Niebezpieczna obsesja. Czaplińska i Maciejka. Tom 3 - Małgorzata Rogala

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Jak co dzień, o szó­stej rano Flo­ren­tyna Staw­ska była już na no­gach. Lu­biła wcze­śnie wsta­wać, by wy­pić kawę bez po­śpie­chu i prze­czy­tać kilka roz­dzia­łów po­wie­ści, ale przede wszyst­kim na­pa­wać się ci­szą, świa­tem wol­nym od ha­łasu, pędu, nad­miaru bodź­ców. Za­zwy­czaj sie­działa na ka­na­pie i przez czter­dzie­ści mi­nut od­da­wała się lek­tu­rze, jed­nak tego dnia Flo­ren­tyna nie się­gnęła po książkę. Stała z fi­li­żanką w dło­niach przy ku­chen­nym oknie pod sko­śnym su­fi­tem i wo­dziła oczami po oko­licy. W nocy znów spadł śnieg. Gruba war­stwa bia­łego pu­chu otu­lała drzewa oraz krzewy, po­kry­wała chod­nik i da­chy bu­dyn­ków. Przed po­se­sją po dru­giej stro­nie ulicy roz­bły­sła ża­rówka. W jej świe­tle Staw­ska zo­ba­czyła po­stać w swe­trze i rę­ka­wi­cach. To syn są­sia­dów przy­niósł ło­patę i za­czął od­śnie­żać te­ren przed bramą. Wkrótce na ze­wnątrz po­ja­wili się pierwsi prze­chod­nie. Oku­tani w cie­płą odzież, w czap­kach na­cią­gnię­tych na brwi i ze wzro­kiem wbi­tym w czubki bu­tów, stą­pali ostroż­nie po sku­tej mro­zem po­kry­wie, by unik­nąć upadku. Byli jed­nak i tacy, któ­rzy po­dzi­wiali baj­kowy kra­jo­braz. Flo­ren­tyna od­pro­wa­dziła spoj­rze­niem dwie dziew­czyny z roz­pusz­czo­nymi wło­sami, które szły w roz­pię­tych płasz­czach, z sza­li­kami nie­dbale za­wi­nię­tymi wo­kół szyi, ma­jąc za nic spa­da­jące im na po­liczki i nos płatki śniegu. Kiedy znik­nęły za ro­giem, Staw­ska po­my­ślała, że mia­sto już bu­dzi się ze snu. Wkrótce świat znów za­cznie pę­dzić, a w uszy we­drze się wszech­obecny gwar. Na szczę­ście z dala od ci­chej, wą­skiej ulicy na Ocho­cie, gdzie te­raz miesz­kała, po tym, jak wraz z mę­żem od­wa­żyła się za­ry­zy­ko­wać, by speł­nić swoje ma­rze­nie.

Flo­ren­tyna po­cho­dziła z ro­dziny, w któ­rej dbano o edu­ka­cję, zna­jo­mość ję­zy­ków ob­cych i oby­cie z kul­turą. Je­dyna córka mu­ze­al­niczki i kon­ser­wa­tora za­byt­ków uwa­żała za oczy­wi­ste, że bę­dzie stu­dio­wać hi­sto­rię sztuki. W po­ło­wie trze­ciego roku po­znała Le­ona, syna ma­larki i gra­fika. To była mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia. Po obro­nie prac ma­gi­ster­skich oboje zo­stali na uczelni. Przez dłu­gie lata wy­kła­dali, pi­sali ar­ty­kuły do pe­rio­dy­ków oraz tek­sty do pu­bli­ka­cji po­pu­la­ry­zu­ją­cych wie­dzę o słyn­nych ar­ty­stach, by­wali na wy­sta­wach, jeź­dzili po Eu­ro­pie, zwie­dza­jąc mu­zea, cie­sząc oczy cu­dami ar­chi­tek­tury i za­pie­ra­ją­cymi dech w pier­siach pej­za­żami. Pro­wa­dzili kro­niki po­dróży, gdzie oprócz zdjęć wkle­jali wi­do­kówki, bi­lety wstępu do obiek­tów, fol­dery re­kla­mowe i od­ręczne no­tatki; ta szcze­gólna ko­lek­cja póź­niej za­owo­co­wała wy­da­niem se­rii po­rad­ni­ków dla wiel­bi­cieli łą­cze­nia tu­ry­styki z po­dzi­wia­niem piękna. Ro­bili to rów­nież wtedy, gdy na świat przy­szły ich dzieci: naj­pierw Ja­kub, a póź­niej Ad­rianna. Ro­dzeń­stwo, od na­ro­dzin ob­cu­jące z dzie­łami sztuki, po­szło w ślady matki i ojca. Syn po stu­diach za­czął pra­co­wać w jed­nym z do­mów au­kcyj­nych, córka zaś zdo­by­wała prak­tykę jako kon­ser­wa­torka ma­lar­stwa. Wtedy Flo­ren­tyna i Leon po­sta­no­wili zre­ali­zo­wać pra­gnie­nie po­sia­da­nia domu wy­peł­nio­nego ob­ra­zami i za­byt­ko­wymi przed­mio­tami, które mo­gliby po­dzi­wiać nie tylko człon­ko­wie ro­dziny, ale rów­nież inni lu­dzie. Wkrótce do Staw­skich uśmiech­nął się los. Zna­joma z biura nie­ru­cho­mo­ści dała im znać, że mia­sto wy­sta­wiło na sprze­daż willę na Ocho­cie. W prze­targu nie cho­dziło o to, kto da wię­cej, bo­wiem cena już była usta­lona, ale o spo­sób wy­ko­rzy­sta­nia wie­ko­wego bu­dynku. Mał­żon­ko­wie zło­żyli ofertę, przed­sta­wia­jąc swoje plany stwo­rze­nia ga­le­rii sztuki, i wy­grali. Po­zo­stało zdo­być pie­nią­dze. Przy­dały się zna­jo­mo­ści wśród lu­dzi spon­so­ru­ją­cych mu­zea. Staw­scy sprze­dali miesz­ka­nie na Żo­li­bo­rzu, resztę zaś po­ży­czył im Ob­licki, je­den z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Pol­sce, fi­lan­trop i me­ce­nas sztuki, dar­czyńca. Flo­ren­tyna i Leon za­miesz­kali na pod­da­szu, a pię­tro i par­ter prze­zna­czyli na eks­po­zy­cję ob­ra­zów, me­bli oraz przed­mio­tów de­ko­ra­cyj­nych, ta­kich jak ze­gary, lampy, ce­ra­mika i szkło, ko­lek­cjo­no­wa­nych przez nich sa­mych oraz odzie­dzi­czo­nych po przod­kach.

O ga­le­rii Ska­ra­be­usz za­częło być gło­śno za sprawą kilku wy­wia­dów w pra­sie, te­le­wi­zji i me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Ro­sła liczba zwie­dza­ją­cych, a także na­pły­wały prośby o udo­stęp­nia­nie wnętrz willi na ka­me­ralne kon­certy, spo­tka­nia z au­to­rami ksią­żek, wy­kłady na te­mat ży­cia i twór­czo­ści mi­strzów ma­lar­stwa oraz to­wa­rzy­szą­cych im pro­jek­cji fil­mów. Po pew­nym cza­sie ga­le­ria Le­ona i Flo­ren­tyny stała się jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych miejsc na ma­pie kul­tury w War­sza­wie i obo­wiąz­ko­wym punk­tem na li­ście obiek­tów do zwie­dza­nia dla tu­ry­stów. Go­ście przy­by­wali każ­dego dnia, chęt­nych do wy­na­ję­cia sal nie bra­ko­wało, pie­nią­dze pły­nęły wart­kim stru­mie­niem, po­zwa­la­jąc wła­ści­cie­lom Ska­ra­be­usza na pierw­sze za­kupy w celu po­więk­sze­nia ko­lek­cji. Suk­ces spra­wił, że mał­żon­ko­wie za­częli roz­wa­żać zor­ga­ni­zo­wa­nie wy­stawy cza­so­wej. Po przej­rze­niu swo­ich zbio­rów oraz wzię­ciu pod uwagę tych znaj­du­ją­cych się w rę­kach zna­jo­mych ko­lek­cjo­ne­rów, Staw­scy zde­cy­do­wali się na eks­po­zy­cję pod ha­słem: "Im­pre­sjo­nizm i re­alizm w ma­lar­stwie pol­skim". Pod­jąw­szy de­cy­zję, za­częli od ro­ze­sła­nia in­for­ma­cji o swo­ich za­mia­rach do wła­ści­cieli ob­ra­zów wraz z py­ta­niem o moż­li­wość wy­po­ży­cze­nia dzieł. Na od­po­wie­dzi Flo­ren­tyna i Leon nie cze­kali zbyt długo, bo­wiem ich po­mysł spo­tkał się z en­tu­zja­zmem. Za­gwa­ran­to­wano im mię­dzy in­nymi ob­razy Gie­rym­skiego, Cheł­moń­skiego, Pan­kie­wi­cza, a także Bo­znań­skiej, Me­hof­fera i Wy­czół­kow­skiego, oraz kilka akwa­reli Jó­zefa Fa­łata, co ra­zem z płót­nami, które wy­brali Staw­scy ze swo­jej ko­lek­cji, da­wało liczbę pra­wie trzy­dzie­stu dzieł.

Przy­go­to­wa­nia ru­szyły pełną parą, a kiedy w dru­giej po­ło­wie li­sto­pada więk­szość spraw była za­ła­twiona, Staw­ska zo­ba­czyła na stro­nie in­ter­ne­to­wej jed­nego z cza­so­pism na­gra­nie wy­wiadu z Paw­łem Ko­ło­dziej­czy­kiem. Roz­mowa miała miej­sce dwa mie­siące wcze­śniej i to­czyła się w biu­rze, gdzie wła­ści­ciel księ­garni dzie­lił się z wi­dzami opo­wie­ścią o mi­ło­ści do li­te­ra­tury, wspo­mi­nał po­czątki swo­jej dzia­łal­no­ści i po­rów­ny­wał sy­tu­ację na rynku księ­gar­skim wtedy oraz obec­nie. Uchy­lił także rąbka ta­jem­nicy zwią­za­nej z pla­nami roz­woju biz­nesu, ujaw­nił co nieco na te­mat ży­cia oso­bi­stego oraz przy­znał się do za­in­te­re­so­wań zwią­za­nych ze sztuką, nad­mie­nia­jąc o ko­lek­cji dzieł ma­lar­stwa, którą stop­niowo po­więk­szał. Pod­czas na­gra­nia Ko­ło­dziej­czyk sie­dział na ka­na­pie, zaś nad jego głową wi­siało opra­wione płótno. W pew­nym mo­men­cie męż­czy­zna pod­niósł na nie wzrok i do­dał, że jest to jego naj­now­szy na­by­tek.

Flo­ren­tyna od razu za­uwa­żyła mie­niące się ko­lo­rami ma­lo­wi­dło. Słu­cha­jąc wy­wiadu z księ­ga­rzem, wpa­try­wała się z na­pię­ciem w Ko­bietę z or­chi­deą pędzla Gu­stave'a Co­ur­beta, nie wie­rząc wła­snym oczom. Na­stęp­nie po­ka­zała na­gra­nie mę­żowi. Staw­scy przez kilka dni za­sta­na­wiali się, czy na­pi­sać do męż­czy­zny wia­do­mość z prośbą o wy­po­ży­cze­nie ob­razu, który byłby perłą wy­stawy, bio­rąc pod uwagę, że jego twórcę uzna­wano za naj­wy­bit­niej­szego przed­sta­wi­ciela re­ali­zmu. To wła­śnie fran­cu­ski ma­larz pierw­szy użył tego słowa na okre­śle­nie no­wego trendu w sztuce, który po­le­gał na ze­rwa­niu z ide­ali­zo­wa­niem świata i pre­zen­to­wa­niu rze­czy­wi­sto­ści taką, jaka była, po­dej­mo­wa­niu te­ma­tów po­ka­zu­ją­cych co­dzienne ży­cie lu­dzi, ich pro­blemy, pracę, wy­po­czy­nek, świę­to­wa­nie, więź czło­wieka z na­turą.

- Nie mia­łam po­ję­cia, że Ko­bieta z or­chi­deą jest w Pol­sce - po­wie­działa Flo­ren­tyna, wciąż oszo­ło­miona. - Szkoda, że wcze­śniej nie tra­fi­łam na ten wy­wiad.

- Tra­fi­łaś w samą porę, jesz­cze zdą­żymy umie­ścić ob­raz w ka­ta­logu - zri­po­sto­wał Leon.

- Wąt­pię, czy Ko­ło­dziej­czyk nam go po­ży­czy. To czło­wiek spoza branży, może nas nie znać.

- Nie wia­domo. Skoro ko­lek­cjo­nuje ma­lar­stwo, na pewno ob­ser­wuje ry­nek sztuki. - Staw­ski po­tarł czoło w za­my­śle­niu. - Nie mamy nic do stra­ce­nia, naj­wy­żej nam od­mówi - stwier­dził po chwili i jesz­cze tego sa­mego wie­czoru wy­słał ma­ila ze służ­bo­wego konta.

Od tam­tego czasu mi­nęło dzie­sięć dni i Staw­scy nie do­stali od­po­wie­dzi od Ko­ło­dziej­czyka. Flo­ren­tyna stra­ciła na­dzieję, że uda im się zdo­być płótno Co­ur­beta na wy­stawę.

***

Tego dnia Pa­weł Ko­ło­dziej­czyk znów wy­szedł wcze­śniej do pracy, mimo że jako wła­ści­ciel firmy nie mu­siał sta­wiać się w biu­rze mię­dzy ósmą a dzie­wiątą, wzo­rem pod­wład­nych. Kiedy Wik­to­ria rzu­ciła mu w przed­po­koju py­ta­jące spoj­rze­nie, wzru­szył ra­mio­nami i przy­po­mniał, że jak się ma wła­sny biz­nes, za­wsze jest coś do zro­bie­nia lub do­pil­no­wa­nia, zwłasz­cza te­raz gdy za­mie­rzał otwo­rzyć ko­lejne punkty od­bioru za­mó­wień i wejść na ry­nek au­dio­bo­oków. Od sied­miu lat Pa­weł pro­wa­dził z po­wo­dze­niem księ­gar­nię in­ter­ne­tową, sta­jąc się co­raz bar­dziej zna­czą­cym gra­czem na rynku. Wy­cho­wany wraz z ro­dzeń­stwem przez czy­ta­ją­cych ro­dzi­ców, któ­rzy pod­su­wali swoim dzie­ciom cie­kawe lek­tury i roz­wi­jali mi­łość do słowa dru­ko­wa­nego, Ko­ło­dziej­czyk, mimo że skoń­czył stu­dia na wy­dziale mar­ke­tingu i re­klamy, mi­mo­wol­nie kie­ro­wał swoją ka­rierą w taki spo­sób, by za­wo­dowo zaj­mo­wać się książ­kami. Po obro­nie pracy ma­gi­ster­skiej do­stał etat w jed­nym z war­szaw­skich wy­daw­nictw. Przez dzie­sięć lat zdo­by­wał do­świad­cze­nie naj­pierw w dziale pro­mo­cji, na­stęp­nie han­dlo­wym, na­wią­zu­jąc i pie­lę­gnu­jąc kon­takty z ludźmi z branży. Prze­pra­co­waw­szy tam de­kadę, uznał, że pora pójść na swoje.

- Mu­szę pod­go­nić z pa­pie­rami - od­po­wie­dział part­nerce po chwili mil­cze­nia, cho­ciaż nie mu­siał się tłu­ma­czyć.

- Kiedy po­ga­damy o nas?

- Wie­czo­rem? - spy­tał, choć nie miał ochoty na roz­mowę. Wie­dział, o co cho­dzi Wik­to­rii, chciała de­kla­ra­cji i ko­lej­nego kroku, któ­rego on nie za­mie­rzał uczy­nić. Wresz­cie mu­siał jej o tym po­wie­dzieć wprost. - Idę. - Po­ca­ło­wał ją w usta. - O tej po­rze w fir­mie jesz­cze jest spo­kój, nikt mi nie za­wraca głowy, te­le­fon nie dzwoni.

W za­sa­dzie nie kła­mał. Na­prawdę wy­ko­rzy­sty­wał po­ranki na za­ła­twie­nie za­le­gło­ści: ana­lizę rynku wy­daw­ni­czego, lek­turę ma­ili, od­pi­sy­wa­nie na oferty współ­pracy. Rzecz w tym, że do nie­dawna, je­śli była po­trzeba, zmu­szał się do wsta­wa­nia dwie go­dziny wcze­śniej niż zwy­kle, na­to­miast te­raz bu­dził się sam o świ­cie i już nie mógł za­snąć. Prze­wra­cał się z boku na bok, roz­trzę­siony, i my­ślał o Ko­bie­cie z or­chi­deą. Nie po­tra­fiąc za­pa­no­wać nad nie­po­ko­jem i po­skro­mić wy­obraźni, która w ta­kich mo­men­tach pod­su­wała mu nie­chciane sce­na­riu­sze tego, co mo­gło się zda­rzyć, po­sta­no­wił cał­ko­wi­cie sku­pić się na pracy, do­póki nie znaj­dzie roz­wią­za­nia swo­jego pro­blemu. Tak było i tego dnia.

W dro­dze do biura my­ślał o Wiki. Po­zo­sta­wało kwe­stią czasu, kiedy się roz­staną, bo że tak bę­dzie, Ko­ło­dziej­czyk nie ży­wił wąt­pli­wo­ści. Może ko­bieta po­dej­mie de­cy­zję przed świę­tami? Miała dość ich związku w obec­nej for­mie i co­raz czę­ściej to wer­ba­li­zo­wała. Każda z ko­biet Pawła prę­dzej czy póź­niej od­cho­dziła, on zaś ich nie za­trzy­my­wał. Za­rzu­cały mu nie­czu­łość, po­nie­waż nie umiał cał­ko­wi­cie się otwo­rzyć, nie był za­zdro­sny, nie ro­bił pro­blemu z drob­no­stek, trak­to­wał part­nerki jak przy­ja­ciółki, z któ­rymi może miło spę­dzić czas: po­ga­dać, obej­rzeć film, ra­zem coś ugo­to­wać lub zjeść w re­stau­ra­cji, upra­wiać seks. Paw­łowi nie za­le­żało na bu­do­wa­niu re­la­cji, wy­star­czał mu sta­tus quo. Za­wsze przy­cho­dził mo­ment, gdy one za­czy­nały zda­wać so­bie z tego sprawę. Na po­czątku cier­pli­wie cze­kały i jesz­cze bar­dziej za­bie­gały o jego względy, póź­niej po­dej­rze­wały go o nie­wier­ność, na­stęp­nie za­czy­nały gro­zić roz­sta­niem. I wresz­cie pa­ko­wały wa­lizki.

Wcho­dząc do ga­bi­netu, Ko­ło­dziej­czyk na­brał pew­no­ści, że roz­mowa, któ­rej do­maga się Wik­to­ria, bę­dzie z ga­tunku tych po­że­gnal­nych. Za­wład­nęły nim wy­rzuty su­mie­nia, które stłu­mił, uświa­da­mia­jąc so­bie, że ni­gdy ni­czego jej nie obie­cy­wał, nie snuł z nią pla­nów na przy­szłość, nie wy­zna­wał mi­ło­ści. Od po­czątku do końca był szczery. To ona stwo­rzyła w wy­obraźni coś, co nie ist­niało. Pa­weł po­ło­żył teczkę na fo­telu, zdjął płaszcz i skie­ro­wał kroki do biu­ro­wej kuchni, by za­pa­rzyć po­dwójne espresso. Po­tem wró­cił do sie­bie i włą­czył kom­pu­ter. Cze­ka­jąc, aż sys­tem po­bie­rze ak­tu­ali­za­cje, siadł na jed­nej z dwóch ka­nap. Po­pi­ja­jąc kawę ma­łymi ły­kami, za­wie­sił wzrok na ob­ra­zie zdo­bią­cym prze­ciw­le­głą ścianę. Było to płótno pędzla Gu­stave'a Co­ur­beta przed­sta­wia­jące frag­ment plaży i roz­ko­ły­sane mo­rze. Spo­mię­dzy spie­nio­nych fal wy­ła­niała się po­stać dłu­go­wło­sej bru­netki, która po­chy­lała głowę ku trzy­ma­nej w dłoni or­chi­dei. Dziew­czyna ro­bi­łaby wra­że­nie roz­ma­rzo­nej, błą­dzą­cej my­ślami da­leko od miej­sca, w któ­rym się znaj­duje, gdyby nie spoj­rze­nie rzu­cane spod rzęs w stronę wi­dza. Oto­czona wodą mie­niącą się od­cie­niami tur­kusu i szma­ragdu, młoda ko­bieta sta­piała się z ży­wio­łem, sta­no­wiła ele­ment na­tury, była pier­wotną siłą, uoso­bie­niem zmy­sło­wo­ści, obiet­nicą. Ob­raz pul­so­wał ener­gią, wzbu­dzał emo­cje, wy­wo­ły­wał tę­sk­notę za Ja­śminą.

Kiedy Ko­ło­dziej­czyk pierw­szy raz zo­ba­czył fo­to­gra­fię dzieła, prze­glą­da­jąc nowo wy­daną bio­gra­fię twórcy re­ali­zmu, nie mógł otrzą­snąć się z szoku. Ma­lo­wi­dło przed­sta­wiało jego zmarłą żonę, którą wciąż wi­dy­wał w snach, ale nie tylko; jej ob­raz wy­świe­tlał się Paw­łowi pod po­wie­kami, za­równo gdy męż­czy­zna za­pa­dał w stan re­laksu, jak i w mo­men­cie naj­więk­szego sku­pie­nia. To­wa­rzy­szyło mu uczu­cie, że Ja­śmina stoi nie­opo­dal, pa­trzy z czu­ło­ścią i szep­cze słowa, któ­rych on nie może zro­zu­mieć. W ta­kich chwi­lach Pa­weł za­sty­gał w miej­scu, po­ra­żony bó­lem, nie­zdolny do za­czerp­nię­cia po­wie­trza za sprawą nie­wi­dzial­nych ma­cek ści­ska­ją­cych mu serce i gar­dło. W al­bu­mie przy zdję­ciu dzieła wid­niała in­for­ma­cja, że płótno znaj­duje się w rę­kach pry­wat­nych, więc Ko­ło­dziej­czyk po­sta­no­wił usta­lić dane wła­ści­ciela i na­kło­nić go do sprze­daży ory­gi­nału. Po­świę­cił po­nad dwa lata na po­szu­ki­wa­nia, bez po­wo­dze­nia.

Prze­łom na­stą­pił wkrótce po tym, jak Pa­weł za­ak­cep­to­wał po­rażkę. Pół­tora mie­siąca póź­niej po­je­chał do Frank­furtu na Targi Książki. W pro­gra­mie prze­wi­dziano se­mi­na­rium dla wy­daw­ców i księ­ga­rzy. Or­ga­ni­za­to­rzy ofe­ro­wali, oprócz wy­kła­dów i pa­neli dys­ku­syj­nych, rów­nież wy­cieczki do kilku in­sty­tu­cji nie­miec­kiego rynku książki w Ber­li­nie i Mo­na­chium. W sto­licy Ba­wa­rii Ko­ło­dziej­czyk, prze­cho­dząc obok domu au­kcyj­nego, zo­ba­czył przed wej­ściem pla­kat z ogło­sze­niem o li­cy­ta­cji ob­ra­zów i po­prze­dza­ją­cej ją wy­sta­wie przedauk­cyj­nej. Pa­weł in­te­re­so­wał się sztuką i miał ko­lek­cję dzieł, którą po­więk­szał w miarę moż­li­wo­ści, dla­tego zre­zy­gno­wał z jed­nego z punk­tów pro­gramu tar­gów, by obej­rzeć ofe­ro­wane na sprze­daż płótna. Po wej­ściu do bu­dynku na wi­dok ob­ra­zów otwo­rzył sze­roko oczy ze zdu­mie­nia. Były tam dzieła ta­kich mi­strzów, jak Rem­brandt, Vin­cent van Gogh, Ca­mille Pis­sarro, Al­brecht Dürer, Claude Mo­net, Au­gu­ste Re­noir, Al­fred Si­sley, Egon Schiele, Oskar Ko­ko­schka i Gu­stave Co­ur­bet. Pa­weł cho­dził od ściany do ściany, za­chwy­cony, aż zo­ba­czył Ko­bietę z or­chi­deą. Na­gle za­bra­kło mu tchu w pier­siach i po­ciem­niało w oczach, krew za­częła szyb­ciej krą­żyć w jego ży­łach. Tyle po­szu­ki­wań, po­my­ślał, i nic, a te­raz miał ją przed sobą. Roz­e­mo­cjo­no­wany, uznał, że nic nie dzieje się przy­pad­kiem i wszystko ma swój czas. Utwier­dził się w tym prze­ko­na­niu, gdy zdał so­bie sprawę, że au­kcja bę­dzie miała miej­sce za dwa dni. Ko­ło­dziej­czyk po­sta­no­wił prze­dłu­żyć po­byt w Mo­na­chium, żeby wziąć w niej udział. W ho­telu wszedł na stronę in­ter­ne­tową domu au­kcyj­nego i za­po­znał się z jego hi­sto­rią, na­stęp­nie wy­słał swoje zgło­sze­nie. Wszystko po­szło po jego my­śli i nie­ba­wem wró­cił z Nie­miec jako szczę­śliwy po­sia­dacz Ko­biety z or­chi­deą. Kiedy do­star­czono ob­raz, po­cząt­kowo po­wie­sił go w sa­lo­nie, jed­nak wkrótce prze­niósł do ga­bi­netu w fir­mie, gdzie spę­dzał znacz­nie wię­cej czasu niż w domu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki