Niebezpieczne kobiety - Patryk Vega

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Za­dy­miara

Pa­tryk Vega: Jak to moż­liwe, że udu­cho­wiona pro­jek­tantka wnętrz stała się taką ostrą po­li­cjantką?

Sier­żant Ka­ta­rzyna Myko: Po­mysł zro­dził się w mo­jej gło­wie, kiedy by­łam jesz­cze na­sto­latką. Mój wu­jek i ciotka byli po­li­cjan­tami. No i przy oka­zji ro­dzin­nych im­prez wu­jek czę­sto roz­ma­wiał z dziad­kiem na te­maty za­wo­dowe. Słu­cha­łam tego z wiel­kim za­cie­ka­wie­niem, bo wu­jek bar­dzo mi im­po­no­wał.

A o czym opo­wia­dał?

O pracy po­li­cyj­nej, o róż­nych za­bój­stwach, wła­ma­niach. Wu­jek był na­czel­ni­kiem wy­działu kry­mi­nal­nego, miał więc do czy­nie­nia z ta­kimi spra­wami.

Pa­mię­tam na przy­kład, że opo­wia­dał kie­dyś, jak roz­bił szajkę, która han­dlo­wała pa­pie­ro­sami. To zro­biło na mnie wra­że­nie. No i chyba wtedy po­ja­wił się w mo­jej gło­wie po­mysł, żeby zo­stać po­li­cjantką. Acz­kol­wiek na po­czątku nie­wiele na to wska­zy­wało. Skoń­czy­łam li­ceum pla­styczne i zaj­mo­wa­łam się pro­jek­to­wa­niem wnętrz. Ale po­tem wy­szłam pierw­szy raz za mąż za po­li­cjanta, co było zresztą to­tal­nym błę­dem. (śmiech)

Z ja­kiego był pionu?

Pra­co­wał w pa­trolu, a po­tem po­szedł do ru­chu dro­go­wego. Tylko że to był taki typ czło­wieka, który cały sens swo­jego ży­cia upa­truje w pracy. To go okre­ślało. Do tej pory tak zresztą jest. No i ja mu za­zdro­ści­łam, bo sama spę­dza­łam po kil­ka­na­ście go­dzin dzien­nie przy kom­pu­te­rze i mia­łam już tego dość.

Jako pro­jek­tantka?

Tak. Za­ra­bia­łam dużo więk­sze pie­nią­dze niż obec­nie.

A ile za­ra­biasz te­raz?

Wstyd mó­wić. Dwa ty­siące sie­dem­set zło­tych na rękę.

Po ilu la­tach pracy?

Pra­wie sze­ściu. Tak że to jest śmiech na sali. Wra­ca­jąc jed­nak do mo­jego mał­żeń­stwa: za­zdro­ści­łam mu tego, że on przy­cho­dził do domu i miał czas dla sie­bie. Ja ta­kiego czasu nie mia­łam. Cią­gle pra­co­wa­łam, a ma­rzy­łam o tym, żeby usiąść na ka­na­pie z kub­kiem her­baty w ręku i od­po­cząć.

Poza tym całe to mał­żeń­stwo było po­chopne i nie­udane. Skoń­czyło się zresztą w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach. W pew­nym mo­men­cie mu­sia­łam przed nim ucie­kać. Nie­raz mnie stra­szył, że jak od niego odejdę, to wy­rzuci mnie przez bal­kon i po­wie, że po­peł­ni­łam sa­mo­bój­stwo.

A dla­czego w ogóle z nim by­łaś? Za­ko­cha­łaś się?

Czy ja się w nim za­ko­cha­łam? Te­raz nie je­stem w sta­nie tego stwier­dzić. Chyba po­do­bało mi się w nim to, że jest taki za­radny i od­po­wie­dzialny. Za­wsze zde­cy­do­wany i kon­kretny. Tylko że to się póź­niej ob­ró­ciło prze­ciwko mnie, bo on chciał siłą wejść w moje ży­cie i kon­tro­lo­wać je na każ­dym eta­pie.

A ile trwał wasz zwią­zek?

Pra­wie sześć lat.

Od po­czątku się psuło?

Nie. Jak za niego wy­szłam, mia­łam dwa­dzie­ścia lat. Emo­cjo­nal­nie by­łam jesz­cze dziec­kiem. Przed nim mia­łam tylko jed­nego chło­paka. Póź­niej sku­pi­łam się na za­ra­bia­niu pie­nię­dzy, a nie na im­pre­zo­wa­niu i ży­ciu to­wa­rzy­skim. Ża­ło­wa­łam tego.

A jak wy­glą­dały twoje pierw­sze kroki w po­li­cji?

Tra­fi­łam od razu do kry­mi­nal­nych. Ani jed­nego dnia nie ro­bi­łam na pa­trolu. I na dzień do­bry po­sa­dzili mnie z taką wredną dziew­czyną. W pierw­szej chwili po­my­śla­łam so­bie: "O, faj­nie, z ko­bietą będę sie­działa". Ale ona mi na star­cie po­wie­działa:

- Słu­chaj, jak mi na­czel­nik do­da­tek pod­nie­sie, to ci będę po­ma­gała. A jak nie, to radź so­bie sama.

My­ślę: "Ja pier­dolę, co ja te­raz zro­bię?". A wiesz, dali mi od razu ja­kieś sprawy, kwity, a ja nie wie­dzia­łam w ogóle, co to jest i co z tym zro­bić, bo w szkole nas tego nie uczyli.

To był od­dział śled­czy?

Tak. Ja tam bar­dzo szyb­ciutko sta­wia­łam ko­lejne kroki w ka­rie­rze. Za­czę­łam od re­je­stró­wek, trzy mie­siące póź­niej mia­łam już po­waż­niej­sze sprawy, a na sam ko­niec po­bi­cia i gwałty. Pra­co­wa­łam w Wy­dziale do Walki z Prze­stęp­czo­ścią Prze­ciwko Ży­ciu i Zdro­wiu.

Jak się tam w ogóle do­sta­łaś? Bo naj­pierw mia­łaś kurs pod­sta­wowy.

Tak jak każdy. To był dla mnie dra­mat - pani biz­ne­swo­man ode­rwana gra­na­tem od kom­pu­tera.

A gdzie by­łaś w tej szkole?

W Słup­sku. Przez sie­dem mie­sięcy. Pa­mię­tam, że mia­łam ta­kiego tre­nera, który był strasz­nym ka­tem. Jak sta­ły­śmy w rządku, ta­kie lale, to on pa­trzył na nas i mó­wił:

- Oooooo! Gwiazdy! Ja was, kurwa, za­je­bię!

No i ćwi­czy­ły­śmy musz­try i inne za­prawy. A mnie się chciało pła­kać.

My­śla­łam so­bie: "Kurwa, co ja tu ro­bię?". Za­wsze spo­cona, nogi po­ob­cie­rane. Nie mia­ły­śmy na­wet czasu na to, żeby iść do ki­bla. Taki rytm był. Ja by­łam przy­zwy­cza­jona do tego, że późno się kładę i wstaję też późno. A tam trzeba było się kłaść wcze­śniej, bo i wcze­śnie się wsta­wało. Mia­ły­śmy taki sys­tem, że jedna wstaje o pią­tej, druga o pią­tej dwa­dzie­ścia, trze­cia o pią­tej czter­dzie­ści, bo na szó­stą trzeba na od­prawę.

No i co? Nie mia­łaś od­ru­chu, żeby stam­tąd ucie­kać?

Mia­łam. Mó­wi­łam so­bie: "Nie, to nie dla mnie". Ale po­tem za­czę­łam so­bie po­wta­rzać: "Aaaa, jesz­cze ty­dzień wy­trzy­mam". No i na tej za­sa­dzie prze­trwa­łam. Po­tem już się wdro­ży­łam.

Z czego mie­li­ście wy­kłady na tej uczelni?

Głów­nie z pre­wen­cji.

To was in­te­re­so­wało?

Tak przy­naj­mniej uwa­żali nasi wy­kła­dowcy.

A nie było ja­kichś wy­kła­dów z kry­mi­na­li­styki, oglę­dzin miej­sca zbrodni?

Nie było w ogóle ta­kich rze­czy. Mie­li­śmy wy­kłady tylko z ty­powo pa­tro­lo­wych te­ma­tów. Póź­niej do­piero do­szły szko­le­nia z oglę­dzin. Ale to też był ko­smos. Bo nor­mal­nie robi się to ina­czej, chyba że są ja­kieś po­ważne sprawy.

A jak się to robi pra­wi­dłowo?

Wszystko mu­sisz no­to­wać w spe­cjal­nych pro­to­ko­łach. Już wcho­dząc do bu­dynku, w któ­rym do­szło do za­bój­stwa, pi­szesz na przy­kład: "Bu­dy­nek typu ta­kiego a ta­kiego, znaj­du­jący się po le­wej stro­nie wjazdu do ulicy od strony pół­noc­nej czy po­łu­dnio­wej... Za drzwiami do bu­dynku znaj­duje się klatka scho­dowa o licz­bie tylu a tylu scho­dów". I tak da­lej. Pa­mię­tam, że oglę­dziny jed­nego po­koju ro­bi­li­śmy osiem go­dzin.

A po co to tak szcze­gó­łowo opi­sy­wać?

No wła­śnie sama nie wiem. Chyba po to, żeby sę­dzia, który czyta ten ra­port, mógł so­bie wy­obra­zić, jak to wszystko wy­glą­dało. Acz­kol­wiek można mieć nie­złą bekę z tych opi­sów.

Ale tak re­al­nie - czyta to kto­kol­wiek?

My­ślę, że nie. Poza tym w rze­czy­wi­sto­ści tylko na­prawdę ważne sprawy opi­suje się tak do­kład­nie. Acz­kol­wiek i tak nie od­no­to­wuje się każ­dego szcze­gółu, który znaj­duje się w po­miesz­cze­niu, tylko pi­sze się, że na przy­kład po le­wej stro­nie po­miesz­cze­nia jest za­bu­dowa me­blowa, na wprost są okna, a po pra­wej stro­nie stoi ka­napa. No i przyj­mu­jesz so­bie stałe punkty od­nie­sie­nia, tak zwane SPO.

Na czym to po­lega?

Na przy­kład jed­nym punk­tem od­nie­sie­nia jest ściana po le­wej stro­nie, a dru­gim ściana z oknami. No i po­wiedzmy, że w od­le­gło­ści pięć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów od SPO1 i dzie­się­ciu od SPO2 znaj­duje się ja­kiś ślad, przy­kła­dowo łu­ska. Z ko­lei oglę­dziny zwłok opi­suje się w od­dziel­nym pro­to­kole.

I co pi­szesz?

Przy oglę­dzi­nach zwłok musi być pro­ku­ra­tor i to w za­sa­dzie on po­wi­nien te oglę­dziny prze­pro­wa­dzać ra­zem z le­ka­rzem są­do­wym. My je­ste­śmy ewen­tu­al­nie pro­to­ko­lan­tami.

A co mówi taki le­karz?

Mówi, jaki jest wzrost de­nata, jaka waga, ko­lor oczu, za­rost, włosy, stan roz­kładu, stę­że­nie po­śmiertne i tak da­lej. Wszystko po ko­lei. Za­wsze za­gląda się też w kro­cze.

Po co?

Żeby spraw­dzić, czy na­rządy płciowe są mę­skie czy żeń­skie.

Na­wet jak wi­dać to po tru­pie?

Tak. Trzeba mieć pew­ność. Zwraca się też uwagę na znaki szcze­gólne ta­kie jak bli­zny czy ta­tu­aże. To wszystko trzeba opi­sać w pro­to­kole.

A zda­rzały się ja­kieś za­bawne sy­tu­acje na tych wa­szych wy­kła­dach?

Zda­rzały się, bo nie­któ­rzy wy­kła­dowcy to byli tacy lu­dzie, któ­rzy ni­gdy nie pra­co­wali na ulicy. Za­wsze da­wa­li­śmy im ja­kieś pseu­do­nimy. Na jed­nego mó­wi­li­śmy na przy­kład "Su­per Ma­rio" - fa­cet był bar­dzo po­dobny do tej po­staci z gier wi­deo. No i oni wy­da­wali się to­tal­nie ode­rwani od rze­czy­wi­sto­ści. Uczyli nas ta­kich sztyw­nych for­mu­łek, które trzeba wy­po­wia­dać na przy­kład w trak­cie le­gi­ty­mo­wa­nia. W stylu: "Na pod­sta­wie ar­ty­kułu pięt­na­stego Ustawy o Po­li­cji...". Ciężko to było w ogóle za­pa­mię­tać, ale jak od­gry­wa­li­śmy scenki przed wy­kła­dow­cami, to mu­sie­li­śmy je po­wta­rzać.

Tak swoją drogą... w pew­nym mo­men­cie wda­łam się w ro­mans z jed­nym z nich.

Ile lat był od cie­bie star­szy?

Z pięć-sześć. Ja się w ogóle zna­łam z nim wcze­śniej. On był mę­żem po­li­cjantki, która przy­jaź­niła się z moją ko­le­żanką. Po­zna­li­śmy się na Ma­zu­rach. Ale tak bar­dzo prze­lot­nie, pa­mię­tam, że na­wet nie ga­da­li­śmy ze sobą za dużo. Za­pa­mię­ta­łam tylko, że był przy­stojny.

A jak cię po­de­rwał?

To w za­sa­dzie samo wy­szło. Zo­ba­czy­łam go po trzech mie­sią­cach po­bytu w szkole. On aku­rat wró­cił ze zwol­nie­nia le­kar­skiego.

Czemu był na zwol­nie­niu?

Bo upu­ścił so­bie kra­węż­nik na stopę.

Jak to?

Był tro­chę na­wa­lony, chciał się po­pi­sać przed zna­jo­mymi i prze­nieść kra­węż­nik. Skoń­czyło się tak, że miał całą stopę po­gru­cho­taną. Po­ka­zy­wał mi po­tem zdję­cie rent­ge­now­skie, ma­sa­kra. Każda kość po­prze­su­wana w inną stronę.

W każ­dym ra­zie we­szłam pew­nego dnia na salę wy­kła­dową i zo­ba­czy­łam zna­jomą twarz. Tak się przy­glą­dam i my­ślę, że po­dobny do tego zna­jo­mego. Oka­zało się, że to on i że pro­wa­dzi za­ję­cia z ru­chu dro­go­wego.

Mó­wię:

- Kurde, ty tu? Ale nu­mer.

Wy­wią­zała się gadka szmatka, a na od­chodne on po­wie­dział:

- Przyjdź do mnie póź­niej, to po­ga­damy.

Pa­mię­tam, że wzię­łam ja­kieś pa­piery ze sobą, że niby coś tam mia­łam u niego za­li­czyć. Po­tem za­czę­li­śmy pi­sać do sie­bie SMS-y, spo­ty­kać się.

Czę­sto?

Nie, bo nie było na to czasu. Naj­czę­ściej spo­ty­ka­li­śmy się poza szkołą. Na te­re­nie pla­cówki wszystko było ofi­cjal­nie. Na­wet nie mó­wi­li­śmy do sie­bie na "ty".

A gdzie do­kład­nie się spo­ty­ka­li­ście?

W ta­kim ho­telu pa­rę­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Słup­ska.

Aż tak?

No tak. Bo w Słup­sku wszy­scy go znali. On był miej­scowy i nie chciał ro­bić cyr­ków. Tylko wiesz, pod­stawą ca­łego tego ro­mansu nie był na­wet seks. Mię­dzy nami na­wią­zała się taka bar­dzo przy­ja­ciel­ska re­la­cja. Po cza­sie my­ślę, że tro­chę się w nim za­ko­cha­łam.

Dla­czego?

Był po pro­stu faj­nym fa­ce­tem. Do­ga­dy­wa­li­śmy się. On był taki... bez­pre­ten­sjo­nalny. Bo wiesz, strasz­nie aler­gicz­nie re­aguję na fa­ce­tów, któ­rzy mó­wią mi, jak na przy­kład mam się za­cho­wy­wać. Nie lu­bię, kiedy ktoś pró­buje mi coś na­rzu­cić. Uwa­żam, że je­żeli chce się z kimś być, trzeba za­ak­cep­to­wać to, jaki ten ktoś jest. Nie zmie­niać w nim ni­czego. Jak ktoś ma na­wyk, kurwa, rzu­ca­nia skar­pe­tek na pod­łogę, no to ja tego na­wyku go nie od­uczę. Ewen­tu­al­nie za­cznę te skar­petki zbie­rać albo je zo­sta­wię - na tej za­sa­dzie.

A czemu nie po­cią­gnę­li­ście tego da­lej?

Od po­czątku nie li­czy­łam na to, że bę­dzie z tego coś wię­cej. To zna­czy po­dej­rze­wam, że gdy­by­śmy się zwią­zali ze sobą, toby nam wy­szło. No ale tak się nie stało.

A ma­cie jesz­cze kon­takt?

Tak, od czasu do czasu na­pi­szemy do sie­bie ma­ila. Ale nie wi­dzie­li­śmy się od dawna. On mi kie­dyś po­wie­dział, że gdy­bym dała mu do zro­zu­mie­nia, że chcę z nim być, to on był go­towy zo­sta­wić dla mnie żonę i dziecko. Nie zro­bi­łam tego jed­nak. Tak wy­szło.

Co po­czu­łaś, kiedy ci to po­wie­dział?

Po­my­śla­łam so­bie, że wi­docz­nie tak miało się to po­to­czyć. Bo je­śli on chciał cze­goś wię­cej, to prze­cież sam mógł mi o tym po­wie­dzieć. Ale też nie wiem, czy chcia­ła­bym się wpa­ko­wać w taką re­la­cję. Bu­do­wać swoje szczę­ście na nie­szczę­ściu ko­goś in­nego.

Tę­sk­ni­łaś za nim?

Tak, tę­sk­ni­łam, ale nie mia­łam żalu o to, że tak się to za­koń­czyło. Wła­śnie dla­tego, że od po­czątku za­kła­da­łam, że nic z tego nie bę­dzie.

Twoje pierw­sze wra­że­nia, jak już po­szłaś do po­li­cji?

Po­wiem ci, że po­li­cja to jest tak na­prawdę je­den wielki kon­flikt. Tam się cią­gle to­czą ja­kieś wojny, cały czas coś się zmie­nia. To, co się tam dzieje, jest w rze­czy­wi­sto­ści od­zwier­cie­dle­niem wy­da­rzeń w po­li­tyce. Cią­gle ktoś chce ko­goś wy­gryźć albo ko­muś świ­nię pod­ło­żyć. No i tak się to to­czy.

Na niż­szych szcze­blach też?

Tak. Dam ci przy­kład. Jak by­łam w kry­mi­nal­nych, to w pew­nym mo­men­cie ko­men­dant za­pro­po­no­wał mi sta­no­wi­sko rzecz­nika. Na­wet nie masz po­ję­cia, ilu zy­ska­łam przez to wro­gów. Od razu za­częły się po­ja­wiać głosy w stylu: "Jak to? Po pię­ciu la­tach służby zo­stała rzecz­ni­kiem pra­so­wym? Prze­cież to skan­dal! Jak tak może być!? Tylu chęt­nych było na to miej­sce!". A ja do­sta­łam to sta­no­wi­sko tylko dla­tego, że umia­łam ma­lo­wać. No, na­ma­lo­wa­łam ko­men­dan­towi por­trety dla wo­je­wódz­kich, które on im za­wiózł w pre­zen­cie.

W ogóle ten ko­men­dant miał różne dziwne hi­sto­rie. Kilka razy był za­wie­szany, a raz zna­lazł się już na­wet na wy­lo­cie za go­rzałę i dupy.

Jak to za dupy?

No bo miał różne dziwne sprawy o mo­le­sto­wa­nie i mob­bing. Ge­ne­ral­nie to był cham i pro­stak. Strasz­nie go nie lu­bi­łam.

Wo­bec cie­bie też się tak za­cho­wy­wał?

Masz na my­śli mo­le­sto­wa­nie? Nie, nie wy­ko­rzy­sty­wał oka­zji do ma­ca­nek. Ale nie­stety są tacy, któ­rzy nie umieją się po­wstrzy­mać.

A jak w ogóle oce­niasz sy­tu­ację ko­biet w po­li­cji?

Róż­nie. Nie można udzie­lić jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Wiele ko­biet musi na­uczyć się pracy tu­taj. Bo mają tak na­prawdę dwa razy trud­niej niż fa­ceci. Od sa­mych dziew­czyn za­leży, jak do tego po­dejdą i jaką drogę wy­biorą. Czy im nie prze­szka­dza to, że są uwa­żane za idiotki, i spo­koj­nie pną się po ko­lej­nych szcze­blach ka­riery róż­nymi spo­so­bami, czy może wolą po­ka­zać, że są warte wię­cej niż to, co mają pod bluzką. Znam ta­kie i ta­kie po­li­cjantki. Z tym że idiotki mają znacz­nie ła­twiej, nie oszu­kujmy się. Tylko za­sta­na­wiam się, jak dużo mu­szę wy­pić wcze­śniej. (śmiech)

Są też po­li­cjantki, które są prze­ło­żo­nymi i sy­piają ze swo­imi pod­wład­nymi. Mam taką jedną u sie­bie w Ko­lusz­kach.

Sy­pia z pod­wład­nymi?

No tak. To chora sy­tu­acja. Jak któ­ryś da się w to wcią­gnąć, to póź­niej ma pro­blemy. A ona jest ta­kim za­bor­czym ty­pem.

Ale co, wszy­scy o tym wie­dzą?

To po pro­stu wi­dać.

Trzeba się do­brze ukry­wać, żeby nikt nie za­uwa­żył. A ona mie­wała aku­rat ro­manse z ta­kimi, któ­rzy nie­ko­niecz­nie ce­nili so­bie dys­kre­cję. Jak to ma­wiała moja ko­le­żanka: "By­łoby wię­cej roz­wią­złych ko­biet, gdyby było wię­cej dys­kret­nych męż­czyzn".

A czemu po szkole nie tra­fi­łaś do pa­tro­lówki?

Wo­la­łam tego unik­nąć, bo za­wsze wszy­scy stra­szyli nas pa­tro­lem. W szkole, jak ktoś coś prze­skro­bał, to się go stra­szyło, że trafi do pa­tro­lówki, że tam jest naj­go­rzej. A to jest bzdura - wszystko za­leży od tego, ja­kie masz pre­dys­po­zy­cje.

Są tacy, któ­rzy się re­ali­zują w ta­kiej pracy, a inni le­piej się spraw­dzają w do­cho­dze­niówce.

Do tego nie każdy może być po­li­cjan­tem ope­ra­cyj­nym. Zresztą u nas w Ko­lusz­kach praca ope­ra­cyjna prak­tycz­nie nie ist­nieje. Bo tu są miej­scowi po­li­cjanci za­mie­szani w wiele brud­nych, lo­kal­nych spraw. Cho­dzi o to, że u nas rzą­dziły kie­dyś grupy prze­stęp­cze. Po­li­cjanci się ich bali i prak­tycz­nie nie po­dej­mo­wali in­ter­wen­cji.

Ale ja­kieś po­ważne grupy?

Tak. Strze­la­niny były do­syć czę­ste. Po­li­cjanci z nimi współ­pra­co­wali. Za pięć­dzie­siąt zło­tych kse­ro­wali im akta albo inne pa­piery. To było co prawda dzie­sięć lat temu, ale pewne rze­czy cały czas się cią­gną.

No i, choć za­brzmi to śmiesz­nie w mo­ich ustach, bo je­stem ko­bietą, ja tam za­czę­łam w pew­nym mo­men­cie ro­bić po­rządki.

Masz po­czu­cie, że ko­biet w ta­kiej sy­tu­acji nie trak­tuje się po­waż­nie?

Tro­chę tak jest. Bo wiesz, ja się czuję stu­pro­cen­tową ko­bietą, która w domu ceni so­bie za­pach je­dze­nia, pra­nia i tak da­lej. Lu­bię ci­szę, spo­kój, na ni­kogo nie krzy­czę. Ale jak idę do pracy, to zmie­niam się o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Z czego to wy­nika?

Ina­czej się nie da. Trzeba tak ro­bić, żeby tam prze­trwać. Mu­szę za­cho­wać dy­stans, a także być sta­now­cza i zde­cy­do­wana, żeby lu­dzie na ulicy mnie słu­chali. Oni mu­szą ro­bić to, co im każę, i ro­zu­mieć, czego od nich w da­nej sy­tu­acji wy­ma­gam. Czyli nie­jako ich wy­cho­wuję.

Mia­łam kie­dyś part­nera w pa­trolu, który wy­cho­dził z po­dob­nych za­ło­żeń, ale długo nie po­jeź­dzi­li­śmy ra­zem, bo ko­men­dant się ze­srał i nas roz­dzie­lił.

Dla­czego?

Była skarga za skargą. Cała sprawa otarła się o BSW, czyli Biuro Spraw We­wnętrz­nych.

Jak to?

Pierw­sza skarga była zwią­zana z in­ter­wen­cją na do­mówce. Do­sta­li­śmy zgło­sze­nie, że w jed­nym z miesz­kań od­bywa się im­preza i jest za gło­śno. No to po­je­cha­li­śmy tam na spo­koj­nie, żeby uci­szyć to­wa­rzy­stwo. Na­wet nie chcie­li­śmy man­da­tów wy­sta­wiać, tylko po­ucze­nie dać, żeby ści­szyli mu­zykę. Okej, wcho­dzimy do miesz­ka­nia, a tam trzech chło­pa­ków i jedna dziew­czyna. No i ona spo­kojna, dwóch z tych chło­pa­ków też, ale trzeci za­czął się wy­ry­wać. Po­le­ciały ja­kieś ostre wy­zwi­ska w stylu: "Psy, kurwa, przy­je­chały" i tak da­lej.

No to mó­wię do jego ko­le­gów:

- Uspo­koją pa­no­wie swo­jego go­ścia? Bo za­raz się to dla niego źle skoń­czy.

Ten się jed­nak jesz­cze bar­dziej pod­krę­cił i mówi:

- A co, kurwa? Chuja mo­że­cie mi zro­bić. - I da­lej leci z wy­zwi­skami.

No to od­pa­ro­wa­łam:

- Za­mknij się, kurwa, czło­wieku, bo za­raz z nami po­je­dziesz!

- Mogę, kurwa, je­chać!

- Okej, no to chodź.

Krzyk­nął do mnie coś jesz­cze, a ja już nie wy­trzy­ma­łam i lut­nę­łam mu z pię­ści. Fa­cet się wy­ło­żył na ziemi, do­sko­czył jesz­cze ten mój part­ner i go za­wi­nę­li­śmy. Po­tem, jak już je­cha­li­śmy w ra­dio­wo­zie, to da­lej się darł. Więc pizd­nę­łam go jesz­cze z li­ścia w twarz. No i za­milkł w końcu.

Jak to się da­lej po­to­czyło?

Po­je­cha­li­śmy z nim do le­ka­rza. Bo przed osa­dze­niem na dołku trzeba go­ścia za­wsze zba­dać.

Dla­czego?

Cho­dzi o to, że w trak­cie in­ter­wen­cji mo­żemy użyć środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego. Ale je­żeli ob­ra­że­nia u go­ścia po­ja­wi­łyby się, kiedy już sie­dział na dołku, to zro­biłby się pro­blem. W każ­dym ra­zie za­wieź­li­śmy go do le­ka­rza.

Ale ja w tej ad­re­na­li­nie po­sta­no­wi­łam się jesz­cze nad nim po­znę­cać. Wzię­łam go do ta­kiego za­gaj­nika przed szpi­ta­lem, rzu­ci­łam na zie­mię i za­czę­łam mu łeb wy­cie­rać w tym pia­chu, co tam był. Jesz­cze mu na do­kładkę ga­zem mordę na­tar­łam. Po­wiem ci, że wył jak pie­sek. Ale po­wie­dzia­łam tylko:

- Za­mknij się, kurwa! Tam domy są za­raz obok!

Na ko­niec do­stał jesz­cze pod że­bra od mo­jego ko­legi ta­kim cio­sem, że się ze­srał. Do­słow­nie.

Co było da­lej?

Wzię­li­śmy go do szpi­tala z tą ob­dartą mordą. Le­karz się pyta:

- Ma ja­kieś ob­ra­że­nia?

Bo wiesz, oni nie spraw­dzają na­wet spe­cjal­nie. A fa­cet na pewno miał ja­kieś sińce na udach i po­ślad­kach, bo do­stał też parę pał w mię­dzy­cza­sie. My go do­bre dzie­sięć mi­nut opra­wia­li­śmy w tym le­sie... Póź­niej nam się jesz­cze od­gra­żał na ko­men­dzie, to po­now­nie ga­zem do­stał.

Jak to się skoń­czyło?

Za­skar­żył nas. My oczy­wi­ście po­wie­dzie­li­śmy, że to bred­nie. No bo jak? To nie­do­rzeczne, że­bym ja ko­goś do lasu wy­wio­zła. Na­wet pani z BSW po­wie­działa:

- No bo jak tak na pa­nią po­pa­trzy­łam, to wła­śnie po­my­śla­łam, że to ja­kaś bzdura! On na­pi­sał tak, jakby pani ja­kąś psy­cho­patką była.

A ja mó­wię na to:

- No ab­so­lut­nie nie. (śmiech)

(śmiech)

Je­stem znana z uży­wa­nia gazu, mie­sięcz­nie śred­nio zu­ży­wam pięć po­jem­ni­ków. Do kie­row­nika na­wet kie­dyś po­wie­dzia­łam, żeby na week­end po pro­stu da­wał mi li­trowy. (śmiech) Gaz jest naj­lep­szy. No bo ja­kie ja mam szanse w kon­fron­ta­cji z fa­ce­tem na pię­ści? Nie mam naj­mniej­szych!

Dla fa­ceta to mu­siał być szok, że ko­bieta tak go sprała.

Nie spo­dzie­wał się tego. Zresztą to nie był je­dyny, któ­rego tak spra­li­śmy. Kie­dyś wy­wieź­li­śmy w nocy fa­ceta głę­boko do lasu za sta­cją Ko­luszki i tam zo­sta­wi­li­śmy. Żeby na drugi raz za­pa­mię­tał.

Go­łego?

Nie, ale z ga­zem na jaj­kach.

To też pie­cze?

O ho, ho, ho, ho, ho! (śmiech) Na­wet na dło­niach pie­cze, a co do­piero na bło­nach ślu­zo­wych.

A po tym nie ma się uszko­dzo­nych oczu?

No niby ja­koś mi­ni­mal­nie tak, ale po co ktoś fika? Jak jest grzeczny, to nie do­sta­nie. Za­wsze tak mó­wię, bo to prawda.

Ostat­nio mie­li­śmy taką in­ter­wen­cję, że czte­rech gów­nia­rzy sie­działo na­wa­lo­nych na przy­stanku. Pod­je­cha­li­śmy i za­czę­li­śmy ich le­gi­ty­mo­wać. Oni w pew­nym mo­men­cie za­częli pa­ja­co­wać przy ra­dio­wo­zie. Po­wie­dzia­łam, żeby się za­cho­wy­wali nor­mal­nie, ale nie po­słu­chali. No to wy­ję­łam gaz. Wszy­scy od razu ucie­kli za przy­sta­nek. (śmiech)

To jest małe mia­sto, te same twa­rze cią­gle się prze­wi­jają. Mu­szę do nich ude­rzyć ostro, żeby póź­niej mieć spo­kój.

Ale z tym ga­zem na jaj­kach, to na samą myśl boli.

Naj­czę­ściej ro­bimy tak z do­mo­wymi agre­so­rami. Wi­dzę, że biedna ro­dzina, a każde za­wie­zie­nie ta­kiego pana na do­łek to jest mi­nus trzy­sta zło­tych. Dla nich to ogromne pie­nią­dze. No więc opra­wiamy go po swo­jemu - tak żeby za­pa­mię­tał na drugi raz. Był kie­dyś je­den typ, u któ­rego in­ter­wen­cje zda­rzały się co ty­dzień. My po­je­cha­li­śmy tam raz i się skoń­czyło.

A pa­mię­tasz swoją pierw­szą in­ter­wen­cję?

Tak, była dość śmieszna. Pani nas we­zwała, bo są­sie­dzi im­prezę ro­bili na gó­rze. Wcho­dzimy do niej, a ona mówi:

- Sły­szy­cie to? Oni tam seks upra­wiają na dwa po­koje! Ich tam jest ze dwu­dzie­stu! Czuję się zgwał­cona emo­cjo­nal­nie!

Nie wy­trzy­ma­łam. Od­wró­ci­łam się i za­czę­łam się śmiać.

Lu­dzie w ogóle czę­sto mają ja­kieś zwidy, omamy. Wzy­wają nas, a my nic nie mo­żemy zro­bić. Wtedy trzeba kom­bi­no­wać. Kie­dyś - pra­co­wa­łam wtedy w kry­mi­nal­nych w Ło­dzi - mia­łam taką sy­tu­ację, że przy­szła pani, która chciała zgło­sić gwałt. Już po gło­sie dy­żur­nego zo­rien­to­wa­łam się, że coś jest nie tak. Pa­trzę - pani stoi w przed­sionku z bu­telką wody i co chwilę prze­mywa so­bie twarz. My­ślę: "O kurwa, znowu ja­kaś wa­riatka". No ale do­bra, idę do niej i py­tam, co się stało. A ona mówi, że cho­dzi o gwałt. Py­tam, w ja­kich oko­licz­no­ściach, kiedy to się stało. Ona na to, że to się dzieje cały czas od trzech dni. Bo w nocy do jej domu przy­szły du­chy, ona wy­piła z nimi flaszkę, a po­tem te du­chy za­mon­to­wały jej w ma­cicy urzą­dze­nie do na­gry­wa­nia. I to nas cały czas na­grywa.

Po­my­śla­łam so­bie wtedy: "Chry­ste Pa­nie, gdyby moja matka to zo­ba­czyła i po­słu­chała, ja­kimi rze­czami się zaj­muję...". No ale co z tą babą zro­bić?

Po­szłam do dy­żur­nego, wy­śmia­łam się i po­wie­dzia­łam, żeby dał mi ja­kiś pa­trol. W mię­dzy­cza­sie prze­ko­na­łam tę babkę, że po­je­dziemy do gi­ne­ko­loga, żeby on wy­jął jej ten sprzęt z ma­cicy. Uwie­rzyła, ale tak na­prawdę po­je­cha­li­śmy do psy­chia­tryka. No i tam ją zo­sta­wi­li­śmy.

Tak że nie­raz trzeba im­pro­wi­zo­wać. Szcze­gól­nie jak się ma do czy­nie­nia z cho­rymi ludźmi, z któ­rymi nie da się nor­mal­nie po­roz­ma­wiać.

A jak so­bie ra­dzą inne ko­biety?

Mam na przy­kład ko­le­żankę Anielkę. Drob­niutka, ma­lutka, ze czter­dzie­ści pięć kilo wagi, ale ma ta­kie jaja, że nie­je­den fa­cet mógłby jej po­zaz­dro­ścić. Kie­dyś pa­cy­fi­ko­wa­ły­śmy ta­kiego strasz­nie agre­syw­nego ćpuna. Aniela była świeżo od fry­zjera, a ten jej na­pluł na włosy. To ona do niego:

- Skur­wy­synu, do­piero u fry­zjera by­łam! - I luta mu z pię­ści pro­sto w no­chal. Po­tem z ko­lana go okła­dała.

A wiesz, fa­cet był tak na­ćpany, że fugi za­czął wcią­gać, bo my­ślał, że to kre­cha.

Ma­sa­kra.

Po tej in­ter­wen­cji on nam do­słow­nie ła­ził po ścia­nach. Wspi­nał się no­gami na ka­lo­ry­fer i tak da­lej. No i non stop pluł. Nie wiem, skąd miał tyle śliny. Chło­paki kom­bi­no­wały, żeby mu skar­petę do ust wsa­dzić. Bo nor­mal­nie nie da­wa­li­śmy rady, wszy­scy by­li­śmy opluci. (śmiech)

Naj­bar­dziej mnie dy­żurny wkur­wił. Kiedy zo­ba­czył, że gość ma oczy za­łza­wione od gazu, wziął chu­s­teczkę i po­szedł mu je wy­trzeć. Jak wró­ci­łam, to mu jesz­cze raz psik­nę­łam. Dy­żurny - a to był taki młody po­li­cjant - mówi do mnie:

- Co ty ro­bisz?

To mu od­po­wie­dzia­łam:

- Wy­pier­da­laj stąd! Mo­żesz się po­skar­żyć na­czel­ni­kowi, ale te­raz wy­pier­da­laj i się nie wtrą­caj!

Bo wiesz, po­ma­gał temu ćpu­nowi, a on się jesz­cze bar­dziej agre­sywny ro­bił w sto­sunku do nas. Tak że cza­sami mamy ta­kie hi­sto­rie.

A to w ogóle le­galne? Tak lu­dzi ga­zem trak­to­wać?

Le­galne, oczy­wi­ście. Jak ktoś nie wy­ko­nuje mo­ich po­le­ceń, to mogę. Gaz jest aku­rat na tyle bez­piecz­nym środ­kiem przy­musu, że można go uży­wać tak na­prawdę do woli. Je­dyne, czego nie można, to łą­czyć go z kaj­dan­kami. Ale nie­stety zda­rzają się też ta­kie sy­tu­acje, że trzeba użyć gazu wo­bec za­kaj­dan­ko­wa­nego. Nie da rady ina­czej tego ogar­nąć. A gaz tro­chę osła­bia czło­wieka i sku­pia jego uwagę na bólu oczu, a nie na tym, że chce się z nami szar­pać.

Poza tym ja się ni­gdy nie będę go­dziła na to, żeby ktoś mnie wy­zy­wał, ob­ra­żał albo na mnie pluł. W ży­ciu umiem wy­ba­czać, ale na służ­bie nie. Mamy na przy­kład jed­nego ta­kiego skur­wy­syna, z któ­rym za­wsze trzeba się lać na in­ter­wen­cji.

Ile ma lat?

Już taki po pięć­dzie­siątce. Ma ryj wy­ta­tu­owany i jak się tylko na niego spoj­rzy, to od razu wia­domo, że coś z nim nie tak. Jest też wła­ści­cie­lem dwóch am­staf­fów.

Kie­dyś była taka sy­tu­acja, że jed­nego zo­sta­wił w sa­mo­cho­dzie. A to było lato. Co prawda wie­czór, ale i tak go­rąco. Za­glą­dam do tego auta i wi­dzę, że ten am­staff cały po­ka­le­czony. No to wo­łam tego po­jeba i mu mó­wię:

- Co ty so­bie, kurwa, czło­wieku, wy­obra­żasz? Masz na­tych­miast tego psa za­brać do sie­bie albo po­otwie­rać okna i dać mu wodę. Przyjdę tu ju­tro o ósmej rano i jak nie bę­dzie z nim wszystko w po­rządku, to ci łeb od­je­bię!

Wy­obraź so­bie, że w tym wy­padku za­dzia­łało.

Po­otwie­rał szyby i przy­niósł temu psu wodę.

A zda­rzyła ci się taka sy­tu­acja, że ktoś cię za­ata­ko­wał?

Oczy­wi­ście. Opo­wiem ci jedną hi­sto­rię. Trze­pa­li­śmy kie­dyś chło­pa­ków na blo­ko­wi­sku. No i je­den z nich miał przy so­bie sporo ta­kiego su­szu zie­lo­nego. Mó­wię so­bie: "Bingo, mamy cię, chłop­czyku". A on do nas:

- Chuja mi zro­bi­cie! To do­pa­la­cze ze sklepu, i to le­galne.

- To się jesz­cze zo­ba­czy - od­par­łam.

No i za­bra­li­śmy go na ko­mendę. Był mocno pi­jany i na­ćpany, a w ko­men­dzie wy­sko­czył do mnie z ła­pami. Nor­mal­nie mnie za szyję zła­pał. Ale ja mu od razu wy­wi­nę­łam kopa w jaja. W do­datku obok stał mój ko­lega i szybko go po­wa­lił na zie­mię. Na to wszystko wszedł dy­żurny i za­czął ję­czeć:

- Ola­boga, co wy ro­bi­cie?

Zresztą ten sam ob­sra­niec co wcze­śniej.

Ten, co gaz wy­cie­rał?

Tak. To mó­wię:

- Co ty, czło­wieku? Nie wpier­da­laj się, nie przy­chodź tu. Nie chcesz nam po­móc, to wy­pier­da­laj.

Już póź­niej to je­cha­łam z nim na ostro, wcale się nie cza­iłam.

Ale wra­ca­jąc do sprawy: w ko­men­dzie był wtedy jesz­cze je­den ko­lega po­li­cjant, który rów­nież nie lubi, jak mu się na głowę wcho­dzi. No to od razu sprze­dał chłopu sierpa w brzuch i na glebę. Klę­cze­li­śmy na nim we troje. I tak go pro­sto­wa­li­śmy, że mu po­ła­ma­li­śmy że­bra i rękę. Ząb miał też ukru­szony z przodu. No ale na­prawdę bar­dzo się rzu­cał. Do­stał jesz­cze pałą, bo dys­ku­to­wał.

A znę­ca­li­ście się po­tem nad nim?

Tro­chę tak. Na przy­kład jak przy­sy­piał, to wa­li­li­śmy z ca­łej siły pałą w ławkę. A to jest taki ha­łas, jakby ktoś z broni wy­strze­lił. Gość się bu­dził, a my:

- Nie spać, kurwa! To nie jest Cie­cho­ci­nek! Co ty tu, kurwa, spał bę­dziesz?

No bo wiesz, my tak od­re­ago­wu­jemy, bo to po­maga za­cho­wać ja­kąś przy­tom­ność umy­słu i rów­no­wagę. W prze­ciw­nym ra­zie, jak­by­śmy tak po pro­stu przyj­mo­wali na sie­bie wszyst­kie te ciosy, to szybko na­ba­wi­li­by­śmy się ner­wicy.

Jak to się da­lej po­to­czyło?

Jak wy­trzeź­wiał, wy­szedł i z mar­szu po­je­chał z sio­strą do pro­ku­ra­tora zło­żyć za­wia­do­mie­nie, że go po­bi­li­śmy. Czyli prze­kro­cze­nie upraw­nień. Pół ko­mendy wtedy prze­słu­chali. BSW ro­biło re­kon­struk­cję zda­rzeń. (śmiech) Sprawa się cią­gnie na­dal, ale idzie w do­brym kie­runku. Tylko wiesz, fa­ceci dzi­siaj w ogóle ho­noru nie mają. Do­stał wpieprz, to po­wi­nien usiąść, a nie pa­ja­co­wać. Ale nie, lecą od razu do pro­ku­ra­tora. Jak tu się nie de­ner­wo­wać?

Ty za­cho­wu­jesz po­godę du­cha.

Ja w ogóle je­stem po­god­nym czło­wie­kiem.

Znam po­li­cjantki, które po sze­ściu la­tach pracy przy­cho­dzą do firmy i po pro­stu rzy­gać im się chce. Są tak do­je­chane psy­chicz­nie.

Wiesz co? Też tak mia­łam przez ja­kiś czas, gdy pra­co­wa­łam jako rzecz­nik w Ło­dzi. By­łam na przy­kład umó­wiona z kimś z na­szej prasy lo­kal­nej, żeby na­pi­sać ar­ty­kuł, a przy­cho­dził pan ko­men­dant i przy­no­sił mi czte­ry­sta ko­pert do wy­sła­nia. Zaj­mo­wa­łam się tym, a po­tem na ko­niec dnia była zjeba, że ar­ty­kuł nie­na­pi­sany. Ge­ne­ral­nie cią­gle ktoś cze­goś ode mnie chciał i mia­łam dość. Kom­plet­nie nie mo­głam swo­jej pracy usys­te­ma­ty­zo­wać. Dla­tego naj­pierw prze­szłam do ru­chu dro­go­wego, a po­tem na wła­sne ży­cze­nie do pa­tro­lówki.

A jak pra­co­wa­łaś w ru­chu dro­go­wym, to bra­łaś w łapę?

Nie, ni­gdy w ży­ciu. My­śla­łam so­bie: "Co mi da te pięć­dzie­siąt czy sto zło­tych? To nie zmieni mo­jego ży­cia". Mo­gła­bym wziąć ła­pówkę w wy­so­ko­ści pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nów do­la­rów. To by była kwota, którą warto przy­jąć. Ale mnie pro­po­no­wano tylko ja­kieś drobne sumy. (śmiech) Zde­cy­do­wa­nie mó­wi­łam wtedy:

- Pro­szę pani czy pana, czy na­prawdę pan/pani uważa, że za­ry­zy­ko­wa­ła­bym pracę dla pięć­dzie­się­ciu czy stu zło­tych? Ja chyba już nie mu­szę wię­cej mó­wić. Pro­szę się nad tym za­sta­no­wić. Do wi­dze­nia. - Bo to na­prawdę ła­twy pie­niądz.

Jesz­cze zro­zu­miem po­li­cjanta, który ma dużą ro­dzinę na utrzy­ma­niu, kre­dyty, chore dziecko czy coś w tym stylu i jest nie­wy­dolny fi­nan­sowo. Ale ja? Po co mam to brać? Żeby so­bie ja­kieś nowe buty ku­pić? To so­bie ina­czej na to za­ro­bię albo będę żyła na tyle, na ile mnie stać.

Masz po­wo­ła­nie i lu­bisz tę pracę.

Cza­sami je­stem osła­biona. Mia­łam ostat­nio taki okres, kiedy nas roz­dzie­lili w tym pa­trolu, że tro­chę zwąt­pi­łam, czy to ma sens. My­śla­łam na­wet, żeby zmie­nić tę ro­botę. Bo kiedy mam pra­co­wać, jak nic nie mogę zro­bić i mu­szę omi­jać tych wszyst­kich gno­jów i uwa­żać, żeby im przy­pad­kiem si­niaczka nie na­bić, to mi się ode­chciewa. Na­prawdę mia­łam mo­ment sta­gna­cji i jesz­cze tro­chę w nim tkwię. To zna­czy ro­bię swoje, nie daję so­bie wła­zić na łeb, ale przy­sto­po­wa­łam z wy­ni­kami.

Prze­ło­żeni tego nie wi­dzą?

Pew­nie nie­długo ko­men­dant mnie we­zwie i za­pyta, dla­czego tak się dzieje. Wtedy mu po­wiem. Ale - tak swoją drogą - mamy od paru mie­sięcy no­wego ko­men­danta. Ta­kiego, co z pleb­sem nie roz­ma­wia. Czyli zwy­kłemu po­li­cjan­towi ręki nie poda.

Więc je­śli ko­goś wzywa, to tylko po to, żeby go zje­bać albo wkrę­cić mu ja­kieś po­stę­po­wa­nie.

Ostat­nio mia­łam taką sy­tu­ację, że mnie we­zwał. Mia­łam aku­rat wolne. Zo­sta­wi­łam w miesz­ka­niu te­le­fon do ad­wo­kata, bo mam te­raz taką ma­nię, że od­daję go swo­jemu bratu - na wy­pa­dek gdyby mnie za coś za­mknęli. No i po­szłam do ko­men­danta z mar­szu, w szor­tach, na­wet wło­sów nie umy­łam.