Prolog
Ethan wynurzył się ze snu i sturlał z łóżka. Wciąż było ciemno, on
jednak zwykle zaczynał dzień, nim noc ustąpiła pod naporem świtu. Lubił
to ciche, proste życie i towarzyszącą mu ciężką pracę. Nigdy nie
przestał żywić wdzięczności za to, że mógł dokonać wyboru i żyć w ten
sposób. Choć ludzie, którzy dali mu ten wybór i to życie, odeszli, Ethan
wciąż słyszał ich głosy w pięknym domu nad wodą. Zdarzało mu się unosić
głowę znad samotnego śniadania, jakby się spodziewał, że lada moment w drzwiach kuchni stanie, ziewając, matka ze zmierzwionymi od snu rudymi
włosami i ledwo widzącymi oczami.
Choć nie żyła od niemal siedmiu lat, ten swojski poranny obrazek dodawał
mu otuchy. Większy ból sprawiało myślenie o mężczyźnie, który go
usynowił. Od śmierci Raymonda Quinna upłynęły zaledwie trzy miesiące i wspomnienie wciąż było zbyt świeże, zwłaszcza ze względu na nieprzyjemne
i nie do końca wyjaśnione okoliczności. Ray zginął w wypadku bez udziału
innych samochodów, w środku dnia, na suchej drodze, we wczesnowiosenny
marcowy dzień. Samochód jechał szybko i kierowca nie zdołał - lub nie
chciał - opanować go na zakręcie. Próby dowiodły, że z fizycznego punktu
widzenia nie było powodu, by Ray roztrzaskał się o słup telefoniczny.
Istniały jednak przyczyny emocjonalne, o których z ciężkim sercem myślał
teraz Ethan.
Myślał o nich, rozpoczynając dzień: pobieżnie przyczesując wciąż mokre
po prysznicu, gęste, kręte, wypłowiałe od słońca brązowe włosy, zbyt
niesforne, by cokolwiek sobie robiły z tych prób; goląc się przed
zaparowanym lustrem, zdrapując piankę i nocny zarost z ogorzałej,
kościstej twarzy skrywającej sekrety, którymi rzadko się dzielił. Ze
spokojnych, niebieskich oczu także nie dało się ich wyczytać.
Na lewo od szczęki biegła podłużna blizna - pamiątka po najstarszym
bracie, cierpliwie zszyta przez matkę. Co za szczęście, że mama była
lekarką, myślał Ethan, w zamyśleniu pocierając bliznę kciukiem. Co rusz
któryś z jej trzech synów potrzebował udzielenia pierwszej pomocy. Ray i Stella adoptowali ich wszystkich - trzech obcych, zdziczałych,
poranionych przez życie wyrostków - i utworzyli rodzinę.
Kilka miesięcy przed śmiercią Ray usynowił kolejne dziecko. Seth
DeLauter był teraz jednym z nich. Ethan nigdy tego nie kwestionował, ale
wiedział, że inni tak. Miasteczko St. Christopher aż huczało od plotek,
że Seth nie jest kolejnym wyrzutkiem przygarniętym przez Raya, lecz jego
nieślubnym synem, spłodzonym jeszcze za życia pani Quinn z inną, młodszą
kobietą.
Ethan potrafił zignorować plotki, lecz faktu, że dziesięcioletni Seth ma
oczy Raya, zignorować się nie dało.
Doskonale dostrzegał też obecną w tych oczach ciemność. Zranieni
rozpoznają zranionych. Wiedział, że życie Setha przed przygarnięciem go
przez Raya było koszmarem. Znał to z autopsji. Ale teraz dzieciak jest
bezpieczny - myślał, wkładając luźne bawełniane spodnie i wypłowiałą
koszulę roboczą. Teraz jest Quinnem, nawet jeśli nie uregulowano jeszcze
do końca kwestii prawnych. Na szczęście mieli Philipa. Ethan miał
nadzieję, że jego skrupulatny brat załatwi wszystko z prawnikiem.
Wiedział też, że Cameron, najstarszy z Quinnów, zdołał nawiązać z chłopcem umiarkowany kontakt.
Zrobił to wprawdzie po dłuższych dąsach - Ethan z półuśmiechem
wspominał, jak ci dwaj skakali sobie do oczu niczym wściekłe kocury.
Teraz, gdy Cam się ustatkował - ożenił się ze śliczną pracownicą
socjalną - powinno im się lepiej układać. Ethan lubił ułożone życie.
Niestety, czekała ich jeszcze wojna z firmą ubezpieczeniową, która nie
chciała wypłacić pieniędzy z polisy Raya, ponieważ istniało podejrzenie
samobójstwa. Poczuł ucisk w żołądku. Trochę trwało, nim znów się
odprężył. Ich ojciec nigdy by się nie zabił. Wielki Quinn zawsze stawiał
czoło problemom i nauczył synów robić to samo.
Nad rodziną wisiała jednak chmura, która za żadne skarby nie chciała się
rozproszyć. Zaczęło się od tego, że pewnego dnia w college'u, w którym
Ray uczył literatury angielskiej, zjawiła się nagle matka Setha.
Poskarżyła się dziekanowi, że Ray Quinn ją molestował. Niczego nie
dowiodła, bo jej opowieść zawierała zbyt wiele niewiarygodnych zwrotów i oczywistych kłamstw, lecz Ray był wyraźnie wstrząśnięty. Wkrótce po
wyjeździe Glorii DeLauter wyjechał w ślad za nią - i wrócił z chłopcem.
Był też list znaleziony w samochodzie po wypadku. List, w którym Gloria
ewidentnie szantażowała Raya. Ponadto wiadomo było, że Quinn dał jej
pieniądze. Sporo pieniędzy.
Teraz kobieta znów zniknęła. Ethan pragnął, żeby już nigdy nie wróciła,
ale wiedział, że plotki nie ucichną, póki wszystko się nie wyjaśni. "Nic
na to nie poradzę" - pomyślał z rezygnacją, po czym wyszedł na korytarz
i zapukał energicznie w drzwi pokoju naprzeciw. Usłyszał stęknięcie,
senny pomruk, a potem przekleństwo. Niezrażony zszedł na dół. Seth znów
będzie się pieklił, że musi tak wcześnie wstać. Cóż. Cam i Anna spędzali
miesiąc miodowy we Włoszech, a Philip wyjechał do Baltimore i miał
wrócić dopiero na weekend, więc niewdzięczne zadanie budzenia chłopaka i prowadzenia go do domu znajomych, by tam przeczekał do rozpoczęcia
lekcji, przypadło w udziale Ethanowi. Sezon na kraby trwał w najlepsze,
więc dzień poławiacza - a do powrotu Camerona i Anny także dzień Setha -
zaczynał się przed świtem.
W cichym budynku panował mrok, lecz Ethan przemieszczał się bez trudu.
Miał własny dom, ale chcąc otrzymać opiekę nad Sethem, trzej bracia
musieli się zobowiązać, że będą żyć pod jednym dachem i dzielić między
siebie obowiązki. Obowiązki mu nie przeszkadzały, tęsknił jednak za
swoim domkiem, za prywatnością i spokojem dawnego życia.
Zapalił światło w kuchni. Poprzedniego wieczoru przypadała kolej Setha
na sprzątanie w kuchni i na pierwszy rzut oka widać było, że nie spisał
się najlepiej. Ignorując zagracony i lepki blat stołu, Ethan podszedł
prosto do kuchenki. Jego pies Simon odwinął się z kłębka i przeciągnął
leniwie, uderzając ogonem o podłogę.
Ethan w zamyśleniu podrapał retrievera po głowie i zaparzył kawę.
Powoli przypominał sobie sen, który śnił krótko przed przebudzeniem.
Siedział z ojcem na kutrze, sprawdzając pułapki na kraby. Oślepiające
słońce, nieruchoma, kryształowo czysta tafla wody i tylko oni dwaj.
Jakie to wszystko było wyraziste, pomyślał teraz: nawet zapach wody, ryb
i potu...
- Wiedziałem, że zaopiekujecie się Sethem. - Ponad ryk silnika i krzyki
mew wzniósł się znajomy głos ojca.
- Nie musiałeś umierać, żeby to sprawdzić. - W głosie Ethana
pobrzmiewała uraza, może nawet gniew, do którego teraz, po przebudzeniu,
nie chciał się przyznać.
- Nie planowałem tego - odparł swobodnie Ray, wyciągając kraby z klatki
wyłowionej przez Ethana osęką spod boi. Jego grube, pomarańczowe
rękawice rybackie połyskiwały w słońcu. - Zaufaj mi. Masz tu parę
dobrych piaskołazów i mnóstwo samic kalinka.
Ethan omiótł wzrokiem drucianą klatkę. Jego wzrok odnotował rozmiary
połowu, ale umysł zaprzątnięty był czymś innym.
- Chcesz, żebym ci zaufał, ale nie chcesz mi nic wyjaśnić.
Ray odwrócił się i zdjął jaskrawoczerwoną czapkę, uwalniając imponującą
szopę siwych włosów. Wiatr bawił się nimi i marszczył karykaturę Johna
Steinbecka zdobiącą front jego luźnej koszuli okrywającej szeroką pierś.
Wielki amerykański pisarz trzymał transparent głoszący, że chętnie
podejmie pracę w zamian za wyżywienie, ale nie wyglądał na zbyt
zadowolonego. Ray Quinn dla odmiany promieniował radością i energią
dziarskiego sześćdziesięciolatka mającego przed sobą jeszcze kawał
życia.
- Musisz znaleźć własny sposób, własne odpowiedzi. - Uśmiechnął się do
Ethana błyszczącymi, niebieskimi oczami, wokół których pogłębiły się
zmarszczki. - Wtedy bardziej je docenisz. Jestem z ciebie dumny.
Z palącym gardłem i ściśniętym sercem Ethan machinalnie włożył do klatki
nową przynętę, a potem patrzył, jak pomarańczowe boje podskakują na
wodzie.
- Za co?
- Za to, że jesteś. Że jesteś Ethanem.
- Powinienem był częściej cię odwiedzać. Zostawiłem cię samego.
- Bzdury - w głosie Raya zabrzmiała nagła irytacja. - Czy ja byłem
jakimś starym inwalidą? Na litość boską, jeśli nie chcesz mnie
zdenerwować, nie waż się tak myśleć, obwiniać się o brak opieki nade
mną! Najpierw masz pretensje do Cama, że wyprowadza się do Europy, potem
do Philipa, że jedzie do Baltimore, a teraz to. Zdrowe ptaki wylatują z gniazda. Twoja matka i ja wychowaliśmy zdrowe potomstwo. - Nim Ethan
zdążył się odezwać, ojciec uniósł rękę. Był to tak typowy gest
wykładowcy, który tłumaczy swój punkt widzenia i nie dopuszcza, aby mu
przerywano, że syn musiał się uśmiechnąć. - Tęskniłeś za nimi. Dlatego
chciałeś być na nich wściekły. Oni wyjechali, a ty zostałeś i brakowało
ci ich. Cóż, teraz masz ich z powrotem, prawda?
- Na to wygląda.
- A w dodatku dorobiłeś się pięknej bratowej, firmy i tego. - Ray
zamaszystym gestem ogarnął wodę, podskakujące boje i wysokie kępy
lśniącej od wilgoci zostery, na których skraju niczym marmurowa kolumna
stała samotna czapla. - A na dodatek masz w sobie coś, czego potrzebuje
Seth. Cierpliwość. Może pod niektórymi względami nawet za dużą.
- Co niby chcesz przez to powiedzieć?
Ray westchnął dramatycznie.
- Brakuje ci czegoś, czego bardzo potrzebujesz, Ethanie. Czekasz i wymyślasz sobie wymówki, zamiast wziąć się w garść i działać. Jeśli
będziesz siedział z założonymi rękami, znów ci to umknie.
- Niby co? - zapytał Ethan, wzruszając ramionami i podpływając do
kolejnej boi. - Mam wszystko, czego mi trzeba i czego pragnę.
- Nie pytaj "co", tylko "kto". - Ray cmoknął znacząco, po czym ujął syna
za ramiona i potrząsnął nim szybko. - Zbudź się, Ethanie.
I Ethan się zbudził, wciąż czując na ramieniu dotyk znajomej wielkiej
dłoni.
Teraz jednak, w zamyśleniu popijając poranną kawę, wciąż nie znał
odpowiedzi.
Rozdział pierwszy
- Mam tu garść ładnych kalinków, kapitanie. - Jim Bodine wygarniał kraby
z klatki, wrzucając do zbiornika te, które nadawały się na sprzedaż.
Blizny na twardych dłoniach stanowiły żywy dowód na to, że kłapiące
szczypce są mu niestraszne. Miał na sobie tradycyjne rękawice
poławiacza, które jednak, co potwierdzi każdy przedstawiciel tej
profesji, szybko się niszczą. A gdy tylko zrobi się w nich dziura, kraby
natychmiast ją znajdują.
Jim pracował bez wytchnienia, stojąc w rozkroku dla utrzymania równowagi
na rozkołysanej łodzi i mrużąc ciemne oczy wyzierające z ogorzałej od
słońca i steranej życiem twarzy. Równie dobrze mógł mieć pięćdziesiąt,
co osiemdziesiąt lat i niespecjalnie go obchodziło, na którym biegunie
go umieścisz.
Zawsze nazywał Ethana kapitanem i rzadko wypowiadał więcej niż jedno
zdanie oznajmujące na raz.
Ethan skręcił w stronę następnej klatki, przesuwając rumpel, który
większość rybaków woli od koła sterowego. Jednocześnie lewą ręką
regulował przepustnicę i biegi. Przemieszczając się wzdłuż szeregu
pułapek, na każdym kroku trzeba było uważać, żeby się w coś nie
wpakować. Zatoka Chesapeake potrafiła być hojna, gdy miała na to ochotę,
lecz lubiła płatać figle i zmuszała poławiaczy, by ciężko harowali na
swoje kraby.
Znał ją jak własną kieszeń. Czasami miał wrażenie, że poznał zmienne
nastroje największego estuarium kontynentu lepiej niż własne. Zatoka
ciągnęła się z północy na południe przez dwieście mil, lecz miała
zaledwie cztery mile szerokości w okolicach Annapolis i trzydzieści u ujścia Potomaku.
Uzależnione od kaprysów zatoki i przeklinające jej kapryśną naturę
miasteczko St. Christopher wciskało się w południową część jej
wschodniego wybrzeża. Ukochane wody Ethana otaczały mokradła
poprzecinane nizinnymi rzekami o postrzępionych, przedzierających się
przez gąszcze eukaliptusów i dębów odnogach. Był to świat kanałów
pływowych i nagłych płycizn, na których pleniły się nurzaniec i rupia.
Ethan zaakceptował ten świat z jego zmienną pogodą, nagłymi burzami,
niezamierającymi ani na chwilę odgłosami i zapachami wody.
Chwycił osękę i w odpowiednim momencie wyćwiczonym, płynnym jak taniec
ruchem zahaczył linkę i przyciągnął klatkę do wyciągarki.
Po kilku sekundach klatka wynurzyła się z wody, udekorowana wodorostami
i resztkami przynęty. W środku tłoczyły się kraby: rozpoznał
jasnoczerwone szczypce samic i skośne oczy samców.
- Niezły połów. - Tylko tyle miał do powiedzenia Jim, nim przystąpił do
pracy, wciągając klatkę na pokład, jakby ważyła tyle co piórko.
Wody tego dnia były wzburzone i Ethan wyczuł nadciągający sztorm.
Sterując kolanem, bo rąk potrzebował do innych czynności, zerknął na
chmury kłębiące się w oddali na zachodzie. Mamy czas, uznał i ruszył ku
kolejnym pułapkom, by sprawdzić, ile krabów się złapało. Wiedział, że
Jim rozpaczliwie potrzebuje gotówki, a i on sam łaknął każdego grosza,
jaki mógł wycisnąć z tej pracy. Sporo jeszcze musieli zainwestować w nową firmę szkutniczą braci Quinn.
Mamy czas, powtórzył w myślach, gdy Jim obwieszał klatkę rozmrożonymi
kawałkami ryb i spuszczał do wody. Potem gwałtownym ruchem zahaczył
osękę o linkę kolejnej boi.
Simon, wypielęgnowany chesapeake bay retriever, stał z wysuniętym
językiem, przednie łapy trzymając na relingu. Podobnie jak jego pan,
najszczęśliwszy czuł się na morzu.
Mężczyźni pracowali w idealnej harmonii, komunikując się pomrukami,
wzruszeniami ramion i od czasu do czasu jakimś przekleństwem. Praca
dawała im satysfakcję, bo kraby w tym roku obrodziły. Bywały jednak i takie sezony, w których zdawało się, że zima zabiła wszystkie albo woda
nigdy nie stanie się dość ciepła, by pokusiły się o wypłynięcie. Były to
ciężkie lata dla poławiaczy, jeśli nie mieli innego źródła dochodów.
Dlatego właśnie Ethan zamierzał budować łodzie.
Pierwszy jacht Quinnów był już niemal gotów. I wyglądał przepięknie.
Cameron znalazł kolejnego klienta - jakiegoś nadzianego gościa, którego
poznał, gdy jeszcze brał udział w wyścigach - więc wkrótce mieli zacząć
budowę kolejnej łodzi. Ethan nigdy nie wątpił, że jego brat przyciągnie
gotówkę. Damy radę, powtarzał sobie, niezależnie od wątpliwości i narzekań Philipa. Zerknął na słońce, sprawdził czas, przyjrzał się
płynącym ociężale, lecz nieprzerwanie ku wschodowi chmurom.
- Wracamy, Jim - powiedział.
Byli na wodzie zaledwie osiem godzin, ale Jim nie narzekał. Wiedział, że
to nie nadchodząca burza kazała Ethanowi zawrócić do brzegu.
- Chłopak wrócił ze szkoły - mruknął.
- Mhm.
Seth był dość samodzielny, by spędzić kilka godzin sam w domu, ale Ethan
wolał nie kusić losu. Dziesięciolatek z takim temperamentem przyciąga
kłopoty jak magnes. Póki Cam był w Europie, czyli jeszcze przez parę
tygodni, opieka nad chłopcem spoczywała wyłącznie na barkach Ethana.
Wody zatoki przybrały matowoszarą barwę nieba i coraz mocniej kołysały
łodzią, lecz ani mężczyźni, ani pies nie przejmowali się zbytnio szaloną
huśtawką. Simon stał na dziobie z uniesionym łbem i powiewającymi na
wietrze uszami, uśmiechając się swoim psim uśmiechem. Wiedział, że łajba
dowiezie ich bezpiecznie do brzegu, bo zbudował ją własnoręcznie jego
pan. Jim, równie ufny jak pies, schronił się pod brezentem i zapalił
papierosa, otaczając płomień dłońmi.
Na nabrzeżu w St. Christopher tłoczyli się turyści. Początek czerwca
wygonił ich z przedmieść Waszyngtonu i Baltimore i przygnał tutaj. Ethan
przypuszczał, że uważają miasteczko z jego wąskimi uliczkami,
drewnianymi gontami i maleńkimi sklepikami za staroświecko urocze.
Lubili obserwować pracę poławiaczy i objadać się kruchymi krabowymi
ciastkami albo chwalić znajomym, że jedli zupę z samic kalinka.
Zatrzymywali się w pensjonatach - St. Christopher miało ich aż cztery -
i zostawiali pieniądze w restauracjach oraz sklepach z pamiątkami.
Nie przeszkadzali Ethanowi. Kiedy zatoka skąpiła swoich dóbr, to
turystyka trzymała miasto przy życiu. Kto wie, może kiedyś niektórzy z tych ludzi dojdą do wniosku, że niczego nie pragną bardziej niż ręcznie
zbudowanej drewnianej żaglówki.
Gdy cumował, wiatr jeszcze się wzmógł. Jim zwinnie przeskoczył przez
otaczającą pomost linkę. Ze swoimi krótkimi nóżkami i krępą sylwetką
wyglądał jak żaba w białych kaloszach i usmarowanej czapce z daszkiem.
Na niedbały znak Ethana Simon siadł i czekał posłusznie w łodzi, aż
mężczyźni wyładują kraby. Wypłowiały, zielony brezent podrygiwał na
wietrze. Ethan podniósł głowę i zobaczył idącego ku nim Pete'a Monroe z ukrytymi pod znoszoną czapką stalowosiwymi włosami, w luźnych spodniach
khaki i czerwonej koszuli w kratkę na przysadzistym ciele.
- Niezły połów.
Ethan uśmiechnął się. Lubił pana Monroe mimo potwornego skąpstwa, z którym ten zarządzał skupem krabów. Zresztą wszyscy poławiacze na
świecie wiecznie narzekają na ceny. Quinn dotknął daszka czapki i podrapał się w spoconą szyję.
- Niezły - przytaknął.
- Szybko dziś wróciłeś.
- Burza idzie.
Monroe pokiwał głową. Jego ludzie, pracujący w cieniu pasiastego daszku,
przenosili się już do budynku. Szef wiedział, że deszcz przegoni z nabrzeża także turystów, którzy pójdą na kawę albo deser lodowy, a ponieważ był współwłaścicielem restauracji "Nad Zatoką", bynajmniej mu
to nie przeszkadzało.
- Masz tu jakieś siedemdziesiąt buszli.
Ethan uśmiechnął się z rozmysłem. Niektórzy mogliby dostrzec w jego
twarzy piracki rys. Nie wyglądał na urażonego - raczej na zdumionego.
- Moim zdaniem bliżej dziewięćdziesięciu.
Znał rynkową cenę co do pensa, ale targi były stałym elementem ich
współpracy. Ethan wyjął z kieszeni swój negocjacyjny rekwizyt w postaci
cygara, zapalił i zabrał się do dzieła.
Pierwsze wielkie krople deszczu dopadły go w drodze do domu. Otrzymał
godziwą zapłatę za osiemdziesiąt siedem buszli krabów. Jeśli dalsza
część lata będzie równie dobra, zastanowi się nad zarzuceniem w przyszłym roku kolejnych stu pułapek i może wynajęciem paru ludzi do
sezonowej roboty. Połowy ostryg w zatoce nie były już takie jak kiedyś,
odkąd większość małży zabiły pasożyty. Przetrwanie zimy stawało się
coraz trudniejsze. Ethan potrzebował kilku dobrych sezonów krabowych, by
na dobre rozkręcić nowy biznes i dorzucić się do honorarium prawnika.
Zacisnął zęby, wspinając się na wysokie fale. Nie powinni płacić
jakiemuś wygadanemu gogusiowi za to, że oczyści imię ich ojca. To i tak
nie powstrzyma sąsiadów od plotkowania. Przestaną dopiero wtedy, gdy
znajdą sobie ciekawszy temat niż życie i śmierć Raya Quinna.
I ten chłopak, myślał Ethan, wpatrując się w drżącą od nieubłaganych
uderzeń deszczu wodę. Niektórzy upodobali sobie plotki o chłopaku, z którego twarzy spoglądają szafirowe oczy Raya Quinna.
Ethanowi to gadanie nie przeszkadzało. Jeśli o niego chodziło, mogli
sobie kłapać ozorami do usranej śmierci. Przeszkadzało mu natomiast, i to bardzo, plotkowanie o człowieku, którego całym sercem kochał. Dlatego
harował, by opłacić prawnika, i gotów był zrobić co w jego mocy, by
otrzymać opiekę nad chłopcem.
Grzmot rozdarł niebo i odbił się od wody niczym wystrzał armatni.
Zrobiło się ciemno jak w nocy i z czarnych chmur lunęła lita ściana
deszczu. Ethan jednak niespiesznie cumował łódź przy domowym pomoście. W końcu odrobina wody więcej go nie zabije.
Simon najwyraźniej się z nim zgadzał, bo kiedy jego pan zabezpieczał
linkę, pies skoczył do wody i popłynął do brzegu. Ethan zabrał pudełko
po lunchu i ruszył w stronę domu, plaskając kaloszami o mokry pomost.
Zostawił je na tylnej werandzie. W młodości matka wciąż go strofowała,
żeby nie roznosił błota po domu. Wciąż jednak nie miał nic przeciwko
wpuszczeniu do środka mokrego psa.
...dopóki nie zobaczył lśniącej podłogi i blatów. "Cholera" - zdołał
jedynie pomyśleć, przyglądając się śladom psich łap, zanim usłyszał
radosne poszczekiwanie. Po nim pisk, kolejne szczeknięcie, wreszcie
śmiech.
- Jesteś całkiem mokry! - zabrzmiał kobiecy głos, niski, swobodny i rozbawiony. A także stanowczy, co wywołało w Ethanie wyrzuty sumienia. -
Na dwór, Simon! Wysusz się na werandzie!
Rozległ się kolejny pisk, chichot dziecka, śmiech chłopca. Wszyscy w komplecie, pomyślał Ethan, wycierając mokre włosy. Gdy tylko usłyszał
kroki, ruszył żwawo w stronę schowka z miotłami i mopami. Rzadko
przemieszczał się tak szybko, ale teraz naprawdę się starał.
- Oj, Ethan. - Grace Monroe stała z rękami na wąskich biodrach,
przenosząc wzrok to na niego, to na ślady łap na świeżo wypastowanej
podłodze.
- Zaraz to posprzątam. Przepraszam. - Zauważył, że mop wciąż jest
wilgotny, więc wolał nie patrzeć kobiecie prosto w oczy. - Nie
zastanawiałem się - mruknął, nalewając w zlewie wody do wiadra. - Nie
wiedziałem, że dziś przyjeżdżasz.
- Więc kiedy nie przyjeżdżam, pozwalasz mokrym psom biegać po domu i brudzić podłogę?
Wzruszył nerwowo ramionami.
- Była brudna, gdy wychodziłem rano z domu, więc sądziłem, że odrobina
wilgoci jej nie zaszkodzi. - W końcu rozluźnił się nieco. Ostatnio
zawsze potrzebował na to trochę czasu, gdy znajdował się w towarzystwie
Grace. - Ale gdybym wiedział, że tu będziesz i zmyjesz mi za to głowę,
zostawiłbym go na werandzie.
Odwrócił się do niej z uśmiechem. Westchnęła.
- Daj ten mop.
- Nie ma mowy. Mój pies, mój bałagan. Słyszałem Aubrey.
Grace w zamyśleniu oparła się o futrynę drzwi. Była zmęczona, ale co w tym dziwnego? Ona też miała za sobą osiem godzin pracy, a wieczorem
czekały ją cztery kolejne godziny podawania drinków w pubie Shineya. W niektóre wieczory, wpełzając do łóżka, była gotowa przysiąc, że słyszy,
jak jej stopy łkają.
- Seth jej pilnuje. Musiałam przełożyć robotę. Rano zadzwoniła pani
Lynley i spytała, czy możemy przenieść sprzątanie jej domu na jutro, bo
teściowa z Waszyngtonu wprosiła się na obiad. Pani Lynley twierdzi, że
jej teściowa jest osobą, która każdą drobinkę kurzu uważa za grzech
przeciwko Bogu i ludzkości. Pomyślałam, że nie pogniewacie się, jeśli
przyjadę dziś zamiast jutro.
- Jesteśmy ci wdzięczni za każdy przyjazd, Grace.
Przyglądał jej się spod powiek, wycierając podłogę. Zawsze uważał ją za
piękną. Była jak koń palomino: długonoga i złotogrzywa. Włosy przycinała
na chłopięcą modłę, ale podobał mu się sposób ich ułożenia. Przypominały
lśniący czepek z frędzlami. Była szczuplutka jak jedna z tych modelek,
które zarabiają miliony dolców; Ethan wiedział jednak, że Grace nie
zawdzięcza figury wymaganiom mody. Odkąd pamiętał, była chudą, wysoką
dziewczyną. Kiedy przyjechał do St. Christopher i zamieszkał u Quinnów,
mogła mieć siedem czy osiem lat. Teraz miała dwadzieścia parę i słowo
"chuda" chyba już do niej nie pasowało. Jest smukła jak wierzbowa witka,
pomyślał i omal się nie zaczerwienił.
Grace uśmiechnęła się do niego. Z jej zielonych jak u syreny oczu
zniknął chłód, a w policzkach pojawiły się dołki. Z jakiegoś powodu
bawił ją widok silnego faceta z mopem w ręku.
- Jak ci dziś poszło?
- Nieźle - odparł Ethan, nie przerywając skrupulatnej pracy. Wszystko,
co robił, robił skrupulatnie. Gdy skończył, wrócił do zlewu, by opłukać
wiadro i mop. - Sprzedałem twojemu tacie sporą partię.
Na wzmiankę o ojcu Grace spochmurniała nieco. Stosunki między nimi nie
były najlepsze, odkąd dziewczyna zaszła w ciążę i wyszła za Jacka
Caseya, którego Pete nazywał "robolem bez grosza przy duszy". Czas
zresztą przyznał mu rację, bo Jack zniknął miesiąc przed narodzinami
Aubrey, zabierając ze sobą oszczędności, samochód i dumę żony.
Ale to już przeszłość, pomyślała. Teraz radziła sobie całkiem dobrze i zamierzała radzić sobie w dalszym ciągu, nie przyjmując od rodziny ani
grosza, nawet gdyby miała się zaharować na śmierć. Usłyszała serdeczny
śmiech Aubrey i zapomniała o urazie. Miała wszystko, czego jej było
trzeba. Cały sens jej życia zamykał się w tym aniołku z roześmianymi
oczami i głową pełną loków.
- Zrobię wam jeszcze coś do jedzenia, zanim pójdę.
Ethan znów na nią spojrzał. Opalenizna dodawała jej urody i czyniła cerę
jakby cieplejszą. Pociągła twarz pasowała do figury, choć podbródek
zdradzał uparty charakter. Przy pierwszym spojrzeniu widziało się ładną,
wysoką blondynkę o zgrabnej sylwetce i twarzy, na którą miało się ochotę
popatrzeć nieco dłużej. Gdy jednak się to zrobiło, dostrzegało się
cienie pod wielkimi, zielonymi oczami i zmęczenie wokół miękkich warg.
- Nie musisz tego robić, Grace. Powinnaś iść do domu i trochę odpocząć.
Pracujesz dzisiaj u Shineya, prawda?
- Mam czas. Poza tym obiecałam Sethowi hamburgery. To nie potrwa długo.
- Poruszyła się niespokojnie pod spojrzeniem Ethana. Już dawno pogodziła
się z faktem, że jego długie, zamyślone spojrzenia burzą w niej krew.
Cóż. To był tylko jeden z wielu drobnych problemów, jakimi raczyło ją
życie. - Co jest? - zapytała, pocierając dłonią policzek, jakby myślała,
że jest brudny.
- Nic. Skoro robisz hamburgery, to chyba powinnaś nam pomóc je zjeść.
- Chętnie. - Napięcie ustąpiło. Wzięła z rąk Ethana wiadro i mop, żeby
odłożyć je na miejsce. - Aubrey uwielbia wasze towarzystwo. Może
dołączysz do niej i do Setha? Skończę pranie i zabiorę się do obiadu.
- Pomogę ci.
- Nie ma mowy. - Duma nigdy by jej na to nie pozwoliła. Oni jej płacili,
ona wykonywała swoją pracę. W całości. - Idź do salonu. I nie zapomnij
zapytać Setha o sprawdzian z matematyki, który im dzisiaj oddali.
- Co dostał?
- Kolejną piątkę. - Mrugnęła i odegnała go gestem.
Seth to niesamowity bystrzak, myślała, wychodząc z kuchni i kierując się
do pralni. Gdyby ona miała za młodu lepszą głowę do liczb i bardziej
praktyczny umysł, nauczyłaby się czegoś, zamiast bujać w obłokach.
Zyskałaby jakąś przydatną umiejętność poza podawaniem drinków,
sprzątaniem domu i oprawianiem krabów. Gdyby miała zawód, mogłaby do
niego wrócić, kiedy została sama, w ciąży, a wszystkie jej marzenia o wyjeździe do Nowego Jorku i zostaniu tancerką prysnęły jak bańka
mydlana. I tak zresztą były głupie, powtarzała sobie, opróżniając
wirówkę, a potem wkładając do niej mokre ubrania wyjęte z pralki.
Marzenie ściętej głowy, jak powiedziałaby matka. Prawda była jednak
taka, że jako nastolatka Grace pragnęła tylko dwóch rzeczy: tańca i Ethana Quinna.
Żadnej z nich nie zdobyła.
Westchnęła leciutko, przykładając do policzka ciepłe, gładkie
prześcieradło. Prześcieradło Ethana, dopiero co zdjęte z jego łóżka.
Wciąż czuła na nim jego zapach i przez minutę czy dwie pozwoliła sobie
myśleć, jak by to było, gdyby on jej pragnął, gdyby spała z nim na tej
pościeli, w tym domu.
Za marzenia jednak nie płacili, a ona musiała pokryć czynsz i kupić
wszystko, czego potrzebowała ukochana córeczka. Zaczęła więc energicznie
składać pościel i układać ją starannie na dudniącej wirówce. Nie
wstydziła się, że zarabia na chleb sprzątaniem czy podawaniem drinków.
Robiła to dobrze, była potrzebna i to jej wystarczało. Z pewnością nie
potrzebował jej mężczyzna, z którym tak krótko była zamężna. Gdyby
naprawdę się kochali, byłoby inaczej. Nią kierowała rozpaczliwa potrzeba
należenia do kogoś; bycia z kimś, kto pragnie jej jako kobiety. A Jack...
Pokręciła głową. Naprawdę nie wiedziała, czym się kierował.
Chyba po prostu mu się podobała. A gdy z tego podobania wynikła ciąża,
Jack w swoim mniemaniu wyświadczył Grace przysługę, idąc z nią do urzędu
w chłodny jesienny dzień i wypowiadając przysięgę małżeńską.
Nigdy jej nie uderzył. Nie upił się jak świnia i nie pomiatał nią tak,
jak niektórzy pomiatają żonami, których nie pragną. Nigdy nie uganiał
się za innymi, a przynajmniej nie było jej o tym wiadomo. Gdy jednak
Aubrey rosła w jej brzuchu, a ten stawał się coraz okrąglejszy, Grace
widziała w oczach Jacka narastającą panikę.
Aż pewnego dnia zniknął bez słowa.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że poczuła ulgę. Jeśli Jack cokolwiek
dla niej zrobił, to właśnie pomógł jej dorosnąć, wziąć życie we własne
ręce. Mimo woli ofiarował jej dar wart więcej niż gwiazdka z nieba.
Włożyła złożone pranie do kosza, oparła go o biodro i przeszła do
salonu. Jej mały skarb siedział roześmiany na kolanach Ethana i trajkotał jak najęty, potrząsając loczkami. W wieku dwóch lat Aubrey
Monroe wyglądała jak anioł Botticellego - złotowłosa i długopalca, z jasnozielonymi oczami, ząbkami jak u kociątka i dołkami w okrągłych,
różowych policzkach. Ethan kiwał głową z powagą, choć rozumiał zaledwie
piąte przez dziesiąte.
- I co wtedy zrobił Głuptas? - zapytał, orientując się, że próbuje mu
opowiedzieć jakąś historyjkę o szczeniaczku Setha.
- Polizał mnie po buzi! - Ze śmiechem pogłaskała się po policzkach. -
Całej! - Przyłożyła ręce do jego twarzy i przesunęła po zaroście.
Uwielbiała tę zabawę. - Auć! Broda!
Ethan posłusznie przesunął kłykciami po jej gładkim policzku, a potem
gwałtownie cofnął rękę.
- Auć! Tu też!
- Nie! Ty masz brodę!
- Nie. - Przyciągnął ją do siebie i głośno cmokał po policzkach, a ona
wyrywała się ze śmiechem.
- Ty!
Śmiejąc się w głos, dziewczynka wyśliznęła się z jego objęć, podbiegła
do leżącego na podłodze chłopca i złożyła na jego policzku dwa wilgotne
całusy. Jak przystało na mężczyznę, Seth odsunął się z udawanym
niesmakiem.
- Jejku, Aub, daj mi spokój. - By zająć ją czymś innym, chwycił jeden z samochodzików i leciutko przejechał nim po ramieniu dziewczynki. -
Jesteś torem wyścigowym.
Natychmiast zapaliła się do nowej zabawy. Chwyciła samochodzik i znacznie mniej łagodnie zaczęła nim jeździć po każdej części ciała
Setha, jakiej zdołała dosięgnąć.
Ethan tylko się uśmiechał.
- Sam zacząłeś, chłopie - rzekł do Setha, gdy Aubrey przeszła mu po
biodrze, by sięgnąć drugiego ramienia.
- Lepsze to niż lizanie po twarzy - burknął chłopiec, ale podniósł rękę,
by ochronić dziewczynkę przed upadkiem.
Przez chwilę Grace przyglądała im się w milczeniu. Mężczyzna siedział
swobodnie w szerokim fotelu, uśmiechając się do dzieci, które bawiły się
na podłodze, głowa przy głowie - jedna delikatna i pokryta złotymi
lokami, druga z niesforną, znacznie ciemniejszą czupryną.
Zagubiony chłopczyk, pomyślała kobieta, wracając myślą do chwili, w której zobaczyła go po raz pierwszy. Wreszcie znalazł swoje miejsce.
I jej cudowna dziewczynka. Kiedy jeszcze Grace nosiła ją w brzuchu,
przyrzekła sobie, że będzie ją rozpieszczać, chronić i uwielbiać. Że
mała zawsze będzie miała dom.
A obok nich mężczyzna, który sam kiedyś był zagubionym chłopcem i który
wiele lat temu wkradł się w jej młodzieńcze sny, by nigdy ich nie
opuścić. On też znalazł swoje miejsce.
Deszcz bębnił o dach. Telewizor cicho pomrukiwał w tle. Psy spały na
frontowej werandzie, a przez siatkowe drzwi wdzierał się do środka
wilgotny wiatr.
Grace znów się rozmarzyła. Wiedziała, że to nierozsądne, ale pragnęła
odłożyć kosz i usiąść na kolanach Ethana. Czuć się, jakby i ona była u siebie. Zamknąć na chwilę oczy i stać się jedną z nich.
Zamiast tego wycofała się, czując, że nie pasuje do tej sielskiej
scenerii. Wróciła do nieco zbyt rzęsiście oświetlonej kuchni, postawiła
kosz na stole i zajęła się przygotowywaniem obiadu. Gdy chwilę później
Ethan przyszedł po piwo, mięso już brązowiało, ziemniaki smażyły się na
oleju z orzeszków ziemnych, a Grace robiła sałatkę.
- Cudownie pachnie.
Przez chwilę stał niepewnie. Nie przywykł do tego, by ktoś mu gotował.
Od lat nikt tego nie robił, a już na pewno nie kobieta. Ojciec dobrze
się czuł w kuchni, ale mama... Zawsze żartowali, że ilekroć gotuje,
potrzebują jej wiedzy medycznej, by przeżyć posiłek.
- Za jakieś pół godziny wszystko będzie gotowe. Nie przeszkadza ci, że
zjecie dziś trochę wcześniej? Muszę zawieźć Aubrey do domu, wykąpać ją i przebrać się do pracy.
- Jedzenie nigdy mi nie przeszkadza, zwłaszcza kiedy nie muszę sam
gotować. Poza tym wieczorem chcę jeszcze wpaść na parę godzin do
hangaru.
- Ojej. - Odwróciła się i odgarnęła grzywkę. - Powinieneś był mi
powiedzieć, żebym się pospieszyła.
- To tempo mi odpowiada. - Pociągnął łyk z butelki. - Napijesz się
czegoś?
- Nie, dzięki. Wezmę sos do sałatek, który zrobił Philip. Wygląda
znacznie apetyczniej niż ten ze sklepu.
Deszcz słabł, przechodząc w powolną mżawkę, przez którą usiłowały się
przebić rozmyte promienie słońca. Grace spojrzała w okno. Zawsze miała
nadzieję, że uda jej się zobaczyć tęczę.
- Kwiaty Anny się trzymają - rzekła. - Deszcz im służy.
- Przynajmniej nie muszę wyciągać węża. Zabiłaby mnie, gdyby zwiędły pod
jej nieobecność.
- I słusznie. Harowała jak wół, żeby je zasadzić przed ślubem -
zauważyła Grace, nie przerywając pracy. Szybko i sprawnie odcedzała
usmażone ziemniaki i dorzucała na skwierczącą patelnię nowych. - Piękny
to był ślub - dodała, mieszając w misce sos.
- Wyszło, jak trzeba - przyznał Ethan. - I pogoda nam sprzyjała.
- Deszcz w taki dzień byłby zbrodnią.
Przed oczami miała wyrazisty obraz tamtych chwil. Zieleń trawy na tyłach
domu, zatokę połyskującą w słońcu, w którym mieniły się kolorami
zasadzone przez Annę kwiaty, podczas gdy inne, w doniczkach, dekorowały
biały dywan, po którym oblubienica szła na spotkanie z oblubieńcem...
Biała suknia powiewała na wietrze, a cieniutka woalka tylko uwydatniała
ciemne, nieprzytomnie szczęśliwe oczy. Wokół rzędy krzeseł, na których
zasiadła rodzina i przyjaciele. Oboje dziadkowie Anny płakali. A Cam -
znany twardziel Cameron Quinn - patrzył na żonę takim wzrokiem, jakby
właśnie wręczono mu klucz do nieba.
Ogrodowy ślub, pomyślała Grace. Słodki, prosty, romantyczny. Ideał.
- To najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałam - powiedziała z westchnieniem, w którym była jedynie odrobinka zazdrości. - Taka
egzotyczna.
- Pasuje do Cama.
- Wyglądali jak gwiazdy filmowe. - Uśmiechnęła się, dodając do mięsa
pikantny sos. - Kiedy ty i Philip zagraliście im tego walca, a oni
tańczyli pierwszy taniec... to była najbardziej romantyczna scena, jaką
widziałam w życiu. - Znów westchnęła i wrzuciła do sałatki resztę
składników. - A teraz są w Rzymie. Coś nieprawdopodobnego.
- Dzwonili wczoraj rano, zanim wyszedłem do pracy. Mówili, że dobrze się
bawią.
Grace zaśmiała się zmysłowym, perlistym śmiechem, który wywoływał u Ethana gęsią skórkę.
- Trudno, żeby było inaczej, gdy się jest w podróży poślubnej w Rzymie.
- Wygarnęła kolejną porcję ziemniaków i zaklęła cicho, bo trafił ją
pryskający olej.
Ethan podskoczył i chwycił jej dłoń, nim zdążyła ją unieść do ust.
- Oparzyłaś się? - Zobaczył, jak skóra różowieje, i pociągnął dziewczynę
do zlewu. - Schłodź zimną wodą.
- Daj spokój, to drobiazg. Zdarza się.
- Powinnaś bardziej uważać. - Zmarszczył brwi i mocno trzymał ją za
rękę, by nie mogła jej wyciągnąć spod strumienia wody. - Boli?
- Nie. - Nie czuła nic oprócz jego dotyku i szalonych uderzeń własnego
serca. Próbowała się oswobodzić, myśląc, że lada chwila zrobi z siebie
idiotkę. - Daj spokój, Ethan. Nie musisz się ze mną cackać.
- Zaraz ci znajdę jakąś maść.
Sięgnął do szafki, podniósł głowę i napotkał wzrok Grace.
Woda chłodziła ich złączone dłonie, a oni stali w milczeniu. Ethan nigdy
dotąd nie ośmielił się stać tak blisko niej; tak blisko, że dostrzegał
maleńkie złote plamki w jej oczach. Unikał tego, bo a nuż zacząłby
myśleć, jak by to było... Musiał przywołać się do porządku, przypomnieć
sobie, że zna tę dziewczynę od dziecka; że to matka Aubrey, sąsiadka,
która mu ufa i uważa go za przyjaciela.
- Musisz być ostrożniejsza - wychrypiał przez zaschnięte gardło.
Pachniała cytryną.
- Nic mi nie będzie.
Umierała z rozkoszy i przerażenia jednocześnie. Ethan trzymał jej dłoń,
jakby była zrobiona ze szkła, i marszczył brwi, jakby miał przed sobą
kogoś nieco mniej rozsądnego od jej dwuletniej córeczki.
- Ziemniaki się przypalą!
- Ojej. - Przerażony, bo przez sekundę pozwolił sobie myśleć o tym, że
jej usta mogą być tak miękkie, na jakie wyglądają, odsunął się
gwałtownie i zaczął szperać w szafce w poszukiwaniu maści.
Serce waliło mu jak młotem. Nienawidził tego uczucia; pragnął spokoju.
- Tak czy owak, posmaruj. - Położył maść na stole i cofnął się ku
drzwiom. - Przypilnuję... żeby dzieciaki umyły ręce przed obiadem.
Wziął jeszcze ze stołu kosz z praniem i już go nie było.
Powoli, z wielkim wysiłkiem wykonując każdy ruch, Grace zakręciła kran i pobiegła ratować ziemniaki. Gdy już zapanowała nad kuchnią, wzięła maść
i rozsmarowała odrobinę na czerwonej plamce. Potem odłożyła maść do
kredensu, oparła się o zlew i wyjrzała przez okno.
Nie zobaczyła jednak tęczy.
Rozdział drugi
Nie ma nic lepszego od soboty - chyba że jest to sobota przed ostatnim
tygodniem szkoły, po którym zaczynają się wakacje, czyli wszystkie
soboty twego życia zwinięte w jedną wielką, lśniącą kulę. Sobota
oznaczała spędzanie dnia na kutrze z Ethanem i Jimem zamiast w szkolnej
ławie. Oznaczała ciężką pracę, gorące słońce i zimne napoje. Męskie
sprawy.
Osłoniwszy oczy daszkiem czapeczki z logo Baltimore Orioles i fajnymi
okularami kupionymi w centrum handlowym, Seth zanurzył osękę, by
przyciągnąć najbliższą boję znacznikową. Młode muskuły wybrzuszyły się
pod koszulką z mottem Archiwum X, wskazującym, gdzie należy szukać
prawdy.
Patrzył, jak Jim przechyla klatkę, otwiera przyczepioną do jej dna
puszkę z przynętą, by wyrzucić starą i nałożyć nowej. Natychmiast z szaleńczym wrzaskiem zleciały się mewy i zaczęły nurkować, wyławiając
resztki z wody. Fajny widok. Teraz trzeba mocno chwycić pułapkę, obrócić
ją i potrząsać z całej siły, przerzucając kraby do zbiornika. Seth
uważał, że gdyby tylko zechciał, byłby w stanie sam to wszystko zrobić.
Nie zamierzał bać się zgrai durnych krabów tylko dlatego, że wyglądają
jak wielkie, zmutowane robale z Wenus i mają ostre szczypce.
Niestety, na razie musiał się zadowolić nakładaniem nowej przynęty w postaci kilku garści obrzydliwych kawałków ryb, zamknąć pojemnik,
sprawdzić, czy linka gdzieś się nie przetarła, sprawdzić odległość
między bojami i jeśli wszystko wyglądało dobrze, zrzucić klatkę za
burtę. Plusk! A potem przyciągnąć kolejną boję.
Seth potrafił już odróżniać samce od samic. Jim mówił, że samice
kalinków malują paznokcie, bo miały czerwone szczypce. Niesamowite było
to, że wzory na podbrzuszach przypominały narządy płciowe. Wszyscy
widzieli, że samce mają tam długą literkę "T", która wygląda zupełnie
jak fiut.
Jim pokazał mu też, jak kraby się pieprzą - tyle że on nazywał to
rozmnażaniem - i to już naprawdę była przesada. Samiec po prostu wspinał
się na partnerkę i tak sobie pływali całymi dniami.
Seth doszedł do wniosku, że muszą to lubić.
Ethan nazywał takie kraby małżeństwami, a kiedy Seth parsknął śmiechem,
uniósł brwi. Chłopak był tak zaintrygowany, że poszedł do szkolnej
biblioteki poczytać o krabach. I chyba zrozumiał, o co chodziło
Ethanowi. Samiec chronił samicę, przykrywając ją swoim ciałem, bo mogły
się parzyć jedynie wtedy, gdy samica zrzucała zewnętrzną warstwę
pancerza, a to, co pod spodem, było bardzo miękkie. Poza tym parzyła się
tylko raz, więc porównanie z małżeństwem wcale nie było takie głupie.
Przypomniał sobie ślub Cama i pani Spinelli - to znaczy Anny, poprawił
się w myślach. Kobiety beczały, a faceci śmiali się i żartowali. Wszyscy
robili z tego wielkie halo - były kwiaty, muzyka i fura żarcia. Naprawdę
nie wiedział, czym tu się ekscytować. Czy w małżeństwie nie chodzi tylko
o to, że możesz uprawiać seks, kiedy masz ochotę, i nikt się ciebie o to
nie czepia?
Musiał jednak przyznać, że ślub był fajny. Nigdy przedtem nie brał
udziału w takiej uroczystości. Wprawdzie Cam zaciągnął go do marketu i zmusił do przymierzania garniturów, ale cała reszta była w porządku.
Czasem tylko się zastanawiał, jak teraz będzie. Gdy wreszcie zaczął się
przyzwyczajać do tutejszego życia, wszystko miało się zmienić. Anna
zamieszka z nimi. Owszem, lubił ją. Była całkiem w porządku jak na
pracownicę społeczną. Ale mimo wszystko była kobietą.
Jak jego matka.
Dość, pomyślał. Nie zamierzał psuć sobie nastroju myśleniem o matce i życiu, które z nią prowadził - o jej facetach, narkotykach i małych,
obskurnych pokoikach. W ciągu dziesięciu lat swojego życia nie przeżył
aż tylu słonecznych dni, by móc sobie pozwolić na zmarnowanie któregoś.
- Zasnąłeś, Seth? - obudził go z zadumy łagodny głos Ethana.
Zamrugał, zobaczył odbijające się od wody promienie słońca i podrygujące
pomarańczowe boje.
- Zamyśliłem się - mruknął i szybko przyciągnął następną.
- Ja tam za wiele nie myślę. - Jim postawił klatkę na relingu i zaczął
wygarniać kraby. Uśmiech jeszcze bardziej pomarszczył jego pergaminową
twarz. - Głowa od tego boli.
- Kurde. - Seth pochylił się nad krabami. - Ten zaczyna zrzucać pancerz.
Jim mruknął coś i podniósł kraba z pękającym na grzbiecie pancerzem.
- Jutro ktoś będzie wsuwał tę pannicę z kanapką. - Mrugnął do Setha i wrzucił kraba do zbiornika. - Może nawet ja.
Głuptas, wciąż dostatecznie młody, by zasługiwać na swoje imię,
przysunął nos do klatki, wywołując szybką i brutalną reakcję krabów.
Szczypce kłapnęły, a psiak odskoczył, skomląc.
- Temu psu nie grozi ból głowy. - Jim serdecznie się roześmiał.
*
Nawet kiedy przybili do nabrzeża, wyładowali całodzienny połów i pożegnali się z Jimem, nie było mowy o odpoczynku.
Ethan odsunął się od steru.
- Musimy popłynąć do hangaru. Chcesz poprowadzić?
Oczy chłopca były ukryte za ciemnymi okularami, ale widząc, jak opadła
mu szczęka, mężczyzna domyślił się ich wyrazu. Kiedy Seth wzruszył
ramionami, jakby codziennie miał okazję sterować łodzią, Ethan poczuł
rozbawienie.
- Jasne, czemu nie. - Chłopak spoconymi dłońmi ujął drążek.
Ethan stał obok z rękoma wetkniętymi swobodnie w tylne kieszenie spodni,
lecz z czujnym wzrokiem. Na zatoce panował duży ruch. Piękne sobotnie
popołudnie przyciągnęło weekendowych żeglarzy. Podróż do hangaru nie
była jednak długa, a dzieciak musiał się kiedyś nauczyć prowadzić łódź.
Nie można było żyć w St. Christopher i tego nie umieć.
- Skręć trochę w prawo - rzekł do Setha. - Widzisz tego gościa? To
niedzielny żeglarz. Jeśli nie zmienisz kierunku, wjedzie ci prosto w dziób.
Seth zmrużonymi oczami przyglądał się łódce i ludziom na niej.
- Bo bardziej go interesuje ta dziewczyna w bikini niż wiatr - prychnął.
- Jest niezła.
- Nie wiem, co takiego fajnego jest w babskich cyckach.
Trzeba oddać Ethanowi sprawiedliwość: nie wybuchnął głośnym śmiechem,
tylko z pokerową twarzą pokiwał głową.
- Pewnie między innymi to, że my ich nie mamy.
- I całe szczęście.
- Poczekaj parę lat - mruknął Ethan, wiedząc, że warkot silnika zagłuszy
jego słowa.
I nagle się skrzywił. Co oni, u diabła, zrobią, kiedy ten dzieciak
zacznie dojrzewać? Ktoś będzie musiał z nim porozmawiać o... tych
sprawach. Oczywiście Seth sporo już wiedział o seksie, lecz była to
głównie wiedza brudna i nieprzyjemna. Taka, jaką w swoim czasie,
stanowczo zbyt wcześnie, posiadł również sam Ethan.
Któryś z nich musi wytłumaczyć chłopakowi, i to w miarę szybko, jak to
naprawdę powinno wyglądać, jakie może być. Ethan modlił się, żeby tym
kimś nie musiał być on.
Dostrzegał już w oddali stary ceglany hangar i nowiuśki pomost zbudowany
przez niego i braci. Rozpierała go duma. Może te podziobane cegły i łatany dach nie robiły imponującego wrażenia, lecz on wiedział, że
sprawy idą w dobrym kierunku. Okna budynku, choć przybrudzone, były
przynajmniej nowe i całe.
- Zwolnij przepustnicę i wpływaj powoli.
Ethan machinalnie położył dłoń na sterującej dłoni chłopca. Poczuł, jak
Seth się napina, a potem rozluźnia. Wciąż się denerwował, gdy ktoś
znienacka go dotknął. Ale już było lepiej.
- O, tak. Odrobinę w prawo.
Gdy łódź uderzyła łagodnie o pale, Ethan wyskoczył na pomost i przywiązał cumy.
- Dobra robota. - Simon tylko czekał na jego skinienie, by dać susa za
burtę. Gdy to zrobił, Głuptas wspiął się na reling, szczekając zajadle,
i po chwili wahania ruszył w jego ślady.
- Podaj lodówkę, Seth.
Seth mruknął coś pod nosem, ale bez szemrania podniósł torbę chłodniczą.
- Może dałbyś mi czasem poprowadzić łódź, kiedy łowimy?
- Może.
Zaczekał, aż chłopak wygramoli się na pomost, po czym ruszył do tylnych
drzwi budynku. Były otwarte na oścież, a ze środka dobiegał emocjonalny
śpiew Raya Charlesa. Ethan postawił lodówkę zaraz za drzwiami i wsparł
się dłońmi pod boki.
Kadłub był gotowy. Cam przed wyjazdem do Europy harował jak wół, by
zrobić jak najwięcej. Przygotowali deski i starannie docięli wpusty,
żeby je gładko połączyć.
Giętą w parze ramę dokończyli już we dwóch z Philipem, rysując ołówkiem
linie, a potem powoli, cierpliwie wprowadzając każdy wręg na swoje
miejsce. Kadłub robił wrażenie monolitu: łódź Quinnów nie mogła mieć
żadnych szczelin.
Projekt stanowił przede wszystkim dzieło Ethana, choć i Cam dołożył parę
poprawek. Dno miało kształt litery "U", trudny w budowie, ale
gwarantujący stabilność i szybkość. Ethan zaprojektował dziób z myślą o kliencie, którego znał. Zdecydował się na ostry dziób w stylu
krążownika, atrakcyjny i również sprzyjający rozwijaniu dużych
prędkości. Rufa z kolei miała średnią długość i nadbudówkę, która
wydłużała łódź w stosunku do jej linii wodnej.
Wyglądała zgrabnie i przyciągała wzrok. Ethan rozumiał, że klientowi
zależy na wyglądzie równie jak na sprawności. Wykorzystał Setha do
lakierowania wnętrza łodzi mieszanką złożoną w połowie z gorącego oleju
lnianego, a w połowie z terpentyny. Była to ciężka, niewdzięczna robota,
która mimo ostrożności i rękawic kosztowała go kilka drobnych oparzeń,
ale chłopiec świetnie sobie poradził.
Zlustrował wzrokiem krzywiznę kadłuba. Zdecydował się ją spłaszczyć,
żeby łódź była bardziej przestronna, sucha, z wysoką kabiną. Klient
lubił zabierać w rejsy przyjaciół i rodzinę. I uparł się przy teku, choć
próbowali mu wytłumaczyć, że sosna lub cedr są równie dobrym materiałem
na poszycie kadłuba. Facet miał jednak dość forsy, by folgować swoim
kaprysom i dbać o prestiż, a Ethan musiał przyznać, że były to dobrze
wydane pieniądze. Kadłub prezentował się wspaniale.
Na pokładzie pracował Philip, drugi z braci Ethana. Rozebrany do pasa, z ciemnymi włosami ukrytymi pod czarną czapeczką bez żadnego logo,
założoną daszkiem do tyłu, mocował deski. Co kilka sekund jedwabisty
tenor Raya Charlesa przerywał wysoki zgrzyt elektrycznego wkrętaka.
- Jak idzie? - zawołał Ethan.
Nad relingiem pojawiła się głowa Philipa. Jego twarz anioła męczennika
była mokra od potu, a ciemnozłote oczy zirytowane. Właśnie sobie
powtarzał, że jest, na litość boską, specjalistą od reklamy, a nie
cieślą.
- Dopiero czerwiec, a już jest goręcej niż w piekle. Musimy tu
zamontować jakieś wentylatory. Masz w tej lodówce coś zimnego albo
przynajmniej mokrego? Mnie się wszystko skończyło godzinę temu.
- Odkręć kran w łazience i napij się wody - odparł ze stoickim spokojem
Ethan, schylając się, by wyjąć napój z lodówki. - To taki nowy
wynalazek.
- Bóg jeden wie, co pływa w tej wodzie. - Philip złapał rzuconą przez
brata puszkę i skrzywił się na widok logo. - Tu przynajmniej piszą,
jakie chemikalia wpuścili.
- Wybacz, eviana wypiliśmy z Jimem. Wiesz, że ma fioła na punkcie
bajeranckich napitków. Żłopie je hektolitrami.
- Pieprz się - burknął Philip, ale bez gniewu. Wychłeptał pepsi, po czym
uniósł brwi, gdy Ethan wspiął się na górę, by obejrzeć jego dzieło.
- Nieźle.
- O rany, dzięki, szefie. Dostanę podwyżkę?
- Jasne, podwoję ci pensję. Seth jest dobry z matmy. Seth, ile jest zero
plus zero?
- Podwójne zero - odparł z zawadiackim uśmiechem chłopak.
Ręce go świerzbiły, by wypróbować elektryczny wkrętak. Do tej pory nikt
nie pozwalał mu dotknąć żadnego z urządzeń.
- W takim razie stać mnie teraz na rejs na Tahiti.
- Jeśli nie masz nic przeciwko myciu się w wodzie z kranu, idź się
spryskać, a ja dokończę robotę.
Dla brudnego, spoconego i zgrzanego jak diabli Philipa była to kusząca
propozycja. Z rozkoszą zabiłby trzech zupełnie obcych ludzi za kieliszek
zimnego wina pouilly-fuisse. Wiedział jednak, że Ethan wstał przed
świtem i ma za sobą to, co normalny człowiek uważałby za całodzienną
pracę.
- Wytrzymam jeszcze parę godzin.
- Świetnie. - Ethan bynajmniej nie spodziewał się innej odpowiedzi.
Philip lubił zrzędzić, ale zawsze wywiązywał się z obowiązków. - Myślę,
że damy radę skończyć dziś ten pokład.
- Mógłbym...
- Nie - odparli jednocześnie Ethan i Philip, wyprzedzając pytanie Setha.
- Niby czemu? - zapytał niecierpliwie. - Nie jestem debilem. Nie zabiję
nikogo jakimś głupim wkrętakiem.
- Bo sami lubimy się nim bawić - rzekł z uśmiechem Philip. - A jesteśmy
więksi od ciebie. Masz. - Sięgnął do tylnej kieszeni, wyjął portfel i wyłowił z niego pięciodolarówkę. - Idź do Crawforda i kup mi parę
butelek wody. Jak nie będziesz marudził, możesz sobie za resztę kupić
lody.
Seth nie marudził, ale zanim wyszedł, przywołując przedtem do siebie
psa, mruknął pod nosem coś o tym, że robi się z niego niewolnika.
- Kiedy będziemy mieli trochę czasu - rzekł Ethan - powinniśmy mu
pokazać, jak używać narzędzi. Ma sprawne ręce.
- Owszem. Po prostu chciałem się go na chwilę pozbyć. Nie zdążyłem ci
wczoraj powiedzieć, że detektyw wytropił Glorię DeLauter aż w Nags Head.
- Więc jedzie na południe. - Podniósł wzrok, by spojrzeć bratu w oczy. -
Dorwał ją?
- Nie, wciąż się przemieszcza i wydaje forsę. Dużo forsy. - Zacisnął
szczęki. - Ma co wydawać, biorąc pod uwagę, ile ojciec zapłacił jej za
Setha.
- Nie wygląda, jakby miała zamiar tu wrócić.
- Powiedziałbym, że dzieciak interesuje ją mniej niż zeszłoroczny śnieg.
- Jego własna matka była taka sama. Nigdy nie spotkał Glorii DeLauter,
ale mimo to dobrze ją znał i głęboko nią pogardzał. - Jeśli jej nie
znajdziemy - dodał, chłodząc czoło zimną puszką - nigdy nie poznamy
prawdy o tacie. Ani o Secie.
Ethan skinął głową. Wiedział, że Philip traktuje te poszukiwania jak
misję i że prawdopodobnie ma rację. Zastanawiał się tylko, i to
stanowczo zbyt często, co zrobią, gdy już tę prawdę poznają.
*
Po czternastogodzinnym dniu pracy marzył jedynie o długim prysznicu i zimnym piwie. Połączył więc jedno z drugim. Potem samotnie zjadł na
tylnej werandzie kanapki, które kupili na kolację, podczas gdy w domu
Seth i Philip spierali się, jaki film najpierw obejrzeć. Arnold
Schwarzenegger walczył z Kevinem Costnerem; Ethan już dawno postawił na
Arnolda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki