Wstęp - Dlaczego twoje modlitwy powinny być niebezpieczne
Hej, Craig, wierzysz, że Bóg wciąż czyni cuda?
- Oczywiście - odpowiedziałem.
- To dobrze, bo twoje modlitwy są beznadziejne.
Próbowałem śmiać się razem z nim, ale żart mojego przyjaciela mi dopiekł - głównie dlatego, że był trafny. Wspólnie wyszliśmy ze spotkania modlitewnego; było to krótko po tym, jak zacząłem służbę. Mój kumpel znał mnie na tyle dobrze, żeby się ze mną droczyć, ale przypuszczam, że tym razem chciał mi także coś uświadomić. Zaniemówiłem i nie próbowałem się bronić, przyswajając sobie prawdę jego obserwacji. Nie mogłem zaprzeczyć, że ubrał w słowa sekret, który już znałem, ale nie chciałem się do niego przyznać: moje modlitwy były żałosne.
Już jako młody pastor powinienem był zgłębić tajniki modlitwy. To - obok nauczania i udzielania błogosławieństwa po nabożeństwie - jeden z zawodowych obowiązków, który powinienem opanować do perfekcji. Jednak odmawianie w skupieniu długich, wymownych i gorliwych modlitw do Boga-którego-nie-mogłem-zobaczyć zawsze stanowiło dla mnie wyzwanie. Nie czułem się dobrze, modląc się archaizmami króla Jakuba - jakbym próbował recytować Szekspira. Ale nie satysfakcjonowało mnie też bezładne paplanie w kumpelskim tonie ze Stwórcą i Podporą Wszechświata.
A kiedy już się modliłem, miałem problem z długim utrzymaniem skupienia. Doprowadzało to do tego, że następnym razem próbowałem jeszcze mocniej. Ale niezależnie od tego, jak bardzo się starałem, prędzej czy później wszystko wracało do starej rutyny. Moja modlitwa była o tych samych sprawach. W ten sam sposób. Zazwyczaj mniej więcej o tej samej porze.
Wspominając to, zastanawiam się, czy czasem Boga nie zanudzały moje modlitwy. Kiedy mówiłem: "Panie, okaż nam łaskę w podróży i zapewnij nam bezpieczeństwo", mogłem wyobrazić sobie, jak odpowiada: "Czym się martwisz? Po prostu nie przekraczaj dozwolonej prędkości i zapnij pasy. Wszystko będzie dobrze". Albo kiedy modliłem się: "Boże, pobłogosław nasz posiłek", po prostu wiedziałem, że musi myśleć sobie: "Serio? Mam pobłogosławić zapiekany makaron z serem z pudełka i trochę frytek?".
W miarę studiowania Biblii zdumiewała mnie różnorodność modlitw wypowiadanych przez Bożych ludzi. Oni prosili nie tylko o bardzo osobiste sprawy - na przykład poczęcie dziecka
(1 Sm 1,27) - ale także bardzo praktyczne, jak jedzenie i zapasy (Mt 6,11) czy ucieczkę od wrogów (Ps 59,1-2). Czasami zdawali się delikatnie szeptać do kochającego Boga. Innym razem wrzeszczeli na Niego w cierpieniu i frustracji.
Często szczerze błagali Boga. Później próbowali wykrzyczeć swój ból i narzekali na Niego jak zmęczony brzdąc wierzgający w ramionach rodzica. Modlili się o odwagę, by dzielić się swą wiarą z innymi. Modlili się, żeby upadły ściany - te wewnętrzne i te zewnętrzne. Daniel modlił się, żeby paszcze głodnych lwów pozostały zamknięte, a Jonasz, żeby brzuch głodnego wieloryba został otwarty. Gedeon modlił się, żeby jego runo było mokre jednego dnia, a suche następnego. Boży ludzie modlili się, gdy byli upojeni szczęściem i gdy przytłaczał ich żal.
Ich modlitwy były szczere. Desperackie. Zapalczywe. Odważne. Prawdziwe.
I oto ja - modlący się, żeby Bóg miał mnie w opiece i pobłogosławił mój makaron i frytki.
Mój przyjaciel miał rację.
Moje modlitwy były beznadziejne.
Może masz podobnie. To nie tak, że nie wierzysz w modlitwę. Wierzysz. Ale utknąłeś w rutynie. Modlisz się na temat tych samych zmagań i masz te same prośby. Modlisz się w ten sam sposób. O tej samej porze. Jeśli w ogóle się modlisz. Jak ja, pewnie wiesz, że powinieneś modlić się więcej. I z większą pasją. Większą wiarą. Chcesz rozmawiać z Bogiem i słuchać Go. Prowadzić zażyłą konwersację jak w małżeństwie lub z najlepszym przyjacielem. Naprawdę chcesz, ale nie jesteś pewien jak. Więc twoje modlitwy pozostają bezpieczne.
Płaskie. Nijakie. Przewidywalne. Banalne.
Nudne.
Uwaga mojego przyjaciela była dla mnie sygnałem, że najwyższy czas na zmianę w moim życiu modlitewnym. Zbyt długo tolerowałem nudne jak flaki z olejem, pozbawione wiary, w zasadzie puste modlitwy. Wiedziałem, że Bóg chciał dla mnie więcej i chciałem mieć z Nim bliższą relację, chociaż nie miałem pewności, czego to będzie ode mnie wymagać.
Drogę do osiągnięcia celu rozpocząłem od rozpakowania swojego bagażu duchowego. Byłem głęboko zawstydzony moim nieprzekonującym życiem modlitewnym - ja, pastor. Jeśli kiedykolwiek czułeś, że z twoim życiem modlitewnym może być coś nie tak, postaw się na miejscu pastora. Powinienem być wojownikiem modlitwy - pełnym zagorzałej, niepohamowanej wiary i nieokiełznanej mocy Ducha Świętego. Jednak gdy próbowałem się modlić, moje myśli gdzieś odpływały.
W połowie modlitwy, czy to w myślach, czy na głos, mój mózg wędrował od jednej sprawy do kolejnej: Boże, któryś jest w niebie, proszę o uzdrowienie mojej chorej na raka przyjaciółki. Zadziałaj teraz w jej życiu, w imieniu... Koniecznie muszę pojechać do szpitala, żeby ją znowu odwiedzić. Chwila, nie wymieniłem jeszcze oleju w samochodzie. I skończyły się płatki śniadaniowe. Dzieciaki mnie zabiją. A Amy ma dziś wizytę u lekarza - czy my mamy opłacone ubezpieczenie? Niesamowite, ile się dzieje w tym roku! A tak, kazanie na ten tydzień - wciąż nie wymyśliłem dobrego porównania... Och, przepraszam Panie, o czym to my rozmawialiśmy?
Jakby tego było mało, zawsze przerażały mnie spotkania modlitewne. (Co ty wiesz o poczuciu winy). Ciągnęły się w nieskończoność i trzeba było siedzieć z ludźmi, którzy nie dość, że potrafili się modlić, to jeszcze to uwielbiali. Nie wspominając o tym, że trzymanie się za ręce podczas modlitwy bardzo szybko robiło się niezręczne. Po jednej stronie zawsze trafi ci się Pani Imadło. Im głośniej się modli, tym mocniej ściska. "Boże, wyrzekamy się pokus diabła, W IMIĘ JEZUSA!" Ścisk. Ścisk. Ścisk. Knykcie ci bieleją i tracisz czucie do łokcia. Za to po drugiej stronie masz Śniętą Rybę. Zimna dłoń bez tętna ledwie chwyta twoją. Imadło odcina ci krążenie, a lepką kończynę Śniętej Ryby podawaną ci zamiast dłoni najchętniej byś całkiem zignorował.
Zawsze znajdzie się też Mocarz Modlitwy - osoba, która lubuje się w głośnej i dumnej modlitwie. No wiesz, ten, co to zawsze przytacza dziesiątki wersetów biblijnych i sprawia, że jeszcze bardziej tu nie pasujesz. "Boże, w 28 rozdziale Księgi Powtórzonego Prawa powiedziałeś, że umieścisz nas zawsze na czele, a nie na końcu. Panie, wiemy z Ewangelii Jana 3,16, że tak umiłowałeś świat". Z tyloma liczbami rzucanymi na lewo i prawo pod koniec czujesz się, jakbyś był na wykładzie z rachunkowości.
No i zostaje jeszcze Zawodnik. Gdy zaczynałem studia na chrześcijańskim uniwersytecie, często doświadczałem takiego modlitewnego współzawodnictwa z moim współlokatorem. Modlił się głośno i długo z wielką pewnością siebie, podkreślając, ile wie o Bogu i Biblii. Ulegając presji, żeby nie być gorszym, stawiałem sobie poprzeczkę wyżej, ale zwykle się z tym zagalopowywałem. Jako że moja znajomość Biblii nie była wtedy zbyt dobra, po prostu szastałem określeniami, które brzmiały potężnie i biblijnie. "Boże, powiedziałeś w Piśmie, że jesteś nie tylko Jahwe-Jireh, ale też Jahwe... yyy... pomyślmy... yyy... Jahwe-Ni... yyy... Nissan. Tak, jesteś Jahwe NISSAN! I, Panie, jesteś dobry. Jesteś dobry do... yyy... do... Boże, jesteś dobry do ostatniej kropli. I Twoje Słowo jest tak słodkie, jak miód na naszych ustach, i smakuje tak dobrze... Ono... yyy... Ono rozpuszcza się... w naszych ustach... a nie w naszych dłoniach. O Panie, jak dobry sąsiad... jesteś zawsze przy nas!"
To nie były moje jedyne problemy z modlitwą. Często po prostu nie widziałem w niej sensu. Wydawało mi się, że Bóg zazwyczaj natychmiast reagował na moje błahe zachcianki, jak wtedy, gdy prawie żartem poprosiłem Go o naprawienie naszej zepsutej klimatyzacji, i to zrobił. Innym razem pościłem przez wiele dni i miesiącami wypruwałem sobie flaki, modląc się, żeby Bóg uzdrowił mojego przyjaciela, i nic z tego. Czasem wierzyłem w moc modlitwy, a czasem zastanawiałem się, czy to nie jest jedna wielka strata czasu.
Od tamtego czasu nauczyłem się już trochę na temat modlitwy. Po pierwsze, Bóg nienawidzi wystawnych modłów, więc nie ulegaj presji. Nie ma właściwszej drogi niż bycie z Nim szczerym
i otwartym. Jezus wielokrotnie upominał faryzeuszy za odmawianie długich, głośnych, wyszukanych modlitw, którym brakło autentyczności. Chrystus nas nauczył: "Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać
Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę" (Mt 6,5).
To nie długie, głośne i wyszukane modlitwy poruszają Boga, tylko te proste, autentyczne, płynące z głębi serca. Ale proste to nie znaczy bezpieczne. I to jest właśnie powód, dla którego piszę tę książkę. Największym błędem, jaki popełniałem w moim życiu modlitewnym, i powodem beznadziejności moich modlitw, był fakt, że modliłem się zbyt bezpiecznie. Kiepska, nieprzekonująca rozmowa z Bogiem pozwalała pozostać w mojej strefie komfortu. Moje modlitwy nie były ani gorące, ani zimne. Były letnie. Ale bezpieczne, ciepławe modlitwy nie zbliżają nas do Boga ani nie pomagają w odkrywaniu Jego miłości do świata.
Modlitwy są z natury niebezpieczne.
Ta myśl zaświtała mi w głowie, gdy czytałem, jak Jezus rozmawiał ze swoim Ojcem w Ogrodzie Oliwnym na krótko przed tym, jak oddał życie na krzyżu. Wiedząc, co ma się wydarzyć, Jezus pytał Boga, czy jest jakiekolwiek inne wyjście. Potem Jezus, nie któryś z apostołów czy inna osoba z Biblii, tylko J-E-Z-U-S, Syn Boży, odmówił bezbronną i niebezpieczną modlitwę podporządkowania się woli Bożej: "Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!" (Łk 22,42).
Jezus nigdy nie oczekuje od nas czegoś, czego nie zrobiłby sam. Wzywa nas do życia w wierze, nie w wygodzie i bezpieczeństwie.
Syn Boży zachęca, byśmy zamiast przychodzić do Niego po bezpieczniejsze, łatwiejsze, bezstresowe życie, podjęli ryzyko pokochania innych bardziej niż siebie. Zamiast spełniać codzienne pragnienia, wyrzekli się ich na rzecz czegoś wiecznego. Zamiast żyć zachciankami, podążali za Jego przykładem, dźwigając swój krzyż. W tej książce zagłębimy
się w powyższe myśli poprzez trzy potężne modlitwy zaczerpnięte z Pisma. Może te trzy modlitwy są krótkie. Może są zwyczajne. Może są prostolinijne. Ale nie są bezpieczne.
W trzech kolejnych częściach książki spróbujemy poszerzyć naszą wiarę, powiększyć serce i otworzyć życie na Boga przy pomocy tych trzech niebezpiecznych modlitw:
"ZBADAJ MNIE"
"ZŁAM MNIE"
"POŚLIJ MNIE".
Gdy dążymy do rozmowy z Bogiem w autentycznej, bezbronnej i bliskiej modlitwie, On nie otacza nas bańką duchowego bezpieczeństwa. Zamiast tego przebija naszą bańkę a-co-z-tego--będę-miał i zaprasza nas do zaufania Mu, mimo że nie wiemy, co nas czeka. Czasem czujemy Jego błogosławieństwo. Innym razem stawiamy czoła wyzwaniom, przeciwnościom i prześladowaniu. Ale każda chwila niebezpiecznej modlitwy wypełniona jest Jego obecnością.
Obawiam się, że dla wielu ludzi modlitwa jest jak kupowanie losu na loterii, w której główną nagrodą jest szansa na bezproblemowe, bezstresowe, bezbolesne życie na ziemi. Dla innych modlitwa to ledwie sentymentalna rutyna, jak recytowanie tekstu ulubionej piosenki lub ukochanej rymowanki z dzieciństwa. Są też tacy, którzy modlą się tylko dlatego, że gdy tego nie robią, to sumienie gryzie ich jeszcze bardziej.
Ale żadna z tych modlitw nie odzwierciedla życia, jakie Jezus przyszedł nam dać.
Jezus wzywa, żeby porzucić wszystko i Go naśladować.
Kiedy bogaty i wpływowy młodzieniec podszedł do Jezusa, żeby zadać kilka ważnych duchowych pytań, On nie dał mu żadnej taryfy ulgowej. Zamiast tego "spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: "Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!"" (Mk 10,21).
Od zawsze poruszało mnie to, że zanim Jezus dał mu śmiałe zadanie zostawienia wszystkiego, okazał mu miłość. Chciał jak najlepiej dla tego człowieka. Człowieka, który na zewnątrz miał wszystko, a jednak wciąż żył z pustką w środku. Jezus okazał mu miłość i wręcz wyzwał do porzucenia wszystkiego, co miał, i pójścia za Nim.
To nie tak, że Jezus tylko od innych wymagał zawierzenia swojego losu Bogu. Jego życie też było przykładem niebezpiecznej wiary. Dotykał trędowatych. Okazywał łaskę cudzołożnym. I odważnie stawiał czoła niebezpieczeństwu. Potem powiedział, że jesteśmy zdolni do czynów takich samych i większych.
I właśnie dlatego nie możemy poprzestać na zwyczajnych prośbach do Boga o pobłogosławienie naszego jedzenia czy prostym "bądź z nami w tym dniu".
Jesteś gotowy na więcej? Masz dość unikania ryzyka? Jesteś gotowy na śmiałe, przepełnione wiarą i szacunkiem do Boga, zmieniające życie i świat modlitwy?
Jeśli tak, ta książka jest dla ciebie.
Ale ostrzegam. Będą wyboje. Gdy zaczniesz modlić się poprzez "zbadaj mnie, złam mnie, poślij mnie", oprócz gór mogą też być doliny. Ataki. Próby. Ból. Trud. Zniechęcenie. Nawet złamane serce. Ale będzie także radość wiary, fenomen cudów, ulga podporządkowania i przyjemność przynoszenia radości Bogu.
Czas skończyć z bezpiecznymi modlitwami.
Czas zacząć rozmawiać, prawdziwie rozmawiać, i prawdziwie słuchać Boga.
Czas na niebezpieczne modlitwy.