
głośny wybuch śmiechu. Nie wiem, czy ze mnie się śmiano, ale
przypuszczam. Mama pozwoliła mi iść do siebie, czym mi zrobiła wielką
przyjemność. Wyobraź sobie, było już po jedenastej! Do widzenia, Zosiu
droga, kochaj zawsze mocno swoją Ceśkę. Zaręczam ci, że świat nie jest
tak zabawny, jak mi się wydawał w marzeniach.
Paryż, 4 sierpnia 17**
List IV
Wicehrabia de Valmont do markizy de Merteuil w Paryżu
Rozkazy twoje, markizo, są czarujące; sposób, w jaki je wydajesz,
jeszcze bardziej uroczy; przy tobie, pani, byłbym zdolny pokochać
despotyzm. Nie pierwszy to raz, jak ci wiadomo, ubolewam, że nie jestem
już twym niewolnikiem; mimo nazwy potwora, jaką mnie obdarzasz, najmilej
wspominam czasy, kiedy zaszczycałaś mnie słodszymi imiony. Często nawet
marzę o tym, aby zasłużyć je na nowo i aby już do końca dni wytrwać u twoich stóp, pani, dając światu przykład stałości. Ale ważniejsze
przeznaczenia wołają nas w tym życiu; losem naszym jest zdobywać; trzeba
iść tedy drogą, jaką nam pisano. Może kiedyś, na schyłku naszego zawodu,
spotkamy się jeszcze; bo - niech mi wolno będzie powiedzieć bez urazy -
ty, śliczna markizo, postępujesz co najmniej równym krokiem, i od czasu
jak, rozłączywszy się ku pożytkowi świata, niesiemy naszą ewangelię
każde na swoją rękę, zdaje mi się, że w tym posłannictwie miłości ty
więcej ode mnie zdobyłaś już wyznawców. Znam twoje poświęcenie, twą
płomienną żarliwość; zaprawdę, gdyby to bóstwo miało nas sądzić po
dziełach, ty byłabyś kiedyś patronką dużego miasta, gdy twój przyjaciel
i sługa zostałby ledwie pokątnym świętym jakiej mizernej wioseczki. Ten
budujący styl musi cię nieco dziwić, markizo, nieprawdaż? Ale już od
tygodnia nie słyszę innego, nie mówię innym; co więcej, aby się w nim
doskonalić, muszę ci być, pani, nieposłusznym.
Nie gniewaj się, markizo, i wysłuchaj. Tobie, skarbniczce tajemnic
mojego serca, powierzę największy zamiar, jaki kiedykolwiek urodził się
w mej głowie. Do czegóż ty chcesz mnie użyć? Bym uwiódł młodą
dziewczynę, która nic nie widziała, o niczym nie ma pojęcia; która
byłaby mi wydana na łup bez żadnej obrony; którą wprawiłby w upojenie
pierwszy hołd w życiu, a ciekawość poprowadziłaby szybciej jeszcze niż
miłość. Dwudziestu mogłoby dojść do celu nie gorzej ode mnie. Zupełnie
inaczej w przedsięwzięciu, które mnie zaprząta: tutaj powodzenie
zapewnia mi tyleż chwały co rozkoszy! Miłość, która gotuje się wieńcem
przystroić mą głowę, waha się sama między mirtem a laurem lub raczej
połączy oba, aby godnie uczcić zwycięstwo. Ty sama, piękna przyjaciółko,
staniesz przejęta świętym podziwem, i wykrzykniesz z zapałem: "Oto,
zaprawdę, mąż wedle serca mojego".
Znasz, markizo, prezydentową de Tourvel, jej pobożność, jej miłość
małżeńską, jej surowe zasady. Oto forteca, do której szturm
przypuszczam; oto godny mnie nieprzyjaciel, oto cel.
A jeśli chlubnej ceny nie sięgnę zwycięstwa,
Zdobędę bodaj zaszczyt daremnego męstwa.
Można cytować liche wiersze, gdy są pióra wielkiego poety2.
Dowiedz się zatem, że prezydent bawi w Burgundii, dokąd udał się dla
ważnego procesu (mam nadzieję, że ze mną przegra jeszcze ważniejszy).
Niepocieszona połowica ma zostać tutaj przez czas żałosnego wdowieństwa.
Codzienna msza, biedni w okolicy, ranna i wieczorna modlitwa, samotne
przechadzki, nabożne rozmowy z moją starą ciotką i od czasu do czasu
nudna partia wiska miały stanowić jedyne jej rozrywki. Tuszę, że uda mi
się zagotować jej inne, nieco bardziej ożywione. Dobry anioł przywiódł
mnie tutaj dla jej i mego szczęścia.
Szalony! Żałowałem doby, którą musiałem poświęcić rodzinnej powinności.
Jakże czułbym się ukarany, gdyby mi ktoś dziś kazał wracać do Paryża! Na
szczęście potrzeba czterech osób, aby grać w wiska, że zaś jest tu pod
ręką jedynie proboszcz, moja nieśmiertelna ciotka nalegała bardzo, abym
jej darował choć kilka dni. Zgadujesz, markizo, że nie dałem się prosić.
Nie wyobrażasz sobie, jak poczciwinka rozpływa się nade mną od tego
czasu, a zwłaszcza jak jest zbudowana tym, iż regularnie zjawiam się na
codziennych modłach i na mszy. Ani podejrzewa, jakiemu bóstwu niosę
hołdy.
Oto więc od czterech dni pochłania mnie namiętność. Znasz mnie; wiesz,
czy umiem żywo pragnąć, czy umiem dawać sobie rady z przeszkodami; ale
nie wiesz, jak bardzo osamotnienie wzmaga gorączkę pragnienia. Żyję
wyłącznie jednym: myślę o niej we dnie, śnię w nocy. Muszę mieć tę
kobietę, aby się ocalić od śmieszności zakochania: dokąd bowiem nie
zdoła zaprowadzić niezaspokojone pragnienie? O słodka sytości! Przyzywam
cię dla mego szczęścia, a zwłaszcza spokoju. Jakież to szczęście dla
nas, że kobiety tak słabo się bronią! Inaczej bylibyśmy stadem kornych
niewolników. W tej chwili ogarnęło mnie uczucie głębokiej wdzięczności
dla kobiet łatwych, które to uczucie najprostszą drogą zawiodło mnie do
twoich stóp, markizo. Pochylam się do nich, aby uzyskać przebaczenie, i kończę zbyt długi list; do widzenia, urocza przyjaciółko, i bez urazy.
Z zamku ***, 5 sierpnia 17**
List V
Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont w zamku ***
Czy wiesz wicehrabio, że twój list przekracza dozwolone granice
zuchwalstwa i że miałabym prawo obrazić się? Dowiódł mi jednak zarazem,
iż straciłeś zupełnie głowę, i to jedno ocaliło cię od mego oburzenia.
Jako wspaniałomyślna i tkliwa przyjaciółka zapominam o mej zniewadze,
aby myśleć jedynie o twoim niebezpieczeństwie, i jakkolwiek nudną jest
rzeczą przemawiać do rozsądku, i na to się odważę przez wzgląd, iż
bardzo snadź tego potrzebujesz.
Ty, zdobywający prezydentową de Tourvel! Cóż za pocieszny kaprys!
Poznaję twoją wariacką głowę, która umie tylko pragnąć tego, co wydaje
się niepodobieństwem. Cóż ty widzisz w tej kobiecie? Rysy regularne,
jeżeli chcesz, przyznaję, ale bez cienia wyrazu; nieźle zbudowana, ale
bez wdzięku, ubrana wprost śmiesznie! Te chusteczki, które opatulają jej
piersi, ten biust sięgający gdzieś pod brodę! Powiadam ci, jako
przyjaciółka: wystarczyłoby ci mieć już nie dwie, ale jedną kobietę tego
pokroju, by stracić całą reputację. Przypomnij sobie tylko dzień, w którym ona kwestowała u Św. Rocha, kiedy tak dziękowałeś mi, że ci
dostarczyłam tego widowiska. Widzę ją jeszcze, jak się prowadzi pod rękę
z tą długowłosą tyczką, gotowa przewrócić się przy każdym kroku, jak
wiecznie zawadza o czyjąś głowę swym łokciowym robronem, jak się rumieni
przy każdym ukłonie! Któż by wówczas powiedział, że tobie się zachce
kiedyś tej kobiety? Ech, wicehrabio! Ty sam zarumień się ze wstydu i opamiętaj się zawczasu. Przyrzekam ci solenną tajemnicę.
A zresztą zastanów się nad zawodami, jakie cię czekają! Co za rywala
wypadnie ci zwalczać? Męża! Czy nie upokarza cię już samo zestawienie?
Cóż za hańba, jeżeli poniesiesz klęskę, a w razie zwycięstwa jak mało
zaszczytu! Więcej powiem: nie spodziewaj się żadnej przyjemności. Czyż
można zaznać jej ze skromnisiami? Mówię oczywiście o szczerych: czyste
nawet w godzinie upojenia zawsze dadzą ci tylko jakieś pół rozkoszy. To
zupełne oddanie, ten szał zmysłów, w którym rozkosz oczyszcza się
własnym bezmiarem, ta najwyższa łaska miłości, to wszystko jest im
zupełnie nieznane. Przepowiadam ci - w przypuszczeniu najszczęśliwszym -
twoja prezydentowa będzie sądziła, iż wszystko uczyniła dla ciebie,
racząc cię tak, ja raczy swego małżonka: w małżeństwie zaś, choćby
najczulszym, zostaje zawsze dwoje, a nie jedno. Tutaj rzecz ma się
jeszcze o wiele gorzej: twoja skromnisia jest nabożna, i to ową
nabożnością kumoszek, która skazuje kobietę na wieczne dziecięctwo. Może
uda ci się nagiąć tę zaporę, lecz nie pochlebiaj sobie, byś ją
zniweczył; zwyciężysz może miłość Boga, lecz nie obawę przed diabłem;
skoro trzymając kochankę w ramionach uczujesz, iż serce jej bije, będzie
ono biło ze strachu, a nie z miłości. Gdybyś poznał tę kobietę
wcześniej, może byłbyś coś z niej zrobił, ale dziś ta lala ma
dwadzieścia dwa lata, a już blisko dwa lata, jak wyszła z mąż. Wierzaj
mi, wicehrabio, gdy kobieta "zapuści" się do tego stopnia, trzeba ją
zdać jej losowi; na zawsze zostanie tylko kwoczką.
I dla tego uroczego przedmiotu odmawiasz mi posłuszeństwa, zakopujesz
się żywcem w grobowcu swej ciotki i wyrzekasz się przygody
najrozkoszniejszej w świecie i najwięcej wróżącej ci chwały? Cóż za
fatalność chce, aby ten Grecourt zawsze miał pierwszeństwo przed tobą?
Słuchaj, mówię bez gniewu, ale w tej chwili skłonna byłabym uwierzyć,
żeś niewart swojej reputacji, przede wszystkim zaś jestem skłonna
odebrać ci moje zaufanie. Nie umiałabym zwierzać swoich tajemnic
kochankowi pani de Tourvel.
Dowiedz się zresztą, że mała Volanges zdążyła już zawrócić komuś w głowie. Młody Danceny szaleje za nią. Śpiewali kiedyś razem: ta gąska
śpiewa o wiele lepiej, niżby przystało wychowanicy klasztoru. Mają
przechodzić z sobą różne duety i sądzę, że, co do niej, chętnie gotowa
by się dostroić do unisona; ale ten Danceny to dzieciak, straci drogi
czas na gruchaniu i do niczego nie dojdzie. Osóbka jest, ze swej strony,
dosyć dzika i gdyby nawet coś się stało, będzie to o wiele mniej
zabawne, niż gdybyś ty się chciał tym zająć; toteż wściekła jestem i z pewnością zrobię scenę kawalerowi, skoro się pojawi. Radzę mu, aby był
potulny; w tej chwili nic by mnie nie kosztowało zerwać z nim na dobre.
Jestem pewna, że gdyby mi przyszło do głowy teraz go rzucić, byłby w prawdziwej depresji, a nic mnie tak nie bawi, jak te miłosne rozpacze; z pewnością nazwałby mnie "przewrotną". To słowo "przewrotna" zawsze
robiło mi przyjemność; jest to po słowie "okrutna" najsłodsza nazwa dla
ucha kobiety, a mniej ciężko przychodzi na nią zapracować. Doprawdy,
muszę zastanowić się poważnie nad tym zerwaniem. No i sam widzisz, czego
stałeś się przyczyną! Niech to spadnie na twoje sumienie. Do widzenia.
Chciej mnie polecić modłom prezydentowej.
Paryż, 7 sierpnia**
List VI
Wicehrabia de Valmont do markizy de Merteuil w Paryżu
Czyż nie ma na świecie kobiety, która by nie nadużywała władzy, jaką
zdobędzie? Więc i ty, ty, którą nazywałem tak często najpobłażliwszą
przyjaciółką, i ty zrzucasz się z roli i nie wzdrygasz się ranić mnie
tak dotkliwie w przedmiocie mych uczuć! Jakimi rysami ośmielasz się
malować panią de Tourvel!... Któryż mężczyzna życiem by nie przypłacił
tego zuchwalstwa? Na którąż inną kobietę nie ściągnęłoby to przynajmniej
bolesnego odwetu? Przez litość! Nie wystawiaj mnie na tak ciężkie próby;
nie ręczę, czy bym je przetrzymał. W imię przyjaźni zaczekaj, aż będę
miał tę kobietę, jeżeli chcesz ją zohydzać. Czy nie wiesz, że jedynie
rozkosz ma prawo zdejmować z oczu przepaskę miłości?
Ale co ja mówię? Czyż pani de Tourvel potrzebuje pomocy złudzeń? Nie;
aby być godną uwielbienia, wystarczy jej być sobą. Zarzucasz jej, że się
źle ubiera; chętnie wierzę: wszelkie ubranie jej szkodzi, wszystko, co
ją zakrywa, ujmuje jej wdzięku. Dopiero w prostocie domowego stroju
staje się naprawdę czarująca. Dzięki straszliwym upałom, jakie nam tu
dokuczają, zwykły szlafroczek płócienny pozwala mi podziwiać jej krągłą
i gibką kibić. Cieniutki muślin zaledwie przysłania piersi; spojrzenia
moje, przelotne, lecz bystre, zdołały już ogarnąć ich niezrównane
kształty. Twarz, powiadasz, nie ma wyrazu. I cóż miałaby wyrażać, gdy
nic nie przemawia do jej serca? Nie, to pewna, nie spotkasz u niej, jak
u naszych zalotniś, owego kłamliwego spojrzenia, które czaruje nas
niekiedy, a zawodzi zawsze. Ona nie umie pokrywać pustki zdawkowych
wyrazów wyuczonym uśmiechem; chociaż posiada ząbki najładniejsze na
świecie, śmieje się tylko z tego, co ją bawi. Ale trzeba widzieć w czasie najniewinniejszej igraszki, ile w tej twarzy odbija się naiwnej i szczerej wesołości! Jak wobec nieszczęśliwego, któremu śpieszy z pomocą,
spojrzenie jej zwiastuje czystą radość i dobroć tak pełną współczucia!
Trzeba widzieć przede wszystkim, jak przy najmniejszym słowie pochwały
lub komplementu maluje się na jej niebiańskiej twarzy cudowne
zakłopotanie zgoła niepodrabianej skromności!... jest skromna i nabożna:
stąd wnosisz, iż musi być zimna i bezduszna? Ja myślę zupełnie inaczej.
Jakież dary tkliwości trzeba posiadać, aby je przelewać aż na własnego
męża i kochać stale przedmiot stale nieobecny? Jakiegoż silniejszego
dowodu mogłabyś jeszcze pragnąć? A jednak umiałem postarać się jeszcze o inny.
Pokierowałem wspólną przechadzkę w ten sposób, że trzeba było nam
przebyć dość głęboki rów; pani zaś de Tourvel, jakkolwiek bardzo
zręczna, jest jeszcze bardziej bojaźliwa; pojmujesz, że, jako
skromnisia, lęka się każdego fałszywego kroku! Trzeba się było zatem
powierzyć mej pomocy, i oto wcielenie skromności znalazło się w mych
objęciach. Nasze przygotowania i przeprawa starej ciotki pobudziły do
głośnego śmiechu rozbawioną prezydentową; skoro zaś ją z kolei uniosłem
w górę, ramiona nasze, dzięki mej zręcznej niezaradności, oplotły się
wzajem. Przycisnąłem ją do piersi i w tej króciutkiej chwili uczułem, że
jej serce bije żywszym tętnem. Rumieniec okrasił twarzyczkę; pełne
skromności zakłopotanie przekonało mnie dostatecznie, że serce jej
zabiło z miłości, a nie ze strachu. Ciotka popełniła tę samą omyłkę co i ty, markizo, i rzekła: "Przestraszyła się dziecina"; lecz cudowna
prostota dzieciny nie pozwoliła jej na kłamstwo, toteż odparła naiwnie:
"Och, nie! Tylko...". To jedno słowo oświeciło mnie. Od tej chwili słodka
nadzieja zajęła miejsce okrutnego niepokoju. Będę miał tę kobietę;
odbiorę ją mężowi, który nie jest jej godzien, ośmielę się ją wydrzeć
nawet Bogu, którego uwielbia. Cóż za rozkosz być kolejno powodem i zwycięzcą jej wyrzutów! Ani mi w głowie niszczyć przesądy, które ją
pętają! One to przysporzą mi szczęścia i chwały zarazem. Niech wierzy w cnotę, lecz niech ją dla mnie poświęci; niech z przerażeniem patrzy na
własny upadek, niezdolna zatrzymać się w drodze, i niechaj, miotana
wyrzutami, nie umie zapomnieć o nich ani ukryć się przed nimi inaczej
niż w moich ramionach. Wówczas niechaj mi powie: "Ubóstwiam cię"; zgoda:
ona jedna ze wszystkich kobiet będzie godna wymówić to słowo. Będę w istocie Bogiem, którego uwielbiła nad wszystko.
Bądźmy szczerzy: w stosunkach naszego światka, zarówno chłodnych, jak
łatwych, to, co nazywamy szczęściem, wszak jest zaledwie przyjemnością.
Mam ci się przyznać, markizo? Byłem pewny, iż serce moje zwiędło już
zupełnie; nie znajdując w sobie nic, jak tylko zmysły, ubolewałem nad
swą przedwczesną zgrzybiałością. Pani de Tourvel wróciła mi czerwone
złudzenia młodości. Przy niej nie trzeba mi nawet posiadania, abym się
czuł szczęśliwy. Jedyna rzecz, która mnie przeraża, to czas, jaki zajmie
cała ta przygoda; bo nie ważyłbym się nic zdawać na los przypadku.
Próżno przywodzę sobie na pamięć moje szczęśliwe zuchwalstwa; nie mogę
się zdecydować na tę drogę. Abym się czuł zupełnie szczęśliwy, ona musi
mi się oddać; a to nie jest byle co!
Pewien jestem, markizo, że podziwiałabyś moją ostrożność. Nie wymówiłem
jeszcze słowa "miłość", ale już zdołaliśmy dotrzeć do zaufania i sympatii. Aby ją okłamywać jak najmniej, a zwłaszcza aby uprzedzić
plotki, które mogłyby dojść do jej uszu, sam, niby to obwiniając się,
opowiedziałem parę swoich najbardziej głośnych figielków. Uśmiałabyś
się, słysząc, z jaką prostodusznością ona prawi mi kazania. Pragnie,
powiada, nawrócić mnie. Ani jej w głowie świta, ile ją będzie kosztowała
ta próba. Daleka jest od przypuszczenia, że przemawiając (to jej styl)
imieniem nieszczęsnych, które ja zgubiłem, ujmuje się z góry za własną
sprawą. Ta myśl nasunęła mi się wczoraj w czasie jej kazania; nie mogłem
odmówić sobie przyjemności przerwania jej zapewnieniem, że mówi jak
prorok. Do widzenia, urocza przyjaciółko! Widzisz, że nie jestem jeszcze
zgubiony bez ratunku.
PS Ale, czy biedny kawaler nie odebrał sobie życia z rozpaczy? Doprawdy,
markizo, ty masz w sobie sto razy więcej szelmostwa ode mnie i gdybym
posiadał nieco miłości własnej, czułbym się głęboko upokorzony.
***, 9 sierpnia 17**
List VII
Cecylia Volanges do Zofii Carnay3 w klasztorze urszulanek w
***
Jeżeli dotąd nie pisałam nic o moim małżeństwie, to dlatego że ani na
jotę więcej nie wiem niż pierwszego dnia. Przyzwyczajam się nie myśleć o tym i czuję się wcale dobrze. Pracuję dużo nad śpiewem i harfą; mam
uczucie, że bardziej je polubiłam od czasu, jak nie mam już nauczyciela,
lub inaczej, odkąd dostałam o wiele lepszego i milszego. Kawaler
Danceny, ten pan, o którym ci mówiłam, że śpiewałam z nim u pani de
Merteuil, jest tak uprzejmy, że przychodzi do nas co dzień i śpiewa ze
mną całymi godzinami. Bardzo jest miły. Śpiewa jak anioł i układa
prześliczne melodie, do których sam pisze słowa. Wielka szkoda, że on
jest kawalerem maltańskim! Myślę, że gdyby się ożenił, żona jego byłaby
bardzo szczęśliwa... Ma w sobie jakąś czarodziejską słodycz. Nigdy nie ma
się wrażenia, aby prawił komplementy, a mimo to wszystko, co mówi,
gładzi po sercu tak mile. Ciągle mnie za coś łaje, za muzykę, jak i za
inne rzeczy, ale umie włożyć w każdą naganę tyle przymilności i humoru,
że niepodobna go nie polubić. Wystarczy, żeby na ciebie popatrzył, a już
masz wrażenie, że chce ci powiedzieć coś bardzo przyjemnego. A przy tym
jest ogromnie grzeczny. Na przykład wczoraj; był proszony na jakiś
wielki koncert, a przecież wolał zostać cały wieczór u mamy. Bardzo się
ucieszyłam, bo kiedy jego nie ma, nikt się do mnie nie odzywa i nudzę
się; kiedy on jest, cały czas śpiewamy i rozmawiamy ze sobą. Zawsze ma
mi coś do powiedzenia. On i pani de Merteuil to jedyne dwie sympatyczne
osoby. Ale teraz bądź zdrowa, droga; przyrzekłam, że wyuczę się na dziś
aryjki z bardzo trudnym akompaniamentem, a nie chciałabym zrobić mu
zawodu. Posiedzę nad tym, dopóki on nie przyjdzie.
7 sierpnia 17**
List VIII
Prezydentowa de Tourvel do pani de Volanges
Trudno mi wyrazić pani, jak jestem wdzięczna za dowód ufności, którym
mnie zaszczycasz, i jak żywo mnie obchodzi zamęście panny de Volanges. Z całej duszy, z całego serca życzę jej szczęścia, którego jest godna. Nie
znam hrabiego de Gercourt, ale skoro na niego padł tak zaszczytny wybór,
mogę mieć o nim jedynie najlepsze wyobrażenie. Poprzestaję, pani, na
życzeniu, aby to małżeństwo uwieńczone było równie pomyślnym skutkiem
jak moje, które również jest twoim dziełem i za które każdy dzień
pomnaża mą wdzięczność. Oby szczęście twej córki, pani, stało się
nagrodą za to, które ja otrzymałam z twej ręki; oby najlepsza z przyjaciółek mogła być i najszczęśliwszą z matek!
Szczerze zmartwiona jestem, że nie mogę osobiście złożyć ci, pani, tych
życzeń, a zarazem, czego bym bardzo pragnęła, zapoznać się z panną de
Volanges. Doznawszy od ciebie tyle prawdziwie macierzyńskiej dobroci,
mam prawo spodziewać się, że znajduję u niej tkliwą przyjaźń siostry, na
którą będę się starała zasłużyć.
Przypuszczam, iż zostanę na wsi przez całą nieobecność pana de Tourvel.
Skorzystałam z tego czasu, aby się nacieszyć towarzystwem czcigodnej
pani de Rosemonde. Czarująca osoba: sędziwy wiek nie odebrał jej nic z dawnego uroku; zachowała całą wesołość i żywość. Ciało jej jedynie liczy
osiemdziesiąt cztery lata; duch nie więcej niż dwadzieścia.
Samotność naszą ożywiło nieco przybycie siostrzeńca pani de Rosemonde,
wicehrabiego de Valmont, który ma zamiar pozostać tu kilka dni. Znałam
go jedynie z rozgłosu, który niezbyt zachęcał do bliższego poznania;
zdaje mi się jednak, że pan de Valmont więcej jest wart od swojej
reputacji. Tu, gdzie wir światowych uciech nie wiedzie go na pokuszenie,
bardzo trzeźwo patrzy na siebie i z rzadką prostotą przyznaje się do
błędów. Rozmawia ze mną nieraz nader rozsądnie, a ja roztrząsam mu
sumienie, i to bardzo surowo. Pani, która go znasz, przyznasz, iż
nawrócenie takiego człowieka byłoby pięknym dziełem; nie wątpię jednak,
że mimo wszystkich obietnic poprawy tydzień Paryża wystarczy, aby
zapomniał o moich kazaniach. Przynajmniej ten czas, który tu spędzi,
będzie stanowił przerwę w jego zwykłym trybie, co wyjdzie tylko na
korzyść, jeżeli nie jemu, to innym. Pan de Valmont wie, że piszę w tej
chwili do pani, i prosi, abym jej przedłożyła wyrazy najgłębszego
szacunku. Chciej przyjąć i moje z dobrocią, która ci jest właściwa, i racz nie wątpić nigdy o najszczerszych uczuciach, z jakimi mam zaszczyt
etc.
***, 9 sierpnia 17**
List IX
Pani de Volanges do prezydentowej de Tourvel w zamku ***
Nie wątpiłam nigdy, młoda i piękna przyjaciółko; ani o twej przyjaźni,
ani o szczerym udziale we wszystkim, co mnie dotyczy. Nie po to też, aby
poruszać tę materię, która, sądzę, na zawsze jest ustalona, odpowiadam
jeszcze na twą odpowiedź; ale nie mogę pominąć sposobności przesłania ci
kilku słów tyczących wicehrabiego de Valmont.
Wyznaję, że nie spodziewałam się spotkać kiedykolwiek z tym nazwiskiem w twoich listach. Zaprawdę, cóż może istnieć wspólnego pomiędzy nim a tobą? Nie znasz tego człowieka; i skąd mogłabyś mieć pojęcie o duszy
rozpustnika? Mówisz mi o jego rzadkiej prostocie; och, tak! Prostota
pana de Valmont musi być w istocie dość rzadka! W jeszcze wyższym
stopniu fałszywy i niebezpieczny niż gładki i pełen powabu, nigdy od
najwcześniejszej młodości nie uczynił kroku, nie powiedział słowa bez
jakiegoś zamiaru, nigdy zaś nie powziął zamiaru, który by nie był
nieuczciwy lub zbrodniczy. Znasz mnie, droga przyjaciółko; wiesz, że ze
wszystkich cnót, jakie staram się sobie przyswoić, najwyżej cenię
pobłażliwość. Toteż gdyby Valmont działał w porywie namiętności, gdyby,
jak tylu innych, dał się pociągnąć błędom swego wieku, wówczas
potępiając uczynki, zachowałabym współczucie dla jego osoby i czekałabym
w milczeniu, czy nie przyjdzie czas, w którym opamiętanie wróci mu
szacunek uczciwych ludzi. Ale w Valmoncie nie ma tego wszystkiego:
postępowanie jego jest wynikiem zasad. Umie on doskonale obliczyć, na
ile bezeceństwa może pozwolić sobie mężczyzna, nie gubiąc się w oczach
świata; toteż aby bezkarnie dać folgę swej złości i okrucieństwu, obrał
sobie kobiety na ofiary. Nie próbuję nawet policzyć, które uwiódł, ale
ile zgubił po prostu!
Przy cichym i bogobojnym życiu, jakie prowadzisz, nie dociera do ciebie
wieść o owych gorszących przygodach. Mogłabym opowiedzieć niejedną,
która by ci zadrżeć kazała ze zgrozy; ale spojrzenia twoje, czyste jak
twoja dusza, zbrukałyby się od takich obrazów; spokojna, że Valmont
nigdy nie będzie dla ciebie niebezpieczny, nie potrzebujesz takiego
pancerza, aby się obronić. To jeszcze mogę ci powiedzieć, że ze
wszystkich kobiet, które miały nieszczęście stać się celem jego
zabiegów, uwieńczonych powodzeniem lub nie, każdej gorzko przyszło
opłakiwać tę niebezpieczną znajomość. Jedyna markiza de Merteuil stanowi
wyjątek; ona jedna umiała mu się oprzeć, a zarazem nałożyć hamulec jego
niegodziwości. Wyznaję, że ten rys najwięcej przynosi jej zaszczytu w moim pojęciu; to jedno wystarczyłoby już, aby w oczach świata w całej
pełni okupić parę lekkomyślności, jakie miano jej do zarzucenia w początkach wdowieństwa4.
Jak bądź się rzeczy mają, moja urocza przyjaciółko, z prawa wieku,
doświadczenia, a przede wszystkim przyjaźni, na jedno muszę ci zwrócić
uwagę; mianowicie, że w Paryżu zdołano już zauważyć nieobecność
Valmonta. Jeżeli się rozgłosi, iż spędził czas w wyłącznym towarzystwie
ciotki i twoim, twoja dobra sława znajdzie się w jego rękach: największe
nieszczęście, jakie może się zdarzyć kobiecie. Radzę ci więc, uproś
ciotkę, aby go nie zatrzymywała dłużej; gdyby się opierał, sądzę, iż
powinnaś bez wahania ustąpić mu miejsca. Ale czemuż miał by tam
siedzieć? Po co mu się zakopywać na wsi? Gdybyś kazała śledzić jego
kroki, odkryłabyś z pewnością, że dom ciotki obrał jedynie jako wygodne
schronienie dla jakiejś miłostki w okolicy. Ale gdy nie w waszej mocy
zapobiec złemu, poprzestańmy na tym, aby ubezpieczyć bodaj samych
siebie.
Do widzenia, droga przyjaciółko; małżeństwo córki opóźnia się nieco.
Hrabia de Gercourt, którego oczekiwaliśmy z dnia na dzień, donosi, że
pułk jego wysłano na Korsykę; że zaś trwają tam jeszcze rozruchy,
niepodobieństwem mu będzie uwolnić się przed zimą. Bardzo mi to nie w smak; w zamian pocieszam się nadzieją, że będziemy miały przyjemność
ujrzenia cię na weselu; przykro mi było, iż miało się obyć bez ciebie.
Do widzenia; masz we mnie, bez czczych zapewnień, zawsze oddaną
przyjaciółkę.
PS Chciej mnie przypomnieć pani de Rosemonde, którą kocham tak, jak na
to zasługuje.
Paryż, 11 sierpnia 17**
List X
Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont w zamku ***
Czy dąsasz się na mnie wicehrabio? Czy może umarłeś albo, co niemal na
jedno wychodzi, żyjesz jedynie dla swej prezydentowej? Ta kobieta, która
ci wróciła złudzenia młodości, wróci wkrótce również i jej śmieszne
przesądy. Oto już czujesz się nieśmiałym niewolnikiem; lepiej przyznaj
od razu, iż jesteś po prostu zakochany. Wahasz się uciec do szczęśliwego
zuchwalstwa. W ten sposób postępujesz sobie zupełnie bez zasad, zdając
wszystko na los przypadku, a raczej kaprysu. Czyżbyś już nie pamiętał,
że miłość jest jak medycyna jedynie sztuką pomagania przyrodzie?
Widzisz, że cię pobijam własną bronią; nie rosnę zbytnio w pychę z tej
przyczyny, boć to najłatwiejszy sposób pobicia mężczyzny na głowę. Musi
ci się oddać, powiadasz; no dobrze, musi, to pewna, toteż odda się jak
inne, z tą różnicą, że zrobi to niezgrabnie i bez wdzięku. Ale żeby
skończyła na oddaniu, najlepszy sposób jest zacząć od wzięcia. Jakimż
dzieciństwem miłości jest to śmieszne odróżnienie! Mówię "miłości", bo
ty jesteś zakochany wicehrabio. Mówić inaczej, znaczyłoby oszukiwać cię,
znaczyłoby ukrywać przed tobą twą chorobę. Powiedz mi więc,
sentymentalny kochanku: te kobiety, które w życiu miałeś, czy ty myślisz
w istocie, że je gwałciłeś? Ależ choćby która z nas miała największą
ochotę oddać się komu, choćby nam nie wiem jak było do tego pilno, i tak
trzeba jakiegoś pozoru; a czyż może istnieć wygodniejszy niż ten, który
pozwala odgrywać rolę słabej istoty ulegającej sile? Co do mnie,
przyznam się, iż w kampanii miłosnej najwyżej cenię żywy i dobrze
przeprowadzony atak, w którym wszystko postępuje po sobie w porządku,
choć szybko; który nie zostawia nas nigdy w tym kłopotliwym położeniu,
abyśmy same musiały naprawiać niezręczność nieprzyjaciela; atak, który
pozwala zachować pozory przemocy w tym nawet, na co same się godzimy, i zręcznie głaska dwie nasze arcysłabostki: chwałę obrony i przyjemność
porażki. Wyznaję, ten talent, rzadszy o wiele, niżby można mniemać,
zawsze zyskiwał moje uznanie i nieraz zdarzyło mi się ulec, jedynie aby
uwieńczyć męstwo zasłużoną nagrodą.
Ale ty, ty, który jesteś już sobą, ty postępujesz tak, jakbyś obawiał
się zwycięstwa. Ech, odkądże ty podróżujesz w ten sposób, popasając co
chwilę, bocznymi dróżkami? Mój przyjacielu, gdy chcesz dojechać do
stacji, bierz konie pocztowe i jazda! Gościńcem! Ale zostawmy ten
przedmiot, który drażni mnie tym więcej, że pozbawia mnie przyjemności
ujrzenia cię rychło. Przynajmniej pisuj częściej i donoś o wszystkim w miarę postępów. Czy wiesz, że już przeszło dwa tygodnie pochłania cię ta
śmieszna miłostka i że zdołałeś przez ten czas zaniedbać wszystkie inne
obowiązki?
Ale, ale, gdy mowa o zaniedbaniu: przypominasz mi, wicehrabio, ludzi,
którzy zasięgają regularnie wiadomości o chorych przyjaciołach, lecz
nigdy nie są ciekawi odpowiedzi. Kończysz ostatni list pytaniem, czy
kawaler nie rozstał się ze światem. Ja nie odpowiadam, a ty przestajesz
się o to troszczyć. Czyż zapomniałeś, że mój kochanek jest, już z urzędu, twoim najserdeczniejszym przyjacielem? Ale uspokój się: nie
umarł; lub gdyby mu się to miało przytrafić, to chyba z nadmiaru
szczęścia. Biedaczek mój, jakiż on tkliwy! Cóż to za urodzony kochanek!
Jak on umie żywo czuć i wyrażać uczucia! W głowie mi się kręci na samo
wspomnienie. Doprawdy, bezmiar szczęścia, jaki on znajduje w przekonaniu
o mojej miłości, gotów mnie jeszcze do niego przywiązać.
Tego samego dnia, w którym - jak ci pisałam - obudziła się we mnie
chętka zerwania z kawalerem, ileż szczęścia czekało go jeszcze! A przecież w chwili gdy mi go oznajmiono, rozmyślałam zupełnie poważnie
nad sposobem doprowadzenia go do rozpaczy. Nie wiem, kaprys czy inna
przyczyna, ale nigdy nie wydał mi się tak uroczy. Mimo to przyjęłam go
kwaśno. Liczył, że spędzi ze mną ze dwie godziny, zanim drzwi otworzą
się dla wszystkich. Powiedziałam, że wychodzę; zapytał, dokąd? Odmówiłam
odpowiedzi. Zaczął nalegać. "Tam, gdzie pana nie będzie" - odparłam
opryskliwie. Szczęściem dla siebie, stanął jak skamieniały; gdyby był
wyrzekł jedno słowo, wybuchłaby niechybnie scena i skończyłoby się
zerwaniem. Zdziwiona tym milczeniem, zwróciłam nań oczy bez innego
zamiaru, przysięgłam, jak tylko, aby zobaczyć jego minę. Spostrzegłam na
tej ślicznej twarzy ten smutek zarazem głęboki a tkliwy, któremu, sam
przyznałeś, trudno w istocie się oprzeć. Ta sama przyczyna wywołała ten
sam skutek: znów poczułam się zwyciężona. Od tej chwili poczęłam jedynie
myśleć nad sposobem oczyszczenia się w jego oczach. "Wychodzę w pewnej
sprawie - rzekłam łagodniej - w sprawie dotyczącej i pana; ale nie pytaj
o nic. Wieczerzam w domu, przyjdź, a dowiesz się wszystkiego". Wtedy
dopiero odzyskał mowę, ale nie pozwoliłam mu mówić. "Śpieszę się bardzo
- rzekłam. - Zostaw mnie; do zobaczenia". Pocałował mnie w rękę i wyszedł.
Aby mu powetować to rozstanie, może aby powetować je samej sobie, wpadam
na myśl zapoznania go z moim domkiem, o którego istnieniu nie miał
pojęcia. Dzwonię na wierną Wiktorię. Dostaję migreny, każę oznajmić
wszystkim, że kładę się do łóżka; zostawszy wreszcie sama z mą
powiernicą, stroję się za pannę służącą, gdy ona przebiera się za
lokaja. Następnie Wiktoria sprowadza do bramy ogrodowej dorożkę i pomykamy w drogę. Przybywszy do świątyni miłości, wyszukuję negliżyk
najpowabniejszy, jaki posiadam, po prostu rozkoszny, najzupełniej
własnego pomysłu: nie pozwala nic oglądać, a wszystkiego każe się
domyślać. Przyrzekam ci przesłać wzór dla prezydentowej, skoro ją już
uczynisz godną takiego rynsztunku.
Po tych przygotowaniach, gdy Wiktoria zajmuje się resztą, odczytuję
jeden rozdział Sofy5, jeden list Heloizy i dwie powiastki La
Fontaine'a, aby dostroić rozmaite struny, jakie zamierzam potrącić.
Tymczasem kawaler zjawia się u mnie, jak zawsze niecierpliwy. Szwajcar
odprawia go, oznajmiając, że jestem niezdrowa: pierwsza niespodzianka.
Równocześnie oddaje bilecik ode mnie, ale nie przeze mnie pisany,
zgodnie z mą roztropną zasadą. Kawaler otwiera i widzi rękę Wiktorii:
"Punkt o dziewiątej, na bulwarze, naprzeciw kawiarni". Udaje się na
miejsce; tam lokajczyk, którego rolę odgrywa wciąż Wiktoria, każe mu
odprawić powóz i iść za sobą. Cały ów romantyczny aparat miał ten
skutek, iż rozpalił głowę mego kawalera, rozpalona zaś głowa ma zawsze
swoje zalety. Przybywa wreszcie oszołomiony zdumieniem i miłością. Aby
mu pozwolić przyjść nieco do siebie, przeprowadzam go chwilę po
ogrodzie, następnie kieruję ku domowi. Widzi stolik i dwa nakrycia; obok
posłane łóżko. Przechodzimy do przystrojonego odświętnie buduaru. Tam,
na wpół z rozmysłu, na wpół ze szczerego serca, otoczyłam go ramionami i osunęłam mu się do kolan. "O mój najdroższy - rzekłam - aby ci zgotować
słodką niespodziankę, popełniłam tę zbrodnię, iż udanym gniewem
sprawiłam ci przykrość i na chwilę pozbawiłam cię widoku ukochanej.
Przebacz mi winy, a okupię je potęgą miłości". Możesz sobie wyobrazić
skutek tej sentymentalnej przemowy. Kawaler, uszczęśliwiony, podniósł
mnie co żywo i rozgrzeszenie moje zostało przypieczętowane na tej samej
otomance, na której ty i ja pieczętowaliśmy tak wesoło i w ten sam
sposób wieczyste zerwanie.
Ponieważ mieliśmy przed sobą całe sześć godzin, a postanowiłam sobie, iż
czas ten upłynie mu w niezmąconej rozkoszy, powściągnęłam jego
uniesienia. Powabna zalotność zajęła miejsce gorętszej czułości. Nigdy
jeszcze nie dołożyłam tylu starań, aby się komuś podobać, nigdy też nie
byłam równie zadowolona z siebie. Po kolacji, na przemian dziecinna i pełna rozsądku, swawolna i tkliwa, niekiedy nawet nieco wyuzdana,
starałam się obchodzić z lubym niby z sułtanem zasiadającym pośród swego
seraju, w którym ja grałam kolejno rolę rozmaitych faworyt. W istocie
jego wielokrotne hołdy, jakkolwiek wciąż przyjmowała je ta sama kobieta,
skłaniały się do stóp coraz to nowej kochanki.
Wreszcie o brzasku trzeba się było rozłączyć; co bądź kawaler powiadał,
czynił nawet, aby temu przeczyć, rozstanie to było dlań równie potrzebne
jak bolesne. Gdy nadeszła chwila ostatniego pożegnania, wzięłam klucz do
szczęsnego ustronia i wręczając mu go, rzekłam: "Zgotowałam je tylko dla
ciebie; słusznym jest, abyś był jego panem: rzeczą Ofiarnika jest
rozporządzać Świątynią". W ten sposób zręcznie uprzedziłam podejrzenia,
jakie mogłoby mu nasunąć to zagadkowe nieco posiadanie sekretnego domku.
Znam kawalera i nie lękam się, aby do sanktuarium wprowadził inną
kobietę, gdyby mnie zaś przyszła fantazja zagościć tam bez niego,
pozostaje mi zawsze drugi klucz w odwodzie. Chciał za wszelką cenę
umówić następną schadzkę, ale za wiele mi wart jeszcze mój kawaler, abym
go chciała zużywać tak szybko. Można sobie pozwolić na takie wybryki
jedynie z kimś, kogo się ma zamiar niebawem porzucić. On tego nie wie,
biedaczek, ale na szczęście ja wiem za nas oboje.
Widzę, że już trzecia rano i że napisałam cały tom usiadłszy dla
skreślenia paru słówek. Oto co może czar przyjacielskiej ufności; ona
też sprawia, że ty mi jesteś zawsze najdroższy ze wszystkich; ale jeśli
mam wyznać prawdę, milszy jest mi dziś mój kawaler.
12 sierpnia 17**
List XI
Prezydentowa de Tourvel do pani de Volanges w Paryżu
Surowy twój list, szanowna przyjaciółko, przeraziłby mnie z pewnością,
gdybym, na szczęście, nie znajdowała tutaj więcej rękojmi
bezpieczeństwa, niż ty mi kreślisz, pani, przyczyn do obawy. Ów groźny
pan de Valmont, który ma być postrachem kobiet, odłożył, zdaje się, swe
mordercze bronie, zanim przestąpił mury tego zamku. Daleki od jakich
bądź zamysłów, wyzbył się niemal wszelkiej kokieterii; talenty uroczego
światowca, które przyznają mu nawet wrogowie, znikły prawie, aby
zostawić jedynie przymioty dobrego i sympatycznego chłopca. Widać
wiejskie powietrze jest przyczyną tego cudu. O jednym mogę panią
upewnić, mianowicie mimo że pan de Valmont przebywa bezustannie w moim
towarzystwie i nawet zdaje się w nim podobać, nie wymknęło mu się dotąd
ani jedno słowo, które by bodaj trochę trąciło oświadczynami, ani jedna
z owych aluzji, na jakie pozwalają sobie wszyscy mężczyźni, nie mając
nawet jak on warunków na ich usprawiedliwienie. Nigdy nie zmusza mnie do
owej baczności, jaką musi dziś rozwijać każda szanująca się kobieta, aby
powstrzymać zapędy otaczających mężczyzn. Umie nie nadużywać wesołości,
którą promieniuje dokoła. Lubi może nadto chwalić, ale czyni to w sposób
tak delikatny, że zdołałby Skromność samą oswoić z pochlebstwem. Słowem,
gdybym miała brata, pragnęłabym, aby był taki, jakim pan de Valmont
tutaj się przedstawia. Wiele kobiet życzyłoby sobie może wyraźniejszego
nadskakiwania z jego strony; co do mnie, wyznaję, wdzięczna mu jestem,
iż umiał mnie ocenić dość dobrze na to, by mnie nie stawiać w ich
liczbie.
Ten obraz pana de Valmont różni się bez wątpienia bardzo od wizerunku,
który ty mi nakreśliłaś; mimo to oba mogą być wierne, zależnie od czasu.
On sam przyznaje, iż popełnił wiele błędów; może i świat dorzucił
niejedno na jego rachunek. Ale niewielu mężczyzn zdarzyło mi się
spotkać, którzy by mówili o uczciwych kobietach z większym szacunkiem,
powiedziałabym, prawie uwielbieniem. Z listu pani wnoszę, że
przynajmniej ta jego cnota nie jest obłudą. Sposób, w jaki się odnosi do
pani de Merteuil, jest tego dowodem. Często mówi o niej, a zawsze z takimi pochwałami i akcentem tak szczerego przywiązania, iż mniemałam do
pani listu, że to, co on nazywa ich przyjaźnią, jest, w gruncie,
miłością. Wyrzucam sobie obecnie sąd tak niebaczny, w którym ponoszę tym
większą winę, ile że pan de Valmont sam niejednokrotnie dokładał starań,
aby uchronić tę zacną osobę od takich podejrzeń. Wyznaję, iż uważałam
jedynie za dyskrecję to, co było z jego strony uczciwą szczerością. Nie
wiem, ale wydaje mi się, że ktoś, kto jest zdolny do równie stałej
przyjaźni dla kobiety tak godnej szacunku, nie może być beznadziejnym
lekkoduchem. Poza tym nie wiem, czy owo stateczne prowadzenie się,
jakiego tu daje dowody, zawdzięczamy jakiejś miłostce w okolicy, jak
pani przypuszcza. Jest wprawdzie parę powabnych kobiet w sąsiedztwie,
ale pan de Valmont wychodzi z domu w ogóle mało, wyjąwszy rano: mówi, że
idzie polować. To prawda, rzadko przynosi zwierzynę, ale zapewnia, iż
bardzo zeń niezręczny myśliwy. Zresztą, niezbyt się troszczę, co on może
robić poza domem; jeżeli pragnęłabym wiedzieć, to jedynie, aby mieć
jedną przyczynę więcej przechylenia się do twego zdania lub też
przekonania cię o słuszności mego.
Co się tyczy rady twojej, droga przyjaciółko, abym postarała się o skrócenie pobytu pana de Valmont, wyznaję, że nie wiem, czy ośmieliłabym
się prosić jego ciotkę, aby odmówiła gościny siostrzeńcowi, zwłaszcza że
jest doń bardzo przywiązana. Przyrzekam jednak - jedynie, by iść za twą
radą, a nie z istotnej potrzeby - że chwycę się jakiejś sposobności i spróbuję przedłożyć tę prośbę albo jej, albo wprost jemu. Co się mnie
tyczy, mąż mój wie, iż miałam zamiar zostać tutaj do jego powrotu, i zdziwiłby się, nie bez słuszności, gdybym tak lekko odmieniła
postanowienie.
Rozpisałam się może zbyt długo, ale zdawało mi się, że winna jestem
prawdzie owo pochlebne świadectwo dla pana de Valmont, świadectwo,
którego w twoich oczach, pani, bardzo potrzebował. Niemniej szczerze
wdzięczną jestem za przyjaźń, która podyktowała ci twoje przestrogi. Jej
również zawdzięczam wszystkie miłe słowa, jakimi mnie obdarzasz z okazji
małżeństwa córki. Dziękuję serdecznie za zaproszenie, ale mimo całej
przyjemności, jaką sobie obiecuję po chwilach spędzonych w pani
towarzystwie, poświęciłabym je chętnie, gdyby przez to panna de Volanges
prędzej mogła stać się szczęśliwą, o ile w ogóle może być nią bardziej
niż teraz, przy boku matki, tak godnej jej czułości i szacunku.
Podzielam z nią oba te uczucia i proszę, abyś raczyła przyjąć to
zapewnienie ze zwykłą dobrocią.
Mam zaszczyt etc.
*** 13 sierpnia 17**
List XII
Cecylia Volanges do markizy de Merteuil
Donoszę pani, że mama jest cierpiąca; nie wychodzi dzisiaj i muszę
dotrzymywać jej towarzystwa, nie będę więc miała zaszczytu towarzyszyć
pani do Opery. Zapewniam panią, o wiele bardziej żałuję, że nie będę
razem z panią, niż całego widowiska. Mam nadzieję, że pani nie wątpi o tym, bardzo o to proszę. Ja panią tak kocham! Czy będzie pani tak dobra
powiedzieć panu kawalerowi Danceny, że nie mam zbiorku, o którym mówił,
i że jeżeli może go przynieść jutro, sprawi mi wielką przyjemność? Gdyby
przyszedł dziś, powiedziano by mu, że nas nie ma w domu: mama nie chce
nikogo dziś przyjmować. Mam nadzieję, że jutro będzie jej już lepiej.
Mam zaszczyt etc.
13 sierpnia 17**
List XIII
Markiza de Merteuil do Cecylii Volanges
Bardzo jestem zmartwiona, ślicznotko, że nam się tak nie składa, ale mam
nadzieję, że sposobność jeszcze się powtórzy. Wywiążę się z twego
zlecenia wobec kawalera Danceny, który z pewnością bardzo się trapi
wiadomością, że mama chora. Jeżeli pani de Volanges zechce mnie przyjąć
jutro, przyjdę dotrzymać jej towarzystwa. Wyzwiemy we dwie kawalera de
Belleroche6 do walki w pikietę, a ogrywając go, będziemy
miały na domiar przyjemności satysfakcję z przysłuchiwania się, jak
śpiewasz ze swoim miłym nauczycielem. Jeżeli to dogadza matce i tobie,
ręczę za siebie i za moich kawalerów. Do widzenia, moja śliczna;
pozdrowienia dla drogiej pani de Volanges. Ściskam was z całego serca.
13 sierpnia 17**
List XIV
Cecylia Volanges do Zofii Carnay w klasztorze urszulanek w ***
Nie pisałam wczoraj, droga Zosiu, ale nie nadmiar przyjemności jest tego
przyczyną, możesz mi wierzyć. Mama była chora, nie opuściłam jej cały
dzień ani na chwilę. Wieczorem, kiedy znalazłam się w swoim pokoju, nie
miałam głowy do niczego; czym prędzej położyłam się, aby się upewnić, że
dzień się już skończył: jeszcze mi się nigdy nie wydał równie długi. To
nie znaczy, abym nie kochała mamy, ale nie wiem, co to takiego. Miałam
iść do Opery z panią de Merteuil; kawaler Danceny z nami. Wiesz dobrze,
że to są dwie osoby, które lubię najwięcej w świecie. Skoro nadeszła
godzina, o której się zaczyna przedstawienie, serce mi się ścisnęło mimo
woli. Wszystko mi zbrzydło nagle; płakałam, płakałam tak, że nie mogłam
się powstrzymać. Na szczęście mama leżała w łóżku i nie mogła widzieć.
Jestem pewna, że kawaler Danceny był także zmartwiony; ale on miał
przynajmniej na pociechę widowisko i ludzi; to całkiem co innego.
Na szczęście mama dziś ma się lepiej i pani de Merteuil przyjdzie z kawalerem Danceny i innym jakimś panem; ale pani de Merteuil przychodzi
zawsze bardzo późno, a jak się jest tak długo samej, to strasznie nudno.
Dopiero jedenasta. Prawda, że muszę pograć trochę na harfie; przy tym
toaleta zajmie także nieco czasu, bo chciałabym być dziś dobrze
uczesana. Zdaje się, matka Anuncjata miała słuszność: kiedy człowiek
zaczyna żyć w świecie, robi się zalotny. Od kilku dni strasznie
chciałabym ładnie wyglądać, a ze smutkiem widzę, że nie jestem tak
ładna, jak mi się dawniej wydawało; przy tym przy kobietach, które się
różują, straszliwie się traci. Na przykład pani de Merteuil; widzę
dobrze, że wszyscy mężczyźni uważają ją za ładniejszą ode mnie: to mnie
niezbyt martwi, bo ona mnie bardzo lubi; a przy tym zapewnia mnie, że
kawalerowi Danceny ja się więcej podobam. Bardzo szlachetnie z jej
strony, że mi to powiedziała! Zdawało mi się nawet, że jest z tego rada.
Tego to już nie rozumiem. Jak ona mnie lubi! A on!... Och, tym to
strasznie się cieszę! Toteż zdaje mi się, że wystarczy mi na niego
popatrzeć, aby już stać się ładniejszą. Patrzałabym też ciągle, gdybym
się nie lękała spotkać jego oczu; za każdym razem, kiedy mi się to
przytrafi, mieszam się zaraz i jakoś mi się robi przykro; ale to nic.
1. Aby zrozumieć ten ustęp, trzeba wiedzieć, że hrabia de Gercourt opuścił markizę de Merteuil dla intendentowej ***, która poświęciła dla niego wice-hrabiego de Valmont, i że wówczas markiza i wicehrabia zbliżyli się do siebie. Ponieważ zdarzenie to sięga znacznie wcześniej niż wypadki, o których mowa w niniejszych listach, przeto autor uważał za stosowne pominąć całą dotychczasową korespondencję (przyp. aut.). [wróć]
2. La Fontaine'a (przyp. aut.). [wróć]
3. Aby nie nadużywać cierpliwości czytelnika, autor pomija wiele listów w tej codziennej korespondencji; podaje jedynie te, które wydały mu się potrzebne do zrozumienia biegu wypadków. Z tego samego powodu pomija również wszystkie listy Zofii Carnay i wiele listów innych osób biorących udział w tych wydarzeniach (przyp. aut.). [wróć]
4. Błąd, w jakim pozostaje pani de Volanges, świadczy nam, że podobnie jak inni zbrodniarze Valmont umiał nie wydawać swoich wspólników (przyp. aut.). [wróć]
5. Romans Cr?billona-syna, treści niezmiernie swobodnej (przyp. tłum.). [wróć]
6. Ten sam, o którym mowa w listach pani de Merteuil do Valmonta (przyp. aut.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki