Niebezpieczna gra - Robin Cook

-
Proszę czekać

Najważniejsi gracze

AIZUKOTETSU-KAI - organizacja jakuzy działająca w Kioto

VINNIE AMENDOLA - technik z kostnicy OCME

LOUIE BARBERA - tymczasowy capo rodziny przestępczej Vaccarro

DR HAROLD BINGHAM - główny patomorfolog OCME w Nowym Jorku

CLAIR BOURSE - sekretarka w iPS USA

MICHAEL CALABRESE - agent emisji niepublicznych

PAULIE CERINO - capo rodziny przestępczej Vaccarro, obecnie w więzieniu

GROVER COLLINS - ekspert od spraw porwań, jeden z założycieli CRT Risk Management

DR BENJAMIN (BEN) COREY - założyciel i dyrektor iPS USA LLC

CRT RISK MANAGEMENT - firma należąca do Collinsa, Ruperta i Thomasa, ekipy byłych agentów Sił Specjalnych, którzy wspólnie próbują ratować ofiary porwań

TOMMASO DELUCA - młody żołnierz rodziny Vaccarro, zatrudniony przez Louiego Barberę

JOHN DEVRIES - szef działu toksykologii w OCME

VINNIE DOMINICK - capo rodziny przestępczej Lucia

YOSHIAKI ETO - żołnierz Aizukotetsu-kai w Nowym Jorku

KENICHI FUJIWARA - wiceminister gospodarki, handlu i przemysłu w rządzie japońskim

HIROSHI FUKAZAWA - oyabun (szef) Yamaguchi-gumi

SABORU FUKUDA - saiko-komon Yamaguchi-gumi w Nowym Jorku

KANIJI GOTO - żołnierz Yamaguchi-gumi w Japonii

CARL HARRIS - szef finansów iPS USA LLC

INAGAWA-KAI - organizacja jakuzy z siedzibą w Tokio

IPS PATENT JAPAN - fikcyjna japońska korporacja zajmująca się japońskimi patentami

IPS USA - fikcyjna amerykańska korporacja zajmująca się patentami dotyczącymi indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych (komórek iPS) oraz związaną z nimi własnością intelektualną

HISAYUKI ISHII - oyabun (szef) Aizukotetsu-kai

JAKUZA - sieć przestępczości zorganizowanej w Japonii

TOM JANOW - porucznik z policji okręgu Bergen

KENJI - imię, które Laurie nadała ciału Satoshiego Machity, zanim zostało zidentyfikowane

TOKUTARO KUDO - saiko-komon Yamaguchi-gumi w Japonii

LUCIA - rodzina mafijna z Long Island, dowodzona przez capo Vinniego Dominicka

ARTHUR MACEWAN - żołnierz rodziny przestępczej Vaccarro

SATOSHI MACHITA - badacz, ma żonę Yunie-chan i syna Shigeru

DUANE MACKENZIE - młody żołnierz rodziny przestępczej Vaccarro, najęty przez Louiego Barberę

REBECCA MARSHALL - urzędnik identyfikacyjny w OCME

BRENNAN MONAGHAN - żołnierz rodziny mafijnej Vaccarro

HANK MONROE - szef identyfikacji w OCME

LAURIE MONTGOMERY-STAPLETON - patomorfolog w OCME w Nowym Jorku

MITSUHIRO NARUMI - saiko-komon Inagawa-kai

OCME - Inspektorat Medycyny Sądowej w Nowym Jorku

MAUREEN O'CONNOR - szefowa laboratorium histologicznego w OCME

CARLO PAPARO - żołnierz rodziny mafijnej Vaccarro

OYABUN - szef japońskiej organizacji przestępczej należącej do jakuzy

TED POLOWSKI - żołnierz rodziny przestępczej Vaccarro

TWYLA ROBINSON - szefowa działu personalnego w OCME

JACQUELINE ROSTEAU - asystentka Bena Coreya

SAIKO-KOMON - główny doradca w jednej z organizacji jakuzy, w hierarchii zajmuje miejsce tuż za oyabunem danego miasta albo jest szefem delegatury organizacji w innym mieście

HIDEKI SHIMODA - saiko-komon Aizukotetsu-kai w Nowym Jorku

LOU SOLDANO - kapitan policji Nowego Jorku

JACK STAPLETON - patomorfolog w OCME w Nowym Jorku

RON STEADMAN - śledczy nowojorskiej policji z komisariatu Midtown North

ŚLEDCZY MEDYCZNO-PRAWNY z OCME; osoby pełniące tę funkcję mają za sobą przeszkolenie w dziedzinie medycyny sądowej, ale nie są lekarzami z wykształcenia; pracują w terenie, badając przypadki zgonów

NAOKI TAJIRI - menedżer klubu Paradise w Tokio

COLT THOMAS - ekspert do spraw porwań i jeden z założycieli CRT Risk Management

TADAMASA TSUJI - saiko-komon Aizukotetsu-kai

VACCARRO - rodzina mafijna z Long Island, dowodzona przez capo Louiego Barberę

DR CALVIN WASHINGTON - zastępca głównego patomorfologa w OCME w Nowym Jorku

RIKI WATANABE - żołnierz Hisayukiego Ishiiego

LETICA WILSON - niania JJ'a, syna Laurie i Jacka

MARLENE WILSON - recepcjonistka w OCME

WARREN WILSON - kumpel Jacka z boiska do koszykówki, szef lokalnego gangu

YAMAGUCHI-GUMI - organizacja jakuzy z siedzibą w Kobe

CHONG YONG - żołnierz Hisayukiego Ishiiego

Prolog

28 lutego 2010

niedziela, 2.06

Kioto, Japonia

Wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. W jednej chwili sytuacja była doskonała - jeśli zignorować fakt, że Benjamin Corey właśnie włamywał się do zagranicznego laboratorium biologicznego - a już w następnej wszystko zmierzało ku katastrofie. Ben Corey przeżył więc ekspresowe przejście od stanu względnego zrelaksowania do ciężkiego przerażenia. Wystarczyło kilka sekund w blasku migających świateł alarmowych, zalewających całą podłogę fluorescencyjną poświatą, by zimny pot wystąpił na jego czole, a serce zaczęło tłuc się jak szalone, przenosząc jego ciało w tryb walki lub ucieczki, którego nigdy wcześniej nie doświadczył. To, co zapowiadało się na przechadzkę w parku - bo tak poprzedniego wieczoru opisał tę akcję jego łącznik z jakuzą w Tokio - miało lada chwila zamienić się w jej przeciwieństwo. Starszawy, umundurowany ochroniarz pojawił się w głównym korytarzu laboratorium. Czapkę z daszkiem miał zsuniętą na tył głowy, a prawą dłoń trzymał na wysokości skroni zaciśniętą na korpusie mocnej latarki. Snop światła oraz wzrok kierował to w prawo, to w lewo, mijając kolejne rzędy laboratoryjnych stołów. Przy lewym uchu trzymał telefon komórkowy, szeptanym staccato bez wątpienia meldując swym przełożonym z biura ochrony uniwersytetu w Kioto o postępach w badaniu sprawy tajemniczego, pojedynczego światła, które zapaliło się nagle w całkowicie ciemnym i podobno pustym gmachu. Z każdym jego krokiem coraz wyraźniej słychać było złowrogie dzwonienie kluczy, umocowanych do wielkiego kółka u pasa ochroniarza.

Ben Corey włamywał się po raz pierwszy i, jak poprzysiągł sobie w duchu, ostatni. On, doktor nauk medycznych, absolwent harwardzkiej szkoły biznesu oraz założyciel i dyrektor generalny nader obiecującej firmy iPS USA LLC, którą założył w nadziei na rychłą komercjalizację odkrycia komórek iPS, czyli indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych1, a w konsekwencji - na równie rychłe dołączenie do grona multimiliarderów, w ogóle nie powinien był się znaleźć w takim położeniu.

Powodem, dla którego mimo wszystko się znalazł, były przedmioty, który ściskał pod pachą: dzienniki laboratoryjne autorstwa byłego badacza z uniwersytetu w Kioto, Satoshiego Machity. Zawierały one dowód na to, iż to właśnie on, Satoshi Machita, jako pierwszy wyhodował komórki iPS. Ben znalazł je w pokoiku, który właśnie opuścił, przylegającym do laboratorium. Satoshi udzielił mu wcześniej dokładnych wskazówek co do miejsca, gdzie są przechowywane, a także - choć może nie wprost - pozwolił na ich zabranie. Ben wykorzystał tę zgodę, by jakoś usprawiedliwić przed samym sobą nocne włamanie. Były jednak i inne powody: przez kilka lat zmagał się z kryzysem wieku średniego, rozmijając się gdzieś po drodze z dojrzałością, którą powinien był nabyć. Rozwiódł się z żoną, z którą miał troje dorosłych już dzieci, rzucił stałą pracę w koncernie biotechnologicznym, poślubił swoją byłą sekretarkę, Stephanie Baker, i szybko spłodził kolejnego syna. Zrzucił czterdzieści funtów, zaczął uczestniczyć w triatlonach, zainteresował się narciarstwem ekstremalnym i wreszcie podjął się ryzykownego przedsięwzięcia - założył iPS USA w czasach, gdy pozyskanie kapitału było, delikatnie mówiąc, niełatwe. Chcąc nie chcąc, musiał zdobyć się na niejeden kompromis w kwestii źródeł finansowania, by tego dokonać.

Dokonawszy tak znaczących zmian we własnym życiu, Ben zaczął z dumą nazywać siebie już nie biernym widzem, ale człowiekiem czynu. Gdy poznał Satoshiego Machitę i historię jego pracy, ani myślał przegapić takiej okazji. Wkrótce nabrał przekonania, że dzienniki Machity są dla niego potencjalną manną z nieba. Jeśli to, co Satoshi mówił o swych pionierskich badaniach - o wyhodowaniu pierwszych komórek iPS z własnych fibroblastów - było choćby w połowie prawdą, Ben nie wątpił, że zawartość dzienników wstrząśnie światem patentów biotechnologicznych i jako bezcenna własność intelektualna stanie się mocnym fundamentem iPS USA.

Ben potrzebował wielu miesięcy osobistego zaangażowania, by choćby zbliżyć się do pozyskania dzienników, lecz aż do ostatniej chwili nie brał pod uwagę tego, że sam mógłby się zaangażować w kradzież. Zmienił zdanie dopiero po spotkaniu z jednym z szefów jakuzy w Tokio, zorganizowanym przez równorzędnego mu przedstawiciela nowojorskiej mafii. Zadanie miało być dziecinnie proste.

- Wątpię nawet, żeby zamykali drzwi laboratorium - mówił mężczyzna w eleganckim garniturze marki Brioni, gdy siedzieli w barze hotelu The Peninsula w Tokio. - Niewykluczone, że o drugiej w nocy przy stołach będą jeszcze pracowali studenci. Zignoruje ich pan, zabierze przedmioty należące do pańskiego pracownika i spokojnie opuści salę. Według moich informatorów, nie będzie żadnych problemów. Umówiłem już pana z jednym z najlepszych żołnierzy Yamaguchi-gumi; spotkacie się w pańskim hotelu w Kioto. Zresztą, jeśli nie chce pan wchodzić do laboratorium, może pan to sobie odpuścić. Niech pan tylko opisze naszemu człowiekowi przedmioty, które pana interesują, oraz miejsce, w którym się znajdują.

W tym momencie Ben, świeżo upieczony człowiek czynu, pomyślał, że oto pojawia się nawet dość poetyckie uzasadnienie dla jego udziału w ostatniej fazie przedsięwzięcia, nad którym pracował od miesięcy. Dzienniki były tak ważne, że musiał mieć stuprocentową pewność, iż dostanie właśnie te, których potrzebuje. Co więcej, skoro do ich zabrania upoważnił go ich prawowity właściciel, tak naprawdę nie było mowy o kradzieży. Ben czuł się raczej jak ktoś w rodzaju współczesnego Robina Hooda.

- Musimy spieprzać! - pisnął w panice Ben do swego wspólnika, rzekomego profesjonalisty, Kanijiego Goto, który wraz z nim przycupnął za jednym ze stołów. Teraz słyszeli już nie tylko brzęk kluczy, ale także szuranie sandałów ochroniarza na pokrytej kafelkami posadzce.

Wyraźnie zirytowany Kaniji uciszył Bena gestem. Ten umilkł posłusznie; znacznie trudniej było mu jednak zaakceptować widok sztyletu, który Japończyk wyjął nagle zza pazuchy. Ostrze z nierdzewnej stali błysnęło oślepiająco i Ben nie miał już wątpliwości, że Kaniji nie ma zamiaru wyprowadzić go po cichu z budynku, tylko zmierza wprost do brutalnej konfrontacji z przeciwnikiem.

Sekundy mijały, ochroniarz był coraz bliżej, a Ben zżymał się w duchu na własną głupotę: powinien był odwołać akcję godzinę wcześniej, gdy tylko Kaniji pojawił się w ryokan, tradycyjnym japońskim hoteliku, w którym mieszkał. Ku jego przerażeniu, Japończyk był ubrany jak na bal maskowy: na czarny golf włożył czarną kurtkę podobną do piżamy, przewiązaną czarnym pasem. Na nogach miał czarne buty sportowe, a w dłoni ściskał czarną kominiarkę. Co gorsza, angielski znał tak słabo, że z trudem mogli się porozumieć.

Lecz to właśnie kłopoty z komunikacją, w połączeniu z egzotyką otoczenia i podnieceniem na myśl o tak bliskim już przechwyceniu bezcennych dzienników laboratoryjnych sprawiły, że Ben postanowił spróbować, ignorując alarmujące sygnały zdrowego rozsądku. Teraz, gdy Kaniji ruszył naprzód, uzbrojony w sztylet, lęk powrócił jednak ze zdwojoną siłą.

W nadziei, że uda się jeszcze uniknąć konfrontacji z nocnym strażnikiem, Ben, nie podnosząc się z kucek, popędził za Kanijim, złapał go za pas i z siłą rozpaczy szarpnął w tył.

Japończyk stracił równowagę, opadł na pośladki i natychmiast poderwał się z podłogi, obracając się przy tym zwinnie jak mistrz sztuk walki, za którego się zresztą podawał. Zirytowany tym, że dał się podejść wspólnikowi, zdołał jednak powstrzymać się od odruchowego ataku: przyjął jedynie agresywno-defensywną postawę i zatrzymał drżące ostrze noża tuż przed nosem Bena.

Ben zamarł, desperacko próbując odczytać zamiary Kanijiego, a jednocześnie obawiając się, że jakikolwiek ruch sprowokuje go do ataku. Nie było jednak łatwo wyczytać coś z twarzy zasłoniętej kominiarką, zwłaszcza że nawet skośne oczy pozostały martwe niczym czarne dziury. Sekundę później snop światła z latarki ochroniarza oślepił ich obu.

Kaniji zareagował odruchowo. Odwrócił się gwałtownie i z dzikim okrzykiem ruszył na zszokowanego przeciwnika, trzymając sztylet wysoko nad głową. Ben także się poderwał i po raz drugi chwycił towarzysza za pas. Tym razem jednak nie zdołał go powstrzymać i runął naprzód w ślad za nim. W chwili, gdy Kaniji z całym impetem zderzył się z ochroniarzem, Ben wpadł na niego i wszyscy trzej runęli na podłogę jak żywa i żwawo poruszająca się kanapka.

W chwili zderzenia Kaniji zdecydowanym ruchem wbił nóż w zagłębienie między obojczykiem a górną krawędzią barku ochroniarza. Zanim upadli na posadzkę, czubek klingi dotarł do celu, przebijając arterię szyjną.

Ben najpierw usłyszał mimowolne stęknięcie, gdy dwa znajdujące się pod nim ciała zetknęły się z podłogą, a zaraz potem ujrzał rytmicznie bijącą fontannę. Potrzebował chwili, by się zorientować, że to krew. Poderwał się czym prędzej, nie odrywając wzroku od słabnącej z wolna strugi. Serce ochroniarza wypompowywało już resztki z sześciu kwart krwi.

Kaniji był cały we krwi. Ben miał więcej szczęścia: dosięgło go ledwie kilka kropel, które ściekły z jego czoła, gdy tylko wstał. Starł je gorączkowo wierzchem dłoni, a potem odruchowo otrząsnął rękę.

Przez sekundę spoglądał w dół, na dwa ciała skąpane w czerwieni - jedno z trudem łapiące oddech, a drugie blade i nieruchome. A potem, niewiele myśląc, rzucił się do ucieczki. Ściskając pod lewą pachą laboratoryjne dzienniki, niczym gracz w futbol amerykański pokonał sprintem tę samą drogę, którą wcześniej przebył z Kanijim, gdy szukali dawnego gabinetu Satoshiego.

Wybiegł z gmachu frontowymi drzwiami i zawahał się. Nie miał kluczyków do starego datsuna Kanijiego, zatem powrót do kępy drzew, pod którą zostawili wóz, po prostu nie miał sensu. Ben gorączkowo analizował inne opcje, gdy nagle pchnął go do działania daleki jeszcze, ale narastający dźwięk policyjnych syren. Nie znał miasta, ale wiedział, że na zachód od uniwersytetu płynie rzeka Kamo, przecinająca Kioto z północy na południe. Ryokan na starym mieście, w którym się zatrzymał, był niedaleko.

Zaprawiony w triatlonach, pognał na zachód, podążając za gwiazdami w kierunku rzeki. Biegł lekko i płynnie, starając się nie czynić wiele hałasu. Minął trzy przecznice, nim syreny umilkły, co niechybnie oznaczało, że policjanci dotarli już do laboratorium. Zacisnął zęby i przyspieszył. Nie mógł teraz pozwolić, by ktoś go zatrzymał. Roztrzęsiony nie byłby w stanie odpowiedzieć na najprostsze nawet pytania, nie mówiąc o wyjaśnieniu, dlaczego biegnie tak w środku nocy, niosąc dzienniki, które właśnie zniknęły z uniwersyteckiego laboratorium. Gdy wreszcie dotarł do rzeki, skręcił na północ i w wyścigowym tempie ruszył w stronę hotelu.

Trzy tygodnie później

22 marca 2010

poniedziałek, 9.37

Tokio, Japonia

Naoki Tajiri zajmował się mizu sh?bai, czyli "handlem wodą", dłużej, niż był skłonny przyznać. Zaczynał tuż po ukończeniu szkoły średniej, od samego dna: zmywał czarki do sake, kufle do piwa, kieliszki do sh?ch?, ale z czasem zaczął wspinać się po drabinie odpowiedzialności. Zdobywał doświadczenie w najróżniejszych przybytkach, począwszy od tradycyjnych barów nomiya, aż po lokale z zawodowymi prostytutkami, prowadzone przez jakuzę, japońską wersję mafii. Sam Naoki nigdy nie należał do żadnego z gangów, ale był przez nie tolerowany, a nawet bywał przydatny przez wzgląd na doświadczenie. To dlatego pozwolono mu zostać kierownikiem Paradise, jednego z najlepszych klubów nocnych w tokijskiej dzielnicy Akasaka.

Choć zaczynał karierę w małym, rodzinnym miasteczku, z biegiem lat przenosił się do coraz większych ośrodków, aż wreszcie dotarł najpierw do Kioto, a potem do Tokio. Był w zasadzie pewny, że widział już wszystko, co w jakikolwiek sposób wiązało się z handlem wodą, czyli brudną forsą, alkoholem, hazardem, seksem i zbrodnią. Aż do tego poranka.

Zaczęło się od rozmowy telefonicznej, tuż przed szóstą rano. Zirytowany tym, że obudzono go, choć nie tak dawno położył się spać, odpowiedział zrzędliwie, lecz zaraz zmienił ton. Dzwonił Mitsuhiro Narumi, saiko-komon, czyli starszy doradca oyabuna, szefa Inagawakai - organizacji, do której należał klub Paradise. Naoki poczuł na plecach zimny dreszcz, nie zdarzało się bowiem, by ktoś tak wysoko postawiony w szeregach jakuzy dzwonił do zwykłego kierownika klubu nocnego.

W pierwszej chwili przeraziła go myśl, że coś strasznego wydarzyło się nad ranem w Paradise, a on, kierownik klubu, miał przecież obowiązek o tym wiedzieć. Chodziło jednak o zgoła odmienną i nader niezwykłą sprawę. Narumi-san dzwonił mianowicie, by zawiadomić Naokiego, że Hisayuki Ishii, oyabun innej rodziny jakuzy, przybędzie do klubu na ważne spotkanie z wpływowym urzędnikiem wysokiego szczebla - Kenichim Fujiwarą, wiceministrem gospodarki, handlu i przemysłu. Narumi-san dodał też, że Naoki będzie osobiście odpowiedzialny za bezproblemowy przebieg spotkania.

- Da im pan wszystko, czego zapragną - zakończył.

Naoki najpierw poczuł ulgę, bo jednak nie chodziło o poważny problem, a następnie ciekawość: dlaczego oyabun konkurencyjnej organizacji przestępczej zamierzał pojawić się w lokalu należącym do Inagawa-kai, a w dodatku umówił się tam z ministrem?! Zadawanie pytań byłoby jednak nie na miejscu, a Narumi-san ani myślał tłumaczyć się przed kierownikiem klubu i po prostu przerwał połączenie.

Zbliżała się dziesiąta, gdy Naoki nareszcie odzyskał spokój. Wszystko było gotowe. Meble w głównej sali koktajlowej na drugim piętrze rozsunięto tak, by zmieścił się specjalny stół. Wyciągnięto z łóżka najlepszego barmana, by w razie potrzeby przyrządził gościom choćby i najbardziej egzotyczne drinki. Wezwano cztery hostessy. Przy każdym z dwóch miejsc przy stole ustawiono popielniczkę oraz tacę z paczkami krajowych i zagranicznych papierosów.

Oyabun przybył jako pierwszy, w eskorcie licznej grupy niemal jednakowych ochroniarzy o mocno nażelowanych, kolczastych fryzurach, ubranych w czarne, połyskujące garnitury i okulary przeciwsłoneczne. Sam szef miał na sobie nieco bardziej tradycyjny strój: doskonale uszyty włoski garnitur z ciemnej wełny oraz perfekcyjnie wypolerowane angielskie pantofle. Miał krótkie, starannie zaczesane włosy oraz zadbane paznokcie. Wyglądał na spełnionego biznesmena i był nim istotnie, bo przecież kierował nie tylko rodziną przestępczą Aizukotetsu-kai z Kioto, ale także licznymi całkiem legalnymi firmami. Minął zgiętego w ukłonie Naokiego, jakby ten był elementem wystroju lokalu. Zasiadłszy za stołem, zażądał whiskey i bez uśmiechu przyjął szklankę, w roztargnieniu przekładając pudełka papierosów. Naoki postanowił zająć go czymś ciekawszym: skinął na kierownika zmiany, by wprowadził kobiety.

Po chwili zszedł na dół i stanął w otwartym holu, by zaczekać na przybycie drugiego ważnego gościa. Jako że Paradise był otwarty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć i ćwierć dnia w roku, właściwie nie było tu drzwi wejściowych. Tylko niewidzialna kurtyna powietrzna zatrzymywała na zewnątrz chłód zimy albo żar i wilgoć lata - był to jeden z pomysłów na skuszenie klientów, przekonanie ich, jak bardzo łatwo jest wejść do tego klubu. Niewielu mężczyzn przechodzących opodal opierało się temu zaproszeniu; z reguły zaglądali tylko na chwilę, a zostawali na godzinę lub dwie.

Cały parter Paradise zajmował rozległy salon pachinko. Nawet teraz, rankiem, co najmniej setka cokolwiek sennych graczy siedziała przed pionowymi, hałaśliwymi automatami przypominającymi flippery. Jedną ręką wystrzeliwali w górę kulki z nierdzewnej stali, które następnie opadały, napotykając po drodze rozmaite przeszkody. Wielu graczy darzyło pachinko fanatycznym uwielbieniem, którego Naoki nie pojmował. Nie miał jednak nic przeciwko bywalcom salonu, jako że wpływy z gry stanowiły prawie czterdzieści pięć procent zysków klubu Paradise.

W głębi ulicy parkowały czarne sedany, które przywiozły oyabuna i jego orszak. Wśród toyot crown stał imponujący wóz szefa: czarny lexus LS 600h L, najnowszy flagowy model tej marki, a może i całego przemysłu motoryzacyjnego Japonii. Samochody pozostawiono w miejscu, w którym nie wolno było parkować, ale Naoki się tym nie przejmował. Tutejsza policja wiedziała, do kogo należą, i nie zamierzała ścigać właścicieli. Naoki doskonale rozumiał nieortodoksyjne, płynne relacje między władzami i ich organami - takimi jak policja - a jakuzą. Dowodem na to, iż takie relacje w ogóle istniały, było choćby spotkanie, które lada chwila miało się rozpocząć.

Naoki spojrzał na zegarek i poczuł, że znowu zaczyna się denerwować. Choć na ustach oyabuna pojawił się lekki uśmieszek aprobaty, gdy wprowadzono hostessy, to jego nastrój wkrótce mógł ulec zmianie, gdyby tylko spóźnienie wiceministra zostało odczytane jako przejaw braku szacunku. Naoki poczuł więc ulgę, gdy odwrócił głowę w prawo i wreszcie ujrzał kawalkadę rządowych wozów.

Od strony najbliższej przecznicy nadjeżdżały trzy czarne toyoty crown - sunęły tak blisko siebie, jakby były połączone. Środkowa zatrzymała się tuż przed Naokim. Mężczyzna, który z niej wysiadł, niemal równie elegancki jak oyabun, zawahał się nieznacznie, spoglądając na dziesięciopiętrową fasadę klubu. Pięć górnych kondygnacji zajmował "hotel miłości", wynajmujący pokoje na godziny lub na dni. Kenichi przyglądał się im z wyrazem lekkiego niesmaku na twarzy, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że to nie on wybrał miejsce spotkania. Mimo to po chwili wszedł za powietrzną kurtynę klubu Paradise, mijając znów zastygłego w ukłonie Naokiego z taką samą obojętnością, jaką piętnaście minut wcześniej zademonstrował oyabun.

Naoki wyprostował się i pospieszył w głąb klubu, a wyprzedziwszy gości, zwrócił się do nich na tyle głośno, by nie zagłuszył go hałas automatów do gry w pachinko.

- Spotkanie odbędzie się na piętrze. Proszę za mną!

W sali na górze hostessy chichotały w najlepsze, zasłaniając usta dłońmi. W jednej chwili odsunęły się jednak, gdy oyabun wstał nagle na widok wiceministra, a potem bez słowa skargi wycofały się do baru.

Choć dwie świty spoglądały na siebie z niechęcią, a nawet źle skrywaną wrogością, powitanie pryncypałów było serdeczne; postarali się, by wyglądało to na spotkanie dwóch równych sobie partnerów, zaprzyjaźnionych biznesmenów.

- Kenichi Fujiwara Daijin! - rzekł głośno oyabun, akcentując jednakowo wszystkie sylaby.

- Hisayuki Ishii Kunicho! - odpowiedział wiceminister podobnym tonem.

Wypowiadając nazwiska, ukłonili się pod dokładnie takim samym kątem, z szacunkiem wbijając wzrok w podłogę. Następnie wymienili się wizytówkami - najpierw wiceminister wyciągnął ręce, ściskając kartonik między kciukami i kłaniając się powtórnie, nieco płycej, a potem oyabun wiernie skopiował jego ruchy.

Zakończywszy rytuał wymiany, na krótką chwilę zwrócili się ku swoim ochroniarzom, by wymownymi spojrzeniami i dyskretnym ruchem głowy wskazać im miejsca po przeciwnych stronach sali. Teraz dopiero zasiedli naprzeciwko siebie, oddzieleni połacią mahoniowego stołu, który sprowadzono tu specjalnie na tę okazję. Starannie ułożyli przed sobą wizytówki, idealnie pośrodku i równolegle do krawędzi blatu.

Naoki nie otrzymał żadnych wskazówek co do dalszego postępowania, dlatego też postanowił pozostać w zasięgu głosu, na wypadek gdyby któryś z gości zapragnął wyrazić jakieś życzenie. Stał więc w milczeniu, daremnie starając się nie słyszeć rozmowy. W jego profesji nadmiar wiedzy bywał niebezpieczny.

Po krótkiej wymianie uprzejmości i zapewnieniach o wzajemnym szacunku Kenichi postanowił przejść do sedna sprawy.

- Wkrótce moja nieobecność w ministerstwie zostanie zauważona. Proszę więc pozwolić, że po pierwsze wyrażę wdzięczność za to, że zechciał pan wybrać się w niezbyt przyjemną podróż z Kioto do Tokio.

- To żaden kłopot - odparł Hisayuki, wykonując przy tym lekceważący gest ręką. - I tak musiałem zajrzeć do stolicy w interesach.

- Po drugie - ciągnął Kenichi - niniejszym przekazuję panu pozdrowienia od samego pana ministra, który pragnie zapewnić, że bardzo chciał wziąć udział w tym spotkaniu. Wysłał jednak mnie, a to za sprawą niespodziewanego wezwania do gabinetu premiera.

Hisayuki nie odpowiedział. Skinął jedynie głową, by dać rozmówcy znak, że przyjął do wiadomości to wyjaśnienie. W głębi duszy był zirytowany tą nagłą zmianą planów, o której poinformowano go wczesnym rankiem, ale zaakceptował ją, nie pozwalając, by duma przysporzyła mu niepotrzebnych kłopotów. Bez względu na to, czy w spotkaniu uczestniczył minister, czy wiceminister, była to wyjątkowa okazja, którą należało wykorzystać. Poza tym pod pewnymi względami wiceminister był nawet bardziej wpływową postacią niż jego bezpośredni przełożony. Wykonywał swoją funkcję nie jako polityczny delegat premiera, ale jako mianowany urzędnik służby cywilnej. Liczyła się także ciekawość: Hisayuki po prostu chciał wiedzieć, czego życzy sobie rząd, a jeszcze bardziej intrygowało go to, co mógł zaoferować w zamian. Wszelkie sprawy między jakuzą a rządem podlegały negocjacji.

- Chciałbym też zapewnić, że z chęcią odwiedzilibyśmy pana w Kioto, ale w czasach światowego i krajowego kryzysu media nieustannie śledzą nasze poczynania i uznaliśmy, że nie warto ryzykować. Rząd potrzebuje waszej pomocy. Wie pan równie dobrze jak ja, że w Japonii nie istnieje odpowiednik amerykańskiej CIA czy choćby FBI.

Hisayuki z niejakim wysiłkiem powstrzymał się od uśmiechu. Jako urodzony negocjator uwielbiał, gdy zwracał się doń o pomoc ktoś, kto miał wiele do zaoferowania. Coraz bardziej zainteresowany, pochylił się nad stołem, by choć trochę zbliżyć się do Kenichiego.

- Czy wobec tego mogę bezpiecznie założyć, że będę mógł przysłużyć się jakoś rządowi właśnie dlatego, że zdaniem niektórych jestem oyabunem jednej z rodzin jakuzy?

- Otóż to - przytaknął Kenichi, również nachylając się ku rozmówcy.

Hisayuki bardzo się starał zapanować nad twarzą, ale na jego ustach mimo woli i wbrew zasadzie beznamiętnego prowadzenia negocjacji, którą wyznawał, pojawił się uśmiech.

- Proszę wybaczyć, ale dostrzegam w tym pewną ironię - rzekł, poważniejąc. - Bo czyż nie ten sam rząd, który teraz szuka pomocy, wprowadził w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku prawa skierowane przeciwko gangom? Jak to możliwe?

- Jak pan wie, rząd zawsze miał ambiwalentny stosunek do jakuzy. Owe prawa wprowadzono z przyczyn politycznych, a nie po to, by kogokolwiek ścigać. Zwłaszcza że nigdy ich zbytnio nie przestrzegano. Mówiąc ściślej, nie pojawiło się w naszym prawie nic, co przypominałoby amerykańską ustawę RICO, a bez takich przepisów prawa skierowanego przeciwko zorganizowanej przestępczości po prostu nie da się wprowadzić w życie.

Hisayuki złożył dłonie na kształt namiotu. Podobał mu się kierunek, w którym podążała ta pogawędka.

- Ironia polega na tym, że prawo skierowane przeciwko nielegalnym organizacjom wywarło większy wpływ na nasze całkiem legalne interesy. Może zechcieliby panowie przyjrzeć się tej sprawie, skoro proszą nas o pomoc?

- Właśnie to chcieliśmy zaproponować. Im bardziej legalne działania lub firmy, im bardziej wolne od wpływów jakuzy, tym więcej możemy dla nich zrobić. I zrobimy... z przyjemnością.

- Jeszcze jedno pytanie, zanim powie mi pan, z czym przychodzi. Dlaczego właśnie ja? Dlaczego Aizukotetsu-kai? W porównaniu z Yamaguchi-gumi czy nawet Inagawa-kai jesteśmy bardzo małą rodziną.

- Przychodzimy do pana, ponieważ wiemy, że pańska organizacja, wschodząca siła w Kioto, podobnie jak Aizukotetsu-kai, jest już zaangażowana w tę sprawę.

Brwi oyabuna uniosły się nieznacznie. Był zaskoczony i zmieszany.

- Skąd panowie wiedzą, że jest zaangażowana i w jaką właściwie sprawę?

- Wiemy o tym, ponieważ mocno zainwestowaliście w dość młodą firmę iPS Patent Japan poprzez należącą do was spółkę RRTW Ventures. Skoro zdecydowaliście się na nabycie tak wielu udziałów, uznaliśmy, że podobnie jak rząd uważacie kwestię indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych za przyszłość biotechnologii w najbliższym stuleciu. Większość z nas sądzi, że w ciągu dziesięciu lat komórki iPS staną się źródłem leków - a nie tylko eksperymentalnych kuracji - na wiele chorób zwyrodnieniowych. Tak narodzi się niezwykle intratny przemysł... czyż nie?

Hisayuki ani drgnął.

- Przyjmuję pańskie milczenie za znak aprobaty. Pozwolę sobie też założyć - przez wzgląd na rozmiary waszej inwestycji - że waszym zdaniem uniwersytet w Kioto nie był dostatecznie dobrze przygotowany do obrony praw patentowych dotyczących dokonanych tam odkryć w dziedzinie komórek macierzystych. I właśnie tym problemem miała się zająć firma iPS Patent Japan.

Kenichi znowu umilkł, ale Hisayuki pozostał nieruchomy jak głaz, choć zaskoczyła go celność komentarzy wiceministra. Nie spodziewał się, że pozycja jego organizacji w iPS Patent Japan została dostrzeżona przez rząd, ponieważ firma pozostawała dotąd własnością prywatną.

Wiceminister odchrząknął, daremnie czekając na odpowiedź oyabuna, po czym dodał:

- Gdybym powiedział, że Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu jest zatroskane, że naszemu krajowi grozi utrata dominującej pozycji w jakże ważnym procesie komercjalizacji technologii iPS na rzecz Amerykanów, nieledwie zadrwiłbym z naszych prawdziwych uczuć. Powiem wprost: jesteśmy w rozpaczliwym położeniu, japońskie społeczeństwo bowiem zdążyło już uczynić przedmiotem narodowej dumy ową dominującą pozycję, którą możemy utracić. Co gorsza, niedawno dowiedzieliśmy się, że jeden z najważniejszych badaczy komórek macierzystych z laboratorium uniwersyteckiego uciekł za granicę.

Hisayuki drgnął, jakby wybudzony z transu, wyprostował się i zawołał:

- Dokąd uciekł?

Członkowie jakuzy należący do starej szkoły, podobnie jak zwolennicy japońskich partii skrajnie prawicowych, byli gorącymi patriotami. Taki przykład dezercji był dla nich wręcz niepojęty.

- Do Ameryki, rzecz jasna, i dlatego tak nas to martwi. Do Nowego Jorku, mówiąc ściślej. Ucieczkę zorganizowała firma iPS USA, która zamierza wykorzystać chaos panujący w sferze patentów związanych z hodowlą komórek macierzystych, a komórek iPS w szczególności. Podobno na razie działa w ukryciu, ale jej celem jest zgromadzenie wszelkiej własności intelektualnej na tym obiecującym polu nauki.

- Co oznacza, że może uzyskać kontrolę nad gałęzią gospodarki wartą być może biliony dolarów. Kontrolę, którą powinna sprawować Japonia.

- Dobrze powiedziane.

- Jak groźny jest ów uciekinier?

- Niezwykle. IPS USA połączyła siły z tokijską Yamaguchi-gumi, dzięki pośrednictwu nowojorskiej mafii. To już nie szpiegostwo przemysłowe; w Kioto doszło do włamania i zabójstwa ochroniarza pilnującego uniwersyteckiego laboratorium. Skradziono jedyne egzemplarze dzienników, które prowadził nasz uciekinier. To niezwykle cenne dokumenty, które przechowywano w skrajnie nieodpowiedzialny sposób - w niezamykanej szafie, w pokoju przylegającym do laboratorium. Sprawa jest naprawdę skomplikowana i może mieć katastrofalne skutki.

Hisayuki słyszał jakieś plotki na temat włamania do gmachu uniwersytetu, a nawet o śmierci ochroniarza, ale nie dotarły do niego informacje o udziale konkurencyjnej rodziny Yamaguchi-gumi. Wiedział natomiast, że rywale dokonywali innych prób naruszenia jego terytorium. W przeciwieństwie do innych rodzin jakuzy, Yamaguchi, z centralą w Kobe, łamała tradycję swym ekspansjonistycznym charakterem. To, że ośmieliła się wspomóc amerykański koncern w szpiegostwie przemysłowym w Kioto, było jednak wprost niepojętą zbrodnią. Jako oyabun Aizukotetsu-kai, Hisayuki musiał teraz bronić choćby pieniędzy zainwestowanych w iPS Patent Japan.

- Dlaczego prace tego badacza są aż takie ważne?

- Najważniejsze jest to, co robił w ukryciu. O ile mi wiadomo, zgodnie z poleceniem przełożonych pracował nad komórkami macierzystymi oraz komórkami iPS myszy. Ale w czasie wolnym prowadził własne badania, posługując się ludzkimi komórkami - własnymi, mówiąc ściślej, pobranymi z przedramion. Jak się okazuje, to on jest pierwszym uczonym, któremu udało się wytworzyć ludzkie komórki iPS, a nie jego szefowie, którzy zawłaszczyli sobie wyniki badań. Gdy próbował interweniować w tej sprawie u władz uczelni, został zignorowany, a następnie zwolniony. Nie pozwolono mu nawet wejść do laboratorium i zabrać zgromadzonych materiałów. A były wśród nich jedyne egzemplarze dzienników, które mogłyby być dowodem jego zasług. Dane z komputerów zostały oczywiście starannie wykasowane. Nasz uczony został potraktowany w doprawdy haniebny sposób, choć trzeba zaznaczyć, że postąpił wbrew naszym obyczajom, dopominając się respektowania jego praw. Współzawodnictwo w nauce, a zwłaszcza w jej dziedzinach związanych z przemysłem, bywa niekiedy brutalne.

- Jak pan sądzi, co się teraz stanie?

- Ależ to już się dzieje! - odparł wzburzony Kenichi. - O całej sprawie dowiedzieliśmy się kanałami wewnętrznymi, od japońskiego biura patentowego. Z pomocą iPS USA nasz uciekinier złożył pozew przeciwko uniwersytetowi w Kioto, a jednocześnie stara się obalić jego patenty w dziedzinie komórek iPS, zatrudniając do tego najlepszych tokijskich prawników. W przeciwieństwie do swych byłych szefów z uczelni nigdy nie podpisał z nią umowy regulującej kwestię praw autorskich do prac, które prowadził, a to oznacza, że to on jest ich właścicielem, a nie uniwersytet. Złożył też szereg wniosków patentowych w Stanach Zjednoczonych i bez wątpienia spróbuje nie tylko obalić patenty z Kioto, ale także te należące do uniwersytetu w stanie Wisconsin, w Ameryce bowiem liczy się moment dokonania wynalazku, a nie moment złożenia wniosku patentowego. To zresztą jedyny kraj na świecie, w którym tak działa system patentowy.

- Sytuacja istotnie wymaga podjęcia natychmiastowych kroków - wycedził Hisayuki, czerwony z oburzenia. W duchu jednak przede wszystkim żałował pieniędzy zainwestowanych w iPS Patent Japan. Gdyby scenariusz naświetlony przez wiceministra został zrealizowany, wartość rynkowa iPS Patent Japan spadłaby praktycznie do zera. - Jak się nazywa ten zdrajca? - spytał, nie kryjąc już złości.

- Satoshi Machita.

- Pochodzi z Kioto?

- Tak jest. Obecnie wraz z najbliższą rodziną, włącznie z czworgiem dziadków, jest na wpół zadomowiony w USA; cała grupa wkrótce ma otrzymać prawo stałego pobytu. A wszystko to dzięki współpracy Yamaguchi-gumi z iPS USA, choć może większy udział miała Yamaguchi-gumi, odpowiedzialna za przerzut Satoshiego z Japonii do Stanów. Nie jesteśmy pewni, dlaczego ta organizacja wzięła udział w tak niegodnym przedsięwzięciu, ale możliwe, że chodzi o wspólne interesy z iPS USA.

- W której części Stanów zamieszkał Satoshi?

- Nie mamy pewnych informacji na ten temat, a tym bardziej adresu. Zakładamy, że przebywa w Nowym Jorku, bo tam znajduje się siedziba iPS USA, a Satoshi jest członkiem zespołu doradców naukowych firmy.

- I nikt z jego rodziny nie pozostał w Kioto?

- Niestety, nie. W każdym razie nie z bliskiej rodziny. Yamaguchi przerzuciła wszystkich, włącznie z żoną, niezamężną siostrą i seniorami rodu.

- Mam wrażenie, że dość późno przychodzi pan do mnie z tą informacją.

- Większość spraw, o których rozmawiamy, ujawniono nam dopiero w ostatnich dniach, po tym, jak urząd patentowy został powiadomiony o działaniach prawnych przeciwko uniwersytetowi. Uczelnia zresztą wcale nam nie pomogła. Dopiero po konkretnym zapytaniu z naszej strony przyznano, co właściwie zginęło z laboratorium.

- Co pańskim zdaniem miałbym doradzić rodzinie Aizukotetsu-kai, gdyby to było w mojej mocy, choć nie twierdzę, że jest?

Wiceminister zakaszlał, zasłaniając usta zaciśniętą pięścią. W gruncie rzeczy nie był jednak specjalnie zaskoczony tą niedorzeczną ostrożnością oyabuna i bez zbędnych komentarzy odpowiedział mu w podobnym tonie:

- Nie zamierzam zakładać, że mogę mówić komukolwiek, w jaki sposób należy kierować organizacją Aizukotetsu-kai. Po prostu uznałem za istotne powiadomić właściwe osoby o zaistniałej sytuacji, w tym o zagrożeniach, które czyhają na Aizukotetsu-kai jako na udziałowca pewnej firmy - nic ponadto.

- A jednak coś trzeba zrobić, i to jak najszybciej!

- Jestem pańskiego zdania, podobnie jak minister, a nawet sam premier, ale - z oczywistych powodów - mamy związane ręce. W przeciwieństwie do pana. Wasza organizacja ma przecież swój oddział w Nowym Jorku, nieprawdaż?

- O jakim oddziale pan mówi, Fujiwara-san? - spytał niewinnie oyabun, dla lepszego efektu unosząc krzaczaste brwi. Absolutnie nie miał zamiaru przyznawać się do czegokolwiek, nawet jeśli wszyscy dookoła wiedzieli, jaka jest prawda.

- Z całym szacunkiem, Ishii-san - odparł wiceminister, kłaniając się lekko - nie ma czasu na zabawę w chowanego. Rząd doskonale wie o działalności jakuzy w Ameryce i jej związkach z tamtejszymi organizacjami przestępczymi. Wiemy, co się dzieje, i szczerze mówiąc, nawet się cieszymy, że wysyłacie do Stanów tyle krystalicznej metamfetaminy, ile tylko się da, ponieważ oznacza to, że tym mniej będzie jej na naszym rynku. Nie tak bardzo jednak cieszą nas inne aspekty waszej działalności, takie jak przemyt broni, hazard czy prostytucja, ale zawsze je tolerowaliśmy, wasze kontakty bowiem mogą być dla nas pożyteczne - choćby w tak nieszczęśliwej sprawie jak ta, z którą do pana przychodzę.

- Być może istotnie mam znajomych, którym mógłbym przekazać informacje uzyskane dzięki pańskiej uprzejmości - rzekł Hisayuki po krótkiej pauzie. - I być może ci znajomi znajdą obustronnie korzystne rozwiązanie.

- Właśnie na to liczyliśmy. Nasze ministerstwo, a nawet cały rząd będzie wdzięczny za udzielone wsparcie.

- Niczego nie mogę obiecać - zastrzegł czym prędzej Hisayuki, rozważając dostępne opcje. Wiedział, że najważniejsze jest szybkie zlokalizowanie uciekiniera, ale to nie powinno stanowić problemu. Zupełnie inną i znacznie boleśniejszą kwestią była perfidia gangu Yamaguchi-gumi, który łamał utarte zasady i ośmielał się działać w należącym do Hisayukiego mieście Kioto. Miał nadzieję, że to sprawka jedynie odizolowanej grupy renegatów, działającej bez zgody oyabuna Yamaguchi-gumi. Przed podjęciem jakichkolwiek działań w kraju należało rozstrzygnąć tę wątpliwość. Problemem było jednak to, że przy Yamaguchi-gumi Aizukotetsu-kai była niczym kraj rozwijający się w porównaniu z supermocarstwem.

- Jeszcze jedna ważna rzecz - odezwał się po chwili wiceminister. - Cokolwiek zostanie zrobione, zwłaszcza na terytorium Stanów Zjednoczonych, musi się dokonać w jak najdyskretniejszy sposób. Jeśli coś się przytrafi naszemu uciekinierowi, musi to wyglądać na całkiem naturalny wypadek. Rząd Japonii musi pozostać poza wszelkimi podejrzeniami.

- To oczywiste - odrzekł w zamyśleniu oyabun.

Dwa dni później

24 marca 2010

środa, 16.14

Nowy Jork

Satoshi Machita złożył zamaszysty podpis i odcisnął osobistą pieczęć inkan na wszystkich pięciu egzemplarzach porozumienia, zgodnie z którym przekazywał na rzecz iPS USA wszelkie prawa licencyjne dotyczące jego przyszłych patentów związanych z komórkami iPS.

Kontrakt zapewniał mu niemały udział w dochodach, a także ważne przez dwadzieścia lat opcje na akcje firmy. Złożywszy ostatni podpis, Satoshi zasalutował piórem w stronę obecnych, dziękując im za aplauz. Zawarcie tej umowy otwierało nowy rozdział w jego życiu, ale także w historii iPS USA. Teraz firma mogła kontrolować komercyjną produkcję indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych na całym świecie, a przecież zdaniem wielu biologów molekularnych były to komórki, które wkrótce miały umożliwić leczenie wielu chorób zwyrodnieniowych. Zanosiło się więc na rewolucję w historii medycyny, na najbardziej spektakularny przełom.

Prezes i dyrektor generalny iPS USA, doktor Benjamin Corey, jako pierwszy podszedł, by uścisnąć dłoń Satoshiego. Znowu rozległy się wiwaty i rozbłysnęły flesze, zalewając ich potokiem zimnego, niebieskawego światła. Mający sześć stóp wzrostu, jasnowłosy Corey zdecydowanie górował nad swym ciemnowłosym współpracownikiem, ale nikt nie zwracał na to uwagi. W oczach świadków byli sobie równi - jeden jako lider firmy biotechnologicznej, a drugi jako lider błyskawicznie rozwijającej się biologii komórkowej.

Dopiero po chwili zbliżyli się do nich pozostali pracownicy iPS USA, by uścisnąć dłoń przyszłego multimilionera. Byli wśród nich doktor Brad Lipson, dyrektor wykonawczy firmy; Carl Harris, dyrektor finansowy; Pauline Hargrave, główny doradca; Michael Calabrese, agent emisji niepublicznych, odpowiedzialny za zgromadzenie znacznej części kapitału zakładowego firmy, oraz Marcus Graham, przewodniczący rady naukowej, której członkiem był Satoshi. Teraz już wszyscy gratulowali sobie nawzajem, już wkrótce bowiem mieli stać się znacznie zamożniejsi. Jacqueline Rosteau, prywatna sekretarka/asystentka Bena, otworzyła kilka schłodzonych butelek Dom Pérignon, rocznik 2000, przy wtórze kolejnej burzy oklasków.

Przyjąwszy kieliszki z szampanem, Ben i Carl stanęli na uboczu, z zadowoleniem spoglądając w dół, na Piątą Aleję, przez wysokie okna dyrektorskiego gabinetu. Budynek stał opodal skrzyżowania z Pięćdziesiątą Siódmą Ulicą, w dość ruchliwej, zwłaszcza teraz, na krótko przed godziną szczytu, części miasta. Wielu przechodniów kryło się pod parasolami przed lekkim, wiosennym deszczem - z tej wysokości wyglądali jak spieszące w rozmaitych kierunkach żuki o czarnych pancerzykach.

- Kiedy zaczynaliśmy dyskutować o stworzeniu iPS USA - rzekł Carl - nawet nie podejrzewałem, że zajdziemy tak daleko w tak krótkim czasie.

- Ja też nie - przyznał Ben. - Ale to tobie należą się podziękowania za znalezienie Michaela i jego firmy inwestycyjnej z nietypową klientelą. Drugiego takiego jak ty, mój przyjacielu, szukać by ze świecą. Dzięki.

Ben i Carl przyjaźnili się w college'u, ale później ich drogi rozeszły się. Ben wybrał medycynę, a Carl zainteresował się rachunkowością. Z uczelni trafił do świata finansów, skąd Ben ściągnął go do pomocy w tworzeniu iPS USA.

- To ja dziękuję, Ben - odparł Carl. - Staram się tylko zapracować na swoją wypłatę.

- Nie byłoby nad czym pracować, gdybyśmy się nie dowiedzieli o istnieniu Satoshiego, o jego osiągnięciach i o tym, jak podle go potraktowano.

- Akurat w tej sprawie decydującym momentem było przechwycenie jego dzienników laboratoryjnych.

- Masz rację, ale lepiej mi o tym nie przypominaj - odrzekł Ben, wzdrygając się mimowolnie. Minęły już trzy tygodnie z okładem, lecz wciąż czuł się nieswojo na wspomnienie tamtej nocy i fatalnej decyzji, którą wcześniej podjął. To, że nie został wtedy złapany, jak jego towarzysz, było istnym cudem.

- Żadnych wieści o nowych kłopotach w Japonii?

- Żadnych. Michael twierdzi, że i jego znajomi nie dostali żadnych niepokojących sygnałów. Japoński rząd najwyraźniej łączy z jakuzą intymna, choć nigdy głośno niepotwierdzona więź. Nie tak traktują mafię nasze władze.

- Skoro już o mafii mowa - wtrącił Carl, zniżając głos. - Nie martwi cię, że oni wciąż biorą udział w naszym przedsięwzięciu?

- Jasne, że martwi - przyznał Ben. - Ale to nasz najpoważniejszy cichy inwestor. Pomyśl o roli, jaką tutejsza mafia i jej partnerzy z jakuzy odegrali w zdobyciu dzienników laboratoryjnych i tak błyskawicznym przerzuceniu Satoshiego i jego rodziny do Stanów - gdyby nie oni, nie zaszlibyśmy tak daleko. Ale masz rację. Dalszy udział mafii to niebezpieczna gra i trzeba to zmienić. Przed przybyciem Satoshiego rozmawiałem o tym z Michaelem; jutro przed południem spotkamy się w jego biurze. Michael rozumie i zgadza się z nami. Powiedziałem mu, że od dziś jego klienci mają powrócić do roli cichych inwestorów i nie robić absolutnie nic więcej. Możemy im zaproponować opcje na akcje, żeby wycofali się w cień.

Carl uniósł brwi, najwyraźniej wątpiąc, by było to aż takie proste, ale nic nie powiedział. Podszedł do nich Satoshi, by się pożegnać i dyskretnie wymknąć z imprezy.

- Chcę wrócić do domu, do rodziny, przekazać wszystkim dobrą nowinę - wyjaśnił, kłaniając się Benowi i Carlowi.

- Doskonale to rozumiemy - odparł Ben, przybijając piątkę drobnemu, młodo wyglądającemu naukowcowi. Gdy zobaczył go po raz pierwszy, odniósł wrażenie, że ma przed sobą nastolatka, a nie mężczyznę po trzydziestce. - Znalazłeś chwilę, żeby spotkać się z Pauline w sprawie testamentu i funduszu?

- Tak. Podpisałem wszystko.

- Doskonale - rzekł Ben i po raz drugi przybił piątkę.

Satoshi dobrze znał amerykańskie gesty i obyczaje - doktorat uzyskał przecież na Harvardzie. Po kolejnej rundzie uścisków dłoni, wzajemnych gratulacji i obietnic rychłego spotkania na gruncie towarzyskim Japończyk odwrócił się, by odejść, ale zawrócił po kilku krokach.

- Chciałbym jeszcze o coś spytać - powiedział, spoglądając na Bena. - Udało się panu może znaleźć dla mnie miejsce w którymś z laboratoriów?

Jako raczkująca firma, iPS USA zajmowała jedynie pomieszczenia biurowe w gmachu przy Piątej Alei. Nie posiadała własnego instytutu badawczego i nie zanosiło się na to, by kiedykolwiek miała posiadać. Biznesplan przewidywał wykorzystanie chaosu panującego w świecie patentów z dziedziny komórek macierzystych, a w szczególności komórek iPS. Chodziło o to, by kontrolować rynek dzięki objęciu w posiadanie własności intelektualnej uczonych, zanim inni połapią się, w czym rzecz - miał to byś swoisty blitzkrieg w domenie praw autorskich.

- Jeszcze nie - przyznał Ben. - Ale mam wrażenie, że poczyniłem postępy w rozmowach z Columbia Medical Center; może uda się wynająć kilka pomieszczeń w ich nowym budynku laboratorium komórek macierzystych. Lada dzień powinienem znać konkretne warunki. Wpadnij do mnie albo zadzwoń jutro, spróbuję skontaktować się z nimi z samego rana.

- Dziękuję - odrzekł z ukłonem Satoshi. - Bardzo się cieszę.

- Będziemy w kontakcie - obiecał Ben, poufale klepiąc Japończyka po ramieniu.

- Hai, hai - odpowiedział Satoshi i wyszedł.

- Pomieszczenia w laboratorium? - rzucił pytająco Carl, gdy zamknęły się drzwi.

- Chciałby wrócić do pracy - wyjaśnił Ben. - Z dala od laboratorium czuje się jak ryba wyciągnięta z wody.

- Muszę przyznać, że wyglądacie na dobrze zaprzyjaźnionych.

- Może i tak jest - odparł wymijająco Ben. - Parę razy zabraliśmy go z Jacqueline na kolację. Przyszedł z żoną i dzieckiem, półtorarocznym chłopczykiem. Mówię ci, dzieciak nie z tej ziemi: nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, tylko bacznie obserwował wszystkich tymi swoimi wielkimi ślepiami.

- Co Satoshi zamierza robić w laboratorium? - spytał Carl, wieczny księgowy. - I ile to będzie kosztowało?

- Chce dopracować techniki elektroporacji, żeby usprawnić tworzenie komórek iPS - odparł Ben, wzruszając ramionami. - Nie znam szczegółów i szczerze mówiąc, mało mnie one obchodzą. Chcę tylko, żeby był zadowolony. W końcu właśnie dlatego ściągnęliśmy go do Stanów w trybie pilnym, nie czekając na dopełnienie formalności. To badacz z krwi i kości, kwestie prawne uważa za stratę czasu. Nie chcemy, żeby obraził się na nas i zmienił zdanie, póki sprawy patentowe nie są domknięte. Będzie dla nas kurą znoszącą złote jajka, ale tylko jeśli zdołamy utrzymać go na grzędzie.

- A tymczasem jest jedynie nielegalnym imigrantem.

- Tak, ale to się wkrótce zmieni. Nie martwię się tym. Dzięki sekretarzowi handlu amerykański konsulat w Tokio już szykuje zielone karty dla całej rodziny Satoshiego.

- Gdzie się oni wszyscy ukryli? - spytał Carl. Satoshi był jego zdaniem zbyt ważny dla iPS USA, by można było spuścić go z oka.

- Nie wiem - odparł Ben. - I nie chcę wiedzieć, bo może zapyta mnie o to ktoś z władz. Podejrzewam, że nawet Michael nie wie; takie przynajmniej odniosłem wrażenie, gdy z nim rozmawiałem. Mam tylko numer komórki Satoshiego.

Carl zaśmiał się cicho, bardziej ze zdumienia niż z rozbawienia.

- Co cię tak śmieszy?

- Ależ splątaną sieć pleciemy, gdy podstęp pierwszy knujemy - zacytował Carl.

- Mądrala - mruknął sarkastycznie Ben. - Chcesz powiedzieć, że nie trzeba było sprowadzać Satoshiego do kraju, gdy tylko dowiedzieliśmy się o jego istnieniu i historii jego dokonań?

- Może nie aż tak. Ale na pewno źle się czuję, wiedząc, że w całą sprawę jest zaangażowana rodzina Lucia.

- Tym bardziej powinniśmy się starać zerwać z nią kontakt. Może i będzie nas to kosztowało więcej opcji, niżbym sobie tego życzył, ale opłaci się. Negocjacje zostawiam w twoich i Michaela zdolnych rękach.

- Wielkie dzięki - odparł równie sarkastycznie Carl. - A o co chodziło z tym funduszem, którym zajmowała się Pauline?

- Satoshi cierpi na lekką paranoję na punkcie uniwersytetu w Kioto i swojej ucieczki z Japonii. Boi się o żonę i dziecko, chce ich zabezpieczyć, na wypadek gdyby coś mu się stało. A ja pomyślałem, że pewne zabezpieczenia mogłyby posłużyć także iPS USA. Dlatego poprosiłem Pauline, żeby z nim porozmawiała i przygotowała testamenty dla Satoshiego i jego żony, a także projekt funduszu powierniczego dla dzieciaka. Oczywiście wszystko z klauzulą, że nasza umowa licencyjna pozostanie w mocy.

- Kto ma być powiernikiem dziecka?

- Ja. To nie mój pomysł, ale myślę, że nie zaszkodzi nam dodatkowe zabezpieczenie.

Satoshi Machita był uradowany. Jadąc w dół bogato zdobioną windą w stylu art déco, uświadomił sobie, że chyba nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy. Właśnie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i zamieszkał w domu po drugiej stronie mostu George'a Washingtona. Oczywiście wiedział, że prędzej czy później będzie mu brakowało pewnych elementów dawnego życia w Japonii - choćby wiśni kwitnących wokół pięknych świątyń w jego rodzinnym Kioto i widoku wschodzącego słońca ze szczytu góry Fudżi - ale rekompensatą straconej oazy spokoju było poczucie absolutnej wolności: dopiero teraz mógł sobie pozwolić na takie życie, jakiego zaznał podczas studiów na Harvardzie, gdy mieszkał w Bostonie. Z pewnością nie tęsknił za poczuciem obowiązku, które w Japonii prześladowało go, odkąd sięgał pamięcią: obowiązku wobec dziadków, rodziców, nauczycieli, szefów laboratorium, kierownictwa uczelni, nawet społeczności lokalnej i wreszcie całego państwa. Nigdy nie czuł takiej ulgi jak teraz.

Zatrzymał się w bramie budynku, spoglądając przez zaparowaną szybę na spieszących dokądś przechodniów oraz strumienie żółtych taksówek i miejskich autobusów, żmudnie przeciskających się w gęstej mżawce w stronę centrum miasta. Zastanawiał się, czy nie warto zatrzymać taksówki, ale doszedł do wniosku, że jednak nie. W nieodległej przyszłości miał zostać multimilionerem, ale na razie wciąż jeszcze czuł się jak biedak, którym był w dzieciństwie. Z jednej strony firma iPS USA wynagradzała go sowicie za - niezbyt ciężką - pracę w zespole doradców naukowych, ale z drugiej strony miał na utrzymaniu siedem osób. Obawiając się o ich zdrowie i życie w Japonii, Satoshi przybył do Ameryki z czworgiem dziadków, niezamężną siostrą, żoną oraz dzieckiem. Pomyślawszy o nich, zdecydował, że trzy przecznice dalej, przy Columbus Circle, zejdzie na stację metra, by w miarę szybko dostać się podziemną koleją do dworca autobusowego przy moście. Kilka tygodni podróżowania środkami komunikacji miejskiej nauczyło go, że to najlepszy sposób na dotarcie do Fort Lee w New Jersey, gdzie tymczasowo zakwaterowano jego rodzinę.

Wyszedł obrotowymi drzwiami, przerzucił z prawej do lewej ręki sportową torbę, w której niósł swój świeżo podpisany kontrakt, a potem ciasno otulił szyję podniesionym kołnierzem marynarki. Mżawka była znacznie chłodniejsza i wilgotniejsza, niż się spodziewał. Uszedł ledwie kilka kroków, gdy znowu pomyślał o taksówce, ale jak na złość teraz wszystkie w zasięgu wzroku były zajęte.

Przystanął przy krawężniku, czekając, aż zapali się czerwone światło dla samochodów nadjeżdżających od strony skrzyżowania Piątej Alei z Pięćdziesiątą Siódmą Ulicą. Rozglądając się daremnie za wolną taksówką, spostrzegł Japończyka stojącego po drugiej stronie ulicy. Zaniepokoiły go dwa szczegóły. Po pierwsze, mężczyzna trzymał w lewej dłoni coś, co wyglądało jak fotografia, i spoglądał to na nią, to w stronę Satoshiego, jakby porównując obrazy. Po drugie, Satoshi był praktycznie pewny, że ma przed sobą żołnierza japońskiej jakuzy! Nieznajomy nosił charakterystyczny, połyskujący, czarny garnitur, nastroszoną fryzurę oraz ciemne okulary - choć wcale nie było słonecznie. Jeszcze bardziej znaczący był pewien detal jego ciała: u dłoni trzymającej zdjęcie brakowało ostatniej kostki małego palca. Jak większość Japończyków, Satoshi wiedział, że członkowie jakuzy, którzy narazili się swoim szefom, oyabunom, musieli w ramach pokuty odciąć sobie paliczek dalszy małego palca lewej dłoni.

Sekundę później, ku swemu przerażeniu, Satoshi zdał sobie sprawę, że nieznajomy w czarnym garniturze nie jest sam: właśnie pokazywał go innemu mężczyźnie, który potakująco kiwał głową.

Niemal pewny, że ci dwaj za chwilę przejdą na drugą stronę ulicy i staną przed nim, Satoshi porzucił myśl o złapaniu taksówki. Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył na północ, w stronę Central Parku, klucząc wśród ludzi na zatłoczonym chodniku. Wiedział, że to ludzie jakuzy, z organizacji zwanej Yamaguchi-gumi, pomogli mu uciec z rodziną z Japonii i znaleźć schronienie - a wszystko to na zlecenie Bena Coreya z iPS USA - tych dwóch widział jednak po raz pierwszy i automatycznie uznał, że należą do innego gangu. To raczej niemożliwe, żeby inny gang miał do niego jakąś sprawę, zresztą wcale nie miał ochoty się o tym przekonywać. Przeczuwał, że może się to źle skończyć.

Gdy dotarł do Pięćdziesiątej Ósmej Ulicy, układ świateł zachęcił go do przejścia od razu na drugą stronę Piątej Alei. Czyniąc to, ostrożnie obejrzał się przez ramię, szukając w tłumie twarzy dwóch nieznajomych Japończyków. Nie widząc ich, stopniowo zaczynał przekonywać sam siebie, że w ogóle ich nie spotkał i że to tylko przeczulona wyobraźnia płata mu figle. Poczuł się nieco raźniej, gdy pochylony przechodził pod konarami niewysokiego drzewka w małym parku przez hotelem Plaza, a potem mijał w pośpiechu odlaną z brązu figurę nagiej Pomony, wiecznie myjącej ciało w fontannie.

Właśnie miał skręcić za północno-wschodni narożnik hotelowego gmachu i ruszyć na zachód Pięćdziesiątą Dziewiątą Ulicą, gdy raz jeszcze obejrzał się przez ramię - to, co zobaczył, pozbawiło go tchu. Ci sami mężczyźni, których zauważył wcześniej, właśnie mijali fontannę, idąc jego tropem, a jednocześnie prowadzili rozmowę z dwoma innymi, jadącymi wolniutko - i pod prąd na hotelowym podjeździe - czarnym SUV-em. Nagle dwaj Japończycy spostrzegli, że Satoshi ich obserwuje, i w tym momencie znacząco przyspieszyli - przestali rozmawiać i zamiast iść, zaczęli biec truchtem.

Satoshi także przyspieszył. Nie miał już wątpliwości, że śledzą go ludzie jakuzy i że musieli czekać na niego pod siedzibą iPS USA. Nie znał ich i nie wiedział, czego chcą. W sprawach emigracyjno-imigracyjnych to Ben kontaktował się z Yamaguchi-gumi. Lecz i to, że Satoshi był teraz śledzony, musiało mieć coś wspólnego z jego współpracą z iPS USA oraz nagłymi przenosinami z Japonii do Stanów Zjednoczonych.

Wciąż zaciskając jedną dłoń na uchwytach sportowej torby, a drugą na klapach marynarki, puścił się sprintem po zatłoczonym chodniku, ale nie bardzo wiedział, co jeszcze mógłby zrobić. Wiecznie pełna podróżnych, rozbudowana stacja pod Columbus Circle, na której krzyżowały się liczne linie podziemnej kolei, wydawała mu się daleką oazą obiecującą bezpieczeństwo, ale jak miał się tam dostać, zanim zostanie złapany? Nie mógł się oprzeć przykremu wrażeniu, że żołnierze jakuzy dopadną go lada chwila.

Szansa na wybawienie pojawiła się w następnej sekundzie, gdy przy krawężniku zatrzymała się taksówka, z której wysiadł pasażer. Nie wahając się ani chwili, Satoshi przebił się między przechodniami i wskoczył do wozu, zanim wysiadający zdążył trzasnąć za sobą drzwiami.

- Columbus Circle! - wysapał zdyszany.

Widocznie zirytowany tak krótkim kursem kierowca wykonał wbrew przepisom ciasny nawrót w takim tempie, że Satoshi wylądował na drzwiach, które ledwie zdążył zamknąć. Z twarzą przyciśniętą do szyby czekał, aż siła odśrodkowa przestanie działać. Gdy samochód wyszedł na prostą, Satoshi odepchnął się od drzwi i odwrócił - w samą porę, by dostrzec, że dwaj Japończycy właśnie wyłonili się zza bryły hotelu i stanęli jak wryci. Nie był pewny, czy widzieli, jak wskakiwał do taksówki, ale miał nadzieję, że nie.

W drodze do Columbus Circle nie zobaczył więcej ani dwóch nieznajomych, ani czarnego SUV-a. Z ulgą zagłębił się w podziemny labirynt stacji i wraz z tłumem podróżnych minął kołowrotek. Tuż za nim minął dwóch bardzo rosłych policjantów, odruchowo odwracając głowę - był przecież nielegalnym imigrantem i zbyt bliskich kontaktów z policją bał się niemal tak samo jak spotkania z dwoma podejrzanymi typami, którzy go wcześniej śledzili. Życie między młotem a kowadłem nie było przyjemne, dlatego też Satoshi z utęsknieniem czekał na zielone karty obiecane przez Bena.

Dotarłszy szybko na właściwy peron linii A, Satoshi przystanął na jego skraju i zapatrzył się w czeluść tunelu, czekając na pociąg. Był prawie pewny, że udało mu się uniknąć konfrontacji z dwoma nieznanymi mu Japończykami, ale z drugiej strony - zupełnie nie wiedział, co jeszcze mógłby zrobić, gdyby nagle pojawili się na horyzoncie.

Cofnął się o krok, odwrócił i spojrzał podejrzliwie na pozostałych pasażerów, którzy zgodnie unikali kontaktu wzrokowego. Podróżnych wciąż przybywało. Niektórzy czytali gazety, inni bawili się telefonami komórkowymi, a jeszcze inni po prostu gapili się w przestrzeń. Im więcej ich było, tym krótszy dystans dzielił ich od siebie. Pociągi podjeżdżały raz po raz, ale tylko do sąsiednich peronów.

I nagle Satoshi zobaczył tego samego człowieka, który wcześniej przyglądał mu się z przeciwnej strony Piatej Alei, trzymając w ręku jego zdjęcie. Teraz znajdował się najwyżej o pięć, może sześć stóp od Satoshiego i świdrował go skośnym spojrzeniem czarnych oczu. Uczony poczuł chłodny dreszcz na plecach. Uczucie strachu powróciło. Chciał oddalić się w bok, ale nie było to łatwe, bo z każdą sekundą tłum na peronie gęstniał.

Zdołał przejść najwyżej kilka jardów, gdy ujrzał przed sobą drugiego mężczyznę, który udawał, że czyta gazetę, a w rzeczywistości obserwował go. Był równie blisko jak jego towarzysz - razem zamknęli Satoshiego w pułapce między torem a wykafelkowaną ścianą.

Gdy pociąg z rykiem wychynął z tunelu, strach Satoshiego sięgnął apogeum. W jednej chwili było względnie cicho, a w następnej dał się słyszeć jakby narastający podmuch wiatru, a potem przeraźliwy huk, któremu towarzyszyły gwałtowne wibracje. I właśnie w samym środku tej kakofonii Satoshi uświadomił sobie, że nieznajomi ruszyli ku niemu, szybko skracając dystans. Był gotów krzyczeć, gdyby któryś z nich go dotknął, ale nic takiego nie nastąpiło. Dotarł do niego tylko krótki syk - bardziej wyczuł go, niż usłyszał, huk hamującego pociągu zagłuszył bowiem wszystko. W tej samej chwili poczuł ostry, palący ból w nodze, na styku pośladka i uda, a potem ogarnęła go ciemność i głęboka cisza.

Susumu Nomura i Yoshiaki Eto pracowali razem jako żołnierze jakuzy, odkąd tylko przybyli do Ameryki - czyli od ponad pięciu lat - podlegając bezpośrednio rozkazom Hisayukiego Ishiiego, oyabuna rodziny Aizukotetsu-kai. W pewnym sensie tworzyli świetny duet: Susumu nie znał strachu, a domeną Yoshiakiego było ostrożne planowanie. Gdy dostali rozkaz zlikwidowania Satoshiego Machity, Susumu był tak podniecony i chętny do sprawienia miłej niespodzianki Hidekiemu Shimodzie, saiko-komonowi i szefowi nowojorskiego oddziału Aizukotetsu-kai, że gotów był natychmiast wykonać zlecenie. W dodatku zamierzał to zrobić w biały dzień, na Piątej Alei! Była to dla niego znakomita okazja, by okazać szefowi lojalność i zabłysnąć śmiałością - wśród członków jakuzy były to najwyżej cenione cechy.

Jednakże Yoshiaki zdecydowanie odmówił, twierdząc, że potrzebują najpierw kilku dni, by opracować plan wypełnienia dodatkowego warunku, którym opatrzono zlecenie zabójstwa: dla postronnych miała to być śmierć anonimowej osoby z przyczyn naturalnych. Należało za wszelką cenę uniknąć zainteresowania lokalnej policji oraz FBI.

Ostatecznie zrealizowali plan Yoshiakiego: najpierw śledzili swoją ofiarę na Manhattanie przez kilka dni, poznając drogę z miejsca pracy do stacji metra, a potem przeprowadzili akcję tak doskonale, że nikt w tłumie nawet nie zauważył, co zaszło. Zgodnie z sugestią Yoshiakiego, Susumu celowo zaczekał, aż pociąg wjedzie na stację, i dopiero wtedy strzelił do Satoshiego z ukrytego w trzonku parasola karabinka pneumatycznego, dostarczonego przez Hidekiego Shimodę. W chwili, gdy Susumu nacisnął spust, Yoshiaki podtrzymał ofiarę, by nie upadła. Niecierpliwi pasażerowie rzucili się w stronę otwartych drzwi wagonu i nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że Susumu czym prędzej odebrał Satoshiemu sportową torbę, portfel i telefon komórkowy. Jedyną przykrą okolicznością był skurcz mięśni ofiary, ale obaj wykonawcy wyroku spodziewali się takiej reakcji i w niczym im ona nie przeszkodziła - Yoshiaki po prostu podtrzymał Satoshiego do czasu, aż jego ciało stało się bezwładne. Wtedy stanęli za plecami ludzi cisnących się ku zamykającym się drzwiom, położyli ofiarę na betonowej posadzce i spokojnie odeszli.

Pięć minut później wspięli się po ostatnim ciągu schodów i wyszli na powierzchnię przy Columbus Circle - w tym samym miejscu, w którym kwadrans wcześniej zeszli na stację metra. Obaj byli zadowoleni i dumni z tego, jak sprawnie przeprowadzili akcję. Yoshiaki wyjął telefon, by wezwać towarzyszy jadących czarnym SUV-em, a Susumu otworzył torbę i wydobył z niej gruby plik papierów - egzemplarz umowy licencyjnej. Upewniwszy się, że w torbie nie ma innych interesujących przedmiotów, pochylił się nad dokumentem i przejrzał go pobieżnie. Nie był pewny, co ma przed sobą; zbyt słabo znał angielski.

- Nie ma dzienników? - spytał Yoshiaki. Nie czekając na odpowiedź, sam sięgnął do zamka torby, którą trzymał Susumu, otworzył ją i zajrzał do wnętrza. Z rozczarowaniem stwierdził, że nie ma w niej niczego oprócz kilku czasopism. Miał nadzieję, że zobaczy także dzienniki laboratoryjne, których przechwycenie było częścią ich misji. Miał też powody, by spodziewać się w torbie tak cennego ładunku - przez wszystkie dni, które poświęcili na obserwację ofiary, Satoshi konsekwentnie nosił ją przy sobie.

- Tylko te papiery - odparł Susumu, unosząc wielostronicową umowę.

Yoshiaki przycisnął telefon głową do ramienia i odebrał dokument z rąk partnera. Przyglądał się pierwszej stronie, gdy wreszcie doczekał się połączenia.

- Wyszliśmy - zameldował zwięźle po angielsku. - Jesteśmy przy tym samym zejściu, przy którym nas wyrzuciłeś.

- Jesteśmy po drugiej stronie placu. Zaraz podjedziemy.

- To umowa - stwierdził po japońsku Yoshiaki, zakończywszy połączenie. Obaj spędzili w Nowym Jorku ponad pięć lat, ale ich angielszczyznę trudno było nazwać płynną.

- Ważna? - spytał z nadzieją Susumu. Skoro nie znaleźli dzienników laboratoryjnych, chciał przynajmniej dostarczyć szefowi coś równie istotnego. Był gorliwym żołnierzem.

Czarny GMC Denali zatrzymał się przy krawężniku. Yoshiaki i Susumu czym prędzej zajęli miejsca z tyłu, a gdy tylko trzasnęli drzwiami, wóz na powrót włączył się w nieprzerwany o tej porze nurt samochodów.

Mężczyzna siedzący na prawym przednim fotelu odwrócił się ku nim. Nazywał się Carlo Paparo. Był potężnym, muskularnym facetem o lśniącej, łysej czaszce, dużych uszach i nosie mopsa. Miał na sobie czarny golf, sportową marynarkę z szarego jedwabiu oraz czarne spodnie.

- I gdzie wasz uczony? Zgubiliście go?

- Nie zgubiliśmy - odparł z uśmiechem Susumu.

Odwrócił się ku Yoshiakiemu i po japońsku ponowił pytanie o umowę, ale jego towarzysz tylko wzruszył ramionami na znak, że nie wie, po czym wsunął dokument z powrotem do torby.

- No, to co się stało? - spytał Carlo. - Chyba nic wielkiego, skoro tak się uwinęliście.

Carlo nie dostał zanadto precyzyjnych rozkazów. Przypomniano mu tylko, jak ważne są interesy między rodziną Vaccarro a Aizukotetsu-kai, a potem polecono, by pomógł tym dwóm w namierzeniu Japończyka, który niedawno uciekł z ojczyzny. Pomoc miała polegać na wożeniu ich po mieście - dokądkolwiek zechcieliby pojechać.

- Miał zawał - odparł Yoshiaki, pragnąc zakończyć tę rozmowę.

- Zawał? - powtórzył z niedowierzaniem Carlo.

- Tak byśmy to nazwali - przytaknął Yoshiaki, próbując powstrzymać Susumu przed wybuchnięciem śmiechem.

Susumu szybko się opanował.

Carlo popatrzył na Japończyków spode łba.

- Co tu jest grane, do cholery? Jaja sobie ze mnie robicie, czy co?

- Co znaczy "robić jaja"? - spytał Yoshiaki. Nigdy wcześniej nie słyszał tego zwrotu.

Zniecierpliwiony Carlo machnął ręką i odwrócił się. Czyniąc to, posłał szybkie spojrzenie swemu partnerowi, Brennanowi Monaghanowi. Obaj byli pomocnikami Louiego Barbery i często pracowali we dwóch. Louie Barbera kierował rodziną Vaccarro w Queensie podczas odsiadki Pauliego Cerina w więzieniu Rikers Island. Wóz należał do Carla, ale prowadził Brennan, Carlo bowiem nie znosił jazdy w godzinach szczytu. Był zbyt narwany i wiecznie miewał napady drogowego szału, a wtedy bywał groźny dla wszystkich, włącznie z sobą.

Brennan skręcił w prawo, na Central Park West, kierując się na północ z zamiarem dotarcia przez park do East Side. Czekała ich jednak dość długa podróż, ponieważ częściej stali w korku, niż jechali.

- Dobra - odezwał się znienacka Carlo, znowu odwracając się ku pasażerom. Widać było, że jest sfrustrowany sytuacją, choć to nie on siedział za kierownicą. - Wy dwaj, skończyliście już wasze sprawy?

Yoshiaki uniósł rękę.

- Właśnie się naradzamy. Daj nam chwilę.

- W mordę jeża... - wymamrotał Carlo, ale odwrócił się potulnie. Pomyślał, że może nie byłoby źle wysiąść i zafundować sobie spacer; z pewnością poruszałby się szybciej niż jego wóz. Po chwili westchnął i znowu zwrócił się do Japończyków: - Zdecydujcie się wreszcie, pacany. Bo jak nie, to wywalę was tutaj i będziecie sobie łapać taksówkę. Mam swoje sprawy do załatwienia.

- Gdzie jest Fort Lee, New Jersey? - spytał Susumu, trzymając w dłoni wizytówkę. Na jego kolanach leżał otwarty portfel Satoshiego.

- Po drugiej stronie rzeki - odparł Carlo po krótkim wahaniu. Przy tak fatalnym tłoku na drodze Fort Lee w New Jersey było jednym z ostatnich miejsc, do których miałby ochotę się wybrać, zwłaszcza że musiałby się przebić przez most Washingtona. O tej porze dnia na pokonanie trasy, na którą powinno wystarczyć dwadzieścia minut, potrzebowaliby ponad godziny, może nawet dwóch, a i to przy założeniu, że dopisałoby im szczęście i nie natrafiliby po drodze na żaden wypadek.

Susumu spojrzał na swego partnera i odezwał się po japońsku:

- Skoro mamy adres, powinniśmy tam pojechać i poszukać dzienników. Saiko-komon powiedział, że są mu potrzebne. Zabierzemy dzienniki i posprzątamy po sobie; nikt się nie dowie.

- Nie wiemy, czy dzienniki tam są.

- Nie wiemy, czy ich tam nie ma.

Przez chwilę Yoshiaki wpatrywał się w jakiś odległy punkt, ważąc w duchu wady i zalety tego planu.

- Zgoda - rzekł wreszcie po angielsku. - Jedziemy do Fort Lee!

Carlo odetchnął głośno i odwrócił się przodem do kierunku jazdy. Choć w oddali majaczyły zielone światła, mieli wokół siebie tylko morze nieruchomych samochodów.

- W takim razie do New Jersey - wymamrotał znużonym głosem.

Tak jak się obawiał, potrzebowali dwóch godzin, by dostać się do Fort Lee, i dodatkowych dwudziestu minut na odnalezienie właściwej ulicy - krótkiej i zapuszczonej, biegnącej wśród kilku opuszczonych hal z czerwonej cegły i nielicznych, małych i zaniedbanych domków krytych szarawymi, azbestowymi dachówkami. Zaczynało zmierzchać, a dzień był pochmurny, toteż Brennan musiał włączyć reflektory. W przeciwieństwie do sąsiednich, pogrążonych w mroku budynków, dom stojący pod adresem wskazanym w dokumentach Satoshiego był oświetlony.

- To tu - rzekł Brennan. - Cóż za pałac! Jaki macie plan? - spytał, spoglądając przez boczną szybę na zarośnięte chwastami podwórze pełne śmieci, wśród których wypatrzył zardzewiały, trójkołowy rowerek, zepsutą huśtawkę, kilka łysych opon oraz bogatą kolekcję puszek po piwie. - I czego oczekujecie od nas?

Susumu otworzył drzwi i wysiadł. Yoshiaki uczynił to samo, ale zaraz zajrzał ponownie do środka.

- To nie potrwa długo. Byłoby dobrze, gdybyś wyłączył światła.

Brennan usłuchał. Okolica utonęła w mroku, a mgła okryła większość rozrzuconych dokoła rupieci. Lepiej widoczne stały się jedynie nagie drzewa, których sylwety rysowały się na tle niespokojnego nieba.

- Upiorna okolica - zauważył Brennan.

- Żebyś wiedział - zgodził się Carlo.

Razem przyglądali się, jak dwaj Japończycy wspinają się po rozklekotanych stopniach na krytą werandę domu. Po chwili byli już tylko ciemnymi zarysami postaci na tle podświetlonej szyby frontowych drzwi. Zatrzymali się na moment, by wyjąć broń z kabur pod pachami.

- Jasna dupa! - zawołał Brennan. - Co oni robią, do cholery?

Sekundę później jeden z intruzów kolbą pistoletu wybił szybę, sięgnął do środka i otworzył zamek. W mgnieniu oka zniknęli we wnętrzu domu, zostawiając za sobą jedynie bezszelestnie domykające się drzwi.

- Nie podoba mi się to! - powiedział Brennan, spoglądając na Carla. - Możliwe, że wyniknie z tego znacznie więcej, niż się spodziewałem. Sądziłem, że ci dwaj pajace zamierzają co najwyżej spuścić komuś łomot.

- Ja też nie jestem zachwycony - zawtórował mu Carlo. - I nie chcę mieć z tym nic wspólnego - dodał, spoglądając na zegarek. - Dajemy im pięć minut, a potem spadamy. Sami znajdą drogę do miasta.

Przez parę minut z niepokojem wpatrywali się w zwodniczo spokojny dom, a potem nagle rozległ się stłumiony huk wystrzału i kilka kolejnych, następujących szybko po sobie. Po każdym z nich Carlo i Brennan podskakiwali mimowolnie, doskonale świadomi tego, co musiały oznaczać: ktoś ginął, zamordowany z zimną krwią, a oni dwaj wbrew woli stali się wspólnikami.

W ciągu następnej minuty padły jeszcze trzy strzały - razem było ich sześć - a niepokój Brennana i Carla narastał z każdą chwilą. Problem polegał na tym, że nie wiedzieli, co właściwie powinni zrobić, a ściślej: czego oczekiwałby od nich w takiej sytuacji szef, Louie Barbera. Czy życzyłby sobie, żeby zostali, ryzykując, że zostaną złapani i oskarżeni o współudział, czy może raczej żeby uciekli stąd do wszystkich diabłów, by nie narażać na niebezpieczeństwo całej rodziny Vaccarro? Nie znali odpowiedzi na to pytanie i dlatego siedzieli w wozie jak skamieniali, aż wreszcie Carlo wpadł nagle na pomysł, by zadzwonić do Barbery.

Nagły ruch ręki sięgającej po telefon wystraszył Brennana.

- Jezu! - poskarżył się. - Mogłeś mnie uprzedzić!

- Przepraszam - odparł Carlo. - Muszę pogadać z Louiem. On na pewno wie, co się tam dzieje. To jakiś obłęd. - Zajęty wybieraniem numeru, Carlo nawet nie poczuł, że towarzysz klepie go po ramieniu, póki klepanie nie stało się wręcz bolesne.

- Wychodzą! - wyszeptał podniecony Brennan, wskazując na dom.

Carlo podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Susumu i Yoshiaki zbiegli już po schodach i pędzili w stronę stojącego na jałowym biegu GMC Denali, dźwigając na ramionach mocno wypchane poszewki od poduszek. Carlo z trzaskiem zamknął telefon w chwili, gdy Japończycy dotarli do wozu i wcisnęli się na tylną kanapę. Brennan bez słowa wrzucił bieg i SUV ruszył naprzód. Dopiero o przecznicę dalej odważyli się włączyć reflektory.

Brennan i Carlo nie odzywali się jeszcze przez dziesięć minut, za to dwaj żołnierze jakuzy prowadzili ożywioną dyskusję po japońsku. Najwyraźniej nie byli zadowoleni z tego, czego dokonali w domu. Gdy dotarli do mostu Washingtona, Carlo rozluźnił się na tyle, by przemówić.

- Coś wam nie wyszło? - spytał, siląc się na swobodę.

- Szukaliśmy dzienników laboratoryjnych, ale ich nie znaleźliśmy - odparł Yoshiaki.

- Przykra sprawa - rzekł Carlo. - Słyszeliśmy kilka strzałów. A może nam się zdawało?

- Nie. Zastaliśmy w domu sześć osób. Więcej, niż się spodziewaliśmy.

Carlo i Brennan spojrzeli po sobie z niepokojem. Intuicja podpowiadała im, że i dla Louiego będzie to niespodzianka. W dodatku niezbyt przyjemna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Komórki macierzyste to komórki, które mają zdolność do samoodnawiania oraz możliwość przekształcania w różne typy wyspecjalizowanych komórek potomnych. Jednym z rodzajów k.m. są pluripotencjalne komórki macierzyste, pochodzące z pierwszego stadium zarodka. Dają one początek wszystkim (poza komórkami rozrodczymi) tkankom i narządom. Indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste (iPS) to komórki otrzymywane z niepluripotentnych komórek (najczęściej somatycznych) w wyniku manipulacji genetycznych (wymuszona ekspresja niektórych genów). Wciąż trwają badania nad możliwością wykorzystywania takich komórek w terapii m.in. takich chorób, jak cukrzyca, miażdżyca, choroby Parkinsona i Alzheimera (przyp. A.K.). [wróć]