Niebezpieczna przeszłość - Róża Lewanowicz

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Pod po­wie­kami bu­szo­wały jesz­cze resztki snu, ale prak­tycz­nie już była świa­doma, że to ko­niec przy­jem­nego od­po­czynku. Nie mu­siała otwie­rać oczu, żeby wie­dzieć, że pada.

"Naj­lep­sza pod słoń­cem po­goda - sza­rówa" - po­my­ślała Ju­styna i da­lej osten­ta­cyj­nie po­ka­zy­wała ca­łemu światu, że się jesz­cze nie obu­dziła. Bu­dzik miał za­dzwo­nić za pięć mi­nut, ale rzadko kiedy zda­rzało jej się nie obu­dzić przed jego ja­zgo­tli­wym dźwię­kiem. Za jej ple­cami na­stą­piło nie­znaczne po­ru­sze­nie, a po chwili dało się sły­szeć ci­che stęk­nię­cie.

- Ja pier­dziu... leje.

- No - mruk­nęła, bo nic in­nego nie wy­pa­dało w tej sy­tu­acji od­po­wie­dzieć.

Łu­kasz ob­ró­cił się w jej stronę i ob­jął ją ra­mie­niem.

- Dzień do­bry, żono - mó­wił to wprost do jej ucha, co było tak samo nie­przy­jemne jak pod­nie­ca­jące. Na przed­ra­mie­niu Ju­styny po­ja­wiła się gę­sia skórka. - Je­steś go­towa na ko­lejny, eks­cy­tu­jący dzień w twoim ży­ciu?

- Za­raz cię rąbnę.

- A to czemu? - Chi­cho­tał. - Nie masz ochoty iść do biura? No coś ty, ko­cha­nie, prze­cież to uwiel­biasz.

Wy­rwała spod głowy po­duszkę i za­częła go nią okła­dać z ca­łych sił. Walka, jak za­wsze, była nie­równa. Łu­kasz - silny i bar­dzo zwinny, na­wet jak na tak du­żego fa­ceta - szybko prze­chwy­cił nad­garstki Ju­styny i przy­gniótł do ma­te­raca.

- Ty na­prawdę tego nie lu­bisz. - Śmiał się całą sze­ro­ko­ścią swo­jej po­god­nej twa­rzy.

- Na­prawdę nie lu­bię.

- To nie idź.

- To sam spła­caj kre­dyt.

- Do­bra, ale bę­dziemy mu­sieli nieco zmo­dy­fi­ko­wać na­sze menu. Skoń­czy ci się bur­żuj­stwo w Pio­trze i Pawle.

- Mnie się skoń­czy? - Wciąż nie udało jej się wy­swo­bo­dzić, choć wy­da­wało się, że wcale tak mocno jej nie trzy­mał. - A kto wpier­dziela szy­neczki i oliwki, i sery sto zło­tych za kilo na ko­la­cję, co?

- Oj, tam. W Bie­dronce też na pewno coś się znaj­dzie.

- W Bie­dronce, mój drogi, wcale nie jest tak ta­nio.

- Nie? - W końcu wy­pu­ścił ją z uści­sku i za­czął się pod­no­sić.

- Nieee - prze­drzeź­niła go. - Słabo się orien­tu­jesz. Zo­staną ci tylko prze­ter­mi­no­wane kur­czaki i wę­dliny, dzie­więć dzie­więć­dzie­siąt za kilo, z wiel­kiego hi­per­mar­ketu, re­wi­ta­li­zo­wane w ja­kimś spe­cy­fiku, żeby na zie­lono nie świe­ciły.

- Ja­kieś bujdy opo­wia­dasz.

- Ech - wes­tchnęła, krę­cąc głową. - Czym wy się w tym Biu­rze zaj­mu­je­cie?

- Jak to czym? Wal­czymy z ko­rup­cją, prze­stęp­cami róż­nej ma­ści i ła­piemy groź­nych dla na­szej oj­czy­zny zbi­rów.

- Tak, tak, oczy­wi­ście. - Za­mru­czała pod no­sem, wcho­dząc do gar­de­roby. - Weź mi le­piej, zbawco oj­czy­zny, śnia­da­nie zrób.

- A może być szy­neczka z oliw­kami?! - krzyk­nął z kuchni.

- Może, może. - Ro­ze­śmiała się.

Śnia­da­nie je­dli, nie­wiele się od­zy­wa­jąc. Po­goda nie na­stra­jała do roz­mów, poza tym Łu­kasz był ewi­dent­nie czymś za­afe­ro­wany. Ju­styna ła­two od­czy­ty­wała jego na­stroje, wie­działa też, że szy­kuje się z Biu­rem do więk­szej ak­cji, a w ta­kich sy­tu­acjach ciężko było za­jąć go czym­kol­wiek in­nym.

- Hm, ko­cha­nie, wra­casz dziś nor­mal­nie do domu? - za­py­tał po dłuż­szej chwili ci­szy znad ta­le­rza.

- Nor­mal­nie - kiw­nęła głową. - Może jesz­cze za­ha­czę o ja­kiś sklep, ale je­śli bę­dzie da­lej lało, to pew­nie za­mó­wię za­kupy przez in­ter­net. A czemu py­tasz?

- Bo mogę dziś wró­cić późno.

- Ro­zu­miem.

Łu­kasz spoj­rzał na żonę, jakby usły­szał coś bar­dzo nie­po­ko­ją­cego.

- "Ro­zu­miem"? Nie py­tasz dla­czego? Nie zło­ścisz się?

- Rany, Łu­kasz, co ty ze mnie ro­bisz, wa­riata? Szy­ku­jesz ja­kąś ak­cję od dwóch mie­sięcy, z dnia na dzień ro­bisz się co­raz bar­dziej nie­obecny, twoi kum­ple, jak nas od­wie­dzają, na­wet piwa nie chcą pić, bo tylko w te wa­sze pa­piery się ga­pi­cie, jakby tam co naj­mniej gołe baby były.

- Może są.

- Ja­sne. Ro­ze­brana żona pre­zesa Fran­kow­skiego.

Wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie, jakby po­łknął kij od mio­tły.

- Skąd wiesz?

- Bo nie je­stem idiotką. Miesz­kamy ra­zem, jak­byś za­po­mniał. Wi­dzę, ja­kie ga­zety czy­tasz, kiedy po­gła­śniasz te­le­wi­zor w cza­sie wia­do­mo­ści, co oglą­dasz w sieci... Śle­dzi­cie lu­dzi z za­rządu, pre­zesa Fran­kow­skiego, jego żonę też. W ze­szłym mie­siącu do­sta­li­ście zgodę na pod­słu­chy, dwa ty­go­dnie temu zła­pa­li­ście mło­dego Fran­kow­skiego na spe­ku­la­cjach i pró­bach ma­ta­cze­nia. Więc... my­ślę so­bie, że już czas, żeby za­mknąć tę sprawę i za­cząć ła­pać ko­goś in­nego.

- Ju­styś... bar­dzo się sta­ram być dys­kretny. - Uśmiech­nął się blado. - Je­steś ja­kimś Sher­loc­kiem Hol­me­sem czy co? A może ma­fia cię pod­sta­wiła jako moją żonę, że­byś...

W stronę Łu­ka­sza po­le­ciała ścierka ze zlewu. Zła­pał ją, ale była na tyle mo­kra, że mu­siał zmie­nić ko­szulkę.

- Gdy­bym była z ma­fii, to­bym ci tego nie po­wie­działa, co ci po­wie­dzia­łam, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu służb spe­cjal­nych. Ob­ser­wuję cię, po pro­stu.

- No to mu­szę uwa­żać. Gdyby przy­szło mi do głowy cię zdra­dzić, to za­raz mu­siał­bym od­pę­dzić tę myśl, że­byś mnie tylko nie przej­rzała.

- Bar­dzo śmieszne.

Łu­kasz pod­wiózł Ju­stynę tak bli­sko sta­cji me­tra, jak się dało, ale i tak nie uchro­niło jej to od zmo­cze­nia stóp po kostki.

"Cho­lera ja­sna, gdzie ja mam głowę?! Trzeba było wło­żyć ka­lo­sze".

Na pe­ro­nie był już dziki tłum, jak to za­wsze o tej po­rze na sta­cji Pole Mo­ko­tow­skie. Ju­styna stała, dy­go­cąc z zimna i wy­jąt­kowo pro­sząc Nie­biosa, żeby droga do biura tym ra­zem się skró­ciła, i przy­glą­dała się swo­jemu od­bi­ciu w drzwiach, za które już nie wolno było wcho­dzić. Pro­sta fry­zura, pro­sty ma­ki­jaż, nudna spód­nica i buty na pła­skim ob­ca­sie. Zro­biła, co mo­gła, żeby nie wy­róż­niać się z oto­cze­nia. Może nieco bar­dziej się gar­biła, ale to z tego po­wodu, że było jej zde­cy­do­wa­nie za zimno w gra­na­to­wej ma­ry­narce i cien­kim swe­terku, który miała pod spodem. Dla swo­jego męża była naj­pięk­niej­sza i to jej wy­star­czyło. Inni mo­gli w ogóle jej nie wi­dzieć. Swo­ich brą­zo­wych wło­sów ni­gdy nie ufar­bo­wała, nie ma­lo­wała na­wet pa­znokci.

W wa­go­nie nie było się czego chwy­cić, ale w ści­sku nie miała wiel­kich obaw, że się prze­wróci. Je­dy­nym, co ją każ­dego dnia nie­po­ko­iło, było to, że ktoś ją okrad­nie, gdy ona straci czuj­ność.

Rzeka lu­dzi wy­pły­nęła z pasz­czy me­tra przy Świę­to­krzy­skiej, kie­ru­jąc się w różne strony, ale znaczna więk­szość osób po­mknęła tam, gdzie Ju­styna - do ronda ONZ. Od­ci­nek ten nie­stety trzeba było przejść na pie­chotę, bo ulica była za­mknięta z po­wodu bu­dowy dru­giej nitki me­tra, na­wet jesz­cze nie­roz­po­czę­tej.

- Nic nie ro­bią, ale ulicę za­my­kają. - Usły­szała zna­jomy głos z tyłu. Obej­rzała się za sie­bie.

- Cześć, Magda. Jak tam leci?

- Tam nie wiem. A u mnie norma: roz­wód, brak miej­sca w przed­szkolu, wredna te­ściowa i pies są­siada drący mordę do trze­ciej w nocy. Po pro­stu nudy. - Ner­wo­wymi dłońmi wy­cią­gnęła z to­rebki paczkę pa­pie­ro­sów. - Cze­kaj, od­palę. Nic już lep­szego mi w ży­ciu nie zo­stało.

Magda pra­co­wała z Ju­styną w jed­nej fir­mie, ale w in­nym dziale. Choć trudno było w to uwie­rzyć, była młod­sza o cztery lata. Wy­soka, ale mocno przy­gar­biona, z po­ob­gry­za­nymi pa­znok­ciami i żół­tymi od kawy i pa­pie­ro­sów zę­bami. Ktoś po­ka­zał kie­dyś Ju­sty­nie na Na­szej Kla­sie jej zdję­cia z cza­sów li­ceum - to była praw­dziwa bo­gini, któ­rej obec­nie zu­peł­nie nie przy­po­mi­nała. Miała dwójkę dzieci i męża, po­dobno al­ko­ho­lika, z któ­rym wła­śnie się roz­wo­dziła. Ju­styna nie pa­mięta, by ta kie­dy­kol­wiek nie na­rze­kała. Jej po­dej­ście do świata i lu­dzi nie było w za­sa­dzie ni­czym od­osob­nio­nym w biu­rze, ale mal­kon­tenc­two Mag­da­leny stało się wzor­cem nie­do­ści­gnio­nym. Czę­sto cho­ro­wała przez wy­cho­dze­nie na pa­pie­rosa na ze­wnątrz bez cie­płego ubra­nia wierzch­niego. Po­nadto Ju­styna od­no­siło się wra­że­nie, że Mag­da­lena jest prze­żarta tok­sy­nami z farb do wło­sów, na któ­rych obec­nie pre­zen­to­wały się mo­nu­men­talne od­ro­sty, oraz ko­sme­ty­kami ku­po­wa­nymi na­ło­gowo w sieci, za­wsze po oka­zyj­nej ce­nie. Ju­styna po­dej­rze­wała u niej za­ku­po­ho­lizm albo inną formę uza­leż­nie­nia.

- Po­goda pod psem. A pod­wy­żek ani widu, ani sły­chu - cią­gnęła w dro­dze swoją wy­li­czankę na­rze­kań. - Sły­sza­łaś, że dziu­nia z księ­go­wo­ści, ta... no... Mar­tyna czy tam inna Sryna ma ro­mans z na­szym sze­fem?

- Nie, nie sły­sza­łam. - Ju­styna uśmiech­nęła się nie­wy­raź­nie. Uni­kała plo­tek jak ognia. Miała swoje po­wody, które sku­tecz­nie znie­chę­cały do kor­po­ra­cyj­nych "przy­jaźni". Z nie­wie­loma też oso­bami miała kon­takt i była świa­doma, że po­strze­gana jest przez wielu jako dzi­waczka.

- No tak, nie pra­cu­jesz w moim dziale. - Magda za­cią­gnęła się mocno i z pa­sją, jakby dym z pa­pie­rosa był naj­czyst­szym po­wie­trzem z Alp. - To ja­kaś idiotka. Fa­cet ma żonę, dzieci... Co ona my­śli? Że dupą ka­rierę zrobi? Już nie­jedna się na tym prze­je­chała.

Ju­styna przy­gry­zła wargę. Wie­działa bar­dzo do­brze, wcale nie z plo­tek, że Magda ma za sobą ro­mans z by­łym kie­row­ni­kiem jej działu. Od­wró­ciła głowę w stronę wi­tryny skle­po­wej, jakby wła­śnie bar­dzo ją za­in­te­re­so­wały znaj­du­jące się za szybą buty. Do wej­ścia do wie­żowca nie ode­zwała się do ko­le­żanki ani sło­wem. Z ulgą przy­jęła fakt, że Magda skie­ro­wała się w stronę Cof­fee He­aven.

- Nie masz ochoty?

- Nie, dzięki. Wolę na­szą na gó­rze. - Po­sta­rała się przy­kleić so­bie do twa­rzy ja­kiś szcząt­kowy uśmiech.

W win­dzie, jak zwy­kle, pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza. Grupa wci­śnię­tych w biu­rowe zbroje lu­dzi uda­wała, że nie wi­dzi ni­kogo poza swoim od­bi­ciem w me­ta­lo­wych drzwiach. Nad­mier­nie czuły nos Ju­styny ba­wił się wy­ła­wia­niem uno­szą­cych się w po­wie­trzu za­pa­chów.

"Donna Ka­ran, YSL, Cha­nel... uu! Ruda z ubez­pie­czeń pię­tro ni­żej chyba do­stała pre­mię. Fla­ko­nik kosz­tuje do­bre cztery stówy. Albo pre­zent..."

Drogę od windy do biura po­ko­nała wy­jąt­kowo szybko, nie mo­gąc się do­cze­kać, kiedy wresz­cie zmieni buty na su­che albo choć zdej­mie mo­kre i do­tknie stopą mięk­kiej wy­kła­dziny. Trzeba się było jesz­cze pod­pi­sać na li­ście.

- Pan Sło­twiń­ski dawno przy­szedł? - za­py­tała mło­dej se­kre­tarki, nie pod­no­sząc na­wet wzroku.

- A skąd pani... - Sza­tynka z pla­kietką, na któ­rej błysz­czało się imię Ka­ro­lina, chyba ni­gdy wcze­śniej nie była rów­nie zdzi­wiona. - Skąd pani wie, że dy­rek­tor już jest?

- Wiem. - Za­brała to­rebkę z kon­tu­aru i po­mknęła do swo­jego biurka bez zbęd­nych wy­ja­śnień.

Od­po­wiedź była ba­nal­nie pro­sta: tylko Sło­twiń­ski uży­wał tych piż­mo­wych per­fum. Mi­ja­jąc ko­lejne po­miesz­cze­nia, bez oglą­da­nia się na­około, wie­działa, kto już do­tarł, a kto nie, tylko dzięki temu, że wy­czu­wała ko­lejne za­pa­chy. Skoro jed­nak sam dy­rek­tor jest dziś tak wcze­śnie - za­zwy­czaj nie po­ja­wiał się przed dzie­siątą trzy­dzie­ści - to szy­kuje się ja­kaś po­ważna na­rada.

"Nikt nie ćwier­kał o ze­bra­niu za­rządu. To musi być coś na­głego" - wnio­sko­wała, zdej­mu­jąc szybko czó­łenka i wcie­ra­jąc mo­kre stopy w przy­jem­nie cie­płą i su­chą wy­kła­dzinę.

- Cześć. Nogi cię swę­dzą? - Przy jej biurku za­trzy­mał się Ka­mil, nie­wy­soki, szczu­pły bru­ne­cik z jej działu, ma­jący się za wiel­kiego ana­li­tyka. Z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wał jej po­czy­na­nia.

- Nowy in­we­stor chce się wy­co­fać? - od­po­wie­działa py­ta­niem nie na te­mat.

- Ee... że co? Kto ci po­wie­dział? - Ro­zej­rzał się ner­wowo wo­kół i ści­szył głos: - To jest info tajne przez... sam nie wiem.

- Ale nie dla cie­bie.

- No nie dla mnie... - Za­wa­hał się. - Przy­sze­dłem wcze­śniej, bo stary mi ka­zał, więc się do­wie­dzia­łem, ale le­d­wie pięć mi­nut temu.

- A ja mi­nutę temu.

- Aha... - Wzru­szył ra­mio­nami, jakby sta­rał się ukryć emo­cje. - Wiesz, jak jest: na­sta­wiali się na in­we­stora, na­sta­wiali, a on chce się wy­co­fać, więc pa­ni­kują... chyba. Nie wiem...

Po­szedł so­bie w stronę kuchni.

In­we­sto­rzy w ogóle Ju­styny nie in­te­re­so­wali. Było to o tyle ważne, że je­śli firma mia­łaby upaść albo za­cząć zwal­niać lu­dzi, ona po­winna jak naj­szyb­ciej za­cząć szu­kać no­wej po­sady. Ta kor­po­ra­cja była jej trze­cią, od kiedy miesz­kała w War­sza­wie, i już zdą­żyła się prze­ko­nać, że wszę­dzie jest tak samo. Nie ob­cho­dziło ją to, że jest po­strze­gana jako dzi­wo­ląg, bo nie jeź­dzi na im­prezy in­te­gra­cyjne, na któ­rych nie schlewa się do nie­przy­tom­no­ści, nie cho­dzi na dół na pa­pie­rosa, nie pija kawy wspól­nie przy eks­pre­sie w kuchni i nie ob­ga­duje szefa. To było coś, co nie miało na­wet po­zo­rów zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sza była stała pen­sja, która wpły­wała re­gu­lar­nie na konto i po­kry­wała ko­lejne raty za ich miesz­ka­nie na Mo­ko­to­wie. Nikt z sze­fo­stwa się jej nie cze­piał, przy­cho­dziła przed dzie­wiątą, po sie­dem­na­stej była w domu, week­endy były wolne, a cza­sami wpa­dła ja­kaś pre­mia. Za to tę po­sadę ko­chała ca­łym ser­cem, rów­nie mocno, jak jej nie­na­wi­dziła (z czego cią­gle śmiał się Łu­kasz). I dla­tego na jej biurku i wo­kół niego pa­no­wał ide­alny po­rzą­dek. Dbała o to miej­sce, bo dzięki niemu żyła tak, jak tego chciała - ze swoim mę­żem, we wła­snym lo­kum. Dbała też o nie, bo na tyle nie zno­siła firmy i tego, co robi, że pra­gnęła przy­naj­mniej sie­dzieć w ja­kimś ła­dzie i po­rządku.

Wil­gotną ma­ry­narkę po­wie­siła na opar­ciu fo­tela. Mo­kre buty wsu­nęła tak, by po­zo­sta­wały poza za­się­giem wzroku. Za­pa­sowe ba­le­rinki wy­cią­gnęła z szafki i wło­żyła na su­che już stopy. Blat biurka prze­tarła chu­s­teczką (paczkę za­wsze miała w szu­fla­dzie). Włą­czyła kom­pu­ter i po­szła do kuchni zro­bić so­bie kawę.

Jej praca nie była ni­czym skom­pli­ko­wa­nym. W ogóle praca w kor­po­ra­cjach nie była ni­czym skom­pli­ko­wa­nym. Pra­wie czte­ro­let­nie do­świad­cze­nia w tym za­kre­sie po­ka­zały jej bar­dzo wy­raź­nie, że pra­cują w nich lu­dzie, któ­rzy do per­fek­cji opa­no­wali sztukę uda­wa­nia za­pra­co­wa­nych. Więk­szość z tych rze­czy, ja­kimi się zaj­mo­wali, mo­gła ro­bić kil­ku­krot­nie mniej­sza grupa osób w o po­łowę krót­szym cza­sie. Naj­trud­niej było po­go­dzić się z tym, że wy­so­kość ich za­rob­ków wcale o tym nie świad­czyła. Ju­styna miała krótki epi­zod w pracy w spo­żyw­czaku na Gro­cho­wie i do­brze wie­działa, że żadne z tych lu­dzi nie by­łoby w sta­nie prze­łknąć ta­kiej stawki go­dzi­no­wej przy tak wiel­kim ob­cią­że­niu fi­zycz­nym i umy­sło­wym, a do­dat­kowo z od­po­wie­dzial­no­ścią ma­te­rialną za to­war i kasę. Nie dys­ku­to­wała jed­nak z ta­kim po­rząd­kiem rze­czy. Nie było warto.

Nie­stety, sta­no­wi­sko pracy Ju­styny znaj­do­wało się w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń. Wo­la­łaby sie­dzieć w dziale, który stale zaj­muje się cią­gle tym sa­mym, jak choćby ka­dry. Tra­fiła jed­nak do in­we­sty­cji za­gra­nicz­nych - głów­nie z ra­cji do­brej zna­jo­mo­ści dwóch ję­zy­ków ob­cych, któ­rymi mało kto w tej fir­mie się po­słu­gi­wał - i bez­u­stan­nie przed jej oczami prze­wi­jały się ta­belki z na­zwami i cy­frami, któ­rych nie miała ochoty wi­dzieć ani pa­mię­tać.

- Pani Ju­styno, idziemy w wę­giel - mó­wił na przy­kład swym ni­skim gło­sem dy­rek­tor Sło­twiń­ski i już wie­działa, że za parę dni po­jawi się ja­kaś chiń­ska de­le­ga­cja, co dla niej oso­bi­ście nie miało wiel­kiego zna­cze­nia, poza tym, że bę­dzie miała do opra­co­wa­nia kil­ka­na­ście ta­be­lek w Excelu, które trzeba bę­dzie okól­ni­kiem ro­ze­słać do człon­ków za­rządu i kie­row­ni­ków dzia­łów.

Obecna firma, w od­róż­nie­niu od po­przed­nich, ob­ra­cała na­prawdę du­żymi pie­niędzmi. W ta­bel­kach cza­sami trudno było się do­li­czyć zer na końcu słupka. Wę­giel, prze­mysł zbro­je­niowy, stal, a na­wet dia­menty i złoto. Był mo­ment, gdy za­częło ją to bar­dziej in­te­re­so­wać. Za­częła do­głęb­nie ana­li­zo­wać, co dzieje się na gieł­dach, czy­tać od­po­wied­nią li­te­ra­turę, oglą­dała na­wet za­gra­niczne sta­cje in­for­ma­cyjne z ukie­run­ko­wa­niem na sprawy go­spo­dar­cze. Prze­wi­dy­wa­nie tego, co może się wy­da­rzyć, było na­wet pod­nie­ca­jące, zwłasz­cza wtedy, kiedy jej wła­sne przy­pusz­cze­nia po­twier­dzały się z dużą czę­sto­tli­wo­ścią. Ale w fir­mie nie było o tym z kim po­roz­ma­wiać. Jej ko­le­ża­nek to nie in­te­re­so­wało, lu­dzie na in­nych sta­no­wi­skach ole­wali ją albo trak­to­wali z góry. Zdała so­bie sprawę, że - poza Sło­twiń­skim i pre­ze­sem Ja­ku­bow­skim - wszy­scy "spe­cja­li­ści" byli im­be­cy­lami.

- Ja­kie oni stu­dia koń­czyli? - re­la­cjo­no­wała któ­re­goś wie­czora swoje od­kry­cia Łu­ka­szowi. - Sre­bro za­czyna dro­żeć, bę­dzie dro­żeć, zwłasz­cza że ko­pal­nie w Ka­na­dzie szy­kują się do za­mknię­cia i nie wia­domo, co z nimi bę­dzie, a oni na upar­tego brną w złoto, które traci na war­to­ści i praw­do­po­dob­nie utrzyma tę ten­den­cję przez naj­bliż­sze pięć lat.

- Nie ro­zu­miem - mruk­nął Łu­kasz znad ta­le­rza z kieł­ba­skami.

- Po­myśl tylko: skoro sre­bro bę­dzie droż­sze za rok czy dwa, to dziś trzeba go ku­pić jak naj­wię­cej, choćby to miały być srebrne za­stawy od ban­kru­tu­ją­cego lorda.

Prze­stała się jed­nak de­ner­wo­wać, a na­wet tłu­ma­czyć coś mę­żowi, któ­remu le­piej szło ukła­da­nie te­ra­koty w przed­po­koju czy ma­lo­wa­nie ściany w sy­pialni. Wy­star­czyło po­wie­dzieć, czego się chce, i od razu za­bie­rał się do pracy. Od­pu­ściła so­bie zaj­mo­wa­nie się tym, czy firma do­brze robi, in­we­stu­jąc w to, czy tamto. Szkoda było jej ner­wów, także na słu­cha­nie głu­pot, które nie­któ­rzy opo­wia­dali.

Kiedy we­szła w tym dniu do kuchni, do jej uszu do­cie­rały tylko strzępy roz­mów:

- Ten gaz łup­kowy to wrzód na du­pie...

Lampka na eks­pre­sie po­ka­zy­wała brak wody w zbior­niczku.

"Ko­rzy­stają wszy­scy - nikt, jak zwy­kle, nie do­lał".

- Ba­ryłka miała po­dro­żeć... sta­niała... ak­cyza i tak w górę...

"Jak do­brze, że mły­nek do kawy pra­cuje wy­star­cza­jąco gło­śno, żeby nie sły­szeć wła­snych my­śli".

- A Ry­dzyk tylko o geo­ter­mie...

"W lo­dówce stoi znowu mleko zero pro­cent - Mał­gośka pró­buje z Du­ka­nem drugi raz w tym roku".

- Bo my się spóź­ni­li­śmy...

Na biurku miała ele­gancką pod­kładkę, na któ­rej po­sta­wiła ku­bek. Ku­piła ją na targu w Mar­ra­ke­szu w cza­sie po­dróży po­ślub­nej. W tym sa­mym stylu była pod­kładka pod mysz, ale ją przy­wiózł Łu­kasz z wy­jazdu do In­dii. Bar­dzo po­dej­rzane było to po­do­bień­stwo. Śmiali się, że pew­nie po­cho­dzą z tej sa­mej fa­bryki w Chi­nach.

Na­brała po­wie­trza głę­boko w płuca i wpro­wa­dziła swoje ha­sło.

"Wi­taj dniu po­dobny do wszyst­kich in­nych. Ja­kie nie­no­wo­ści mi dziś przy­no­sisz?"

Na służ­bo­wej po­czcie był tylko mail od ka­dro­wej przy­po­mi­na­jący o do­star­cze­niu planu urlo­pów na przy­szły rok. Poza tym wszystko wy­glą­dało tak samo jak po­przed­niego dnia. Ta­belka była opra­co­wana w do­kład­nie tym sa­mym stop­niu co wczo­raj. Dwie na­stępne cze­kały w ko­lejce...

- Pani Ju­styno, za­pra­szam do sie­bie. - Sło­twiń­ski nie mógłby jej bar­dziej za­sko­czyć. Nie za­uwa­żyła, kiedy pod­szedł do jej biurka. Nie dał jej jed­nak czasu do na­my­słu, bo od razu od­szedł w stronę swo­jego biura. Ju­styna z ir­ra­cjo­nal­nym ża­lem spoj­rzała na nie­na­po­czętą na­wet kawę.

- Niech pani za­mknie drzwi - po­wie­dział dy­rek­tor, nie pa­trząc na­wet w jej stronę, i usiadł za swoim wiel­kim szkla­nym biur­kiem.

- Słu­cham, pa­nie dy­rek­to­rze. - Mo­gła być miła bez wy­rzu­tów su­mie­nia, bo oce­niała go cał­kiem do­brze: i jako szefa, i jako czło­wieka.

- Niech pani usią­dzie. Chcę pa­nią o coś za­py­tać. W za­sa­dzie po­trze­buję rady...

- Tak?

To było dziwne. W su­mie przy­tra­fiło jej się to pierw­szy raz.

- Cho­dzi o tę in­we­sty­cję, którą mie­li­śmy pod­jąć wspól­nie z Ame­ry­ka­nami...

- Któ­rzy chcą się wy­co­fać.

- Skąd pani wie?

- Gdy­bym była wredna, po­wie­dzia­ła­bym, że wy­ga­dał się Wal­czak przed kwa­dran­sem przy moim biurku... ale do­my­śli­łam się sama.

- No tak. - Uśmiech­nął się. - Prze­cież sie­dzi pani w środku wszyst­kiego. Tak... w związku z tym mam do pani py­ta­nie - oparł się łok­ciami o blat biurka i spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie - co by mi pani ra­dziła, je­śli cho­dzi o tę in­we­sty­cję?

Na­brała po­wie­trza, jakby chciała coś po­wie­dzieć, ale jej się to nie udało.

- Ja?

- No tak, sie­dzi pani przy tych ta­bel­kach i cy­frach, zna już pani tro­chę na­szą firmę... Czy ma pani ja­kieś su­ge­stie?

"Musi być bar­dzo źle. Pew­nie w de­spe­ra­cji woła każ­dego po ko­lei i pyta o zda­nie, żeby po­sta­wić wła­sną dia­gnozę".

Ostat­nia myśl na­wet ją roz­ba­wiła, ale ni­czego po so­bie nie po­ka­zała.

- Moim zda­niem Ame­ry­ka­nie nie chcą się wy­co­fać, tylko nas zde­ner­wo­wać, że­by­śmy w tych ner­wach pod­jęli de­cy­zję dla nich ko­rzystną. Chcą roz­da­wać karty, co su­ge­ruje mi, że gra jest warta świeczki i trzeba iść w ten biz­nes...

- Mimo że jest tak da­leko? - prze­rwał jej, choć de­li­kat­nie.

- Dla nich We­ne­zu­ela nie jest da­leko. Sy­tu­acja po­li­tyczna jest nie­pewna, ale to ra­czej pro­blem dla rządu ame­ry­kań­skiego niż na­szego MSZ. My­ślę, że pol­skiej fir­mie bę­dzie ła­twiej.

Po­ki­wał głową, ale nie­znacz­nie. W ką­ci­kach jego oczu zo­ba­czyła ku­rze łapki, które po­ja­wiały się tylko wów­czas, gdy się uśmie­chał.

"Ma mnie za idiotkę".

- My­ślę, że... - kon­ty­nu­owała, nie po­ka­zu­jąc zde­ner­wo­wa­nia. - Je­śli oni chcą się wy­co­fać, to niech się wy­co­fają.

- Za­rząd bę­dzie chciał, że­by­śmy szli na ja­kieś ustęp­stwa, by­leby ich za­trzy­mać.

- I o te ustęp­stwa im cho­dzi. Ble­fują. Ale gdy się wy­co­fają, a my im na to po­zwo­limy, zo­sta­niemy je­dy­nym gra­czem.

- Albo gra­czem w prze­ciw­nej dru­ży­nie. A dla­czego pani są­dzi, że warto iść w ten biz­nes?

- Bo to wła­śnie plan­ta­cje eko­lo­gicz­nych upraw będą za kilka lat trzy­mać tę firmę w pio­nie. Pół Ber­lina jest "eko", moda, a za nią za­po­trze­bo­wa­nie wciąż ro­śnie, także w Sta­nach. Trzeba bę­dzie na­sy­cać ry­nek, a u nas, w na­szym kli­ma­cie szybko nic nie uro­śnie. Czas we­ge­ta­cji ro­ślin jest kosz­mar­nie krótki, mamy po­wo­dzie na prze­mian z su­szami... no i wiele in­nych czyn­ni­ków.

- Dzię­kuję pani bar­dzo, może pani iść.

Nie mógł jej tym bar­dziej za­sko­czyć. My­ślała, że bę­dzie ata­ko­wał jej wnio­ski albo cho­ciaż po­wie, co sam uważa. A on nic.

Zu­peł­nie osłu­piała wy­szła z ga­bi­netu dy­rek­tora, a na ciele czuła zło­wro­gie spoj­rze­nia z róż­nych biu­rek na­około. Usia­dła w swoim fo­telu i przez mo­ment nie miała po­ję­cia, co ro­bić. Do­tknęła kubka - była na roz­mo­wie tak krótko, że na­wet kawa nie zdą­żyła osty­gnąć. Kiedy pod­nio­sła wzrok, zdała so­bie sprawę, że nikt inny nie jest wzy­wany na roz­mowę, na­wet ża­den z ana­li­ty­ków, któ­rzy mieli wła­sne prze­szklone ga­bi­nety. Tylko ona...

"Bar­dzo dziwne".

W ciągu dnia nie było jed­nak zbyt wiele czasu na za­sta­na­wia­nie się nad dziw­nymi zda­rze­niami. Wszy­scy bie­gali w kółko z ra­cji pla­no­wa­nej na po­po­łu­dnie na­rady za­rządu, jakby każdy na­gle po­czuł, że bez jego za­an­ga­żo­wa­nia - głów­nie w plot­ko­wa­nie i snu­cie do­my­słów - to ważne wy­da­rze­nie się nie od­bę­dzie albo nie bę­dzie miało tak wiel­kiej rangi. Ju­styna opę­dzała się od na­trę­tów, któ­rzy ko­niecz­nie chcieli wie­dzieć, co ona o tym wszyst­kim są­dzi. Tym­cza­sem jej do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia na­uczyły ją, że rze­czy na­prawdę ważne do­ko­nują się po ci­chu i bez roz­głosu, a ta­kie "sen­sa­cje" są jak pier­dze­nie sło­nia - dużo smrodu, dużo ha­łasu i nic poza tym. Mę­czyły ją ostat­nie ze­sta­wie­nia do pro­jektu wę­glo­wego, za nic nie mo­gła wy­my­ślić ta­kiego układu da­nych, żeby po­mie­ścić wszyst­kie ko­nieczne for­muły.

Kiedy udało jej się w końcu od­go­nić pa­łę­ta­jącą się obok Magdę (która nie wie­dzieć po co też przy­bie­gła) i uro­dzić w bó­lach przed­ostat­nią ta­belę, wol­nym kro­kiem pod­szedł do niej Mi­rek Lu­bicki z kub­kiem w dłoni. Był przy­kła­dem czło­wieka, któ­rego wy­gląd może bar­dzo zmy­lić ob­ser­wa­tora. Lekko ły­sie­jący i pra­wie siwy, chudy, nie­mal ko­ści­sty, ni­czym się nie wy­róż­niał z tłumu. Po­cią­gła twarz z za­pad­nię­tymi po­licz­kami i ha­czy­ko­wa­tym no­sem nie zdra­dzała, że w środku kryje się wielki ka­wa­larz i jesz­cze więk­szy im­pre­zo­wicz. Ju­styna już kilka razy prze­ko­nała się, że ma nie­sa­mo­wite po­czu­cie hu­moru i lubi ko­rzy­stać z ży­cia, je­śli ma na to czas i siły. Jej młod­sze ko­le­żanki uwa­żały, że to ja­kiś stary zgred, który nosi grube swe­try, żeby ogrze­wały jego wy­sta­jące ko­ści, a skoro ma duże oku­lary, to na pewno jest już pra­wie ślepy.

- Cześć, mała. - Uśmiech­nął się fi­glar­nie. - Chodź się na­pić kawy, bo wi­dzę, że te­raz wszy­scy prze­nie­śli się z kuchni gdzie in­dziej.

Przy­jęła tę pro­po­zy­cję z za­do­wo­le­niem. Z Mir­kiem miło się roz­ma­wiało, bo roz­mowy po­le­gały głów­nie na nie­mó­wie­niu cze­go­kol­wiek, tylko nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym sie­dze­niu przy sto­liku w kuchni albo stro­je­niu so­bie żar­tów z przy­głu­pich nieco ko­le­gów, co było dla Ju­styny nie­zmier­nie od­prę­ża­jące. On jako je­dyny cza­sami wcią­gał się w cał­kiem sen­sowne po­ga­duszki o gieł­dzie i tym, co się dzieje z firmą, ale też nie za czę­sto. Dla niego ta praca była tym sa­mym co dla Ju­styny. Troje dzieci, czter­dziestka na karku, wiele, bar­dzo wiele przy­krych do­świad­czeń i dużo dy­stansu do ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści. Dziś jed­nak był nad wy­raz roz­mowny.

- Mało się nie po­si­kają z tym ze­bra­niem, a pew­nie, jak zwy­kle, to ja­kaś pier­doła. - Oczy­wi­ście mu­siał na­peł­nić zbior­nik na wodę. - Je­stem zmę­czony tymi de­bi­lami.

Ni­gdy nie sły­szała, żeby tak wy­raź­nie mó­wił, co my­śli.

- Czy coś się stało? To zna­czy coś przy­krego?

- Poza tym, że mu­szę tu pra­co­wać? - Spoj­rzał na nią znad ra­mie­nia. - Nie, te same kło­poty co zwy­kle.

Usiadł na­prze­ciwko niej i wsy­pał do kubka dwie ły­żeczki cu­kru.

- Chcia­łem ci o czymś po­wie­dzieć... Nie wiem, czy to ważne, ale my­ślę, że po­win­naś wie­dzieć.

- Tak?

- Był tu nie­dawno taki fa­cet, ni­gdy go wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Przy­szedł pod wie­czór, ja koń­czy­łem ja­kieś ze­sta­wie­nie kwar­talne, cie­bie już dawno nie było. Roz­ma­wiał ze Sło­twiń­skim. Wal­czak twier­dzi, że to ja­kaś firma, która chce się przy­łą­czyć do in­we­sto­wa­nia w nowe tech­no­lo­gie woj­skowe.

- Ale to nie na­sza działka.

- No nie. Tyle że ja­koś tra­fił do na­szego działu, po­ga­dał so­bie z sze­fem i jak wy­cho­dził od niego, to za­trzy­mał się przy twoim biurku...

- I?

- Zo­ba­czył twoją wi­zy­tówkę. Za­py­tał, kiedy pra­cu­jesz i w ogóle. Marta od razu przy­le­ciała, żeby mu wy­ja­śniać, co i jak. Po­wstrzy­ma­łem ją od po­da­nia two­jego ad­resu, NIP-u i nu­meru konta i tak da­lej, i za­py­ta­łem, o co mu cho­dzi.

- Co po­wie­dział? - Na ple­cach Ju­styny po­ja­wiła się gę­sia skórka.

- Że je­steś jego ko­le­żanką z li­ceum z Łomży i w ogóle to chciałby się z tobą spo­tkać.

- Przed­sta­wił się?

- Tak... cze­kaj, mam to za­pi­sane na kar­teczce. - Się­gnął do kie­szeni i wy­cią­gnął po­mięty kar­te­lu­szek, który roz­wi­nął i sta­ran­nie wy­gła­dził. - O! Ma­riusz Jóź­wiń­ski. Mówi ci to coś?

Po­dał jej kartkę.

- Mówi... Cho­dzi­łam z jed­nym Jóź­wiń­skim do klasy. Zresztą z jego sio­strą też... Ale to był sa­fan­duła, który nie do­tarł do ma­tury. Ma­riusz i Edyta po­cho­dzili ze strasz­nie bied­nej ro­dziny, pi­cie, bi­cie, kupa dzie­cia­ków, mało kto tam pra­co­wał. Nie pa­suje mi, żeby te­raz zja­wiał się jako pra­cow­nik ja­kiejś firmy in­we­sty­cyj­nej.

- Może nie do­ce­niasz jego ukry­tych ta­len­tów? Może się po­dźwi­gnął i stał no­wym czło­wie­kiem? Dawno się z nim nie wi­dzia­łaś?

- Szes­na­ście lat. Mo­żesz po­wie­dzieć, jak wy­glą­dał?

- Śred­nio wy­soki, taki jak ja mniej wię­cej. Bru­net z ciem­nymi oczami. Był ja­kiś taki po­de­ner­wo­wany... sam nie wiem. Coś mi się w nim nie spodo­bało. W za­sa­dzie mógł być lekko upo­śle­dzony.

- Jak to?

- Tak tro­chę dziw­nie mó­wił. Jakby się za­sta­na­wiał nad nie­któ­rymi sło­wami. Za­ci­nał się lekko...

- Miał ja­kiś znak szcze­gólny?

- Tak! Koło pra­wego ucha bli­znę, może miała z dzie­sięć cen­ty­me­trów.

- Hm... to może być i on. Stary Jóź­wiń­ski wal­nął go sie­kierą w szale al­ko­ho­lo­wym, kiedy chło­pak miał pięt­na­ście lat. Wła­śnie do tego wy­padku było z chło­pa­kiem jesz­cze w miarę do­brze. Ro­zu­miesz? - Zro­biła zna­czący gest wo­kół czoła. - Na umy­śle. Po­tem za­czął mieć kło­poty w szkole i ge­ne­ral­nie z emo­cjami. Poza tym nie­po­koi mnie co in­nego...

- Mia­no­wi­cie?

- Na biurku mam wi­zy­tówkę z na­zwi­skiem po Łu­ka­szu, nie może go znać. Skąd wie­dział, że to moja?

- Za­py­ta­łem o to. Zmie­szał się, ale po­wie­dział, że zna­lazł na Na­szej Kla­sie.

- Nie mam konta!

- Wła­śnie! Też mu to po­wie­dzia­łem. Zmie­szał się po­dwój­nie. Coś tam wy­mam­ro­tał i po­szedł. Mó­wił, zdaje się, że jesz­cze wpad­nie.

- Jeny! Tego mi tylko trzeba. W każ­dym ra­zie dzięki. Może i Jóź­wiń­ski ma do­brą pracę, ale nor­malny na pewno nie jest. Będę uwa­żać po zmroku - ro­ze­śmiała się, tro­chę po to, by roz­ła­do­wać swoje na­pię­cie.

Mi­rek uśmiech­nął się, ale nie­zbyt wy­raź­nie. Wró­cili na swoje miej­sca. Ju­styna za­częła po­woli zbie­rać się do wyj­ścia. Kiedy zjeż­dżała windą, przy­szło jej do głowy, żeby pójść na si­łow­nię w Zło­tych Ta­ra­sach.

"Łu­ka­sza nie bę­dzie, to cho­ciaż tro­chę się roz­ru­szam".

Nie była ty­pem spor­towca, zwłasz­cza że jej ciało miało spore ogra­ni­cze­nia. Szybko się mę­czyła, ła­two ła­pała kon­tu­zje. Mu­siała bar­dzo uwa­żać, żeby nie prze­ho­lo­wać. W tej jed­nej kwe­stii za­zdro­ściła mę­żowi - mógł ćwi­czyć całą dobę, a na­wet we śnie. Był wiel­kim, do­sko­nale zbu­do­wa­nym fa­ce­tem, który, gdyby mu czas na to po­zwa­lał, upra­wiałby wszel­kie moż­liwe sporty. W domu były cię­żarki, na drzwiach za­mon­to­wał drą­żek do pod­cią­ga­nia. Wie­dział wszystko o wszyst­kich ty­pach tre­nin­gów, diet i spo­so­bów na re­ge­ne­ra­cję or­ga­ni­zmu. Na Ju­stynę nic nie dzia­łało. Go­dzinę tre­ningu mu­siała so­bie od­bi­jać do­dat­kową go­dziną snu, naj­le­piej za­raz po. Za­py­tała kie­dyś Łu­ka­sza, czy nie prze­szka­dza mu taka żona le­biega.

- Nie, ko­cha­nie, nie prze­szka­dza, do­póki daje radę w łóżku. - Uśmiech­nął się z bły­skiem w oku. - Je­śli za­czniesz mieć za­dyszkę, za­nim przej­dziemy do sedna sprawy, będę mu­siał po­my­śleć o ja­kimś pro­gra­mie na­praw­czym.

Mimo wszystko z nie­po­ko­jem ką­tem oka ob­ser­wo­wała snu­jące się wo­kół la­ski w opię­tych stro­jach, eks­po­nu­ją­cych wszyst­kie moż­liwe atuty, ja­kie po­siada ko­bieta wy­spor­to­wana. Zmniej­szyła pręd­kość na bieżni i spoj­rzała na swoje ra­miona i uda, które trzę­sły się lekko przy każ­dym jej ru­chu.

- Je­śli chcesz, po­pra­cu­jemy nad tym. - Usły­szała głos Bo­rysa, tre­nera oso­bi­stego wszyst­kich tych, któ­rzy chcieli tu mieć tre­nera oso­bi­stego. Za­sta­na­wiała się, jak długo już tak stoi obok i się jej przy­gląda.

- Nie, dzięki. Ja­koś to prze­żyję.

- Słu­chaj, w miarę upływu lat bę­dzie co­raz go­rzej. Trzeba temu prze­ciw­dzia­łać za­wczasu.

Miała ochotę rąb­nąć go w pysk.

- Po­my­ślę o tym przed pięć­dzie­siątką.

- A ile masz te­raz?

- Trzy­dzie­ści cztery.

Za­tkało go.

- Chyba dwa­dzie­ścia cztery! Masz twarz dwu­dzie­sto­latki.

- Je­steś bar­dzo miły, ale już wiem, co my­ślisz o moim ciele, wy­star­czy.

- Ej, nie ob­ra­żaj się. Trzy­masz się zna­ko­mi­cie. Ja tylko za­mie­rza­łem po­wie­dzieć, że je­śli chcesz cze­goś wię­cej, to daj znać. Po­mogę.

- Idź już so­bie. - Sama nie wie­rzyła, że to mówi. Aser­tyw­ność to nie była jej mocna strona, ale fa­cet tylko ją roz­draż­nił.

Po­szła do sauny z po­sta­no­wie­niem, że o wszyst­kim za­raz za­po­mni. Te­mat ciała nie był ni­gdy przy­jemny. Stać ją było, żeby do­brze się ubrać, zwłasz­cza że Łu­kasz chęt­nie ro­bił jej pre­zenty w po­staci wy­pa­dów na za­kupy. Za­wsze jed­nak była nie­za­do­wo­lona, mimo że ze strony męża nie usły­szała ani jed­nego złego słowa. Po­dej­rze­wała, że w du­chu uważa to za jedną z jej ko­bie­cych fa­na­be­rii, które trzeba cier­pli­wie zno­sić, bo nic nie da­dzą próby jej na­pra­wia­nia.

W sau­nie zro­biło jej się jesz­cze bar­dziej smutno. Wy­szła szybko i wró­ciła do domu. Ku jej zdu­mie­niu po otwar­ciu drzwi do miesz­ka­nia usły­szała roz­mowy i po­czuła za­pach pizzy. W sa­lo­nie sie­dzieli nie­mal wszy­scy kum­ple Łu­ka­sza z Biura. Wo­kół nich wa­lały się stosy do­ku­men­ta­cji, fo­to­gra­fie i ja­kieś mapy. Na szkla­nym sto­liku stały lap­topy, a pod nim pię­trzyły się pła­skie pu­dełka z piz­ze­rii. Są­dząc po nie­wiel­kiej licz­bie bu­te­lek piwa, nie mieli zbyt uda­nego dnia. Z nie­zro­zu­mia­łych dla niej po­wo­dów, gdy było im źle, nie mieli ochoty na al­ko­hol.

- Cześć, ko­cha­nie. - Sta­nęła w progu, gry­ząc się w ję­zyk, by nie wy­pa­lić: "Co z ak­cją ła­pa­nia Fran­kow­skiego?", bo nie mo­gła się prze­cież wy­ga­dać, że zna ich wiel­kie ta­jem­nice pań­stwowe. - Kiep­ski dzień?

- Cześć. - Łu­kasz pod­niósł się z ka­napy bez en­tu­zja­zmu. - Nie­cie­kawy. By­łaś na si­łowni - ra­czej to stwier­dzał niż py­tał. Znał ją nie­mal tak do­brze, jak ona jego. Nie­mal...

- By­łam, ale też mi nie szło. Pizza cho­ciaż sma­ko­wała? - Py­ta­nie skie­ro­wane było do wszyst­kich.

- Po­my­jami - mruk­nął To­mek. - Choć i tak była lep­sza niż spe­cjały mo­jej eks.

- Nie­do­brze. To może ja wam coś na szybko przy­go­tuję? Spa­ghetti albo ja­kieś kieł­ba­ski, co?

- Nie, Ju­stynka, dzięki. Bę­dziemy się zbie­rać. Chło­paki, sprząt­nij­cie na­sze graty, idziemy. - To­masz jako naj­star­szy wie­kiem czę­sto przej­mo­wał rolę nie­for­mal­nego do­wódcy.

- Ja bym zjadł kieł­ba­skę - ci­chutko ode­zwał się drobny blon­dy­nek z fo­tela. Ju­styna w pierw­szej chwili na­wet go nie za­uwa­żyła.

- Si­sior, miej li­tość! - Za­ła­mał się To­mek. - Ję­czysz jak baba. Idziemy!

- OK, w każ­dym ra­zie dzięki za od­wie­dziny. - Uśmiech­nęła się, pró­bu­jąc ukryć ulgę na wieść, że za­raz ich nie bę­dzie. - Łu­kasz, idę do ła­zienki.

- Do­bra.

Duża ła­zienka była czymś, czego zu­peł­nie się nie spo­dzie­wała, kiedy ku­po­wali to miesz­ka­nie. Ma­rzyła o wy­po­sa­żo­nej kuchni, ale kwe­stie my­cia się za­wsze uwa­żała za coś, co można zro­bić w na­prawdę skrom­nych wa­run­kach. Tym­cza­sem oka­zało się, że po­wrót do domu z dużą wanną i prze­strze­nią, gdzie miesz­czą się wszyst­kie ko­sme­tyki i jesz­cze można wsta­wić drew­nianą ła­weczkę, na któ­rej re­lak­suje się po ką­pieli, to coś, czego nie da się prze­ce­nić. Od­krę­cała kran, wle­wała płyn i za­czy­nała się roz­bie­rać. Naj­lep­szy był mo­ment, w któ­rym za­nu­rzała ciało w cie­płej wo­dzie. Od­pły­wały tro­ski, umysł spo­wal­niał.

Sły­szała, jak Łu­kasz że­gna ko­le­gów w drzwiach. Po kro­kach po­znała, że idzie do niej. Wszedł do ła­zienki i od razu za­czął się roz­bie­rać.

- Si­sior?! - Ro­ze­śmiała się gło­śno.

- Tak - par­sk­nął Łu­kasz. - Nasz nowy na­by­tek. To­mek go strasz­nie musz­truje, ale wszy­scy się nie­po­ko­imy, czy nie jest za młody na te na­sze harce. Pani po­zwoli?

Zro­biła mu miej­sce, żeby wsko­czył za jej ple­cami do wanny, a ona mo­gła się o niego wy­god­nie oprzeć.

- To czemu jest u was?

- Nie wiem. Stary po­trze­bo­wał ko­goś z ję­zy­kami, ale oka­zuje się, że nie jest ła­two zna­leźć po­li­gloty wśród funk­cjo­na­riu­szy róż­nych służb w tym kraju. Sama wiesz, że ja także nie je­stem do­bry w te klocki. Nie wszy­scy mamy taką głowę jak ty, ko­chana żono.

- A ja­kie zna ję­zyki?

- An­giel­ski, nie­miecki, wło­ski... wszystko bie­gle. Jeź­dził z ro­dzi­cami po świe­cie za młodu. Ja­cyś dy­plo­maci czy coś. Jesz­cze by­śmy się cie­szyli, gdyby bro­nią po­słu­gi­wał się rów­nie bie­gle.

- Ma ja­kiś pro­blem na strzel­nicy?

- Aa, szkoda ga­dać. - Mach­nął ręką, ude­rza­jąc o po­wierzch­nię wody.

- No a jak ta wa­sza ak­cja? Miało cię nie być...

- O tym też nie chcę mó­wić. - Wy­czuła, jak w jed­nej se­kun­dzie mię­śnie mu stę­żały. Po­tarł czub­kami pal­ców brwi, jak to za­wsze ro­bił, kiedy coś go na­prawdę mar­twiło.

- Ro­zu­miem. Nie mówmy o tym.

- A twoja praca? - za­py­tał.

- Nie mówmy o tym.

- He, he - ro­ze­śmiał się ci­cho. - Par­szywy dzień, co?

Ob­jął ją mocno i po­ca­ło­wał w kark.

- Nie martw się, wszystko ci wy­na­gro­dzę dziś w nocy.

- Mhm. - Taka oferta w jej uszach za­wsze brzmiała do­brze.

Mimo wszystko nie­po­kój nie opu­ścił Ju­styny. Obu­dziła się przed świ­tem i pró­bo­wała ja­koś to so­bie w gło­wie po­ukła­dać. Ży­cie i wro­dzony dar na­uczyły ją szybko wy­ła­wiać za­gro­że­nia spo­śród licz­nych mniej lub bar­dziej zna­czą­cych wy­da­rzeń, a ta sy­tu­acja z na­głym po­ja­wie­niem się Jóź­wiń­skiego taka wła­śnie w jej od­czu­ciu była. Tylko nie wie­działa dla­czego...

Roz­dział 2

Do pracy przy­szła po­de­ner­wo­wana. Co chwila zer­kała w stronę ko­ry­ta­rza, cze­ka­jąc aż zjawi się ten nie­pro­szony gość, który... rze­czy­wi­ście przy­szedł. Wie­działa, że to on, ale jed­no­cze­śnie jej mózg pod­po­wia­dał z upo­rem: "To nie jest Jóź­wiń­ski, to nie jest Jóź­wiń­ski". Wy­glą­dał jak on, na­prawdę był po­dobny, w do­datku ta bli­zna koło ucha była czymś tak oczy­wi­stym... gdyby nie cała reszta, ten gar­ni­tur, do­sko­nale do­pa­so­wany kra­wat, buty i ja­kiś ro­dzaj non­sza­lan­cji, któ­rej młody Jóź­wiń­ski nie miałby na­wet przed jatką, jaką zgo­to­wał mu oj­ciec.

Kiedy szedł w jej stronę, na­wet nie uda­wała, że pa­trzy gdzie in­dziej, jakby sta­rała się cały czas mieć na­past­nika w za­sięgu wzroku. Sta­nął przy jej biurku z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Cześć, Ju­styna. Co za spo­tka­nie!

- Znamy się?

- No tak... je­stem Ma­riusz, cho­dzi­li­śmy ra­zem do klasy w li­ceum. Nie pa­mię­tasz?

- Nie. - Po­sta­no­wiła grać de­fen­syw­nie, żeby zbić go z tropu i może w ten spo­sób jak naj­szyb­ciej się go po­zbyć.

Jego uśmiech przy­gasł. W oczach zo­ba­czyła nie­przy­jemny błysk.

- Nie wy­głu­piaj się. Twój ko­lega na pewno po­wie­dział ci, że tu by­łem. - Od­szu­kał wzro­kiem Mirka, który z na­pię­ciem ob­ser­wo­wał tę scenę. - O, tam sie­dzi.

Kiedy po­ma­chał w stronę Lu­bic­kiego, ten od razu spu­ścił wzrok na ekran swo­jego lap­topa. Ju­styna przy­jęła tę re­ak­cję z ulgą.

- Słu­chaj, może zje­cha­li­by­śmy na dół do ka­wiarni. Ja sta­wiam. Po­ga­damy, po­wspo­mi­namy stare czasy...

- Nie. Je­stem za­jęta.

- To może póź­niej...

- Nie. - W jej gło­sie można było wy­czuć iry­ta­cję. - Póź­niej też nie. Je­stem cały czas za­jęta. Mam męża, dom, obo­wiązki. Niech pan so­bie już idzie, nie chcę, żeby szef wi­dział, że nie zaj­muję się pracą. Do wi­dze­nia.

Od­wró­ciła od niego wzrok w stronę swo­jej prze­klę­tej ta­belki. Po­czuła, że z ner­wów drżą jej ko­lana. Jesz­cze moc­niej przy­su­nęła się do biurka, żeby nie dać tego po so­bie po­znać. Stał jesz­cze chwilę obok niej, w końcu od­wró­cił się na pię­cie i wy­mru­czał pod no­sem:

- Jak chcesz. - Co miało w so­bie ziarno zło­wro­giego ostrze­że­nia.

Gdy tylko znik­nął z pola wi­dze­nia, do Ju­styny pod­szedł Mi­rek.

- Kawa?

Kiw­nęła głową i bez słowa po­szła za nim do kuchni. Usia­dła na krze­śle i ciężko wes­tchnęła.

- Dziwny, prawda? - Mi­rek pa­trzył na nią z nie­po­ko­jem.

- Jest w nim coś... sama nie wiem. Mam na­dzieję, że już tu nie przyj­dzie.

Lu­bicki kiw­nął głową na znak zro­zu­mie­nia.

- Ale to był ten cały Ma­riusz, tak?

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na niego jakby w za­my­śle­niu.

- Nie - od­po­wie­działa po dłuż­szej chwili.

- Nie?!

- Wiesz co... nie wiem, nie wiem. - Po­krę­ciła głową i za­kryła twarz dłońmi. - Wszystko jest bez sensu. Mam po pro­stu złe prze­czu­cia.

- Ro­zu­miem - od­parł ci­cho. - Daj ku­bek. Śred­nia, tak?

- Tak, śred­nia - od­po­wie­działa z re­zy­gna­cją w gło­sie. - Dzięki. Wiesz, ja po pro­stu boję się świ­rów. Ła­ził kie­dyś za mną taki je­den kilka mie­sięcy. Wła­mał mi się na konto na Na­szej Kla­sie...

- Dla­tego zli­kwi­do­wa­łaś?

- Tak. Wy­obraź so­bie, że do­sta­jesz SMS-a na uro­dziny od ko­goś, kto pi­sze: "Sto lat, sto lat. Ko­cham Ju­stynę".

- Żar­tu­jesz?!

- To nie był żart. Wy­sta­wał pod moim blo­kiem ca­łymi dniami, cho­wał się za drze­wem i wy­ska­ki­wał zza niego, kiedy wra­ca­łam do domu wie­czo­rem. Biegł za mną alejką, do­pa­dał pod drzwiami, był na­tar­czywy, agre­sywny...

- Po­szłaś na po­li­cję?

- Nie. Na­pi­sa­łam do niego, że pójdę, je­śli nie prze­sta­nie, ob­sma­ruję go w pra­sie i straci prawo do wy­ko­ny­wa­nia za­wodu.

- To był le­karz? - Pod­su­nął jej ku­bek z kawą i usiadł na­prze­ciwko.

- Nie, psy­cho­log z pry­watną prak­tyką.

Mi­rek chciał coś po­wie­dzieć, ale par­sk­nął śmie­chem.

- Prze­pra­szam, ale to po pro­stu gro­te­ska. I pew­nie w wię­zie­niu le­czyłby się u in­nego świra psy­cho­loga.

- To nie jest za­bawne. - Chciała za­cho­wać po­wagę, ale też za­częła chi­cho­tać znad kubka. W końcu oby­dwoje śmiali się gło­śno i bez za­ha­mo­wań. - Pew­nie tak by było.

- Słu­chaj, a może ten cały Ma­riusz wtedy już zna­lazł cię na NK? Za­nim zli­kwi­do­wa­łaś konto? - za­py­tał, kiedy już się uspo­ko­ili.

- Nie. - Po­krę­ciła ener­gicz­nie głową. - Zli­kwi­do­wa­łam je jesz­cze przed ślu­bem z Łu­ka­szem.

- Aha. - Oparł się ple­cami o ścianę i po­padł w za­dumę. - To po pro­stu mu­sisz uwa­żać.

Nic nie po­wie­działa Łu­ka­szowi. Miała na­wet za­miar na­po­mknąć coś przy ko­la­cji, ale on znowu był w fer­wo­rze przy­go­to­wań do ko­lej­nej próby po­dej­ścia oszu­sta gra­bią­cego na­ród z na­leż­nych mu po­dat­ków i wy­zy­sku­ją­cego w nie­wol­ni­czej pracy lu­dzi z bied­nych ob­sza­rów kraju. Nie do­wie­działa się, co nie wy­szło po­przed­nim ra­zem, ale są­dząc po jego mi­nie, te­raz na­prawdę mieli dra­nia na ce­low­niku.

"I tak nic by nie po­mógł" - skon­sta­to­wała, zbie­ra­jąc na­czy­nia ze stołu.

Usia­dła wie­czo­rem do kom­pu­tera, żeby zro­bić prze­lew za czynsz. Na sto­liku obok le­żały nie­otwarte ko­perty z wy­cią­gami z banku. Roz­darła tę na wierz­chu i uważ­nie prze­czy­tała.

- Kotku! - krzyk­nęła w stronę męża za­ab­sor­bo­wa­nego ja­kąś do­ku­men­ta­cją w sa­lo­nie. - Sły­szysz mnie?

- No, sły­szę. Co tam?

We­szła do sa­lonu z kartką w dłoni.

- Czy jest szansa, że za tę ak­cję, o któ­rej nic nie wiem, do­sta­niesz ja­kąś pre­mię?

Spoj­rzał na nią, jakby na­gle się obu­dził.

- Pre­mię? Nie wiem... moż­liwe. A co? Chcia­ła­byś le­cieć do cie­płych kra­jów?

- Nie, szyb­ciej spła­cić tego li­chwia­rza, co zdziera z nas całą moją pen­sję.

- Kogo? - Za­mru­gał po­wie­kami.

- Bank, w któ­rym mamy kre­dyt hi­po­teczny.

- Aaa... bank... No tak... A jest taka moż­li­wość?

- Jest. Zo­stało nam nie­wiele. Mi­nęły już trzy lata, więc nie za­pła­cimy kary za wcze­śniej­szą spłatę. Trzeba tylko wy­ne­go­cjo­wać skró­ce­nie tego okresu.

- Ok... Jedna moja pre­mia wy­star­czy?

- Nie, ale mo­gli­by­śmy wy­cią­gnąć pie­nią­dze z mo­jej lo­katy. No wiesz - te czter­dzie­ści ty­sięcy.

- Nie, ko­cha­nie. - Wy­cią­gnął do niej rękę, chwy­cił za prze­gub i po­sa­dził so­bie na ko­la­nie. - Już o tym roz­ma­wia­li­śmy. To są pie­nią­dze na na­prawdę trudne czasy. Na-praw-dę, tak? A nam się nie pali.

- Łu­kasz, tam jest wię­cej niż czter­dzie­ści ty­sięcy. Urósł pro­cent...

- ...który bę­dzie na­prawdę wy­soki do­piero za dwa lata. Daj spo­kój. Ja­koś to jesz­cze ucią­gniemy.

Opu­ściła z re­zy­gna­cją ra­miona i od­wró­ciła wzrok w stronę te­le­wi­zora, włą­czo­nego, choć ści­szo­nego.

- Ej, co się stało? - Po­trzą­snął nią de­li­kat­nie. - Czemu tak ci na tym za­leży?

- A, nic... tak tylko, chcia­łam mieć to z głowy... i żeby miesz­ka­nie było na­sze.

Ob­jął ją moc­niej i po­ca­ło­wał w po­li­czek.

- Bę­dzie na­sze, nie martw się.

Kre­dyt za­cią­gali w cza­sie, gdy ani miesz­ka­nia nie były jesz­cze tak bar­dzo dro­gie - zwłasz­cza na Mo­ko­to­wie - ani kre­dyt we fran­kach nie zwa­lał z nóg. Umó­wili się, że jej pen­sja bę­dzie szła na spła­ca­nie rat, więc wy­ne­go­cjo­wali, po dłu­gich i bo­le­snych bo­jach, że rata ka­pi­ta­łowa bę­dzie wyż­sza, więc i czas spłaty zo­sta­nie im zna­cząco skró­cony. Do­piero po groź­bach, że pójdą do in­nego banku, udało się zmie­nić wa­runki umowy przy­go­to­wa­nej po­cząt­kowo przez "ich" bank.

- Pro­szę pani, jest pani de­bil­nie nie­lo­giczna - wy­kłó­cał się Łu­kasz. - Je­śli spła­cimy szyb­ciej to miesz­ka­nie, bę­dziemy chcieli ku­pić więk­sze, bo na pewno bę­dziemy już mieli dzieci. Niech pani zgad­nie, do ja­kiego banku wów­czas się udamy?

Dzieci wciąż nie mieli, co Ju­stynę nie­zmier­nie bo­lało - Łu­kasz skrzęt­nie skry­wał zwią­zane z tym uczu­cia. Ale więk­szość kre­dytu była już spła­cona. I kiedy Ju­styna sie­działa tego wie­czora przed kom­pu­te­rem, tra­piąc się na­cho­dzą­cym ją Jóź­wiń­skim, wpadł jej do głowy po­mysł, żeby spła­cić go w ca­ło­ści, aby ona mo­gła odejść ze swo­jej pracy, któ­rej nie zno­siła. Po­my­ślała na­wet, że do­brze się stało, że znowu ja­kiś świr ją na­cho­dzi - bę­dzie miała do­bry i mocny pre­tekst, żeby odejść. Ta myśl była tak po­cie­sza­jąca, że od razu po­bie­gła z py­ta­niem do Łu­ka­sza.

Jego re­ak­cja ostu­dziła nieco jej za­pał. Do­szła do wnio­sku, że prze­czeka jesz­cze ja­kiś czas, za­nim znowu po­ru­szy te­mat. Czuła jed­nak, że już nie zmieni zda­nia i zrobi wszystko, co moż­liwe, by uwol­nić się z cia­snej klatki tej kor­po­ra­cji.

Jed­nak po­ra­nek przy­niósł od­po­wiedź szyb­ciej, niż mo­gła przy­pusz­czać. Na swoim biurku zna­la­zła ogromny bu­kiet czer­wo­nych róż z kar­teczką, na któ­rej pod­pi­sał się Jóź­wiń­ski.

"Ju­stynko, prze­pra­szam, je­śli by­łem zbyt na­chalny. Pro­po­nuję spo­tka­nie po­jed­naw­cze dziś po po­łu­dniu. Ty wy­bierz miej­sce. Ma­riusz".

Na kartce był też nu­mer jego ko­mórki.

Chwy­ciła bu­kiet w po­ry­wie gniewu i wrzu­ciła go do ko­sza na śmieci. Nie zmie­ścił się w nim cały i główki kwia­tów roz­sy­pały się po wy­kła­dzi­nie. Przy­tom­nie scho­wała do to­rebki kartkę z nu­me­rem.

"Może się jesz­cze przy­dać".

Miała ochotę się roz­pła­kać. Stała z po­czu­ciem bez­sil­no­ści, nie wie­dząc, co ma zro­bić: sprzą­tać kwiaty z pod­łogi czy po pro­stu wyjść. By­łoby pro­ściej, gdyby nie pa­trzyło te­raz na nią pół firmy.

Na ra­mie­niu po­czuła lekki uścisk czy­jejś dłoni.

- Jed­nym sło­wem: ko­lejny świr.

Mi­rek wpa­try­wał się w nią uważ­nie, z wy­raź­nym nie­po­ko­jem.

- Prze­sa­dził - wy­szep­tała. - Mam na­prawdę złe prze­czu­cia, zu­peł­nie tak samo jak z tym psy­cho­lo­giem.

- Może trzeba ko­muś to zgło­sić?

- Nie, my­ślę, że trzeba dać so­bie spo­kój z tą firmą.

- Z firmą? - Nie krył za­sko­cze­nia.

- Tak... Mu­szę po­ga­dać ze Sło­twiń­skim. Prze­pra­szam.

Zo­sta­wiła osłu­pia­łego Mirka na środku biura i po­szła do ga­bi­netu dy­rek­tora, który znowu zja­wił się o wiele wcze­śniej niż zwy­kle. Przez głowę prze­mknęła jej myśl, że na­prawdę szy­kuje się ja­kaś więk­sza zmiana, ale nie miała za­miaru dłu­żej się przy niej za­trzy­my­wać.

- Pa­nie dy­rek­to­rze, mogę?

- Tak, oczy­wi­ście. Coś się stało, pani Ju­styno?

- Chcę odejść. To zna­czy złożę dziś wy­po­wie­dze­nie, ale nie chcę wra­cać do pracy od ju­tra. Wy­biorę za­le­gły urlop...

- Za­raz, za­raz. - Pod­niósł dłoń, prze­ry­wa­jąc jej. - Jak to? Odejść? Z dnia na dzień? Niech pani usią­dzie.

Nie miała na to ochoty, ale nie chciała wyjść na wa­riatkę, która rzuca wszystko, trza­ska­jąc drzwiami dy­rek­tora.

- Co się stało?

- Nie cho­dzi o firmę, to sprawy oso­bi­ste.

- To niech pani weź­mie urlop i za­ła­twi te sprawy oso­bi­ste, a nie od razu rzuca pracę.

- No do­brze... - Wes­tchnęła ciężko. - Cho­dzi o firmę.

Sło­twiń­ski wy­pro­sto­wał się na swoim skó­rza­nym fo­telu i spoj­rzał na nią z po­wagą.

- W czym pro­blem?

- Ta praca jest jak wię­zie­nie. Czuję się w niej, jak­bym sie­działa w cia­snej klatce i nie mo­gła od­dy­chać.

- To są pani od­czu­cia, ale czy ma pani ja­kieś kon­krety na po­twier­dze­nie, że to na­sza firma spra­wia, że tak, a nie ina­czej się pani czuje?

- Mam dość tych lu­dzi wo­kół mnie... To zna­czy... Wi­dzi pan, kiedy przy­je­cha­łam do War­szawy, krótko pra­co­wa­łam w zwy­kłym skle­pie spo­żyw­czym. Żeby się utrzy­mać, mieć na opła­ce­nie po­koju. Za­ra­bia­łam strasz­nie mało, to zna­czy do­kład­nie tyle, ile za­ra­bia się w tego typu skle­pach. Po dniu pracy nie czu­łam nóg, po dniu do­stawy nie czu­łam rąk i ple­ców. W do­datku przy­ła­zili do tego sklepu okropni lu­dzie, z pre­ten­sjami, z ża­lami, które wy­ła­do­wy­wali na nas sto­ją­cych za ladą. Je­den pi­jany śmier­dziel po­wie­dział mi kie­dyś, że mam go ob­słu­żyć, bo je­stem od tego, jak dupa od sra­nia... Ale mimo wszystko czu­łam, że moja praca... ma ja­kiś sens. Ob­słu­gi­wa­łam kasę, nie mo­głam się po­my­lić, bo ina­czej mu­sia­łam od­da­wać ze swo­ich. Przy­cho­dzili też mili lu­dzie, cza­sem się z nimi po­ga­dało, po­żar­to­wało... Wra­ca­łam do domu zmę­czona, ale z po­czu­ciem, że nie zmar­no­wa­łam tych go­dzin. A tu... W na­szym dziale po­winna pra­co­wać jedna trze­cia osób, które pra­cują. Lu­dzie snują się po ko­ry­ta­rzach jak smród po ga­ciach, kryją po kuch­niach, dzie­sięć razy są na dole na pa­pie­ro­sie. Ploty, ro­manse, cią­głe pre­ten­sje...

Prze­rwała zmę­czona nie­spo­dzie­wa­nym, na­wet dla sie­bie, wy­bu­chem. Sło­twiń­ski nie ode­zwał się ani sło­wem, tylko na­dal uważ­nie jej się przy­glą­dał.

- Pa­nie dy­rek­to­rze... ja nie ne­guję za­sad­no­ści pło­dze­nia ta­be­lek w Excelu i przy­go­to­wy­wa­nia ze­sta­wień. Ktoś to musi zro­bić. Cho­dzi o to, że... - za­wa­hała się na­gle. - Kiedy do­sta­łam swoją pierw­szą pracę w kor­po­ra­cji, tej od ubez­pie­czeń, po roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej re­kru­ter za­py­tał, czy nie bę­dzie mi prze­szka­dzać taka ni­ska pen­sja. Za­ofe­ro­wali mi trzy ty­siące brutto. Trzy ty­siące! Kiedy w spo­żyw­czym nie by­łam w sta­nie prze­kro­czyć ty­siąca sze­ściu­set na rękę. Tyle miała naj­star­sza sta­żem pra­cow­nica, która sa­mo­dziel­nie za­my­kała i otwie­rała sklep. Kiedy do­bi­łam do czte­rech, zro­zu­mia­łam, że i tak wciąż je­stem w gru­pie naj­mniej za­ra­bia­ją­cych lu­dzi...

- Czy uważa pani, że te pen­sje eks­pe­dien­tek są w po­rządku?

- Nie! By­naj­mniej! Cho­dzi mi wła­śnie o tę firmę, o ra­żącą dys­pro­por­cję. Pan wy­ba­czy, że to po­wiem, ale skoro i tak chcę odejść... Cho­ciażby ten cały Wal­czak: jest im­be­cy­lem, ale jako ana­li­tyk gieł­dowy za­ra­bia piątkę na rękę.

- Dla­czego uważa go pani za im­be­cyla? - Dy­rek­tor wy­raź­nie był po­ru­szony, choć Ju­styna mo­gła przy­siąc, że ra­czej go to ba­wiło niż zło­ściło.

- Bo nie od­róż­nia swo­jej pra­wej ręki od le­wej, uj­mu­jąc to po bi­blij­nemu. Przy­go­to­wuje ana­lizy wy­ssane z palca. Brak mu pod­sta­wo­wej wie­dzy eko­no­micz­nej, o gieł­do­wej nie wspo­mi­na­jąc. Jest... jak by to ująć? Kimś w ro­dzaju fi­gu­ranta dla kor­po­ra­cji, która musi mieć ana­li­tyka i już.

Dy­rek­tor Sło­twiń­ski ode­rwał wresz­cie swoje błę­kitne oczy od Ju­styny i spoj­rzał przez szybę na roz­ko­paną Świę­to­krzy­ską znaj­du­jącą się dwa­dzie­ścia pię­ter ni­żej. Szpa­ko­waty, przy­stojny, pe­łen do­sto­jeń­stwa. Nikt go ni­gdy nie wi­dział zde­ner­wo­wa­nego, ni­gdy nie pod­no­sił głosu, nie da­wał też sobą ma­ni­pu­lo­wać.

Na­gle Ju­styna po­my­ślała, że mu­siała się strasz­nie wy­głu­pić tą swoją szcze­ro­ścią o nie­spra­wie­dli­wo­ści w za­rob­kach. Spoj­rzała na gar­ni­tur szefa, który na pewno kosz­to­wał nie mniej niż dwa ty­siące.

"Bę­dzie do­brze, je­śli się na mnie nie ob­razi".

- Nie zmieni pani tej dys­pro­por­cji, pani Ju­styno - ode­zwał się w końcu, na­dal na nią nie pa­trząc.

- Wiem...

Pod­niósł rękę, żeby jej prze­rwać.

- Nie od razu. - Spoj­rzał na nią z uśmie­chem. - Czy pani odej­ście zna­cząco wpły­nie na wa­sze fi­nanse, to zna­czy pani i męża?

- Moja pen­sja po­krywa ratę za miesz­ka­nie, ale...

- Ro­zu­miem. - Po­ki­wał głową, znowu jej prze­ry­wa­jąc. - Ro­zu­miem też, są­dząc po pani de­spe­ra­cji, że wo­la­łaby pani jak naj­szyb­ciej odejść z firmy.

- Tak - od­parła bar­dzo ci­cho i po­czuła się na­prawdę wy­czer­pana.

- Do­brze więc. Niech pani weź­mie urlop bez­płatny od dziś i idzie do domu. Pro­szę się jesz­cze nie zwal­niać. A swoje obo­wiązki prze­ka­zać Mar­cie.

Mimo że tego chciała, zro­biło jej się bar­dzo przy­kro... i ja­koś dziw­nie.

- Ma pani służ­bową ko­mórkę?

- Nie.

- To pro­szę zo­sta­wić swój pry­watny nu­mer ko­le­żance, je­śli go jesz­cze nie ma. Wiem, że pew­nie chcia­łaby pani od­po­cząć, ale pro­szę zro­bić mi przy­sługę i być pod tym te­le­fo­nem cały czas. My­ślę, że w ciągu doby za­dzwo­nię do pani. Mu­szę tylko się nad czymś za­sta­no­wić, do­brze?

- Do­brze, pa­nie dy­rek­to­rze. Dzię­kuję... - Wstała i po­de­szła do drzwi.

- Aha, pani Ju­styno, niech pani po­prosi do mnie tego "fi­gu­ranta". Na­wet z wy­ssa­nymi z palca ana­li­zami za­lega już od dwóch dni.

Spoj­rzała na szefa nieco wy­stra­szona, ale na­wet na nią nie pa­trzył, tylko prze­glą­dał ja­kieś pa­piery. Nie wy­glą­dał też na ko­goś, kto z niej kpi.

Na biurku nie miała zbyt wielu rze­czy, ale kiedy za­częła zbie­rać je do kupy, oka­zało się, że po­trze­buje ja­kiejś więk­szej re­kla­mówki, żeby się z nimi za­brać. Jak na za­wo­ła­nie pod­bie­gła do niej Marta.

- Szef cię zwol­nił? - Oczy miała wiel­kie jak pię­cio­zło­tówki.

- Nie, sama od­cho­dzę. - Wo­lała nie kom­pli­ko­wać tej hi­sto­rii opo­wie­ścią o urlo­pie bez­płat­nym. Mar­cie mo­głoby to zde­cy­do­wa­nie za­mie­szać w blond gło­wie.

- Jej! A dla­czego?

- Marta, masz prze­jąć moje obo­wiązki. Do końca tego ty­go­dnia trzeba zro­bić ze­sta­wie­nie ostat­nich in­we­sty­cji w Chi­nach, które ro­bi­li­śmy wspól­nie z firmą Con­trol In­ve­st­ments. Wszyst­kie dane mają Ra­fał i Bo­żena. Resztę skoń­czy­łam i wy­sła­łam gdzie trzeba.

- OK. A co z tobą bę­dzie?

- Nic, będę so­bie żyć... nor­mal­nie.

Zna­la­zła ja­kąś torbę w jed­nej z szu­flad i po­woli za­częła ją wy­peł­niać. Mi­rek pod­szedł, ale dłuż­szą chwilę nic nie mó­wił.

- Je­steś pewna?

Spoj­rzała na niego przez jedną se­kundę, ale ni­czego nie po­wie­działa.

- Je­steś - wes­tchnął. - Mogę ci ja­koś po­móc?

Po­krę­ciła głową. Po­czuła, że gdyby się ode­zwała, po­pły­nę­łyby jej łzy.

- Wiesz co... - Lu­bicki ro­zej­rzał się po biu­rze, jakby się upew­niał, czy nikt go nie śle­dzi. - Zjadę na dół do Cof­fee He­aven i za­mó­wię ja­kąś kawę. Po­ga­damy chwilę bez świad­ków.

- Mi­rek, tam bę­dzie te­raz pół firmy. Wszy­scy "naj­lepsi" pra­cow­nicy prze­cież jesz­cze nie do­tarli na swoje miej­sca. - Po­my­ślała o Mag­dzie, która na pewno po­chła­niała wła­śnie wielką ame­ri­cano bez cu­kru. - Poza tym mu­szę iść do kadr...

- No to daj mi re­kla­mówkę, zjadę z nią do ka­wiarni, a ty so­bie za­ła­twiaj, co masz za­ła­twić, OK? Skoro sie­dzi tam pół firmy, to nie po­win­ni­śmy rzu­cać się spe­cjal­nie w oczy.

Uśmiech­nęła się nie­wy­raź­nie i kiw­nęła głową. Po­dała mu torbę i po­szła do kadr.

Na dole rze­czy­wi­ście kłę­bił się mały tłu­mek przed­sta­wi­cieli firmy B.S.K., ale nikt nie zwró­cił na nią uwagi. Mi­rek za­jął miej­sce, z któ­rego był do­bry wi­dok na wszystko, ale które nie rzu­cało się w oczy.

- Wzią­łem ci man­goc­cino. - Pod­su­nął jej wielki ku­bek z kawą. - Dużo słod­ko­ści przyda ci się na no­wej dro­dze ży­cia.

- Dzięki.

- Dziw­nie się czuję, sie­dząc tu­taj o tej po­rze, ale do­brze mi z tym - ro­ze­śmiał się Mi­rek, roz­glą­da­jąc wo­kół. - Słodki smak wa­ga­rów. Co po­wie­dział Sło­twiń­ski?

- Po­pro­sił, że­bym się nie zwal­niała.

- Ale, jak wi­dać, go nie po­słu­cha­łaś.

- Po­słu­cha­łam.

- Jak to?

- Ka­zał mi wziąć urlop bez­płatny. Ma do mnie za­dzwo­nić i... coś po­wie­dzieć.

- O... ale nie wiesz co?

- Nie...

Zbie­rała słodką piankę z kawy i także za­czy­nała od­czu­wać przy­jemne uczu­cie, ja­kie miała za­wsze wtedy, gdy nie mu­siała iść do szkoły, a wszy­scy inni szli.

- Wy­szłam na idiotkę - po­wie­działa w końcu, tro­chę jakby do sie­bie.

- Czemu?

- Bo z tego, co mu tam na­opo­wia­da­łam, wy­szło, że tylko ja pra­cuję w tej na­szej fir­mie, a reszta to banda nie­do­uczo­nych obi­bo­ków.

Mi­rek nie­spo­dzie­wa­nie ro­ze­śmiał się szcze­rze, po­ka­zu­jąc wszyst­kie zęby.

- A to do­bre! Mu­szę to opo­wie­dzieć żo­nie. Ona za­wsze mi do­gryza, że u nas to nic cie­ka­wego się nie dzieje.

- Nie no... prze­sa­dzi­łam... Prze­je­cha­łam się w su­mie tylko po Wal­czaku. O resz­cie mó­wi­łam ogól­ni­kowo.

- Faj­nie. - Lu­bicki ki­wał ły­sie­jącą głową z apro­batą. - A szef po­pro­sił, że­byś się nie zwal­niała. Na­prawdę cie­ka­wie.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Naj­gor­sze i tak przede mną. Mu­szę po­ga­dać z Łu­ka­szem.

- O to bym się nie mar­twił. - Na­gle spo­waż­niał. Nie pa­trzył na Ju­stynę, tylko ze zmarsz­czo­nym czo­łem wy­glą­dał przez okno. Po­pra­wił oku­lary na no­sie i wska­zał pal­cem w stronę Świę­to­krzy­skiej. - To jest te­raz, zdaje się, naj­więk­sze twoje zmar­twie­nie.

Ju­styna zo­ba­czyła sto­ją­cego za szybą Jóź­wiń­skiego, który spo­glą­dał w górę na wie­żo­wiec. Miał minę, jakby roz­gry­zał ja­kiś po­ważny pro­blem. Wy­cią­gnął z kie­szeni ma­ry­narki te­le­fon i za­czął z kimś przez niego roz­ma­wiać.

- Boże - szep­nęła. - On jest nie­nor­malny.

- To o nim po­win­naś ra­czej po­ga­dać z mę­żem.

- Wściek­nie się... ale z dru­giej strony... - Scho­wała się głę­biej w fo­tel, kiedy wy­da­wało się, że może być za­uwa­żona przez Jóź­wiń­skiego. - Do­brze, że tu sie­dzimy. Mam na­dzieję, że nikt mu nie po­wie, gdzie je­stem.

- Wcho­dzi do bu­dynku. Może idź do domu?

- Nie, wolę zo­stać i wi­dzieć, czy wy­szedł. Na­wet gdyby tu na nas wpadł, będę bar­dziej bez­pieczna wśród lu­dzi.

- Może i ra­cja...

Sie­dzieli dłuż­szą chwilę w na­pię­ciu. Po kwa­dran­sie nerwy nieco od­pu­ściły, więc roz­ma­wiali luźno o pro­ble­mach Mirka z dziećmi i kre­dy­tach miesz­ka­nio­wych. Czujne oko Lu­bic­kiego do­strze­gło Ma­riu­sza wy­cho­dzą­cego z bu­dynku. Szedł bar­dzo szyb­kim kro­kiem, wy­raź­nie zde­ner­wo­wany. Znowu roz­ma­wiał przez te­le­fon.

- Wiesz co - Mi­rek po­ło­żył dłoń na przed­ra­mie­niu Ju­styny - jak pójdę na górę, po­sta­ram się do­wie­dzieć cze­goś o jego wi­zy­cie i dam ci znać wie­czo­rem, OK?

- Do­brze.

- Za­dzwoń do męża, po­wiedz mu o wszyst­kim.

To wcale nie było ta­kie pro­ste. Za­dzwo­niła do Łu­ka­sza i po­pro­siła, żeby przy­je­chał po nią do cen­trum.

- Ko­cha­nie, jest dzie­siąta. To na­wet nie jest pora lun­chu. Coś się stało?

- Tak... Mu­szę ci o czymś po­wie­dzieć.

- Gdyby to było coś mi­łego... - za­czął z wa­ha­niem - to­bym to wy­czuł... ale to coś złego, prawda?

- Nie­zbyt przy­jem­nego.

- Za­cze­kaj, za­raz od­dzwo­nię.

Po mi­nu­cie za­dzwo­nił z in­for­ma­cją, że już je­dzie.

Ju­styna sie­działa w Pizza Hut przy Ro­tun­dzie, świa­do­mie wta­pia­jąc się w więk­sze sku­pi­ska lu­dzi. Łu­kasz wpadł zdy­szany, z miną wy­ra­ża­jącą nie­kła­maną tro­skę. Pod­szedł do sto­lika i po­ca­ło­wał Ju­stynę w czoło. Za­wsze tak ro­bił, gdy bar­dzo się mar­twił.

- Szef dał mi wolne. Mam być pod te­le­fo­nem, gdyby coś się działo... - Usiadł na­prze­ciwko niej i wziął jej dło­nie w swoje. - O co cho­dzi?

Na­brała po­wie­trza głę­boko w płuca.

- Wzię­łam bez­płatny urlop.

- Jak to? Po co?

- Nie będę cię okła­my­wać... chcia­łam się zwol­nić, ale Sło­twiń­ski stwier­dził, że­bym le­piej wzięła wolne.

- Czemu chcia­łaś... No tak, nie cier­pisz tej pracy i masz dość. Ale... tak na­gle?

Nic nie od­po­wie­działa, zbie­ra­jąc w gło­wie od­po­wied­nie słowa, kiedy na twa­rzy jej męża po­ja­wiła się mina świad­cząca o tym, że do­brze ro­zu­mie, o co cho­dzi.

- Ten kre­dyt... To dla­tego chcia­łaś go szyb­ciej spła­cić! Żeby odejść.

Kiw­nęła głową i... się roz­pła­kała.

- My­śla­łam, że dam radę...

Wstał i usiadł obok niej.

- Daj spo­kój. Prze­cież to nie ko­niec świata. Ja­koś so­bie po­ra­dzimy. Je­śli to aż ta­kie cięż­kie, to ni­gdy nie będę cię zmu­szał. Chodź, po­je­dziemy do domu.

Re­ak­cja Łu­ka­sza spo­wo­do­wała, że Ju­styna roz­kle­iła się jesz­cze bar­dziej. Nie mu­siała wal­czyć o swoje ra­cje, bro­nić się i szu­kać sto­sow­nych ar­gu­men­tów. W au­cie pró­bo­wała ja­koś to wy­tłu­ma­czyć, ale za każ­dym ra­zem mó­wił, żeby się nie de­ner­wo­wała. Za­nim do­je­chali do domu, już bo­lała ją głowa. Dał jej ta­bletkę i ka­zał iść spać. Za­snęła, choć nie przy­pusz­czała, że to bę­dzie moż­liwe. Kiedy się obu­dziła, sie­dział obok i pi­sał coś na lap­to­pie.

- Cześć. - Uśmiech­nął się i odło­żył kom­pu­ter na sto­lik obok łóżka. - Le­piej?

Przy­su­nęła się do niego i mocno go przy­tu­liła.

- Le­piej.

Le­żeli długo ob­jęci, nie mó­wiąc nic do sie­bie. Ju­styna po­my­ślała, że na­wet bio­rąc pod uwagę przy­kre oko­licz­no­ści, przez które zna­leźli się w tej sy­tu­acji, to jest to jedna z pięk­niej­szych chwil w jej ży­ciu. Znowu się roz­pa­dało i mimo że była do­piero trzy­na­sta, zro­biło się ciemno, jakby na­stał wie­czór. Całe mia­sto żyło gdzieś tam so­bie, jak wiel­kie mro­wi­sko uwi­ja­jąc się przy ro­bie­niu kasy i zdo­by­wa­niu sławy... a ona była bez­pieczna z twa­rzą wci­śniętą w ra­mię Łu­ka­sza, który de­li­kat­nie ma­so­wał ją po ple­cach. Nie sie­działa w biu­rze, nie mu­siała oglą­dać tych sa­mych twa­rzy, nie szczy­pały ją oczy od wpa­try­wa­nia się w ekran kom­pu­tera.

"To jakby speł­niło się moje naj­więk­sze ma­rze­nie - na­gle i bez za­po­wie­dzi".

Po trzech la­tach mał­żeń­stwa na­uczyła się na tyle ufać mę­żowi, że czuła się przy nim bez­piecz­nie jak przy ni­kim in­nym. Oswo­iła się, za­pa­no­wała nad fa­lami nie­po­koju, które tak czę­sto za­le­wały ją przy spo­tka­niu z in­nymi ludźmi. Łu­kasz był inny - to był Łu­kasz, po pro­stu... Wy­szła za niego tylko dla­tego, że przy nim w końcu mo­gła się na­uczyć być szczę­śliwa. Poza do­sko­na­łym wę­chem, który cza­sami by­wał ta­len­tem uciąż­li­wym, miała nie­praw­do­po­dobną in­tu­icję do lu­dzi. Umiała też do­sko­nale wy­czuć każde zbli­ża­jące się za­gro­że­nie. Były to jed­nak ce­chy, które cza­sami prze­ra­dzały się w utra­pie­nie, bo nie miała w so­bie dość swo­body, by szybko za­wie­rać zna­jo­mo­ści. Pa­trzyła na czło­wieka i wie­działa od razu, co ją może z jego strony spo­tkać przy­krego. Wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie w oczy, od­czy­ta­nie ge­stu dłoni czy ner­wo­wego po­ru­sze­nia i już znała in­ten­cje, z ja­kimi ktoś do niej pod­cho­dził. Unik­nęła więc kło­po­tów, ale tra­ciła wiele szans na fajne przy­jaź­nie.

Łu­kasz był pro­stym i szcze­rym czło­wie­kiem. Nie za­wsze każde jego słowo czy gest były w jej od­czu­ciu miłe, ale ni­gdy nie miała wąt­pli­wo­ści co do czy­sto­ści jego in­ten­cji. Uwa­żała, że to praw­dziwy Cud, że nie dała się po­nieść emo­cjom i nie ucie­kła od niego, gdy tylko za­czął się za­le­cać na po­waż­nie. Wie­działa, że to jej szansa, by nieco znor­mal­nieć, ale też na­dzieja na udany zwią­zek. Wy­szedł z cał­kiem zwy­czaj­nej ro­dziny, bez ba­la­stu zra­nień i pa­to­lo­gii, nie za­wsze więc ła­two było im zna­leźć wspólny ję­zyk, je­śli cho­dzi o po­krę­cone ludz­kie losy - on wi­dział sprawy pro­sto, jako czarno-białe, a Ju­styna do­szu­ki­wała się dru­giego dna. W in­nych przy­pad­kach jej osądy by­wały sta­now­cze i jed­no­znacz­nie oce­nia­jące ja­kieś po­stawy, Łu­kasz zaś był bar­dziej skłonny do po­błaż­li­wo­ści. Na­uczyli się z tym ko­eg­zy­sto­wać, a także żyć ze świa­do­mo­ścią, że jesz­cze nie­raz doj­dzie mię­dzy nimi do spięć, co szcze­gól­nie dla Ju­styny było cięż­kie do za­ak­cep­to­wa­nia.

Sprawa z Jóź­wiń­skim na tyle wy­trą­ciła Ju­stynę z rów­no­wagi, że na mo­ment za­po­mniała, ja­kim czło­wie­kiem jest jej mąż. Gdy sie­działa w re­stau­ra­cji, cała się trzę­sła ze stra­chu, tra­cąc zu­peł­nie ja­sny osąd rze­czy­wi­sto­ści. Bała się kon­fron­ta­cji, gdyby Łu­kasz sprze­ci­wił się jej de­cy­zji, bo nie była do końca pewna swo­ich ra­cji.

Ten brak pew­no­ści brał się głów­nie stąd, że nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­czego tak emo­cjo­nal­nie za­re­ago­wała na Jóź­wiń­skiego. Ostat­nio przy­da­rzyło jej się coś ta­kiego przed nie­mal de­kadą i na­prawdę jej prze­czu­cia nie za­wio­dły. Tyle że te­raz bar­dzo nie chciała, by znowu miało ją spo­tkać coś złego ...

- Dzwo­nił ktoś? - ode­zwała się, chcąc od­go­nić nie­miłe my­śli.

- Tak, dok­tor An­drze­jew­ska. To zna­czy jej pie­lę­gniarka... przy­po­mi­nała o wi­zy­cie w so­botę.

- Ojej, za­po­mnia­łam. - Wy­swo­bo­dziła się z jego ob­jęć i usia­dła obok.

- Może nie masz ochoty iść? - Od­gar­nął jej włosy z czoła.

Po­krę­ciła ener­gicz­nie głową.

- Chcę... pójdźmy.

Pa­trzył na nią z nie­po­ko­jem.

- Wszystko w po­rządku?

- Mhm... - Kiw­nęła głową, ale sta­rała się nie pa­trzeć mu w oczy.

"Nie dam rady mu po­wie­dzieć..."

- Mar­twię się pracą.

- Daj spo­kój. Już ci mó­wi­łem, że to nie jest aż tak istotne. Od za­wsze się tam mę­czysz, w końcu coś mu­siało się wy­sy­pać.

- Ale ten kre­dyt...

- Je­śli bę­dzie na­prawdę źle, wy­bie­rzemy twoje pie­nią­dze z lo­katy. Na ra­zie za­wsze jest szansa na tę moją pre­mię. - Uśmiech­nął się sze­roko z bły­skiem w oku. - Pa­mię­tasz? Szy­ku­jemy wielką ak­cję.

- Pa­mię­tam. - Też się uśmiech­nęła. - Nikt się nie do­ma­gał two­jego po­wrotu do Biura?

- Jak wi­dać, nie. Nie­zmier­nie mnie to cie­szy. Je­stem tak za­do­wo­lony, że mam ochotę za­mó­wić ja­kieś do­bre je­dze­nie do domu i ni­czym się nie mar­twić do wie­czora.

- Do­bry plan. Bez go­to­wa­nia i bez zmy­wa­nia.

Do wie­czora czas upły­nął im cał­kiem przy­jem­nie. Za­mó­wili pizzę, którą zje­dli przed te­le­wi­zo­rem. Wię­cej jed­nak roz­ma­wiali niż oglą­dali. Łu­kasz opo­wia­dał o ko­le­dze po­li­glo­cie i o tym, ja­kim był cia­majdą. Ju­sty­nie nie bar­dzo przy­pa­dła do gu­stu ta opo­wieść, ale sta­rała się przy­naj­mniej uśmie­chać, kiedy Łu­ka­szowi ja­kaś część jego hi­sto­rii wy­da­wała się szcze­gól­nie za­bawna.

- Może się wy­robi? - po­wie­działa w pew­nym mo­men­cie ci­cho.

- Ja­sne, wy­robi - prych­nął Łu­kasz. Sie­dział roz­wa­lony w fo­telu i wy­ma­chi­wał pi­lo­tem. - Może i on umie ga­dać w in­nych ję­zy­kach, ale na ak­cje na pewno się nie na­daje.

Ju­styna chwilę sie­działa w mil­cze­niu, pa­trząc tylko w swój ta­lerz. Łu­kasz spoj­rzał na nią z lek­kim nie­po­ko­jem, za­sta­na­wia­jąc się przez chwilę, co mo­gło ją w tym tak zdo­ło­wać.

- Przy­słali nam ko­le­sia, który le­dwo trzyma broń w ręku i który boi się wła­snego cie­nia - kon­ty­nu­ował swój wy­wód, jakby sta­rał się uspra­wie­dli­wić. - Sta­nowi za­gro­że­nie dla sie­bie i dla nas, gdyby... gdyby coś się stało.

- Mhm... - mruk­nęła tylko, da­lej nie pa­trząc w jego stronę.

- No co? - Wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- Nic. - Po­krę­ciła lekko głową. - A czy ma chęci, żeby z wami pra­co­wać?

Py­ta­nie go za­sko­czyło.

- Co? Ja­kie chęci? Do tej ro­boty same chęci nie wy­star­czą. Trzeba mieć jaja i łeb na karku.

- Skąd wiesz? Może pew­nego dnia okaże się, że jego jaja są więk­sze niż wa­sze? - Spoj­rzała na niego, a w jej wzroku było coś, czego Łu­kasz ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział. Mógłby przy­siąc, że przez se­kundę pa­trzyła na niego zu­peł­nie inna ko­bieta.

- Nie ro­zu­miem. - Na­prawdę był zdez­o­rien­to­wany.

Ro­ze­śmiała się ci­cho i po­trzą­snęła głową, jakby od­ga­niała mu­chę.

- Wi­dzisz rze­czy po­wierz­chow­nie. Nie przy­szło wam do głowy, że ten chło­pak ma ce­chy, z któ­rymi się nie ob­nosi?

- Aha, oczy­wi­ście! Jest ukry­tym zbocz­kiem. - Opadł znowu na fo­tel, ale z uczu­ciem dziw­nej ulgi, że znowu po­znaje żonę w ko­bie­cie sie­dzą­cej obok.

- Albo jest pod­sta­wiony.

Ob­ró­cił głowę w jej stronę z wiel­kim zna­kiem za­py­ta­nia w oczach.

- Przez kogo?

- Jest kre­tem, który was in­wi­gi­luje.

- Zwa­rio­wa­łaś... - Miał ochotę unieść się gnie­wem, ale z ja­kie­goś po­wodu mu prze­szło.

- Dla­czego to ta­kie nie­praw­do­po­dobne? Przy­cho­dzi do was ko­leś, który wy­daje się kom­plet­nie do tej ro­boty nie nada­wać. Wy od razu trak­tu­je­cie go tak, a nie ina­czej. Na­wet je­śli jest ga­mo­niem, to w wa­szym in­te­re­sie leży, żeby go przy­go­to­wać. Po­wi­nien być przez was trak­to­wany naj­le­piej... - Ostat­nie słowo wy­po­wie­działa z na­ci­skiem, po czym urwała na­gle, jakby ja­kaś myśl wy­parła wszyst­kie inne. Wy­da­wało się, że nie ma jej w tej chwili w po­koju.

- Naj­le­piej? - Py­ta­niem chciał ją wy­rwać z tego za­my­śle­nia. Nie bar­dzo po­do­bał mu się kie­ru­nek tej roz­mowy.

- Tak, naj­le­piej. - Znowu pa­trzyła na niego tym dziw­nym wzro­kiem. - Je­śli jest u was przez po­myłkę, bo ktoś źle wpa­so­wał go do wa­szego działu, po­win­ni­ście zro­bić z niego ko­man­dosa, i to jak naj­szyb­ciej, żeby, jak to mó­wisz, nie sta­no­wił dla was i sie­bie za­gro­że­nia. Każdy z was po­wi­nien na niego chu­chać i dmu­chać, a nie po­mia­tać nimi i zmu­szać, żeby od­szedł. Wy nie je­ste­ście od de­cy­do­wa­nia, kto u was jest, a kto nie, mu­si­cie pra­co­wać z tymi, któ­rych wam przy­dzie­lono. Bo je­śli tak się sta­nie i on przez was odej­dzie, to któ­re­goś dnia wróci i się ze­mści.

- Co? Przyj­dzie do biura z ka­ła­chem i nas po­za­bija? - Ro­ze­śmiał się ner­wowo.

- Nie, zaj­dzie w pew­nych struk­tu­rach tak wy­soko, jak to moż­liwe, żeby któ­re­goś dnia was wszyst­kich udu­pić na amen. A za każ­dym ra­zem, gdy bę­dzie mu ciężko, wspo­mni na was i wa­sze głu­pie gęby, za­ci­śnie po­ślady i pój­dzie da­lej. Je­śli jed­nak jest kre­tem, który zo­stał wy­słany, by was śle­dzić albo, co gor­sza, oce­niać, to tym bar­dziej mu­si­cie być mili. Ro­zu­miesz te­raz, co mam na my­śli, mó­wiąc, że wi­dzisz fakty po­wierz­chow­nie?

Nic nie od­po­wie­dział. Od­wró­cił głowę w stronę te­le­wi­zora i przy­gryzł wargę.

- Wasz de­bi­lizm jed­nak nie na tym po­lega, ko­cha­nie - cią­gnęła da­lej.

- No, to te­raz się do­wiem... - mruk­nął.

- On po­lega na tym, że głów­nym mo­ty­wem wa­szego po­stę­po­wa­nia jest to, że przy tym chło­paku sami chce­cie się po­czuć le­piej. Są­dząc po tym, jak nim po­mia­ta­cie, wa­sze po­czu­cie wła­snej war­to­ści jest na­prawdę ty­cie.

- Nie są­dzi­łem, że mo­żesz tak się po mnie prze­je­chać. - Na jego twa­rzy po­ja­wił się gry­mas zra­nio­nego chłop­czyka.

- Miło ci?

- Nie! A co ty my­śla­łaś, że faj­nie sły­szeć od wła­snej żony, że mam głu­pią gębę i ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści?! - Wy­pro­sto­wał się znowu.

- Temu ca­łemu Si­sio­rowi też nie jest miło - od­parła ze spo­ko­jem. - Za­sta­nów się, co ma so­bie my­śleć, kiedy co­dzien­nie ro­bi­cie z niego po­śmie­wi­sko. Jest bar­dzo młody, więc je­ste­ście dla niego au­to­ry­te­tami, w chwili obec­nej naj­więk­szymi.

- W su­mie ra­cja. - Oparł głowę o dło­nie, a łok­cie na ko­la­nach. Ki­wał się chwilę w tył i w przód, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał.

Odło­żyła ta­le­rzyk i po­de­szła do niego. Wci­snęła się na ko­lana Łu­ka­sza, który uda­wał przez chwilę, że sta­wia opór. Ob­jęła jego szyję i ugry­zła go lekko w ucho.

- I tak uwa­żam, że je­steś naj­faj­niej­szym fa­ce­tem na ziemi.

- Na­wet z ni­skim po­czu­ciem wła­snej war­to­ści? - Wci­snął nos po­mię­dzy jej oboj­czyk a szyję.

- Na­wet z głu­pią gębą.

- Boże, to jak straszni mu­szą być inni!

- No i są. Dla­tego je­stem z tobą.

Prze­pro­wa­dze­nie ta­kiej roz­mowy - wbrew temu, co można by przy­pusz­czać po jej spo­koj­nym za­cho­wa­niu - nie było ła­twe. Po­wstrzy­ma­nie się przed nie­kon­tro­lo­wa­nym wy­bu­chem emo­cji i żalu, który nie­spo­dzie­wa­nie za­lał Ju­stynę od czubka głowy po palce stóp, kosz­to­wało ją wiele wy­siłku. Przez chwilę chciała zre­zy­gno­wać z za­miaru po­ru­sze­nia tego te­matu i pu­ścić mimo uszu opo­wiastki Łu­ka­sza, ale szarp­nął nimi dawno nie­do­ty­kane struny w jej du­szy, która wła­śnie wy­dała dźwięk.

Wie­czo­rem za­dzwo­nił Mi­rek. Miała na­dzieję, że to szef, choć sama nie wie­działa, czego po nim ocze­kuje.

- Cześć - mó­wił zdy­szany, jakby szybko szedł. Pew­nie biegł po jedną ze swo­ich có­rek, która cho­dziła na lek­cje ba­letu. - No, to do­wie­dzia­łem się, że Jóź­wiń­ski był w biu­rze, do­wie­dział się od Marty, że ode­szłaś, i był, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­za­do­wo­lony...

- Coś mó­wił albo źle się za­cho­wy­wał?

- Nie, no... Marta ze­zna­wała, że mio­tał się chwilę przy twoim biurku, a po­tem wy­py­ty­wał ko­lej­nych pra­cow­ni­ków, czy cze­goś na twój te­mat nie wie­dzą... to zna­czy, czy nie wie­dzą, do­kąd po­szłaś i czy zmie­ni­łaś pracę. Ta mała idiotka była go­towa dzwo­nić do cie­bie od razu, bo, jak twier­dziła, było jej go żal, że tak bar­dzo chciał cię zo­ba­czyć...

- Matko! Ukręcę jej szyję.

- W końcu jed­nak tego nie zro­biła, a on po­le­ciał do Gośki do kadr.

- Su­kin­syn! O co... - Pod­nio­sła głos, ale szybko stłu­miła wy­buch, oglą­da­jąc się ner­wowo, czy Łu­kasz cze­goś nie usły­szał. - O co mu cho­dzi? Kto to w ogóle jest?

- No, ja nie wiem... my­śla­łem, że ty je­steś le­piej zo­rien­to­wana.

Na­brała po­wie­trza i po­wstrzy­mu­jąc łzy, pa­trzyła w su­fit.

- W każ­dym ra­zie - cią­gnął wciąż zdy­szany Lu­bicki - po­szedł so­bie i ni­czego się nie do­wie­dział, je­śli wie­rzyć Mar­cie i Mał­gosi, którą też dys­kret­nie prze­py­ta­łem. A poza tym... poza tym by­łem w two­jej spra­wie u Sło­twiń­skiego.

- Tak? - oży­wiła się. - I co?

- W su­mie to nic. Pod­py­ty­wał, co u cie­bie i co mo­gło spo­wo­do­wać twoją na­głą de­cy­zję. Mó­wił, że wi­dy­wał, jak cza­sami pi­jemy ra­zem kawę, więc my­ślał, że może coś wiem. Nie chcia­łem kła­mać... - za­wa­hał się - więc po­wie­dzia­łem, że wiem o pew­nej spra­wie, ale bez two­jej wie­dzy nie chcę mu o niej opo­wia­dać.

- Ro­zu­miem. Do­bra od­po­wiedź.

- Je­dyna słuszna w tej sy­tu­acji, wy­daje mi się. Py­tał, czy to ma zna­czący wpływ na twoją pracę i czy uwa­żam, że przez to nie bę­dziesz w sta­nie wró­cić do firmy. Od­par­łem, że póki się ten pro­blem nie roz­wiąże, le­piej, że­byś zo­stała w domu. I tyle. Ka­zał mi wra­cać do obo­wiąz­ków i sie­dział w swoim ga­bi­ne­cie.

- Dzięki.

- Nie ma sprawy. Słu­chaj, ta ro­bota nie jest ni­czym eks­cy­tu­ją­cym, ale uwa­żam, że do­brze da­jesz so­bie radę, a Sło­twiń­ski to wi­dzi i do­ce­nia... No, może tro­chę kiep­sko to oka­zuje. Ale szkoda by było, gdy­byś ode­szła przez ja­kie­goś świra. Po­win­naś po­wie­dzieć o wszyst­kim Łu­ka­szowi, bo wi­dzę, że na­prawdę się ko­le­sia bo­isz... i pew­nie masz po­wody. Sam pró­bo­wa­łem to ja­koś so­bie w gło­wie po­ukła­dać i zro­zu­mieć, czego może chcieć. Ale tym bar­dziej trzeba to roz­wią­zać i może go po pro­stu po­sa­dzić, bo pew­nie to nie pierw­szy raz, gdy za kimś łazi i jest na­chalny. Twój mąż pew­nie wie, jak to za­ła­twić.

- Tak, masz ra­cję. - Trudno było ode­przeć ta­kie ar­gu­menty. - Tym bar­dziej dzię­kuję za po­moc.

- Spoko. - Usły­szała, że się uśmie­cha. - Do­bra, koń­czę, bo je­stem już na miej­scu. Trzy­maj się i uwa­żaj na sie­bie.

- No, na ra­zie.

Oparła się o zlew i stała nie­ru­chomo, pa­trząc przez okno. Było już ciemno, ale do­brze z tego miej­sca wi­działa bramę wjaz­dową na osie­dle.

Do kuchni wszedł Łu­kasz. Pod­szedł i ob­jął ją ra­mio­nami.

- Na co pa­trzysz?

- Co? A... na nic. Roz­ma­wia­łam z ko­legą z pracy i my­ślę o tym, co mi po­wie­dział... Ale wi­dzę, że ktoś chce wje­chać na osie­dle.

Łu­kasz spoj­rzał przez okno.

- No, a Zdzich nie chce go wpu­ścić. Nor­malne. Pew­nie ktoś przy­wiózł me­ble, a wła­ści­ciel nie chce wyjść do stró­żówki.

- My­ślisz, że to do­staw­czy?

- No tak. Prze­cież wi­dać, że to ja­kiś więk­szy van.

- Ale nie jest ozna­czony. - Zmarsz­czyła brwi. - Poza tym kto va­nem wozi me­ble?

Łu­kasz wzru­szył ra­mio­nami.

- Pew­nie ktoś na czarno roz­wozi ja­kiś to­war po mie­ście i nie chce się rzu­cać w oczy.

- Ej! - Spoj­rzała na niego znad ra­mie­nia. - Po­wi­nie­neś wy­ka­zy­wać się więk­szą czuj­no­ścią jako stróż prawa i po­rządku. Ktoś może roz­wozi nar­ko­tyki albo broń.

- Może, ale nie mam ochoty te­raz się tym przej­mo­wać.

- No, ład­nie. A więc to tak dzia­łają te na­sze służby.

- Oj tam. Zo­bacz, Zdzich jest naj­lep­szym stró­żem prawa w oko­licy. Nie wpu­ścił ich. I ja­kiś Ko­wal­ski nie ucie­szy się dziś z no­wego kom­pletu wy­po­czyn­ko­wego.

"I na­prawdę ze zwy­kłego le­ni­stwa ja­kie­muś Ko­wal­skiemu nie chciało się przejść kil­ka­set me­trów, żeby wpu­ścić do­stawcę?" - po­my­ślała, ale nie po­dzie­liła się tą uwagą z mę­żem.

Łu­kasz sie­dział w sa­lo­nie i du­mał nad pa­pie­rami. Ju­sty­nie przy­szło do głowy, że przy­go­tuje mu na drugi dzień coś do je­dze­nia. Wspo­mi­nał, że będą z Tom­kiem sie­dzieć na ob­ser­wa­cji i nie wia­domo, jak długo im zej­dzie. Wy­cią­gnęła z lo­dówki sa­łatę, świeże wa­rzywa i wę­dzo­nego in­dyka. Za­bie­rała się do przy­go­to­wa­nia sosu, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon.

Sło­twiń­ski!

- Ju­styna Meyer, słu­cham. - Miała jego nu­mer, ale wo­lała nie wy­ska­ki­wać z pre­ten­sjo­nal­nym "słu­cham, pa­nie dy­rek­to­rze".

- Sło­twiń­ski. Do­bry wie­czór.

- Do­bry wie­czór, pa­nie dy­rek­to­rze.

- Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam.

- Nie, mogę roz­ma­wiać.

- Do­brze. Pani Ju­styno, mam dla pani pro­po­zy­cję. W za­sa­dzie dwie.

- Tak?

- Roz­ma­wia­łem z pre­ze­sem Ja­ku­bow­skim w spra­wie wa­run­ków pani za­trud­nie­nia. Roz­mowa była prak­tycz­nie for­mal­no­ścią, bo nie pa­mię­tam, żeby pan Kon­rad kie­dy­kol­wiek za­kwe­stio­no­wał moje su­ge­stie od­no­śnie do pra­cow­ni­ków mo­jego działu. - Ro­ze­śmiał się, mó­wiąc to. - No ale za­py­tać trzeba. No i pre­zes zgo­dził się na wpro­wa­dze­nie pew­nej mo­dy­fi­ka­cji, je­śli oczy­wi­ście pani się zgo­dzi i wy­razi chęć po­zo­sta­nia w na­szej fir­mie.

- Czego mia­łaby do­ty­czyć ta mo­dy­fi­ka­cja? - Roz­bo­lały ją nogi, więc prze­szła do sy­pialni i usia­dła na łóżku.

- Z ra­cji tego, że pani praca nie wy­maga od pani cią­głej obec­no­ści w biu­rze, za­pro­po­no­wa­łem, by wy­ko­ny­wała ją pani z domu. Przy­naj­mniej przez ja­kiś okres próbny. Mo­gli­by­śmy spraw­dzić, czy to zdaje eg­za­min i czy jest pani za­do­wo­lona. Co pani na to?

- Brzmi do­brze. W su­mie je­stem bar­dzo mile za­sko­czona... - Pierw­szy raz od wielu dni po­czuła, że na myśl o fir­mie BSK nie robi jej się duszno.

- Cie­szę się. Pro­po­nuję, żeby przy­szła pani w po­nie­dzia­łek i po pro­stu za­warła nową umowę, z no­wymi wa­run­kami go­dzi­no­wymi. Co do płacy... Wie pani, nie wi­dzę po­wodu, żeby ją zmniej­szać, ale mogę za­su­ge­ro­wać, żeby roz­wa­żyła pani formę sa­mo­za­trud­nie­nia.

- Mam być wol­nym strzel­cem?

- Pro­szę się nie ob­ra­żać i nie bać, że w ten spo­sób ktoś chce pa­nią od­su­wać od firmy. Do­brze pani wie, że nie o to cho­dzi. Jed­nak wła­sna dzia­łal­ność otwo­rzy pa­nią na szer­szą dzia­łal­ność.

- Na przy­kład?

- Choćby w na­szej fir­mie. Być może nie po­wi­nie­nem pani tego tak otwar­cie mó­wić, ale w obec­nych struk­tu­rach nie mam moż­li­wo­ści za­ofe­ro­wa­nia pani cze­go­kol­wiek po­nad to, co pani robi. A chciał­bym pani coś za­pro­po­no­wać... I to jest ta druga sprawa.

Nie mo­gła być bar­dziej za­sko­czona.

- Czego do­ty­czy?

- Mam prośbę, żeby na­pi­sała pani ana­lizę sy­tu­acji na rynku dia­men­tów. Wie pani, że dość po­waż­nie przy­mie­rzamy się do za­in­we­sto­wa­nia w ten biz­nes, mimo że wielu nam to od­ra­dza. Na pewno wy­ro­biła so­bie pani wła­sne zda­nie na ten te­mat. Pro­szę przyj­rzeć mu się także od strony go­spo­dar­czej i hi­sto­rycz­nej: coś po­czy­tać, po­szu­kać w sieci. Niech pani spró­buje od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy za­rzuty o nie­ren­tow­ność ko­palni, w które za­mie­rzamy in­we­sto­wać, są słuszne i co z kosz­tami za­trud­nie­nia. Chcę, żeby roz­wi­nęła pani swoją kre­atyw­ność, a nie su­ge­ro­wała się opi­niami ko­go­kol­wiek, na przy­kład Wal­czaka.

- Do­brze... Na kiedy chce pan taką ana­lizę?

- Bez po­śpie­chu. Niech się pani do tego po­rząd­nie przy­łoży.

- Ro­zu­miem. A co ma do tego sa­mo­za­trud­nie­nie?

- Gdyby przy­go­to­wała pani taką ana­lizę jako firma ze­wnętrzna, mo­głaby pani wy­sta­wić nam fak­turę. Ja ją chęt­nie pod­pi­szę. Aha, jesz­cze jedno. Przej­rza­łem pani CV... Po­winna pani uzu­peł­nić wy­kształ­ce­nie. Pew­nie wiele pa­nią na tych stu­diach ma­gi­ster­skich nie na­uczą, ale to za­wsze le­piej niż li­cen­cjat.

- Pa­nie dy­rek­to­rze, mogę o coś za­py­tać?

- Oczy­wi­ście!

- Pra­cuję w tej fir­mie po­nad rok i do tej pory mia­łam wra­że­nie, że w ogóle nie je­stem do­strze­gana, jak­bym była po­wie­trzem... A te­raz... chcę odejść, a pan ry­suje przede mną ar­cy­cie­kawą ścieżkę roz­woju za­wo­do­wego. Coś się zmie­niło?

Wes­tchnął gło­śno.

- Pani Ju­styno... po­wiedzmy, że wi­dzi pani tę rze­czy­wi­stość po­wierz­chow­nie.

"Za­raz padnę. Do­brze, że Łu­kasz tego nie sły­szy".

- Mó­wiła pani o lu­dziach, któ­rzy w kor­po­ra­cjach nic nie ro­bią albo udają, że ro­bią. I oczy­wi­ście taka jest prawda. Zło­ści pa­nią nie­równy po­dział obo­wiąz­ków i usa­do­wie­nie pew­nych lu­dzi na nie­od­po­wied­nich sta­no­wi­skach. I to też jest fakt. Ale gdyby spoj­rzała pani na tę struk­turę z in­nej per­spek­tywy, zo­ba­czy­łaby pani, że wszystko to jest gra, którą ktoś to­czy po swo­jemu. Ko­muś za­leży na tym, żeby byli tacy lu­dzie jak Wal­czak, który nie od­róż­nia le­wej od pra­wej. Żeby byli pra­cow­nicy, któ­rzy, jak pani, wy­ko­nują swoją pracę i idą do domu bez gło­śnego ko­men­to­wa­nia róż­nych spraw. Mnie za­leży, żeby się pani od­zy­wała... ale nie gło­śno. Układ za­leż­no­ści w BSK jest obec­nie taki, że nie by­łoby to mile wi­dziane. Mo­głaby pani na­dep­nąć nie­jed­nemu na od­cisk...

- Panu?

Ro­ze­śmiał się.

- Jest pani na­prawdę do­bra. Mnie. Bo od­bi­łoby się to na mnie, bez dwóch zdań. Ale ja też roz­gry­wam swoją grę...

- I chce się pan mną po­słu­żyć.

- Wi­dzi pani, wła­śnie dla­tego chcę mieć pa­nią po swo­jej stro­nie ba­ry­kady.

- Czyli że ta pro­po­zy­cja z pracą w domu jest próbą od­su­nię­cia mnie od cen­trum wy­da­rzeń.

- Tak. Chcę ro­ze­grać pewną par­tię, ale nie mogę swo­ich asów po­ka­zy­wać przed jej za­koń­cze­niem. Pla­no­wa­łem wci­snąć pa­nią w te dia­menty już ja­kiś czas temu. Nie było jed­nak spo­sob­no­ści. W za­sa­dzie pani de­cy­zja była dla mnie jak dar z nieba. Chcia­łem zro­bić z pani młod­szego ana­li­tyka, ale te­raz to po pro­stu nie­moż­liwe. Nie mam do­brych no­to­wań. Na gó­rze się go­tuje... - Za­milkł na chwilę, jakby za­sta­na­wiał się nad tym, co chce po­wie­dzieć. - Pani Ju­styno, ju­tro na pani kon­cie po­winny po­ja­wić się pewne środki.

- Ja­kie środki?!

- Pre­mia. Dwu­krot­ność pani wy­na­gro­dze­nia po­mniej­szona je­dy­nie o po­da­tek.

- Za co? - Serce za­biło jej mocno, choć nie tylko z ra­do­ści.

- Za ana­lizę o We­ne­zu­eli.

- Jaką ana...? Tę na­szą roz­mowę?

- Tak. Mu­sia­łem się na­gim­na­sty­ko­wać, żeby zna­leźć od­po­wiedni po­wód, by ją pani przy­znać. Udało się za­ma­sko­wać to Chi­nami i ja­ki­miś jesz­cze dro­bia­zgami.

- Ale dla­czego?

- To na za­chętę. - Uśmie­chał się, wy­czu­wała to wy­raź­nie. - Góra się go­tuje wła­śnie przez We­ne­zu­elę. Przed­sta­wi­łem na ze­bra­niu Za­rządu moją de­cy­zję od­no­śnie do wy­co­fa­nia współ­pracy ze Sta­nami. Chcieli mnie zjeść...

- Ktoś jest pew­nie prze­ku­piony - wy­rwało jej się.

- Jest pani uro­dzo­nym ana­li­ty­kiem, pani Meyer. - Był mocno roz­ba­wiony. - Oczy­wi­ście, że tak. Żona wi­ce­pre­zesa Ada­miaka sie­dzi w ich kie­szeni od ja­kie­goś czasu. Wie­dzieli, jak pod­bu­do­wać jej nie­speł­nione am­bi­cje. Po­zo­sta­łem jed­nak nie­ugięty. Jesz­cze tego sa­mego dnia Ame­ry­ka­nie wpa­dli w po­płoch. Po­twier­dziły się pani przy­pusz­cze­nia. Chcieli znowu za­sia­dać do ne­go­cja­cji, usta­lać nowe wa­runki. Też się nie zgo­dzi­łem. Pre­zes Ja­ku­bow­ski z Ma­jew­skim lecą przez Atlan­tyk pod­pi­sy­wać wa­runki umowy. W po­nie­dzia­łek zo­staną uru­cho­mione po­tężne środki na roz­po­czę­cie in­we­sty­cji.

- We­ne­zu­el­czycy pod­pi­szą?

- Tak. I w tym też miała pani ra­cję: wolą to ro­bić tylko z nami.

- To chyba do­brze?

- I to bar­dzo. Na­leży się pani za to znacz­nie wię­cej, ale my­ślę, że znajdę jesz­cze spo­sób, żeby pa­nią wy­na­gro­dzić.

W tym mo­men­cie Ju­styna miała ochotę się roz­pła­kać. Tyle się na­mę­czyła w tej cho­ler­nej fir­mie, tyle za­ci­ska­nia zę­bów i tyle ner­wów... A wy­star­czyła chwila szcze­ro­ści, żeby się to wszystko zmie­niło.

- Pani Ju­styno, gra­nie ludźmi w kor­po­ra­cjach nie za­wsze po­lega na tym, że po­zwala się im nie pra­co­wać. Cza­sami, a na­wet bar­dzo czę­sto, wy­ci­ska się z nich wszystko, co mają, a po­tem wy­rzuca na bruk jak zu­żytą oponę. Ta sa­mo­dziel­ność, którą pani su­ge­ruję... Chciał­bym, żeby pani tego unik­nęła, kiedy ktoś poj­mie, ile ma pani do za­ofe­ro­wa­nia. Niech się pani szybko uczy po­zo­sta­wać z dala od tego typu sy­tu­acji. Ży­czę do­brej nocy i do zo­ba­cze­nia w po­nie­dzia­łek.

Roz­łą­czył się szybko, na­wet nie zdą­żyła po­dzię­ko­wać. Sie­działa w ciem­nej sy­pialni i czuła, że cała drży. Chciała po­biec do Łu­kasz i mu o wszyst­kim opo­wie­dzieć, ale po­my­ślała, że chce naj­pierw ochło­nąć.

"Nie będę mu­siała ru­szać TYCH pie­nię­dzy" - ta re­flek­sja przy­szła na nią na­gle, choć wy­da­wało się, że jest bez związku ze sprawą.

"Czy to jest dla mnie naj­waż­niej­sze? Pierw­sze, o czym my­ślę, to pie­nią­dze, któ­rych ni­gdy nie chcia­łam wy­dać".

Żeby od­go­nić te roz­wa­ża­nia, wstała i po­szła zo­ba­czyć, co robi Łu­kasz. Roz­ma­wiał przez te­le­fon, to zna­czy co se­kundę po­wta­rzał tylko "aha, aha" albo "czaję, czaję". To mógł być tylko To­masz, i to z ja­ki­miś do­brymi wie­ściami, bo Łu­kasz lekko pod­ska­ki­wał na ka­na­pie wy­raź­nie czymś pod­eks­cy­to­wany.

- Do­bra, do­bra, To­muś, za­dzwo­nię rano. No, bądź na par­kingu po ósmej. Tak, ja­sne. No, cześć.

Nie za­uwa­żył, jak we­szła. Rzu­cił ko­mórkę na ka­napę, kla­snął w dło­nie i po­tarł nimi szczę­śliwy jak mały chłop­czyk.

- Co "To­muś" ci ta­kiego po­wie­dział? - za­py­tała roz­ba­wiona.

Pod­sko­czył wy­stra­szony nieco, ale chwilę po­tem sze­roko się uśmiech­nął.

- Jest! Jest! Mamy dra­nia.

Przy­cią­gnął Ju­stynę do sie­bie i po­wa­lił na ka­napę. Za­czął ją ści­skać i ła­sko­tać, aż do­pro­wa­dził ją do spa­zmów śmie­chu.

- Wresz­cie go do­pad­niemy, za­ku­jemy w kaj­danki, wsa­dzimy do ciupy, a resztą niech się zajmą więź­nio­wie - Ju­styna nie mo­gła już zła­pać od­de­chu, więc za­prze­stał swo­ich "piesz­czot" i po­ło­żył się obok niej, wtu­la­jąc głowę w jej piersi. - Mam już tak dość tego fa­gasa i tego, że sie­dzi na wol­no­ści, że naj­chęt­niej sam bym go po­mę­czył, naj­le­piej ja­kimś prą­dem.

Gła­skała go po gło­wie, my­śląc so­bie, że nie bę­dzie mu te­raz opo­wia­dać o roz­mo­wie z sze­fem. Kiedy Łu­kasz był czymś tak mocno za­ab­sor­bo­wany, nic in­nego do niego nie do­cie­rało. Mógłby na­wet nie do końca zro­zu­mieć, co do niego mówi. Usły­szała dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści na swo­jej ko­mórce. Od­su­nęła lekko męża i po­szła do sy­pialni zo­ba­czyć, kto na­pi­sał.

- Zo­staw - krzyk­nął Łu­kasz, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. - Na pewno ja­kaś lo­te­ria i wy­gra­łaś pią­tego mer­ce­desa w tym mie­siącu.

- To mu­szę ode­brać. - Ro­ze­śmiała się.

- Nie no, coś ty! Gdzie my po­sta­wimy te wszyst­kie mer­ce­desy?

Wia­do­mość była od Sło­twiń­skiego.

"Ju­tro przed po­łu­dniem ku­rier do­star­czy Pani prze­syłkę z lap­to­pem i pa­roma do­ku­men­tami. Pro­szę ode­brać. Po­zdra­wiam - W. Sło­twiń­ski".

We­szła do kuchni, odło­żyła te­le­fon na lo­dówkę i za­brała się do koń­cze­nia sa­łatki dla Łu­ka­sza.

- Idę się ką­pać. - Zer­k­nął do kuchni, ale gdy miał się od­wra­cać, coś mu się przy­po­mniało. - Aha, na so­botni wie­czór mamy za­pro­sze­nie na ten wer­ni­saż.

- Jaki znowu wer­ni­saż? - Ostat­nie, o czym ma­rzyła, to bie­ga­nie w so­botę po ga­le­riach.

- No wiesz - skrzy­wił się - żony Sławka.

- Nie, pro­szę cię. - Spoj­rzała na niego bła­gal­nym wzro­kiem. - Ona robi to okropne... coś.

- Wiem, ale pro­sił, że­by­śmy przy­szli zro­bić tłum. Wszy­scy w Biu­rze do­stali za­pro­sze­nia, i to po kilka. Je­śli masz ko­goś, kto by po­szedł... są u mnie w tor­bie na lap­topa.

- Chyba żar­tu­jesz! Żeby mnie ten ktoś po­tem znie­na­wi­dził do końca ży­cia?!

- Ko­tek... Zróbmy to dla Sławka. Mówi, że jak nikt nie przyj­dzie, to nici z seksu przez rok. Ona się za­ła­mie.

- Ko­tek, zróbmy to dla sztuki i nie idźmy! Ta idiotka bę­dzie my­ślała, że jest świetną ar­tystką. Ktoś po­wi­nien dać jej do zro­zu­mie­nia, że tak nie jest.

Łu­kasz od­wró­cił się i wszedł do ła­zienki, ale wy­chy­lił jesz­cze głowę zza drzwi.

- W so­botę o dzie­więt­na­stej. Wej­dziemy, po­damy dłoń i uciek­niemy.

Scho­wał się i za­mknął za sobą drzwi.

- Oczy­wi­ście - mru­czała do sie­bie, mal­tre­tu­jąc mięso in­dyka wiel­kim no­żem. - A po­tem się po­tniemy i bę­dziemy mieć nocne kosz­mary.

Ju­styna już tej nocy spała bar­dzo źle. W roli głów­nej wy­stą­pił Jóź­wiń­ski. Byli w ga­le­rii, w któ­rej wi­siały psy­cho­de­liczne ob­razy Sław­ko­wej po­ło­wicy. Cho­dziła od ob­razu do ob­razu, szu­ka­jąc jed­no­cze­śnie wyj­ścia, ale miała wra­że­nie, że jest w wiel­kim la­bi­ryn­cie. Jóź­wiń­ski cho­dził za nią, pró­bu­jąc jej do­tknąć. Cza­sami jego fa­cjata na­ma­lo­wana była na któ­rymś z tych bo­ho­ma­zów, a wtedy oży­wała i śmiała się Ju­sty­nie pro­sto w twarz dia­bel­skim śmie­chem. Obu­dziła się, kiedy już ją do­rwał w swoje łapy, z uczu­ciem, że ktoś na­prawdę trzyma ręce na jej ciele. Jed­nak nie była na­wet przy­kryta koł­drą. Łu­kasz le­żał na boku na swoim skraju łóżka.

Pa­trzyła w su­fit, ciężko od­dy­cha­jąc. Bała się jesz­cze bar­dziej, bo już mie­wała ten ro­dzaj snów - one za­wsze się speł­niały. Wstała, żeby się na­pić wody, i kiedy prze­cho­dziła obok drzwi wej­ścio­wych, jej wzrok padł na zwi­sa­jący przy nich łań­cuch. Po­de­szła z bi­ją­cym ser­cem i na­ci­snęła klamkę. Drzwi były otwarte.

- Łu­kasz, kurrr... - syk­nęła prze­ra­żona. Za­mknęła gwał­tow­nie drzwi i prze­krę­ciła górny za­mek. Za­ło­żyła też łań­cuch.

Jej mąż miał ob­se­sję na punk­cie nie­za­my­ka­nia drzwi. Py­tała go kie­dyś na­wet, czy w dzie­ciń­stwie był za­my­kany przez ro­dzi­ców na ja­kimś stry­chu albo w piw­nicy. Za­pie­rał się, że to nie ob­se­sja. Dużo wody upły­nęło w Wi­śle, nim przy­znał, że kie­dyś za­mknął się po wej­ściu do miesz­ka­nia i odło­żył gdzieś klu­cze, któ­rych nie mógł zna­leźć, kiedy mu­siał szybko wy­biec do pracy. Był wtedy mło­dym, po­cząt­ku­ją­cym po­li­cjan­tem. Nie zja­wił się na ja­kiejś waż­nej ak­cji, a ko­le­dzy szy­dzili z niego z tego po­wodu przez do­brych kilka mie­sięcy. Od tego czasu wo­lał, żeby drzwi były otwarte - tak na wszelki wy­pa­dek, co było dla Ju­styny nie­zro­zu­miałe, skoro mieli drzwi za­my­kane od we­wnątrz nie na klucz, lecz na po­krę­tło. Wiele razy ła­pała go na tym, jak bez­wied­nie nie­mal su­nie wie­czo­rem w stronę wej­ścia i spraw­dza, czy drzwi są otwarte. Tłu­ma­czył, że miesz­kają na strze­żo­nym osie­dlu, a drzwi do klatki są otwie­rane ko­dem. Uwa­żał, że ta­kie za­bez­pie­cze­nie w zu­peł­no­ści wy­star­czy. Ju­styna ja­koś zno­siła tę fa­na­be­rię, ale dziś po­czuła, że ma jej dość. Rano po­wie­działa mu o tym przy śnia­da­niu.

- Chcę, że­byś je za­my­kał. Bar­dzo cię o to pro­szę.

- Do­brze, ko­cha­nie - po­wie­dział to to­nem, który tego dnia znie­na­wi­dziła, choć za­zwy­czaj jej nie prze­szka­dzał. Ozna­czał, że po se­kun­dzie nie bę­dzie pa­mię­tał ani prośby, ani swo­jej od­po­wie­dzi. Sma­ro­wał da­lej swoją grzankę ma­słem, na­wet nie pod­no­sząc głowy.

"On już jest na tej ob­ser­wa­cji. Już za­kłada Fran­kow­skiemu kaj­danki na ręce" - wes­tchnęła ci­cho i po­krę­ciła głową zre­zy­gno­wana.

Spa­ko­wała mu sa­łatkę z in­dy­kiem, do­rzu­ciła kilka kro­mek chleba, ser­wetki i pla­sti­kowy wi­de­lec. Wci­snęła mu pa­ku­nek do rąk i na­sta­wiła usta do bu­ziaka. Uca­ło­wał ją mocno i z pa­sją, przy­ci­ska­jąc wolną ręką do sie­bie.

- Pa, ko­cha­nie. Życz mi szczę­ścia.

- Ży­czę. Za­wsze ży­czę. - Pa­trzyła mu głę­boko w oczy, czu­jąc ucisk w żo­łądku. Bała się. Każ­dego dnia czuła lęk o jego ży­cie i zdro­wie. Nikt nie mógł wy­czy­tać tego z jej za­cho­wa­nia, ale by­cie żoną Łu­ka­sza to cią­gły stres, nad któ­rym nie dało się za­pa­no­wać.

- Od­pocz­nij. - Po­ca­ło­wał ją w nos. - I ni­czym się nie przej­muj.

Uśmiech­nął się cie­pło i wy­szedł.

Drzwi za­mknęła do­kład­nie. Było przed ósmą, miała więc po­mysł, żeby po­ło­żyć się jesz­cze na chwilę, ale zre­zy­gno­wała z niego i po­szła do kuchni zro­bić po­rzą­dek. Sta­nęła przy zle­wie i wyj­rzała przez okno. Zo­ba­czyła Łu­ka­sza idą­cego szyb­kim kro­kiem w stronę bramy. Kiedy znik­nął jej z pola wi­dze­nia, pod stró­żówkę pod­je­chał van - ten sam, któ­rego wi­dzieli wie­czo­rem. Zdzich skoń­czył swoją zmianę o szó­stej, te­raz pra­co­wał inny ochro­niarz, któ­rego imie­nia nie znała. Nie lu­biła go, bo rzadko od­po­wia­dał na "Dzień do­bry" i ro­bił przy­kre uwagi, kiedy wra­cało się późno, a on mu­siał wstać i otwo­rzyć furtkę. W prze­ci­wień­stwie do swo­jego po­przed­nika nie był jed­nak tak re­stryk­cyjny, je­śli cho­dzi o spraw­dza­nie tych, co chcieli wje­chać na osie­dle. Te­raz na­wet nie wy­szedł, tylko po pro­stu otwo­rzył bramę. Van, ciem­no­gra­na­towy mer­ce­des z przy­ciem­nio­nymi szy­bami z tyłu, pod­je­chał pod ich klatkę. Z szo­ferki, od strony pa­sa­żera, wy­siadł wy­soki, na­pa­ko­wany męż­czy­zna. Miał na gło­wie czarną bejs­bo­lówkę, więc nie mo­gła do­strzec jego twa­rzy. Mimo że no­sił skó­rzaną kurtkę, wi­działa, że ma po­tężne ra­miona, które nie do­ty­kały na­wet kor­pusu. Pod­szedł do wej­ścia do klatki i znik­nął z pola wi­dze­nia. W tej chwili pod stró­żówkę pod­je­chał wóz do­staw­czy DHL-u, więc w se­kun­dzie stra­ciła za­in­te­re­so­wa­nie "pa­ke­rem" z mer­ce­desa, bo przy­po­mniało jej się o prze­syłce z firmy. Spoj­rzała na sie­bie i stwier­dziła, że musi się nieco ogar­nąć. Za­wią­zała moc­niej szla­frok i szybko prze­cze­sała włosy. Ku­rier nie wjeż­dżał na osie­dle, tylko przed bramą wy­siadł z cię­ża­rówki i wy­cią­gnął z tyłu dwa więk­sze pa­kunki.

"Mój kom­pu­ter" - od razu po­my­ślała. Za­ab­sor­bo­wana swoim wy­glą­dem i spo­dzie­waną wi­zytą przed­sta­wi­ciela DHL-u, nie zwró­ciła uwagi na dziwne od­głosy do­cho­dzą­cego spod drzwi miesz­ka­nia. Gdyby te­raz przed nimi stała, zo­ba­czy­łaby, jak ktoś na­ci­ska na klamkę, ale bez re­zul­tatu. Kiedy ku­rier za­dzwo­nił do­mo­fo­nem, ten ktoś się spło­szył i za­czął szybko zbie­gać po scho­dach...

Młody chło­pak w czer­wono-żół­tej blu­zie i w czapce z dasz­kiem był już nieco zdy­szany, kiedy do­tarł na trze­cie pię­tro. Otwo­rzyła mu szybko drzwi, żeby nie mu­siał cze­kać. Po­sta­wił pa­kunki na pod­ło­dze i ciężko wes­tchnął.

- Ja­kiś de­bil mało mnie nie za­bił na pierw­szym pię­trze. Zbie­gał po scho­dach, jakby się pa­liło.

- Gdzie mam pod­pi­sać?

- O, tu­taj. - Po­dał jej do­ku­ment na de­sce z klip­sem. - Bar­dzo pani dzię­kuję. Mi­łego dnia.

- Ja rów­nież dzię­kuję. I niech pan uważa na in­nych de­bili.

- Ja­sne. - Już na progu się ro­ze­śmiał. - Cza­sami mam wra­że­nie, że są dni, gdy kręci się ich wię­cej.

"Ja też" - po­my­ślała w du­chu Ju­styna. Wnio­sła paczki do kuchni i po­sta­wiła obok lo­dówki. - "Trzeba bę­dzie so­bie zor­ga­ni­zo­wać ja­kieś sta­no­wi­sko pracy".

Zer­k­nęła z cie­ka­wo­ści przez okno i skon­sta­to­wała, że mer­ce­des od­je­chał, a ku­rier wła­śnie prze­śli­zgi­wał się przez za­my­ka­jącą się bramę.

Roz­dział 3

Sie­dzieli z Tom­kiem pod ka­mie­nicą Fran­kow­skiego od do­brych dwóch go­dzin. Miała to być tylko ob­ser­wa­cja, ale z ra­cji zdo­by­cia bar­dzo po­waż­nych do­wo­dów, które po­zwa­lały ska­zać go na co naj­mniej de­kadę wię­zie­nia, stali się czę­ścią więk­szej ob­ławy. Cie­szyli się wszy­scy. Szef po­wie­dział, że je­śli przed week­en­dem za­mkną Fran­kow­skiego, to urżnie się w so­botni wie­czór i bę­dzie miał wszystko w du­pie. Wie­czo­rem po­przed­niego dnia na jego biurku zna­la­zły się na­resz­cie sto­sowne do­ku­menty, które po­zwa­lały na ze­bra­nie ca­łej ekipy i za­ła­twie­nie wspar­cia od­dzia­łów spe­cjal­nych. Przy­pad­kowy prze­cho­dzień nie mógł wie­dzieć, że sto­jące wła­śnie w tym kwar­tale sa­mo­chody i kilka bu­sów z przy­ciem­nia­nymi szy­bami pełne są uzbro­jo­nych po zęby funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy cze­kali tylko na sy­gnał, żeby wy­sko­czyć i ru­szyć do ak­cji. Wszystko wy­glą­dało zwy­czaj­nie i tylko wni­kliwy ob­ser­wa­tor mógł do­strzec, że fa­cet z ga­zetą przy kio­sku na rogu ma w uchu małe urzą­dze­nie, dzięki któ­remu może sły­szeć to, co mó­wią mu inni.

Łu­kasz i To­mek ubrani byli po cy­wil­nemu i sie­dzieli w au­cie na cy­wil­nych ta­bli­cach, ale nie byli w gru­pie tych, co znaj­do­wali się naj­bli­żej. Nie było na­wet po­wie­dziane, że będą brać udział w aresz­to­wa­niu. Mimo to pod ko­szu­lami mieli ka­mi­zelki ku­lo­od­porne, a pod kurt­kami trzy­mali po dwie sztuki broni.

- Dwie klamki to chyba prze­sada, co? - wy­mam­ro­tał To­masz, prze­żu­wa­jąc pączka po­pi­ja­nego zimną kawą z pa­pie­ro­wego kubka.

Łu­kasz wzru­szył ra­mio­nami. Iry­to­wały go na­wyki ży­wie­niowe ko­legi, który póź­niej na­rze­kał na swój nie­do­sko­nały wy­gląd, ale sta­rał się zwal­czać po­kusę mó­wie­nia mu tego za każ­dym ra­zem, gdy wi­dział go ze śmie­cio­wym żar­ciem w dłoni. Lu­bił go za bar­dzo, żeby to było aż tak istotne. Spę­dzali ra­zem dużo czasu, zwłasz­cza po roz­wo­dzie Ko­to­wi­cza.

- Ja tam nie wiem. - Mach­nął ręką. - Stary chciał dwie, to mamy dwie. Za­wsze to dwa razy wię­cej ognia pod ręką.

- Nieee. - To­masz po­ki­wał pa­lu­chem Łu­ka­szowi przed no­sem. - Cho­dzi o to, że nie­któ­rzy nie po­tra­fią szybko wy­mie­niać ma­ga­zyn­ków.

- Kto nie po­trafi?

- Si­sior.

Łu­kasz spoj­rzał na niego z po­li­to­wa­niem.

- Mam ci przy­po­mnieć twoje po­czątki?

- No, da­waj! Ja za­wsze szybko zmie­niam ma­ga­zy­nek. Za­wsze by­łem szybki.

- Strzel­nica woj­skowa, We­soła, jeź­dzi­li­śmy tam jesz­cze jako po­li­cjanci. Pa­mię­tasz?

- Nie. - Na po­licz­kach po­ja­wił mu się szkar­łatny ru­mie­niec. - Ni­czego nie pa­mię­tam.

- Rok dwa ty­siące czwarty. Strze­la­nie z glau­be­rytu, dzie­więć mi­li­me­trów...

- A, z tego gówna. Tak, coś so­bie przy­po­mi­nam. Z tego się nie dało strze­lać. Za­ci­nał się.

- Ja­sne, za­ci­nał... Strze­la­nie w ru­chu. Trzeba było od­dać strzał do pierw­szego celu, zro­bić rundkę wo­kół wiatki i strze­lić do na­stęp­nego. Ob­ser­wo­wały nas ta­kie dwie pa­nie w mun­du­rach, jedna była ka­pra­lem, a druga sier­żan­tem.

To­mek nie spoj­rzał na Łu­ka­sza na­wet przez se­kundę, ale obaj wie­dzieli, o czym mowa.

- One obok miały strze­la­nie z kbk. Stały so­bie w heł­mach i pa­trzyły, jak To­masz Ko­to­wicz, zwany Ko­tem, bie­gnie ze swoim pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym i miota się z ma­ga­zyn­kiem, mi­ja­jąc wiatkę.

- Nie mio­ta­łem się.

- Oj, mio­ta­łeś, mio­ta­łeś. Długo nie mo­głeś tra­fić do celu nu­mer je­den, więc wy­strze­la­łeś cały ma­ga­zy­nek. Do dziś nie wiem, czy cel przy­pad­kiem sam nie opadł, bo mi­nął mu czas. I pró­bo­wa­łeś w biegu pod tą wiatką zmie­nić ma­ga­zy­nek - Łu­kasz za­czął chi­cho­tać. - A jak go wło­ży­łeś, to ci wy­padł. Nor­mal­nie rąb­nął o be­ton i za­dźwię­czał, aż miło.

Śmiał się dłuż­szą chwilę, mimo że wi­dział na­ra­sta­jącą iry­ta­cję ko­legi. Oparł się w końcu o za­głó­wek fo­tela i zer­k­nął na Tomka.

- To było nie­sa­mo­wite. Pa­nie re­cho­czą z tego pew­nie do dziś. One z tymi swo­imi ka­ła­chami, a ty ze swoim ma­łym glau­be­ry­ci­kiem.

To­mek od­wró­cił głowę w jego stronę. Minę miał groźną, ale w oczach po­ja­wiły się iskierki roz­ba­wie­nia. W pew­nej chwili wi­dać było, że i jemu chce się śmiać, więc szybko zwró­cił twarz do szyby.

- Wło­ży­łem go od­wrot­nie - wy­ce­dził przez zęby le­dwo sły­szal­nie.

- Że jak? - Łu­kasz nad­sta­wił ucho. - Co od­wrot­nie.

- Wło­ży­łem ten cho­lerny ma­ga­zy­nek od­wrot­nie.

- Co? Do góry no­gami?

- Nie! Ty­łem na przód.

- Ale jaja. - Łu­ka­sza od śmie­chu za­częła bo­leć prze­pona.

Po se­kun­dzie śmiali się oby­dwaj.

- To może i Si­sior się wy­robi? - Łu­kasz wy­tarł łzę z ką­cika oka.

- Może. - To­mek chrząk­nął, jakby za­że­no­wany. - Może kie­dyś bę­dzie rów­nie świetny co ja?

- Nie, to aku­rat nie­moż­liwe.

Łu­kasz prze­chy­lił się po­mię­dzy fo­te­lami i z tyl­nego sie­dze­nia wziął torbę z sa­łatką.

- Zro­bi­łem się głodny przez te twoje pączki.

- Mó­wi­łem, że ci ku­pię.

- Nie, Ju­stynka zro­biła mi sa­łatkę.

- Nie!

- Co "nie"? - Pod­niósł zdzi­wiony wzrok, roz­glą­da­jąc się wo­kół w po­szu­ki­wa­niu oznak ja­kie­goś ru­chu. Nic się jed­nak nie działo.

- Nie bę­dziesz mi tu jadł ja­kiejś sa­łatki!

- A czemu nie?

- Nie dość, że moja je­dyna żona, jaką mia­łem, jest wredną ję­dzą, a twoja jest ko­bietą ide­alną, to mu­sisz mnie jesz­cze do­bi­jać jej sa­łatką. "Zro­biła mi sa­łatkę" - prze­drzeź­niał go - "moja Ju­stynka".

Łu­kasz nie ode­zwał się, tylko bez od­ry­wa­nia wzroku od Tomka wy­cią­gnął po­woli ser­wetkę pa­pie­rową, którą po­ło­żył so­bie na ko­la­nach, zdjął po­krywkę pu­dełka i wbił wi­de­lec w jego za­war­tość. Na­brał sporą por­cję i wło­żył do ust, a na­stęp­nie za­czął prze­żu­wać i wy­da­wać dźwięki za­chwytu.

- Mm... re­we­la­cyjna!

- Świ­nia. - To­mek od­wró­cił się osten­ta­cyj­nie i oparł ręce na kie­row­nicy. - Mam na­dzieję, że za se­kundę po­jawi się Fran­kow­ski i nie na­żresz się tą swoją zie­loną masą z kur­cza­kiem.

- Z in­dy­kiem - po­pra­wił go, mó­wiąc z pełną bu­zią.

To­mek par­sk­nął zi­ry­to­wany. Nie­stety, w uchu nie usły­szał in­for­ma­cji o tym, żeby mieli ru­szać się z miej­sca. Za­pach świe­żych wa­rzyw, wę­dzo­nego mięsa i sosu draż­nił jego nos i spo­wo­do­wał bur­cze­nie w brzu­chu.

- Ho, ho! - Łu­kasz się ro­ze­śmiał. - Ktoś jest głodny.

- Nie je­stem. Ja­dłem pączka.

- No i na długo ci nie star­czył. Mó­wi­łem ci, że­byś nie jadł tego gów­nia­nego żar­cia. Za­py­cha cię na pięć mi­nut i za­raz je­steś głodny. Zjedz coś, co ma białko, bę­dziesz dłu­żej syty.

- Mą­drala, trala-la-la.

- Ja ci tylko do­brze ra­dzę i jak naj­le­piej ży­czę.

- A co się stało, że Ju­stynka zro­biła ci taką ucztę?

- Nic. Po­wie­dzia­łem, że może nam zejść dzi­siaj nieco dłu­żej, to mi zro­biła. Ma do­bre serce. A poza tym moja żona wcale nie jest ide­ałem... i wła­śnie dla­tego nim jest.

- No to się zde­cy­duj.

- Gdyby była ide­alna, to nie by­łaby ani cie­kawa, ani do ży­cia. Ma swoje wady, które cza­sem tylko do­dają jej uroku.

- Cie­kawe ja­kie. Od kiedy ją znam, ja­koś żad­nych nie za­uwa­ży­łem.

- Oj, To­maszku, nie prze­sa­dzaj. Kiedy po­zna­łem twoją Ewę, też nie mo­głem po­wie­dzieć o niej złego słowa. W za­sa­dzie da­lej nie mogę... je­śli mam być szczery.

To­mek po­pa­trzył na niego z gnie­wem.

- Zbiera ci się. To wredna zdzira, która, gdyby mo­gła, osku­ba­łaby mnie ze wszyst­kiego. Całe mał­żeń­stwo nisz­czyła mnie swoim kry­ty­kanc­twem. Każ­dego dnia sły­sza­łem, ja­kim je­stem nie­udacz­ni­kiem. Nie po­do­bało jej się, że je­stem "zwy­kłym" na­uczy­cie­lem hi­sto­rii w "zwy­kłej" szkole. To zo­sta­łem po­li­cjan­tem. Schu­dłem dwa­dzie­ścia kilo, żeby za­li­czyć ten cho­lerny eg­za­min. Kiedy wło­ży­łem mun­dur, dzień w dzień wy­po­mi­nała mi, że je­stem tylko kra­węż­ni­kiem, że na­wet nie po­tra­fię so­bie po­rząd­nego awansu za­ła­twić... Wszy­scy byli lepsi, za­wsze był ja­kiś wzór nie­do­ści­gniony, który sta­wiała mi za przy­kład.

- Ej, prze­cież cał­kiem szybko awan­so­wa­łeś.

- No, szybko... - mruk­nął ci­cho.

- Co? - Łu­kasz przyj­rzał mu się uważ­niej.

- Bo mi się po­do­bało by­cie kra­węż­ni­kiem. Uwiel­bia­łem dro­gówkę.

- Ni­gdy nie mó­wi­łeś. Trzeba było zo­stać, tam też można nie­złą ka­rierę zro­bić. No i mógł­byś jeź­dzić mo­to­rem albo mieć za part­nerkę ja­kąś ładną blon­dynkę, z którą wy­pi­sy­wał­byś man­daty przy Tra­sie Ła­zien­kow­skiej.

- Łu­kasz, nie wiesz, o czym mó­wisz. To ty mógł­byś zo­stać w dro­gówce, bo twoja Ju­styna pew­nie na­wet by­łaby z tego za­do­wo­lona. A na­wet gdyby nie była, to ni­czego by ci nie za­bro­niła, nie usły­szał­byś pół słowa sprze­ciwu.

- Pew­nie nie. - Mie­szał wi­del­cem w pra­wie już pu­stym po­jem­niku. - Ni­gdy wcze­śniej o tym w ten spo­sób nie po­my­śla­łem - po­wie­dział ci­cho.

- Oczy­wi­ście, że nie po­my­śla­łeś! - To­mek wzniósł ręce do góry. - Nor­malne mał­żeń­stwo jest jak tlen: do­póki trwa, nie za­sta­na­wiasz się nad nim. Jakby ci się coś spie­przyło, to... - za­milkł na­gle. - Wy­bacz, wcale nie chcę, żeby ci się spie­przyło.

- Spoko, na­wet by mi to do głowy nie przy­szło. No ale co z tą Ewą? Nie od­pu­ściła? Na­wet jak awan­so­wa­łeś?

- Nie. - Po­krę­cił głową i uśmiech­nął się zre­zy­gno­wany. - Do­piero jak tra­fi­łem do CBŚ i po­czu­łem, że te­raz to je­stem fa­cet z ja­jami, za­czą­łem ro­zu­mieć...

- Co ro­zu­mieć?

- Że jej się ni­gdy nic nie bę­dzie po­do­bało, że za­wsze bę­dzie nie­za­do­wo­lona. - Na­brał po­wie­trza, jakby przy­mie­rzał się do po­wie­dze­nia cze­goś waż­nego. - Po pierw­szej więk­szej ak­cji, pa­mię­tasz, tej z tym wiel­kim prze­my­tem na Ukra­inę, o któ­rej wszyst­kie me­dia się roz­pi­sy­wały, wró­ci­łem do domu. By­łem za­do­wo­lony i z ta­kim nie­ziem­skim po­czu­ciem speł­nie­nia. Wpa­dłem do miesz­ka­nia ze śpie­wem na ustach, cho­ciaż ze zmę­cze­nia sła­nia­łem się na no­gach. Wcho­dzę do kuchni, ona stoi przy ga­rach, coś pichci. Pod­cho­dzę do niej, taki cały ro­ze­śmiany, z ba­na­nem na gę­bie, chcę ją ob­jąć i przy­tu­lić, a ona do mnie z ła­pami i wali mnie z li­ścia w gębę. Roz­darła się na mnie, że mam spie­przać, bo śmier­dzę i pew­nie na du­pach by­łem. Ja jej na to, że nie, że wielka ak­cja, nar­ko­tyki, prze­stępcy... w su­mie na­wet nie po­wi­nie­nem był jej tego opo­wia­dać... A ona do mnie z ta­kim szy­der­czym uśmie­chem: "Ty? W ja­kiejś ak­cji? Ty byś na­wet gówna za sra­ją­cym psem nie zła­pał". Od­wró­ciła się do mnie ple­cami i da­lej mie­szała w tych ga­rach. A wie­czo­rem na­kryła do stołu, po­sta­wiła te swoje ku­li­narne do­ko­na­nia na tymże stole i za­wo­łała mnie, jakby ni­gdy nic, na ko­la­cję. Usia­dła i za­częła wpier­da­lać. Usia­dłem też i pa­trzę się na nią, jak­bym nie do­wie­rzał, że to się dzieje na­prawdę. Więc ona pyta, czemu nie jem. To na­ło­ży­łem so­bie na ta­lerz ten gu­lasz i te ziem­niaki i wy­sy­pa­łem jej to na głowę. Roz­darła ryja, że ją pa­rzy i że mnie na po­li­cję zgłosi, a ja jej na to, że pro­szę bar­dzo i po­da­łem jej na­wet te­le­fon.

- Za­dzwo­niła?

- Coś ty. Darła się jesz­cze chwilę, po­tem po­szła do ła­zienki, umyła się, prze­brała i za­dzwo­niła do ko­le­żanki opo­wie­dzieć, co jej zro­bi­łem. Była nor­mal­nie za­do­wo­lona, że może się po­ża­lić na mnie, że da­łem jej po­wód. Wy­sze­dłem z miesz­ka­nia, po­sze­dłem w mia­sto i ła­zi­łem do rana. Do­tarło do mnie, że to wszystko na nic, nie do­go­dzę jej, bo jej się nie da do­go­dzić. Po dwu­na­stu la­tach mał­żeń­stwa po­ją­łem, że wcale nie chcę tak żyć.

- Tro­chę ci ze­szło - skrzy­wił się Łu­kasz.

- No - ro­ze­śmiał się nie­spo­dzie­wa­nie. - Je­stem za­je­bi­ście szybki w ko­ja­rze­niu fak­tów.

- Ale dzięki temu je­steś z nami, je­steś fa­cet z ja­jami, co ła­pie ban­dy­tów, no­sisz dwie spluwy i wszy­scy mogą ci sko­czyć.

- Aha, ja­sne. I pła­cisz co mie­siąc zdzi­rze ali­menty, żeby cię nie na­cho­dziła i nie ro­biła awan­tur.

- No, tego to aku­rat nie ro­zu­miem.

- Za­pew­niam cię, wiele byś był w sta­nie za­pła­cić, żeby mieć choć tro­chę spo­koju.

Łu­kasz nic nie od­po­wie­dział. Za­sko­czyła go ta opo­wieść i przy­gnę­biła. Ni­gdy w ży­ciu nie po­wie­działby o Ewie Ko­to­wicz, że z niej taka ję­dza. Za­wsze była miła, uprzejma, a gdy kilka razy ro­bili z Ju­styną ja­kąś do­mówkę, pierw­sza przy­cho­dziła, przy­no­siła coś do je­dze­nia, po­ma­gała ob­słu­gi­wać go­ści i ostat­nia wy­cho­dziła, wy­no­sząc na­wet śmieci. Z tego zaś, co mó­wił To­mek, wy­ni­kało, że przez kil­ka­na­ście lat był po pro­stu ofiarą prze­mocy do­mo­wej - psy­chicz­nej i fi­zycz­nej.

- Co? Nic nie mó­wisz, bo mi nie wie­rzysz? - W to­nie głosu Tomka można było wy­czy­tać lekką de­spe­ra­cję.

- My­lisz się. Znamy się na tyle długo, że po­wi­nie­neś wie­dzieć, że za­wsze stoję po two­jej stro­nie.

Łu­kasz ro­zej­rzał się uważ­nie po ob­ser­wo­wa­nej oko­licy, wy­glą­da­jąc ja­kichś oznak po­ru­sze­nia, ale do­strzegł je­dy­nie, że ten od ga­zety przy kio­sku w końcu so­bie po­szedł, żeby nie bu­dzić po­dej­rzeń.

"Pew­nie za­stą­pił go ktoś uda­jący me­nela w bra­mie".

- Wie­rzę ci. - Spoj­rzał w oczy Tom­kowi. - I prze­ra­ziło mnie to, co po­wie­dzia­łeś.

- Po­wie­dzia­łem ci to, że­byś do­ce­nił to, co masz.

- Nie. - Łu­kasz po­krę­cił głową. - Po­wie­dzia­łeś, bo nie można żyć z taką ta­jem­nicą. Po­wi­nie­neś do­stać baty za to, że mó­wisz mi o tym do­piero te­raz, ale my­ślę, że wy­star­cza­jąco je­steś już spo­nie­wie­rany, że­bym miał się nad tobą znę­cać.

Łu­kasz za­my­ślił się na chwilę i po­tarł brwi czub­kami pal­ców.

- Może uznasz, że zwa­rio­wa­łem, ale uwa­żam, że nie po­wi­nie­neś jej pła­cić.

- Co? Nie żar­tuj! To nie przej­dzie - To­mek ener­gicz­nie po­krę­cił głową.

- Po­wi­nie­neś mieć te pie­nią­dze dla sie­bie i jeź­dzić za nie do cie­płych kra­jów na wy­cieczki. Za to, co tu­taj ro­bisz... Ona ma wa­sze miesz­ka­nie, to i tak za wiele...

Przez dłuż­szą chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. Łu­ka­szowi nie da­wało spo­koju to, że przez tyle lat zna­jo­mo­ści ni­czego nie za­uwa­żył. To­mek był z tym sam, nie da­jąc po­wo­dów do na­wet cie­nia po­dej­rzeń, że tak bar­dzo cierpi. Przy­po­mniały mu się hi­sto­rie mal­tre­to­wa­nych ko­biet, jesz­cze z cza­sów, kiedy byli po­li­cjan­tami. One nie zgła­szały tych prze­stępstw, bo czę­sto czuły się winne temu, że ktoś się nad nimi znęca. Je­den z psy­cho­lo­gów pra­cu­jący dla Nie­bie­skiej Li­nii tłu­ma­czył im pod­czas ja­kie­goś szko­le­nia, że taki wpo­jono im mo­del ro­dziny, że to po­kło­sie pa­triar­chatu. Ale To­mek...

"Zresztą, kto by mu uwie­rzył?! U nas? Nikt. Bałby się, pew­nie słusz­nie, że będą z niego drwić, więc... on drwił z ko­goś jesz­cze słab­szego".

Po­my­ślał o tym de­ner­wu­ją­cym tek­ście Ju­styny na te­mat po­czu­cia wła­snej war­to­ści.

"Moja żona ma chyba wię­cej ro­zumu niż po­dej­rze­wa­łem".

- Py­ta­łeś o wady Ju­styny... - za­czął po chwili.

- Nie py­ta­łem, tylko po­wąt­pie­wa­łem w ich ist­nie­nie. To róż­nica.

- Jedną z jej wad jest nad­mierna emo­cjo­nal­ność - cią­gnął, nie zwa­ża­jąc na ko­men­tarz ko­legi. - Wszystko bar­dzo prze­żywa, choćby na­wet sta­rała się za­cho­wać spo­kój.

- To nie jest wada.

- No, może nie. - Łu­kasz uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie, jak po­pła­ki­wała po­przed­niego dnia w sa­mo­cho­dzie, kiedy wra­cali do domu. - Tyle że ta jej... ce­cha po­wo­duje różne kom­pli­ka­cje.

- Na przy­kład?

- Ju­styna ode­szła z pracy.

- O! - To­mek się oży­wił. - Wy­rwała się kor­po­ra­cyj­nym wam­pi­rom?

- W su­mie nie... jej szef wy­słał ją na bez­płatny urlop. Nie wia­domo na ra­zie, co bę­dzie da­lej. Cho­dzi o to, że coś ją mocno zde­ner­wo­wało, co stało się przy­czyną tej na­głej de­cy­zji, i na pewno za ja­kiś czas okaże się, że to bła­hostka.

- Ale nie wiesz, co to było? - To­mek zmarsz­czył czoło.

- Nie. To­mek, ja ją znam. Gdyby coś było na rze­czy, nie zgo­dzi­łaby się na ten urlop. Po pierw­sze, ode­szłaby na­prawdę, a po dru­gie, po­wie­dzia­łaby mi, o co cho­dzi. Coś prze­żywa, dusi to w so­bie, wy­ol­brzy­mia... Trzeba to prze­cze­kać i żyć da­lej.

- Mó­wisz mi o tym, bo...

- Bo... za­nim usły­sza­łem twoją opo­wieść, chcia­łem ci po­ka­zać, że pew­nymi wa­dami u swo­ich ko­biet nie ma się co przej­mo­wać... - po­pa­trzył na Tomka ze smut­kiem - a nie­któ­rymi trzeba przej­mo­wać się bar­dzo.

- My­ślę, że po­wi­nie­neś się do­wie­dzieć, co w pracy zde­ner­wo­wało Ju­stynę - po­wie­dział To­mek zde­cy­do­wa­nym to­nem, jakby nie sły­szał ostat­niej wy­po­wie­dzi ko­legi.

- Czemu tak są­dzisz?

- Bo to może nie być ob­jaw hi­ste­rii, tylko ja­kaś po­ważna sprawa.

- Masz coś kon­kret­nego na my­śli?

- Mam: mob­bing albo mo­le­sto­wa­nie.

- Co... co ty...

- Jesz­cze na po­przed­nim sta­no­wi­sku mia­łem kilka spraw, w któ­rych tak wła­śnie wy­glą­dał po­czą­tek cze­goś po­waż­niej­szego: żona albo mąż za­czyna za­cho­wy­wać się nie­po­ko­jąco, mał­żo­nek i ro­dzina igno­rują symp­tomy, po­tem pro­blemy na­ra­stają, ro­dzina da­lej nic... a po fak­cie wszy­scy mó­wią, że ni­czego nie za­uwa­żyli.

- Ale o ja­kie kon­kret­nie "pro­blemy" ci cho­dzi?

- No wła­śnie mo­le­sto­wa­nie w pracy, znę­ca­nie się nad pra­cow­ni­kiem. Czło­nek ro­dziny czuje się co­raz bar­dziej osa­czony, za­szczuty, nikt mu nie wie­rzy albo boi się po­wie­dzieć... nie chce odejść, bo czuje się od­po­wie­dzialny za stan fi­nan­sowy naj­bliż­szych, albo my­śli, że ja­koś wy­trzyma... i struna pęka.

W gło­wie Łu­ka­sza rósł wielki ba­lon wy­peł­niony kosz­mar­nymi my­ślami.

"Od po­czątku nie lu­biła tej pracy, źle zno­siła cho­dze­nie do niej. Uni­kała wy­jaz­dów in­te­gra­cyj­nych, z ni­kim się nie ko­le­go­wała..."

- O ja­kiej stru­nie mó­wisz? - za­py­tał ci­cho.

To­mek wes­tchnął ciężko.

- Róż­nie... głów­nie sa­mo­bój­stwa i ucieczki z domu, po­łą­czone z ja­kimś za­ła­ma­niem ner­wo­wym. Kie­dyś jedna ko­bieta zo­stała po pro­stu za­szty­le­to­wana przez go­ścia, który na­cho­dził ją w pracy, ale nikt nie brał po­waż­nie tego, że się go boi. Po­tem się oka­zało, że był już no­to­wany za na­pa­ści i le­czony w psy­chia­tryku. A mąż się za­pie­rał, że nic nie wie­dział, że na­wet był za­zdro­sny o ja­kiś uro­jony ro­mans... Ech, szkoda ga­dać. - Mach­nął ręką. - Na­prawdę, sprawdź to.

- Skoro tak mó­wisz... Za­py­tam... to zna­czy będę py­tał, do­póki nie po­wie, bo pew­nie bę­dzie chciała mnie zbyć. W za­sa­dzie to już mnie zbyła... - Po­krę­cił głową, jakby nie do­wie­rzał, że to mówi.

Na­gle aresz­to­wa­nie Fran­kow­skiego prze­stało mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Ję­zy­czek u wagi, na któ­rej sza­lach kła­dzie się różne sprawy ze swo­jego ży­cia, zna­lazł się po stro­nie tej szali, na któ­rej le­żały jego mał­żeń­stwo i przy­jaźń. Po­my­ślał, że gdyby to stra­cił, całe jego ży­cie le­głoby w gru­zach i żadna, na­wet naj­więk­sza na świe­cie ak­cja ła­pa­nia gang­ste­rów i prze­myt­ni­ków nie mia­łaby zna­cze­nia.

- Coś mi dziś rano mó­wiła... - po­wie­dział to ra­czej do sie­bie.

- Co?

- Wspo­mi­nała przy śnia­da­niu, że bar­dzo ją zde­ner­wo­wało po­zo­sta­wie­nie na noc otwar­tych drzwi. Była na­prawdę zła.

- Da­lej zo­sta­wiasz... Meyer, gdzie ty masz głowę! - To­mek po­krę­cił głową z dez­apro­batą. - Co ci kon­kret­nie po­wie­działa?

- Że­bym tego nie ro­bił... ale w su­mie to nie słu­cha­łem.

To­mek nic nie od­po­wie­dział, po­ki­wał tylko głową.

Roz­dział 4

Umó­wili się o osiem­na­stej w Zło­tych Ta­ra­sach. Łu­kasz za­pro­po­no­wał kino, a po­tem ja­kiś spa­cer, może na­wet do sa­mego domu. Zo­ba­czył Ju­stynę, jak wol­nym kro­kiem spa­ce­ro­wała so­bie po dru­gim po­zio­mie, nie pa­trząc na­wet na wi­tryny skle­powe. Na jej twa­rzy za­go­ścił sze­roki uśmiech, kiedy go zo­ba­czyła.

- Cześć! Wszystko się udało? - Ob­jęła go rę­kami w pa­sie.

- Udało się.

- Ale nie ska­czesz ze szczę­ścia.

- No, nie ska­czę. Jak go zła­pa­li­śmy, oka­zało się, że bar­dziej cie­szy mnie myśl o obej­rze­niu z tobą filmu w ten piąt­kowy wie­czór.

- Więk­sza ad­re­na­lina? - Ro­ze­śmiała się.

- No wła­śnie, nie wia­domo, co się może wy­da­rzyć. Ku­pu­jemy po­pcorn?

- Rany, to już cał­kiem ma­in­stre­amowi bę­dziemy. Wiel­kie cen­trum han­dlowe, mul­ti­pleks i jesz­cze duży po­pcorn z ogromną colą. - Spoj­rzała na niego, krę­cąc głową. - Oczy­wi­ście, że ku­pu­jemy po­pcorn!

Pro­jek­cja ich filmu od­by­wała się w naj­więk­szej sali, po­nie­waż była to pre­miera. Wy­brali film ani­mo­wany, bo ani na ko­me­dię ro­man­tyczną, ani na strze­la­niny i po­ścigi nie mieli chęci.

- Ro­man­tycz­nie bę­dzie po po­wro­cie do domu - ar­gu­men­to­wał Łu­kasz - a strze­la­niny i po­ścigi...

- Tak, mo­głyby od­bie­gać nieco od rze­czy­wi­sto­ści.

- A może hor­ror?

- O, nie! - za­pro­te­sto­wała gwał­tow­nie.

- Czemu?

- Ju­tro idziemy do ga­le­rii.

- A, ra­cja - ro­ze­śmiał się.

Przed wej­ściem na salę wpa­dli na Mirka z żoną i ich dwiema młod­szymi cór­kami.

- Co za spo­tka­nie! - Ucie­szyła się Kry­styna Lu­bicka. - Ju­stynko, czy wy też do­piesz­cza­cie wa­sze we­wnętrzne dziecko?

- Tak, zde­cy­do­wa­nie. Łu­kasz, to jest mój ko­lega z B.S.K., Mi­rek. A to Kry­sia, jego żona.

- Miło mi, nie mie­li­śmy jesz­cze oka­zji. - Łu­kasz uści­snął im dło­nie. - Łu­kasz Meyer.

- Nam rów­nież. - Mi­rek uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie. - To na­sze młod­sze po­cie­chy: Zo­fia i He­lena. Przy­wi­taj­cie się.

Pa­nienki Lu­bic­kie wy­raź­nie nie miały na to ochoty. Burk­nęły coś pod no­sami i od­wró­ciły twa­rze w inną stronę.

- Nie je­ste­śmy godni wa­szej uwagi? - Łu­ka­sza za­wsze draż­niły ta­kie za­cho­wa­nia i ni­gdy nie po­tra­fił po­wstrzy­mać się od od­po­wied­niego ko­men­ta­rza. Ju­styna bała się, że Mi­rek może źle do ode­brać, ale nie­po­trzeb­nie.

- Mają mu­chy w no­sie - zi­ry­to­wał się Lu­bicki. - Chciały iść na hor­ror. Dzie­wię­cio­latka z dwu­na­sto­latką na hor­ro­rze o ob­dzie­ra­niu ze skóry i ob­ci­na­niu głów piłą me­cha­niczną. Nor­mal­nie po­winny do­stać la­nie i wró­cić do domu.

- Tak, ale stwier­dzi­li­śmy, że w ten spo­sób uka­rzemy też sie­bie - ro­ze­śmiała się Kry­styna.

- Więc za­bra­li­ście je na bajkę? - Łu­kasz uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją.

- No, niech się "po­mę­czą" tro­chę.

Łu­kasz żar­to­wał so­bie z Lu­bic­kimi w naj­lep­sze, jakby znali się już z dzie­sięć lat. Ju­styna nie śmiała się ra­zem z nimi, bo ką­tem oka do­strze­gła syl­wetkę przy­po­mi­na­jącą Jóź­wiń­skiego. Skóra ścier­pła jej na ca­łym ciele. Moc­niej ści­snęła dłoń Łu­ka­sza i za­częła się ner­wowo roz­glą­dać. Wo­kół kłę­bił się spory tłum. Lu­dzie nie stali w miej­scu, więc tym trud­niej było sku­pić uwagę na kimś kon­kret­nie. W pew­nym mo­men­cie zo­ba­czyła ja­kie­goś fa­ceta w ciem­nym gar­ni­tu­rze, wzro­stem i ko­lo­rem wło­sów przy­po­mi­na­ją­cego jej na­tręta, ale kiedy od­wró­cił się tak, że do­strze­gła jego twarz, stwier­dziła, że na­wet nie jest po­dobny.

"Mam ob­se­sję".

- Je­steś po­li­cjan­tem, prawda? - Do jej uszu do­bie­gło py­ta­nie Mirka.

"Pa­no­wie już są po imie­niu".

- Tak, je­stem gliną - od­po­wie­dział bez za­jąk­nie­nia Łu­kasz. Mało kto wie­dział, że pra­cuje w CBŚ. Na­wet ro­dzina do końca nie zda­wała so­bie z tego sprawy.

- Faj­nie - ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie star­sza la­to­rośl Lu­bicka.

- Mó­wisz? - Łu­kasz spoj­rzał na nią ze śmie­chem.

Mi­rek z Łu­ka­szem tak so­bie przy­pa­dli do gu­stu, że po se­an­sie po­sta­no­wili nie koń­czyć tego wie­czora, tylko pójść do ja­kiejś knajpy na pizzę. Dziew­czynki były za­chwy­cone. Lu­bicka nie opo­no­wała, mimo że było już dość późno.

- Jest pią­tek wie­czór, sama chęt­nie gdzieś coś zjem - mó­wiła do Ju­styny, kiedy zjeż­dżali scho­dami ru­cho­mymi.

Pod­je­chali wszy­scy ra­zem sa­mo­cho­dem Lu­bic­kich na Pu­ław­ską i zna­leźli tam ja­kąś przy­tulną re­stau­ra­cję. Kry­sia za­ofe­ro­wała się po­pro­wa­dzić z po­wro­tem, więc pa­no­wie wzięli so­bie po pi­wie. Łu­kasz zdą­żył już za­po­mnieć o swoim pla­nie roz­mowy z Ju­styną, Ju­styna zaś nie­mal prze­stała my­śleć o Jóź­wiń­skim.

- Wu­jek, wu­jek. - Młod­sza Lu­bicka cią­gnęła Łu­ka­sza za rę­kaw. - A strze­la­łeś z pi­sto­letu?

- Strze­la­łem.

- Jej! - Oczy sióstr zro­biły się wiel­kie jak młyń­skie koła.

- Je­steś te­raz ich bo­ha­te­rem - śmiał się Mi­rek.

- No, pew­nie nie za­sną dziś z wra­że­nia. - Kry­styna po­ki­wała głową.

Ju­sty­nie zro­biło się na­gle bar­dzo smutno. Sta­rała się ukryć przy­kry na­strój pod uśmie­chem, ale czuła, jak ja­kiś wielki cię­żar na­ci­ska na jej serce. Przy­po­mniała so­bie o pla­no­wa­nej na rano wi­zy­cie u dok­tor An­drze­jew­skiej i o tym, co może usły­szeć. O tym, co sły­szy wciąż od po­nad dwóch lat...

Wy­szli z piz­ze­rii o wpół do dru­giej. Za­mó­wili z Łu­ka­szem tak­sówkę, nie chcieli, żeby Lu­biccy nad­kła­dali drogi, by ich od­wieźć. Kiedy się że­gnali, wszy­scy bar­dzo wy­lew­nie, Mi­rek pod­szedł do Ju­styny i za­py­tał ci­cho:

- Jak twoje sprawy? Mó­wi­łaś mu?

Po­krę­ciła głową.

- Nie. Był bar­dzo za­jęty. Ale... zbie­ram się. Poza tym wra­cam do pracy.

- Coś ty? - Mi­rek nie krył za­sko­cze­nia.

- Tak, dzwo­nił Sło­twiń­ski. Za­pro­po­no­wał zmianę umowy, będę pra­co­wać z domu... przy­naj­mniej na ra­zie.

- A to szczę­ściara. - Uśmiech­nął się cał­kiem szcze­rze. - Może ja też pójdę i po­wiem, że od­cho­dzę... - Zer­k­nął w stronę có­rek uwie­szo­nych wła­śnie na ra­mio­nach Łu­ka­sza. - Albo nie. Ta zgraja by mnie roz­nio­sła, i tak nic bym nie zro­bił. No to się cie­szę z ta­kiego ob­rotu spraw - wes­tchnął z ulgą. - Je­dziemy, bo pa­dam ze zmę­cze­nia. Aha, kiedy się wi­dzimy?

- Będę w po­nie­dzia­łek na pod­pi­sa­niu no­wej umowy.

- Świet­nie. To do po­nie­działku.

- Do po­nie­działku.

W tak­sówce oparła głowę na ra­mie­niu Łu­ka­sza i wsu­nęła mu swoją dłoń w jego.

- Masz zimne łapki. - Uśmiech­nął się. - Jak zwy­kle. Znak, że serce go­rące.

- Mhm...

- Mia­łaś udany wie­czór?

- Bar­dzo. A ty?

- Było su­per. W do­datku udało mi się wci­snąć Kry­sty­nie za­pro­sze­nia na ju­trzej­szy wer­ni­saż.

Ju­styna pod­nio­sła gwał­tow­nie głowę.

- Co? Łu­kasz, twoja przy­jaźń z Lu­bic­kimi wła­śnie do­bie­gła końca.

- Nie bę­dzie tak źle. Poza tym ju­tro mo­żemy to po­wtó­rzyć, tyle że bez dzie­cia­ków. Pój­dziemy na ja­kieś po­rządne party z wódą i tań­cami.

- O, wy... - Po­gro­ziła mu pal­cem. - To spi­sek. Na­prawdę przy­pa­dli­ście so­bie do gu­stu.

- Masz coś prze­ciwko temu?

- Nie, coś ty. Mi­rek jest naj­faj­niej­szym ko­legą z BSK. W za­sa­dzie to je­dyny nor­malny ko­leś w tej fir­mie. We­dług mnie oczy­wi­ście...

Roz­dział 5

Wstali po ósmej, więc nie było na­wet czasu na zje­dze­nie śnia­da­nia. Na szczę­ście była so­bota i prze­jazd na Stary Żo­li­borz nie za­jął im dużo czasu. Pie­lę­gniarka po­in­for­mo­wała ich, że pani dok­tor przyj­muje i ma w ga­bi­ne­cie pa­cjentkę. Usie­dli w fo­te­lach na ko­ry­ta­rzu i cze­kali w mil­cze­niu.

Dok­tor An­drze­jew­ska była pro­fe­so­rem, ale nie lu­biła, gdy się ją tak ty­tu­ło­wało. Na co dzień pra­co­wała u świę­tej Zo­fii przy Że­la­znej i w szpi­talu MSWiA. Była gi­ne­ko­lo­giem-po­łoż­ni­kiem, spe­cja­li­zo­wała się także w on­ko­lo­gii. Nie le­czyła bez­płod­no­ści, jed­nak szef Łu­ka­sza po­le­cał ją jako "ludz­kiego" le­ka­rza i na­ma­wiał do sta­ra­nia się o to, by to ona pro­wa­dziła ciążę Ju­styny. Mógł sporo po­wie­dzieć na ten te­mat, bo jego żona prze­szła praw­dziwe pie­kło z in­nymi spe­cja­li­stami, za­nim do niej tra­fiła. Na Żo­li­bo­rzu przyj­mo­wała pry­wat­nie. Wy­go­spo­da­ro­wała na ten cel część par­teru w domu po swo­ich ro­dzi­cach. W po­zo­sta­łej czę­ści miesz­kał jej brat z ro­dziną.

Z ga­bi­netu wy­szła młoda ko­bieta w za­awan­so­wa­nej ciąży, a za nią po­ja­wiła się drobna po­stać dok­tor An­drze­jew­skiej.

- Ju­stynka. - Uśmiech­nęła się na ich wi­dok. - Za­pra­szam.

Kiedy tylko usie­dli przy biurku, Ju­sty­nie wy­star­czył je­den rzut oka na twarz le­karki, żeby wie­dzieć, co za­raz usły­szy.

- Ju­stynko - zwra­cała się do niej po imie­niu, choć Ju­styna na­wet nie pa­mię­tała, od kiedy tak ro­biła. - Zro­bi­li­śmy wszyst­kie ba­da­nia od nowa, prawda?

Ju­styna kiw­nęła głową.

- Ni­czego nie prze­oczy­li­śmy. I po­now­nie nie zna­leź­li­śmy nic, co by su­ge­ro­wało, że nie mo­żesz zajść w ciążę. Bu­dowa przy­dat­ków, re­gu­larne cy­kle, nie­zro­śnięte ja­jo­wody, brak choćby cie­nia oznak en­do­me­triozy czy ja­kie­goś no­wo­tworu ... sło­wem nic.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa ci­cho. Łu­kasz spoj­rzał na nią ze smut­kiem i wziął ją za rękę.

Twarz An­drze­jew­skiej cała po­kryta była zmarszcz­kami, ale miała cie­pły, ła­godny wy­raz. W jej błę­kit­nych oczach można było za­uwa­żyć tro­skę i zro­zu­mie­nie.

- Twój mąż też jest zdrowy. Nie można więc was "le­czyć", bo nie ma z czego. Je­ste­śmy bez­radni, choć... w su­mie po­win­ni­śmy się cie­szyć, że nie je­ste­ście na nic cho­rzy. Mo­gła­bym pró­bo­wać was uma­wiać do ko­legi, który zaj­muje się bez­płod­no­ścią, ale nie wi­dzę do tego żad­nych wska­zań. Fa­sze­ro­wa­nie cię hor­mo­nami by­łoby zbędne.

- To dla­czego... - Głos Ju­styny się za­ła­mał.

- Nie wiem. Na­prawdę. Po­dej­rze­wam... - za­wa­hała się - po­dej­rze­wam ja­kąś blo­kadę na­tury psy­chicz­nej.

- Ale ja chcę!

- Wiem - przy­tak­nęła le­karka. - Ale być może twój or­ga­nizm się na to z ja­kie­goś po­wodu nie zga­dza, może za­blo­ko­wa­łaś go w ja­kiś spo­sób.

- W jaki spo­sób można "za­blo­ko­wać" or­ga­nizm? - Łu­kasz po­trzą­snął głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Cza­sami pewne wy­da­rze­nia albo sy­tu­acje ro­dzinne czy fi­nan­sowe po­wo­dują silne na­pię­cie we­wnętrzne i do­póki nie zo­staną roz­wią­zane czy roz­ła­do­wane, ciało nie po­dej­mie się tak wiel­kiego wy­siłku, ja­kim jest uro­dze­nie dziecka. Mia­łam pa­cjentkę, która za­szła w ciążę dzie­sięć lat po ślu­bie, do­kład­nie w mo­men­cie, w któ­rym w końcu ona i mąż wy­pro­wa­dzili się od te­ściów i za­miesz­kali na swoim. Jak po­tem wy­znała, to myśl o tym, że te­ściowa mia­łaby być bli­sko dziecka, kom­plet­nie ją pa­ra­li­żo­wała. Za­pro­gra­mo­wana była w ten spo­sób, że prze­by­wa­nie obok pew­nych lu­dzi sta­nowi re­alne za­gro­że­nie. Być może i ty ży­jesz w ja­kimś nie­uświa­do­mio­nym za­gro­że­niu...

Łu­kasz przy­gryzł dolną wargę i od­wró­cił wzrok w stronę okna, co nie uszło uwa­dze le­karki, jed­nak tego nie sko­men­to­wała.

- ...i je­śli ono znik­nie, wszystko bę­dzie jak trzeba. Po­my­śl­cie o tym. Może coś na­leży zmie­nić w wa­szym try­bie ży­cia albo w oto­cze­niu?

Ju­styna z Łu­ka­szem nie od­po­wie­dzieli na tę su­ge­stię. An­drze­jew­ska wy­czuła na­pię­cie, ja­kie spo­wo­do­wała jej wy­po­wiedź, ale uznała, że ta para sama po­winna so­bie z nim po­ra­dzić.

- Mu­szę wam po­wie­dzieć jesz­cze jedno. Ko­chani, cza­sami jest tak, że ciąża się nie po­ja­wia. Po pro­stu. Są pary, które nie mają dzieci i nikt nie umie od­po­wie­dzieć dla­czego. Ale żyją da­lej i są dla sie­bie opar­ciem. Ju­stynko, wi­dzia­łam setki ko­biet z twoim pro­ble­mem, a jesz­cze wię­cej ta­kich, które są po pro­stu bez­płodne. I naj­gor­szy nie był fakt, że nie są mat­kami, ale brak wspar­cia ze strony mę­żów. Czuły się winne, choć nie po­winny. A po­tem, gdy na­wet ja­kimś cu­dem dziecko się ro­dziło, i tak nie były szczę­śliwe, bo oka­zy­wało się, że to nie brak moż­li­wo­ści zaj­ścia w ciążę był naj­więk­szym pro­ble­mem w ich związku... Ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi?

- Bar­dzo do­brze, pani dok­tor. - Po jej po­liczku spły­nęła łza.

- Pój­dziemy już. - Łu­kasz czuł, że jesz­cze chwila i Ju­styna cał­ko­wi­cie się roz­klei. Był zły, że przy­szli na tę wi­zytę. W ogóle był wście­kły, że cią­gle z upo­rem daje się żo­nie na­ma­wiać na tę walkę.

- Dzię­kuję, pani dok­tor. - Ju­styna po­woli za­częła się pod­no­sić.

- Tak, dzię­ku­jemy. Pój­dziemy za­pła­cić.

- Nie, pa­nie Łu­ka­szu, pro­szę nie pła­cić. - Le­karka się uśmiech­nęła, ale z ja­kimś smut­kiem w oczach. - Trudno to na­wet na­zwać wi­zytą, na­wet nie ba­da­łam Ju­stynki.

Kiw­nął głową, ale nic już nie po­wie­dział. Kiedy wy­szli, pod­szedł do sto­lika, przy któ­rym sie­działa pie­lę­gniarka, i wy­cią­gnął z port­fela sto zło­tych.

Wy­szli z willi na ulicę i przez chwilę nic nie mó­wili. Sa­mo­chód mu­sieli zo­sta­wić dość da­leko, więc cze­kał ich krótki spa­cer. Ju­styna miała spusz­czoną głowę i do­piero po chwili Łu­kasz zo­rien­to­wał się, że żona pła­cze. Za­trzy­mał się i ob­ró­cił ją w twa­rzą do sie­bie.

- Ju­stynko, daj spo­kój... - Ob­jął ją i mocno przy­tu­lił.

- Nie ro­zu­miem... - po­wie­działa ci­cho do jego ucha. - Dla­czego?

- Bez po­wodu, po pro­stu. Cza­sami tak jest, sama sły­sza­łaś...

Wy­su­nęła się z jego ob­jęć i po­krę­ciła głową.

- Nieee, za­wsze jest po­wód. - Spoj­rzała na niego mo­krymi oczami. - A nie my­śla­łeś, że to ja­kaś kara?

- Kara? Za co niby?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Za to, że tak bez­kar­nie so­bie ży­jemy... szczę­śliwi. Że nie bo­ry­kamy się z kło­po­tami, mamy co jeść, dach nad głową...

- Co ty opo­wia­dasz?

- No tak. Albo po pro­stu nie na­daję się na to, żeby być matką, bo mo­gła­bym zro­bić temu dziecku coś złego...

- Albo że ja był­bym złym oj­cem. Mo­żesz ro­zu­mo­wać i tak. Ju­styna, to są ja­kieś nie­po­ważne roz­wa­ża­nia. Po­patrz na mnie. - Pod­niósł jej twarz, trzy­ma­jąc za pod­bró­dek. - Czy to­bie na­prawdę aż tak po­trzebne jest to dziecko? Czy ja ci nie wy­star­czę za dzie­się­cioro dzieci?

Roz­pła­kała się na do­bre. Spoj­rzała na Łu­ka­sza, jakby za­raz miała się z nim roz­stać na długo, i za­rzu­ciła mu ręce na szyję.

- Wy­star­czysz mi! - szlo­chała już cał­kiem gło­śno. - Za całą setkę dzieci. Za setkę chłop­ców i setkę dziew­czy­nek. Nie za­mie­ni­ła­bym cię na mi­lion ja­kichś głu­pich ba­cho­rów.

Roz­dział 6

Dzień spę­dzili w domu. Łu­kasz po­ło­żył się na drzemkę, Ju­styna chciała do­koń­czyć ana­lizę dla Sło­twiń­skiego, którą za­częła pi­sać dzień wcze­śniej. Po­nadto, zgod­nie z jego su­ge­stią, za­brała się do gro­ma­dze­nia in­for­ma­cji na te­mat za­kła­da­nia wła­snej dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej. Kiedy Łu­kasz wstał, ślę­czała w kuchni przy stole nad li­stą ro­dza­jów dzia­łal­no­ści, szu­ka­jąc od­po­wied­niego pro­filu dla swo­jej ewen­tu­al­nej firmy.

- Wy­spa­łeś się?

- Na­wet - sap­nął ciężko i po­ma­so­wał się po brzu­chu. - Nie przy­szłaś się po­ło­żyć.

- Je­stem tro­chę za­jęta.

- Tak? - Usiadł przy stole i po­tarł dłońmi za­spane oczy. Na po­liczku miał od­ci­śnięty ślad po po­duszce. - Czym?

- Ro­bi­łam dla Sło­twiń­skiego ana­lizę rynku dia­men­tów.

- Dla Sło­twiń­skiego?

- Tak, pro­sił mnie o to przed­wczo­raj.

- A za­płaci ci za to? Skoro je­steś na bez­płat­nym...

- Za­płaci. - Uśmiech­nęła się. - Nie odejdę z firmy. Będę pra­co­wać dla BSK w domu.

- Żar­tu­jesz?! - Łu­kasz na­gle zu­peł­nie się roz­bu­dził. - Kiedy... kiedy to usta­li­li­ście.

- Przed­wczo­raj. Dzwo­nił do mnie i zło­żył mi taką pro­po­zy­cję.

- Czemu nic nie mó­wi­łaś?

- Bo by­łeś za­jęty i za­ab­sor­bo­wany pracą... - Zer­k­nęła na niego znad lap­topa. - Uzna­łam, że nie jest to aż tak istotne.

- To jest istotne! - Chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale ja­kaś myśl mu w tym prze­szko­dziła.

"A po fak­cie wszy­scy mó­wią, że ni­czego nie za­uwa­żyli" - przy­po­mniała mu się opo­wieść Tomka. Po­tarł pal­cami brwi.

- Ju­stynko, chcę, że­byś mi mó­wiła o so­bie wszystko.

- Je­steś ja­kiś dziwny... Łu­kasz, prze­cież ci mó­wię...

- Nie. - Spoj­rzał na nią z po­ważną miną. - Nie po­wie­dzia­łaś mi na przy­kład, dla­czego chcia­łaś odejść z pracy.

Przez dłuż­szą chwilę Ju­styna nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Za­sko­czył ją, a poza tym wy­czuła w jego gło­sie pre­ten­sję, ja­kiej ni­gdy nie sły­szała.

- Nie chcia­łam tam już dłu­żej prze­by­wać - mó­wiła wolno i ci­cho.

- Ale dla­czego? Ro­zu­miem, że jej nie lu­bi­łaś, ale wi­docz­nie nie na tyle, żeby nie przy­jąć oferty Sło­twiń­skiego. Wy­raź­nie wi­dzę te­raz, że cho­dziło o to, by nie prze­by­wać biu­rze.

Spu­ściła wzrok i mil­czała.

- Ko­cha­nie, mu­szę wie­dzieć ta­kie rze­czy. - Wstał i prze­siadł się na krze­sło bli­żej niej. - Moja praca nie jest dla mnie wszyst­kim, ty je­steś. - Wziął jej dłoń w swoją i przy­ci­snął do ust. - Czy wy­da­rzyło się coś złego, co spo­wo­do­wało, że chcia­łaś odejść?

- Tak.

Łu­kasz po­czuł, jak za­lewa go fala go­rąca od czubka głowy po czubki stóp. Miał ochotę krzyk­nąć na Ju­stynę, a po­tem zro­bić krzywdę so­bie za swoją głu­potę. Uspo­koił się jed­nak, bo wie­dział, że to nie ma sensu, może tylko coś po­psuć.

- Co się stało?

- To ir­ra­cjo­nalne... - za­częła i znowu za­mil­kła.

- Nie jest ir­ra­cjo­nalne, skoro zmu­siło cię do ta­kiej de­cy­zji. Mu­szę to wie­dzieć.

- Do biura... do na­szego biura przy­szedł któ­re­goś razu ja­kiś fa­cet. Nie było mnie, roz­ma­wiał z nim Mi­rek. Był u szefa w ja­kiejś spra­wie, ale kiedy prze­cho­dził obok mo­jego biurka, po­dobno py­tał o mnie. Przed­sta­wiał się jako mój ko­lega z li­ceum.

- Po­dał na­zwi­sko?

- Tak. Lu­bicki za­pi­sał: Ma­riusz Jóź­wiń­ski.

- Zna­łaś ko­goś ta­kiego?

- Tak. Ale od razu mi nie pa­so­wał do osoby, o któ­rej mó­wił Mi­rek.

- Dla­czego?

- Bo Ma­riusz był kla­so­wym przy­głu­pem z pa­to­lo­gicz­nej ro­dziny, który nie zro­bił ma­tury, a ten to ja­kiś in­we­stor w gar­niaku i pod kra­wa­tem. Pa­so­wał do opisu z wy­glądu, ale... - po­krę­ciła głową.

- I co da­lej? Znowu po­ja­wił się w biu­rze, tak?

- Po­ja­wił - wes­tchnęła. - Wy­glą­dał jak Jóź­wiń­ski, ale... to bez sensu...

- Co jest bez sensu?

- Moim zda­niem to nie był on. Miał ten sam wzrost, ko­lor wło­sów, oczu... na­wet bli­znę koło ucha. Ale tak nie wy­gląda fa­cet, któ­remu oj­ciec sie­kierą uszko­dził mózg, gdy był na­sto­lat­kiem. Poza tym jak mógł wie­dzieć, że to moje biurko, skoro na wi­zy­tówce mam twoje na­zwi­sko, a nie to pa­nień­skie?

Łu­kasz zmarsz­czył brwi, za­sta­na­wia­jąc się chwilę.

- Hm... fa­cet ja­kimś cu­dem mógł się wy­ro­bić. Ale z tym na­zwi­skiem... Po­ja­wił się znowu?

- Tak... to zna­czy na drugi dzień zna­la­złam na swoim biurku wielki bu­kiet róż.

Łu­kasz wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- Od niego?

- Tak. Był z kar­teczką.

- Masz ją?

- Mam.

Ju­styna wstała z krze­sła i po­szła do przed­po­koju po to­rebkę. Kar­teczka była w port­felu. Wy­cią­gnęła ją i po­dała Łu­ka­szowi.

- Skur­wiel! Ale jest nu­mer ko­mórki. Za­dzwo­nię.

- Nie! - wy­rwało jej się.

- Dla­czego? Po­wiem mu, żeby spa­dał.

- A je­śli... - Usia­dła znowu. - Długo się nad tym za­sta­na­wia­łam. Może po­win­ni­ście go spraw­dzić?

- W Biu­rze?

- Tak.

- Cho­dzi ci o to, czy nie był no­to­wany?

- Na przy­kład.

- W su­mie ra­cja - wes­tchnął. - Może ma ja­kieś wy­roki za nę­ka­nie i można go bę­dzie po­stra­szyć bar­dziej. Nie wiesz, czy był jesz­cze w fir­mie?

- Był. Po mo­jej roz­mo­wie z sze­fem zje­cha­li­śmy z Mir­kiem na kawę. Wi­dzie­li­śmy go przez szybę, jak wcho­dzi do bu­dynku. Po­tem Lu­bicki dzwo­nił i mó­wił, że mio­tał się po biu­rze, kiedy mu po­wie­dzieli, że ode­szłam.

- Ja pier... - Po­tarł dło­nią czoło. - Zajmę się tym w po­nie­dzia­łek z sa­mego rana. Za­py­tam sta­rego, czy po­zwoli mi po­wę­szyć u zna­jo­mych w po­li­cji. Krę­cił chwilę głową z nie­do­wie­rza­niem. Hu­czało mu w niej jak w ulu. "Gdyby nie ta roz­mowa z Ko­tem, ni­czego bym się nie do­wie­dział". - Ju­styś. - Spoj­rzał na nią w końcu. - Chciał­bym, żeby to była ostat­nia sprawa, o ja­kiej mi nie mó­wisz. Do­brze?

Kiw­nęła głową, jed­nak za­uwa­żył w jej oczach wy­raźny lęk, jakby ta roz­mowa z nim wcale jej nie po­mo­gła, a tylko jesz­cze bar­dziej prze­stra­szyła.

- Czy o czymś jesz­cze chcesz mi po­wie­dzieć? Chcę znać każdy de­tal.

- Nie. Wszystko już wiesz. Prze­pra­szam...

Po­pa­trzył na nią zdu­miony.

- Dla­czego mnie prze­pra­szasz? Nic złego nie zro­bi­łaś.

Ju­styna po­my­ślała, że je­śli roz­pła­cze się drugi raz tego sa­mego dnia, to bę­dzie prze­sada. Ale nie dała rady. Łzy pły­nęły jej dwoma nie­prze­rwa­nymi stru­mie­niami po po­licz­kach, a w piersi czuła ten okropny nie­zno­śny ucisk. Łu­kasz przy­cią­gnął ją do sie­bie i mocno przy­tu­lił.

"Pu­ściły jej emo­cje. Za dużo wra­żeń na je­den dzień: wi­zyta u le­ka­rza, te­raz ta roz­mowa...". Po­my­ślał też, że trzeba jej po pro­stu dać czas na wy­pła­ka­nie i doj­ście do sie­bie.

Po go­dzi­nie jed­nak wcale nie było z nią le­piej. Krę­ciła się po miesz­ka­niu, to coś sprzą­ta­jąc, to wrzu­ca­jąc ręcz­niki do pralki, ale wy­raź­nie wi­dział, że się mę­czy i po­ciąga no­sem. W pew­nej chwili zo­ba­czył, jak za­kłada buty i kurtkę.

- Do­kąd idziesz?

- Do skle­piku za bramę. - Wy­cią­gnęła z port­fela pięć­dzie­siąt zło­tych i wsu­nęła do kie­szeni spodni.

- A po co?

- Chcę zro­bić obiad, ale nie mamy już w domu kilku rze­czy.

- Daj spo­kój! W ta­kim ra­zie je­dziemy do sklepu po nor­malne za­kupy. Cze­kaj, tylko się zbiorę.

Do wy­jazdu na wer­ni­saż piąt­kowe po­po­łu­dnie upły­nęło im więc cał­kiem jak so­bot­nie. Wi­zyta w Pio­trze i Pawle, wspólne go­to­wa­nie ri­sotto, koń­cze­nie pra­nia i zmy­wa­nie pod­łóg, a po­tem szy­ko­wa­nie się do wyj­ścia. Łu­kasz nie był ty­pem le­ni­wego męża, któ­rego po­moc w domu koń­czy się na pod­no­sze­niu nóg, gdy żona od­ku­rza, pod­czas oglą­da­nia me­czu na ka­na­pie, ale tego dnia był wy­jąt­kowo za­an­ga­żo­wany. Ju­styna co chwilę uśmie­chała się sama do sie­bie, kiedy przy­glą­dała mu się, jak biega po miesz­ka­niu i ściera ku­rze albo wie­sza pra­nie na bal­ko­nie. Do­piero gdy za­czął za­bie­rać się do pra­so­wa­nia swo­jej ulu­bio­nej ko­szuli, za­pro­te­sto­wała. To była umie­jęt­ność, któ­rej, mimo wielu chęci, jak do­tąd nie po­siadł.

Roz­dział 7

Pry­watna ga­le­ria, w któ­rej wy­sta­wiała się z bo­le­sną re­gu­lar­no­ścią żona Sławka Od­ro­wąża, mie­ściła się w dziel­nicy Wło­chy i na­le­żała do rów­nie co ona stuk­nię­tej wi­zjo­nerki i ar­tystki "no­wej fali post­mo­der­ni­zmu". Ko­lega Od­ro­wąż po­twier­dzał, że to nic in­nego jak kółko wza­jem­nej ad­o­ra­cji, nie­ma­jące po­ję­cia o nor­mal­nym świe­cie, o sztuce ra­czej też nie. Jeź­dzili jed­nak na wer­ni­saże nie­mal wszy­scy z Biura, także dla­tego, że sta­no­wiły one do­sko­nały pre­tekst do tego, by się po­tem wspól­nie gdzieś na mie­ście urżnąć.

Ju­styna z Łu­ka­szem nieco się spóź­nili, bo za­sko­czyły ich ko­lejne za­mknięte ulice i tro­chę czasu za­jęło im zna­le­zie­nie ob­jazdu. W środku był już spory tłu­mek, wszy­scy wy­raź­nie sku­pieni na so­bie, tylko nie­liczne osoby stały zwró­cone w kie­runku ob­ra­zów, które gę­sto po­kry­wały białe ściany ga­le­rii. Od razu na szyję rzu­ciła im się eks­cen­tryczna po­stać Mo­niki, żony Sławka, i coś świer­go­tała do ich uszu. Za­częła ich ko­muś przed­sta­wiać, po­tem po­le­cała ba­rek z ko­recz­kami ma­kro­bio­tycz­nymi i od­fru­nęła do ko­lej­nych go­ści jak barwny ptak owi­nięta w długą i zwiewną tu­nikę.

Lu­biccy byli już na miej­scu. Od razu po­de­szli do Ju­styny i Łu­ka­sza.

- Cześć. - Mina Krysi wy­ra­żała wiele, głów­nie roz­ba­wie­nie i kon­ster­na­cję. - Wła­śnie się do­wie­dzie­li­śmy, że "to coś" od­bywa się nie pierw­szy raz.

- Tak, by­wamy tu re­gu­lar­nie - od­parł z prze­ką­sem Łu­kasz.

- Mo­głeś uprze­dzić - śmiała się Lu­bicka. - Wzię­li­by­śmy coś na uspo­ko­je­nie.

- Mó­wi­łam Łu­ka­szowi, że to ko­niec wa­szej do­brej ko­mi­tywy. - Ju­styna krę­ciła głową. - Nie wy­ba­czy­cie mu tego eks­pe­ry­mentu na wa­szych mó­zgach do końca ży­cia.

- Wy­ba­czymy. - Mi­rek po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Ju­styny. - Je­śli po­stawi nam dziś do­brą wódkę.

- Ho, ho! - Łu­kasz się ro­ze­śmiał, od­chy­la­jąc głowę do tyłu. - To jest do zro­bie­nia, pa­nie Mi­ro­sła­wie.

Ju­styna za­częła się roz­glą­dać. Do­strze­gła To­ma­sza sto­ją­cego obok ich szefa i jego żony. Szybko się zo­rien­to­wała, że z działu męża są nie­mal wszy­scy, nie­któ­rzy sami, inni z żo­nami albo part­ner­kami. To­wa­rzy­stwo było w dość do­brych hu­mo­rach, mimo że to, co wi­siało na ścia­nach, wcale do tego nie na­stra­jało.

Na ob­ra­zach prze­wa­żała ciemna ko­lo­ry­styka. Czer­nie, sza­ro­ści i brązy tylko gdzie­nie­gdzie prze­ple­cione nie­wiel­kimi pla­mami ostrej czer­wieni, która na pewno, jak za­wsze, sym­bo­li­zo­wała krew. Sła­wek przy­znał kie­dyś, że Mo­nia nie umie ma­lo­wać, ale zo­ba­czyła pew­nego razu ja­kąś wy­stawę sztuki no­wo­cze­snej i uznała, że jest uro­dzoną ar­tystką. Rzu­ciła więc wszystko, co ro­biła do tej pory, i za­brała się do ma­lo­wa­nia bo­ho­ma­zów, które chęt­nie po­ka­zy­wała światu. Świat nie­zbyt chęt­nie je oglą­dał, ale na­wet dru­zgo­czące opi­nie po jej pierw­szych wy­sta­wach, ja­kie uka­zały się w kilku ga­ze­tach, nie znie­chę­ciły jej do ro­bie­nia tego, co tak lu­biła. Sła­wek był za­ła­many, dla­tego sta­rał się ra­to­wać do­ko­na­nia żony (i swoje mał­żeń­stwo, jak twier­dził), spra­sza­jąc na ko­lejne wy­stawy ko­le­gów z pracy i po­łowę są­sia­dów. Łu­kasz kie­dyś wspo­mniał, że dziwi go, to skąd mają na to pie­nią­dze, skoro utrzy­mują się tylko z pen­sji Sławka. Ma­lar­stwo to droga pa­sja, a dzieci po­sy­łane były od za­wsze do pry­wat­nych szkół i przed­szkoli.

O tym wszyst­kim Ju­styna opo­wia­dała Krysi przed jed­nym z bar­dziej psy­cho­de­licz­nych ob­ra­zów. Kiedy tylko do niego po­de­szły, na­tych­miast obok zna­la­zła się Mo­nika, ale na szczę­ście nie za­ba­wiła długo, wci­snęła im tylko w dło­nie fol­dery ze zdję­ciami i opi­sem jej "ar­ty­stycz­nej drogi".

- Wy­dru­ko­wa­nie ta­kich ulo­tek mu­siało rze­czy­wi­ście sporo kosz­to­wać. - Lu­bicka uważ­nie przy­glą­dała się fol­de­rowi. - Tro­chę się na tym znam, bo na­sza agen­cja też cza­sem robi ta­kie zle­ce­nia. Do­bry pa­pier, świetna ja­kość zdjęć, pro­fe­sjo­nalne ła­ma­nie. Sam pro­jekt to już duży wy­da­tek, a ra­czej sama tego nie zro­biła. -Ści­szyła głos, wy­po­wia­da­jąc ostat­nie słowa.

- Zwłasz­cza że tego jest na­prawdę dużo. Zo­bacz, że wa­lają się w każ­dym ką­cie.

- Wiesz co, kiedy Łu­kasz dał mi za­pro­sze­nie, by­łam prze­ko­nana, że to coś pro­fe­sjo­nal­nego, ale gdy tylko tu we­szli­śmy... - Par­sk­nęła śmie­chem. - I jesz­cze na­daje im na­zwy. Zo­bacz: "Je­sienna za­duma" albo ten: "He­ba­nowe mor­der­stwo". Co to jest?!

Prze­cho­dziły ko­lejno od ob­razu do ob­razu, czy­ta­jąc umiesz­czone pod nimi kar­teczki. Przy jed­nym, który pod­pi­sany był: "Ta­jem­ni­czy pan z bli­zną", Ju­styna pod­nio­sła wzrok... i za­marła. Na du­żym płót­nie Mo­nika nie­udol­nie pró­bo­wała na­ma­lo­wać czyjś por­tret - ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa, żeby na jej ob­ra­zach byli ja­cyś lu­dzie. Była to twarz męż­czy­zny z nie­na­tu­ral­nie du­żymi oczami, który przy le­wym uchu miał czer­woną bli­znę, mocno od­ci­na­jącą się swoją wy­ra­zi­sto­ścią od reszty bu­rej ko­lo­ry­styki. Przez uła­mek se­kundy my­ślała, że śni, przez ko­lejny, że ma zwidy, a po­tem zro­biło jej się słabo.

- Ju­stynko. - Kry­styna szarp­nęła ją lekko za rę­kaw. - Ju­stynko, sły­szysz mnie?

Od­wró­ciła się i po­włó­czyła spoj­rze­niem za Łu­ka­szem i Mir­kiem.

- Łu­kasz, Łu­kasz. - Mach­nęła ręką w ich stronę. - Chodź tu­taj!

W tym mo­men­cie Ju­styna była już blada jak ściana i lekko się za­chwiała. Lu­bicka ener­gicz­nym ru­chem chwy­ciła ją za ra­miona i po­cią­gnęła w stronę wyj­ścia. Tym­cza­sem Łu­kasz prze­ci­snął się przez mały tłu­mek, który stał wpa­trzony w tę scenę z za­cie­ka­wie­niem, i prze­jął żonę od ko­le­żanki.

- Zro­biła się blada jak ściana. Nie mogę zła­pać z nią kon­taktu.

- Wyjdźmy, tu jest strasz­nie duszno. - Łu­kasz pra­wie ją niósł.

- We­zmę wa­sze płasz­cze z szatni. Mi­rek, po­że­gnaj od nas go­spo­dy­nię.

Chłodne po­wie­trze nieco po­mo­gło Ju­sty­nie dojść do sie­bie. Kry­sia po­dała Łu­ka­szowi płaszcz, w który owi­nął szczel­nie żonę i przy­tu­lił tak, żeby mocno opie­rała się o niego ca­łym swoim cię­ża­rem.

- Już do­brze? - Przyj­rzał się z bli­ska jej twa­rzy.

- Do­brze. - Chciała się uśmiech­nąć, ale zu­peł­nie jej się to nie udało.

Z ga­le­rii wy­szedł Mi­rek z szel­mow­skim uśmie­chem na twa­rzy.

- Ju­styna, je­steś moją bo­ha­terką. Tak się po­świę­cić, żeby dać nam pre­tekst do opusz­cze­nia tego strasz­nego miej­sca.

- Mi­rek! - Lu­bicka spoj­rzała na niego z wy­rzu­tem, ale Ju­styna ro­ze­śmiała się ci­cho.

- To było jak speł­nie­nie mo­jego naj­gor­szego kosz­maru - po­wie­działa ci­cho.

- Tak, tak. - Lu­bicki pod­niósł głowę i spoj­rzał na prze­la­tu­jący wła­śnie ni­sko sa­mo­lot, który pod­cho­dził do lą­do­wa­nia na Okę­ciu. - To było mocne. Nie po­zo­staje nam nic in­nego jak iść się cze­goś na­pić.

- Nie wiem, czy to do­bry po­mysł. - Kry­styna była wy­raź­nie za­nie­po­ko­jona. - Może Ju­stynka po­winna wró­cić do domu?

- Nie. - Ju­styna po­krę­ciła głową. - Jedźmy na Kra­kow­skie Przed­mie­ście do Bro­wAr­mii albo na Ma­zo­wiecką do ja­kie­goś klubu. Miejmy coś z tego wie­czoru.

Łu­kasz uśmiech­nął się, choć też nie był do końca prze­ko­nany, czy nie le­piej by­łoby po­ło­żyć żony do łóżka.

Tym ra­zem to oni trans­por­to­wali Lu­bic­kich, któ­rzy do ga­le­rii przy­je­chali tak­sówką. Po dłuż­szych na­ra­dach stwier­dzili, że spró­bują ude­rzyć naj­pierw na ja­kieś do­bre piwo.

- Może do Gu­in­nessa przy Mio­do­wej? - rzu­cił pro­po­zy­cję Mi­rek.

- Nie. - Ju­styna wy­dęła usta z dez­apro­batą. - Tam jest strasz­nie duszno i grają na żywo, ale jak dla mnie tro­chę za gło­śno, nie bę­dzie można roz­ma­wiać.

- Ale w Bro­wAr­mii może nie być miej­sca - Mi­rek miał wąt­pli­wo­ści.

- Zo­ba­czymy, może się wci­śniemy. Jest jesz­cze cał­kiem wcze­śnie. - Łu­kasz wy­ka­zał się więk­szą dozą opty­mi­zmu.

Rze­czy­wi­ście, udało im się zna­leźć przy­zwo­ity sto­lik dla czworga. Pa­nie za­mó­wiły ciemne piwo, a pa­no­wie za­sta­na­wiali się, jak roz­wią­zać pro­blem auta. W końcu sta­nęło na tym, że je­śli Ju­styna bę­dzie w for­mie, pójdą jesz­cze na Ma­zo­wiecką, a sa­mo­chód prze­sta­wią na par­king płatny i wszy­scy wrócą tak­sówką. Tym­cza­sem Łu­kasz z Mir­kiem, który po­sta­no­wił być so­li­darny w nie­pi­ciu, wzno­sili to­a­sty kawą latte.

- Za nie­zbyt wiel­kie ofiary po­nie­sione pod­czas oglą­da­nia ob­ra­zów ar­tystki Mo­niki Od­ro­wąż. - Mi­rek pod­niósł wy­soko swoją szklankę. - To na­prawdę mo­gło się skoń­czyć go­rzej.

Wszy­scy się śmiali, tylko Ju­sty­nie ciężko było zna­leźć w so­bie choćby cień ra­do­ści.

"Może po­win­nam po­wie­dzieć Łu­ka­szowi?" - Wciąż tra­piły ją wąt­pli­wo­ści. Ale myśl o tym, jak bzdur­nie za­brzmia­łaby jej opo­wieść o ob­ra­zie Mo­niki, który ją na śmierć prze­ra­ził, sku­tecz­nie ją od tego za­miaru od­wio­dła.

- Ju­stynko, Mi­rek mó­wił, że jed­nak zo­sta­jesz w fir­mie - Kry­styna chciała szybko zmie­nić te­mat.

- Tak, będę sie­dzieć w domu. Na ra­zie przy­naj­mniej.

- Nie spo­dzie­wa­łam się po Sło­twiń­skim ta­kiego ge­stu. - Po­krę­ciła lekko głową. - Nie znam go aż tak do­brze, ale to dość oso­bliwe.

- Na pewno ma w tym ja­kiś ukryty cel. - Mi­rek wy­mie­rzył pal­cem w Ju­stynę i pu­ścił do niej oko. - Musi mi­nąć tro­chę czasu, nim się okaże, o co mu na­prawdę cho­dziło.

- Oj, nie­ważne - ob­ru­szyła się Lu­bicka. - Grunt, że dziew­czyna ma pracę i nie bę­dzie mu­siała przy­cho­dzić do tego wa­szego wie­żowca.

Ju­styna nic nie od­po­wie­działa, tylko po­ki­wała głową na znak, że cał­ko­wi­cie się z tą opi­nią zga­dza. Za­sta­na­wiała się, na ile Mi­rek żar­to­wał, a na ile były to ja­kieś po­ważne wnio­ski, ale na ra­zie wo­lała nie po­ru­szać tego te­matu, zwłasz­cza w tych oko­licz­no­ściach.

- Ja też się cie­szę z ta­kiego ob­rotu spraw. - Łu­kasz ba­wił się mie­sza­niem ły­żeczką w ka­wie. - Coś w tym wa­szym biu­rze ostat­nio nie­zbyt przy­jem­nie się zro­biło, prawda? - Spoj­rzał wy­mow­nie na Mirka.

- Tak, by­wają dni, że kręci się u nas wy­jąt­kowo dużo an­ty­pa­tycz­nych osób - Mi­rek wes­tchnął ciężko i uśmiech­nął się do Łu­ka­sza.

- O czym wy mó­wi­cie? - Kry­styna była wy­raź­nie zdez­o­rien­to­wana.

- O ni­czym, żabko. - Lu­bicki od­chy­lił się mocno na krze­śle i po­ło­żył rękę na opar­ciu za ple­cami żony. - Sama mó­wisz, że w kor­po­ra­cjach tylko wa­riaci mogą pra­co­wać. U nas ich nie bra­kuje.

- Wa­riaci albo de­spe­raci - mruk­nęła Kry­sia.

- A ja do któ­rej grupy się za­li­czam, we­dług cie­bie? - Mi­rek był wy­raź­nie roz­ba­wiony.

- Wła­śnie sama się za­sta­na­wiam. Do jed­nej i dru­giej, zdaje mi się. Trzy­masz się tej firmy, jakby w tym mie­ście nic in­nego nie było do ro­boty.

- Oj, tam - żach­nął się Lu­bicki. - Ja­koś daję radę, jak wi­dać. Aha, Ju­styna, do­sta­łaś kom­pu­ter?

- Tak, wczo­raj rano. I do­ku­menty do­ty­czące Chin, które przy­go­to­wy­wała Marta.

- Żeby po­pra­wić? - Uśmiech­nął się Mi­rek.

- Nie... nie wiem. Jesz­cze ich nie prze­glą­da­łam.

- Ech... nic się u nas nie zmie­nia i nie zmieni. Marta w ży­ciu by tego do­brze nie zro­biła. Nie wiem, po co szef ją trzyma.

Ju­styna chciała coś po­wie­dzieć, ale po­my­ślała, że nie by­łoby tak­tow­nie dzie­lić się uwa­gami z roz­mowy ze Sło­twiń­skim. Wo­lała mó­wić o czymś bar­dziej neu­tral­nym.

- Nie mam tylko do­stępu do ser­wera. Wi­dzia­łam, że in­for­ma­tyk usu­nął mi z pul­pitu ko­pie ro­bo­cze, więc na ra­zie nie będę miała na czym ba­zo­wać.

- Do­sta­niesz w po­nie­dzia­łek to­ken, spo­koj­nie. Z tego co wiem, wszystko jest już dla cie­bie przy­go­to­wane.

- Nie mo­że­cie w domu pra­co­wać na swo­ich do­ku­men­tach? - zdzi­wiła się Kry­styna.

- Tak robi wiele firm - ode­zwał się Łu­kasz. - Do­stęp do ser­we­rów jest za­strze­żony, trzeba mieć ha­sło i to­ken. Na sa­mym kom­pu­te­rze nic się nie za­pi­sze.

- Cie­kawe.

- Wi­dzisz, żaba, ty mó­wisz, że to kiep­ska firma. A my ta­kie ważne rze­czy ro­bimy, że są ści­śle tajne. Nie to co te wa­sze re­klamy pod­pa­sek i dez­odo­ran­tów.

Kry­styna spoj­rzała na niego groź­nie.

- Gra­bisz so­bie, pa­nie Lu­bicki, oj, gra­bisz.

- Tak mnie ma­mu­sia wy­cho­wała. - Wzru­szył ra­mio­nami w ge­ście bez­rad­no­ści.

- Boże! - Lu­bicka prze­wró­ciła oczami. - Nie wy­wo­łuj złych du­chów w tak mi­łej at­mos­fe­rze.

- Nie lu­bisz te­ścio­wej? - Łu­kasz szcze­rze się ro­ze­śmiał. - Czyżby ja­kiś kon­flikt in­te­re­sów?

- Ej, ej. - Ju­styna klep­nęła go w ra­mię. - To nie jest za­bawne.

- Wła­śnie! - ener­gicz­nie po­twier­dziła Kry­styna. - To nie jest za­bawne. Nas przy­naj­mniej ta­kie rze­czy nie śmie­szą.

- Ale na­gle zgodne je­ste­ście. - Łu­kasz uda­wał wiel­kie zdzi­wie­nie.

- Je­ste­śmy, je­ste­śmy. - Kry­styna ma­chała głową w ge­ście apro­baty dla słów Ju­styny. - Pewne sprawy za­wsze łą­czą ko­biety.

- Tak, za­kupy i plotki - prych­nął Mi­rek.

- Nie, ko­cha­nie, kosz­marne te­ściowe.

- Nie prze­sa­dzaj, ma­mu­sia nie jest jesz­cze taka zła. - Kiedy to mó­wił, wy­raz twa­rzy zda­wał się prze­czyć jego sło­wom.

- Oczy­wi­ście. "Ma­mu­sia nie jest taka zła" - prze­drzeź­niała go żona. - Tylko jak przy­jeż­dża, od razu wpada do kuchni i za­czyna wę­szyć. "O, a co to?! Ojej, jak się ta pod­łoga tu­taj lepi. Mi­ruś, sy­neczku, tu się mogą kryć za­razki. To wam za­szko­dzi".

Kry­sia od­sta­wiała małe przed­sta­wie­nie, przy któ­rym wszy­scy re­cho­tali w naj­lep­sze.

- Albo przy obie­dzie ła­pie go za głowę. - Lu­bicka wzięła głowę męża w obie dło­nie i przy­cią­gnęła do sie­bie, prze­krzy­wia­jąc mu przy tym oku­lary. - O tak. Głasz­cze go po glacy i mówi: "Sy­nu­siu ty mój, jaki ty chu­dziutki, jaki bla­dziutki. Co oni tu z tobą ro­bią?". Cmoka go w czółko, i to przy dzie­ciach. Nasz syn nie wy­trzy­muje dwóch dni i wy­cho­dzi. Po­tem ma­mu­sia bie­rze się do je­dze­nia zupy i mówi: "No tak, nie dzi­wota, żeś taki chudy. W tej zu­pie nie ma grama tłusz­czu, zero wi­ta­min, ja­kieś po­myje. Zo­staw to, mó­wię ci, zo­staw!". Szar­pie go za rękę, wy­rywa mu łyżkę i wy­lewa za­war­tość ta­le­rza do zlewu. "Mama za­raz zrobi ci coś po­rząd­nego, za­raz coś tu za­ra­dzimy, że­byś mi nie umarł przed eme­ry­turą".

- I co? Rze­czy­wi­ście coś go­tuje? - Łu­kasz krztu­sił się ze śmie­chu.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dział Mi­rek. - Otwiera lo­dówkę, trza­ska szaf­kami, wy­ciąga szu­flady. Koń­czy się to tak, że leci do sklepu po "po­rządne" za­kupy. Przy­nosi wiel­kie siaty z kur­cza­kiem, włosz­czy­zną, ma­ka­rony, tony ziem­nia­ków i inne du­pe­rele. A ja w cza­sie jej nie­obec­no­ści jem w spo­koju obiad. Po­tem sie­dzimy i oglą­damy ja­kiś film, a ona lata jak sza­lona po kuchni i zrzę­dzi.

- Tak jest za każ­dym ra­zem - po­twier­dziła Kry­sia.

- No i co, ko­tek? - Łu­kasz lekko trą­cił Ju­stynę w ra­mię. - Moja Zo­fia nie wy­daje się przy tym taka zła, co?

Mina Ju­styny wy­wo­łała u Lu­bic­kich salwę śmie­chu.

- No co? - Twarz Łu­ka­sza wy­ra­żała nie­mal obu­rze­nie.

- Nic. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Mogę po­opo­wia­dać o na­lo­tach two­jej matki w nie­dzielne po­po­łu­dnia.

- Na­lo­tach?

- Tak, ko­cha­nie, na­lo­tach. Bo nor­malni lu­dzie za­po­wia­dają się z wi­zytą, a nie wpa­dają nie­pro­szeni.

- Święta ra­cja. - Po­ki­wała głową Kry­styna.

- Pierw­sze py­ta­nie: "A co wy? W ko­ściele nie by­li­ście? Dzieci, idź­cie. Idź­cie na wie­czór. Tu u was taki fajny ko­ściół jest. Ste­fan, pój­dziemy, oni mu­szą się na mszę ze­brać. Po­patrz, trze­cia, a oni cią­gle w proszku". Te­ściu oczy­wi­ście mil­czy. Siada na ka­na­pie i ogląda te­le­wi­zję, a Zo­fia biega z kuchni do sy­pialni, z sy­pialni do sa­lonu, po­tem na bal­kon i znowu do kuchni. "Co go­to­wa­łaś? A czemu tak mało? Łu­ka­szek lubi so­bie pod­jeść, duży chło­pak. A tego pra­nia to tak nie trzy­maj, bo nie­dziela jest, to nie­ład­nie. Za­słony w sy­pialni aż się pro­szą o pralkę, sam kurz". Ale naj­lep­sze i tak przy­cho­dzi na wie­czór. Jak już wia­domo, że do ko­ścioła nie idziemy, to za­siada na krze­śle, ni­gdy w fo­telu, bo nie ma tak do­brego wi­doku na ca­łość sy­tu­acji, i za­czyna wspo­mi­nać...

- Nie, pro­szę cię - jęk­nął Łu­kasz i za­sło­nił dło­nią oczy.

- "A pa­mię­tasz, Stef­ciu, tę Lu­cynkę, co ją Łu­ka­szek jesz­cze w li­ceum po­znał?" - cią­gnęła nie­zra­żona Ju­styna. - "Ładna była, prawda?" Teść mru­czy coś pod no­sem. "Ta­kie miała dłu­gie włosy, do pasa nor­mal­nie. Ślicz­nie śpie­wała w chó­rze ko­ściel­nym. Taką miała przed sobą przy­szłość, ta­tuś był bur­mi­strzem, to gro­sza nie ża­ło­wał, na stu­dia po­słał, w na­ukę in­we­sto­wał. Ale się ze­psuła z tym łap­ser­da­kiem z Kra­kowa. A ja za­wsze mó­wi­łam, że to z żalu za Łu­kasz­kiem. Oj, co by to było, gdyby oni jed­nak ra­zem byli?"

- I mówi to przy to­bie? - Kry­styna zro­biła wiel­kie oczy.

- No i za kogo te­raz będą mieć moją matkę, co? - Łu­kasz uda­wał obu­rzo­nego.

- Wie­cie, Zo­fia nie jest taka naj­gor­sza - Ju­styna zwró­ciła się do Lu­bic­kich. - Ona po pro­stu mnie nie­na­wi­dzi.

- To nie­prawda - pro­te­sto­wał Łu­kasz.

- Prawda. Ni­gdy nie by­łam dla niej dość do­bra, żeby cię po­ślu­bić. Ma mnie za ła­zęgę i przy­błędę. Sama mi to po­wie­działa dzień przed na­szym ślu­bem. Za­wsze twier­dziła, że oże­nek z kimś, kto nic sobą nie re­pre­zen­tuje, to zły po­mysł, bo to spro­wa­dzi na cie­bie kło­poty. Mó­wiła wiele razy, że śmier­dzę obor­ni­kiem i za­wsze będę, bo jak ze wsi je­stem, to ina­czej nie bę­dzie. Nie wy­przesz się, że tego nie sły­sza­łeś. Te­raz przy­jeż­dża, żeby ci udo­wod­nić, że miała ra­cję.

- Ech... - wes­tchnęła Lu­bicka. - Jakby nam ży­cie in­nych pro­ble­mów nie szczę­dziło. Dla cie­bie, Łu­kasz, to może nic ta­kiego, co mówi twoja matka, ale gdy­byś był na na­szym miej­scu, chęt­nie zro­bił­byś jej krzywdę go­łymi rę­kami.

- Ma­muśki cza­sem trzeba przy­sto­po­wać. - Mi­rek po­chy­lił się nad sto­łem, jakby miał do po­wie­dze­nia coś szcze­gól­nie istot­nego. - Kiedy moja nieco prze­gina, de­li­kat­nie ją wy­pra­szam. Oczy­wi­ście do­staje spa­zmów, opo­wiada głu­poty w stylu, że zgnije pod mo­stem sama, skoro wła­sny syn jej nie chce. Pa­kuje się osten­ta­cyj­nie, mó­wiąc, że wi­dzimy ją ostatni raz...

- Tak, tak mówi. - Kry­styna par­sk­nęła śmie­chem. - A mie­siąc temu He­lena, jak to usły­szała, wpa­dła do po­koju i z pre­ten­sją rze­cze: "Bab­ciu, ostat­nio też tak mó­wi­łaś. Weź się zde­cy­duj".

- Co ona na to? - Łu­kasz zro­bił wiel­kie oczy.

- Za­tkało ją kom­plet­nie. Nic się nie ode­zwała i po­je­chała. - Wzru­szył ra­mio­nami Mi­rek. - A za ja­kiś czas znowu wraca i przed­sta­wie­nie za­czyna się od po­czątku. I w su­mie bym się tym nie eks­cy­to­wał, tylko że w któ­rymś mo­men­cie za­czę­li­śmy się o to zbyt czę­sto kłó­cić.

- Osią­gnęła swój cel. - Ju­styna po­ki­wała głową ze zro­zu­mie­niem. - Wsa­dziła kij mię­dzy drzwi i cie­szyła się, że się mię­dzy wami psuje.

- Do­kład­nie - przy­tak­nął Mi­rek. - Mie­li­śmy już dwójkę dzieci. Kon­rad po­szedł do szkoły. Stwier­dzi­łem, że albo-albo, matka albo ro­dzina. No i za­czą­łem sta­wiać gra­nice.

Ju­styna spoj­rzała na Łu­ka­sza, który miał w tym mo­men­cie bar­dzo za­my­śloną minę.

"Dzieci ce­men­tują..." - prze­mknęło jej przez głowę i od razu zro­biło jej się bar­dzo przy­kro. Kry­styna do­strze­gła zmianę jej na­stroju i za­częła na­ma­wiać pa­nów do pod­ję­cia de­cy­zji co do dal­szej czę­ści wie­czoru.

- Idziemy na ba­lety - po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym to­nem Mi­rek. - My zaj­miemy się au­tem, a wy idź­cie szu­kać ja­kiejś faj­nej mety. O, zry­mo­wało mi się.

- Do­brze. - Lu­bicka przy­kla­snęła mę­żowi. - Chodź, Ju­stynko, przej­dziemy się.

Szły wolno ulicą Kró­lew­ską, po­cząt­kowo nic nie mó­wiąc. W końcu Kry­styna spoj­rzała na Ju­stynę i się uśmiech­nęła.

- Bar­dzo za­im­po­no­wała mi twoja opo­wieść o te­ścio­wej. Mi­rek mó­wił, że je­steś ra­czej skryta, a tu taka eks­pre­sja i aser­tyw­ność.

- Za­chę­ciła mnie twoja hi­sto­ria. - Ju­styna też od­po­wie­działa uśmie­chem.

- Z tego, co zro­zu­mia­łam, twój mąż nie do końca jest świa­domy, jaką przy­krość ci to spra­wia.

- Nie, nie jest. - Po­krę­ciła głową. - Być może za słabo mu to prze­ka­zuję, a być może po pro­stu po czę­ści czuję, że so­bie na to za­słu­ży­łam.

Lu­bicka za­trzy­mała się gwał­tow­nie.

- Co ty opo­wia­dasz?! Ja­kie "za­słu­ży­łam"?

- Nie wiem... - Wzru­szy­łam lekko ra­mio­nami. - Nie po­cho­dzę z do­brego domu jak "Lu­cynka", nie re­pre­zen­tuję sobą ni­czego szcze­gól­nego... nie uro­dzi­łam dziecka.

- Ach! Więc o to cho­dzi! - Kry­styna wzięła ją za rękę i lekko nią po­trzą­snęła. - Po­słu­chaj mnie uważ­nie: ni­gdy, prze­nigdy nie da­waj so­bie wma­wiać cze­goś ta­kiego. Dziecko czy jego brak nie ma wpływu na zwią­zek. Zresztą sama mó­wi­łaś, że ro­biła ci uwagi jesz­cze przed ślu­bem.

- Tak, ale je­śli na­stawi Łu­ka­sza prze­ciwko mnie, to nie bę­dzie ar­gu­mentu, jaki miał Mi­rek! - Unio­sła się, a w jej oczach po­ja­wiły się łzy. - Nie bę­dzie "albo-albo". Nie bę­dzie po­wodu, żeby zo­sta­wać i brać moją stronę.

Kry­styna wy­glą­dała na zdru­zgo­taną.

- Co ty... co ty mó­wisz? Mi­rek tak po­wie­dział, bo tak rze­czy­wi­ście było, ale nie umiem so­bie wy­obra­zić, co by było, gdy­by­śmy byli bez­dzietni... Znamy się pra­wie dwa­dzie­ścia lat i on za­wsze brał moją stronę. - Wzięła głę­boki wdech. - Słu­chaj, kiedy uro­dzą się dzieci, tak na­prawdę ła­twiej jest mał­żeń­stwo skłó­cić. Tak mi się wy­daje z per­spek­tywy czasu. Kiedy Kon­rad szedł do szkoły, a Zo­sia była ma­lutka, mie­li­śmy straszny do­łek fi­nan­sowy. Niby do­brze się za­ra­biało, niby wszystko się na czas opła­cało, ale po­cząt­kowo nie ogar­nia­li­śmy się tego wszyst­kiego. Wy­prawka do szkoły, za­ła­twie­nie opie­kunki dla ma­łej, re­mont miesz­ka­nia... no, po pro­stu mi­lion spraw i cią­gły stres. Kłó­ci­li­śmy się o pier­doły, jak cho­ciażby ręcz­nik rzu­cony w ła­zience. I na to wszystko wpa­dła ma­muśka, która oczy­wi­ście brała stronę Mirka, a mnie sta­wiała w złym świe­tle. Przez kilka mie­sięcy na­sze mał­żeń­stwo wi­siało na wło­sku, by­li­śmy bli­scy roz­wodu. Uwa­żam za cud to, że Mi­rek wresz­cie po­go­nił matkę i za­czął ra­to­wać ro­dzinę.

Znowu za­częły iść w stronę Ma­zo­wiec­kiej. Po pra­wej stro­nie na placu Pił­sud­skiego trzech żoł­nie­rzy wy­stu­ki­wało pod­ku­tymi bu­tami równy rytm, zmie­rza­jąc do zmiany warty przy Gro­bie Nie­zna­nego Żoł­nie­rza. Od Wierz­bo­wej do­cho­dziły od­głosy roz­ba­wio­nych lu­dzi - naj­lep­sza oznaka, że War­szawa za­czyna swoją go­rączkę so­bot­niej nocy.

- Bez względu na wszystko - za­częła ci­cho Kry­styna - uwa­żam, że wa­sze mał­żeń­stwo prze­trwa. Pewne sprawy wi­dać go­łym okiem. A poza tym, je­śli do tej pory matka Łu­ka­sza was nie po­róż­niła, to ra­czej już jej się to nie uda.

Roz­dział 8

Ju­styna obu­dziła się pierw­sza. Tro­chę bo­lała ją głowa, ale to pew­nie tylko przez nie­wy­spa­nie - nie wy­piła w końcu aż tak dużo. Pa­trzyła przez nie­za­sło­nięte okno na wy­jąt­kowo błę­kitne niebo.

"Cie­kawe, która go­dzina. Umie­ram z głodu".

Ze­rwała się z łóżka i po­szła do kuchni, żeby szybko coś prze­ką­sić. Zro­biła so­bie her­batę i za­częła przy­go­to­wy­wać ka­napki, kiedy usły­szała, że Łu­kasz też wstał i po­szedł do ła­zienki. Pa­no­wie sporo tej nocy wy­pili, ale on ra­czej nie miał kaca. Czło­wiek o ta­kiej ma­sie po­trze­bo­wał na­prawdę du­żej dawki al­ko­holu, żeby zo­stać zwa­lo­nym z nóg. Po chwili wszedł do kuchni i opadł na krze­sło.

- Cześć, żono. - Uśmiech­nął się, le­dwo przy tym otwie­ra­jąc oczy.

- Cześć, mężu. - Po­de­szła i po­ca­ło­wała go w usta. - Ka­na­peczkę?

- Nie, dzię­kuję. Tylko się cze­goś na­piję. O, może być na­wet her­batka. Zro­bisz mi?

- Zro­bię.

- Mamy ja­kieś plany na dziś?

- Nie przy­po­mi­nam so­bie. Poza tym, że mu­simy wie­czo­rem pod­je­chać po sa­mo­chód do cen­trum.

- Cu­dow­nie. Zo­stańmy w domu do wie­czora. I bądźmy nie­grzeczni, je­dząc śnia­da­nie w sa­lo­nie przed te­le­wi­zo­rem.

- Do­brze - ro­ze­śmiała się. - Idź, za­raz ci przy­niosę twoją her­batkę.

Sie­dzieli roz­wa­leni na ka­na­pie i umi­lali so­bie po­ra­nek oglą­da­niem te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej, w któ­rej te­maty po­ważne, jak walka o ra­to­wa­nie ho­spi­cjum dla cho­rych na raka dzieci, prze­pla­tały się z wi­zytą ja­kiejś biu­ścia­stej blon­dyny pre­ten­du­ją­cej do miana no­wej gwiazdy pol­skiej sceny. Kiedy na ekra­nie po­ja­wiła się pani po­go­dynka z uśmie­chem na ustach wiesz­cząca nad­cho­dzące ochło­dze­nie i więk­sze opady desz­czu, za­dzwo­nił do­mo­fon.

- Kogo tam znowu nie­sie? - mruk­nął Łu­kasz z mar­sem na czole.

- Ja zo­ba­czę - Ju­styna po­de­rwała się z ka­napy, wi­dząc, że to ostat­nie, o czym te­raz ma­rzy jej mąż.

- Słu­cham.

- Pani Meyer? Yy... tu Wa­licki, są­siad... - Usły­szała lekko drżący głos. Za­nie­po­ko­iło ją to, bo pan Krzysz­tof to ra­czej pewny sie­bie cwa­niak, któ­remu nie­straszne były na­wet boje z bab­ciami o do­kar­mia­nie osie­dlo­wych ko­tów.

- Tak, to ja. Co się stało?

- Pani Ju­stynko, ze­szłaby pani na dół? Jest pe­wien pro­blem z ro­we­row­nią.

- Jaki pro­blem?

- Przy­szli tu nowi lo­ka­to­rzy i się skarżą, że na­sze ro­wery za­sta­wiły ich i nie mogą nimi wy­je­chać. Niech pani zej­dzie.

- Do­bra, do­bra. Niech mi pan da pięć mi­nut. Mu­szę się ubrać.

Była zła. Nie chciało jej się te­raz zaj­mo­wać ta­kimi głu­po­tami. Nie miała jed­nak ochoty na ko­lejną są­siedzką awan­turę. Ta­kie sprawy trzeba było za­ła­twiać szybko i bez zbęd­nych ko­men­ta­rzy. Dzi­wiła się tylko Wa­lic­kiemu, że sam nie dał so­bie rady.

- Co ro­bisz? - Łu­kasz wyj­rzał zza ka­napy, kiedy szła do gar­de­roby.

- Mu­szę zejść. Wa­licki mówi, że jest ja­kiś pro­blem z po­miesz­cze­niem na ro­wery.

- To niech to sam za­ła­twi. Chciał być go­spo­da­rzem klatki, to niech się stara.

- Oj, do­bra. Zejdę. Zaj­mie mi to parę mi­nut i bę­dzie z głowy.

Wło­żyła bie­li­znę, pod­ko­szu­lek, bluzę dre­sową i te same spodnie co wczo­raj. Miała na so­bie cie­płe skar­pety i adi­dasy, na wy­pa­dek gdyby trzeba było stać na dole i han­dry­czyć się z ja­ki­miś ludźmi dłu­żej, niż to ko­nieczne. Nie miała ochoty zła­pać prze­zię­bie­nia. Zdjęła klucz z ha­czyka przy wej­ściu i zaj­rzała do sa­lonu.

- Idę. Po­sta­ram się za­ła­twić to szybko i spraw­nie.

- OK. Nie da­waj się wcią­gać w żadne dys­ku­sje.

Kiedy za­mknęły się za nią drzwi, Łu­kasz pod­niósł się z ka­napy i po­szedł z kub­kiem do kuchni. Chciał zro­bić so­bie świeżą her­batę i przy oka­zji spraw­dzić, czy da się zo­ba­czyć przez okno, co się dzieje, choć z trze­ciego pię­tra nie było wi­dać wej­ścia do po­miesz­cze­nia na ro­wery. Jed­nak od razu za­uwa­żył sto­ją­cego pod klatką ciem­no­gra­na­to­wego vana...

Ju­styna zbie­gła na par­ter i w drzwiach wej­ścio­wych do­strze­gła syl­wetkę Wa­lic­kiego. Kiedy ją zo­ba­czył, otwo­rzył usta, jakby chciał coś po­wie­dzieć. Gdy jej stopa do­tknęła jed­nego z ostat­nich schod­ków, sama miała za­miar ode­zwać się z py­ta­niem, gdzie ci lo­ka­to­rzy, ale w tym mo­men­cie zza ściany, na któ­rej znaj­do­wało się wej­ście do ga­rażu pod­ziem­nego, wy­sko­czyła za­ma­sko­wana wielka po­stać ubrana w skó­rzaną kurtkę.

"Ten z mer­ce­desa" - zdą­żyła wy­wnio­sko­wać, kiedy po­stać rzu­ciła się w jej stronę i jed­nym spraw­nym ru­chem chwy­ciw­szy ją za rękę, po­cią­gnęła do sie­bie tak, że na­tych­miast zna­la­zła się przy jego wiel­kim kor­pu­sie. Przy­ci­snął ją do sie­bie tak mocno i był na tyle duży, że kiedy za­czął iść, jej nogi wi­siały w po­wie­trzu. Chciała krzyk­nąć, ale na­past­nik drugą ręką się­gnął do jej twa­rzy i dło­nią za­sło­nił usta. Mi­ja­jąc drzwi wej­ściowe, do­strze­gła, że przed blo­kiem stoi drugi pa­ker, też za­ma­sko­wany, który trzyma w dłoni pi­sto­let wy­mie­rzony w głowę Wa­lic­kiego.

- Kap­tur. - Usły­szała krót­kie po­le­ce­nie nad swoim uchem. Wtedy do­piero do­strze­gła sa­mo­chód. Za kie­row­nicą sie­dział trzeci męż­czy­zna z ko­mi­niarką na twa­rzy. Drzwi od strony pa­sa­żera były otwarte i przez nie wła­śnie kie­rowca wy­rzu­cił czarny wo­rek w ich stronę.

Łu­kasz z wy­so­ko­ści trze­ciego pię­tra do­sko­nale wi­dział mo­ment, kiedy fa­cet w skó­rza­nej kurtce za­kłada kap­tur na głowę Ju­styny. Zo­ba­czył jesz­cze, jak ra­zem z dru­gim fa­ce­tem, cho­wa­ją­cym pi­sto­let do kie­szeni, wrzu­cają ją na tył vana i nie­praw­do­po­dob­nie szybko sami do niego wska­kują, by od­je­chać spod klatki z pi­skiem opon. Tylne drzwi za­my­kali w cza­sie jazdy. Reszty nie wi­dział, bo rzu­cił się do drzwi wej­ścio­wych.

Bieg na dół z trze­ciego pię­tra przy­po­mi­nał mu te wszyst­kie sny, w któ­rych pró­buje coś go­nić albo ucie­kać przed za­gro­że­niem i nie może, bo nie daje rady ru­szać no­gami lub ru­sza nimi w spo­sób tak wolny, że chce mu się krzy­czeć. Te­raz też chciał krzy­czeć, ale to nie miało sensu. I wie­dział do­brze, że bie­gnie bar­dzo szybko, o wiele szyb­ciej, niż po­zwa­lało mu na to jego wiel­kie ciało, cho­ciaż był boso. A mimo to czuł pod czaszką, że to na nic, bo je­śli ten osioł w stró­żówce miał cią­gle otwartą bramę, to oni są już za nią. Kiedy wy­padł z bloku, mi­ja­jąc sie­dzą­cego na traw­niku Wa­lic­kiego, który pa­trzył na swoje za­si­kane ze stra­chu spodnie, wie­dział, że jest bez szans. Brama była wciąż otwarta, ale po mer­ce­de­sie nie było śladu. Jed­nak biegł da­lej. Wy­padł z osie­dla i biegł ulicą, do­strze­ga­jąc je­dy­nie, jak ciem­no­gra­na­towy van skręca w lewo, ale bar­dzo da­leko od niego. Prze­stał biec, bo po kil­ku­set me­trach prze­wró­cił się, zdzie­ra­jąc so­bie dło­nie i ro­biąc dziury na ko­la­nach w spodniach od pi­żamy. Kiedy upadł, w uszach mu hu­czało, a w skro­niach pa­lił nie­wy­obra­żalny ból. Chciało mu się pła­kać, ale nie mógł wy­do­być z sie­bie szlo­chu. My­ślał o jed­nym: po­rwa­nie to śmierć, po­rwa­nie to śmierć... Bez względu na to, z ja­kiego po­wodu do niego do­cho­dzi, dla po­rwa­nego to pra­wie za­wsze śmierć. Przed oczami w jed­nej se­kun­dzie sta­nęły mu wszyst­kie sprawy, ja­kie ostat­nio pro­wa­dzili. Kiedy po­woli pod­no­sił się z ziemi, wi­dział twa­rze po­rwa­nych dzieci, żon, biz­nes­me­nów. Gdy za­czął iść w stronę za­krętu, za któ­rym znik­nął mu sa­mo­chód z żoną, oglą­dał w gło­wie skrę­po­wane ciała wrzu­cone do pro­wi­zo­rycz­nych gro­bów w le­sie albo do stu­dzie­nek ka­na­li­za­cyj­nych.

Po­li­cjanci w ra­dio­wo­zie, któ­rzy przy­je­chali na we­zwa­nie do rze­ko­mego po­rwa­nia, zo­ba­czyli nie­zwy­kły wi­dok. Po as­fal­cie biegł młody męż­czy­zna, boso, w po­dar­tej pi­ża­mie, z za­krwa­wio­nymi ko­la­nami, który, gdy tylko ich do­strzegł, rzu­cił się na ma­skę wozu i coś za­czął krzy­czeć.

- Jezu! - Star­szy sier­żant Ró­żań­ski wy­sko­czył z auta jak opa­rzony.

- Moja żona... - dy­szał Łu­kasz. - Po­rwali moją żonę... Już ich tu wi­dzia­łem... Nic nie mo­głem zro­bić...

- Spo­koj­nie. - Ró­żań­ski zła­pał Łu­ka­sza za ra­miona i pod­trzy­mał lekko, bo wy­glą­dało tak, jakby miał się za­raz prze­wró­cić. - Niech pan wsią­dzie do ra­dio­wozu, za­bie­rzemy...

- Nie! - krzyk­nął. - Nie! Jedź­cie za nimi! Jesz­cze ich zła­pie­cie.

Sier­żant od­wró­cił się w stronę ko­legi, który zo­stał w wo­zie, i zo­ba­czył, jak wzywa po­siłki.

- Pro­szę pana - po­wie­dział bar­dzo spo­koj­nie do Łu­ka­sza - jak wy­glą­dał sa­mo­chód? Pa­mięta pan markę?

- Yy... tak, tak. - Po­ki­wał ener­gicz­nie głową. - Ciem­no­gra­na­towy mer­ce­des, van...

- Może Vito?

- Chyba tak. Z tyłu miał przy­ciem­niane szyby.

Part­ner Ró­żań­skiego wy­chy­lił się z ra­dio­wozu, więc po­wtó­rzył mu te szcze­góły, żeby po­dał je przez ra­dio.

- A na­past­nicy? Wi­dział ich pan?

- Wi­dzia­łem dwóch. Ktoś trzeci pro­wa­dził... ale mieli ko­mi­niarki na gło­wach.

- Praw­do­po­dob­nie trzech na­past­ni­ków! - krzyk­nął do ko­legi, który kiw­nął na znak, że usły­szał.

- Nie wi­dzia­łem ta­blic re­je­stra­cyj­nych. - Łu­kasz uprze­dził ko­lejne moż­liwe py­ta­nie. - Ale osie­dle ma mo­ni­to­ring, można spraw­dzić ob­raz z ka­mer.

- Ro­zu­miem. Po­jedźmy tam - po­cią­gnął Łu­ka­sza lekko w stronę wozu i wsa­dził go na tylne sie­dze­nie.

- Róża, chło­paki py­tali o ta­blice. - Młody po­li­cjant zwró­cił się do sier­żanta, gdy ten usiadł za kie­row­nicą.

Po­krę­cił głową, nic nie mó­wiąc. Młody przy­ło­żył do ust ra­dio.

- Nic nie mamy.

- OK, przy­ją­łem - od­po­wie­dział ktoś po dru­giej stro­nie.

- Je­dziemy spraw­dzić mo­ni­to­ring na osie­dlu - po­wie­dział Ró­żań­ski, gdy ru­szył z miej­sca.

Na­gle ja­kiś ko­biecy głos ode­zwał się w ra­diu.

- Róża, Ryba, sły­szy­cie mnie?

- Tak. Co jest?

- Mamy sy­gnał od ja­kiejś ko­biety z tego osie­dla o gra­na­to­wym mer­ce­de­sie...

Łu­kasz po­chy­lił się gwał­tow­nie do przodu i gdyby nie kratka od­dzie­la­jąca go od kie­rowcy, wy­rwałby ra­dio z rąk mło­dego po­li­cjanta.

- To zna­czy?

- Wi­działa ja­dą­cego mer­ce­desa, z któ­rego ktoś wy­rzu­cił przez okno te­le­fon ko­mór­kowy.

- Ma ten te­le­fon?

- Tak. Już po­wie­dzia­łam tym, co do was jadą, żeby go od niej ode­brali.

- Su­per! Dzięki.

Po­li­cjanci spoj­rzeli na sie­bie z mi­nami wy­ra­ża­ją­cymi wiel­kie na­dzieje.

- Od­ci­ski pal­ców - po­wie­dzieli ra­zem.

Łu­kasz opadł zre­zy­gno­wany na ka­napę. Wie­dział, że to bzdura. Wi­dział po­rwa­nie, miał pełną świa­do­mość, że to nie byli no­wi­cju­sze.

"Oni za­ra­biają tym na ży­cie".

Chciał coś ro­bić, dzia­łać, wal­czyć... żeby choć na chwilę nie my­śleć o tym, co to ozna­cza dla niego i dla Ju­styny... Scho­wał twarz w dło­niach i je­dyne, czego pra­gnął, poza tym, żeby to wszystko oka­zało się snem, to śmierć - szybka i da­jąca za­po­mnie­nie.

Brama na osie­dle wciąż była otwarta. Ochro­niarz stał przy wjeź­dzie z za­fra­so­waną miną. Kiedy zo­ba­czył Łu­ka­sza wy­sia­da­ją­cego z ra­dio­wozu, chciał coś do niego po­wie­dzieć.

- Za­bierz­cie go ode mnie - wy­sy­czał Łu­kasz do Ró­żań­skiego. Przy stró­żówce zo­stał po­ste­run­kowy Ryb­czyń­ski i za­czął wy­py­ty­wać ochro­nia­rza o szcze­góły.

Przed klatką na traw­niku na­dal sie­dział Wa­licki z twa­rzą, na któ­rej ma­lo­wał się obłęd. Obok niego stała za­pła­kana Wa­licka. Kiedy zo­ba­czyła Łu­ka­sza, pod­bie­gła do niego i po­li­cjanta.

- Pa­nie Łu­ka­szu, on nie chciał, na­prawdę nie chciał - szlo­chała. - Przy­sta­wili mu do głowy pi­sto­let... wy­szedł na chwilę... wy­rzu­cał śmieci. Mó­wi­łam mu, żeby je zo­sta­wił. Uparł się... Boże...

- Niech się pani uspo­koi. - Po­li­cjant sta­nął przy Wa­lic­kim i po­chy­lił się nad nim. - Sły­szy mnie pan?

Łu­kasz pa­trzył na są­siada bez emo­cji, ale w środku szcze­rze go nie­na­wi­dził i ży­czył mu bo­le­snej śmierci.

- Nie do­ga­damy się z nim. - Po­li­cjant po­krę­cił głową. - We­zwała pani ka­retkę?

- Tak. Za­raz bę­dzie.

Jak na za­wo­ła­nie w bra­mie po­ja­wiła się ka­retka, a za nią po­dą­żał ko­lejny ra­dio­wóz, tyle że więk­szy. Wy­sia­dło z niego kilku funk­cjo­na­riu­szy, w tym dwóch po cy­wil­nemu. Łu­kasz za­uwa­żył, że nie­mal wszy­scy są­sie­dzi sie­dzieli w oknach. Włą­czył mu się za­wo­dowy sche­mat my­śle­nia i wszedł do klatki. Za­cze­kał tam na po­li­cjan­tów.

- Ko­mi­sarz Wi­śniew­ski, a to ko­mi­sarz Ma­licki - za­czął wy­soki blon­dyn w brą­zo­wej ma­ry­narce. - To pana żona zo­stała po­rwana?

Łu­kasz kiw­nął tylko głową i za­czął wcho­dzić po scho­dach. Po­li­cjanci spoj­rzeli na sie­bie zdzi­wieni, ale po­szli za nim bez słowa. Drzwi do miesz­ka­nia były otwarte. Wszystko zo­stało tak, jak w chwili, gdy z niego wy­biegł. Z ekranu w sa­lo­nie znowu szcze­rzyła się po­go­dynka z de­bilną miną. Wy­łą­czył ją i usiadł w fo­telu. Wi­śniew­ski z Ma­lic­kim sta­nęli w pew­nej od­le­gło­ści od niego. Je­den z nich za­czął się dys­kret­nie roz­glą­dać po miesz­ka­niu. Łu­kasz po dłuż­szej chwili pod­niósł na nich wzrok. Wy­da­wał się nie­po­ko­jąco spo­kojny.

- To wy bę­dzie­cie się zaj­mo­wać tą sprawą?

- Tak. - Wi­śniew­ski kiw­nął głową. - Czy sta­nowi to dla pana ja­kiś pro­blem?

Łu­kasz pod­niósł się i pod­szedł do stołu, na któ­rym le­żała torba na lap­topa. Wy­cią­gnął z niej swoją od­znakę i po­dał ko­mi­sa­rzowi.

- Ja pier­dolę! - Zro­bił się kom­plet­nie blady i usiadł na ka­na­pie. - Mi­chał, zo­bacz.

Po­dał od­znakę ko­le­dze, który na­gle stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie miesz­ka­niem i też so­bie usiadł.

Łu­kasz wie­dział do­brze, jak to wy­glą­dało z ich per­spek­tywy. Nie­dzielny po­ra­nek, byli za­spani, może sie­dzieli przy śnia­da­niu z żoną albo ko­chanką (na palcu Ma­lic­kiego nie było ob­rączki), a tu dzwoni te­le­fon i trzeba się zbie­rać, je­chać do za­pła­ka­nej ro­dziny, wy­dzie­rać każdy strzę­pek in­for­ma­cji, bo im szyb­ciej, tym le­piej... Trzeba też oka­zać współ­czu­cie, za­pew­nić, że robi się wszystko, co moż­liwe, i tak da­lej... Sprawa po­rwa­nia ko­goś z ro­dziny pra­cow­nika służb zmie­niała jed­nak kom­plet­nie za­pa­try­wa­nie na pro­blem. Za­czy­nało się my­śleć o swo­jej żo­nie, swo­ich dzie­ciach, a także o tym, że to może nie być zwy­kłe po­rwa­nie dla okupu, tylko ze­msta albo groźba.

- Dzwo­nię do sta­rego. - Ma­licki ze­rwał się na­gle z ka­napy. - Po­wiem też chło­pa­kom, żeby ina­czej z ludźmi ga­dali.

Wi­śniew­ski kiw­nął głową.

- My­ślę, że nie po­win­ni­śmy tego na­gła­śniać. Dzwo­nił pan już do Biura?

- Nie. Kiedy?

- No tak... - wes­tchnął. - Za­nim pan to zrobi, za­dam tylko jedno py­ta­nie... Albo nie! - po­chy­lił się w stronę Łu­ka­sza i po­dał mu dłoń. - Ro­bert.

- Łu­kasz - od­po­wie­dział au­to­ma­tycz­nie. - Ja­kie py­ta­nie?

- Jaką sprawą się ostat­nio zaj­mo­wa­łeś? Je­śli oczy­wi­ście mo­żesz o tym mó­wić.

- W pią­tek aresz­to­wa­li­śmy Fran­kow­skiego i kilku jego lu­dzi.

Wi­śniew­ski nic nie od­po­wie­dział. Opadł na opar­cie i po­krę­cił głową. Łu­kasz się­gnął po te­le­fon, który le­żał na szkla­nej ła­wie. Chciał od razu dzwo­nić do Kota, ale wy­szu­kał nu­mer szefa.

- Bren­ner - usły­szał ni­ski głos. Szef za­wsze tak od­bie­rał te­le­fony od swo­ich lu­dzi, uni­kał fa­mi­liar­no­ści i bar­dzo pil­no­wał od­po­wied­niego dy­stansu po­mię­dzy nimi.

Łu­kasz na­brał po­wie­trza i zdał so­bie sprawę, że nie może nic po­wie­dzieć. Za­mknął oczy, sta­ra­jąc się nie roz­pła­kać. Gar­dło miał ści­śnięte.

- Meyer, sły­szy mnie pan? - W gło­sie Bren­nera można było wy­czuć lekką iry­ta­cję do­pra­wioną nie­po­ko­jem.

Ro­bert wstał z ka­napy i ode­brał te­le­fon od Łu­ka­sza.

- Dzień do­bry, z tej strony ko­mi­sarz Wi­śniew­ski, Ko­menda Sto­łeczna Po­li­cji, wy­dział po­szu­ki­wań. Dziś rano żona pana Mey­era zo­stała po­rwana sprzed ich bloku. Jak ro­zu­miem, roz­ma­wiam z prze­ło­żo­nym pana Mey­era...

- Tak. Za­raz tam będę. - Roz­łą­czył się.

Łu­ka­szowi po po­licz­kach pły­nęły łzy. Trzy­mał twarz w dło­niach i lekko ki­wał się w przód i w tył. Wi­śniew­ski przy­su­nął so­bie krze­sło i usiadł obok Łu­ka­sza. Nic nie mó­wił. Nie wie­dział, co ma mó­wić, choć w po­dob­nej sy­tu­acji był już kilka razy i za­wsze miał przy­go­to­waną ja­kąś prze­mowę. Ale co po­wie­dzieć ko­muś, kto za­wo­dowo zaj­muje się ła­pa­niem po­ry­wa­czy? Usły­szał przed drzwiami głosy i ja­kieś po­ru­sze­nie.

- To tu­taj? - za­py­tał ktoś.

- Tak, tak. Tu miesz­kają - od­po­wie­dział ko­biecy głos.

Drzwi do miesz­ka­nia się otwo­rzyły i we­szło dwóch pra­cow­ni­ków po­go­to­wia, siłą wy­py­cha­jąc na ze­wnątrz wścib­ską są­siadkę.

- Wi­tam. - Le­karz pod­szedł do ko­mi­sa­rza i po­dał mu dłoń. - Ko­le­dzy nas pro­sili, że­by­śmy spraw­dzili, czy ni­komu nic się nie stało.

- A co z tym... na dole?

- Za­brali go. Po­je­chali z nim od razu na psy­chia­tryczny, kom­pletna ka­ta­to­nia - mach­nął ręką. - A jak on się trzyma?

Ro­bert po­krę­cił głową bez słowa. Le­karz wes­tchnął i przy­klęk­nął przy Łu­ka­szu.

- Te ko­lana trzeba opa­trzyć.

- Zo­staw. - Łu­kasz miał ochotę go ude­rzyć.

- Pa­nie, jak wda się za­ka­że­nie, to ni­komu nie po­mo­żesz. - Od­wró­cił się w stronę sa­ni­ta­riu­sza i kiw­nął ręką, żeby po­dał mu torbę. Roz­darł Łu­ka­szowi spodnie do ud i za­czął oglą­dać rany.

- Trzeba po­dać za­strzyk prze­ciw­tęż­cowy. - Le­karz się pod­niósł i wy­mow­nie spoj­rzał na po­li­cjanta. Ten od­po­wie­dział lek­kim ski­nie­niem głowy na znak, że ro­zu­mie. - Młody, daj mi... wiesz, ten na tę­żec. Tak, ten.

Kiedy ro­bili mu za­strzyk, na­wet nie drgnął. Cze­kał na po­ja­wie­nie się szefa, wo­lał mieć przy so­bie swo­ich lu­dzi. Le­karz koń­czył za­kła­dać opa­tru­nek, gdy drzwi do miesz­ka­nia gwał­tow­nie się otwo­rzyły i wszedł do niego wy­soki i kom­plet­nie łysy fa­cet, który apa­ry­cją przy­po­mi­nał au­ten­tycz­nego ban­dziora. Za nim wbiegł To­masz Ko­to­wicz.

- Ra­fał Bren­ner - po­dał dłoń ko­mi­sa­rzowi.

- Ro­bert Wi­śniew­ski. - Uścisk dłoni szefa Łu­ka­sza był mor­der­czy.

- Co usta­li­li­ście?

- Chodźmy do kuchni.

- Do­brze. Ko­to­wicz, zaj­mij się Łu­ka­szem.

We­szli do kuchni i sta­nęli przy oknie, z któ­rego roz­po­ście­rał się wi­dok na osie­dle. Brama była wciąż otwarta, wo­kół bie­gali po­li­cjanci. Na alej­kach stał spory tłu­mek ga­piów.

- Ci "ob­ser­wa­to­rzy" nie są nam po­trzebni. - Bren­ner wska­zał na są­sia­dów.

- Wiem, ko­lega po­szedł po­wie­dzieć chło­pa­kom, żeby nimi się za­jęli.

- Ma­cie ja­kieś kon­krety?

- Łu­kasz po­dał markę i wy­gląd sa­mo­chodu. Sprawcy mieli ko­mi­niarki, było ich trzech. A, i nie mamy ta­blic re­je­stra­cyj­nych, ale już spraw­dzają mo­ni­to­ring.

Bren­ner kiw­nął głową.

- Z tym są­sia­dem się nie do­ga­damy...

- Ja­kim są­sia­dem?

- Kiedy tu je­cha­li­śmy, udało nam się usta­lić, że pani Meyer zo­stała zwa­biona na dół przez ja­kie­goś są­siada, któ­remu przy­sta­wiono pi­sto­let do głowy. Le­karz mó­wił, że jest w psy­chia­tryku i nie ma z nim kon­taktu. Łu­ka­szowi... - ści­szył głos - po­dano coś na uspo­ko­je­nie.

- Do­brze. Bar­dzo do­brze. Nie­stety, bę­dziemy mu­sieli go tro­chę prze­ma­glo­wać. Od jego ze­znań za­leży naj­wię­cej.

Do kuchni wszedł zdy­szany Ma­licki. Po­dał dłoń Bren­ne­rowi i prze­szedł do kon­kre­tów.

- Na mo­ni­to­ringu wi­dać ta­blice jak na dłoni, ale spraw­dzi­li­śmy w ba­zie...

- I co?

- Są kra­dzione. Kra­dzież zgło­szono mie­siąc temu.

- Bo to byli za­wo­dowcy, dur­niu. - W drzwiach stał blady Łu­kasz, z tyłu pod­trzy­my­wał go To­mek. Był prze­brany w szary dres i wy­glą­dał, jakby za­raz miał umrzeć.

- Usiądź. - Bren­ner pod­su­nął mu krze­sło.

Usie­dli wszy­scy.

- Ile wi­dzia­łeś? - Szef nie za­mie­rzał cze­kać na co­kol­wiek.

- Sta­łem przy oknie i zdo­ła­łem zo­ba­czyć, jak za­kła­dają jej czarny kap­tur na głowę. I jak od­jeż­dżają... nic wię­cej. Po­bie­głem za nimi, ale to było bez sensu. Po­li­cja przy­je­chała za­raz, na­wet nie wiem, kto ich we­zwał.

- Mó­wisz, że to za­wo­dowcy?

- Oczy­wi­ście. Gdyby pan wi­dział, jak spraw­nie to ro­bili... - Krę­cił głową, ale nieco spo­wol­nio­nymi ru­chami.

- Każdy szcze­gół jest ważny, Łu­kasz. - Szef ni­gdy nie zwra­cał się do nich po imie­niu. - Chcę wie­dzieć wszystko.