Rozdział 2
Do pracy przyszła podenerwowana. Co chwila zerkała w stronę korytarza, czekając aż zjawi się ten nieproszony gość, który... rzeczywiście przyszedł. Wiedziała, że to on, ale jednocześnie jej mózg podpowiadał z uporem: "To nie jest Jóźwiński, to nie jest Jóźwiński". Wyglądał jak on, naprawdę był podobny, w dodatku ta blizna koło ucha była czymś tak oczywistym... gdyby nie cała reszta, ten garnitur, doskonale dopasowany krawat, buty i jakiś rodzaj nonszalancji, której młody Jóźwiński nie miałby nawet przed jatką, jaką zgotował mu ojciec.
Kiedy szedł w jej stronę, nawet nie udawała, że patrzy gdzie indziej, jakby starała się cały czas mieć napastnika w zasięgu wzroku. Stanął przy jej biurku z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Cześć, Justyna. Co za spotkanie!
- Znamy się?
- No tak... jestem Mariusz, chodziliśmy razem do klasy w liceum. Nie pamiętasz?
- Nie. - Postanowiła grać defensywnie, żeby zbić go z tropu i może w ten sposób jak najszybciej się go pozbyć.
Jego uśmiech przygasł. W oczach zobaczyła nieprzyjemny błysk.
- Nie wygłupiaj się. Twój kolega na pewno powiedział ci, że tu byłem. - Odszukał wzrokiem Mirka, który z napięciem obserwował tę scenę. - O, tam siedzi.
Kiedy pomachał w stronę Lubickiego, ten od razu spuścił wzrok na ekran swojego laptopa. Justyna przyjęła tę reakcję z ulgą.
- Słuchaj, może zjechalibyśmy na dół do kawiarni. Ja stawiam. Pogadamy, powspominamy stare czasy...
- Nie. Jestem zajęta.
- To może później...
- Nie. - W jej głosie można było wyczuć irytację. - Później też nie. Jestem cały czas zajęta. Mam męża, dom, obowiązki. Niech pan sobie już idzie, nie chcę, żeby szef widział, że nie zajmuję się pracą. Do widzenia.
Odwróciła od niego wzrok w stronę swojej przeklętej tabelki. Poczuła, że z nerwów drżą jej kolana. Jeszcze mocniej przysunęła się do biurka, żeby nie dać tego po sobie poznać. Stał jeszcze chwilę obok niej, w końcu odwrócił się na pięcie i wymruczał pod nosem:
- Jak chcesz. - Co miało w sobie ziarno złowrogiego ostrzeżenia.
Gdy tylko zniknął z pola widzenia, do Justyny podszedł Mirek.
- Kawa?
Kiwnęła głową i bez słowa poszła za nim do kuchni. Usiadła na krześle i ciężko westchnęła.
- Dziwny, prawda? - Mirek patrzył na nią z niepokojem.
- Jest w nim coś... sama nie wiem. Mam nadzieję, że już tu nie przyjdzie.
Lubicki kiwnął głową na znak zrozumienia.
- Ale to był ten cały Mariusz, tak?
Podniosła wzrok i spojrzała na niego jakby w zamyśleniu.
- Nie - odpowiedziała po dłuższej chwili.
- Nie?!
- Wiesz co... nie wiem, nie wiem. - Pokręciła głową i zakryła twarz dłońmi. - Wszystko jest bez sensu. Mam po prostu złe przeczucia.
- Rozumiem - odparł cicho. - Daj kubek. Średnia, tak?
- Tak, średnia - odpowiedziała z rezygnacją w głosie. - Dzięki. Wiesz, ja po prostu boję się świrów. Łaził kiedyś za mną taki jeden kilka miesięcy. Włamał mi się na konto na Naszej Klasie...
- Dlatego zlikwidowałaś?
- Tak. Wyobraź sobie, że dostajesz SMS-a na urodziny od kogoś, kto pisze: "Sto lat, sto lat. Kocham Justynę".
- Żartujesz?!
- To nie był żart. Wystawał pod moim blokiem całymi dniami, chował się za drzewem i wyskakiwał zza niego, kiedy wracałam do domu wieczorem. Biegł za mną alejką, dopadał pod drzwiami, był natarczywy, agresywny...
- Poszłaś na policję?
- Nie. Napisałam do niego, że pójdę, jeśli nie przestanie, obsmaruję go w prasie i straci prawo do wykonywania zawodu.
- To był lekarz? - Podsunął jej kubek z kawą i usiadł naprzeciwko.
- Nie, psycholog z prywatną praktyką.
Mirek chciał coś powiedzieć, ale parsknął śmiechem.
- Przepraszam, ale to po prostu groteska. I pewnie w więzieniu leczyłby się u innego świra psychologa.
- To nie jest zabawne. - Chciała zachować powagę, ale też zaczęła chichotać znad kubka. W końcu obydwoje śmiali się głośno i bez zahamowań. - Pewnie tak by było.
- Słuchaj, a może ten cały Mariusz wtedy już znalazł cię na NK? Zanim zlikwidowałaś konto? - zapytał, kiedy już się uspokoili.
- Nie. - Pokręciła energicznie głową. - Zlikwidowałam je jeszcze przed ślubem z Łukaszem.
- Aha. - Oparł się plecami o ścianę i popadł w zadumę. - To po prostu musisz uważać.
Nic nie powiedziała Łukaszowi. Miała nawet zamiar napomknąć coś przy kolacji, ale on znowu był w ferworze przygotowań do kolejnej próby podejścia oszusta grabiącego naród z należnych mu podatków i wyzyskującego w niewolniczej pracy ludzi z biednych obszarów kraju. Nie dowiedziała się, co nie wyszło poprzednim razem, ale sądząc po jego minie, teraz naprawdę mieli drania na celowniku.
"I tak nic by nie pomógł" - skonstatowała, zbierając naczynia ze stołu.
Usiadła wieczorem do komputera, żeby zrobić przelew za czynsz. Na stoliku obok leżały nieotwarte koperty z wyciągami z banku. Rozdarła tę na wierzchu i uważnie przeczytała.
- Kotku! - krzyknęła w stronę męża zaabsorbowanego jakąś dokumentacją w salonie. - Słyszysz mnie?
- No, słyszę. Co tam?
Weszła do salonu z kartką w dłoni.
- Czy jest szansa, że za tę akcję, o której nic nie wiem, dostaniesz jakąś premię?
Spojrzał na nią, jakby nagle się obudził.
- Premię? Nie wiem... możliwe. A co? Chciałabyś lecieć do ciepłych krajów?
- Nie, szybciej spłacić tego lichwiarza, co zdziera z nas całą moją pensję.
- Kogo? - Zamrugał powiekami.
- Bank, w którym mamy kredyt hipoteczny.
- Aaa... bank... No tak... A jest taka możliwość?
- Jest. Zostało nam niewiele. Minęły już trzy lata, więc nie zapłacimy kary za wcześniejszą spłatę. Trzeba tylko wynegocjować skrócenie tego okresu.
- Ok... Jedna moja premia wystarczy?
- Nie, ale moglibyśmy wyciągnąć pieniądze z mojej lokaty. No wiesz - te czterdzieści tysięcy.
- Nie, kochanie. - Wyciągnął do niej rękę, chwycił za przegub i posadził sobie na kolanie. - Już o tym rozmawialiśmy. To są pieniądze na naprawdę trudne czasy. Na-praw-dę, tak? A nam się nie pali.
- Łukasz, tam jest więcej niż czterdzieści tysięcy. Urósł procent...
- ...który będzie naprawdę wysoki dopiero za dwa lata. Daj spokój. Jakoś to jeszcze uciągniemy.
Opuściła z rezygnacją ramiona i odwróciła wzrok w stronę telewizora, włączonego, choć ściszonego.
- Ej, co się stało? - Potrząsnął nią delikatnie. - Czemu tak ci na tym zależy?
- A, nic... tak tylko, chciałam mieć to z głowy... i żeby mieszkanie było nasze.
Objął ją mocniej i pocałował w policzek.
- Będzie nasze, nie martw się.
Kredyt zaciągali w czasie, gdy ani mieszkania nie były jeszcze tak bardzo drogie - zwłaszcza na Mokotowie - ani kredyt we frankach nie zwalał z nóg. Umówili się, że jej pensja będzie szła na spłacanie rat, więc wynegocjowali, po długich i bolesnych bojach, że rata kapitałowa będzie wyższa, więc i czas spłaty zostanie im znacząco skrócony. Dopiero po groźbach, że pójdą do innego banku, udało się zmienić warunki umowy przygotowanej początkowo przez "ich" bank.
- Proszę pani, jest pani debilnie nielogiczna - wykłócał się Łukasz. - Jeśli spłacimy szybciej to mieszkanie, będziemy chcieli kupić większe, bo na pewno będziemy już mieli dzieci. Niech pani zgadnie, do jakiego banku wówczas się udamy?
Dzieci wciąż nie mieli, co Justynę niezmiernie bolało - Łukasz skrzętnie skrywał związane z tym uczucia. Ale większość kredytu była już spłacona. I kiedy Justyna siedziała tego wieczora przed komputerem, trapiąc się nachodzącym ją Jóźwińskim, wpadł jej do głowy pomysł, żeby spłacić go w całości, aby ona mogła odejść ze swojej pracy, której nie znosiła. Pomyślała nawet, że dobrze się stało, że znowu jakiś świr ją nachodzi - będzie miała dobry i mocny pretekst, żeby odejść. Ta myśl była tak pocieszająca, że od razu pobiegła z pytaniem do Łukasza.
Jego reakcja ostudziła nieco jej zapał. Doszła do wniosku, że przeczeka jeszcze jakiś czas, zanim znowu poruszy temat. Czuła jednak, że już nie zmieni zdania i zrobi wszystko, co możliwe, by uwolnić się z ciasnej klatki tej korporacji.
Jednak poranek przyniósł odpowiedź szybciej, niż mogła przypuszczać. Na swoim biurku znalazła ogromny bukiet czerwonych róż z karteczką, na której podpisał się Jóźwiński.
"Justynko, przepraszam, jeśli byłem zbyt nachalny. Proponuję spotkanie pojednawcze dziś po południu. Ty wybierz miejsce. Mariusz".
Na kartce był też numer jego komórki.
Chwyciła bukiet w porywie gniewu i wrzuciła go do kosza na śmieci. Nie zmieścił się w nim cały i główki kwiatów rozsypały się po wykładzinie. Przytomnie schowała do torebki kartkę z numerem.
"Może się jeszcze przydać".
Miała ochotę się rozpłakać. Stała z poczuciem bezsilności, nie wiedząc, co ma zrobić: sprzątać kwiaty z podłogi czy po prostu wyjść. Byłoby prościej, gdyby nie patrzyło teraz na nią pół firmy.
Na ramieniu poczuła lekki uścisk czyjejś dłoni.
- Jednym słowem: kolejny świr.
Mirek wpatrywał się w nią uważnie, z wyraźnym niepokojem.
- Przesadził - wyszeptała. - Mam naprawdę złe przeczucia, zupełnie tak samo jak z tym psychologiem.
- Może trzeba komuś to zgłosić?
- Nie, myślę, że trzeba dać sobie spokój z tą firmą.
- Z firmą? - Nie krył zaskoczenia.
- Tak... Muszę pogadać ze Słotwińskim. Przepraszam.
Zostawiła osłupiałego Mirka na środku biura i poszła do gabinetu dyrektora, który znowu zjawił się o wiele wcześniej niż zwykle. Przez głowę przemknęła jej myśl, że naprawdę szykuje się jakaś większa zmiana, ale nie miała zamiaru dłużej się przy niej zatrzymywać.
- Panie dyrektorze, mogę?
- Tak, oczywiście. Coś się stało, pani Justyno?
- Chcę odejść. To znaczy złożę dziś wypowiedzenie, ale nie chcę wracać do pracy od jutra. Wybiorę zaległy urlop...
- Zaraz, zaraz. - Podniósł dłoń, przerywając jej. - Jak to? Odejść? Z dnia na dzień? Niech pani usiądzie.
Nie miała na to ochoty, ale nie chciała wyjść na wariatkę, która rzuca wszystko, trzaskając drzwiami dyrektora.
- Co się stało?
- Nie chodzi o firmę, to sprawy osobiste.
- To niech pani weźmie urlop i załatwi te sprawy osobiste, a nie od razu rzuca pracę.
- No dobrze... - Westchnęła ciężko. - Chodzi o firmę.
Słotwiński wyprostował się na swoim skórzanym fotelu i spojrzał na nią z powagą.
- W czym problem?
- Ta praca jest jak więzienie. Czuję się w niej, jakbym siedziała w ciasnej klatce i nie mogła oddychać.
- To są pani odczucia, ale czy ma pani jakieś konkrety na potwierdzenie, że to nasza firma sprawia, że tak, a nie inaczej się pani czuje?
- Mam dość tych ludzi wokół mnie... To znaczy... Widzi pan, kiedy przyjechałam do Warszawy, krótko pracowałam w zwykłym sklepie spożywczym. Żeby się utrzymać, mieć na opłacenie pokoju. Zarabiałam strasznie mało, to znaczy dokładnie tyle, ile zarabia się w tego typu sklepach. Po dniu pracy nie czułam nóg, po dniu dostawy nie czułam rąk i pleców. W dodatku przyłazili do tego sklepu okropni ludzie, z pretensjami, z żalami, które wyładowywali na nas stojących za ladą. Jeden pijany śmierdziel powiedział mi kiedyś, że mam go obsłużyć, bo jestem od tego, jak dupa od srania... Ale mimo wszystko czułam, że moja praca... ma jakiś sens. Obsługiwałam kasę, nie mogłam się pomylić, bo inaczej musiałam oddawać ze swoich. Przychodzili też mili ludzie, czasem się z nimi pogadało, pożartowało... Wracałam do domu zmęczona, ale z poczuciem, że nie zmarnowałam tych godzin. A tu... W naszym dziale powinna pracować jedna trzecia osób, które pracują. Ludzie snują się po korytarzach jak smród po gaciach, kryją po kuchniach, dziesięć razy są na dole na papierosie. Ploty, romanse, ciągłe pretensje...
Przerwała zmęczona niespodziewanym, nawet dla siebie, wybuchem. Słotwiński nie odezwał się ani słowem, tylko nadal uważnie jej się przyglądał.
- Panie dyrektorze... ja nie neguję zasadności płodzenia tabelek w Excelu i przygotowywania zestawień. Ktoś to musi zrobić. Chodzi o to, że... - zawahała się nagle. - Kiedy dostałam swoją pierwszą pracę w korporacji, tej od ubezpieczeń, po rozmowie kwalifikacyjnej rekruter zapytał, czy nie będzie mi przeszkadzać taka niska pensja. Zaoferowali mi trzy tysiące brutto. Trzy tysiące! Kiedy w spożywczym nie byłam w stanie przekroczyć tysiąca sześciuset na rękę. Tyle miała najstarsza stażem pracownica, która samodzielnie zamykała i otwierała sklep. Kiedy dobiłam do czterech, zrozumiałam, że i tak wciąż jestem w grupie najmniej zarabiających ludzi...
- Czy uważa pani, że te pensje ekspedientek są w porządku?
- Nie! Bynajmniej! Chodzi mi właśnie o tę firmę, o rażącą dysproporcję. Pan wybaczy, że to powiem, ale skoro i tak chcę odejść... Chociażby ten cały Walczak: jest imbecylem, ale jako analityk giełdowy zarabia piątkę na rękę.
- Dlaczego uważa go pani za imbecyla? - Dyrektor wyraźnie był poruszony, choć Justyna mogła przysiąc, że raczej go to bawiło niż złościło.
- Bo nie odróżnia swojej prawej ręki od lewej, ujmując to po biblijnemu. Przygotowuje analizy wyssane z palca. Brak mu podstawowej wiedzy ekonomicznej, o giełdowej nie wspominając. Jest... jak by to ująć? Kimś w rodzaju figuranta dla korporacji, która musi mieć analityka i już.
Dyrektor Słotwiński oderwał wreszcie swoje błękitne oczy od Justyny i spojrzał przez szybę na rozkopaną Świętokrzyską znajdującą się dwadzieścia pięter niżej. Szpakowaty, przystojny, pełen dostojeństwa. Nikt go nigdy nie widział zdenerwowanego, nigdy nie podnosił głosu, nie dawał też sobą manipulować.
Nagle Justyna pomyślała, że musiała się strasznie wygłupić tą swoją szczerością o niesprawiedliwości w zarobkach. Spojrzała na garnitur szefa, który na pewno kosztował nie mniej niż dwa tysiące.
"Będzie dobrze, jeśli się na mnie nie obrazi".
- Nie zmieni pani tej dysproporcji, pani Justyno - odezwał się w końcu, nadal na nią nie patrząc.
- Wiem...
Podniósł rękę, żeby jej przerwać.
- Nie od razu. - Spojrzał na nią z uśmiechem. - Czy pani odejście znacząco wpłynie na wasze finanse, to znaczy pani i męża?
- Moja pensja pokrywa ratę za mieszkanie, ale...
- Rozumiem. - Pokiwał głową, znowu jej przerywając. - Rozumiem też, sądząc po pani desperacji, że wolałaby pani jak najszybciej odejść z firmy.
- Tak - odparła bardzo cicho i poczuła się naprawdę wyczerpana.
- Dobrze więc. Niech pani weźmie urlop bezpłatny od dziś i idzie do domu. Proszę się jeszcze nie zwalniać. A swoje obowiązki przekazać Marcie.
Mimo że tego chciała, zrobiło jej się bardzo przykro... i jakoś dziwnie.
- Ma pani służbową komórkę?
- Nie.
- To proszę zostawić swój prywatny numer koleżance, jeśli go jeszcze nie ma. Wiem, że pewnie chciałaby pani odpocząć, ale proszę zrobić mi przysługę i być pod tym telefonem cały czas. Myślę, że w ciągu doby zadzwonię do pani. Muszę tylko się nad czymś zastanowić, dobrze?
- Dobrze, panie dyrektorze. Dziękuję... - Wstała i podeszła do drzwi.
- Aha, pani Justyno, niech pani poprosi do mnie tego "figuranta". Nawet z wyssanymi z palca analizami zalega już od dwóch dni.
Spojrzała na szefa nieco wystraszona, ale nawet na nią nie patrzył, tylko przeglądał jakieś papiery. Nie wyglądał też na kogoś, kto z niej kpi.
Na biurku nie miała zbyt wielu rzeczy, ale kiedy zaczęła zbierać je do kupy, okazało się, że potrzebuje jakiejś większej reklamówki, żeby się z nimi zabrać. Jak na zawołanie podbiegła do niej Marta.
- Szef cię zwolnił? - Oczy miała wielkie jak pięciozłotówki.
- Nie, sama odchodzę. - Wolała nie komplikować tej historii opowieścią o urlopie bezpłatnym. Marcie mogłoby to zdecydowanie zamieszać w blond głowie.
- Jej! A dlaczego?
- Marta, masz przejąć moje obowiązki. Do końca tego tygodnia trzeba zrobić zestawienie ostatnich inwestycji w Chinach, które robiliśmy wspólnie z firmą Control Investments. Wszystkie dane mają Rafał i Bożena. Resztę skończyłam i wysłałam gdzie trzeba.
- OK. A co z tobą będzie?
- Nic, będę sobie żyć... normalnie.
Znalazła jakąś torbę w jednej z szuflad i powoli zaczęła ją wypełniać. Mirek podszedł, ale dłuższą chwilę nic nie mówił.
- Jesteś pewna?
Spojrzała na niego przez jedną sekundę, ale niczego nie powiedziała.
- Jesteś - westchnął. - Mogę ci jakoś pomóc?
Pokręciła głową. Poczuła, że gdyby się odezwała, popłynęłyby jej łzy.
- Wiesz co... - Lubicki rozejrzał się po biurze, jakby się upewniał, czy nikt go nie śledzi. - Zjadę na dół do Coffee Heaven i zamówię jakąś kawę. Pogadamy chwilę bez świadków.
- Mirek, tam będzie teraz pół firmy. Wszyscy "najlepsi" pracownicy przecież jeszcze nie dotarli na swoje miejsca. - Pomyślała o Magdzie, która na pewno pochłaniała właśnie wielką americano bez cukru. - Poza tym muszę iść do kadr...
- No to daj mi reklamówkę, zjadę z nią do kawiarni, a ty sobie załatwiaj, co masz załatwić, OK? Skoro siedzi tam pół firmy, to nie powinniśmy rzucać się specjalnie w oczy.
Uśmiechnęła się niewyraźnie i kiwnęła głową. Podała mu torbę i poszła do kadr.
Na dole rzeczywiście kłębił się mały tłumek przedstawicieli firmy B.S.K., ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Mirek zajął miejsce, z którego był dobry widok na wszystko, ale które nie rzucało się w oczy.
- Wziąłem ci mangoccino. - Podsunął jej wielki kubek z kawą. - Dużo słodkości przyda ci się na nowej drodze życia.
- Dzięki.
- Dziwnie się czuję, siedząc tutaj o tej porze, ale dobrze mi z tym - roześmiał się Mirek, rozglądając wokół. - Słodki smak wagarów. Co powiedział Słotwiński?
- Poprosił, żebym się nie zwalniała.
- Ale, jak widać, go nie posłuchałaś.
- Posłuchałam.
- Jak to?
- Kazał mi wziąć urlop bezpłatny. Ma do mnie zadzwonić i... coś powiedzieć.
- O... ale nie wiesz co?
- Nie...
Zbierała słodką piankę z kawy i także zaczynała odczuwać przyjemne uczucie, jakie miała zawsze wtedy, gdy nie musiała iść do szkoły, a wszyscy inni szli.
- Wyszłam na idiotkę - powiedziała w końcu, trochę jakby do siebie.
- Czemu?
- Bo z tego, co mu tam naopowiadałam, wyszło, że tylko ja pracuję w tej naszej firmie, a reszta to banda niedouczonych obiboków.
Mirek niespodziewanie roześmiał się szczerze, pokazując wszystkie zęby.
- A to dobre! Muszę to opowiedzieć żonie. Ona zawsze mi dogryza, że u nas to nic ciekawego się nie dzieje.
- Nie no... przesadziłam... Przejechałam się w sumie tylko po Walczaku. O reszcie mówiłam ogólnikowo.
- Fajnie. - Lubicki kiwał łysiejącą głową z aprobatą. - A szef poprosił, żebyś się nie zwalniała. Naprawdę ciekawie.
Wzruszyła ramionami.
- Najgorsze i tak przede mną. Muszę pogadać z Łukaszem.
- O to bym się nie martwił. - Nagle spoważniał. Nie patrzył na Justynę, tylko ze zmarszczonym czołem wyglądał przez okno. Poprawił okulary na nosie i wskazał palcem w stronę Świętokrzyskiej. - To jest teraz, zdaje się, największe twoje zmartwienie.
Justyna zobaczyła stojącego za szybą Jóźwińskiego, który spoglądał w górę na wieżowiec. Miał minę, jakby rozgryzał jakiś poważny problem. Wyciągnął z kieszeni marynarki telefon i zaczął z kimś przez niego rozmawiać.
- Boże - szepnęła. - On jest nienormalny.
- To o nim powinnaś raczej pogadać z mężem.
- Wścieknie się... ale z drugiej strony... - Schowała się głębiej w fotel, kiedy wydawało się, że może być zauważona przez Jóźwińskiego. - Dobrze, że tu siedzimy. Mam nadzieję, że nikt mu nie powie, gdzie jestem.
- Wchodzi do budynku. Może idź do domu?
- Nie, wolę zostać i widzieć, czy wyszedł. Nawet gdyby tu na nas wpadł, będę bardziej bezpieczna wśród ludzi.
- Może i racja...
Siedzieli dłuższą chwilę w napięciu. Po kwadransie nerwy nieco odpuściły, więc rozmawiali luźno o problemach Mirka z dziećmi i kredytach mieszkaniowych. Czujne oko Lubickiego dostrzegło Mariusza wychodzącego z budynku. Szedł bardzo szybkim krokiem, wyraźnie zdenerwowany. Znowu rozmawiał przez telefon.
- Wiesz co - Mirek położył dłoń na przedramieniu Justyny - jak pójdę na górę, postaram się dowiedzieć czegoś o jego wizycie i dam ci znać wieczorem, OK?
- Dobrze.
- Zadzwoń do męża, powiedz mu o wszystkim.
To wcale nie było takie proste. Zadzwoniła do Łukasza i poprosiła, żeby przyjechał po nią do centrum.
- Kochanie, jest dziesiąta. To nawet nie jest pora lunchu. Coś się stało?
- Tak... Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Gdyby to było coś miłego... - zaczął z wahaniem - tobym to wyczuł... ale to coś złego, prawda?
- Niezbyt przyjemnego.
- Zaczekaj, zaraz oddzwonię.
Po minucie zadzwonił z informacją, że już jedzie.
Justyna siedziała w Pizza Hut przy Rotundzie, świadomie wtapiając się w większe skupiska ludzi. Łukasz wpadł zdyszany, z miną wyrażającą niekłamaną troskę. Podszedł do stolika i pocałował Justynę w czoło. Zawsze tak robił, gdy bardzo się martwił.
- Szef dał mi wolne. Mam być pod telefonem, gdyby coś się działo... - Usiadł naprzeciwko niej i wziął jej dłonie w swoje. - O co chodzi?
Nabrała powietrza głęboko w płuca.
- Wzięłam bezpłatny urlop.
- Jak to? Po co?
- Nie będę cię okłamywać... chciałam się zwolnić, ale Słotwiński stwierdził, żebym lepiej wzięła wolne.
- Czemu chciałaś... No tak, nie cierpisz tej pracy i masz dość. Ale... tak nagle?
Nic nie odpowiedziała, zbierając w głowie odpowiednie słowa, kiedy na twarzy jej męża pojawiła się mina świadcząca o tym, że dobrze rozumie, o co chodzi.
- Ten kredyt... To dlatego chciałaś go szybciej spłacić! Żeby odejść.
Kiwnęła głową i... się rozpłakała.
- Myślałam, że dam radę...
Wstał i usiadł obok niej.
- Daj spokój. Przecież to nie koniec świata. Jakoś sobie poradzimy. Jeśli to aż takie ciężkie, to nigdy nie będę cię zmuszał. Chodź, pojedziemy do domu.
Reakcja Łukasza spowodowała, że Justyna rozkleiła się jeszcze bardziej. Nie musiała walczyć o swoje racje, bronić się i szukać stosownych argumentów. W aucie próbowała jakoś to wytłumaczyć, ale za każdym razem mówił, żeby się nie denerwowała. Zanim dojechali do domu, już bolała ją głowa. Dał jej tabletkę i kazał iść spać. Zasnęła, choć nie przypuszczała, że to będzie możliwe. Kiedy się obudziła, siedział obok i pisał coś na laptopie.
- Cześć. - Uśmiechnął się i odłożył komputer na stolik obok łóżka. - Lepiej?
Przysunęła się do niego i mocno go przytuliła.
- Lepiej.
Leżeli długo objęci, nie mówiąc nic do siebie. Justyna pomyślała, że nawet biorąc pod uwagę przykre okoliczności, przez które znaleźli się w tej sytuacji, to jest to jedna z piękniejszych chwil w jej życiu. Znowu się rozpadało i mimo że była dopiero trzynasta, zrobiło się ciemno, jakby nastał wieczór. Całe miasto żyło gdzieś tam sobie, jak wielkie mrowisko uwijając się przy robieniu kasy i zdobywaniu sławy... a ona była bezpieczna z twarzą wciśniętą w ramię Łukasza, który delikatnie masował ją po plecach. Nie siedziała w biurze, nie musiała oglądać tych samych twarzy, nie szczypały ją oczy od wpatrywania się w ekran komputera.
"To jakby spełniło się moje największe marzenie - nagle i bez zapowiedzi".
Po trzech latach małżeństwa nauczyła się na tyle ufać mężowi, że czuła się przy nim bezpiecznie jak przy nikim innym. Oswoiła się, zapanowała nad falami niepokoju, które tak często zalewały ją przy spotkaniu z innymi ludźmi. Łukasz był inny - to był Łukasz, po prostu... Wyszła za niego tylko dlatego, że przy nim w końcu mogła się nauczyć być szczęśliwa. Poza doskonałym węchem, który czasami bywał talentem uciążliwym, miała nieprawdopodobną intuicję do ludzi. Umiała też doskonale wyczuć każde zbliżające się zagrożenie. Były to jednak cechy, które czasami przeradzały się w utrapienie, bo nie miała w sobie dość swobody, by szybko zawierać znajomości. Patrzyła na człowieka i wiedziała od razu, co ją może z jego strony spotkać przykrego. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy, odczytanie gestu dłoni czy nerwowego poruszenia i już znała intencje, z jakimi ktoś do niej podchodził. Uniknęła więc kłopotów, ale traciła wiele szans na fajne przyjaźnie.
Łukasz był prostym i szczerym człowiekiem. Nie zawsze każde jego słowo czy gest były w jej odczuciu miłe, ale nigdy nie miała wątpliwości co do czystości jego intencji. Uważała, że to prawdziwy Cud, że nie dała się ponieść emocjom i nie uciekła od niego, gdy tylko zaczął się zalecać na poważnie. Wiedziała, że to jej szansa, by nieco znormalnieć, ale też nadzieja na udany związek. Wyszedł z całkiem zwyczajnej rodziny, bez balastu zranień i patologii, nie zawsze więc łatwo było im znaleźć wspólny język, jeśli chodzi o pokręcone ludzkie losy - on widział sprawy prosto, jako czarno-białe, a Justyna doszukiwała się drugiego dna. W innych przypadkach jej osądy bywały stanowcze i jednoznacznie oceniające jakieś postawy, Łukasz zaś był bardziej skłonny do pobłażliwości. Nauczyli się z tym koegzystować, a także żyć ze świadomością, że jeszcze nieraz dojdzie między nimi do spięć, co szczególnie dla Justyny było ciężkie do zaakceptowania.
Sprawa z Jóźwińskim na tyle wytrąciła Justynę z równowagi, że na moment zapomniała, jakim człowiekiem jest jej mąż. Gdy siedziała w restauracji, cała się trzęsła ze strachu, tracąc zupełnie jasny osąd rzeczywistości. Bała się konfrontacji, gdyby Łukasz sprzeciwił się jej decyzji, bo nie była do końca pewna swoich racji.
Ten brak pewności brał się głównie stąd, że nie mogła zrozumieć, dlaczego tak emocjonalnie zareagowała na Jóźwińskiego. Ostatnio przydarzyło jej się coś takiego przed niemal dekadą i naprawdę jej przeczucia nie zawiodły. Tyle że teraz bardzo nie chciała, by znowu miało ją spotkać coś złego ...
- Dzwonił ktoś? - odezwała się, chcąc odgonić niemiłe myśli.
- Tak, doktor Andrzejewska. To znaczy jej pielęgniarka... przypominała o wizycie w sobotę.
- Ojej, zapomniałam. - Wyswobodziła się z jego objęć i usiadła obok.
- Może nie masz ochoty iść? - Odgarnął jej włosy z czoła.
Pokręciła energicznie głową.
- Chcę... pójdźmy.
Patrzył na nią z niepokojem.
- Wszystko w porządku?
- Mhm... - Kiwnęła głową, ale starała się nie patrzeć mu w oczy.
"Nie dam rady mu powiedzieć..."
- Martwię się pracą.
- Daj spokój. Już ci mówiłem, że to nie jest aż tak istotne. Od zawsze się tam męczysz, w końcu coś musiało się wysypać.
- Ale ten kredyt...
- Jeśli będzie naprawdę źle, wybierzemy twoje pieniądze z lokaty. Na razie zawsze jest szansa na tę moją premię. - Uśmiechnął się szeroko z błyskiem w oku. - Pamiętasz? Szykujemy wielką akcję.
- Pamiętam. - Też się uśmiechnęła. - Nikt się nie domagał twojego powrotu do Biura?
- Jak widać, nie. Niezmiernie mnie to cieszy. Jestem tak zadowolony, że mam ochotę zamówić jakieś dobre jedzenie do domu i niczym się nie martwić do wieczora.
- Dobry plan. Bez gotowania i bez zmywania.
Do wieczora czas upłynął im całkiem przyjemnie. Zamówili pizzę, którą zjedli przed telewizorem. Więcej jednak rozmawiali niż oglądali. Łukasz opowiadał o koledze poliglocie i o tym, jakim był ciamajdą. Justynie nie bardzo przypadła do gustu ta opowieść, ale starała się przynajmniej uśmiechać, kiedy Łukaszowi jakaś część jego historii wydawała się szczególnie zabawna.
- Może się wyrobi? - powiedziała w pewnym momencie cicho.
- Jasne, wyrobi - prychnął Łukasz. Siedział rozwalony w fotelu i wymachiwał pilotem. - Może i on umie gadać w innych językach, ale na akcje na pewno się nie nadaje.
Justyna chwilę siedziała w milczeniu, patrząc tylko w swój talerz. Łukasz spojrzał na nią z lekkim niepokojem, zastanawiając się przez chwilę, co mogło ją w tym tak zdołować.
- Przysłali nam kolesia, który ledwo trzyma broń w ręku i który boi się własnego cienia - kontynuował swój wywód, jakby starał się usprawiedliwić. - Stanowi zagrożenie dla siebie i dla nas, gdyby... gdyby coś się stało.
- Mhm... - mruknęła tylko, dalej nie patrząc w jego stronę.
- No co? - Wyprostował się gwałtownie.
- Nic. - Pokręciła lekko głową. - A czy ma chęci, żeby z wami pracować?
Pytanie go zaskoczyło.
- Co? Jakie chęci? Do tej roboty same chęci nie wystarczą. Trzeba mieć jaja i łeb na karku.
- Skąd wiesz? Może pewnego dnia okaże się, że jego jaja są większe niż wasze? - Spojrzała na niego, a w jej wzroku było coś, czego Łukasz nigdy wcześniej nie widział. Mógłby przysiąc, że przez sekundę patrzyła na niego zupełnie inna kobieta.
- Nie rozumiem. - Naprawdę był zdezorientowany.
Roześmiała się cicho i potrząsnęła głową, jakby odganiała muchę.
- Widzisz rzeczy powierzchownie. Nie przyszło wam do głowy, że ten chłopak ma cechy, z którymi się nie obnosi?
- Aha, oczywiście! Jest ukrytym zboczkiem. - Opadł znowu na fotel, ale z uczuciem dziwnej ulgi, że znowu poznaje żonę w kobiecie siedzącej obok.
- Albo jest podstawiony.
Obrócił głowę w jej stronę z wielkim znakiem zapytania w oczach.
- Przez kogo?
- Jest kretem, który was inwigiluje.
- Zwariowałaś... - Miał ochotę unieść się gniewem, ale z jakiegoś powodu mu przeszło.
- Dlaczego to takie nieprawdopodobne? Przychodzi do was koleś, który wydaje się kompletnie do tej roboty nie nadawać. Wy od razu traktujecie go tak, a nie inaczej. Nawet jeśli jest gamoniem, to w waszym interesie leży, żeby go przygotować. Powinien być przez was traktowany najlepiej... - Ostatnie słowo wypowiedziała z naciskiem, po czym urwała nagle, jakby jakaś myśl wyparła wszystkie inne. Wydawało się, że nie ma jej w tej chwili w pokoju.
- Najlepiej? - Pytaniem chciał ją wyrwać z tego zamyślenia. Nie bardzo podobał mu się kierunek tej rozmowy.
- Tak, najlepiej. - Znowu patrzyła na niego tym dziwnym wzrokiem. - Jeśli jest u was przez pomyłkę, bo ktoś źle wpasował go do waszego działu, powinniście zrobić z niego komandosa, i to jak najszybciej, żeby, jak to mówisz, nie stanowił dla was i siebie zagrożenia. Każdy z was powinien na niego chuchać i dmuchać, a nie pomiatać nimi i zmuszać, żeby odszedł. Wy nie jesteście od decydowania, kto u was jest, a kto nie, musicie pracować z tymi, których wam przydzielono. Bo jeśli tak się stanie i on przez was odejdzie, to któregoś dnia wróci i się zemści.
- Co? Przyjdzie do biura z kałachem i nas pozabija? - Roześmiał się nerwowo.
- Nie, zajdzie w pewnych strukturach tak wysoko, jak to możliwe, żeby któregoś dnia was wszystkich udupić na amen. A za każdym razem, gdy będzie mu ciężko, wspomni na was i wasze głupie gęby, zaciśnie poślady i pójdzie dalej. Jeśli jednak jest kretem, który został wysłany, by was śledzić albo, co gorsza, oceniać, to tym bardziej musicie być mili. Rozumiesz teraz, co mam na myśli, mówiąc, że widzisz fakty powierzchownie?
Nic nie odpowiedział. Odwrócił głowę w stronę telewizora i przygryzł wargę.
- Wasz debilizm jednak nie na tym polega, kochanie - ciągnęła dalej.
- No, to teraz się dowiem... - mruknął.
- On polega na tym, że głównym motywem waszego postępowania jest to, że przy tym chłopaku sami chcecie się poczuć lepiej. Sądząc po tym, jak nim pomiatacie, wasze poczucie własnej wartości jest naprawdę tycie.
- Nie sądziłem, że możesz tak się po mnie przejechać. - Na jego twarzy pojawił się grymas zranionego chłopczyka.
- Miło ci?
- Nie! A co ty myślałaś, że fajnie słyszeć od własnej żony, że mam głupią gębę i niskie poczucie własnej wartości?! - Wyprostował się znowu.
- Temu całemu Sisiorowi też nie jest miło - odparła ze spokojem. - Zastanów się, co ma sobie myśleć, kiedy codziennie robicie z niego pośmiewisko. Jest bardzo młody, więc jesteście dla niego autorytetami, w chwili obecnej największymi.
- W sumie racja. - Oparł głowę o dłonie, a łokcie na kolanach. Kiwał się chwilę w tył i w przód, jakby się nad czymś zastanawiał.
Odłożyła talerzyk i podeszła do niego. Wcisnęła się na kolana Łukasza, który udawał przez chwilę, że stawia opór. Objęła jego szyję i ugryzła go lekko w ucho.
- I tak uważam, że jesteś najfajniejszym facetem na ziemi.
- Nawet z niskim poczuciem własnej wartości? - Wcisnął nos pomiędzy jej obojczyk a szyję.
- Nawet z głupią gębą.
- Boże, to jak straszni muszą być inni!
- No i są. Dlatego jestem z tobą.
Przeprowadzenie takiej rozmowy - wbrew temu, co można by przypuszczać po jej spokojnym zachowaniu - nie było łatwe. Powstrzymanie się przed niekontrolowanym wybuchem emocji i żalu, który niespodziewanie zalał Justynę od czubka głowy po palce stóp, kosztowało ją wiele wysiłku. Przez chwilę chciała zrezygnować z zamiaru poruszenia tego tematu i puścić mimo uszu opowiastki Łukasza, ale szarpnął nimi dawno niedotykane struny w jej duszy, która właśnie wydała dźwięk.
Wieczorem zadzwonił Mirek. Miała nadzieję, że to szef, choć sama nie wiedziała, czego po nim oczekuje.
- Cześć - mówił zdyszany, jakby szybko szedł. Pewnie biegł po jedną ze swoich córek, która chodziła na lekcje baletu. - No, to dowiedziałem się, że Jóźwiński był w biurze, dowiedział się od Marty, że odeszłaś, i był, delikatnie mówiąc, niezadowolony...
- Coś mówił albo źle się zachowywał?
- Nie, no... Marta zeznawała, że miotał się chwilę przy twoim biurku, a potem wypytywał kolejnych pracowników, czy czegoś na twój temat nie wiedzą... to znaczy, czy nie wiedzą, dokąd poszłaś i czy zmieniłaś pracę. Ta mała idiotka była gotowa dzwonić do ciebie od razu, bo, jak twierdziła, było jej go żal, że tak bardzo chciał cię zobaczyć...
- Matko! Ukręcę jej szyję.
- W końcu jednak tego nie zrobiła, a on poleciał do Gośki do kadr.
- Sukinsyn! O co... - Podniosła głos, ale szybko stłumiła wybuch, oglądając się nerwowo, czy Łukasz czegoś nie usłyszał. - O co mu chodzi? Kto to w ogóle jest?
- No, ja nie wiem... myślałem, że ty jesteś lepiej zorientowana.
Nabrała powietrza i powstrzymując łzy, patrzyła w sufit.
- W każdym razie - ciągnął wciąż zdyszany Lubicki - poszedł sobie i niczego się nie dowiedział, jeśli wierzyć Marcie i Małgosi, którą też dyskretnie przepytałem. A poza tym... poza tym byłem w twojej sprawie u Słotwińskiego.
- Tak? - ożywiła się. - I co?
- W sumie to nic. Podpytywał, co u ciebie i co mogło spowodować twoją nagłą decyzję. Mówił, że widywał, jak czasami pijemy razem kawę, więc myślał, że może coś wiem. Nie chciałem kłamać... - zawahał się - więc powiedziałem, że wiem o pewnej sprawie, ale bez twojej wiedzy nie chcę mu o niej opowiadać.
- Rozumiem. Dobra odpowiedź.
- Jedyna słuszna w tej sytuacji, wydaje mi się. Pytał, czy to ma znaczący wpływ na twoją pracę i czy uważam, że przez to nie będziesz w stanie wrócić do firmy. Odparłem, że póki się ten problem nie rozwiąże, lepiej, żebyś została w domu. I tyle. Kazał mi wracać do obowiązków i siedział w swoim gabinecie.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy. Słuchaj, ta robota nie jest niczym ekscytującym, ale uważam, że dobrze dajesz sobie radę, a Słotwiński to widzi i docenia... No, może trochę kiepsko to okazuje. Ale szkoda by było, gdybyś odeszła przez jakiegoś świra. Powinnaś powiedzieć o wszystkim Łukaszowi, bo widzę, że naprawdę się kolesia boisz... i pewnie masz powody. Sam próbowałem to jakoś sobie w głowie poukładać i zrozumieć, czego może chcieć. Ale tym bardziej trzeba to rozwiązać i może go po prostu posadzić, bo pewnie to nie pierwszy raz, gdy za kimś łazi i jest nachalny. Twój mąż pewnie wie, jak to załatwić.
- Tak, masz rację. - Trudno było odeprzeć takie argumenty. - Tym bardziej dziękuję za pomoc.
- Spoko. - Usłyszała, że się uśmiecha. - Dobra, kończę, bo jestem już na miejscu. Trzymaj się i uważaj na siebie.
- No, na razie.
Oparła się o zlew i stała nieruchomo, patrząc przez okno. Było już ciemno, ale dobrze z tego miejsca widziała bramę wjazdową na osiedle.
Do kuchni wszedł Łukasz. Podszedł i objął ją ramionami.
- Na co patrzysz?
- Co? A... na nic. Rozmawiałam z kolegą z pracy i myślę o tym, co mi powiedział... Ale widzę, że ktoś chce wjechać na osiedle.
Łukasz spojrzał przez okno.
- No, a Zdzich nie chce go wpuścić. Normalne. Pewnie ktoś przywiózł meble, a właściciel nie chce wyjść do stróżówki.
- Myślisz, że to dostawczy?
- No tak. Przecież widać, że to jakiś większy van.
- Ale nie jest oznaczony. - Zmarszczyła brwi. - Poza tym kto vanem wozi meble?
Łukasz wzruszył ramionami.
- Pewnie ktoś na czarno rozwozi jakiś towar po mieście i nie chce się rzucać w oczy.
- Ej! - Spojrzała na niego znad ramienia. - Powinieneś wykazywać się większą czujnością jako stróż prawa i porządku. Ktoś może rozwozi narkotyki albo broń.
- Może, ale nie mam ochoty teraz się tym przejmować.
- No, ładnie. A więc to tak działają te nasze służby.
- Oj tam. Zobacz, Zdzich jest najlepszym stróżem prawa w okolicy. Nie wpuścił ich. I jakiś Kowalski nie ucieszy się dziś z nowego kompletu wypoczynkowego.
"I naprawdę ze zwykłego lenistwa jakiemuś Kowalskiemu nie chciało się przejść kilkaset metrów, żeby wpuścić dostawcę?" - pomyślała, ale nie podzieliła się tą uwagą z mężem.
Łukasz siedział w salonie i dumał nad papierami. Justynie przyszło do głowy, że przygotuje mu na drugi dzień coś do jedzenia. Wspominał, że będą z Tomkiem siedzieć na obserwacji i nie wiadomo, jak długo im zejdzie. Wyciągnęła z lodówki sałatę, świeże warzywa i wędzonego indyka. Zabierała się do przygotowania sosu, kiedy zadzwonił telefon.
Słotwiński!
- Justyna Meyer, słucham. - Miała jego numer, ale wolała nie wyskakiwać z pretensjonalnym "słucham, panie dyrektorze".
- Słotwiński. Dobry wieczór.
- Dobry wieczór, panie dyrektorze.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie, mogę rozmawiać.
- Dobrze. Pani Justyno, mam dla pani propozycję. W zasadzie dwie.
- Tak?
- Rozmawiałem z prezesem Jakubowskim w sprawie warunków pani zatrudnienia. Rozmowa była praktycznie formalnością, bo nie pamiętam, żeby pan Konrad kiedykolwiek zakwestionował moje sugestie odnośnie do pracowników mojego działu. - Roześmiał się, mówiąc to. - No ale zapytać trzeba. No i prezes zgodził się na wprowadzenie pewnej modyfikacji, jeśli oczywiście pani się zgodzi i wyrazi chęć pozostania w naszej firmie.
- Czego miałaby dotyczyć ta modyfikacja? - Rozbolały ją nogi, więc przeszła do sypialni i usiadła na łóżku.
- Z racji tego, że pani praca nie wymaga od pani ciągłej obecności w biurze, zaproponowałem, by wykonywała ją pani z domu. Przynajmniej przez jakiś okres próbny. Moglibyśmy sprawdzić, czy to zdaje egzamin i czy jest pani zadowolona. Co pani na to?
- Brzmi dobrze. W sumie jestem bardzo mile zaskoczona... - Pierwszy raz od wielu dni poczuła, że na myśl o firmie BSK nie robi jej się duszno.
- Cieszę się. Proponuję, żeby przyszła pani w poniedziałek i po prostu zawarła nową umowę, z nowymi warunkami godzinowymi. Co do płacy... Wie pani, nie widzę powodu, żeby ją zmniejszać, ale mogę zasugerować, żeby rozważyła pani formę samozatrudnienia.
- Mam być wolnym strzelcem?
- Proszę się nie obrażać i nie bać, że w ten sposób ktoś chce panią odsuwać od firmy. Dobrze pani wie, że nie o to chodzi. Jednak własna działalność otworzy panią na szerszą działalność.
- Na przykład?
- Choćby w naszej firmie. Być może nie powinienem pani tego tak otwarcie mówić, ale w obecnych strukturach nie mam możliwości zaoferowania pani czegokolwiek ponad to, co pani robi. A chciałbym pani coś zaproponować... I to jest ta druga sprawa.
Nie mogła być bardziej zaskoczona.
- Czego dotyczy?
- Mam prośbę, żeby napisała pani analizę sytuacji na rynku diamentów. Wie pani, że dość poważnie przymierzamy się do zainwestowania w ten biznes, mimo że wielu nam to odradza. Na pewno wyrobiła sobie pani własne zdanie na ten temat. Proszę przyjrzeć mu się także od strony gospodarczej i historycznej: coś poczytać, poszukać w sieci. Niech pani spróbuje odpowiedzieć na pytanie, czy zarzuty o nierentowność kopalni, w które zamierzamy inwestować, są słuszne i co z kosztami zatrudnienia. Chcę, żeby rozwinęła pani swoją kreatywność, a nie sugerowała się opiniami kogokolwiek, na przykład Walczaka.
- Dobrze... Na kiedy chce pan taką analizę?
- Bez pośpiechu. Niech się pani do tego porządnie przyłoży.
- Rozumiem. A co ma do tego samozatrudnienie?
- Gdyby przygotowała pani taką analizę jako firma zewnętrzna, mogłaby pani wystawić nam fakturę. Ja ją chętnie podpiszę. Aha, jeszcze jedno. Przejrzałem pani CV... Powinna pani uzupełnić wykształcenie. Pewnie wiele panią na tych studiach magisterskich nie nauczą, ale to zawsze lepiej niż licencjat.
- Panie dyrektorze, mogę o coś zapytać?
- Oczywiście!
- Pracuję w tej firmie ponad rok i do tej pory miałam wrażenie, że w ogóle nie jestem dostrzegana, jakbym była powietrzem... A teraz... chcę odejść, a pan rysuje przede mną arcyciekawą ścieżkę rozwoju zawodowego. Coś się zmieniło?
Westchnął głośno.
- Pani Justyno... powiedzmy, że widzi pani tę rzeczywistość powierzchownie.
"Zaraz padnę. Dobrze, że Łukasz tego nie słyszy".
- Mówiła pani o ludziach, którzy w korporacjach nic nie robią albo udają, że robią. I oczywiście taka jest prawda. Złości panią nierówny podział obowiązków i usadowienie pewnych ludzi na nieodpowiednich stanowiskach. I to też jest fakt. Ale gdyby spojrzała pani na tę strukturę z innej perspektywy, zobaczyłaby pani, że wszystko to jest gra, którą ktoś toczy po swojemu. Komuś zależy na tym, żeby byli tacy ludzie jak Walczak, który nie odróżnia lewej od prawej. Żeby byli pracownicy, którzy, jak pani, wykonują swoją pracę i idą do domu bez głośnego komentowania różnych spraw. Mnie zależy, żeby się pani odzywała... ale nie głośno. Układ zależności w BSK jest obecnie taki, że nie byłoby to mile widziane. Mogłaby pani nadepnąć niejednemu na odcisk...
- Panu?
Roześmiał się.
- Jest pani naprawdę dobra. Mnie. Bo odbiłoby się to na mnie, bez dwóch zdań. Ale ja też rozgrywam swoją grę...
- I chce się pan mną posłużyć.
- Widzi pani, właśnie dlatego chcę mieć panią po swojej stronie barykady.
- Czyli że ta propozycja z pracą w domu jest próbą odsunięcia mnie od centrum wydarzeń.
- Tak. Chcę rozegrać pewną partię, ale nie mogę swoich asów pokazywać przed jej zakończeniem. Planowałem wcisnąć panią w te diamenty już jakiś czas temu. Nie było jednak sposobności. W zasadzie pani decyzja była dla mnie jak dar z nieba. Chciałem zrobić z pani młodszego analityka, ale teraz to po prostu niemożliwe. Nie mam dobrych notowań. Na górze się gotuje... - Zamilkł na chwilę, jakby zastanawiał się nad tym, co chce powiedzieć. - Pani Justyno, jutro na pani koncie powinny pojawić się pewne środki.
- Jakie środki?!
- Premia. Dwukrotność pani wynagrodzenia pomniejszona jedynie o podatek.
- Za co? - Serce zabiło jej mocno, choć nie tylko z radości.
- Za analizę o Wenezueli.
- Jaką ana...? Tę naszą rozmowę?
- Tak. Musiałem się nagimnastykować, żeby znaleźć odpowiedni powód, by ją pani przyznać. Udało się zamaskować to Chinami i jakimiś jeszcze drobiazgami.
- Ale dlaczego?
- To na zachętę. - Uśmiechał się, wyczuwała to wyraźnie. - Góra się gotuje właśnie przez Wenezuelę. Przedstawiłem na zebraniu Zarządu moją decyzję odnośnie do wycofania współpracy ze Stanami. Chcieli mnie zjeść...
- Ktoś jest pewnie przekupiony - wyrwało jej się.
- Jest pani urodzonym analitykiem, pani Meyer. - Był mocno rozbawiony. - Oczywiście, że tak. Żona wiceprezesa Adamiaka siedzi w ich kieszeni od jakiegoś czasu. Wiedzieli, jak podbudować jej niespełnione ambicje. Pozostałem jednak nieugięty. Jeszcze tego samego dnia Amerykanie wpadli w popłoch. Potwierdziły się pani przypuszczenia. Chcieli znowu zasiadać do negocjacji, ustalać nowe warunki. Też się nie zgodziłem. Prezes Jakubowski z Majewskim lecą przez Atlantyk podpisywać warunki umowy. W poniedziałek zostaną uruchomione potężne środki na rozpoczęcie inwestycji.
- Wenezuelczycy podpiszą?
- Tak. I w tym też miała pani rację: wolą to robić tylko z nami.
- To chyba dobrze?
- I to bardzo. Należy się pani za to znacznie więcej, ale myślę, że znajdę jeszcze sposób, żeby panią wynagrodzić.
W tym momencie Justyna miała ochotę się rozpłakać. Tyle się namęczyła w tej cholernej firmie, tyle zaciskania zębów i tyle nerwów... A wystarczyła chwila szczerości, żeby się to wszystko zmieniło.
- Pani Justyno, granie ludźmi w korporacjach nie zawsze polega na tym, że pozwala się im nie pracować. Czasami, a nawet bardzo często, wyciska się z nich wszystko, co mają, a potem wyrzuca na bruk jak zużytą oponę. Ta samodzielność, którą pani sugeruję... Chciałbym, żeby pani tego uniknęła, kiedy ktoś pojmie, ile ma pani do zaoferowania. Niech się pani szybko uczy pozostawać z dala od tego typu sytuacji. Życzę dobrej nocy i do zobaczenia w poniedziałek.
Rozłączył się szybko, nawet nie zdążyła podziękować. Siedziała w ciemnej sypialni i czuła, że cała drży. Chciała pobiec do Łukasz i mu o wszystkim opowiedzieć, ale pomyślała, że chce najpierw ochłonąć.
"Nie będę musiała ruszać TYCH pieniędzy" - ta refleksja przyszła na nią nagle, choć wydawało się, że jest bez związku ze sprawą.
"Czy to jest dla mnie najważniejsze? Pierwsze, o czym myślę, to pieniądze, których nigdy nie chciałam wydać".
Żeby odgonić te rozważania, wstała i poszła zobaczyć, co robi Łukasz. Rozmawiał przez telefon, to znaczy co sekundę powtarzał tylko "aha, aha" albo "czaję, czaję". To mógł być tylko Tomasz, i to z jakimiś dobrymi wieściami, bo Łukasz lekko podskakiwał na kanapie wyraźnie czymś podekscytowany.
- Dobra, dobra, Tomuś, zadzwonię rano. No, bądź na parkingu po ósmej. Tak, jasne. No, cześć.
Nie zauważył, jak weszła. Rzucił komórkę na kanapę, klasnął w dłonie i potarł nimi szczęśliwy jak mały chłopczyk.
- Co "Tomuś" ci takiego powiedział? - zapytała rozbawiona.
Podskoczył wystraszony nieco, ale chwilę potem szeroko się uśmiechnął.
- Jest! Jest! Mamy drania.
Przyciągnął Justynę do siebie i powalił na kanapę. Zaczął ją ściskać i łaskotać, aż doprowadził ją do spazmów śmiechu.
- Wreszcie go dopadniemy, zakujemy w kajdanki, wsadzimy do ciupy, a resztą niech się zajmą więźniowie - Justyna nie mogła już złapać oddechu, więc zaprzestał swoich "pieszczot" i położył się obok niej, wtulając głowę w jej piersi. - Mam już tak dość tego fagasa i tego, że siedzi na wolności, że najchętniej sam bym go pomęczył, najlepiej jakimś prądem.
Głaskała go po głowie, myśląc sobie, że nie będzie mu teraz opowiadać o rozmowie z szefem. Kiedy Łukasz był czymś tak mocno zaabsorbowany, nic innego do niego nie docierało. Mógłby nawet nie do końca zrozumieć, co do niego mówi. Usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości na swojej komórce. Odsunęła lekko męża i poszła do sypialni zobaczyć, kto napisał.
- Zostaw - krzyknął Łukasz, nie ruszając się z miejsca. - Na pewno jakaś loteria i wygrałaś piątego mercedesa w tym miesiącu.
- To muszę odebrać. - Roześmiała się.
- Nie no, coś ty! Gdzie my postawimy te wszystkie mercedesy?
Wiadomość była od Słotwińskiego.
"Jutro przed południem kurier dostarczy Pani przesyłkę z laptopem i paroma dokumentami. Proszę odebrać. Pozdrawiam - W. Słotwiński".
Weszła do kuchni, odłożyła telefon na lodówkę i zabrała się do kończenia sałatki dla Łukasza.
- Idę się kąpać. - Zerknął do kuchni, ale gdy miał się odwracać, coś mu się przypomniało. - Aha, na sobotni wieczór mamy zaproszenie na ten wernisaż.
- Jaki znowu wernisaż? - Ostatnie, o czym marzyła, to bieganie w sobotę po galeriach.
- No wiesz - skrzywił się - żony Sławka.
- Nie, proszę cię. - Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. - Ona robi to okropne... coś.
- Wiem, ale prosił, żebyśmy przyszli zrobić tłum. Wszyscy w Biurze dostali zaproszenia, i to po kilka. Jeśli masz kogoś, kto by poszedł... są u mnie w torbie na laptopa.
- Chyba żartujesz! Żeby mnie ten ktoś potem znienawidził do końca życia?!
- Kotek... Zróbmy to dla Sławka. Mówi, że jak nikt nie przyjdzie, to nici z seksu przez rok. Ona się załamie.
- Kotek, zróbmy to dla sztuki i nie idźmy! Ta idiotka będzie myślała, że jest świetną artystką. Ktoś powinien dać jej do zrozumienia, że tak nie jest.
Łukasz odwrócił się i wszedł do łazienki, ale wychylił jeszcze głowę zza drzwi.
- W sobotę o dziewiętnastej. Wejdziemy, podamy dłoń i uciekniemy.
Schował się i zamknął za sobą drzwi.
- Oczywiście - mruczała do siebie, maltretując mięso indyka wielkim nożem. - A potem się potniemy i będziemy mieć nocne koszmary.
Justyna już tej nocy spała bardzo źle. W roli głównej wystąpił Jóźwiński. Byli w galerii, w której wisiały psychodeliczne obrazy Sławkowej połowicy. Chodziła od obrazu do obrazu, szukając jednocześnie wyjścia, ale miała wrażenie, że jest w wielkim labiryncie. Jóźwiński chodził za nią, próbując jej dotknąć. Czasami jego facjata namalowana była na którymś z tych bohomazów, a wtedy ożywała i śmiała się Justynie prosto w twarz diabelskim śmiechem. Obudziła się, kiedy już ją dorwał w swoje łapy, z uczuciem, że ktoś naprawdę trzyma ręce na jej ciele. Jednak nie była nawet przykryta kołdrą. Łukasz leżał na boku na swoim skraju łóżka.
Patrzyła w sufit, ciężko oddychając. Bała się jeszcze bardziej, bo już miewała ten rodzaj snów - one zawsze się spełniały. Wstała, żeby się napić wody, i kiedy przechodziła obok drzwi wejściowych, jej wzrok padł na zwisający przy nich łańcuch. Podeszła z bijącym sercem i nacisnęła klamkę. Drzwi były otwarte.
- Łukasz, kurrr... - syknęła przerażona. Zamknęła gwałtownie drzwi i przekręciła górny zamek. Założyła też łańcuch.
Jej mąż miał obsesję na punkcie niezamykania drzwi. Pytała go kiedyś nawet, czy w dzieciństwie był zamykany przez rodziców na jakimś strychu albo w piwnicy. Zapierał się, że to nie obsesja. Dużo wody upłynęło w Wiśle, nim przyznał, że kiedyś zamknął się po wejściu do mieszkania i odłożył gdzieś klucze, których nie mógł znaleźć, kiedy musiał szybko wybiec do pracy. Był wtedy młodym, początkującym policjantem. Nie zjawił się na jakiejś ważnej akcji, a koledzy szydzili z niego z tego powodu przez dobrych kilka miesięcy. Od tego czasu wolał, żeby drzwi były otwarte - tak na wszelki wypadek, co było dla Justyny niezrozumiałe, skoro mieli drzwi zamykane od wewnątrz nie na klucz, lecz na pokrętło. Wiele razy łapała go na tym, jak bezwiednie niemal sunie wieczorem w stronę wejścia i sprawdza, czy drzwi są otwarte. Tłumaczył, że mieszkają na strzeżonym osiedlu, a drzwi do klatki są otwierane kodem. Uważał, że takie zabezpieczenie w zupełności wystarczy. Justyna jakoś znosiła tę fanaberię, ale dziś poczuła, że ma jej dość. Rano powiedziała mu o tym przy śniadaniu.
- Chcę, żebyś je zamykał. Bardzo cię o to proszę.
- Dobrze, kochanie - powiedział to tonem, który tego dnia znienawidziła, choć zazwyczaj jej nie przeszkadzał. Oznaczał, że po sekundzie nie będzie pamiętał ani prośby, ani swojej odpowiedzi. Smarował dalej swoją grzankę masłem, nawet nie podnosząc głowy.
"On już jest na tej obserwacji. Już zakłada Frankowskiemu kajdanki na ręce" - westchnęła cicho i pokręciła głową zrezygnowana.
Spakowała mu sałatkę z indykiem, dorzuciła kilka kromek chleba, serwetki i plastikowy widelec. Wcisnęła mu pakunek do rąk i nastawiła usta do buziaka. Ucałował ją mocno i z pasją, przyciskając wolną ręką do siebie.
- Pa, kochanie. Życz mi szczęścia.
- Życzę. Zawsze życzę. - Patrzyła mu głęboko w oczy, czując ucisk w żołądku. Bała się. Każdego dnia czuła lęk o jego życie i zdrowie. Nikt nie mógł wyczytać tego z jej zachowania, ale bycie żoną Łukasza to ciągły stres, nad którym nie dało się zapanować.
- Odpocznij. - Pocałował ją w nos. - I niczym się nie przejmuj.
Uśmiechnął się ciepło i wyszedł.
Drzwi zamknęła dokładnie. Było przed ósmą, miała więc pomysł, żeby położyć się jeszcze na chwilę, ale zrezygnowała z niego i poszła do kuchni zrobić porządek. Stanęła przy zlewie i wyjrzała przez okno. Zobaczyła Łukasza idącego szybkim krokiem w stronę bramy. Kiedy zniknął jej z pola widzenia, pod stróżówkę podjechał van - ten sam, którego widzieli wieczorem. Zdzich skończył swoją zmianę o szóstej, teraz pracował inny ochroniarz, którego imienia nie znała. Nie lubiła go, bo rzadko odpowiadał na "Dzień dobry" i robił przykre uwagi, kiedy wracało się późno, a on musiał wstać i otworzyć furtkę. W przeciwieństwie do swojego poprzednika nie był jednak tak restrykcyjny, jeśli chodzi o sprawdzanie tych, co chcieli wjechać na osiedle. Teraz nawet nie wyszedł, tylko po prostu otworzył bramę. Van, ciemnogranatowy mercedes z przyciemnionymi szybami z tyłu, podjechał pod ich klatkę. Z szoferki, od strony pasażera, wysiadł wysoki, napakowany mężczyzna. Miał na głowie czarną bejsbolówkę, więc nie mogła dostrzec jego twarzy. Mimo że nosił skórzaną kurtkę, widziała, że ma potężne ramiona, które nie dotykały nawet korpusu. Podszedł do wejścia do klatki i zniknął z pola widzenia. W tej chwili pod stróżówkę podjechał wóz dostawczy DHL-u, więc w sekundzie straciła zainteresowanie "pakerem" z mercedesa, bo przypomniało jej się o przesyłce z firmy. Spojrzała na siebie i stwierdziła, że musi się nieco ogarnąć. Zawiązała mocniej szlafrok i szybko przeczesała włosy. Kurier nie wjeżdżał na osiedle, tylko przed bramą wysiadł z ciężarówki i wyciągnął z tyłu dwa większe pakunki.
"Mój komputer" - od razu pomyślała. Zaabsorbowana swoim wyglądem i spodziewaną wizytą przedstawiciela DHL-u, nie zwróciła uwagi na dziwne odgłosy dochodzącego spod drzwi mieszkania. Gdyby teraz przed nimi stała, zobaczyłaby, jak ktoś naciska na klamkę, ale bez rezultatu. Kiedy kurier zadzwonił domofonem, ten ktoś się spłoszył i zaczął szybko zbiegać po schodach...
Młody chłopak w czerwono-żółtej bluzie i w czapce z daszkiem był już nieco zdyszany, kiedy dotarł na trzecie piętro. Otworzyła mu szybko drzwi, żeby nie musiał czekać. Postawił pakunki na podłodze i ciężko westchnął.
- Jakiś debil mało mnie nie zabił na pierwszym piętrze. Zbiegał po schodach, jakby się paliło.
- Gdzie mam podpisać?
- O, tutaj. - Podał jej dokument na desce z klipsem. - Bardzo pani dziękuję. Miłego dnia.
- Ja również dziękuję. I niech pan uważa na innych debili.
- Jasne. - Już na progu się roześmiał. - Czasami mam wrażenie, że są dni, gdy kręci się ich więcej.
"Ja też" - pomyślała w duchu Justyna. Wniosła paczki do kuchni i postawiła obok lodówki. - "Trzeba będzie sobie zorganizować jakieś stanowisko pracy".
Zerknęła z ciekawości przez okno i skonstatowała, że mercedes odjechał, a kurier właśnie prześlizgiwał się przez zamykającą się bramę.