Rozdział 1
Czwartek
- K1! Na ulicy. Uraz, potrącenie, oddycha, nieprzytomny, czterdzieści lat, NN.
Krzysiek nie zdążył nawet odczytać treści SMS-a, gdy alarm na podstacji oznajmił konieczność wyjazdu. Kod pilności K1 oznaczał, że karetka ma minutę na wyjazd. Sześćdziesiąt sekund do pełnej mobilizacji w środku nocy.
- Do kasty! - krzyknął Tomek, pierwszy ratownik.
To on w tym zespole był osobą decyzyjną. Andrzej, drugi ratownik, wskoczył na miejsce kierowcy. Uruchomił silnik i czekał na ostatnie trzaśnięcie drzwiami. Sekundę później je usłyszał, obejrzał się za siebie, żeby sprawdzić, czy Krzysiek na pewno siedzi w karetce, i ruszył.
- E zero jeden zero cztery wyjazd! - Dokładnie w tym samym momencie pierwszy ratownik zgłosił dyspozytorowi fakt opuszczenia podstacji.
- Na miejscu za pięć... Za cztery minuty! - zameldował Andrzej.
Cztery minuty. Tylko tyle dzieliło Krzyśka od jego pierwszej prawdziwej interwencji. Był żółtodziobem. Studentem, który w ramach praktyki zawodowej przygotowywał się do pracy na ulicy. Nie zdążył nawet zastanowić się nad tym, co powinien zrobić zaraz po przyjeździe na miejsce, kiedy usłyszał kolejny komunikat:
- Trzy.
Wziął głęboki oddech, by pozbyć się nieprzyjemnego napięcia.
Nigdy nie skakał ze spadochronem, ale mógłby się założyć, że wszyscy spadochronowi debiutanci czuli się tak samo jak on teraz.
Wiedział, że za mniej niż trzy minuty otworzą się drzwi, a on będzie musiał skoczyć. Czy był do tego gotowy? Czy dobrze wybrał? Czy wystarczająco dużo trenował "na sucho"?
Pytania go przytłaczały, ale nie było odwrotu. Samolot znajdował się w powietrzu, a jeden błąd mógł kosztować życie. Nie jego, ale tego czterdziestolatka, który nieprzytomny czeka na pomoc. To nie był dobry czas na szczeniackie dylematy.
Łagodne hamowanie sprawiło, że Krzysiek zerknął za okno. Wjeżdżali właśnie na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Nieliczne samochody, które mijali, zwalniały i zjeżdżały na bok. Krzysiek nawet nie próbował sobie wyobrazić, jak taki przejazd wygląda w środku dnia podczas komunikacyjnego szczytu.
Nagle czarne BMW usiłujące wymusić pierwszeństwo wyskoczyło z prawej strony. Andrzej odbił gwałtownie w lewo i wjechał na przeciwległy pas ruchu. Kanapka, którą Krzysiek zjadł godzinę wcześniej, podeszła mu do gardła.
Wyjąca syrena utrudniała koncentrację, a poziom adrenaliny rósł z każdą sekundą.
- Minuta!
Krzysiek spiął wszystkie mięśnie i omiótł wzrokiem karetkę. Wszystko było na swoim miejscu, gotowe do użycia. Nie wiedział, co zastanie na miejscu. Serce człowieka, który pięć minut temu jeszcze oddychał, mogło właśnie się zatrzymać.
- Ja plecak i opatrunki, Andrzej kołnierz i deska, Krzysiek szyny! - zarządził pierwszy ratownik.
- Szyny - powtórzył Krzysiek i upewnił się, że wie, gdzie leżą.
"W karetce liczy się logiczne myślenie i jednocześnie jego brak" - tak powtarzał jeden z wykładowców, ale dopiero teraz do Krzyśka dotarł sens pozornie absurdalnego stwierdzenia.
Ratownik musiał myśleć logicznie, by po przybyciu na miejsce prawidłowo ocenić sytuację. Prawidłowa ocena była niezbędna do podjęcia decyzji, co zrobić. Potem następował etap instynktownego działania - już nie było czasu na myślenie. Czasem sekundy decydowały o tym, czy ktoś przeżyje.
- E zero jeden zero cztery u pacjenta - zameldował przez radio Tomek.
Krzysiek złapał szyny. Drzwi od karetki otworzyły się, a on zobaczył za nimi przerażającą ciemność. Zrobił pierwszy krok, potem drugi. Jak zahipnotyzowany podążał za głosami ratowników. Światła karetki oświetlały poszkodowanego. Dopiero jego widok otrzeźwił Krzyśka.
- Halo, słyszy mnie pan? - Pierwszy ratownik rozpoczął realizację schematu ABC.
Akronim mnemotechniczny ABC ułatwiał nowicjuszom zapamiętanie najważniejszych czynności, które należy wykonać podczas udzielania pierwszej pomocy. ABC. A jak "Airways", czyli udrożnienie dróg oddechowych; B jak "Breath", czyli sztuczne oddychanie; C jak "Circulation" - sprawdzenie oznak krążenia. Krzysiek wiedział, co trzeba zrobić, ale czuł, że nie jest w stanie się ruszyć.
Na poboczu leżał mężczyzna. Prawdziwy mężczyzna, nie fantom do ćwiczeń. Prawdziwa była też krew spływająca po jego opuchniętej twarzy. Nie odpowiadał na próby nawiązania z nim kontaktu.
- Krzysiek! Podejdź do głowy i zluksuj żuchwę.
Zluksuj żuchwę. Słyszał to tyle razy, jednak nigdy nie zrobił tego żywemu człowiekowi. Ręce mu się trzęsły. Starał się wyłączyć myślenie. Musiał działać.
Podszedł po pacjenta. Czołówka oświetliła jego twarz. Za uchem zauważył tatuaż. Wziął głęboki oddech, przesunął żuchwę poszkodowanego do przodu i ku górze, a w momencie, w którym dolne zęby znalazły się przed przednimi zaczął liczyć, błagalnie wpatrując się w klatkę piersiową poszkodowanego.
- Jeden. Dwa. Trzy.
Bardzo chciał zobaczyć ruch. Chciał, żeby mężczyzna zaczął oddychać. Żeby jego pierwszy pacjent przeżył.
???
Długi korytarz, nijaka podłoga i drzwi jako motyw powtarzający się z dużą częstotliwością. Oddział psychiatryczny nie różnił się wyglądem od innych szpitalnych oddziałów: chirurgii, kardiologii czy laryngologii.
Różnił się za to od ciemnych i niepokojących wnętrz przedstawianych w filmach. Lampy sufitowe nie pulsowały hipnotycznie, ciszy nie przerywały przeraźliwe krzyki, a pacjenci nie byli zamknięci w pokojach. Leżeli w łóżkach, rozmawiali ze sobą albo spacerowali po korytarzach, starając się zachować pozory obojętności.
Nikomu się nie spieszyło, tak jakby teren ten został wyjęty spod jurysdykcji czasu. Aleksandra Wilk zawsze to czuła, kiedy zamykała za sobą drzwi oddzielające oddział od reszty świata.
Zwykle tej czynności towarzyszyło niesympatyczne poczucie obowiązku. Tym razem było inaczej. Miała okazję przyjrzeć się temu miejscu oczami gościa i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że teraz - w sierpniu - kiedy słońce rozświetlało sale i korytarze, było tu jeszcze spokojniej niż zwykle.
Minęła młodą kobietę w szlafroku. Nie kojarzyła jej twarzy, co oznaczało, że musiała zostać przyjęta na oddział w ciągu ostatnich dwunastu godzin. Zwykle po przebraniu się w służbowy mundurek zapoznałaby się z kartotekami świeżaków.
- Zwykle... - mruknęła pod nosem i uśmiechnęła się do przechodzącej obok pielęgniarki.
- Dzień dobry.
- Dobry, bardzo dobry - odpowiedziała.
Z satysfakcją odnotowała zdziwione spojrzenie kobiety, lecz zignorowała je. Bez pośpiechu udała się do pokoju lekarskiego. Był pusty.
Usiadła na sofie. Czuła się dziwnie.
- Dziesięć dni wolności - wypowiedziała na głos myśl, która nie dawała jej spokoju. Cieszyła ją i przerażała jednocześnie.
- Olka? Co ty tu robisz? - Olga Brzozowska, psychiatra, weszła do pokoju i rzuciła kartotekę pacjenta na biurko.
Aleksandra nie wiedziała, skąd jej przyjaciółka czerpała energię, ale chętnie poznałaby ten sekret. Olga zawsze miała energii w nadmiarze. Nawet teraz, po kilku godzinach dyżuru.
- Co ja tu robię?
Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Był środek wakacji, właśnie wyprawiła dzieci na obóz harcerski. Zamiast leżeć na plaży, obściskiwać się w łóżku z Krystianem albo oddawać się wciągającej lekturze, siedziała w pracy.
- Relaksuję się. Zapakowanie plecaków dla dwóch małych Wilków to nie takie hop-siup... - Ostatnie słowa podkreśliła odpowiednią mimiką i gestykulacją. Uznała, że oszczędzenie przyjaciółce szczegółów będzie bardziej na miejscu niż opowieść o porannej nerwówce, niekończącej się bieganinie między pokojami a łazienką, sprawdzaniu, czy w plecakach dzieci są stroje kąpielowe, szczoteczki do zębów i majtki, a także o walce o ograniczenie liczby zabieranych słodyczy.
- Relaks na oddziale psychiatrycznym? Bardzo wyszukany sposób spędzania wolnego czasu!
Roześmiały się. Aleksandra uwielbiała Olgę i jej poczucie humoru, przydatne zwłaszcza podczas trudnych rozmów.
- Taka nowa moda. Sofa i miła rozmowa, czego chcieć więcej?
- Rozmowa z psychiatrą bez wcześniejszego umówienia terminu? - Wybuchnęła śmiechem, a chwilę później jej twarz spoważniała. - Dobra, ty mi tu nie picuj, kobieto. Mów, po co przyszłaś! Znowu potrzebujesz recepty?
???
Przemieszczenie się między oddziałem psychiatrycznym a chirurgicznym zajęło doktorowi Sebastianowi Adamczykowi nie więcej niż pięć minut. Zjechał szpitalną windą dwa piętra niżej i znalazł chirurga, z którym przed chwilą rozmawiał przez telefon.
- Cześć, co jest?
- Przypadek dla ciebie. - Janek Nowicki trzymał w ręku kartotekę pacjenta. - Ofiara potrącenia, mężczyzna przywieziony z ulicy. Złamane dwa żebra, problemy z oddychaniem opanowane. Rany opatrzone. Nie wiemy, jak długo był nieprzytomny. Brak świadków wypadku, równie dobrze mógł leżeć na poboczu i godzinę, i trzy. Mocno ograniczony kontakt.
- To znaczy?
- No wiesz... - Chirurg pokręcił głową, wydając dziwne dźwięki. Niby cmokanie, niby siorbanie.
- No nie wiem.
Znał Janka od kilku lat i przyzwyczaił się do jego dziwnego stosunku do psychiatrów. Nie ułatwiał mu tym samym zadania i nie zadawał dodatkowych pytań. Czekał, aż wytłumaczy, po co go wezwał.
- Jest przytomny. Może najlepiej będzie, jak cię do niego zaprowadzę. Sam zobaczysz.
- A co cię zaniepokoiło?
- Facet jest NN. Oczywiście zgodnie z procedurami zawiadomiliśmy policję.
- Ale...?
- Nie ma żadnego ale. Próbowałem z nim rozmawiać. Dopytywałem o nazwisko, miejsce zamieszkania albo dane osoby, którą powinniśmy zawiadomić. Niczego nie pamięta. Widziałem, że stara się coś sobie przypomnieć, ale chwilę później przestał się w ogóle odzywać.
- Wstrząśnienie mózgu?
- Nie sądzę. Myślę, że amnezja. Sprawdź, to twoja działka.
- Neurolog?
- Już poprosiłem o konsultację. Gdyby to było wstrząśnienie, facet nie pamiętałby tylko tego, co się wydarzyło przed samym wypadkiem. Wygląda na to, że jego mózg przeszedł całkowity reset. Uświadomił sobie to po rozmowie ze mną i się zamknął. Zerknij na niego.
Sebastian aż zatarł ręce z radości - od lat pasjonował się tematem amnezji. Niedawno opublikował artykuł o amnezji organicznej, a teraz zbierał materiały do pracy na temat amnezji dysocjacyjnej. Pacjent z chirurgii spadł mu z nieba.
???
- Jestem czysta. Już nie biorę. Przecież wiesz!
Deklaracja Aleksandry wydała się Oldze spójna z tym, co widziała.
Blada cera przyjaciółki miała zdrowy, różowawy odcień. Niebieskie oczy były trochę zmęczone, ale zauważała w nich błysk, którego nie widywała u ludzi uzależnionych od psychotropów. Błysk sygnalizujący chęć przyjmowania niespodzianek, które serwuje nam życie. Bez otępienia. Bez wspomagaczy. Na żywca i na klatę.
Rude, kręcone włosy przyjaciółki jak zwykle prezentowały bardziej twórczy nieład niż ułożoną fryzurę, ale to właśnie one łagodziły poważny wizerunek Aleksandry. Nie skończyła jeszcze trzydziestu sześciu lat, ale życie doświadczyło ją boleśnie nie raz i nie dwa. Pamiątką po zaginięciu i śmierci męża była skłonność do ubierania się jedynie na czarno. Olga pomyślała, że przy pierwszej lepszej okazji muszą wyjść na wspólne zakupy.
- Wiem. Tylko cię sprawdzam. A właściwie i sprawdzam, i martwię się. Nikt o zdrowych zmysłach nie przychodzi do pracy w pierwszym dniu urlopu. Jak długo cię nie będzie?
Olga podeszła do lodówki i wyciągnęła z niej karton soku pomarańczowego. Postawiła go na stoliku blisko sofy. Aleksandra sięgnęła po szklanki.
Pracowały na tym samym oddziale od kilku lat. Kiedyś spotykały się niemalże codziennie. Od czasu, kiedy Aleksandra przeszła na pół etatu, ich spotkania były coraz rzadsze.
- Długo. Udało mi się wyprosić dwa tygodnie. Jak dzieciaki wrócą z obozu, to pojedziemy z nimi jeszcze na trzy dni w góry.
- Pojedziemy? Co ja słyszę? Z informatykiem?
- Tak, z Krystianem - speszyła się Aleksandra. - Przyjaźnimy się.
- Dobra, dobra, ty mi się nie tłumacz. Dorosła jesteś, a każdy dorosły człowiek ma swoje potrzeby. Jako psychiatra powiem ci jeszcze, że jeśli nie realizujesz podstawowych potrzeb, fizjologicznych i psychicznych, to trafisz na ten oddział. Prędzej lub później. I to nie w charakterze personelu medycznego!
Terapia śmiechem. W tym Olga zawsze była dobra. Być może z tego powodu Aleksandra zaprzyjaźniła się z nią w ostatniej klasie liceum. Szybko stały się nierozłączne. Nie rozdzieliły ich nawet studia na zupełnie innych uczelniach.
- Ty, jak rozumiem, realizujesz swoje potrzeby z tym... No, jak miał na imię?
- Kobieto, jeśli nie pamiętasz imienia mojego gacha, to znaczy, że bardzo, ale to bardzo mnie zaniedbałaś!
???
Ilona Drzewiecka dobrze pamiętała dzień, w którym po raz pierwszy usiadła na bogato zdobionym wiktoriańskim fotelu w kancelarii Neumaierów. Już kiedy weszła z ulicy Roosevelta do odrestaurowanej kamienicy, poczuła, że wygraną ma w kieszeni. Zależało jej jednak nie tylko na wygranej. Priorytetem było zniszczenie przeciwniczki.
Przepych tego miejsca kiedyś działał na nią uspokajająco. Nadmiar ornamentyki, ogromne biurko, solidna szafa i przypominające trony fotele - to wszystko upewniało ją w podjętej decyzji. Z tak okazałym wsparciem pokonałaby każdego przeciwnika. Każdego!
Miała wykończyć zagubioną wdowę po swoim bracie i odebrać jej dzieci. Dwójkę małych Wilków, które - z racji tego, że ich ojcem był brat bliźniak Ilony - równie dobrze mogłyby być jej dziećmi.
- Rozumiem pani rozgoryczenie. - Stanisław Neumaier junior, specjalista od prawa rodzinnego i opiekuńczego, był tak samo uśmiechnięty jak wtedy, gdy przyjmował zlecenie. - Pojawiły się jednak okoliczności, które wpłynęły na decyzję sądu.
- Pan mecenas mówił, że z panem i pana kontaktami ani się nie obejrzę, a dzieci będą biegać po moim domu.
- A pani nie poinformowała mnie o wydarzeniach, które postawiły matkę w trudnej sytuacji. Proszę się jednak nie niepokoić. Sąd ustalił, że rodzina Wilków ma być pod nadzorem opieki społecznej. Odsunął jedynie podjęcie decyzji do kolejnej rozprawy.
- Ale obiecywał pan, że już na pierwszej...
- Pani Ilono, jest pani tak mądrą kobietą - przerwał jej. - Proszę wyciszyć emocje. Mieliśmy wgląd jedynie we fragment rzeczywistości. Nieszczęśliwie rozprawa wypadła kilka dni po tym, jak miały miejsce te wszystkie wydarzenia, tak głośno rozpatrywane w mediach. Sędzia nie miał innej możliwości i musiał uznać, że matka znajdowała się w silnie stresującej sytuacji, walczyła o życie swoje i dzieci. Teraz obserwuje ich opieka społeczna. Za trzy tygodnie odbędzie się kolejna rozprawa. Wtedy też okaże się, czy problemy matki miały charakter przejściowy, czy nie.
- Oczywiście, że nie! Ale ona teraz się kontroluje! Udaje idealną matkę, a gdy tylko sąd oddali nasz wniosek...
- Proszę być dobrej myśli.
Ilonie daleko było do dobrych myśli. Jedyny fakt, na którym się teraz skupiała, to ten, że honorarium Neumaiera było zbyt wysokie jak na brak oczekiwanych efektów. Junior miał świetną opinię. Wygrywał każdą sprawę, której się podejmował. Odbierał prawa rodzicielskie matkom i przekazywał kochającym ojcom. Walczył przeciwko dyskryminacji mężczyzn oraz przekonaniu, że najlepszą opiekunką dla dziecka jest zawsze matka.
Ufała mu, ale jednocześnie - gdzieś z tyłu głowy - błąkała jej się myśl, że być może sprawa sprytnej bratowej będzie pierwszą, którą słynny prawnik przegra.
- To co ja mogę teraz zrobić?
- Pani Ilono, jeśli naprawdę zależy pani na tych dzieciach, to obawiam się, że czas na prawdziwą wojnę. Nasza przeciwniczka budzi współczucie, gra na emocjach, a dzieci nie wyglądają na zaniedbane. To trudna sprawa, dlatego musimy zacząć grać ostrzej. Musi być pani czujna. Użyjemy wszystkiego, co będzie można wykorzystać przeciwko matce. Zawsze można znaleźć coś, z czego zbudujemy odpowiednią historię i przechylimy szalę na naszą stronę.
???
- Olga, masz stuprocentową rację. Biję się w piersi. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!
Opowieść Olgi o tym, jak ostatnie tygodnie wyglądały z jej punktu widzenia, sprawiła, że zrobiłam się malutka i zdałam sobie sprawę z tego, że zaniedbałam wiele rzeczy.
Po tym wszystkim, po śmierci Gabriela, skupiłam się na dzieciach. One były dla mnie najważniejsze. Ich spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tylko one mi wtedy zostały. Nie mogłam ich stracić. Zaniedbałam siebie i całe swoje życie.
Olałam najlepszą przyjaciółkę. Lekceważyłam ją, unikałam kontaktu, odsunęłam od siebie i zapomniałam, że przecież nasza relacja była dwustronna. Nawet jeśli w tamtej chwili nie była mi do niczego potrzebna, to być może ja mogłam jej się do czegoś przydać.
- Dobra, bez takich mi tu! Jak się ma ciężko, to się zwraca do przyjaciółki. Nie tylko po to, by wypisała receptę.
I jeszcze te psychotropy. Kolejna wtopa. Właściwie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - chyba poza tym, że ostatnie miesiące były trudne. Ale przecież ona o tym wie, i nie obraziła się na mnie, tylko w swój specyficzny sposób wylewa żale.
To dobrze. Być może dzięki temu naprawimy naszą relację.
- Wiem, Olga, wiem. Dałam ciała, przepraszam. Właśnie dlatego tu dziś przyjechałam. Pomyślałam, że może coś razem zrobimy?
Olga przez chwilę udaje obrażoną, a później uśmiecha się tak szeroko jak kot z Cheshire, moja ulubiona postać z Alicji w Krainie Czarów.
- Mogę zgodzić się na to, że w ramach pokuty się mną zaopiekujesz. Mój facet wyjechał, więc mam mnóstwo wolnego czasu. Zróbmy razem coś fajnego. Szalonego, jak dawniej!
- Coś fajnego? - Mam wątpliwości. Na studencką imprezę jesteśmy za stare. Wyjazd nad morze odpada, spłukałam się na obóz harcerski. - Może kino? Teatr? - proponuję, ale po skrzywionej minie Olgi widzę, że to nie był strzał w dziesiątkę.
Chcę powiedzieć coś, co wymaże złe wrażenie. Szukam w myślach odpowiednio szalonej propozycji, ale mam pustkę. Na szczęście od dalszej konwersacji wybawia mnie dzwoniący telefon.
???
- Halo? - Drżący głos Aleksandry zdradzał napięcie. Bała się, że coś się stało, że autokar, którym jej dzieci jechały na obóz, miał wypadek, albo że ośmioletni Kuba wpadł w histerię i zażądał natychmiastowego powrotu do domu. To był jego pierwszy samodzielny wyjazd. - Halo?
- Aleksandra Wilk z domu Chmielewska?
- Tak, przy telefonie.
- To dobrze. Cześć, Rudzielcu! Poznajesz mnie? - spytał bezczelny męski głos.
Nie poznawała, co sprawiło, że zestresowała się jeszcze bardziej.
- Kto mówi?! Co to za głupie żarty?!
- Żarty? No wiesz! - Mężczyzna się roześmiał. - To chyba ty sobie stroisz żarty! Rudzielcu, obiecywałaś przecież, że nie zapomnisz mnie do końca życia!
- Ja? - zapytała, by zyskać na czasie.
W słuchawce zapanowała cisza. Olga zajęła się przeglądaniem kartotek pacjentów, a Aleksandra nerwowo przeszukiwała pamięć, z nadzieją, że uda jej się odnaleźć ten bezczelny ton i zestawić go z twarzą.
- No a kto, Rudzielcu? Kto mówił: "Seba, nie zapomnę cię do końca życia"?
Nagle sobie przypomniała. Po skończeniu podstawówki tylko jedna osoba odważyła się zwracać do niej tym przezwiskiem.
- Sebastian?
Dawno nie słyszała tego cwaniackiego głosu, ale nie zapomniała złożonej obietnicy.
Sebastian Adamczyk był jednym z jej najzabawniejszych wspomnień. Największy podrywacz w Poznaniu grasował nie tylko na Akademii Medycznej, ale na wszystkich imprezach studenckich i mieszał w głowach naiwnym przyszłym germanistkom, ekonomistkom i polonistkom.
- Albo coś ci się pomyliło? - Aleksandra zrobiła długą pauzę. - Albo moje życie już się skończyło. W każdym razie zapomniałam. Zapomniałam twoje oczy, zapomniałam twoje usta - zanuciła stary przebój Urszuli Sipińskiej. Zawsze odpłacała mu pięknym za nadobne, teraz nie mogło być inaczej.
- Dobra, dobra! I tak w to nie wierzę. Cześć, Rudzielcu, kopę lat!
- Kopę - powtórzyła. W tej sytuacji bycie drobiazgowym oznaczałoby doliczenie do kilkunastu lat i uzmysłowienie sobie, jak mocno się zestarzeli.
- Miło cię słyszeć. Nadal brzmisz seksownie.
- Czyżbyś organizował kolejny zjazd absolwentów medycyny i zapomniał, że kumplowałam się z wami tylko na doczepkę? Ale wiesz co, jest tu Olga, mogę ci ją przekazać.
Olga odłożyła dokumentację i spojrzała pytająco na przyjaciółkę.
- Nie! - zaprotestował Sebastian. - Tym razem mam ochotę na coś bardziej intymnego!
- Starzejesz się! Zwykle musiałeś mieć spęd, żeby wybrać sobie ofiarę!
Aleksandra pamiętała ich wspólne imprezy. Przyszli lekarze i ona - studentka psychologii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza - stanowili grupę, która potrafiła bawić się na całego.
- Jeśli znowu mi wypomnisz, że z klubu wyszedłem z dwiema cycatymi blondynkami, to się rozłączę!
- Już o tym zapomniałam.
- To dobrze. Słuchaj, musisz przyjechać do Łodzi.
- Kiedy?
- Teraz.
- W jakim celu?
- Ty od razu musisz mieć konkretny cel i ustalony kontrakt terapeutyczny? Być może potrzebuję twojej pomocy? A może się tylko stęskniłem?
- Słuchaj, nie mam teraz czasu na głupoty.
- To nie są głupoty. To śmiertelnie poważna sprawa. Przyjedź. O której odebrać cię z dworca?
Pewność siebie i monotematyczność starego znajomego była nie do zniesienia. Aleksandra zapragnęła szybko zakończyć rozmowę.
- Seba, ja naprawdę nie mam ani czasu, ani ochoty. Muszę kończyć.
- Dobra, jeśli nie dla mnie, to dla niego.
- Dla kogo? Albo powiesz mi konkretnie o co chodzi, albo się rozłączę.
- Chodzi o pacjenta. Mamy faceta z amnezją. Nie pamięta swojego nazwiska, ale za to ciągle powtarza twoje. W kółko powtarza: "Aleksandra Chmielewska". Zna cię, może i ty go rozpoznasz. Przyjedź.
- Wiesz, ile w Polsce jest Aleksander Chmielewskich? Prześlij mi jego zdjęcie, tak będzie szybciej.
- Nie sądzę, by coś ci dało. Facet miał bliskie spotkanie z samochodem. Nie wygląda... zbyt reprezentacyjnie. Jest spuchnięty i posiniaczony. Rudzielcu, przyjedź. Bardzo mi zależy. Prowadzę badania nad amnezją. Muszę złapać z nim kontakt. Nawet jeśli go nie rozpoznasz, pomożesz mi, proszę?
- Jesteś świetnym specjalistą, poradzisz sobie. Nie mogę dłużej...
Przerwał jej:
- Słuchaj! - warknął, a z jego głosu zniknęła nutka rozbawienia. - Chciałem być uprzejmy, ale trudno. Pamiętasz, że wisisz mi przysługę?
Pomyślała, że Sebastian w ogóle się nie zmienił. Nadal nie lubił przegrywać i nie umiał przyjmować odmowy.
- Po prostu bądź uprzejma, wsiądź w najbliższy pociąg do Łodzi, odbiorę cię z dworca. Nie proszę o wiele, jedynie o odrobinę empatii. Pacjent nie jest zdolny przypomnieć sobie żadnych ważnych informacji dotyczących własnej osoby. A gdzieś tam czeka na niego... żona, kochanka, może matka. Rudzielcu, no! Przyjedź, zrewanżuję ci się obiadem. No, chyba że sama poprosisz o coś więcej.
???
- Kino? Teatr? Trzy godzinki i do domu? Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Chodzi mi po głowie jakieś figo-fago. Faceci, zabawa, radość i spontan.
Cała Olga. Od lat definiuje rozrywkę w ten sam sposób. Zabawne niedopowiedzenia, radosny flirt, spontaniczny seks. Nie mogę jej jednak winić, to ja się zmieniłam. Wyszłam za mąż, urodziłam dwójkę dzieci i skupiłam się na prowadzeniu idealnego domu.
- A propos facetów... Nie byłaś miła dla tego, co dzwonił. Czyżby doktor Adamczyk? - pyta dopiero teraz, chociaż strzygła uszami, kiedy udawała, że jest zajęta przeglądaniem papierów.
Przytakuję.
- O, proszę! Zadzwonił do ciebie nasz poznański Matthew McConaughey! Facet ideał? Inteligentny i przystojny jednocześnie? Czego chciał?
Nie pozostaje mi nic innego poza nieszkodliwym przeinaczeniem faktów.
- Jeśli masz ochotę na spontan, facetów i przygody, to Seba zaprasza cię do siebie.
- I dzwonił do ciebie, bo jesteś moją sekretarką?
Olga nie jest głupia i nie daje się wkręcić. Chyba bardziej niż na przygodach zależy jej na spędzeniu czasu ze mną.
- No nie, dzwonił, bo chciał żebym przyjechała do Łodzi. Chodzi o jakiegoś pacjenta z amnezją.
- O pacjenta czy o romans? Jesteś jedyną z naszej paczki, której nie zaliczył. Może Seba ma kryzys wieku średniego i postanowił nadrobić... Nieważne, jedziemy!
W błyskawicznym tempie podejmuje decyzję. Ona, nie ja. Chociaż nie. Ja już decyzję podjęłam.
Nie ruszam się z Poznania. Mam plan na kilka najbliższych dni. Umyję okna, posprzątam w szafach, ogarnę pokoje dzieci. Potrzebuję ciszy i spokoju. Poczucia, że nic nie muszę, nic mnie nie goni i że jestem tylko dla siebie. Poleżę w łóżku, pogapię się na telewizor, poczytam książki. Jest tyle świetnych tytułów, po które nie miałam czasu sięgnąć. Teraz to nadrobię.
Moja komórka ćwierka, informując o odebraniu nowej wiadomości.
- Czyżby wiadomość od gorącego Seby?
- Olga, przestań! Jestem poważną kobietą, w dodatku wdową. I jeśli zapomniałaś, nie jestem do wzięcia, mam informatyka. Nie wymyślaj seksualnych podtekstów.
- Ja wymyślam? Ja? Freuda się czepiaj! Dobra, to co z tym pacjentem?
- Amnezja. Nie wie, jak się nazywa. Seba przesłał mi właśnie jego zdjęcie. Faktycznie, trudno go rozpoznać. Podobno w kółko powtarza moje imię i nazwisko panieńskie. Seba chce, żebym przyjechała i spróbowała nawiązać z nim kontakt.
- I świetnie. To jest dobry pretekst do wyskoczenia do Łodzi na weekend.
- Olga, ja nie potrzebuję pretekstów! Zostaję tutaj.
- Dobra, złe słowo. Nie pretekst, tylko powód, żeby zobaczyć go na własne oczy.
- Nie znam go, to co będę oglądać?
- To nie znasz czy nie możesz rozpoznać? Zdecyduj się, kobieto. Poza tym nie intryguje cię to, że on zna ciebie?
- Po sensacyjnych doniesieniach mediów związanych ze śmiercią mojego męża śmiem twierdzić, że wiele osób mnie zna. Przynajmniej z imienia i nazwiska.
- Nazwiska tak, ale nie panieńskiego. Kobieto, weź! Pojedziemy razem. Niedługo kończę dyżur i jestem wolna. Autostradą mykniemy w dwie godziny. Zajrzymy do Seby, pozwiedzamy miasto. Byłaś kiedyś w Łodzi?
- Olga, o co ci chodzi?
Do pokoju lekarskiego wchodzi pielęgniarka, a Olga odwraca się do mnie i już szeptem dokańcza:
- O to, żebyśmy nadrobiły stracony czas. Musisz odzyskać radość życia. Koniec żałoby.
- Tylko zmęczymy się podróżą!
- Im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej czuję, że żyję. Ty nie?
- Olga...
- No co? Tak się składa, że mam klucze do łódzkiego apartamentu Marka. Jego teraz nie ma, więc nie będzie nas krępować. Możemy zaszaleć. Dzieciaki są na obozie, a zaniedbana przyjaciółka proponuje ci weekend w Łodzi. Odmówisz?
???
Nie miała sumienia odmówić. Dopiero później przyszło jej się zmierzyć z następstwami takiej decyzji. Błyskawiczne spakowanie się na wyjazd nie było trudne, w przeciwieństwie do rozmowy z Krystianem.
Krystian Kamiński pojawił się w życiu Aleksandry zupełnie niezauważalnie. Przez wiele lat funkcjonował w świadomości kobiety jedynie jako informatyk pracujący w firmie prowadzonej przez jej męża. Zjawiał się czasem w ich rodzinnym domu, by skonfigurować sprzęt lub rozwiązać bieżące problemy.
Dopiero po śmierci Gabriela zbliżył się do Aleksandry, zaoferował wsparcie i pomoc. Od tamtej pory ich znajomość się rozwinęła. Obecnie znajdowali się na etapie związku o nieustalonym potencjale na przyszłość.
Ceniła w Krystianie spokój, oddanie oraz to, że dbał nie tylko o nią, ale i o jej dzieci. Kuba go uwielbiał, a Weronika nie znosiła. Według niej nie spełniał podstawowych kryteriów atrakcyjności. I nie chodziło tylko o niechlujny sposób ubierania się, nadprogramowe kilogramy i przepraszający styl bycia. Był zupełnie inny niż jej ojciec, i to Weronikę drażniło najbardziej.
Aleksandra starała się nie czepiać szczegółów, ale rzeczywiście w wielu sytuacjach mogłaby przyznać córce rację. Na przykład dzisiaj rano, kiedy zjawił się w ich mieszkaniu, by zawieźć dzieci na autobus, miał na sobie sprane jeansy, koszulkę polo i pomarańczową bluzę. Wyglądał raczej jak wychowawca kolonijny, a nie ceniony specjalista.
Przypomniała sobie jego ciepłe spojrzenie i to, jak mocno ją przytulił, kiedy autobus z dziećmi znikał z pola widzenia. Poczuła wtedy wyrzuty sumienia - on dawał jej wszystko, czego potrzebowała, a ona...
- Co tak milczysz? - Olga ściszyła radio.
Pokonywały właśnie kilometry dzielące Łódź od Poznania. Słońce świeciło radośnie, samochód mknął autostradą a w jego wnętrzu panował chłód, nie tylko za sprawą dobrze działającej klimatyzacji.
- Myślę. O tym i o tamtym.
- Po twojej skwaszonej minie wnoszę, że raczej o tamtym, czyli o informatyku.
- Okropnie się wkurzył, że zepsułam mu plany. Podobno mieliśmy spędzić romantyczny weekend. Świeczki, kąpiel w wannie z płatkami róż, jedzenie na telefon. Te sprawy.
- Te sprawy? No, ja ci ich nie zapewnię, ale Sebastian może się postarać. Wcale się nie dziwię. Też się wkurzałam, jak mnie olewałaś. Ale spoko, za trzy dni wracamy. Nie uschnie. Najwyżej nabierze na ciebie jeszcze większego apetytu.
???
Urszula Zimińska po raz pierwszy rozglądała się po łódzkim pchlim targu usytuowanym przy ulicy Dolnej, ale czuła się, jakby przychodziła tu regularnie. Nie przeszkadzali jej przepychający się między stoiskami ludzie, dochodzące z każdej strony odgłosy targowania się czy wszechobecny chaos.
W powietrzu unosił się zapach starości i to on sprawiał, że czuła się w tym miejscu komfortowo. Tak samo pachniało w domu jej babci, która lubiła otaczać się starymi przedmiotami. Tłumaczyła, że związuje się z nim emocjonalnie i nie może ich wyrzucić, nawet jeśli przestają być przydatne.
To przemawiało do wyobraźni małej Urszuli. Zepsute krzesło nie było zwykłym sprzętem służącym do siedzenia, ale ulubionym krzesłem zmarłego dziadka. Zaśniedziały łańcuszek - najcenniejszą pamiątką po prababce, a wyblakła wyszywana poduszka: pierwszym rękodziełem babci.
Na stoiskach mijanych przez Urszulę było mnóstwo przedmiotów, które z pewnością mogły mieć dla kogoś wartość sentymentalną. Porcelanowe lalki, świeczniki, puchary, cukierniczki, szable, zegary, gramofony, winylowe płyty, medale i wszelkiego rodzaju meble.
Kobieta nie była w stanie określić, czy były to antyki, czy jedynie starocie. Wiedziała, że jej ojciec nazwałby je wszystkie rupieciami.
Zatrzymała się przy najbardziej obleganym stoisku ze starą bronią i płytami. Jej uwagę przykuł młody chłopak zupełnie niepasujący do otoczenia. Wyglądał na wielbiciela nowoczesności - na czubku starannie wygolonej głowy sterczała grzywka w jagodowym kolorze.
- Co za smród! - narzekał głośno. - Dobrze, że jesteśmy na teoretycznie świeżym powietrzu. Ojciec, nigdy nie zaciągniesz mnie na targ staroci w hali.
- Ciszej! - Starszy mężczyzna był wyraźnie zawstydzony. - Nie marudź, tylko się rozglądaj. Większość z tych przedmiotów została wyciągnięta ze śmieci. Ale im bardziej śmierdzą i są zaniedbane, tym lepszy interes zrobimy.
Urszula przez chwilę przysłuchiwała się rozmowie, a później poszła dalej. Kręciła się po targu właściwie bez większego celu. Wiara w to, że w końcu znajdzie to, czego szukała od kilku miesięcy, graniczyłaby z rozbrajającą naiwnością.
Właściwie doszła do ściany. W marcu dostała do analizy porównawczej pięć archiwalnych spraw dotyczących zabójstw starszych osób. Miała odpowiedzieć na pytanie, czy zbrodnie były ze sobą powiązane.
Bardzo dokładnie przeanalizowała zawartość akt, zapoznała się z opisami miejsc zbrodni, obejrzała zdjęcia, przyjrzała się obrażeniom, które sprawca lub sprawcy pozostawili na ciałach denatów. Na pierwszy rzut oka wszystkie sprawy rzeczywiście wydawały się do siebie pasować. Ofiarami były osoby samotnie mieszkające w domach jednorodzinnych. Z miejsca zdarzenia zawsze ginęły cenne przedmioty, a sprawca lub sprawcy znikali niczym kamfora.
Po głębszej analizie każdej z nich z osobna doszła jednak do wniosku, że jedna nie pasuje do pozostałych. Śmierć Renaty Tomaszewskiej wydawała się przypadkowa. Na miejscu zdarzenia brakowało śladów broni czy użycia innych środków przemocy niż ciało i siła sprawcy. Nikt nie groził kobiecie, nie przykładał do jej ciała noża czy pistoletu. To kazało przypuszczać, że nieuzbrojony zabójca wszedł do domu Renaty Tomaszewskiej z zamiarem odebrania jej jedynie pieniędzy i kosztowności, ale nie życia.
- Może scyzoryk dla szanownej pani?
- Dla mnie?
- Każda dama powinna mieć w torebce takie cudo. - Ani się obejrzała, a starszy sprzedawca prezentował jej zardzewiałe ostrza. - Z czasów drugiej wojny, zrobiony przez Walter Broch Nachf.
- Nie, dziękuję. Tylko się rozglądam.
- To może cukierniczka, koniec dziewiętnastego wieku? - Sprzedawca uznał, że stała przy jego stoisku na tyle długo, że zdecydowała się na zakup czegokolwiek.
- Nie, właściwie chodzi mi o biżuterię. Widzę, że ma pan jeden zegarek. Miewa pan czasem biżuterię?
- Zegareczek, o to szanownej pani chodzi? Trzeba było mówić od razu!
Starszy mężczyzna sięgnął po zegarek i zaczął opowiadać o nim z pasją. Urszula mu nie przerywała. Przyglądała się prezentowanemu egzemplarzowi, co jakiś czas wydając z siebie krótkie "aha". Dopiero kiedy mężczyzna zamilkł w oczekiwaniu na jej decyzję, przeszła do meritum:
- Widzę, że swój trafił na swego. Pełno tu ludzi, którzy sprzedają śmieci, myśląc, że na tym najszybciej się dorobią. W panu rozpoznaję prawdziwego wielbiciela historii. Jest pan z tego samego pokolenia co moja świętej pamięci ukochana babcia. Piękne ma pan rzeczy, ale szukam czegoś innego.
- A czego? Może pomogę?
Urszula miała w kieszeni policyjną blachę, ale wiedziała, że na pchlim targu więcej zdziała jako zafiksowana kolekcjonerka. Większość rzeczy oferowanych w takich miejscach była podejrzanego pochodzenia. W najgorszym wypadku zostały wykradzione lub cichaczem wyniesione z domu krewnych, w najlepszym były zwyczajnymi rupieciami. To sprzedawcy dodawali do nich bajkowe opowieści. Blaszany puchar wygrzebany ze śmietnika wzbogacony informacją, że korzystano z niego na dworze szlacheckim najprawdopodobniej w połowie osiemnastego wieku, błyskawicznie zyskiwał na wartości.
- Interesuje mnie stara biżuteria.
- Chce pani sprzedać?
- Wręcz przeciwnie. Jakiś czas temu sprzedałam facetowi broszkę po babci. Wie pan, potrzebowałam gotówki. Załatwiłam, co miałam załatwić, odzyskałam kasę. Teraz chcę ją odkupić. Być może był u pana? Chciał sprzedać? Broszka w kształcie ważki?
- Jeśli pani ani nie kupuje, ani nie sprzedaje, to ja nie pomogę. - Kiedy mężczyzna zrozumiał, że rozmowa nie prowadzi do transakcji, błyskawicznie stracił zainteresowanie Urszulą. Wokół jego stoiska kręciło się jeszcze kilka osób, którym mógł coś wcisnąć.
- Bardzo mi zależy... Może podpytałby pan kolegów? Potrzebuję wskazówki, gdzie mogę znaleźć tego faceta. Zapłacę z nawiązką. Sumienie nie daje mi spać. Muszę odzyskać tę broszkę!
- Trzeba było nie sprzedawać.
- Wiem, ale gdybym nie spłaciła długów za mojego męża, to połamaliby mu nogi. Proszę, niech mi pan pomoże. - Urszula zawiesiła głos, obserwując sprzedawcę. Informacja o połamaniu nóg nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. - To może ja kupię ten scyzoryk w pakiecie z informacją? - zaproponowała.
- Proszę bardzo. - Sprzedawca uśmiechnął się i w skupieniu czekał, aż Urszula przekaże mu kilka banknotów. Dopiero wtedy odezwał się konspiracyjnym tonem: - Dawno nie miałem żadnej broszki, ale bywa tu taki jeden...
???
- Zaraz będziemy w Łodzi! - Prowadząca samochód Olga ekscytuje się jak dziecko. Ewidentnie trudno jej usiedzieć za kierownicą. - Czujesz smak przygody?
Zmuszam się do uśmiechu.
Czuję smak porażki, nie przygody. Byłam między młotem i kowadłem. Między zawiedzionym Krystianem i zaniedbaną przyjaciółką. Musiałam dokonać wyboru, mimo że bardzo tego nie chciałam.
Musiałam wypchnąć dzieci na obóz. Zawieźć je na miejsce zbiórki, widzieć, jak onieśmielone wchodzą do autokarów pełnych innych dzieci i przekonać samą siebie, że dadzą sobie radę, gdzieś tam, bez moich rad i czujnego oka.
- Dokładnie dwie godziny - mówi Olga, gdy mijamy tablicę z napisem "Łódź". - Możesz się wyluzować.
Miasto włókiennicze wita nas słońcem i chmarą czarnych ptaków, które właśnie wzbiły się w powietrze.
- No nie wiem. Te kruki, wrony czy co tam było, wyglądały dość złowrogo.
- Złowrogie to jest twoje nastawienie. Wyluzuj, kobieto. Znajdź w sobie wewnętrzne dziecko. Miałaś zostawić sztywną panią psycholog w Poznaniu.
- Próbowałam. Sztywniara nie odpuszcza, widocznie złapała się rury wydechowej i jedzie z nami - żartuję.
Jestem samotną matką, ponad dwa miesiące temu wyszłam na prostą, pokonałam nawracającą depresję i odstawiłam leki psychotropowe. Do diabła, mam prawo być trochę bardziej spięta niż Olga!
- Olej sztywniarę. Zobacz, widać już nasze apartamenty.
Olga je widzi, a ja nie, chociaż bardzo się staram. Jej ręka wskazuje jakieś stare kamienice z czerwonej cegły.
- Mamiłaś mnie obietnicą noclegu w wypasionym apartamencie. Nie pomyliłaś adresu?
Jestem sceptyczna. Wyluzowana i sceptyczna. Skręcamy w ulicę Kopernika. Nie ma tu nic luksusowego. Jedna odnowiona elewacja hotelu, mała kwiaciarnia i kamienice, które trudno posądzić o cień luksusu.
- Spoko loko! Czekaj, która to była brama? - Olga się rozgląda. - Tutaj, Tobaco Park!
???
- Przyznaj! Głupio ci, co? Zwątpiłaś w słowa przyjaciółki?
Aleksandra musiała przyznać Oldze rację. Kiedy zobaczyła ulicę Kopernika, pomyślała, że ta przesadziła. Że mocno podkolorowała rzeczywistość, żeby skusić przyjaciółkę na wspólny wypad do Łodzi. Dopiero teraz - po otwarciu drzwi do apartamentu - uznała, że w jej słowach nie było odrobiny przesady.
- Głupio mi, ale cieszę się, że spędzimy ze sobą kilka dni i nadrobimy wszystkie zaległości. Kim jest ten twój Marek?
Musiała zapytać, bo apartament dosłownie ociekał luksusem. Obrazy w złotych ramach. Piaskowiec na ścianach. Przepiękne balustrady. Okazałe schody prowadzące na piętro, na którym znajdowały się kolejne pomieszczenia.
- Biznesmenem. To jego drugie, a właściwie pierwsze mieszkanie. Bo wiesz, on urodził się w Łodzi, mieszkał z rodzicami niedaleko stąd. Kupił sobie ten loft z myślą o swoim miejscu na ziemi, a zaraz potem pojawiła się szansa... i wyjechał do Warszawy. Teraz większość biznesów robi w stolicy, kupił tam sobie małe mieszkanko, a tu jedynie bywa.
- I spotyka się z tobą. Zawsze potrafiłaś się nieźle ustawić.
Roześmiały się. Olga zajęła się rozpakowywaniem walizki, a Aleksandra zwiedzaniem apartamentu. Każde kolejne pomieszczenie onieśmielało ją luksusem i uwodziło dbałością o szczegóły.
- No, no, Olga. - Po zakończonym zwiedzaniu Aleksandra znalazła Olgę w sypialni. - Apartament robi wrażenie. Złote ramy, złota umywalka, nowoczesny sprzęt kuchenny... Facet ma gest i dość specyficzny gust. Jak mi powiesz, że jest jeszcze inteligentny i przystojny, to umrę z zazdrości!
Pociągła twarz Olgi się rozpromieniła. Pasowała do tego miejsca - ciemne, zadbane włosy, długi nos, idealna cera i błyszczące szare oczy, w których widniała pewność siebie.
Aleksandra zazdrościła przyjaciółce prostych włosów i odwagi w pokazywaniu swojego ciała. Kolorowa sukienka podkreślała jej krągłości. Kończyła się tuż przed kolanem i odsłaniała nieziemsko zgrabne nogi. Bolesne ukłucie zazdrości budziła też wręcz dziecięca umiejętność wchodzenia w każdy nowy związek z czystą kartą. Bez uprzedzeń, bez obaw.
- Facet powinien być przynajmniej trochę ładniejszy od diabła... ale przecież mnie znasz i wiesz, że w diabłach również gustuję. Poza tym... Przystojny czy nie, każdy facet ma wady, a ja potrzebuję dodatkowych bodźców, żeby ich nie zauważać.
- Zdobytych facetów czy ich wad?
- Złośliwa żmijo, zbieraj się! Idziemy się przyjrzeć Sebastianowi. Ciekawe, jak się zestarzał?
???
- Dzień dobry. Przyprowadziłem moją koleżankę po fachu. To właśnie Aleksandra Wilk, z domu Chmielewska. - Sebastian Adamczyk przyglądał się twarzy mężczyzny. Poszkodowany w wypadku samochodowym leżał na swoim łóżku, wpatrywał się w sufit i sprawiał wrażenie, że nie zauważa lekarzy. - Olu, to nasz tajemniczy pacjent.
- Dzień dobry. - Aleksandra skinęła głową.
Mężczyzna ani drgnął. Szpitalny sufit, ze swoimi zaciekami, plamami i brudami najwyraźniej był ciekawszy od kobiety.
Sebastian z rezygnacją przyjął brak reakcji pacjenta. Zakładał, że bodziec w postaci Aleksandry Wilk wytrąci go z pustki chociaż na chwilę. Nie oczekiwał całkowitego odwrotu amnezji, ale przynajmniej zrobienia jednego małego kroku.
- Chyba się przeliczyłem... Pacjent powtarzał twoje imię i nazwisko przez sen. Pomyślałem... - zaczął, ale od razu machnął ręką. - Znacie się?
Już na progu szpitalnej sali Aleksandra mogłaby zaprzeczyć, ale podeszła bliżej. W końcu nie po to jechała kawał drogi, żeby teraz nawet nie zerknąć. Przyjrzała się uważnie mężczyźnie.
Trudno było określić, jakie miał rysy, bo opatrunek zasłaniał większą część twarzy. Widoczna część była posiniaczona i spuchnięta tak mocno, że skutecznie uniemożliwiała rozpoznanie. Jedno oko było zamknięte, a drugie wpatrywało się w sufit.
Lewą dłoń miał schowaną pod kołdrą, ale prawa nie sprawiała wrażenia spracowanej. Ogólna postura człowieka, jeśli można ją oceniać w pozycji leżącej, wskazywała na to, że mężczyzna nie przesadzał ze zdrowym trybem życia, ale jednak nie stronił od sportu. Nie było widać, żeby wyhodował brzuch.
Nawet gdyby był dla niej kimś bliskim, miałaby problem ze stwierdzeniem ze stuprocentową pewnością, że to jej chłopak, brat czy ojciec. Jedyną rzeczą, która rzuciła się jej w oczy, był tatuaż.
Piękna jaskółka, umieszczona za lewym uchem mężczyzny, stała się jedynym punktem odniesienia.
- Nigdy wcześniej go nie widziałam - odpowiedziała. - Ani tego mężczyzny, ani jego tatuażu. Rozmawiałeś z nim? Może coś pomylił? Nazwisko, imię, a może chodzi o inną Aleksandrę Chmielewską?
- Może. Pacjent jest zmęczony, ale gdy wypocznie, to na pewno się do nas odezwie. - Sebastian powiedział to na tyle głośno, by usłyszał go także leżący na łóżku mężczyzna, a po chwili dodał ściszonym głosem: - Rozmawiał z nim chirurg, zadał kilka pytań i nie uzyskał odpowiedzi. Facet nie wie, kim jest, co się stało i co robił na tej drodze. Podobno kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nic nie pamięta, przestał się odzywać.
- Uraz głowy?
- Neurologicznie jest czysty. Wydaje mi się, że to amnezja dysocjacyjna.
- Nie rozmawiałeś z nim i stawiasz diagnozę?
- Nie stawiam, jedynie wskazuję kierunek. Nieskromnie przyznam, że o amnezji wiem wszystko.
Aleksandra roześmiała się wymownie. Sebastian od zawsze wiedział wszystko o wszystkim i wszystkich. Tak przynajmniej mówił, chociaż w jej ocenie najwyraźniej i myślał.
- Może to amnezja wsteczna?
Sebastian odsunął się od łóżka.
- We wstecznej nie pamiętałby tylko tego, co wydarzyło się przed wypadkiem. Janek mówił, że zanik pamięci jest szerszy. Wykluczono udar, Alzheimera, krew mu się nie leje do łba. Mówię ci, to nie jest amnezja organiczna. Jeśli zaniku pamięci nie spowodował uraz fizyczny, a to założenie potwierdzają badania, to oznacza, że przyczyną może być silny uraz psychiczny.
- Psychiczny? Proszę cię! Tak bardzo przestraszył się nadjeżdżającego samochodu?
- Spójrz na to szerzej! Osoby z amnezją dysocjacyjną mają zwykle przed wystąpieniem zaburzeń poważne kłopoty. Małżeńskie, finansowe, zawodowe.
- Nie wiesz, czy je miał.
- Jeszcze nie, bo nie wiemy, jak się nazywa. Ale są cztery cechy utraty pamięci, które odróżniają amnezję dysocjacyjną od organicznej. Po pierwsze w dysocjacyjnej występuje utrata przeszłości zarówno bliskiej, jak i odległej. Pacjent nie pamięta, co się zdarzyło godzinę temu i czy ma rodzeństwo. Po drugie, co w tym wypadku jest najwyraźniejsze, osoba nie pamięta własnej tożsamości, ale magazyn wiedzy ogólnej został nienaruszony.
- Nie ucz ojca dzieci robić. Przypominam ci, że jestem psychologiem. - Spojrzała na niego wymownie i podeszła do okna.
Protest Aleksandry spowodowany był tym, że Sebastian potraktował ją jak żółtodzioba. Studiowała psychologię i dobrze wiedziała, co oznaczają pojęcia, którymi się posługiwał.
- Chciałem jedynie podkreślić - zbliżył się - że osoby z amnezją organiczną zwykle tracą zarówno wiedzę osobistą, jak i ogólną.
- Tak, i nie tylko nie wiedzą, jak się nazywają, ale również nie pamiętają, jak nazywa się obecny prezydent.
- Po trzecie osoby z amnezją psychogenną nie mają amnezji następczej...
- Czyli nasz tajemniczy pacjent jutro będzie pamiętał, że chciałeś mnie przekonać do swojego punktu widzenia.
- Jeszcze nawet nie zacząłem cię przekonywać. - Sebastian zalotnie przewrócił oczami.
- Po czwarte... o ile pozwoli mi pan, panie doktorze, kontynuować - pozwoliła sobie na odrobinę ironii - amnezja dysocjacyjna często się cofa. Sama. Nagle.
Otworzył usta, by odpowiedzieć jej równie złośliwie, ale dokładnie w tym momencie zadzwoniła jego komórka.
- Przepraszam. Poczekaj tu na mnie - rzucił w jej stronę i wybiegł z sali.
???
Zostaliśmy razem. Sam na sam. On: facet z amnezją, i ja: kobieta z przeszłością. Nie będę się gapiła w sufit, więc odzywam się spokojnie i łagodnie, z nadzieją, że zechce mi odpowiedzieć:
- Być może zabrzmi to banalnie, ale rozumiem, co czujesz. Jakiś czas temu ocknęłam się w samochodzie i dotarło do mnie, że nie wiem, co działo się przez ostatnie kilka dni.
Nie zamierzam go diagnozować, ale też nie chcę ignorować. Jest człowiekiem, nie warzywem. Świadomie rezygnuję z formy grzecznościowej. Nie chodzi mi o budowanie dystansu i bezpiecznej strefy. Chcę go pobudzić, zaintrygować, sprawdzić jego formę intelektualną.
Oczywiście nie mam zamiaru dyskutować z Sebastianem i wynikami badań neurologicznych, ale życie nauczyło mnie ostrożności. Organizmy ofiar wypadków dostarczają niepotrzebnych zwrotów akcji. Przyrządy czasem nie wykrywają małego krwawienia albo przeoczają krwiaki. Sytuacja z powypadkowymi zwykle jest dynamiczna i zmusza lekarzy do weryfikacji pierwotnej diagnozy.
- No dobra, nie byłam w aż tak kiepskiej sytuacji jak ty. Nie miałam bliskiego spotkania z pędzącą maszyną. Wyglądałam dużo lepiej... ale mówią, że wygląd to nie wszystko.
Odwraca głowę w moją stronę. Jedno niebieskie oko wpatruje się we mnie przez chwilę, a ja zyskuję pewność, że moje słowa docierają do nieznajomego. Co więcej, on nie tylko je słyszy, ale również rozumie.
- Kim jest Aleksandra Chmielewska, którą wzywasz przez sen? Jeśli chcesz, mogę pomóc ci ją znaleźć - proponuję bez zastanowienia. Widzę, że reaguje, być może dlatego idę dalej. - To twoja dziewczyna? Żona? Siostra?
Mruga i znowu zerka na mnie. Zauważam w jego spojrzeniu nadzieję. Niewielką iskierkę, z której może powstać ogień, ale równie dobrze można ją jeszcze zdmuchnąć.
Siedzimy w ciszy, obserwując się wzajemnie. Nie wiem, czy trwa to kilka minut, czy kilka sekund.
- Nawet jeśli nie pamiętasz, to nie jest powód do tego, żeby się przejmować. Doktor Adamczyk jest świetnym specjalistą. Jeśli tylko zechcesz z nim porozmawiać, na pewno ci pomoże. Wbrew pozorom problemy z pamięcią przytrafiają się dużo większej liczbie osób, niż myślisz.
Produkuję się, a on milczy. Przecież to nie jest mój pacjent, nie mój szpital, nie mój problem. Przyjechałam z Olgą do Łodzi, żeby sprawdzić, czy znam faceta. Nie znam. Mogę więc wrócić do Olgi i skupić się na zwiedzaniu Piotrkowskiej.
Kiedy przed wyjazdem z Poznania starałam się wytłumaczyć Krystianowi, że nie spędzę z nim weekendu, bo jadę z przyjaciółką do Łodzi, odpowiedział oburzony, że w Łodzi nie ma nic do oglądania. Oczywiście poza Piotrkowską, a ją można przejść w pół godziny.
- Są gorsze problemy niż chwilowy zanik pamięci. Odpoczywaj. Do widzenia.
- Chcesz mnie zostawić?
Zachrypnięty męski głos dogania mnie przy drzwiach. Teraz ja się odwracam.
Nie wiem, kto jest bardziej zdziwiony tym, że się odezwał. Ja czy on? Sebastian mówił, że pacjent nie odzywa się do nikogo.
- Nie pracuję w tym szpitalu, ale masz tu bardzo dobrą opiekę. Muszę wracać do domu.
- Poznań nie zając, nie ucieknie - chrypi, a mnie wszystkie włosy stają dęba.
Poznań? Jaki Poznań? Skąd wie, gdzie mieszkam? Mam to wypisane na twarzy? Poznanianka - skąpa, zorganizowana i punktualna?
- Słucham?
- Musimy porozmawiać.
- My?
- Musisz zostać w Łodzi i mi pomóc!