Niebezpieczna gra. Tom 2 - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Czwar­tek

- K1! Na ulicy. Uraz, po­trą­ce­nie, od­dy­cha, nie­przy­tomny, czter­dzie­ści lat, NN.

Krzy­siek nie zdą­żył na­wet od­czy­tać tre­ści SMS-a, gdy alarm na pod­sta­cji oznaj­mił ko­niecz­ność wy­jazdu. Kod pil­no­ści K1 ozna­czał, że ka­retka ma mi­nutę na wy­jazd. Sześć­dzie­siąt se­kund do peł­nej mo­bi­li­za­cji w środku nocy.

- Do ka­sty! - krzyk­nął To­mek, pierw­szy ra­tow­nik.

To on w tym ze­spole był osobą de­cy­zyjną. An­drzej, drugi ra­tow­nik, wsko­czył na miej­sce kie­rowcy. Uru­cho­mił sil­nik i cze­kał na ostat­nie trza­śnię­cie drzwiami. Se­kundę póź­niej je usły­szał, obej­rzał się za sie­bie, żeby spraw­dzić, czy Krzy­siek na pewno sie­dzi w ka­retce, i ru­szył.

- E zero je­den zero cztery wy­jazd! - Do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie pierw­szy ra­tow­nik zgło­sił dys­po­zy­to­rowi fakt opusz­cze­nia pod­sta­cji.

- Na miej­scu za pięć... Za cztery mi­nuty! - za­mel­do­wał An­drzej.

Cztery mi­nuty. Tylko tyle dzie­liło Krzyśka od jego pierw­szej praw­dzi­wej in­ter­wen­cji. Był żół­to­dzio­bem. Stu­den­tem, który w ra­mach prak­tyki za­wo­do­wej przy­go­to­wy­wał się do pracy na ulicy. Nie zdą­żył na­wet za­sta­no­wić się nad tym, co po­wi­nien zro­bić za­raz po przy­jeź­dzie na miej­sce, kiedy usły­szał ko­lejny ko­mu­ni­kat:

- Trzy.

Wziął głę­boki od­dech, by po­zbyć się nie­przy­jem­nego na­pię­cia.

Ni­gdy nie ska­kał ze spa­do­chro­nem, ale mógłby się za­ło­żyć, że wszy­scy spa­do­chro­nowi de­biu­tanci czuli się tak samo jak on te­raz.

Wie­dział, że za mniej niż trzy mi­nuty otwo­rzą się drzwi, a on bę­dzie mu­siał sko­czyć. Czy był do tego go­towy? Czy do­brze wy­brał? Czy wy­star­cza­jąco dużo tre­no­wał "na su­cho"?

Py­ta­nia go przy­tła­czały, ale nie było od­wrotu. Sa­mo­lot znaj­do­wał się w po­wie­trzu, a je­den błąd mógł kosz­to­wać ży­cie. Nie jego, ale tego czter­dzie­sto­latka, który nie­przy­tomny czeka na po­moc. To nie był do­bry czas na szcze­niac­kie dy­le­maty.

Ła­godne ha­mo­wa­nie spra­wiło, że Krzy­siek zer­k­nął za okno. Wjeż­dżali wła­śnie na skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle. Nie­liczne sa­mo­chody, które mi­jali, zwal­niały i zjeż­dżały na bok. Krzy­siek na­wet nie pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić, jak taki prze­jazd wy­gląda w środku dnia pod­czas ko­mu­ni­ka­cyj­nego szczytu.

Na­gle czarne BMW usi­łu­jące wy­mu­sić pierw­szeń­stwo wy­sko­czyło z pra­wej strony. An­drzej od­bił gwał­tow­nie w lewo i wje­chał na prze­ciw­le­gły pas ru­chu. Ka­napka, którą Krzy­siek zjadł go­dzinę wcze­śniej, po­de­szła mu do gar­dła.

Wy­jąca sy­rena utrud­niała kon­cen­tra­cję, a po­ziom ad­re­na­liny rósł z każdą se­kundą.

- Mi­nuta!

Krzy­siek spiął wszyst­kie mię­śnie i omiótł wzro­kiem ka­retkę. Wszystko było na swoim miej­scu, go­towe do uży­cia. Nie wie­dział, co za­sta­nie na miej­scu. Serce czło­wieka, który pięć mi­nut temu jesz­cze od­dy­chał, mo­gło wła­śnie się za­trzy­mać.

- Ja ple­cak i opa­trunki, An­drzej koł­nierz i de­ska, Krzy­siek szyny! - za­rzą­dził pierw­szy ra­tow­nik.

- Szyny - po­wtó­rzył Krzy­siek i upew­nił się, że wie, gdzie leżą.

"W ka­retce li­czy się lo­giczne my­śle­nie i jed­no­cze­śnie jego brak" - tak po­wta­rzał je­den z wy­kła­dow­ców, ale do­piero te­raz do Krzyśka do­tarł sens po­zor­nie ab­sur­dal­nego stwier­dze­nia.

Ra­tow­nik mu­siał my­śleć lo­gicz­nie, by po przy­by­ciu na miej­sce pra­wi­dłowo oce­nić sy­tu­ację. Pra­wi­dłowa ocena była nie­zbędna do pod­ję­cia de­cy­zji, co zro­bić. Po­tem na­stę­po­wał etap in­stynk­tow­nego dzia­ła­nia - już nie było czasu na my­śle­nie. Cza­sem se­kundy de­cy­do­wały o tym, czy ktoś prze­żyje.

- E zero je­den zero cztery u pa­cjenta - za­mel­do­wał przez ra­dio To­mek.

Krzy­siek zła­pał szyny. Drzwi od ka­retki otwo­rzyły się, a on zo­ba­czył za nimi prze­ra­ża­jącą ciem­ność. Zro­bił pierw­szy krok, po­tem drugi. Jak za­hip­no­ty­zo­wany po­dą­żał za gło­sami ra­tow­ni­ków. Świa­tła ka­retki oświe­tlały po­szko­do­wa­nego. Do­piero jego wi­dok otrzeź­wił Krzyśka.

- Halo, sły­szy mnie pan? - Pierw­szy ra­tow­nik roz­po­czął re­ali­za­cję sche­matu ABC.

Akro­nim mne­mo­tech­niczny ABC uła­twiał no­wi­cju­szom za­pa­mię­ta­nie naj­waż­niej­szych czyn­no­ści, które na­leży wy­ko­nać pod­czas udzie­la­nia pierw­szej po­mocy. ABC. A jak "Air­ways", czyli udroż­nie­nie dróg od­de­cho­wych; B jak "Bre­ath", czyli sztuczne od­dy­cha­nie; C jak "Cir­cu­la­tion" - spraw­dze­nie oznak krą­że­nia. Krzy­siek wie­dział, co trzeba zro­bić, ale czuł, że nie jest w sta­nie się ru­szyć.

Na po­bo­czu le­żał męż­czy­zna. Praw­dziwy męż­czy­zna, nie fan­tom do ćwi­czeń. Praw­dziwa była też krew spły­wa­jąca po jego opuch­nię­tej twa­rzy. Nie od­po­wia­dał na próby na­wią­za­nia z nim kon­taktu.

- Krzy­siek! Po­dejdź do głowy i zluk­suj żu­chwę.

Zluk­suj żu­chwę. Sły­szał to tyle razy, jed­nak ni­gdy nie zro­bił tego ży­wemu czło­wie­kowi. Ręce mu się trzę­sły. Sta­rał się wy­łą­czyć my­śle­nie. Mu­siał dzia­łać.

Pod­szedł po pa­cjenta. Czo­łówka oświe­tliła jego twarz. Za uchem za­uwa­żył ta­tuaż. Wziął głę­boki od­dech, prze­su­nął żu­chwę po­szko­do­wa­nego do przodu i ku gó­rze, a w mo­men­cie, w któ­rym dolne zęby zna­la­zły się przed przed­nimi za­czął li­czyć, bła­gal­nie wpa­tru­jąc się w klatkę pier­siową po­szko­do­wa­nego.

- Je­den. Dwa. Trzy.

Bar­dzo chciał zo­ba­czyć ruch. Chciał, żeby męż­czy­zna za­czął od­dy­chać. Żeby jego pierw­szy pa­cjent prze­żył.

???

Długi ko­ry­tarz, ni­jaka pod­łoga i drzwi jako mo­tyw po­wta­rza­jący się z dużą czę­sto­tli­wo­ścią. Od­dział psy­chia­tryczny nie róż­nił się wy­glą­dem od in­nych szpi­tal­nych od­dzia­łów: chi­rur­gii, kar­dio­lo­gii czy la­ryn­go­lo­gii.

Róż­nił się za to od ciem­nych i nie­po­ko­ją­cych wnętrz przed­sta­wia­nych w fil­mach. Lampy su­fi­towe nie pul­so­wały hip­no­tycz­nie, ci­szy nie prze­ry­wały prze­raź­liwe krzyki, a pa­cjenci nie byli za­mknięci w po­ko­jach. Le­żeli w łóż­kach, roz­ma­wiali ze sobą albo spa­ce­ro­wali po ko­ry­ta­rzach, sta­ra­jąc się za­cho­wać po­zory obo­jęt­no­ści.

Ni­komu się nie spie­szyło, tak jakby te­ren ten zo­stał wy­jęty spod ju­rys­dyk­cji czasu. Alek­san­dra Wilk za­wsze to czuła, kiedy za­my­kała za sobą drzwi od­dzie­la­jące od­dział od reszty świata.

Zwy­kle tej czyn­no­ści to­wa­rzy­szyło nie­sym­pa­tyczne po­czu­cie obo­wiązku. Tym ra­zem było ina­czej. Miała oka­zję przyj­rzeć się temu miej­scu oczami go­ścia i nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że te­raz - w sierp­niu - kiedy słońce roz­świe­tlało sale i ko­ry­ta­rze, było tu jesz­cze spo­koj­niej niż zwy­kle.

Mi­nęła młodą ko­bietę w szla­froku. Nie ko­ja­rzyła jej twa­rzy, co ozna­czało, że mu­siała zo­stać przy­jęta na od­dział w ciągu ostat­nich dwu­na­stu go­dzin. Zwy­kle po prze­bra­niu się w służ­bowy mun­du­rek za­po­zna­łaby się z kar­to­te­kami świe­ża­ków.

- Zwy­kle... - mruk­nęła pod no­sem i uśmiech­nęła się do prze­cho­dzą­cej obok pie­lę­gniarki.

- Dzień do­bry.

- Do­bry, bar­dzo do­bry - od­po­wie­działa.

Z sa­tys­fak­cją od­no­to­wała zdzi­wione spoj­rze­nie ko­biety, lecz zi­gno­ro­wała je. Bez po­śpie­chu udała się do po­koju le­kar­skiego. Był pu­sty.

Usia­dła na so­fie. Czuła się dziw­nie.

- Dzie­sięć dni wol­no­ści - wy­po­wie­działa na głos myśl, która nie da­wała jej spo­koju. Cie­szyła ją i prze­ra­żała jed­no­cze­śnie.

- Olka? Co ty tu ro­bisz? - Olga Brzo­zow­ska, psy­chia­tra, we­szła do po­koju i rzu­ciła kar­to­tekę pa­cjenta na biurko.

Alek­san­dra nie wie­działa, skąd jej przy­ja­ciółka czer­pała ener­gię, ale chęt­nie po­zna­łaby ten se­kret. Olga za­wsze miała ener­gii w nad­mia­rze. Na­wet te­raz, po kilku go­dzi­nach dy­żuru.

- Co ja tu ro­bię?

Sama nie znała od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Był śro­dek wa­ka­cji, wła­śnie wy­pra­wiła dzieci na obóz har­cer­ski. Za­miast le­żeć na plaży, ob­ści­ski­wać się w łóżku z Kry­stia­nem albo od­da­wać się wcią­ga­ją­cej lek­tu­rze, sie­działa w pracy.

- Re­lak­suję się. Za­pa­ko­wa­nie ple­ca­ków dla dwóch ma­łych Wil­ków to nie ta­kie hop-siup... - Ostat­nie słowa pod­kre­śliła od­po­wied­nią mi­miką i ge­sty­ku­la­cją. Uznała, że oszczę­dze­nie przy­ja­ciółce szcze­gó­łów bę­dzie bar­dziej na miej­scu niż opo­wieść o po­ran­nej ner­wówce, nie­koń­czą­cej się bie­ga­ni­nie mię­dzy po­ko­jami a ła­zienką, spraw­dza­niu, czy w ple­ca­kach dzieci są stroje ką­pie­lowe, szczo­teczki do zę­bów i majtki, a także o walce o ogra­ni­cze­nie liczby za­bie­ra­nych sło­dy­czy.

- Re­laks na od­dziale psy­chia­trycz­nym? Bar­dzo wy­szu­kany spo­sób spę­dza­nia wol­nego czasu!

Ro­ze­śmiały się. Alek­san­dra uwiel­biała Olgę i jej po­czu­cie hu­moru, przy­datne zwłasz­cza pod­czas trud­nych roz­mów.

- Taka nowa moda. Sofa i miła roz­mowa, czego chcieć wię­cej?

- Roz­mowa z psy­chia­trą bez wcze­śniej­szego umó­wie­nia ter­minu? - Wy­buch­nęła śmie­chem, a chwilę póź­niej jej twarz spo­waż­niała. - Do­bra, ty mi tu nie pi­cuj, ko­bieto. Mów, po co przy­szłaś! Znowu po­trze­bu­jesz re­cepty?

???

Prze­miesz­cze­nie się mię­dzy od­dzia­łem psy­chia­trycz­nym a chi­rur­gicz­nym za­jęło dok­to­rowi Se­ba­stia­nowi Adam­czy­kowi nie wię­cej niż pięć mi­nut. Zje­chał szpi­talną windą dwa pię­tra ni­żej i zna­lazł chi­rurga, z któ­rym przed chwilą roz­ma­wiał przez te­le­fon.

- Cześć, co jest?

- Przy­pa­dek dla cie­bie. - Ja­nek No­wicki trzy­mał w ręku kar­to­tekę pa­cjenta. - Ofiara po­trą­ce­nia, męż­czy­zna przy­wie­ziony z ulicy. Zła­mane dwa że­bra, pro­blemy z od­dy­cha­niem opa­no­wane. Rany opa­trzone. Nie wiemy, jak długo był nie­przy­tomny. Brak świad­ków wy­padku, rów­nie do­brze mógł le­żeć na po­bo­czu i go­dzinę, i trzy. Mocno ogra­ni­czony kon­takt.

- To zna­czy?

- No wiesz... - Chi­rurg po­krę­cił głową, wy­da­jąc dziwne dźwięki. Niby cmo­ka­nie, niby sior­ba­nie.

- No nie wiem.

Znał Janka od kilku lat i przy­zwy­czaił się do jego dziw­nego sto­sunku do psy­chia­trów. Nie uła­twiał mu tym sa­mym za­da­nia i nie za­da­wał do­dat­ko­wych py­tań. Cze­kał, aż wy­tłu­ma­czy, po co go we­zwał.

- Jest przy­tomny. Może naj­le­piej bę­dzie, jak cię do niego za­pro­wa­dzę. Sam zo­ba­czysz.

- A co cię za­nie­po­ko­iło?

- Fa­cet jest NN. Oczy­wi­ście zgod­nie z pro­ce­du­rami za­wia­do­mi­li­śmy po­li­cję.

- Ale...?

- Nie ma żad­nego ale. Pró­bo­wa­łem z nim roz­ma­wiać. Do­py­ty­wa­łem o na­zwi­sko, miej­sce za­miesz­ka­nia albo dane osoby, którą po­win­ni­śmy za­wia­do­mić. Ni­czego nie pa­mięta. Wi­dzia­łem, że stara się coś so­bie przy­po­mnieć, ale chwilę póź­niej prze­stał się w ogóle od­zy­wać.

- Wstrzą­śnie­nie mó­zgu?

- Nie są­dzę. My­ślę, że amne­zja. Sprawdź, to twoja działka.

- Neu­ro­log?

- Już po­pro­si­łem o kon­sul­ta­cję. Gdyby to było wstrzą­śnie­nie, fa­cet nie pa­mię­tałby tylko tego, co się wy­da­rzyło przed sa­mym wy­pad­kiem. Wy­gląda na to, że jego mózg prze­szedł cał­ko­wity re­set. Uświa­do­mił so­bie to po roz­mo­wie ze mną i się za­mknął. Zer­k­nij na niego.

Se­ba­stian aż za­tarł ręce z ra­do­ści - od lat pa­sjo­no­wał się te­ma­tem amne­zji. Nie­dawno opu­bli­ko­wał ar­ty­kuł o amne­zji or­ga­nicz­nej, a te­raz zbie­rał ma­te­riały do pracy na te­mat amne­zji dy­so­cja­cyj­nej. Pa­cjent z chi­rur­gii spadł mu z nieba.

???

- Je­stem czy­sta. Już nie biorę. Prze­cież wiesz!

De­kla­ra­cja Alek­san­dry wy­dała się Ol­dze spójna z tym, co wi­działa.

Blada cera przy­ja­ciółki miała zdrowy, ró­żo­wawy od­cień. Nie­bie­skie oczy były tro­chę zmę­czone, ale za­uwa­żała w nich błysk, któ­rego nie wi­dy­wała u lu­dzi uza­leż­nio­nych od psy­cho­tro­pów. Błysk sy­gna­li­zu­jący chęć przyj­mo­wa­nia nie­spo­dzia­nek, które ser­wuje nam ży­cie. Bez otę­pie­nia. Bez wspo­ma­ga­czy. Na żywca i na klatę.

Rude, krę­cone włosy przy­ja­ciółki jak zwy­kle pre­zen­to­wały bar­dziej twór­czy nie­ład niż uło­żoną fry­zurę, ale to wła­śnie one ła­go­dziły po­ważny wi­ze­ru­nek Alek­san­dry. Nie skoń­czyła jesz­cze trzy­dzie­stu sze­ściu lat, ale ży­cie do­świad­czyło ją bo­le­śnie nie raz i nie dwa. Pa­miątką po za­gi­nię­ciu i śmierci męża była skłon­ność do ubie­ra­nia się je­dy­nie na czarno. Olga po­my­ślała, że przy pierw­szej lep­szej oka­zji mu­szą wyjść na wspólne za­kupy.

- Wiem. Tylko cię spraw­dzam. A wła­ści­wie i spraw­dzam, i mar­twię się. Nikt o zdro­wych zmy­słach nie przy­cho­dzi do pracy w pierw­szym dniu urlopu. Jak długo cię nie bę­dzie?

Olga po­de­szła do lo­dówki i wy­cią­gnęła z niej kar­ton soku po­ma­rań­czo­wego. Po­sta­wiła go na sto­liku bli­sko sofy. Alek­san­dra się­gnęła po szklanki.

Pra­co­wały na tym sa­mym od­dziale od kilku lat. Kie­dyś spo­ty­kały się nie­malże co­dzien­nie. Od czasu, kiedy Alek­san­dra prze­szła na pół etatu, ich spo­tka­nia były co­raz rzad­sze.

- Długo. Udało mi się wy­pro­sić dwa ty­go­dnie. Jak dzie­ciaki wrócą z obozu, to po­je­dziemy z nimi jesz­cze na trzy dni w góry.

- Po­je­dziemy? Co ja sły­szę? Z in­for­ma­ty­kiem?

- Tak, z Kry­stia­nem - spe­szyła się Alek­san­dra. - Przy­jaź­nimy się.

- Do­bra, do­bra, ty mi się nie tłu­macz. Do­ro­sła je­steś, a każdy do­ro­sły czło­wiek ma swoje po­trzeby. Jako psy­chia­tra po­wiem ci jesz­cze, że je­śli nie re­ali­zu­jesz pod­sta­wo­wych po­trzeb, fi­zjo­lo­gicz­nych i psy­chicz­nych, to tra­fisz na ten od­dział. Prę­dzej lub póź­niej. I to nie w cha­rak­te­rze per­so­nelu me­dycz­nego!

Te­ra­pia śmie­chem. W tym Olga za­wsze była do­bra. Być może z tego po­wodu Alek­san­dra za­przy­jaź­niła się z nią w ostat­niej kla­sie li­ceum. Szybko stały się nie­roz­łączne. Nie roz­dzie­liły ich na­wet stu­dia na zu­peł­nie in­nych uczel­niach.

- Ty, jak ro­zu­miem, re­ali­zu­jesz swoje po­trzeby z tym... No, jak miał na imię?

- Ko­bieto, je­śli nie pa­mię­tasz imie­nia mo­jego ga­cha, to zna­czy, że bar­dzo, ale to bar­dzo mnie za­nie­dba­łaś!

???

Ilona Drze­wiecka do­brze pa­mię­tała dzień, w któ­rym po raz pierw­szy usia­dła na bo­gato zdo­bio­nym wik­to­riań­skim fo­telu w kan­ce­la­rii Neu­ma­ie­rów. Już kiedy we­szła z ulicy Ro­ose­velta do od­re­stau­ro­wa­nej ka­mie­nicy, po­czuła, że wy­graną ma w kie­szeni. Za­le­żało jej jed­nak nie tylko na wy­gra­nej. Prio­ry­te­tem było znisz­cze­nie prze­ciw­niczki.

Prze­pych tego miej­sca kie­dyś dzia­łał na nią uspo­ka­ja­jąco. Nad­miar or­na­men­tyki, ogromne biurko, so­lidna szafa i przy­po­mi­na­jące trony fo­tele - to wszystko upew­niało ją w pod­ję­tej de­cy­zji. Z tak oka­za­łym wspar­ciem po­ko­na­łaby każ­dego prze­ciw­nika. Każ­dego!

Miała wy­koń­czyć za­gu­bioną wdowę po swoim bra­cie i ode­brać jej dzieci. Dwójkę ma­łych Wil­ków, które - z ra­cji tego, że ich oj­cem był brat bliź­niak Ilony - rów­nie do­brze mo­głyby być jej dziećmi.

- Ro­zu­miem pani roz­go­ry­cze­nie. - Sta­ni­sław Neu­ma­ier ju­nior, spe­cja­li­sta od prawa ro­dzin­nego i opie­kuń­czego, był tak samo uśmiech­nięty jak wtedy, gdy przyj­mo­wał zle­ce­nie. - Po­ja­wiły się jed­nak oko­licz­no­ści, które wpły­nęły na de­cy­zję sądu.

- Pan me­ce­nas mó­wił, że z pa­nem i pana kon­tak­tami ani się nie obej­rzę, a dzieci będą bie­gać po moim domu.

- A pani nie po­in­for­mo­wała mnie o wy­da­rze­niach, które po­sta­wiły matkę w trud­nej sy­tu­acji. Pro­szę się jed­nak nie nie­po­koić. Sąd usta­lił, że ro­dzina Wil­ków ma być pod nad­zo­rem opieki spo­łecz­nej. Od­su­nął je­dy­nie pod­ję­cie de­cy­zji do ko­lej­nej roz­prawy.

- Ale obie­cy­wał pan, że już na pierw­szej...

- Pani Ilono, jest pani tak mą­drą ko­bietą - prze­rwał jej. - Pro­szę wy­ci­szyć emo­cje. Mie­li­śmy wgląd je­dy­nie we frag­ment rze­czy­wi­sto­ści. Nie­szczę­śli­wie roz­prawa wy­pa­dła kilka dni po tym, jak miały miej­sce te wszyst­kie wy­da­rze­nia, tak gło­śno roz­pa­try­wane w me­diach. Sę­dzia nie miał in­nej moż­li­wo­ści i mu­siał uznać, że matka znaj­do­wała się w sil­nie stre­su­ją­cej sy­tu­acji, wal­czyła o ży­cie swoje i dzieci. Te­raz ob­ser­wuje ich opieka spo­łeczna. Za trzy ty­go­dnie od­bę­dzie się ko­lejna roz­prawa. Wtedy też okaże się, czy pro­blemy matki miały cha­rak­ter przej­ściowy, czy nie.

- Oczy­wi­ście, że nie! Ale ona te­raz się kon­tro­luje! Udaje ide­alną matkę, a gdy tylko sąd od­dali nasz wnio­sek...

- Pro­szę być do­brej my­śli.

Ilo­nie da­leko było do do­brych my­śli. Je­dyny fakt, na któ­rym się te­raz sku­piała, to ten, że ho­no­ra­rium Neu­ma­iera było zbyt wy­so­kie jak na brak ocze­ki­wa­nych efek­tów. Ju­nior miał świetną opi­nię. Wy­gry­wał każdą sprawę, któ­rej się po­dej­mo­wał. Od­bie­rał prawa ro­dzi­ciel­skie mat­kom i prze­ka­zy­wał ko­cha­ją­cym oj­com. Wal­czył prze­ciwko dys­kry­mi­na­cji męż­czyzn oraz prze­ko­na­niu, że naj­lep­szą opie­kunką dla dziecka jest za­wsze matka.

Ufała mu, ale jed­no­cze­śnie - gdzieś z tyłu głowy - błą­kała jej się myśl, że być może sprawa spryt­nej bra­to­wej bę­dzie pierw­szą, którą słynny praw­nik prze­gra.

- To co ja mogę te­raz zro­bić?

- Pani Ilono, je­śli na­prawdę za­leży pani na tych dzie­ciach, to oba­wiam się, że czas na praw­dziwą wojnę. Na­sza prze­ciw­niczka bu­dzi współ­czu­cie, gra na emo­cjach, a dzieci nie wy­glą­dają na za­nie­dbane. To trudna sprawa, dla­tego mu­simy za­cząć grać ostrzej. Musi być pani czujna. Uży­jemy wszyst­kiego, co bę­dzie można wy­ko­rzy­stać prze­ciwko matce. Za­wsze można zna­leźć coś, z czego zbu­du­jemy od­po­wied­nią hi­sto­rię i prze­chy­limy szalę na na­szą stronę.

???

- Olga, masz stu­pro­cen­tową ra­cję. Biję się w piersi. Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina!

Opo­wieść Olgi o tym, jak ostat­nie ty­go­dnie wy­glą­dały z jej punktu wi­dze­nia, spra­wiła, że zro­bi­łam się ma­lutka i zda­łam so­bie sprawę z tego, że za­nie­dba­łam wiele rze­czy.

Po tym wszyst­kim, po śmierci Ga­briela, sku­pi­łam się na dzie­ciach. One były dla mnie naj­waż­niej­sze. Ich spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Tylko one mi wtedy zo­stały. Nie mo­głam ich stra­cić. Za­nie­dba­łam sie­bie i całe swoje ży­cie.

Ola­łam naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Lek­ce­wa­ży­łam ją, uni­ka­łam kon­taktu, od­su­nę­łam od sie­bie i za­po­mnia­łam, że prze­cież na­sza re­la­cja była dwu­stronna. Na­wet je­śli w tam­tej chwili nie była mi do ni­czego po­trzebna, to być może ja mo­głam jej się do cze­goś przy­dać.

- Do­bra, bez ta­kich mi tu! Jak się ma ciężko, to się zwraca do przy­ja­ciółki. Nie tylko po to, by wy­pi­sała re­ceptę.

I jesz­cze te psy­cho­tropy. Ko­lejna wtopa. Wła­ści­wie nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie - chyba poza tym, że ostat­nie mie­siące były trudne. Ale prze­cież ona o tym wie, i nie ob­ra­ziła się na mnie, tylko w swój spe­cy­ficzny spo­sób wy­lewa żale.

To do­brze. Być może dzięki temu na­pra­wimy na­szą re­la­cję.

- Wiem, Olga, wiem. Da­łam ciała, prze­pra­szam. Wła­śnie dla­tego tu dziś przy­je­cha­łam. Po­my­śla­łam, że może coś ra­zem zro­bimy?

Olga przez chwilę udaje ob­ra­żoną, a póź­niej uśmie­cha się tak sze­roko jak kot z Che­shire, moja ulu­biona po­stać z Ali­cji w Kra­inie Cza­rów.

- Mogę zgo­dzić się na to, że w ra­mach po­kuty się mną za­opie­ku­jesz. Mój fa­cet wy­je­chał, więc mam mnó­stwo wol­nego czasu. Zróbmy ra­zem coś faj­nego. Sza­lo­nego, jak daw­niej!

- Coś faj­nego? - Mam wąt­pli­wo­ści. Na stu­dencką im­prezę je­ste­śmy za stare. Wy­jazd nad mo­rze od­pada, spłu­ka­łam się na obóz har­cer­ski. - Może kino? Te­atr? - pro­po­nuję, ale po skrzy­wio­nej mi­nie Olgi wi­dzę, że to nie był strzał w dzie­siątkę.

Chcę po­wie­dzieć coś, co wy­maże złe wra­że­nie. Szu­kam w my­ślach od­po­wied­nio sza­lo­nej pro­po­zy­cji, ale mam pustkę. Na szczę­ście od dal­szej kon­wer­sa­cji wy­ba­wia mnie dzwo­niący te­le­fon.

???

- Halo? - Drżący głos Alek­san­dry zdra­dzał na­pię­cie. Bała się, że coś się stało, że au­to­kar, któ­rym jej dzieci je­chały na obóz, miał wy­pa­dek, albo że ośmio­letni Kuba wpadł w hi­ste­rię i za­żą­dał na­tych­mia­sto­wego po­wrotu do domu. To był jego pierw­szy sa­mo­dzielny wy­jazd. - Halo?

- Alek­san­dra Wilk z domu Chmie­lew­ska?

- Tak, przy te­le­fo­nie.

- To do­brze. Cześć, Ru­dzielcu! Po­zna­jesz mnie? - spy­tał bez­czelny mę­ski głos.

Nie po­zna­wała, co spra­wiło, że ze­stre­so­wała się jesz­cze bar­dziej.

- Kto mówi?! Co to za głu­pie żarty?!

- Żarty? No wiesz! - Męż­czy­zna się ro­ze­śmiał. - To chyba ty so­bie stro­isz żarty! Ru­dzielcu, obie­cy­wa­łaś prze­cież, że nie za­po­mnisz mnie do końca ży­cia!

- Ja? - za­py­tała, by zy­skać na cza­sie.

W słu­chawce za­pa­no­wała ci­sza. Olga za­jęła się prze­glą­da­niem kar­to­tek pa­cjen­tów, a Alek­san­dra ner­wowo prze­szu­ki­wała pa­mięć, z na­dzieją, że uda jej się od­na­leźć ten bez­czelny ton i ze­sta­wić go z twa­rzą.

- No a kto, Ru­dzielcu? Kto mó­wił: "Seba, nie za­po­mnę cię do końca ży­cia"?

Na­gle so­bie przy­po­mniała. Po skoń­cze­niu pod­sta­wówki tylko jedna osoba od­wa­żyła się zwra­cać do niej tym prze­zwi­skiem.

- Se­ba­stian?

Dawno nie sły­szała tego cwa­niac­kiego głosu, ale nie za­po­mniała zło­żo­nej obiet­nicy.

Se­ba­stian Adam­czyk był jed­nym z jej naj­za­baw­niej­szych wspo­mnień. Naj­więk­szy pod­ry­wacz w Po­zna­niu gra­so­wał nie tylko na Aka­de­mii Me­dycz­nej, ale na wszyst­kich im­pre­zach stu­denc­kich i mie­szał w gło­wach na­iw­nym przy­szłym ger­ma­nist­kom, eko­no­mist­kom i po­lo­nist­kom.

- Albo coś ci się po­my­liło? - Alek­san­dra zro­biła długą pauzę. - Albo moje ży­cie już się skoń­czyło. W każ­dym ra­zie za­po­mnia­łam. Za­po­mnia­łam twoje oczy, za­po­mnia­łam twoje usta - za­nu­ciła stary prze­bój Ur­szuli Si­piń­skiej. Za­wsze od­pła­cała mu pięk­nym za na­dobne, te­raz nie mo­gło być ina­czej.

- Do­bra, do­bra! I tak w to nie wie­rzę. Cześć, Ru­dzielcu, kopę lat!

- Kopę - po­wtó­rzyła. W tej sy­tu­acji by­cie dro­bia­zgo­wym ozna­cza­łoby do­li­cze­nie do kil­ku­na­stu lat i uzmy­sło­wie­nie so­bie, jak mocno się ze­sta­rzeli.

- Miło cię sły­szeć. Na­dal brzmisz sek­sow­nie.

- Czyż­byś or­ga­ni­zo­wał ko­lejny zjazd ab­sol­wen­tów me­dy­cyny i za­po­mniał, że kum­plo­wa­łam się z wami tylko na do­czepkę? Ale wiesz co, jest tu Olga, mogę ci ją prze­ka­zać.

Olga odło­żyła do­ku­men­ta­cję i spoj­rzała py­ta­jąco na przy­ja­ciółkę.

- Nie! - za­pro­te­sto­wał Se­ba­stian. - Tym ra­zem mam ochotę na coś bar­dziej in­tym­nego!

- Sta­rze­jesz się! Zwy­kle mu­sia­łeś mieć spęd, żeby wy­brać so­bie ofiarę!

Alek­san­dra pa­mię­tała ich wspólne im­prezy. Przy­szli le­ka­rze i ona - stu­dentka psy­cho­lo­gii z Uni­wer­sy­tetu Adama Mic­kie­wi­cza - sta­no­wili grupę, która po­tra­fiła ba­wić się na ca­łego.

- Je­śli znowu mi wy­po­mnisz, że z klubu wy­sze­dłem z dwiema cy­ca­tymi blon­dyn­kami, to się roz­łą­czę!

- Już o tym za­po­mnia­łam.

- To do­brze. Słu­chaj, mu­sisz przy­je­chać do Ło­dzi.

- Kiedy?

- Te­raz.

- W ja­kim celu?

- Ty od razu mu­sisz mieć kon­kretny cel i usta­lony kon­trakt te­ra­peu­tyczny? Być może po­trze­buję two­jej po­mocy? A może się tylko stę­sk­ni­łem?

- Słu­chaj, nie mam te­raz czasu na głu­poty.

- To nie są głu­poty. To śmier­tel­nie po­ważna sprawa. Przy­jedź. O któ­rej ode­brać cię z dworca?

Pew­ność sie­bie i mo­no­te­ma­tycz­ność sta­rego zna­jo­mego była nie do znie­sie­nia. Alek­san­dra za­pra­gnęła szybko za­koń­czyć roz­mowę.

- Seba, ja na­prawdę nie mam ani czasu, ani ochoty. Mu­szę koń­czyć.

- Do­bra, je­śli nie dla mnie, to dla niego.

- Dla kogo? Albo po­wiesz mi kon­kret­nie o co cho­dzi, albo się roz­łą­czę.

- Cho­dzi o pa­cjenta. Mamy fa­ceta z amne­zją. Nie pa­mięta swo­jego na­zwi­ska, ale za to cią­gle po­wta­rza twoje. W kółko po­wta­rza: "Alek­san­dra Chmie­lew­ska". Zna cię, może i ty go roz­po­znasz. Przy­jedź.

- Wiesz, ile w Pol­sce jest Alek­san­der Chmie­lew­skich? Prze­ślij mi jego zdję­cie, tak bę­dzie szyb­ciej.

- Nie są­dzę, by coś ci dało. Fa­cet miał bli­skie spo­tka­nie z sa­mo­cho­dem. Nie wy­gląda... zbyt re­pre­zen­ta­cyj­nie. Jest spuch­nięty i po­si­nia­czony. Ru­dzielcu, przy­jedź. Bar­dzo mi za­leży. Pro­wa­dzę ba­da­nia nad amne­zją. Mu­szę zła­pać z nim kon­takt. Na­wet je­śli go nie roz­po­znasz, po­mo­żesz mi, pro­szę?

- Je­steś świet­nym spe­cja­li­stą, po­ra­dzisz so­bie. Nie mogę dłu­żej...

Prze­rwał jej:

- Słu­chaj! - wark­nął, a z jego głosu znik­nęła nutka roz­ba­wie­nia. - Chcia­łem być uprzejmy, ale trudno. Pa­mię­tasz, że wi­sisz mi przy­sługę?

Po­my­ślała, że Se­ba­stian w ogóle się nie zmie­nił. Na­dal nie lu­bił prze­gry­wać i nie umiał przyj­mo­wać od­mowy.

- Po pro­stu bądź uprzejma, wsiądź w naj­bliż­szy po­ciąg do Ło­dzi, od­biorę cię z dworca. Nie pro­szę o wiele, je­dy­nie o odro­binę em­pa­tii. Pa­cjent nie jest zdolny przy­po­mnieć so­bie żad­nych waż­nych in­for­ma­cji do­ty­czą­cych wła­snej osoby. A gdzieś tam czeka na niego... żona, ko­chanka, może matka. Ru­dzielcu, no! Przy­jedź, zre­wan­żuję ci się obia­dem. No, chyba że sama po­pro­sisz o coś wię­cej.

???

- Kino? Te­atr? Trzy go­dzinki i do domu? Tak ła­two się mnie nie po­zbę­dziesz. Cho­dzi mi po gło­wie ja­kieś figo-fago. Fa­ceci, za­bawa, ra­dość i spon­tan.

Cała Olga. Od lat de­fi­niuje roz­rywkę w ten sam spo­sób. Za­bawne nie­do­po­wie­dze­nia, ra­do­sny flirt, spon­ta­niczny seks. Nie mogę jej jed­nak wi­nić, to ja się zmie­ni­łam. Wy­szłam za mąż, uro­dzi­łam dwójkę dzieci i sku­pi­łam się na pro­wa­dze­niu ide­al­nego domu.

- A pro­pos fa­ce­tów... Nie by­łaś miła dla tego, co dzwo­nił. Czyżby dok­tor Adam­czyk? - pyta do­piero te­raz, cho­ciaż strzy­gła uszami, kiedy uda­wała, że jest za­jęta prze­glą­da­niem pa­pie­rów.

Przy­ta­kuję.

- O, pro­szę! Za­dzwo­nił do cie­bie nasz po­znań­ski Mat­thew McCo­nau­ghey! Fa­cet ideał? In­te­li­gentny i przy­stojny jed­no­cze­śnie? Czego chciał?

Nie po­zo­staje mi nic in­nego poza nie­szko­dli­wym prze­ina­cze­niem fak­tów.

- Je­śli masz ochotę na spon­tan, fa­ce­tów i przy­gody, to Seba za­pra­sza cię do sie­bie.

- I dzwo­nił do cie­bie, bo je­steś moją se­kre­tarką?

Olga nie jest głu­pia i nie daje się wkrę­cić. Chyba bar­dziej niż na przy­go­dach za­leży jej na spę­dze­niu czasu ze mną.

- No nie, dzwo­nił, bo chciał że­bym przy­je­chała do Ło­dzi. Cho­dzi o ja­kie­goś pa­cjenta z amne­zją.

- O pa­cjenta czy o ro­mans? Je­steś je­dyną z na­szej paczki, któ­rej nie za­li­czył. Może Seba ma kry­zys wieku śred­niego i po­sta­no­wił nad­ro­bić... Nie­ważne, je­dziemy!

W bły­ska­wicz­nym tem­pie po­dej­muje de­cy­zję. Ona, nie ja. Cho­ciaż nie. Ja już de­cy­zję pod­ję­łam.

Nie ru­szam się z Po­zna­nia. Mam plan na kilka naj­bliż­szych dni. Umyję okna, po­sprzą­tam w sza­fach, ogarnę po­koje dzieci. Po­trze­buję ci­szy i spo­koju. Po­czu­cia, że nic nie mu­szę, nic mnie nie goni i że je­stem tylko dla sie­bie. Po­leżę w łóżku, po­ga­pię się na te­le­wi­zor, po­czy­tam książki. Jest tyle świet­nych ty­tu­łów, po które nie mia­łam czasu się­gnąć. Te­raz to nad­ro­bię.

Moja ko­mórka ćwierka, in­for­mu­jąc o ode­bra­niu no­wej wia­do­mo­ści.

- Czyżby wia­do­mość od go­rą­cego Seby?

- Olga, prze­stań! Je­stem po­ważną ko­bietą, w do­datku wdową. I je­śli za­po­mnia­łaś, nie je­stem do wzię­cia, mam in­for­ma­tyka. Nie wy­my­ślaj sek­su­al­nych pod­tek­stów.

- Ja wy­my­ślam? Ja? Freuda się cze­piaj! Do­bra, to co z tym pa­cjen­tem?

- Amne­zja. Nie wie, jak się na­zywa. Seba prze­słał mi wła­śnie jego zdję­cie. Fak­tycz­nie, trudno go roz­po­znać. Po­dobno w kółko po­wta­rza moje imię i na­zwi­sko pa­nień­skie. Seba chce, że­bym przy­je­chała i spró­bo­wała na­wią­zać z nim kon­takt.

- I świet­nie. To jest do­bry pre­tekst do wy­sko­cze­nia do Ło­dzi na week­end.

- Olga, ja nie po­trze­buję pre­tek­stów! Zo­staję tu­taj.

- Do­bra, złe słowo. Nie pre­tekst, tylko po­wód, żeby zo­ba­czyć go na wła­sne oczy.

- Nie znam go, to co będę oglą­dać?

- To nie znasz czy nie mo­żesz roz­po­znać? Zde­cy­duj się, ko­bieto. Poza tym nie in­try­guje cię to, że on zna cie­bie?

- Po sen­sa­cyj­nych do­nie­sie­niach me­diów zwią­za­nych ze śmier­cią mo­jego męża śmiem twier­dzić, że wiele osób mnie zna. Przy­naj­mniej z imie­nia i na­zwi­ska.

- Na­zwi­ska tak, ale nie pa­nień­skiego. Ko­bieto, weź! Po­je­dziemy ra­zem. Nie­długo koń­czę dy­żur i je­stem wolna. Au­to­stradą myk­niemy w dwie go­dziny. Zaj­rzymy do Seby, po­zwie­dzamy mia­sto. By­łaś kie­dyś w Ło­dzi?

- Olga, o co ci cho­dzi?

Do po­koju le­kar­skiego wcho­dzi pie­lę­gniarka, a Olga od­wraca się do mnie i już szep­tem do­kań­cza:

- O to, że­by­śmy nad­ro­biły stra­cony czas. Mu­sisz od­zy­skać ra­dość ży­cia. Ko­niec ża­łoby.

- Tylko zmę­czymy się po­dróżą!

- Im bar­dziej je­stem zmę­czona, tym bar­dziej czuję, że żyję. Ty nie?

- Olga...

- No co? Tak się składa, że mam klu­cze do łódz­kiego apar­ta­mentu Marka. Jego te­raz nie ma, więc nie bę­dzie nas krę­po­wać. Mo­żemy za­sza­leć. Dzie­ciaki są na obo­zie, a za­nie­dbana przy­ja­ciółka pro­po­nuje ci week­end w Ło­dzi. Od­mó­wisz?

???

Nie miała su­mie­nia od­mó­wić. Do­piero póź­niej przy­szło jej się zmie­rzyć z na­stęp­stwami ta­kiej de­cy­zji. Bły­ska­wiczne spa­ko­wa­nie się na wy­jazd nie było trudne, w prze­ci­wień­stwie do roz­mowy z Kry­stia­nem.

Kry­stian Ka­miń­ski po­ja­wił się w ży­ciu Alek­san­dry zu­peł­nie nie­zau­wa­żal­nie. Przez wiele lat funk­cjo­no­wał w świa­do­mo­ści ko­biety je­dy­nie jako in­for­ma­tyk pra­cu­jący w fir­mie pro­wa­dzo­nej przez jej męża. Zja­wiał się cza­sem w ich ro­dzin­nym domu, by skon­fi­gu­ro­wać sprzęt lub roz­wią­zać bie­żące pro­blemy.

Do­piero po śmierci Ga­briela zbli­żył się do Alek­san­dry, za­ofe­ro­wał wspar­cie i po­moc. Od tam­tej pory ich zna­jo­mość się roz­wi­nęła. Obec­nie znaj­do­wali się na eta­pie związku o nie­usta­lo­nym po­ten­cjale na przy­szłość.

Ce­niła w Kry­stia­nie spo­kój, od­da­nie oraz to, że dbał nie tylko o nią, ale i o jej dzieci. Kuba go uwiel­biał, a We­ro­nika nie zno­siła. We­dług niej nie speł­niał pod­sta­wo­wych kry­te­riów atrak­cyj­no­ści. I nie cho­dziło tylko o nie­chlujny spo­sób ubie­ra­nia się, nad­pro­gra­mowe ki­lo­gramy i prze­pra­sza­jący styl by­cia. Był zu­peł­nie inny niż jej oj­ciec, i to We­ro­nikę draż­niło naj­bar­dziej.

Alek­san­dra sta­rała się nie cze­piać szcze­gó­łów, ale rze­czy­wi­ście w wielu sy­tu­acjach mo­głaby przy­znać córce ra­cję. Na przy­kład dzi­siaj rano, kiedy zja­wił się w ich miesz­ka­niu, by za­wieźć dzieci na au­to­bus, miał na so­bie sprane je­ansy, ko­szulkę polo i po­ma­rań­czową bluzę. Wy­glą­dał ra­czej jak wy­cho­wawca ko­lo­nijny, a nie ce­niony spe­cja­li­sta.

Przy­po­mniała so­bie jego cie­płe spoj­rze­nie i to, jak mocno ją przy­tu­lił, kiedy au­to­bus z dziećmi zni­kał z pola wi­dze­nia. Po­czuła wtedy wy­rzuty su­mie­nia - on da­wał jej wszystko, czego po­trze­bo­wała, a ona...

- Co tak mil­czysz? - Olga ści­szyła ra­dio.

Po­ko­ny­wały wła­śnie ki­lo­me­try dzie­lące Łódź od Po­zna­nia. Słońce świe­ciło ra­do­śnie, sa­mo­chód mknął au­to­stradą a w jego wnę­trzu pa­no­wał chłód, nie tylko za sprawą do­brze dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji.

- My­ślę. O tym i o tam­tym.

- Po two­jej skwa­szo­nej mi­nie wno­szę, że ra­czej o tam­tym, czyli o in­for­ma­tyku.

- Okrop­nie się wku­rzył, że ze­psu­łam mu plany. Po­dobno mie­li­śmy spę­dzić ro­man­tyczny week­end. Świeczki, ką­piel w wan­nie z płat­kami róż, je­dze­nie na te­le­fon. Te sprawy.

- Te sprawy? No, ja ci ich nie za­pew­nię, ale Se­ba­stian może się po­sta­rać. Wcale się nie dzi­wię. Też się wku­rza­łam, jak mnie ole­wa­łaś. Ale spoko, za trzy dni wra­camy. Nie uschnie. Naj­wy­żej na­bie­rze na cie­bie jesz­cze więk­szego ape­tytu.

???

Ur­szula Zi­miń­ska po raz pierw­szy roz­glą­dała się po łódz­kim pchlim targu usy­tu­owa­nym przy ulicy Dol­nej, ale czuła się, jakby przy­cho­dziła tu re­gu­lar­nie. Nie prze­szka­dzali jej prze­py­cha­jący się mię­dzy sto­iskami lu­dzie, do­cho­dzące z każ­dej strony od­głosy tar­go­wa­nia się czy wszech­obecny chaos.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach sta­ro­ści i to on spra­wiał, że czuła się w tym miej­scu kom­for­towo. Tak samo pach­niało w domu jej babci, która lu­biła ota­czać się sta­rymi przed­mio­tami. Tłu­ma­czyła, że zwią­zuje się z nim emo­cjo­nal­nie i nie może ich wy­rzu­cić, na­wet je­śli prze­stają być przy­datne.

To prze­ma­wiało do wy­obraźni ma­łej Ur­szuli. Ze­psute krze­sło nie było zwy­kłym sprzę­tem słu­żą­cym do sie­dze­nia, ale ulu­bio­nym krze­słem zmar­łego dziadka. Za­śnie­działy łań­cu­szek - naj­cen­niej­szą pa­miątką po pra­babce, a wy­bla­kła wy­szy­wana po­duszka: pierw­szym rę­ko­dzie­łem babci.

Na sto­iskach mi­ja­nych przez Ur­szulę było mnó­stwo przed­mio­tów, które z pew­no­ścią mo­gły mieć dla ko­goś war­tość sen­ty­men­talną. Por­ce­la­nowe lalki, świecz­niki, pu­chary, cu­kier­niczki, sza­ble, ze­gary, gra­mo­fony, wi­ny­lowe płyty, me­dale i wszel­kiego ro­dzaju me­ble.

Ko­bieta nie była w sta­nie okre­ślić, czy były to an­tyki, czy je­dy­nie sta­ro­cie. Wie­działa, że jej oj­ciec na­zwałby je wszyst­kie ru­pie­ciami.

Za­trzy­mała się przy naj­bar­dziej ob­le­ga­nym sto­isku ze starą bro­nią i pły­tami. Jej uwagę przy­kuł młody chło­pak zu­peł­nie nie­pa­su­jący do oto­cze­nia. Wy­glą­dał na wiel­bi­ciela no­wo­cze­sno­ści - na czubku sta­ran­nie wy­go­lo­nej głowy ster­czała grzywka w ja­go­do­wym ko­lo­rze.

- Co za smród! - na­rze­kał gło­śno. - Do­brze, że je­ste­śmy na teo­re­tycz­nie świe­żym po­wie­trzu. Oj­ciec, ni­gdy nie za­cią­gniesz mnie na targ sta­roci w hali.

- Ci­szej! - Star­szy męż­czy­zna był wy­raź­nie za­wsty­dzony. - Nie ma­rudź, tylko się roz­glą­daj. Więk­szość z tych przed­mio­tów zo­stała wy­cią­gnięta ze śmieci. Ale im bar­dziej śmier­dzą i są za­nie­dbane, tym lep­szy in­te­res zro­bimy.

Ur­szula przez chwilę przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, a póź­niej po­szła da­lej. Krę­ciła się po targu wła­ści­wie bez więk­szego celu. Wiara w to, że w końcu znaj­dzie to, czego szu­kała od kilku mie­sięcy, gra­ni­czy­łaby z roz­bra­ja­jącą na­iw­no­ścią.

Wła­ści­wie do­szła do ściany. W marcu do­stała do ana­lizy po­rów­naw­czej pięć ar­chi­wal­nych spraw do­ty­czą­cych za­bójstw star­szych osób. Miała od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy zbrod­nie były ze sobą po­wią­zane.

Bar­dzo do­kład­nie prze­ana­li­zo­wała za­war­tość akt, za­po­znała się z opi­sami miejsc zbrodni, obej­rzała zdję­cia, przyj­rzała się ob­ra­że­niom, które sprawca lub sprawcy po­zo­sta­wili na cia­łach de­na­tów. Na pierw­szy rzut oka wszyst­kie sprawy rze­czy­wi­ście wy­da­wały się do sie­bie pa­so­wać. Ofia­rami były osoby sa­mot­nie miesz­ka­jące w do­mach jed­no­ro­dzin­nych. Z miej­sca zda­rze­nia za­wsze gi­nęły cenne przed­mioty, a sprawca lub sprawcy zni­kali ni­czym kam­fora.

Po głęb­szej ana­li­zie każ­dej z nich z osobna do­szła jed­nak do wnio­sku, że jedna nie pa­suje do po­zo­sta­łych. Śmierć Re­naty To­ma­szew­skiej wy­da­wała się przy­pad­kowa. Na miej­scu zda­rze­nia bra­ko­wało śla­dów broni czy uży­cia in­nych środ­ków prze­mocy niż ciało i siła sprawcy. Nikt nie gro­ził ko­bie­cie, nie przy­kła­dał do jej ciała noża czy pi­sto­letu. To ka­zało przy­pusz­czać, że nie­uzbro­jony za­bójca wszedł do domu Re­naty To­ma­szew­skiej z za­mia­rem ode­bra­nia jej je­dy­nie pie­nię­dzy i kosz­tow­no­ści, ale nie ży­cia.

- Może scy­zo­ryk dla sza­now­nej pani?

- Dla mnie?

- Każda dama po­winna mieć w to­rebce ta­kie cudo. - Ani się obej­rzała, a star­szy sprze­dawca pre­zen­to­wał jej za­rdze­wiałe ostrza. - Z cza­sów dru­giej wojny, zro­biony przez Wal­ter Broch Na­chf.

- Nie, dzię­kuję. Tylko się roz­glą­dam.

- To może cu­kier­niczka, ko­niec dzie­więt­na­stego wieku? - Sprze­dawca uznał, że stała przy jego sto­isku na tyle długo, że zde­cy­do­wała się na za­kup cze­go­kol­wiek.

- Nie, wła­ści­wie cho­dzi mi o bi­żu­te­rię. Wi­dzę, że ma pan je­den ze­ga­rek. Miewa pan cza­sem bi­żu­te­rię?

- Ze­ga­re­czek, o to sza­now­nej pani cho­dzi? Trzeba było mó­wić od razu!

Star­szy męż­czy­zna się­gnął po ze­ga­rek i za­czął opo­wia­dać o nim z pa­sją. Ur­szula mu nie prze­ry­wała. Przy­glą­dała się pre­zen­to­wa­nemu eg­zem­pla­rzowi, co ja­kiś czas wy­da­jąc z sie­bie krót­kie "aha". Do­piero kiedy męż­czy­zna za­milkł w ocze­ki­wa­niu na jej de­cy­zję, prze­szła do me­ri­tum:

- Wi­dzę, że swój tra­fił na swego. Pełno tu lu­dzi, któ­rzy sprze­dają śmieci, my­śląc, że na tym naj­szyb­ciej się do­ro­bią. W panu roz­po­znaję praw­dzi­wego wiel­bi­ciela hi­sto­rii. Jest pan z tego sa­mego po­ko­le­nia co moja świę­tej pa­mięci uko­chana bab­cia. Piękne ma pan rze­czy, ale szu­kam cze­goś in­nego.

- A czego? Może po­mogę?

Ur­szula miała w kie­szeni po­li­cyjną bla­chę, ale wie­działa, że na pchlim targu wię­cej zdziała jako za­fik­so­wana ko­lek­cjo­nerka. Więk­szość rze­czy ofe­ro­wa­nych w ta­kich miej­scach była po­dej­rza­nego po­cho­dze­nia. W naj­gor­szym wy­padku zo­stały wy­kra­dzione lub ci­cha­czem wy­nie­sione z domu krew­nych, w naj­lep­szym były zwy­czaj­nymi ru­pie­ciami. To sprze­dawcy do­da­wali do nich baj­kowe opo­wie­ści. Bla­szany pu­char wy­grze­bany ze śmiet­nika wzbo­ga­cony in­for­ma­cją, że ko­rzy­stano z niego na dwo­rze szla­chec­kim naj­praw­do­po­dob­niej w po­ło­wie osiem­na­stego wieku, bły­ska­wicz­nie zy­ski­wał na war­to­ści.

- In­te­re­suje mnie stara bi­żu­te­ria.

- Chce pani sprze­dać?

- Wręcz prze­ciw­nie. Ja­kiś czas temu sprze­da­łam fa­ce­towi broszkę po babci. Wie pan, po­trze­bo­wa­łam go­tówki. Za­ła­twi­łam, co mia­łam za­ła­twić, od­zy­ska­łam kasę. Te­raz chcę ją od­ku­pić. Być może był u pana? Chciał sprze­dać? Broszka w kształ­cie ważki?

- Je­śli pani ani nie ku­puje, ani nie sprze­daje, to ja nie po­mogę. - Kiedy męż­czy­zna zro­zu­miał, że roz­mowa nie pro­wa­dzi do trans­ak­cji, bły­ska­wicz­nie stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie Ur­szulą. Wo­kół jego sto­iska krę­ciło się jesz­cze kilka osób, któ­rym mógł coś wci­snąć.

- Bar­dzo mi za­leży... Może pod­py­tałby pan ko­le­gów? Po­trze­buję wska­zówki, gdzie mogę zna­leźć tego fa­ceta. Za­płacę z na­wiązką. Su­mie­nie nie daje mi spać. Mu­szę od­zy­skać tę broszkę!

- Trzeba było nie sprze­da­wać.

- Wiem, ale gdy­bym nie spła­ciła dłu­gów za mo­jego męża, to po­ła­ma­liby mu nogi. Pro­szę, niech mi pan po­może. - Ur­szula za­wie­siła głos, ob­ser­wu­jąc sprze­dawcę. In­for­ma­cja o po­ła­ma­niu nóg nie zro­biła na nim żad­nego wra­że­nia. - To może ja ku­pię ten scy­zo­ryk w pa­kie­cie z in­for­ma­cją? - za­pro­po­no­wała.

- Pro­szę bar­dzo. - Sprze­dawca uśmiech­nął się i w sku­pie­niu cze­kał, aż Ur­szula prze­każe mu kilka bank­no­tów. Do­piero wtedy ode­zwał się kon­spi­ra­cyj­nym to­nem: - Dawno nie mia­łem żad­nej broszki, ale bywa tu taki je­den...

???

- Za­raz bę­dziemy w Ło­dzi! - Pro­wa­dząca sa­mo­chód Olga eks­cy­tuje się jak dziecko. Ewi­dent­nie trudno jej usie­dzieć za kie­row­nicą. - Czu­jesz smak przy­gody?

Zmu­szam się do uśmie­chu.

Czuję smak po­rażki, nie przy­gody. By­łam mię­dzy mło­tem i ko­wa­dłem. Mię­dzy za­wie­dzio­nym Kry­stia­nem i za­nie­dbaną przy­ja­ciółką. Mu­sia­łam do­ko­nać wy­boru, mimo że bar­dzo tego nie chcia­łam.

Mu­sia­łam wy­pchnąć dzieci na obóz. Za­wieźć je na miej­sce zbiórki, wi­dzieć, jak onie­śmie­lone wcho­dzą do au­to­ka­rów peł­nych in­nych dzieci i prze­ko­nać samą sie­bie, że da­dzą so­bie radę, gdzieś tam, bez mo­ich rad i czuj­nego oka.

- Do­kład­nie dwie go­dziny - mówi Olga, gdy mi­jamy ta­blicę z na­pi­sem "Łódź". - Mo­żesz się wy­lu­zo­wać.

Mia­sto włó­kien­ni­cze wita nas słoń­cem i chmarą czar­nych pta­ków, które wła­śnie wzbiły się w po­wie­trze.

- No nie wiem. Te kruki, wrony czy co tam było, wy­glą­dały dość zło­wrogo.

- Zło­wro­gie to jest twoje na­sta­wie­nie. Wy­lu­zuj, ko­bieto. Znajdź w so­bie we­wnętrzne dziecko. Mia­łaś zo­sta­wić sztywną pa­nią psy­cho­log w Po­zna­niu.

- Pró­bo­wa­łam. Sztyw­niara nie od­pusz­cza, wi­docz­nie zła­pała się rury wy­de­cho­wej i je­dzie z nami - żar­tuję.

Je­stem sa­motną matką, po­nad dwa mie­siące temu wy­szłam na pro­stą, po­ko­na­łam na­wra­ca­jącą de­pre­sję i od­sta­wi­łam leki psy­cho­tro­powe. Do dia­bła, mam prawo być tro­chę bar­dziej spięta niż Olga!

- Olej sztyw­niarę. Zo­bacz, wi­dać już na­sze apar­ta­menty.

Olga je wi­dzi, a ja nie, cho­ciaż bar­dzo się sta­ram. Jej ręka wska­zuje ja­kieś stare ka­mie­nice z czer­wo­nej ce­gły.

- Ma­mi­łaś mnie obiet­nicą noc­legu w wy­pa­sio­nym apar­ta­men­cie. Nie po­my­li­łaś ad­resu?

Je­stem scep­tyczna. Wy­lu­zo­wana i scep­tyczna. Skrę­camy w ulicę Ko­per­nika. Nie ma tu nic luk­su­so­wego. Jedna od­no­wiona ele­wa­cja ho­telu, mała kwia­ciar­nia i ka­mie­nice, które trudno po­są­dzić o cień luk­susu.

- Spoko loko! Cze­kaj, która to była brama? - Olga się roz­gląda. - Tu­taj, To­baco Park!

???

- Przy­znaj! Głu­pio ci, co? Zwąt­pi­łaś w słowa przy­ja­ciółki?

Alek­san­dra mu­siała przy­znać Ol­dze ra­cję. Kiedy zo­ba­czyła ulicę Ko­per­nika, po­my­ślała, że ta prze­sa­dziła. Że mocno pod­ko­lo­ro­wała rze­czy­wi­stość, żeby sku­sić przy­ja­ciółkę na wspólny wy­pad do Ło­dzi. Do­piero te­raz - po otwar­ciu drzwi do apar­ta­mentu - uznała, że w jej sło­wach nie było odro­biny prze­sady.

- Głu­pio mi, ale cie­szę się, że spę­dzimy ze sobą kilka dni i nad­ro­bimy wszyst­kie za­le­gło­ści. Kim jest ten twój Ma­rek?

Mu­siała za­py­tać, bo apar­ta­ment do­słow­nie ocie­kał luk­su­sem. Ob­razy w zło­tych ra­mach. Pia­sko­wiec na ścia­nach. Prze­piękne ba­lu­strady. Oka­załe schody pro­wa­dzące na pię­tro, na któ­rym znaj­do­wały się ko­lejne po­miesz­cze­nia.

- Biz­nes­me­nem. To jego dru­gie, a wła­ści­wie pierw­sze miesz­ka­nie. Bo wiesz, on uro­dził się w Ło­dzi, miesz­kał z ro­dzi­cami nie­da­leko stąd. Ku­pił so­bie ten loft z my­ślą o swoim miej­scu na ziemi, a za­raz po­tem po­ja­wiła się szansa... i wy­je­chał do War­szawy. Te­raz więk­szość biz­ne­sów robi w sto­licy, ku­pił tam so­bie małe miesz­kanko, a tu je­dy­nie bywa.

- I spo­tyka się z tobą. Za­wsze po­tra­fi­łaś się nie­źle usta­wić.

Ro­ze­śmiały się. Olga za­jęła się roz­pa­ko­wy­wa­niem wa­lizki, a Alek­san­dra zwie­dza­niem apar­ta­mentu. Każde ko­lejne po­miesz­cze­nie onie­śmie­lało ją luk­su­sem i uwo­dziło dba­ło­ścią o szcze­góły.

- No, no, Olga. - Po za­koń­czo­nym zwie­dza­niu Alek­san­dra zna­la­zła Olgę w sy­pialni. - Apar­ta­ment robi wra­że­nie. Złote ramy, złota umy­walka, no­wo­cze­sny sprzęt ku­chenny... Fa­cet ma gest i dość spe­cy­ficzny gust. Jak mi po­wiesz, że jest jesz­cze in­te­li­gentny i przy­stojny, to umrę z za­zdro­ści!

Po­cią­gła twarz Olgi się roz­pro­mie­niła. Pa­so­wała do tego miej­sca - ciemne, za­dbane włosy, długi nos, ide­alna cera i błysz­czące szare oczy, w któ­rych wid­niała pew­ność sie­bie.

Alek­san­dra za­zdro­ściła przy­ja­ciółce pro­stych wło­sów i od­wagi w po­ka­zy­wa­niu swo­jego ciała. Ko­lo­rowa su­kienka pod­kre­ślała jej krą­gło­ści. Koń­czyła się tuż przed ko­la­nem i od­sła­niała nie­ziem­sko zgrabne nogi. Bo­le­sne ukłu­cie za­zdro­ści bu­dziła też wręcz dzie­cięca umie­jęt­ność wcho­dze­nia w każdy nowy zwią­zek z czy­stą kartą. Bez uprze­dzeń, bez obaw.

- Fa­cet po­wi­nien być przy­naj­mniej tro­chę ład­niej­szy od dia­bła... ale prze­cież mnie znasz i wiesz, że w dia­błach rów­nież gu­stuję. Poza tym... Przy­stojny czy nie, każdy fa­cet ma wady, a ja po­trze­buję do­dat­ko­wych bodź­ców, żeby ich nie za­uwa­żać.

- Zdo­by­tych fa­ce­tów czy ich wad?

- Zło­śliwa żmijo, zbie­raj się! Idziemy się przyj­rzeć Se­ba­stia­nowi. Cie­kawe, jak się ze­sta­rzał?

???

- Dzień do­bry. Przy­pro­wa­dzi­łem moją ko­le­żankę po fa­chu. To wła­śnie Alek­san­dra Wilk, z domu Chmie­lew­ska. - Se­ba­stian Adam­czyk przy­glą­dał się twa­rzy męż­czy­zny. Po­szko­do­wany w wy­padku sa­mo­cho­do­wym le­żał na swoim łóżku, wpa­try­wał się w su­fit i spra­wiał wra­że­nie, że nie za­uważa le­ka­rzy. - Olu, to nasz ta­jem­ni­czy pa­cjent.

- Dzień do­bry. - Alek­san­dra ski­nęła głową.

Męż­czy­zna ani drgnął. Szpi­talny su­fit, ze swo­imi za­cie­kami, pla­mami i bru­dami naj­wy­raź­niej był cie­kaw­szy od ko­biety.

Se­ba­stian z re­zy­gna­cją przy­jął brak re­ak­cji pa­cjenta. Za­kła­dał, że bo­dziec w po­staci Alek­san­dry Wilk wy­trąci go z pustki cho­ciaż na chwilę. Nie ocze­ki­wał cał­ko­wi­tego od­wrotu amne­zji, ale przy­naj­mniej zro­bie­nia jed­nego ma­łego kroku.

- Chyba się prze­li­czy­łem... Pa­cjent po­wta­rzał twoje imię i na­zwi­sko przez sen. Po­my­śla­łem... - za­czął, ale od razu mach­nął ręką. - Zna­cie się?

Już na progu szpi­tal­nej sali Alek­san­dra mo­głaby za­prze­czyć, ale po­de­szła bli­żej. W końcu nie po to je­chała ka­wał drogi, żeby te­raz na­wet nie zer­k­nąć. Przyj­rzała się uważ­nie męż­czyź­nie.

Trudno było okre­ślić, ja­kie miał rysy, bo opa­tru­nek za­sła­niał więk­szą część twa­rzy. Wi­doczna część była po­si­nia­czona i spuch­nięta tak mocno, że sku­tecz­nie unie­moż­li­wiała roz­po­zna­nie. Jedno oko było za­mknięte, a dru­gie wpa­try­wało się w su­fit.

Lewą dłoń miał scho­waną pod koł­drą, ale prawa nie spra­wiała wra­że­nia spra­co­wa­nej. Ogólna po­stura czło­wieka, je­śli można ją oce­niać w po­zy­cji le­żą­cej, wska­zy­wała na to, że męż­czy­zna nie prze­sa­dzał ze zdro­wym try­bem ży­cia, ale jed­nak nie stro­nił od sportu. Nie było wi­dać, żeby wy­ho­do­wał brzuch.

Na­wet gdyby był dla niej kimś bli­skim, mia­łaby pro­blem ze stwier­dze­niem ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią, że to jej chło­pak, brat czy oj­ciec. Je­dyną rze­czą, która rzu­ciła się jej w oczy, był ta­tuaż.

Piękna ja­skółka, umiesz­czona za le­wym uchem męż­czy­zny, stała się je­dy­nym punk­tem od­nie­sie­nia.

- Ni­gdy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam - od­po­wie­działa. - Ani tego męż­czy­zny, ani jego ta­tu­ażu. Roz­ma­wia­łeś z nim? Może coś po­my­lił? Na­zwi­sko, imię, a może cho­dzi o inną Alek­san­drę Chmie­lew­ską?

- Może. Pa­cjent jest zmę­czony, ale gdy wy­pocz­nie, to na pewno się do nas ode­zwie. - Se­ba­stian po­wie­dział to na tyle gło­śno, by usły­szał go także le­żący na łóżku męż­czy­zna, a po chwili do­dał ści­szo­nym gło­sem: - Roz­ma­wiał z nim chi­rurg, za­dał kilka py­tań i nie uzy­skał od­po­wie­dzi. Fa­cet nie wie, kim jest, co się stało i co ro­bił na tej dro­dze. Po­dobno kiedy zdał so­bie sprawę z tego, że nic nie pa­mięta, prze­stał się od­zy­wać.

- Uraz głowy?

- Neu­ro­lo­gicz­nie jest czy­sty. Wy­daje mi się, że to amne­zja dy­so­cja­cyjna.

- Nie roz­ma­wia­łeś z nim i sta­wiasz dia­gnozę?

- Nie sta­wiam, je­dy­nie wska­zuję kie­ru­nek. Nie­skrom­nie przy­znam, że o amne­zji wiem wszystko.

Alek­san­dra ro­ze­śmiała się wy­mow­nie. Se­ba­stian od za­wsze wie­dział wszystko o wszyst­kim i wszyst­kich. Tak przy­naj­mniej mó­wił, cho­ciaż w jej oce­nie naj­wy­raź­niej i my­ślał.

- Może to amne­zja wsteczna?

Se­ba­stian od­su­nął się od łóżka.

- We wstecz­nej nie pa­mię­tałby tylko tego, co wy­da­rzyło się przed wy­pad­kiem. Ja­nek mó­wił, że za­nik pa­mięci jest szer­szy. Wy­klu­czono udar, Al­zhe­imera, krew mu się nie leje do łba. Mó­wię ci, to nie jest amne­zja or­ga­niczna. Je­śli za­niku pa­mięci nie spo­wo­do­wał uraz fi­zyczny, a to za­ło­że­nie po­twier­dzają ba­da­nia, to ozna­cza, że przy­czyną może być silny uraz psy­chiczny.

- Psy­chiczny? Pro­szę cię! Tak bar­dzo prze­stra­szył się nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu?

- Spójrz na to sze­rzej! Osoby z amne­zją dy­so­cja­cyjną mają zwy­kle przed wy­stą­pie­niem za­bu­rzeń po­ważne kło­poty. Mał­żeń­skie, fi­nan­sowe, za­wo­dowe.

- Nie wiesz, czy je miał.

- Jesz­cze nie, bo nie wiemy, jak się na­zywa. Ale są cztery ce­chy utraty pa­mięci, które od­róż­niają amne­zję dy­so­cja­cyjną od or­ga­nicz­nej. Po pierw­sze w dy­so­cja­cyj­nej wy­stę­puje utrata prze­szło­ści za­równo bli­skiej, jak i od­le­głej. Pa­cjent nie pa­mięta, co się zda­rzyło go­dzinę temu i czy ma ro­dzeń­stwo. Po dru­gie, co w tym wy­padku jest naj­wy­raź­niej­sze, osoba nie pa­mięta wła­snej toż­sa­mo­ści, ale ma­ga­zyn wie­dzy ogól­nej zo­stał nie­na­ru­szony.

- Nie ucz ojca dzieci ro­bić. Przy­po­mi­nam ci, że je­stem psy­cho­lo­giem. - Spoj­rzała na niego wy­mow­nie i po­de­szła do okna.

Pro­test Alek­san­dry spo­wo­do­wany był tym, że Se­ba­stian po­trak­to­wał ją jak żół­to­dzioba. Stu­dio­wała psy­cho­lo­gię i do­brze wie­działa, co ozna­czają po­ję­cia, któ­rymi się po­słu­gi­wał.

- Chcia­łem je­dy­nie pod­kre­ślić - zbli­żył się - że osoby z amne­zją or­ga­niczną zwy­kle tracą za­równo wie­dzę oso­bi­stą, jak i ogólną.

- Tak, i nie tylko nie wie­dzą, jak się na­zy­wają, ale rów­nież nie pa­mię­tają, jak na­zywa się obecny pre­zy­dent.

- Po trze­cie osoby z amne­zją psy­cho­genną nie mają amne­zji na­stęp­czej...

- Czyli nasz ta­jem­ni­czy pa­cjent ju­tro bę­dzie pa­mię­tał, że chcia­łeś mnie prze­ko­nać do swo­jego punktu wi­dze­nia.

- Jesz­cze na­wet nie za­czą­łem cię prze­ko­ny­wać. - Se­ba­stian za­lot­nie prze­wró­cił oczami.

- Po czwarte... o ile po­zwoli mi pan, pa­nie dok­to­rze, kon­ty­nu­ować - po­zwo­liła so­bie na odro­binę iro­nii - amne­zja dy­so­cja­cyjna czę­sto się cofa. Sama. Na­gle.

Otwo­rzył usta, by od­po­wie­dzieć jej rów­nie zło­śli­wie, ale do­kład­nie w tym mo­men­cie za­dzwo­niła jego ko­mórka.

- Prze­pra­szam. Po­cze­kaj tu na mnie - rzu­cił w jej stronę i wy­biegł z sali.

???

Zo­sta­li­śmy ra­zem. Sam na sam. On: fa­cet z amne­zją, i ja: ko­bieta z prze­szło­ścią. Nie będę się ga­piła w su­fit, więc od­zy­wam się spo­koj­nie i ła­god­nie, z na­dzieją, że ze­chce mi od­po­wie­dzieć:

- Być może za­brzmi to ba­nal­nie, ale ro­zu­miem, co czu­jesz. Ja­kiś czas temu ock­nę­łam się w sa­mo­cho­dzie i do­tarło do mnie, że nie wiem, co działo się przez ostat­nie kilka dni.

Nie za­mie­rzam go dia­gno­zo­wać, ale też nie chcę igno­ro­wać. Jest czło­wie­kiem, nie wa­rzy­wem. Świa­do­mie re­zy­gnuję z formy grzecz­no­ścio­wej. Nie cho­dzi mi o bu­do­wa­nie dy­stansu i bez­piecz­nej strefy. Chcę go po­bu­dzić, za­in­try­go­wać, spraw­dzić jego formę in­te­lek­tu­alną.

Oczy­wi­ście nie mam za­miaru dys­ku­to­wać z Se­ba­stia­nem i wy­ni­kami ba­dań neu­ro­lo­gicz­nych, ale ży­cie na­uczyło mnie ostroż­no­ści. Or­ga­ni­zmy ofiar wy­pad­ków do­star­czają nie­po­trzeb­nych zwro­tów ak­cji. Przy­rządy cza­sem nie wy­kry­wają ma­łego krwa­wie­nia albo prze­oczają krwiaki. Sy­tu­acja z po­wy­pad­ko­wymi zwy­kle jest dy­na­miczna i zmu­sza le­ka­rzy do we­ry­fi­ka­cji pier­wot­nej dia­gnozy.

- No do­bra, nie by­łam w aż tak kiep­skiej sy­tu­acji jak ty. Nie mia­łam bli­skiego spo­tka­nia z pę­dzącą ma­szyną. Wy­glą­da­łam dużo le­piej... ale mó­wią, że wy­gląd to nie wszystko.

Od­wraca głowę w moją stronę. Jedno nie­bie­skie oko wpa­truje się we mnie przez chwilę, a ja zy­skuję pew­ność, że moje słowa do­cie­rają do nie­zna­jo­mego. Co wię­cej, on nie tylko je sły­szy, ale rów­nież ro­zu­mie.

- Kim jest Alek­san­dra Chmie­lew­ska, którą wzy­wasz przez sen? Je­śli chcesz, mogę po­móc ci ją zna­leźć - pro­po­nuję bez za­sta­no­wie­nia. Wi­dzę, że re­aguje, być może dla­tego idę da­lej. - To twoja dziew­czyna? Żona? Sio­stra?

Mruga i znowu zerka na mnie. Za­uwa­żam w jego spoj­rze­niu na­dzieję. Nie­wielką iskierkę, z któ­rej może po­wstać ogień, ale rów­nie do­brze można ją jesz­cze zdmuch­nąć.

Sie­dzimy w ci­szy, ob­ser­wu­jąc się wza­jem­nie. Nie wiem, czy trwa to kilka mi­nut, czy kilka se­kund.

- Na­wet je­śli nie pa­mię­tasz, to nie jest po­wód do tego, żeby się przej­mo­wać. Dok­tor Adam­czyk jest świet­nym spe­cja­li­stą. Je­śli tylko ze­chcesz z nim po­roz­ma­wiać, na pewno ci po­może. Wbrew po­zo­rom pro­blemy z pa­mię­cią przy­tra­fiają się dużo więk­szej licz­bie osób, niż my­ślisz.

Pro­du­kuję się, a on mil­czy. Prze­cież to nie jest mój pa­cjent, nie mój szpi­tal, nie mój pro­blem. Przy­je­cha­łam z Olgą do Ło­dzi, żeby spraw­dzić, czy znam fa­ceta. Nie znam. Mogę więc wró­cić do Olgi i sku­pić się na zwie­dza­niu Piotr­kow­skiej.

Kiedy przed wy­jaz­dem z Po­zna­nia sta­ra­łam się wy­tłu­ma­czyć Kry­stia­nowi, że nie spę­dzę z nim week­endu, bo jadę z przy­ja­ciółką do Ło­dzi, od­po­wie­dział obu­rzony, że w Ło­dzi nie ma nic do oglą­da­nia. Oczy­wi­ście poza Piotr­kow­ską, a ją można przejść w pół go­dziny.

- Są gor­sze pro­blemy niż chwi­lowy za­nik pa­mięci. Od­po­czy­waj. Do wi­dze­nia.

- Chcesz mnie zo­sta­wić?

Za­chryp­nięty mę­ski głos do­ga­nia mnie przy drzwiach. Te­raz ja się od­wra­cam.

Nie wiem, kto jest bar­dziej zdzi­wiony tym, że się ode­zwał. Ja czy on? Se­ba­stian mó­wił, że pa­cjent nie od­zywa się do ni­kogo.

- Nie pra­cuję w tym szpi­talu, ale masz tu bar­dzo do­brą opiekę. Mu­szę wra­cać do domu.

- Po­znań nie za­jąc, nie uciek­nie - chrypi, a mnie wszyst­kie włosy stają dęba.

Po­znań? Jaki Po­znań? Skąd wie, gdzie miesz­kam? Mam to wy­pi­sane na twa­rzy? Po­zna­nianka - skąpa, zor­ga­ni­zo­wana i punk­tu­alna?

- Słu­cham?

- Mu­simy po­roz­ma­wiać.

- My?

- Mu­sisz zo­stać w Ło­dzi i mi po­móc!