Gdzie jesteś, serce?
Mam o nim trzy wspomnienia, ale jedno z nich może być fałszywe. Kolejność jest dowolna. W pierwszym siedzi w fotelu, na ręczniku, całkiem nagi, i ogląda telewizję. Nie zwraca na
mnie uwagi: chyba go podglądam. Jego penis spoczywa w gąszczu czarnych
włosów łonowych, a blizna biegnąca przez owłosioną klatkę piersiową jest
ciemnoróżowa.
W drugim jego żona prowadzi go za rękę do sypialni. Znowu jest nagi.
Patrzy na mnie kątem oka. Ma dość długie włosy, nawet jak na tamte czasy
- lata siedemdziesiąte - i nie widzę jego blizny.
W trzecim uśmiecha się do mnie z bliska, z twarzą niemal przyklejoną do
mojej. We wspomnieniu czuję się naga i zawstydzona. Ale nie wiem, czy
jest prawdziwe; nie ma tej samej naturalności co inne, może je
wymyśliłam, chociaż poznaję owo uczucie wstydu i bezsilności, które
często powtarza się w moich snach. Nie wiem, czy mnie dotknął. Wrażenie
towarzyszące wspomnieniu o nim przypomina pożądanie, podczas gdy, o ile
moje podejrzenia są słuszne, powinno przypominać grozę. Nie boję się go,
jego twarz mnie nie przeraża, choćbym na siłę próbowała doszukiwać się w tym czegoś zbliżonego do dziecięcej traumy i jej konsekwencji w dorosłym
życiu. Miałam pięć lat, kiedy go poznałam. Był ciężko chory, operowano
go na serce i zabieg się nie udał. Dowiedziałam się o tym później, kiedy
przestałam przychodzić do jego domu - właściwie do domu moich koleżanek,
jego córek; dopiero kiedy umarł. Nie pamiętam, jak miał na imię, i nigdy
nie odważyłam się zapytać o to rodziców.
W jakiś czas po jego śmierci zaczęłam używać paznokci, żeby zrobić sobie
na piersi, dokładnie pośrodku, znak naśladujący jego bliznę. Robiłam to
przed zaśnięciem, naga, i unosiłam głowę, żeby popatrzeć na podłużny
ślad na podrażnionej skórze, dopóki nie zniknął i nie rozbolała mnie
szyja.
* * *
Kiedy było bardzo gorąco, lubiłam wchodzić do pokoju nazywanego przez
moją mamę "panieńskim"; był najchłodniejszy ze wszystkich. I jedyny,
którego nikt nie zajmował, gdyż mama używała go jako przechowalnię
książek i starych mebli. Ja go uwielbiałam: rzucałam się naga na sofę ze
skóry ekologicznej, zawsze zimnej, przynosiłam sobie maleńki wentylator
i czytałam przez całe popołudnie. Moi przyjaciele z osiedla i ze szkoły
byli na basenie w klubie, ale mnie to nie obchodziło: w tym pokoju
pierwszy raz na śmierć się zakochałam, kiedy w na wpół rozlatującym się
ilustrowanym wydaniu Dziwnych losów Jane Eyre odkryłam Helenkę Burns.
Nienawidziłam tych ilustracji. Ponieważ ukazywały Helenkę jako znacznie
starszą, niż została opisana w książce, i ponieważ z jakiegoś powodu
przedstawiały ją jako blondynkę, chociaż w powieści nigdzie nie było
wzmianki o kolorze jej włosów. Ona tak nie wyglądała, i wiedziałam o tym, gdyż przez całe lato wyobrażałam ją sobie na sofie, która zamieniła
się w łóżko w zakładzie wychowawczym dla sierot, łóżko, w którym
Helenka, chora na suchoty, konająca i taka piękna, umierała, a ja
trzymałam ją za rękę.
Helenka była drugoplanową postacią książki. Jane, główna bohaterka,
przybywa do przerażającego zakładu dla dziewcząt w Lowood i nie może się
z nikim zaprzyjaźnić, ponieważ dyrektor, złośliwy pan Brocklehurst,
zawstydził ją przed wszystkimi koleżankami. Jednak Helena miała to
gdzieś: zaprzyjaźniła się z Jane. Była poza wszystkim, bo była bliska
śmierci. Przeczułam, że się w niej zakocham, kiedy Jane zobaczyła ją
pierwszy raz na dziedzińcu, jak czytała książkę o takim dziwnym tytule:
Rasselas. Jeszcze jeden rozdział i Helenka była martwa. Kiedy w szkole
wybuchła epidemia tyfusu, u Heleny doszło do zaostrzenia gruźlicy i została przeniesiona do pokoju na pierwszym piętrze. Pewnej nocy Jane
przyszła ją odwiedzić. Tej ostatniej nocy Helena i Jane spały razem.
Dzisiaj, kiedy przypominam sobie tamten rozdział (bo nie muszę go na
nowo czytać, znam go na pamięć), wszystko rozumiem: kiedy Jane wchodzi
do łóżka umierającej, Helenka zwraca się do niej: "Ciepło ci,
kochanie?". Kochanie. Kochanie. To scena miłosna. Kiedy Jane się
obudziła, jej przyjaciółka Helenka była martwa. Tamten rozdział: każdej,
każdziutkiej nocy kładłam się i tuliłam do siebie poduszkę, udając, że
to Helenka, ale nie zasypiałam jak ta kretynka Jane, nie, patrzyłam, jak
umiera; brałam ją za rękę, a ona, umierając, ze swym szarym spojrzeniem
utkwionym w moich oczach (i urywanym oddechem), pozwalała mi zajrzeć na
ową drugą stronę, na którą odchodziła na zawsze.
* * *
Szybko zrozumiałam, że mojej fantazji nie da się wprowadzić w czyn.
Kiedy miałam czternaście lat, pewna przyjaciółka powiedziała ze
smutkiem:
- Wiesz, o czym się dowiedziałam? Pamiętasz brata Mary?
Mara była naszą dawną koleżanką, która zmieniła szkołę.
- No.
- Dobra, odkryli, że ma guza między sercem a płucami i nie można tego
zoperować, i umrze.
Tydzień później namówiłam przyjaciółkę, żebyśmy odwiedziły Marę.
Chciałam poznać jej umierającego brata, gdyż podejrzewałam, że, no
dobra, że mogłabym się w nim zakochać. Jednak kiedy go zobaczyłam...
chłopak wyglądał na odpowiednio chorego, ale mi się nie spodobał. W tamtym czasie miałam mętlik w głowie i doszłam do wniosku, który
uspokoił moje sumienie: nie podobają mi się prawdziwi chorzy, a zatem
nie jestem zdeprawowana. To, że tak myślałam, nie uchroniło mnie przed
obsesją. Przez cały rok kieszonkowe od mamy wydawałam na drogie książki
medyczne, podczas gdy moi przyjaciele kupowali za nie prochy. Nic mnie
tak nie uszczęśliwiało jak te książki. Te wszystkie eufemizmy na
określenie śmierci. Te wszystkie piękne medyczne słowa, które nic nie
znaczyły, ten twardy żargon, to była pornografia. Do tamtej pory
zdążyłam już nabrać pewnej jasności w kwestii tego, co mnie podnieca, a co nie, w związku z tym coraz bardziej nudziły mnie powieści
wiktoriańskie, w których zawsze pojawiał się jakiś chory, ale nigdy nie
było dokładnie wiadomo, na co umierał. Po tym, jak pokonałam gwałtowne
zakochanie w Hipolicie, nastoletnim gruźliku z Idioty, trwające ponad
rok, suchotnicy trochę mi się przejedli. Chciałam pornografii: chorzy
tacy jak Helenka, Tadzio czy Hipolit byli erotyzmem, inspiracjami. I zawsze postaciami drugoplanowymi. Hipolit stanowił ideał: piękny
(Dostojewski włożył w usta księcia Myszkina owo: "On ma ładną twarz",
przyprawiające mnie o dreszcze) młody chłopak, zdecydowanie umierający i uparty i wrażliwy i nikczemny. Jednak dużo mówił, a mało mdlał: miałam
dosyć opisów bladości i potów, i kaszlu. Chciałam więcej konkretów,
chciałam seksu bez niedomówień. Książki były idealne i dodatkowo pomogły
mi sprecyzować fetysze. Pomijałam choroby neurologiczne: nie lubiłam
konwulsji ani niedorozwojów umysłowych, ani paraliżów, a układ nerwowy
zdecydowanie mnie nudził. O dziwo, nie obchodziła mnie cała onkologia:
rak wydawał mi się brudny, społecznie przereklamowany, nieco pospolity
(biedna kobieta ma guza, szeptały staruszki... a mówi się o nim również
"bulwa"!) i zbyt wiele było filmów o bohaterskich pacjentach chorych na
raka (podobali mi się bohaterscy chorzy, jednak nie tacy, którzy nie
służyli jako "wzór do naśladowania"). Albo pozbawiona wdzięku
nefrologia: to oczywiste, że ludzie umierają, kiedy ich nerki przestają
funkcjonować, ale miałam to gdzieś, gdyż już samo słowo "nerki" wydawało
mi się okropne. Że nie wspomnę o przewodzie pokarmowym, jakże paskudnym.
Było jasne, co lubiłam, przy czym się zatrzymywałam, i kiedy już
odkryłam tę specjalność, poświęciłam się tylko jej: podobali mi się
chorzy na płuca (reminiscencje po Helenie, Hipolicie i zapewne
wszystkich innych suchotnikach) oraz na serce. Z jednej strony było to
dość pospolite, jednak tylko w przypadku staruszków (albo takich po
pięćdziesiątce, kiedy do akcji zaczynały wkraczać upiory w rodzaju
cholesterolu). Za to młodzi... cóż za elegancja. Bo zazwyczaj nic nie było
po nich widać. Jeśli byli piękni, to rodzajem urody zniszczonej, lecz
tajemniczej. Wszystkie inne schorzenia trwały zwykle jakiś czas: z tym
było inaczej. Mogli umrzeć w każdej chwili. Kiedyś w księgarni medycznej
(gdzie wszyscy pracownicy myśleli, że jestem studentką medycyny;
przezornie dałam im to do zrozumienia) kupiłam sobie CD pod tytułem
Tony serca. Nic wcześniej mnie tak nie uszczęśliwiło. Przypuszczam, że
to, do czego u normalnych mężczyzn i kobiet prowadzi słuchanie jęków
rozkoszy u preferowanej przez nich płci, u mnie wywoływało słuchanie
bicia tych schorowanych serc. Jakaż różnorodność! Ileż rozmaitych
uderzeń, a każde znaczące co innego i wszystkie piękne! Innych chorób
nie było słychać. Więcej, wiele się czuło, a to mnie odrzucało. Kiedy
wychodziłam z moim odtwarzaczem mp3 na rower, musiałam przystawać, gdyż
za bardzo się podniecałam. Toteż słuchałam sobie w nocy w domu i w tamtym czasie zaczęłam się martwić, gdyż prawdziwy seks mnie nie
interesował. Nagrania bicia serca zastępowały wszystko. Godzinami mogłam
się masturbować ze słuchawkami na uszach, czując, jak mi cieknie między
nogami, ręka drętwieje od ciągłego tarcia, a łechtaczka puchnie do
rozmiarów wielkiego winogrona.
Po jakimś czasie postanowiłam pozbyć się nagranego bicia serca. Byłam
bliska obłędu. Od tamtej pory jedną z pierwszych rzeczy, jakie robiłam z mężczyzną, było opieranie głowy na jego piersi, aby odkryć jakąś arytmię
albo szmer, niemiarowość, trzeci ton wczesnorozkurczowy, trzepotanie
przedsionków czy cokolwiek innego. Ciągle zastanawiałam się, kiedy
pojawi się ktoś, kto by stanowił niedoścignioną kombinację tych
elementów. Teraz przypominam sobie ową tęsknotę i uśmiecham się gorzko.
* * *
Mogę precyzyjnie określić moment, w którym straciłam kontrolę. Po latach
bezskutecznych poszukiwań znalazłam w internecie stronę, na której inni
fetyszyści uderzeń serca dzielili się nimi z innymi użytkownikami.
Robili to na żywo, na czatach, ale istniał również obszerny plik z dźwiękami, który można było sobie ściągnąć, cudownie poklasyfikowanymi
na tętno prawidłowe, nieprawidłowe, w czasie treningu, szmery,
zaburzenia ektopowe... Nigdy nie uczestniczyłam w tych czatach. Kopiowałam
tylko dźwięki i kładłam się, żeby ich posłuchać. Rytm przyspieszony,
regularny, nagle dodatkowy skurcz komorowy. A ja myślałam, że moje
poprzednie masturbacje były brutalne! Nie miałam pojęcia, nie
wiedziałam, jak bardzo można się napalić. Mój środkowy palec między
prawą wargą mniejszą a łechtaczką tarł, aż sięgał kości, aż do bólu
kości, czasami aż do krwawienia, a orgazmy nadciągały jeden za drugim,
nieubłagane, ogromne, całymi godzinami. Wilgotna pościel, pot ściekający
między piersiami, skóra stale napięta i uczucie obrzmiałej, wspaniałej
łechtaczki, i skurcze pochwy i macicy. Częstoskurcze nadkomorowe, piękny
szmer zwężenia zastawki aortalnej, niemiarowe uderzenia wywołane przez
hiperwentylację albo próbę Valsalvy, rzeczy, na które porywali się tylko
śmiałkowie. Czasami jakieś ukryte serce, bijące ledwie dosłyszalnie i jak oszalałe tłukące się za żebrami, dźwięk, który osiągało się,
wstrzymując oddech; i kiedy w końcu tlen znowu do niego docierał, owo
serce zaczynało dygotać, jakby żyło w puszce pomidorów, oszołomione,
czasem za wolne, jakby za chwilę miało się zatrzymać.
Nie odbierałam telefonów. Wszędzie się spóźniałam. Przestawałam tylko,
kiedy ból podrażnionej, nieraz aż obtartej pochwy pozbawiał mnie
rozkoszy. W ciemnościach, ze słuchawkami i sercami - to było moje życie,
nigdy więcej seksu z ludźmi. Po co?!
Aż wyodrębniłam jedno z serc. Jego bicie nigdy nie zawodziło.
Rozpoznawałam je doskonale, nawet nie znając jego autora z nickiem HCM1.
Nagrania zawsze były bardzo czyste, a uderzenia za każdym razem inne i niebezpieczne: w migotaniach przedsionków, w niebywale długich
tachykardiach, w trzepotaniu. To był mężczyzna. Czasami słychać było
jego oddech i urywki głosu. Kiedy odkryłam plik, w którym jęczał,
ponieważ - jak głosił tekst towarzyszący nagraniu - podczas sesji poczuł
w sercu ból, postanowiłam wejść na czat, żeby go poznać.
Przez jakiś czas robił uniki. Za długo, jak dla mnie, ale przypuszczam,
że obiektywnie krótko. Po miesiącu od pierwszego kontaktu zgodził się
mnie odwiedzić. O dziwo, mieszkaliśmy w tym samym mieście. Statystycznie
nieprawdopodobne, o ile nie niemożliwe, ponieważ do naszego pierwszego
spotkania doszło na międzynarodowym portalu społecznościowym dla
fetyszystów. Postanowiliśmy nie przywiązywać do tego większej wagi, nie
wierzyć w zrządzenia losu albo podobne teorie. Wleźliśmy w to tylko dla
przyjemności. Lubił, kiedy słuchano jego serca. Był bardzo chory,
dlatego zwykle wyrzucano go z czatów i forów internetowych. Ludzie
uważali go za przypadek zbyt ekstremalny, wydawało się im, że poszedł za
daleko, psuł ideę zabawy i przyjemności. Wkrótce oboje porzuciliśmy
życie wirtualne i zamknęliśmy się w moim pokoju z magnetofonem,
stetoskopem oraz lekami i środkami pomagającymi zmieniać pracę jego
serca. Oboje wiedzieliśmy, czym to się może skończyć, lecz mieliśmy to
gdzieś.
* * *
Włosy miał równie ciemne jak mężczyzna, którego znałam w dzieciństwie, i taki sam uśmiech. Ale blizny trzy zamiast jednej. Rozcięto mu mostek:
przypadkowy obserwator zobaczyłby tylko jedną, jednak ja je
rozróżniałam, pierwsza była przezroczysta, wąska, niemal całkowicie
schowana pod drugą, opalizującą na różowo, błyszczącą jakby pociągniętą
emalią; ostatnia, najszersza, brutalna, była ciemniejsza od skóry.
Blizna przecinająca mu plecy (szczegółowo opisał mi ową bolesną
procedurę) była ogromna, niezgrabna. Niewielkie blizny na brzuchu,
dyskretne, rozmieszczone były przypadkowo. Skóra w zgięciu łokcia nosiła
ślady jak u ćpuna. Znalazłam jeszcze jedną krótką bliznę, ciemne
zagłębienie po prawej stronie szyi. Tyle śladów. I ciężki oddech, i ogromne wargi, które czasami przybierały barwę równie błękitną jak jego
oczy.
Chorobę było słychać w owych nagłych wdechach, kiedy podczas mówienia
brakowało mu powietrza, w nocnych napadach kaszlu, po których leżał
blady i drżący. Cały czas pozwalał mi kłaść głowę na swojej piersi,
żebym mogła posłuchać. Normalne bicie serca to dwa tony, otwarcie i zamknięcie. Jednak jego rytm przypominał kołatanie, jakiś rozpaczliwy
wysiłek, inny, nienaturalny. Po jednej filiżance kawy czuł się gorzej.
Po odrobinie kokainy - strasznie. Często tracił przytomność, a ja,
przerażona i podniecona, dalej słuchałam przez stetoskop, aż powracał do
pewnego rodzaju normalności i się budził. Godzinami mogłam leżeć mu na
piersi, a potem, podekscytowana, całowałam go i przytulałam niemal siłą,
a jego śmiech i oddanie martwiły mnie, ponieważ nieraz, coraz częściej,
w miarę jak czas płynął, a nasza intymność stawała się coraz większa,
nabierałam pewności, że gdybym posłuchała o sekundę dłużej, jeszcze
bardziej bym go zniszczyła, ja sama. Otworzyłabym go paznokciami,
jeszcze więcej śladów, sposób, aby być jeszcze bliżej, aby jeszcze
bardziej był mój. Musiałam powściągać owo pragnienie, ową chęć nasycenia
się, otwarcia go, igrania jego organami niczym ukrytym trofeum. Doszło
do tego, że narzucałam sobie drobne kary: przez cały dzień nie wolno
jeść, przez siedemdziesiąt dwie godziny nie wolno spać, spacerować aż do
skurczów w nogach... małe rytuały, jakbym była dziewczynką, która
zapragnęła śmierci matki, bo ta nie chciała jej czegoś kupić, a potem
wyrzuty sumienia i drobne ofiary, "nie będę więcej mówić brzydkich
wyrazów, Boże, przyrzekam, ale niech moja mama nie umiera", i brzydki
wyraz, który się wyrywa, a wtedy biegiem w nocy do mamy, żeby sprawdzić,
czy jeszcze oddycha, kiedy śpi.
* * *
Jednak myślę, że chyba w końcu go znienawidziłam. A może nienawidziłam
go od początku. Tak jak znienawidziłam mężczyznę, który swoim penisem
zmęczonym przed telewizorem i tą piękną blizną sprawił, że zrobiłam się
nienormalna, chora. Mężczyznę, który mnie zniszczył. Nienawidziłam
swojego kochanka. W przeciwnym razie niektórych zabaw nie da się
wytłumaczyć. Tak długo kazałam mu szybko oddychać do plastikowej
torebki, aż widziałam, jak czoło mu wilgotniało i drżały ramiona. Serce
waliło w stetoskop, on zwykle błagał "dosyć", lecz ja prosiłam o więcej,
a on nigdy nie odmawiał. Pewnego razu musiałam zawieźć go do szpitala i kiedy przerywano mu jego tachykardię za pomocą kardiowersji -
wyładowania elektrycznego zastosowanego na piersi, jak przy resuscytacji
- zamknęłam się w toalecie i doprowadziwszy się do orgazmu, wyjąc,
osunęłam się na sedes. Kupowałam mu poppersy, kokainę, środki
uspokajające, alkohol. Każda substancja wywoływała inny efekt, a on się
im poddawał, nigdy nie narzekał, ledwo mówił. Nawet ze swoich
oszczędności zapłacił za mnie czynsz, kiedy zagrożono mi eksmisją z mieszkania; przestałam płacić, nie miałam już telefonu, martwiłam się
tylko o prąd, żeby magnetofon działał, żebym znowu mogła słuchać swoich
eksperymentów, kiedy on był zbyt wyczerpany, niemal nieprzytomny.
Nawet nie zaprotestował, kiedy powiedziałam, że jestem znudzona. Że chcę
je zobaczyć. Położyć rękę na sercu wydobytym z żeber, z klatek, trzymać
je w dłoni bijące, dopóki się nie zatrzyma, poczuć zastawki,
rozpaczliwie otwierające się i zamykające na wolnym powietrzu.
Stwierdził tylko, że on też jest zmęczony.
I że będziemy potrzebować piły.
Mięso2
So some of him lived but the most of him died.
Rudyard Kipling
Wszystkie kanały telewizyjne, dzienniki,
czasopisma i rozgłośnie chciały z nimi rozmawiać. Wozy transmisyjne
ustawiły się poza terenem kliniki psychiatrycznej. Przebywały tam od
ponad tygodnia, ale reporterzy i tak nic nie wskórali. Kiedy je
wypisano, operatorzy kamer biegiem ruszyli za nimi, niektórzy zaplątali
się w kable, wielu przewróciło się na chodnik: one jednak nie uciekały.
Tylko patrzyły na nich z uśmiechem, który później opisywano jako
"przerażający" i "zagadkowy", i odjechały samochodem prowadzonym przez
ojca Marieli, tej starszej. Rodzice też nie rozmawiali: kamery uchwyciły
jedynie ich nerwowe krążenie po korytarzach kliniki, bojaźliwe
spojrzenia i szloch matki Juliety, tej młodszej, kiedy wychodziła z domu
z torbą wypełnioną ubraniem.
Milczenie wywołało niespotykaną dotychczas histerię. Strony tytułowe
gazet mówiły o najbardziej wstrząsającym przypadku fanatyzmu nastolatek
nie tylko w Argentynie, ale i na świecie. Wiadomość podchwyciły
międzynarodowe koncerny medialne. Psychiatrzy i psychologowie byli
zapraszani w charakterze ekspertów, temat zmonopolizował programy
informacyjne, plotkarskie, popołudniowe tabloidy i talk shows; w radiu
nie mówiono o niczym innym. Julieta i Mariela, lat szesnaście i siedemnaście, z Mataderos, dwie fanki gwiazdy rocka Santiaga Espiny,
który w ciągu niespełna roku zostawił za sobą przedmieście, a wypełnił
teatry i stadiony w centrum Buenos Aires; Santiaga, którego prasa
muzyczna tyleż kochała, co nienawidziła; geniusza, pretensjonalnego
pozera, artysty wymykającego się wszelkim klasyfikacjom, komercyjnego
sztucznego wytworu do hipnotyzowania piejących z zachwytu panienek,
przyszłości argentyńskiej muzyki, rozkapryszonego idioty. El Espina -
jak go nazywali wielbiciele i przeciwnicy - wprawił krytykę w zdumienie
swoją drugą płytą, Mięso, jedenastoma piosenkami, które jeszcze
bardziej wszystkich podzieliły: z jednej strony określano ją jako
majstersztyk; z drugiej jako anachroniczną autoreklamę. Sprzedaż
poszybowała w górę, a wytwórnia płytowa zaczęła marzyć o międzynarodowym
rynku muzycznym; Santiago Espina był dziwny, owszem, był
nieprzewidywalny i prawie nigdy nie udzielał wywiadów, jednak jak mógłby
odmówić promocyjnych tras koncertowych po Meksyku, Chile, Hiszpanii?
Trzeba go tylko przekonać, żeby wreszcie nagrał teledysk, żeby świat
zobaczył jego oczy i sposób, w jaki spodnie opinają mu się na
sterczących kościach biodrowych.
Miesiąc po tym, jak Mięso całkowicie się rozeszło, na kilka dni przed
prezentacją hitowego albumu na Stadionie Obras, wytapetowane twarzą
Espiny miasto odebrało wiadomość o jego zaginięciu. Bilety były
wyprzedane. Fanki - gdyż chodziło głównie o dziewczęta, co tylko
zwiększało pogardę jego przeciwników - płakały na spontanicznych wiecach
ulicznych, organizowały marsze i klęcząc przed plakatami idola
poprzyklejanymi scotchem do pomników i drzew na wszystkich placach
Buenos Aires, w ekstatycznej litanii recytowały słowa Mięsa, jakby
wznosiły modły do jakiegoś umierającego boga.
Kiedy rozpacz przeniosła się na nastolatki w głębi kraju, odkrycie ciała
Espiny wywołało u zdezorientowanych rodziców niebywałe przerażenie.
Santiago został znaleziony w hotelowym pokoju w dzielnicy Once, ciało
miał całe pocięte: żeby zedrzeć sobie skórę z ramion, nóg, brzucha,
świadomie użył żyletki i noża do steków. Na lewym ramieniu ostrzem
sięgnął aż do kości. Na piersi widać było mostek. I, prawdopodobnie
półprzytomny, odważnym i precyzyjnym ruchem przeciął sobie tętnicę
szyjną. Nie okaleczył twarzy. Jeden z policjantów, którzy sforsowali
zamek w drzwiach do pokoju, oświadczył, że przypominał on chłodnię: był
środek zimy, a Santiago dodatkowo zostawił włączoną klimatyzację.
Pojawiły się teorie spiskowe o ewentualnym morderstwie, ale je
odrzucono, kiedy się okazało, że pokój był zamknięty na klucz od środka,
a jednocześnie do publicznej wiadomości podano treść listu pożegnalnego,
prawie nieczytelnego ze względu na nerwowe pismo i plamy krwi. Głosił:
"Mięso to pokarm. Mięso to śmierć. Wiecie, jaka jest przyszłość".
Bredzenie w agonii, stwierdzili eksperci. A fanki zamilkły i płakały
pozamykane w pokojach, w których pluszowe misie, intymne pamiętniki w różowych okładkach i wiecznie przeciążone plecaki mieszały się z fotosami Espiny piękniejszego niż kiedykolwiek, teraz, kiedy w oczach
jaśniała mu śmierć.
Kraj spodziewał się epidemii masowych samobójstw wśród nastolatek, ale
nigdy do tego nie doszło. Dziewczęta wróciły do szkół i do klubów i tylko w Mendozie zarejestrowano jeden przypadek ciężkiej depresji,
chociaż wszystkie wsłuchiwały się w Mięso niczym w ostatnią wolę albo
testament swego idola, próbując odszyfrować słowa na forach
internetowych i w długich rozmowach telefonicznych. Prasa pożegnała
Santiaga Espinę nagłówkami i elegiami i przez jakiś czas mówiono tylko o samobójstwie, prochach i rock and rollu. Pogrzeb na cmentarzu Chacarita
zgromadził znacznie mniejsze tłumy i był smutniejszy, niż się
spodziewano, a żałoba wygasła, kiedy osoby z otoczenia gwiazdy
zakończyły swoje procesje po programach telewizyjnych. Santiago Espina
został odesłany do "ważnych rocznic", gotowy do ekshumowania za rok, w dniu swych urodzin albo śmierci.
Nikt nie mógł przypuszczać, że coś się kroi w Mataderos między dwoma
dziewczętami, pogniecionym zdjęciem listu samobójcy i Mięsem
odtwarzanym na stereo, od początku do końca, na okrągło.
Mariela była jedną z pierwszych espinosas (tak media określały fanki,
dziewczęta z oczami podkreślonymi grobową czernią, w tanich boa z piór
na szyi i spodniach imitujących skórę lamparta). Jeździła za nim przez
rok, noc w noc, gdziekolwiek występował. Znała wszystkie podmiejskie
pociągi i autobusy i trzęsąc się z zimna, spędzała mroźne poranki na
peronach, z zamkniętymi oczami głaszcząc trzymany w kieszeni papier z listą utworów. El Espina znał Marielę i niekiedy - bardzo rzadko, gdyż
prawie nigdy nie zwracał się do publiczności, nawet po to, żeby
zapowiedzieć kolejne numery albo rzucić "dobranoc" - dawał jej jakiś
drobny prezent: kostkę do gitary albo plastikowy kubek z resztką piwa. W toalecie pewnego lokalu w Burzaco poznała Julietę, najsłynniejszą z espinosas, ponieważ imię idola wytatuowała sobie na szyi; z daleka
litery przypominały bliznę, jakby głowa została przyszyta do tułowia.
Juliecie udało się zrobić sobie zdjęcie z Espiną: oboje wyglądali bardzo
poważnie, nie dotykali się, a od flesza mieli czerwone oczy. Julieta i Mariela mieszkały w odległości zaledwie dziesięciu przecznic od siebie i samobójstwo Espiny tak je połączyło, że upodobniły się fizycznie niczym
pary żyjące ze sobą przez dziesiątki lat albo samotnicy z wyglądu
przypominający swoje zwierzęta domowe.
Owo mimetyczne podobieństwo zaskoczyło dozorcę cmentarza, który
przyłapał je pewnego świtu na próbie zeskoczenia z muru. "Było jeszcze
ciemno", powiedział, "ale nawet nie przyszło mi na myśl, że to rabusie.
Z daleka widziałem, że to smarkule, a jak podszedłem bliżej, zobaczyłem,
że w dodatku bliźniaczki". Julieta i Mariela nie stawiały oporu.
Wyraźnie zamroczone, dały się zaprowadzić do biura; mężczyzna pomyślał,
że są naćpane, i uznał, że spędziły noc na cmentarzu, czuwając przy
Espinie. On i jego koledzy już wcześniej znajdowali dziewczynki, które
tuż przed zamknięciem cmentarza chowały się w alejkach między niszami
albo pośród drzew, jednak żadnej nie udało się zostać z idolem aż do
rana. Dozorca pomyślał, że Julieta i Mariela miały szczęście, ale gdy
krzyczał na nie i żądał podania numeru telefonu rodziców, zauważył, że
zabrudzone są ziemią, krwią i warstwą błota, która cuchnie i pokrywa ich
ręce, ubranie i twarze. Wtedy zadzwonił na policję.
Wieczorem wiadomość wyciekła do mediów. Dwie nastolatki łopatą i własnymi rękami odkopały trumnę Santiaga Espiny. Grób, zaledwie w miesiąc od pogrzebu, nie miał jeszcze marmurowej płyty, co utrudniłoby
im zadanie. Jednak to był dopiero początek. Dziewczęta otworzyły trumnę,
aby z nabożeństwem i wstrętem pożywić się szczątkami Espiny; o ich
wysiłkach świadczyły kałuże wymiocin wokół grobu. Jeden z policjantów
również zwymiotował. "Ogryzły go do kości", wyjaśnił reporterowi
telewizji, któremu pierwszy raz w karierze z wrażenia odjęło mowę.
Dziewczęta odwieziono wozem patrolowym na komisariat i tam zapadła
decyzja o umieszczeniu ich w prywatnej klinice psychiatrycznej.
Policjanci stwierdzili, że Julieta i Marcela ani razu nie zapłakały, ani
z nimi nie rozmawiały; szeptały tylko sobie coś na ucho i przez cały
czas trzymały się za ręce. Przeciek głosił, że kiedy w klinice chciano
je wykąpać, broniły się tak zaciekle, że jedna z pielęgniarek została
pogryziona i podrapana; trzeba było podać im leki i umyć je, kiedy
usnęły.
Rozmowa z nimi, ich rodzinami, z lekarzami stała się priorytetem. Jednak
wszyscy milczeli. Rodzina Espiny postanowiła nie występować z oskarżeniem przeciwko Juliecie i Marieli, "żeby skończyć z tym
horrorem". Mówiono, że matka gwiazdora żyła na proszkach uspokajających.
Wersji o wcześniejszej próbie samobójczej Espiny nie udało się
potwierdzić; nie znaleziono również żadnej jego dziewczyny, a jedynie
kochanki, które spędziły z nim co najwyżej jedną noc i miały niewiele do
powiedzenia. Muzycy z zespołu odmówili rozmów z prasą, jednak ci, którzy
ich znali, zapewniali, że są zszokowani i przede wszystkim zniesmaczeni.
Okazało się, że wszyscy na zawsze porzucili muzykę. Nigdy nie mieli z Santiagiem dobrych układów, byli tylko pracownikami albo raczej
niewolnikami, którzy - kierowani ambicją albo chłodnym podziwem - z rezygnacją znosili jego kaprysy.
Fanki z ponurymi minami zasiadały przy okrągłych stołach i brały udział
w panelach telewizyjnych, wykłócając się z prowadzącymi i psychologami.
Postanowiły unikać czarnych ubrań i z czerwonymi ustami i koralowymi,
niebieskimi, zielonymi, różowymi paznokciami, w cętkowanych spodniach i błyszczących T-shirtach rozpierały się w fotelach. Na pytania
odpowiadały monosylabami albo czasem ironicznym chichotem. Niemniej
jedna z nich rozpłakała się rzewnie, kiedy spytano ją, co myśli o dziewczętach, które jadły idola. Wyzywająco wykrzyknęła: "Zazdroszczę
im! One go zrozumiały!". I wymamrotała coś o mięsie i przyszłości,
powiedziała, że Julieta i Mariela były bliżej Espiny niż którakolwiek z nich, miały go w swoim ciele, w swojej krwi. Nadano specjalny program o nastoletnich żołnierzach kanibalach z Liberii, wierzących, że przejmują
siłę swoich pożartych wrogów, i noszących naszyjniki z ich kości.
Stacja, która go emitowała, została zmieszana z błotem za spłycanie
problemu i uznana za przykład złego gustu. Mówiono o nekrofilii jako
perwersji narodowej, a kanały kablówek wprowadziły do programu filmy
Alive, dramat w Andach i Mięso. Nawet Carlitos Páez Vilaró, ocalony
z katastrofy, wziął udział w jednym ze spotkań przy okrągłym stole i został zmuszony do wskazania różnic między swoją antropofagią "z konieczności" a "tym obłędem". Specjaliści w dziedzinie kultury rocka i socjologowie rozłożyli na czynniki pierwsze słowa Mięsa; jedni
przyrównywali Espinę do Charlesa Mansona; inni, ogarnięci grozą,
potępili ignorancję i spłycanie i podnieśli Espinę do kategorii poety i wizjonera.
Tymczasem Julieta i Mariela przebywały w swoich domach w Matadero w odległości dziesięciu przecznic od siebie; zabroniono im się
kontaktować. Przestały chodzić do szkoły. Ojciec Marieli, stojąc na
tarasie, zagroził bronią kamerzystom i media wycofały się za róg.
Sąsiedzi, owszem, byli rozmowni i opowiadali to, co było do
przewidzenia: grzeczne dziewczynki, trochę zbuntowane nastolatki, coś
okropnego, to nie może się powtórzyć. Wielu się wyprowadziło. Uśmiech
tych dziewcząt, zastygły na ekranach telewizorów i na pierwszych
stronach gazet, budził w nich lęk.
W całym kraju zaś, w każdej kafejce internetowej espinosas gromadziły
się przed ekranami komputerów, ponieważ zaczęły dostawać maile. Żadna
nie mogła przysiąc, że zostały wysłane przez Julietę i Marielę, nie
wiedziały, czy w swoim odosobnieniu mają dostęp do internetu, jednak
wszystkie czuły, że to one, pragnęły, aby tak było, i skrzętnie strzegły
sekretu. Maile mówiły o dwóch dziewczynach, które wkrótce miały skończyć
osiemnaście lat i uwolnić się od rodziców i lekarzy, aby w piwnicach i garażach zacząć grać piosenki z płyty Mięso. Mówiły o niepowstrzymanym
podziemnym kulcie, o Tych, Które Miały Espinę w swoim ciele. Fanki z brokatem na twarzach, paznokciami pomalowanymi na czarno i wargami
zaplamionymi czerwonym winem czekały na wiadomość, która zawierałaby
datę i miejsce drugiego przybycia, mapę ziemi zakazanej. I słuchały
ostatniej piosenki z Mięsa (w której Espina szeptał: "Jeżeli jesteś
głodna, zjedz moje ciało. Jeżeli spragniona, wypij moje oczy"), marząc o przyszłości.
Żadnych urodzin ani chrztów
Stale był blisko, taki znajomy
pojawiający się na przyjęciach, chociaż nikt nie wie, kto go zapraszał,
ale zaprzyjaźniłam się z nim dopiero tamtego lata, kiedy wszyscy moi
przyjaciele postanowili zidiocieć albo kiedy to ja postanowiłam
znienawidzić wszystkich przyjaciół.
Był inny niż cała reszta. Nigdy nie spał, tak jak ja, i nocny kontakt
nas połączył, początkowo przypadkiem podczas samotnych czatów o czwartej
nad ranem, kiedy ciągle pojawiały się nasze nicki, jedyne, jakie o tej
porze nie spały i miały ochotę pogadać: zedd i crazyjane. On wybrał
nazwisko pewnego legendarnego reżysera nowojorskiego kina undergroundu,
którego uwielbiał, chociaż nigdy nie widział żadnego z jego filmów. Ja
swój wzięłam z poematu Yeatsa. Myślę, że zostaliśmy przyjaciółmi tylko
dlatego, że on od razu wiedział, kim była Crazy Jane, a ja - kim był
Zedd.
Potem zaczęły się spotkania w barach. Oboje nienawidziliśmy ludzi,
którzy tak się upijali, że zbierało im się na rzyganie, na żałosne
wynurzenia albo robili z siebie głupków, więc spokojnie sączyliśmy
whisky i krytykowaliśmy pozostałych. Nigdy nie znałam nikogo, kto by
palił tyle co on: w jedną noc aż trzy paczki.
Nico (tak brzmiało prawdziwe imię Zedda) studiował film przez piętnaście
minut i wszystko znienawidził, ale dzięki niedorzecznej pracy
(wyprowadzał psy na spacer) udało mu się uskładać pieniądze na zakup
kamery. Aż do tamtego lata nie przyszło mu do głowy, co z nią robić.
Jednak podczas jednej z owych pogaduszek w barach, kiedy przygrywał
jakiś straszny zespół (tamtego lata wszystko wydawało nam się straszne),
Nico wpadł na pomysł, jak na niej zarabiać.
Od następnego poniedziałku w gazecie zaczęło wychodzić jego ogłoszenie.
Brzmiało tak: "Nicolás. Filmowanie osobliwości. Nie kręcę urodzin,
chrztów ani uroczystości rodzinnych. Idealne dla voyeurów. Nie robię nic
nielegalnego ani nie pracuję dla mężów rogaczy. Dzwonić na...".
Powiedziałam mu, że raczej trudno oczekiwać, że ktoś się z nim
skontaktuje albo chociaż zrozumie, co próbuje powiedzieć przez to
ogłoszenie. Odpowiedział, że świry albo dziwacy go zrozumieją. Był tego
pewien. I miał rację.
* * *
Nie zawiadomił mnie, kiedy dostał pierwsze zlecenia, zadzwonił jednak,
gdy miał już gotowe pierwsze nagrania. Żeby je obejrzeć, zamknęliśmy się
w jego kawalerce z dwoma regałami bibliotecznymi pełnymi filmów na VHS i DVD, starannie ustawionych w porządku alfabetycznym, oraz stosem książek
z pozakreślanymi akapitami na każdej stronie. Mieszkanie było tak
zadymione, że normalny człowiek by się tam udusił. Ale kiedy on wypalał
trzy paczki, ja wypalałam dwie. Wszystkie moje wysiłki, żeby zejść do
dziesięciu papierosów na dobę, okazały się daremne. Tamtego lata moja
siła woli się rozwiała i nie potrafiłam spełniać tak prostych
postanowień jak to, żeby w nocy spać, a jeść przynajmniej dwa razy
dziennie. Jako że mieszkałam sama, nie było nikogo, kto by zwrócił uwagę
na moją depresję albo próbował podnieść mnie na duchu. To było
najlepsze, co mnie spotkało od lat.
Większość filmów pokazywała bzykające się pary. O dziwo, nikt (albo
prawie nikt) nie upewniał się, czy Nico nie zachował sobie kopii.
Przypuszczam, że klienci nie mieli jak tego skontrolować i prawdopodobnie wcale im na tym nie zależało. Nico wyjaśnił mi, że
świadomość, iż są filmowani, dodatkowo ich rajcowała, traktowali go,
jakby był reżyserem jakiegoś pornosa. Nie chcieli sami kręcić swoich
amatorskich filmów, niczym czegoś prywatnego, rozgrywającego się między
nimi dwojgiem. Woleli, żeby robił to ktoś inny, stanowiło to część ich
niezdrowej gry. Pokazał mi kilka nagrań, ale były nudne. Oglądanie
pieprzących się ludzi jest nudne. Ani Nico, ani ja nie mogliśmy
zrozumieć, dlaczego pornografia to taki świetny interes i przynosi
milionowe zyski.
Inny filmik pokazywał kobiety na wysokich obcasach przechadzające się po
ulicy. Nie mogli tego dostać w sex shopach sprzedających filmy dla
fetyszystów? No, wyjaśnił mi Nico, mogli, z kobietami na szpilkach,
jakżeby nie, jednak tamci faceci życzyli sobie, żeby chodziły
konkretnymi ulicami miasta: nie chcieli genderowych obcasów na
anonimowych spacerach. Kolejne nagranie faktycznie rejestrowało drogę
przez miasto; zamówiła je jakaś ogarnięta fobią dziewczyna, która od
sześciu miesięcy nie była zdolna wyjść z domu. Powiedział mi, że kiedy
wręczył jej ten film, z płaczem rzuciła mu się na szyję. Nigdy nie
widział osoby tak bladej, podkreślił.
A teraz najciekawsze, oznajmił następnie i włożył do odtwarzacza płytę
CD z tytułem Smarkule wypisanym czarnym mazakiem. Wyjaśnił, że jakiś
mężczyzna podpisał z nim umowę na filmowanie dziewczynek na wolnym
powietrzu, na placach, ulicach, dziedzińcach szkolnych. Jedyne, czego
chciał, to żeby były w wieku poniżej dwunastu i powyżej sześciu lat i żeby to były wyłącznie blondynki. Nico nie zapytał po co ani dlaczego,
ale nietrudno było się tego domyśleć i dlatego musiał udawać, że siedzi
na ławce na placu z kamerą na kolanach i czeka, podczas gdy w rzeczywistości trzymał ją włączoną i ukradkiem starał się kierować
obiektyw na bawiące się dzieci. Nico nie miał stałej ceny nagrań
(zazwyczaj negocjował ją z klientami), jednak nie był zaskoczony, kiedy
domniemany pedofil zaproponował mu trzy tysiące pesos. Właściwie nabrał
przekonania, że nim jest, dopiero kiedy tamten wymienił kwotę, jaką
gotów jest zapłacić.
Oddał nagranie, opowiadał, a na drugi dzień klient zadzwonił ponownie, z reklamacją. Początkowo nie wiedział jak albo nie umiał wyjaśnić
dlaczego, aż w końcu, długo plącząc się i klucząc, stwierdził, że na
filmie jest za mało golizny. Nico odparł, że chyba ma na to sposób,
poprosił, żeby mu zaufał, a mężczyzna obiecał zapłacić podwójnie, o ile
go zadowoli. Obejrzeliśmy wideo: Nico wybrał basen z podgrzewaną wodą w jakimś klubie, naukę pływania dla dziewczynek w wieku od sześciu do
dziewięciu lat. Wiele z nich było blondynkami: to był klub w zamożnej
części Barrio Norte. W kłębach pary biegały nad brzegiem basenu, a zoom
powiększał ich wilgotne kostiumy kąpielowe przyklejone do wzgórków
łonowych i krople spływające im po tyłeczkach albo wpadające między
nogi. Jedna z dziewczynek głaskała po włosach drugą, a ta w porywie
dziecięcej czułości pocałowała ją wylewnie i oparła głowę na jej
ramieniu. W basenie widać było machające nogi, pupcie oddalające się we
wzburzonej wodzie; na brzegu niektóre poprawiały na sobie kostiumy,
kiedy opadały im ramiączka, niemal odsłaniając płaskie piersi.
- Podobało mu się? - spytałam.
Nico uśmiechnął się i w formie wyjaśnienia odparł, że dostał sześć
tysięcy pesos, a do tego pięćset napiwku.
* * *
Kiedy zadzwonił do mnie w pewien okropny lodowaty wieczór, gdy
próbowałam wkuwać jakiś nudny przedmiot, z tonu jego głosu
wywnioskowałam, że chodzi o coś pilnego związanego z pracą; jedynie to
sprawiało, że brzmiał wesoło.
Dwa dni wcześniej zadzwoniła do niego kobieta, powiedział. Nie chciała
mu nic wyjaśniać przez telefon, ale to nie wydało mu się dziwne:
zamówienia na filmy erotyczne zawsze były takie. Dotarł do jej domu bez
większych oczekiwań. Od razu jednak zdał sobie sprawę, że intuicja go
zawiodła. Było coś w tej kobiecie, w jej pochylonej postawie, starannym,
chociaż przesadnym makijażu, który nie ukrywał braku snu ani
podkrążonych oczu, a przede wszystkim w tym, że zaproponowała mu
herbatę. Nimfomanki nigdy nie robiły herbaty, wyjaśnił. Zawsze to była
kawa, a w nocy kieliszek czerwonego wina.
Kobieta zaczęła mu wyjaśniać, czego chce, z niemal belferskim spokojem.
Nico domyślił się, że była nauczycielką, nie tylko ze sposobu, w jaki
przedstawiła fakty, lecz również dlatego, że mimo iż wyłamywała sobie
palce i próbowała nie płakać, z dezaprobatą popatrzyła na jego farbowane
włosy i, zmieszana, na sekundę zatrzymała wzrok na czarnym lakierze,
którym Nico malował sobie paznokcie.
Jej córka zaczęła mieć halucynacje, wyjaśniła. Od niedawna. Mała ciągle
mówiła, że widzi różne rzeczy, lecz ona jej nie wierzyła. Zawsze była
normalną dziewczynką. Nieśmiałą, ale normalną. Nie miała wielu
koleżanek, bo rodzina w ostatnich latach często się przeprowadzała i Marcela, córka, nie miała czasu się zaprzyjaźnić.
Spróbowali terapii psychiatrycznej - bez rezultatu. Była zrozpaczona.
Dziewczynka nie chciała przyjąć do wiadomości, że to, co widzi w swoich
halucynacjach, nie dzieje się naprawdę. Nikt nie potrafił jej przekonać,
że jest inaczej. Tak więc mąż wpadł na pomysł (Nico wiedział, że z tym
mężem to ściema: żaden mężczyzna nie poprosiłby kogoś obcego, żeby był
świadkiem horroru, jaki przeżywa jego córka; w dodatku z jakiegoś powodu
nie było go przy tej rozmowie), żeby w trakcie halucynacji ją sfilmować
i w ten sposób, przewijając taśmę, udowodnić jej, że była sama i krzyczała do ścian. Musiał to być VHS, ponieważ Marcela jest nieufna i nie uwierzyłaby im, jeśli użyliby formatów nowocześniejszych i bardziej
wymyślnych, powiedziałaby, że zmanipulowali obraz, żeby ją oszukać. Nie
było problemu. Nico miał sprzęt. Kiedy powiedział, że tak, że to zrobi,
kobieta popatrzyła na niego z determinacją i próbowała ukryć wzruszenie.
Nieco ceremonialnie zaprosiła go, aby wszedł na górę do pokoju córki.
Nico wyznał mi, że spodziewał się czegoś innego. Dziewczyny przywiązanej
do łóżka albo naćpanej, nawet pokoju o wyściełanych ścianach. Lecz
Marcela miała na sobie, powiedział, ogromny, stary różowy sweter, jakby
męski, i dżinsy trzy numery za duże. Nie dało się stwierdzić, czy była
gruba, czy szczupła. Miała ogoloną głowę, co było więcej niż mądrą
decyzją po przedłużającym się i systematycznym wyrywaniu sobie włosów,
które zaczęło się równocześnie z halucynacjami, jak to wcześniej
wyjaśniła mu matka. Na policzku dziewczyny widniała delikatna blizna,
zaledwie jakaś srebrzysta kreska. W pokoju zobaczył na łóżku rzucony
biustonosz, mnóstwo lalek siedzących na drewnianym regale ciasno jedna
obok drugiej, wyłączony telewizor, liczne zdjęcia Marceli w ramkach albo
przyczepione pineskami do ściany: na śniegu w niebieskiej wełnianej
czapce, w chwili odbierania dyplomu, przed ołtarzem; z wystraszonym
wyrazem twarzy podczas pierwszej komunii. Wtedy jeszcze nie miała
halucynacji. Kiedy matka przeprosiła i zostawiła ich samych, Marcela
podeszła do niego. Nico powiedział, że używała jakichś tanich
staromodnych perfum, które przypominały mu zapach ciotek i matek.
Cichutko stwierdziła: "Wiem, po co cię sprowadziła. Zobaczysz, że to
prawda. Ja nigdy nie kłamię". Potem uśmiechnęła się do niego i Nico
uwierzył jej we wszystko. Kiedy później podeszła jeszcze bliżej i poprosiła go o ogień, Nica uderzył zapach, który staropanieńskie perfumy
próbowały ukryć. Pochodził z jej dłoni, śmierdzących upławami, krwią,
seksem, zdechłymi rybami gnijącymi na słońcu.
* * *
Tamtego dnia nie miała halucynacji i matka spytała Nica, czy ma komórkę.
Oczywiście miał. To na jej numer kobieta zadzwoniła, no i figurował w ogłoszeniu. Biedaczka była trochę nieprzytomna. W każdym razie zadała mu
to pytanie, żeby wiedzieć, czy w kolejnych dniach może na niego liczyć
full time. Obiecał jej nie przyjmować żadnego zlecenia, ale poprosił o większą gażę. Następny dzień spędziliśmy razem, czekając na telefon w jego kawalerce, uporczywie wpatrując się w komórkę leżącą na łóżku,
jakby chodziło o kontakt z porywaczem, który więzi naszą ukochaną osobę.
Na podstawie uzyskanych przesłanek próbowaliśmy odtworzyć historię
Marceli. Katolicka szkoła. Halucynacje od dzieciństwa. Coś związanego z religią/tabu/seksem i stąd te kompulsywne masturbacje. Samobiczowanie:
powiedziałam, że sądzę, iż Marcela stale nosi bluzki albo pulowery, albo
T-shirty z długimi rękawami, bo tak samo, jak okaleczyła sobie twarz,
zapewne okaleczyła też ciało. Wydawała się nam osobą o silnym
charakterze; myślę, że jej zazdrościliśmy. Tak bardzo różniła się od
innych, wszystkich tych, którymi pogardzaliśmy albo od których
uciekaliśmy, ludzi bez żadnej tajemnicy, z nudnymi problemami i tchórzostwem. Wróciliśmy do opowieści matki. Domyśliliśmy się, nie mogąc
tego potwierdzić, że Marcela jest jedynaczką. Zakładaliśmy się o forsę,
że również dziewicą.
Matka zadzwoniła do Nica o siódmej wieczorem. Wiedziałam, że nie mogę z nim jechać, i ledwo zniosłam nerwowe napięcie owych dłużących się trzech
godzin, podczas których sfilmował ją pod każdym możliwym kątem. Potem
razem to obejrzeliśmy, jej ogoloną głowę tłukącą w ściany, podczas gdy
ona sama ściągała ogromny sweter (a na jej ramionach były blizny
przypominające mapę albo pajęczynę), aż do chwili, gdy kładła się na
brzuchu i wsadzała sobie palce w pochwę i w tyłek, krzycząc, że dosyć,
że nie. Siedzieliśmy w milczeniu, aż taśma się skończyła i powróciły
paski szare, białe i czarne. Nico przyznał mi się, że przez chwilę
oczekiwał i miał nadzieję, że to, co Marcela widziała, pojawi się na
taśmie. Uwierzył, że coś takiego jest możliwe. Pragnąłby, aby to było
realne albo przynajmniej możliwe.
* * *
Marcela nie chciała uwierzyć, że na filmie jest sama. Po tym, co
zobaczyła, mówiła matka, bardzo trudno było ją uspokoić. Tym razem nie
poczęstowała Nica herbatą. Jedyne, co powiedziała, to że Marcela chce,
żeby sfilmował ją jeszcze raz, i że nie mogła jej odmówić, ale nie może
mu już zapłacić. Nico odparł, że zrobi to za darmo. Matka nie wydawała
się wystarczająco wdzięczna.
Kiedy Nico filmował Marcelę pierwszy raz, matka nagle wypadła z pokoju
dokładnie w chwili, gdy jej córka spuściła spodnie. Po masturbacji
Marcela wdrapała się na łóżko i zasnęła całkiem naga. Miała piękne ciało
pomimo blizn. Nico sfilmował ją śpiącą, a potem, zanim oddał taśmę,
wyciął tę część. Zapadnięty brzuch, niemal bez sznytów, piersi sterczące
i pozbawione sutków (odciętych), biciem serca wprawiane w lekkie
drżenie, łagodne uda pokryte złocistym meszkiem, o teksturze przerywanej
jedynie przez brutalne blizny przypominające szwy, oraz oszałamiająca
plątanina cięć na ramionach, na których dokonano istnej rzezi.
Powolny ruch kamery wzdłuż nagiego ciała Marceli trwał ponad pół
godziny. Nico powiedział, że miał ochotę położyć się obok niej, jednak
się powstrzymał. Zamiast tego wyszedł roztrzęsiony z pokoju, żeby
poszukać matki. Zastukał nieśmiało w drzwi: przez szparę zobaczył, że
leży na brzuchu w małżeńskim łóżku. Matka wstała i poprawiła na sobie
ubranie, żeby go odprowadzić do wyjścia, lecz nie odezwała się do niego
ani słowem, nawet nie popatrzyła mu w oczy. Nico oznajmił, że odniesie
nagranie najszybciej, jak to będzie możliwe, lecz nawet wtedy nie
doczekał się jej odpowiedzi.
Podczas następnej wizyty przyjął go ojciec. Wyobrażałam go sobie jako
nieśmiałego faceta, jakąś fajtłapę. Jednak Nico powiedział, że z jakiegoś powodu przypominał mu policjanta albo wojskowego. Oboje byliśmy
w błędzie. Był zwykłym fizjoterapeutą. Wydawał się bardziej rozmowny od
swojej żony. Podał kawę i gładząc się po siwych włosach, dorzucił więcej
cennych, chociaż zapewne błędnych informacji. Marcela zawsze miała bujną
wyobraźnię, a on czuł się winien, że ją w niej rozwijał. Stale bawiła
się z niewidzialnymi przyjaciółmi. Jednak nigdy nie było z nią problemów
aż do chwili, gdy w szkole średniej zaczęła się coraz bardziej
wycofywać, nie chciała bywać na przyjęciach ani nocować u koleżanek, ani
chodzić na tańce, ani tym bardziej poznawać chłopaków. Powiedział, że
jest nowoczesnym ojcem, założył, że to taki okres, i odpuścił. W końcu w szkole Marcela dobrze sobie radziła. Poważniejsze problemy zaczęły się
raptem przed rokiem, a jemu nie przychodziło do głowy nic, co mogłoby je
wywołać, żaden traumatyczny fakt, który by je wyjaśniał. Dla niego
załamanie nerwowe córki było tajemnicą.
Żadne z nich, zwrócił mi uwagę Nico, nigdy nie wspomniało o okaleczeniach ani o masturbacji. Było to tak, jakby mówili o problemie
mniejszej wagi, jakby na nocnym stoliku córki znaleźli skręta z marihuaną. Nowe wideo również kończyło się długim odkrywaniem ciała
Marceli, smukłego i zniszczonego. Podobnie jak na poprzednim kamera nie
zarejestrowała istnienia owej istoty, którą, jak twierdziła Marcela,
widziała w trakcie swoich halucynacji.
* * *
Nie było kolejnego nagrania, ale kolejny telefon - owszem. Wcześniej
Nico pokazał mi z samochodu dom Marceli, prostą fasadę, garaż, boczne
drzwi i szerokie okno, z odkrytymi cegłami i elementami z drewna. To
ojciec zadzwonił: matka, sądził Nico, przeżywała własne załamanie.
Powiedział, że córka nie chce następnego filmowania, natomiast pragnie z nim porozmawiać.
Niewiele mu powiedziała. Poprosiła, żeby usiadł. To był dziwny dzień
końca jesieni, wilgotny, niemal upalny. Pierwszy raz Marcela nie miała
długich rękawów i mógł zobaczyć blizny. Nie były brzydkie, lecz raczej
zadziwiająco symetryczne, jakby skóra służyła jej za płótno albo za
obrobione rylcem drewno. Odrastały jej włosy, puszek jasnoblond, lśniący
w sztucznym świetle lampy, ponieważ nigdy nie podnosiła żaluzji.
Telewizor pozostał wyłączony, za to zdjęcia z dzieciństwa, które Nico
widział wcześniej, zniknęły.
Marcela mówiła powoli i nie patrząc na niego, z nieśmiałością, ale i zdecydowaniem, jakby miała do załatwienia jakąś pilną i niezbyt
przyjemną formalność. Powiedziała, że jest jedyną osobą, która jej
uwierzyła, i szkoda, że nie udało mu się go zobaczyć. Myślała, że Nico
jest tym naznaczonym, wybrańcem, lecz się myliła. Powiedziała, że nie
chce sobie robić tych rzeczy, ale ostatnio nie może się powstrzymać. I chciała obejrzeć nagrania swojego nagiego ciała. Usłyszawszy to, Nico
drgnął i zamierzał poprosić ją, żeby nie mówiła o nich rodzicom. Jednak
ona uspokoiła go: nie przeszkadzało jej, że ją filmował. Chciała się
tylko zobaczyć.
- Nigdy nie widziałam swojego ciała - wyjaśniła. - Kąpię się z zamkniętymi oczami. Przebieram się z zamkniętymi oczami.
- A kiedy się okaleczasz...?
- Ja się nie okaleczam. To on mi to robi. Kiedy śpię.
Potem poprosiła, żeby sobie poszedł, bo ma coś do zrobienia. Wówczas
Nico postanowił nigdy nie pokazywać jej tamtego nagrania i nie wracać do
tego domu.
Później prawie nie rozmawialiśmy o Marceli. Myślałam, że Nico zakochał
się w niej i że jest tchórzem, skoro nie próbuje się z nią zobaczyć, ale
prawdopodobnie ja zrobiłabym to samo. Przestaliśmy się tak często
widywać: bycie razem oznaczało bycie z Marcelą, a żadne z nas nie
chciało, aby ciągle stała między nami, naga i wyniszczona. Znowu
zaprzyjaźniłam się ze swoimi byłymi przyjaciółmi, ale nigdy nic im nie
powiedziałam: jakaś lojalność obowiązuje. Kiedyś na jednym z naszych już
nie tak regularnych czatów spytałam Nica, czy jeszcze ma te nagrania.
Powiedział, że tak. Zapytał, czy je chcę. Powiedziałam, że nie. Zapewnił
mnie, że jeszcze tej samej nocy je wyrzuci. Nie wiem, czy to zrobił.
Nigdy go o to nie spytałam.
Powracające dzieci
Kiedy podejmowała pracę w dzielnicowym
Ośrodku Zarządzania i Interwencji położonym pod autostradą biegnącą obok
parku Chacabuco, Mechi myślała, że nigdy nie zdoła przywyknąć do
ciągłego hurkotu nad głową, głuchego hałasu, łączącego w sobie dudnienie
przejeżdżających samochodów, wibrację spawów asfaltu, naprężenie
filarów. Zdawały się pulsować, a ona znajdowała się tuż pod nimi, w idealnie kwadratowym biurze dzielonym z dwiema innymi kobietami,
Gracielą i Maríą Laurą, i obie urzędniczki miały od niej więcej
doświadczenia i wprawy w obsługiwaniu interesantów, a ona nie potrafiła
ani nie chciała tego robić. Jednak w miarę upływających miesięcy zaczęła
przyzwyczajać się do autostrady nad głową, a nawet rozróżniać
poszczególne pojazdy: kiedy była to wielka ciężarówka, wydawało się, że
ktoś wali w sufit, jakby nad biurem kroczył jakiś olbrzym; autobusy
wywoływały przeciągły gwizd, a samochody osobowe zaledwie muśnięcie i lekkie uderzenie. Rytm ruchu drogowego towarzyszył jej pracy i budził w niej wrażenie zamknięcia, jakiegoś akwarium, co na swój sposób jej
pomagało.
Cicha praca izolowała ją; należało do niej prowadzenie i aktualizowanie
archiwum dzieci zgubionych i zaginionych w mieście Buenos Aires,
największej kartoteki biura wchodzącego w skład Rady Praw Dzieci i Młodzieży. Jeszcze nie bardzo miała jasność co do biurokratycznych
powiązań między radami, ośrodkami i oddziałami, jakim podlegała, i nieraz trudno jej było się połapać, dla kogo właściwie pracuje, ale z dziesięciu lat spędzonych w urzędzie miasta ta praca była pierwszą,
którą lubiła. Odkąd zajmowała się archiwum - czyli niemal od dwóch lat -
zbierało ono najwyższe pochwały. A przecież miało jedynie wartość
dokumentalną: ważne akta, takie, które mobilizowały policję i śledczych
do poszukiwań tropów dzieci, znajdowały się w komisariatach i urzędach
prokuratorów. Jej archiwum było raczej bezużyteczne, stanowiło jedynie
zapis, który stale się rozrastał, co nie prowadziło jednak do
podejmowania jakichkolwiek działań. Za to było ogólnodostępne: czasami
krewni przychodzili je przejrzeć, żeby sprawdzić, czy jakiś niezauważony
wątek pozwoli im rozwiązać łamigłówkę łączącą się z miejscem pobytu ich
dzieci. Albo wracali, żeby wysunąć nowe podejrzenia, dodać nowe
szczegóły. Do najbardziej zdesperowanych należeli interesanci określani
w biurowym żargonie jako "ofiary rodzicielskiego porwania". Ojcowie albo
matki, kiedy jedno z nich uciekło ze wspólnym dzieckiem. Zazwyczaj
chodziło o matki. Lecz ojcowie, udręczeni, również przychodzili bardzo
często: dla nich czas miał kluczowe znaczenie, gdyż niemowlęta bardzo
szybko się zmieniały. Ledwie pojawiały się pierwsze zarysy osobowości,
wyrastały włosy, oczy nabierały określonego koloru, zastygłe w czasie
niemowlę ze zdjęcia na plakacie z podpisem "Poszukiwane" znikało kolejny
raz.
Odkąd Mechi objęła archiwum, żadne dziecko porwane przez ojca albo matkę
nie zostało odnalezione.
Na szczęście nie musiała patrzeć w twarz krewnym zaginionych dzieci.
Kiedy zjawiali się w biurze, żeby zajrzeć do teczki, Graciela albo María
Laura najpierw prosiły Mechi o jej przyniesienie, a dopiero potem
wręczały ją zainteresowanym. Taki sam mechanizm obowiązywał, jeśli ktoś
przychodził dodać jakąś informację: zostawiał ją, w formie ustnej albo
pisemnej, jednej z dwóch kobiet, a one przekazywały ją Mechi, która
uzupełniała swój plik albo raczej pliki - jeden cyfrowy, a drugi na
papierze. Czasami, kiedy Graciela i María Laura urządzały sobie maraton
babskich pogaduszek albo wychodziły coś zjeść i długo nie wracały, Mechi
otwierała teczki i fantazjowała na temat dzieci. Nawet przechowywała, w osobnym katalogu, sprawy rozwiązane, przypadki dzieci odnalezionych.
Prawie zawsze były to nastolatki: dziewczynki mówiły, że idą potańczyć,
i nie wracały. Jessica, na przykład. Mieszkała na rogu Piedrabuena i Chilavert, w Villa Lugano. Dom, jak wynikało ze zdjęć, był niski i miał
brudną białą fasadę. Nic nie wskazywało na to, co działo się wewnątrz.
Sześcioro dzieci, samotna matka i pokój Jessiki ze ścianami z gołych
cegieł, gąbkowym materacem na jakichś deskach (z technicznego punktu
widzenia nie miała łóżka), i przypadająca na nią część ściany - gdyż
pomieszczenie dzieliła z dwojgiem rodzeństwa - ozdobiona zdjęciami
Guillego, jej bohatera; wszędzie jego zdjęcia powyrywane z czasopism
albo na mniej czy bardziej kompletnych plakatach, pokryte różowymi
pocałunkami i wyznaniami "Kocham cię", wypisanymi czerwonym flamastrem.
Jessica zawsze spotykała się z innymi nastolatkami na Plaza Sudamérica,
niedawno zrewitalizowanym, z nowymi żelaznymi ławkami (żeby nie było
wygodnie długo na nich przesiadywać albo, co gorsza, spać) i patrolami
policji. Mówiono o niej, że to spokojna dziewczynka, nigdy nie
przyłapano jej choćby z papierosem. Jednak któregoś dnia uciekła, a członkowie zrozpaczonej rodziny przeszukali całą dzielnicę i porozlepiali plakaty; fotokopie zdjęcia Jessiki na papierze formatu A4
zostawiali przede wszystkim na postojach taksówek, gdyż taksówkarze
wszystkich znali. Znalazła się po dwóch miesiącach: zatrzymała się u koleżanki po kłótni z matką, która wykrzyczała jej: "Jak tak dalej
będziesz się zachowywać, odeślę cię do Comodoro Rivadavia". Mieszkał tam
ojciec dziewczynki. Kiedy wróciła, Mechi popatrzyła na jej zdjęcie -
grzywka przefarbowana na kolor bordo, oczy podkreślone czarną kreską,
błyszczyk na ustach i kolczyki w kształcie klucza wiolinowego - i pomyślała, że powinna powiedzieć tej małej - Jessica miała czternaście
lat - że Comodoro Rivadavia z pewnością jest znacznie lepsze niż Villa
Lugano, że tata może załatwiłby jej łóżko, które nie przypominałoby
gąbki. Jednak Jessica wolała zostać w stolicy, gdyż w ten sposób, kiedy
tylko się dało, mogła chodzić na recitale Guillego, a on nigdy nie
wybrał się do Patagonii.
Takich jak Jessica było mnóstwo, gdyż większość zaginionych dzieci
stanowiły nastoletnie dziewczęta. Które zadawały się z kimś starszym;
które wpadały w popłoch, że są w ciąży. Które uciekały od ojca pijaka,
od ojczyma, który gwałcił je nad ranem, od brata, który nocami się
masturbował, ocierając się im o plecy. Które wychodziły potańczyć i upijały się, i przepadały na parę dni, a potem bały się wrócić. Były też
dziewczęta szalone, które wieczorem w dniu, kiedy postanawiały nie brać
więcej tabletek, słyszały w głowie jakiś klik. I te uprowadzone,
porwane, które ginęły w sieci prostytucji, aby nigdy się nie odnaleźć
albo żeby odnajdywano je martwe, albo jako morderczynie swoich
porywaczy, albo ofiary samobójstw na granicy z Paragwajem, albo
poćwiartowane w jakimś hotelu w Mar del Plata.
* * *
Mechi uważała, że jej skrupulatność w utrzymywaniu archiwum, poważne
zainteresowanie losem zaginionych dzieci miało związek z Pedrem, jednym
z jej nielicznych przyjaciół. Poznała go jakieś pięć lat wcześniej,
kiedy jeszcze pracowała w samym centrum miasta, w biurze w okolicach
Plaza de Mayo; czasami jej uwagę rozpraszały marsze i manifestacje
oglądane z okna, i była to niemal jej jedyna rozrywka - i jedyna silna
emocja - kiedy jakiś protest kończył się represjami, i syreny, krzyki i żrący zapach gazów łzawiących docierały aż pod jej okno. W niektóre
wieczory przed powrotem do domu Mechi postanawiała napić się piwa. Żaden
z barów zbytnio jej się nie podobał. Pod koniec dnia, około szóstej po
południu, napełniały się młodymi managerami, urzędnikami administracji z dobrą pensją, sekretarkami w drogich ciuchach. Podczas swoich after
hours zamawiali piwo z importu i starali się zwrócić na siebie uwagę,
spotkać kogoś i o ile to możliwe, pójść z kimś upatrzonym do łóżka. Nikt
nie próbował porozmawiać z Mechi. Była zbyt szczupła i za niska, latem
nosiła kozaki na koturnach i nigdy się nie malowała. Była dziwna. Nawet
nie oczekiwała, żeby któryś z chłopaków w garniturze, pachnący
aromatyczną wodą po goleniu, postawił jej piwo Iguana; Mechi łatwo
godziła się z rzeczywistością i zazwyczaj nie cierpiała z tego powodu.
Owe bary to nie było jej miejsce. Lubiła jednak wracać do domu lekko
wstawiona i podążać aleją o zachodzie słońca, a ignorowanie wszystkiego,
co działo się wokół, przychodziło jej bardzo łatwo; czasami nawet brała
ze sobą książkę, co przyciągało spojrzenia, jednak nigdy nikt nie zadał
sobie tyle trudu, żeby zapytać, co czyta. Lektura pomagała nie słyszeć
nieinteresujących jej rozmów innych urzędników.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ekshumacja aniołka
Moja babcia nie lubiła deszczu i zanim
spadły pierwsze krople, kiedy niebo ciemniało, wychodziła z butelkami i na podwórku za domem zakopywała je do połowy, szyjką do dołu; wierzyła,
że powstrzymają deszcz. Szłam za nią i pytałam, babciu, czemu nie lubisz
deszczu, czemu nie lubisz. A ona nic, wykręcała się od odpowiedzi i z łopatką w ręce marszczyła nos, wyczuwając wilgoć w powietrzu. Jeśli w końcu zaczynało padać, czy była to mżawka, czy burza, zamykała drzwi i okna i głośniej nastawiała telewizor, żeby zagłuszyć hałas kropli i wiatru - dach domu był blaszany - a jeśli ulewa zbiegła się z jej
ulubionym serialem, Combat!, nie było takiego, kto by zdołał wydusić z niej choćby jedno słowo, gdyż beznadziejnie podkochiwała się w Vicu
Morrowie.
Ja uwielbiałam deszcz, ponieważ zmiękczał wyschniętą ziemię i pozwalał
mi rozwijać moje zamiłowanie do kopania. Ach, te dołki! Używałam tej
samej łopatki co babcia, bardzo niedużej; dziecko mogłoby się bawić taką
na plaży, ale moja była z metalu i drewna, a nie z plastiku. Ziemia
kryła w sobie okruchy szklanych zielonych butelek - ich krawędzie były
tak stępione, że już nie cięły; płaskie kamienie niczym otoczaki albo
drobny żwir z plaży. Co one robiły na podwórku za moim domem? Ktoś
musiał je tam zakopać. Kiedyś znalazłam owalny kamyk wielkości i koloru
karalucha, tylko bez nóg i bez czułków. Z jednej strony był gładki, za
to z drugiej karbowania układały się w wyraźne rysy uśmiechniętej
twarzy. Pokazałam go tacie, zachwycona, bo myślałam, że to jakaś
relikwia, a on powiedział, że znaki przybrały taki kształt przez
przypadek. Taty nigdy nic nie cieszyło. Znalazłam też czarne kostki do
gry, z białymi, już prawie wyblakłymi kropkami. I resztki matowych szyb
w kolorze zielonego jabłka i turkusu. Babcia przypomniała sobie, że to
część jakichś starych drzwi. Bawiłam się także dżdżownicami, krojąc je
na króciutkie kawałeczki. Nie żebym lubiła patrzeć na ich pocięte ciało,
które przez chwilę wciąż się wiło, a potem szło dalej. Wydawało mi się,
że jeśli posiekam dżdżownicę cienko jak cebulę, dokładnie rozdzielając
wszystkie pierścienie, to już nie będzie mogła się zrosnąć. Nigdy nie
lubiłam robali.
Kości znalazłam po pewnej burzy, która skrawek ziemi na tyłach domu
zamieniła w błotnistą kałużę. Wrzuciłam je do wiaderka, w którym zwykle
zanosiłam swoje skarby do mycia pod kranem na podwórku. Pokazałam je
tacie. Powiedział, że to kości kurczaka albo od kotleta schabowego, a może jakiegoś martwego domowego zwierzęcia, pochowanego dawno temu. Psie
albo kocie. Upierał się przy kurczaku, bo wcześniej, kiedy był mały, na
podwórku za domem babcia miała kurnik.
Wyjaśnienie wydawało się całkiem do przyjęcia dopóty, dopóki babcia nie
dowiedziała się o tych kosteczkach i nie zaczęła rwać włosów z głowy,
wołając "aniołek, aniołek". Jednakże krzyki nie trwały długo i wystarczyło jedno spojrzenie taty, a ucichły jak ręką odjął: znosił
babcine "przesądy" (tak je nazywał), o ile tylko nie przesadzała. Babcia
znała już ten jego grymas dezaprobaty i siłą starała się uspokoić.
Poprosiła mnie o te kosteczki, więc jej oddałam. Potem odesłała mnie do
mojego pokoju, spać. Trochę się zezłościłam, bo nie rozumiałam, za co
zostałam ukarana.
Jednak później, tej samej nocy, zawołała mnie i wszystko mi
opowiedziała. To była siostra numer dziesięć albo jedenaście, babcia nie
była pewna, bo w tamtych czasach niezbyt się dziećmi przejmowano. Umarła
kilka miesięcy po narodzinach, z powodu gorączki i biegunki. Ponieważ
była aniołkiem - malutką zmarłą dziewczynką - zawinięto ją w różowy
gałganek i podparłszy poduszką, posadzono na stole przystrojonym
kwiatami. Zrobiono jej kartonowe skrzydełka, żeby szybciej odleciała do
nieba, lecz nie napełniono buzi płatkami czerwonych kwiatów, bo dla jej
mamy, a mojej prababci, był to okropny widok; miała wrażenie, że to
krew. Tańce i śpiewy trwały całą noc i nawet musiano wyrzucić jakiegoś
pijanego wujka i reanimować moją prababcię, która zemdlała od szlochania
i gorąca. Indiańska płaczka odśpiewała hymny do Trójcy Świętej i jedyne,
co za to wzięła, to kilka empanad.
- To było tutaj, babciu?
- Nie, w Salavino, w Santiago. Ależ był upał!
- W takim razie to nie są kości tej dziewczynki, skoro umarła tam.
- To one. Zabrałam je ze sobą, kiedy przyjechaliśmy tutaj. Nie chciałam
jej zostawiać, bo po całych nocach płakała, biedactwo. Skoro płakała,
kiedy miała nas tak blisko, w domu, dopiero by rozpaczała, gdyby została
sama, porzucona! No to ją wzięłam. To już były same kosteczki; włożyłam
ją do torby i pochowałam tam w głębi podwórka. Nawet twój dziadek nie
wiedział. Ani prababcia, nikt. Bo tylko ja słyszałam, jak płacze. I twój
pradziadek, ale udawał głupiego.
- A tutaj płacze?
- Tylko kiedy pada.
Potem spytałam tatę, czy ta historia o dziewczynce aniołku to prawda, a on powiedział, że babcia jest już bardzo stara i mówi od rzeczy. Jednak
nie wydawał się zbytnio przekonany; może czuł się skrępowany tą rozmową.
Potem babcia umarła, dom został sprzedany, ja zamieszkałam sama, bez
męża i dzieci, tata przeniósł się do apartamentu w Balvanerze i zapomniałam o dziewczynce aniołku.
Do czasu, aż dziesięć lat później zjawiła się u mnie w mieszkaniu,
płacząc przy moim łóżku w pewną burzową noc.
Dziewczynka aniołek nie przypomina ducha. Nie fruwa w powietrzu, nie
jest blada ani nie nosi białej sukienki. Jest na wpół zgniła i nic nie
mówi. Gdy pojawiła się pierwszy raz, pomyślałam, że to sen, i próbowałam
się obudzić z tego koszmaru; kiedy mi się to nie udało i zaczęłam
rozumieć, że jest prawdziwa, krzyknęłam i się rozpłakałam i naciągnęłam
na siebie kołdrę i zacisnęłam mocno oczy, a rękami zasłoniłam sobie
uszy, żeby jej nie słyszeć, bo w tamtej chwili nie wiedziałam, że jest
niemową. Kiedy jednak wyjrzałam, po kilku godzinach, dziewczynka aniołek
nadal tam była ze strzępami jakiegoś starego koca zarzuconymi na ramiona
niczym poncho. Palcem pokazywała na zewnątrz, w stronę okna i ulicy, i w ten sposób zorientowałam się, że jest dzień. Dziwnie jest widzieć
zmarłego za dnia. Zapytałam ją, czego chce, ale w odpowiedzi nadal
wskazywała palcem jak w filmie grozy.
Wstałam i pobiegłam do kuchni po rękawiczki, których używałam przy
zmywaniu naczyń. Dziewczynka aniołek ruszyła za mną. To był dopiero
pierwszy przejaw jej apodyktycznej osobowości. Nie dałam się zastraszyć.
Włożyłam rękawiczki, chwyciłam ją za szyjkę i ścisnęłam. W próbie
uduszenia zmarłego nie ma zbytniej logiki, jednak nie można być
zrozpaczonym i jednocześnie trzeźwo myśleć. Nawet nie zakaszlała, za to
mnie na palcach w rękawiczkach zostały resztki rozkładającego się ciała,
a z jej szyi wyłoniła się tchawica.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to Angelita, siostra mojej babci. Nadal
mocno zaciskałam oczy, licząc na to, że albo ona zniknie, albo ja się
obudzę. Ponieważ nic to nie dało, obeszłam ją dokoła i zobaczyłam, że na
plecach, z pożółkłych resztek czegoś, co dzisiaj wiem, iż było różowym
całunem, zwisały jej dwa prymitywne kartonowe skrzydełka z ponaklejanymi
kurzymi piórkami. Po tylu latach już dawno powinny się rozpaść,
pomyślałam, a potem roześmiałam się nieco histerycznie i powiedziałam do
siebie, że mam w kuchni martwego niemowlaka, że to moja cioteczna babcia
i że umie chodzić, chociaż, sądząc po wzroście, żyła niewiele ponad trzy
miesiące. Musiałam zdecydowanie przestać myśleć w kategoriach tego, co
jest możliwe, a co nie.
Zapytałam, czy jest moją cioteczną babcią aniołkiem. Jako że nie zdążono
jej zarejestrować pod oficjalnym imieniem - Angela, Angelita (to były
inne czasy) - zawsze określano ją nazwą pospolitą: aniołek. Wtedy
przekonałam się, że chociaż nie potrafi mówić, odpowiada skinieniem
głowy. A zatem babcia mówiła prawdę, pomyślałam, one nie pochodziły z kurnika, to, co wykopałam, kiedy byłam mała, było kosteczkami jej
siostry.
Czego chciała Angelita, pozostało tajemnicą, gdyż poza potakiwaniem albo
kręceniem przecząco głową nie robiła nic więcej. A jednak czegoś się
domagała, i to pilnie, gdyż nie tylko nadal wskazywała palcem, to
jeszcze nie dawała mi spokoju. Chodziła za mną po całym domu. Czekała na
mnie za zasłoną, kiedy brałam prysznic; siadała na bidecie, kiedy się
załatwiałam; stawała przy lodówce, kiedy zmywałam naczynia; i kucała
obok krzesła, kiedy pracowałam na komputerze.
Przez pierwszy tydzień nadal prowadziłam normalne życie. Myślałam, że to
może halucynacje wywołane przez nagromadzony stres i że sobie pójdzie. W pracy poprosiłam o kilka dni wolnego, wzięłam tabletki nasenne. Angelita
ciągle tu była i stojąc przy moim łóżku, czekała, aż się obudzę. Kilkoro
przyjaciół wpadło mnie odwiedzić. Początkowo nie chciałam odbierać ich
esemesów ani otwierać im drzwi, jednak nie chcąc, żeby się jeszcze
bardziej o mnie martwili, zgodziłam się z nimi zobaczyć. Tłumaczyłam się
przepracowaniem, a oni zrozumieli, tyrałaś jak wół, powiedzieli. Żadne z nich nie widziało aniołka. Za pierwszym razem, kiedy przyszła do mnie
przyjaciółka Marina, ukryłam Angelitę w szafie, jednak ku mojemu
przerażeniu i niezadowoleniu uciekła i z tą swoją brzydką, zgniłą,
szarozieloną twarzyczką usiadła na oparciu fotela. Marina niczego nie
zauważyła.
Wkrótce potem wyprowadziłam Angelitę na ulicę. I nic. Nie licząc pana,
który spojrzał na nią przelotnie, po czym odwrócił się, spojrzał jeszcze
raz i zmienił się na twarzy, pewnie spadło mu ciśnienie; albo pani,
która dosłownie rzuciła się do ucieczki i prawie wpadła pod
czterdziestkę piątkę na ulicy Chacabuco. Niektórzy ludzie musieli ją
widzieć, przypuszczałam, choć zapewne niewielu. Żeby oszczędzić im
nieprzyjemności, ilekroć wychodziłyśmy gdzieś razem - a raczej kiedy ona
szła za mną, a mnie nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na jej
towarzystwo - zabierałam coś w rodzaju plecaka, w którym ją niosłam
(okropnie wygląda, kiedy chodzi, jest taka malutka, to sprzeczne z naturą). Kupiłam jej też maseczkę z bandaża, jakim osłania się blizny po
poparzeniu twarzy. Teraz na jej widok ludzie czują wstręt, lecz zarazem
wzruszenie i litość. Patrzą na dziecko bardzo chore albo bardzo
okaleczone, ale już nie martwe.
Gdyby tata mógł mnie widzieć, myślałam, on, który stale narzekał, że
umrze, nie doczekawszy wnuków (i nie doczekał się ich, rozczarowałam go
i w tej, i w wielu jeszcze innych sprawach). Nakupowałam jej zabawek,
żeby miała się czym zająć, lalek i plastikowych klocków, i gryzaków,
jednak nie wyglądało na to, żeby coś jej się zbytnio spodobało, tylko
tym swoim cholernym paluchem ciągle wskazywała na południe - to już
zauważyłam, to zawsze było południe - rano, wieczorem i w nocy. Mówiłam
do niej, zadawałam jej pytania, ale nie była zbyt rozmowna.
Aż któregoś ranka zjawiła się ze zdjęciem domu z czasów mojego
dzieciństwa, gdzie na podwórku znalazłam jej kosteczki. Wyciągnęła
fotografię z pudełka, w którym przechowuję stare zdjęcia: ohyda, całą
resztę upaćkała swoją gnijącą, obłażącą skórą, były wilgotne i lepkie.
Teraz palcem wskazywała na dom, wyraźnie natarczywie. Chcesz tam
pojechać?, spytałam, a ona odparła, że tak. Wyjaśniłam jej, że dom już
nie jest nasz, że go sprzedaliśmy, na co jeszcze raz powiedziała "tak".
Włożyłam ją do plecaka z maseczką na twarzy i wsiadłyśmy do piętnastki,
w kierunku Avellanedy. Ilekroć gdzieś jedziemy, nie patrzy w okno, nie
przygląda się ludziom ani niczym nie zajmuje; świat zewnętrzny obchodzi
ją tyle samo co zabawki. Posadziłam ją sobie na kolanach, żeby jej było
wygodnie, chociaż nie wiem, czy może jej być niewygodnie ani czy to
pojęcie cokolwiek dla niej znaczy; nawet nie wiem, co czuje. Jedno, co
wiem, to że nie jest zła i że z początku bałam się jej, ale teraz już
nie.
Do domu, który kiedyś był mój, dojechałyśmy około czwartej po południu.
Jak zawsze latem ciężki zapach rzeki Riachuelo i spalin, docierający od
strony Avenidy Mitre, mieszał się z fetorem śmieci. Piechotą
przecięłyśmy plac, potem minęłyśmy klinikę Itoiz, gdzie umarła moja
babcia, i na koniec obeszłyśmy dokoła stadion klubu Racing. Za nim, dwie
przecznice dalej, stał mój dawny dom. Jednak teraz, w drzwiach, co
miałam zrobić? Poprosić nowych właścicieli, żeby mnie wpuścili? Pod
jakim pretekstem? Nawet o tym nie pomyślałam. Chodzenie wszędzie z martwym niemowlakiem wyraźnie rzuciło mi się na mózg.
To Angelita wkroczyła do akcji. Nie musiałyśmy wchodzić. Żeby zajrzeć na
podwórko, wystarczyło przechylić się przez otaczający je murek, a tylko
tego chciała: popatrzeć. Zajrzałyśmy obie, trzymałam ją na rękach -
murek był dość niski, zapewne byle jak zbudowany. Tam, gdzie wcześniej
rozciągało się kwadratowe podwórko, znajdował się niebieski plastikowy
basen, wpuszczony w wykopany dół. Żeby zrobić owo zagłębienie,
niewątpliwie usunięto całą ziemię i przy okazji kości Angelity zostały
wyrzucone nie wiadomo gdzie, rozniesione, pogubione. Zrobiło mi się jej
żal, biedactwa, i powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nic nie mogę
na to poradzić; powiedziałam nawet, że żałuję, że ich jeszcze raz nie
wykopałam, kiedy dom szedł na sprzedaż, żeby je pochować w jakimś
zacisznym miejscu albo blisko rodziny, jeżeli tego sobie życzyła.
Przecież spokojnie mogłam je włożyć do jakiegoś pudełka albo wazonu i zabrać do domu! Źle ją potraktowałam i zapytałam, czy mi wybaczy.
Angelita powiedziała, że tak. Zrozumiałam, że przyjęła moje przeprosiny.
Zapytałam, czy teraz czuje się lepiej i czy sobie pójdzie, czy mnie
zostawi samą. Odparła, że nie. Dobra, powiedziałam, a ponieważ jej
odpowiedź wcale mi się nie podobała, szybkim krokiem ruszyłam na
przystanek piętnastki, zmuszając ją, aby pobiegła za mną, przebierając
swymi bosymi stópkami, z których - jako że były przegniłe - wyłaniały
się białe kosteczki.
Maryja Dziewica z glinianki
Silvia mieszkała sama w wynajmowanym
samodzielnie mieszkaniu, z półtorametrowym krzakiem marihuany na patiu i wielką sypialnią z materacem na podłodze. Miała własny gabinet w Ministerstwie Edukacji, pensję, długie włosy, które farbowała na kolor
kruczoczarny, i nosiła hinduskie koszule z rozszerzanymi rękawami,
przetykane srebrnymi, błyszczącymi w słońcu nitkami. Pochodziła z miasta
Olavarría i miała kuzyna, który w tajemniczy sposób zaginął podczas
podróży po Meksyku. Była naszą "starszą" koleżanką, pilnowała nas, kiedy
wychodziłyśmy z domu, i użyczała nam swego mieszkania, żebyśmy mogły
palić skręty i umawiać się z chłopakami. Jednak my pragnęłyśmy zobaczyć
ją zrujnowaną, bezradną, załamaną. Bo Silvia zawsze wiedziała więcej:
jeśli któraś z nas odkrywała Fridę Kahlo, och, ona zdążyła już zwiedzić
jej dom w Meksyku, z kuzynem, zanim zaginął. Jeśli próbowałyśmy jakiegoś
nowego dopalacza, ona już wcześniej przedawkowała tę samą substancję.
Jeśli odkrywałyśmy jakąś kapelę, która nam się spodobała, ona już
przestała być fanką tej grupy. Nienawidziłyśmy tego, że ma proste,
ciężkie, czarniusieńkie włosy ufarbowane na kolor, którego nie mogłyśmy
znaleźć w żadnym normalnym salonie fryzjerskim. Co to mogła być za
marka? Pewnie by nam powiedziała, jednak nigdy nie spytałyśmy.
Nienawidziłyśmy tego, że zawsze ma pieniądze na jeszcze jedno piwo,
jeszcze jedną działkę, jeszcze jedną pizzę. Jak tak mogło być? Mówiła,
że oprócz własnej pensji ma dostęp do konta swojego ojca; był bogaty,
nigdy jej nie widział ani nie uznał, niemniej deponował dla niej
pieniądze w banku. Jak nic kłamała. Tak samo jak o tym, że jej siostra
jest modelką: zobaczyłyśmy ją, kiedy raz do niej przyszła, i nie warto
było nawet na nią splunąć: niska, czarniawa, wielka dupa i niesforne
kędziory wysmarowane żelem, który już nie mógłby być bardziej tłusty.
Zwykła prostaczka - nawet nie mogła marzyć o wybiegu.
Ale najbardziej chciałyśmy zobaczyć Silvię pokonaną dlatego, że podobała
się Diegowi. Poznałyśmy go w Bariloche, na wycieczce na zakończenie
szkoły. Był chudy, miał krzaczaste brwi i ubierał się w coraz to inną
koszulkę Rolling Stonesów (na jednej był język, na drugiej napis "Tatoo
You", a na trzeciej Jagger trzymał w garści mikrofon z kablem
zakończonym wizerunkiem węża). Po konnej przejażdżce, kiedy na Cerro
Catedral zapadała noc, Diego zagrał nam na gitarze akustycznej kilka
piosenek, a potem w hotelu pokazał idealne proporcje, w jakich należy
zmieszać wódkę i sok z pomarańczy, żeby zrobić dobry "korkociąg". Był
dla nas miły, ale chciał nas tylko całować, a nie przespać się z nami,
może dlatego, że był starszy (powtarzał klasę, miał osiemnaście) albo że
mu się nie podobałyśmy. Później, kiedy wróciłyśmy do Buenos Aires,
zadzwoniłyśmy do niego i zaprosiłyśmy na imprezę. Zwracał na nas uwagę
przez jakiś czas, dopóki Silvia do niego nie zagadała. I od tamtej pory
dalej był dla nas miły, nie można powiedzieć, jednak ona go zawłaszczyła
i olśniła (albo przytłoczyła, zdania były podzielone) swoimi
opowieściami o Meksyku, peyotlu i cukrowych czaszkach. Też była starsza,
ogólniak skończyła dwa lata wcześniej. Diego niewiele podróżował, ale
właśnie tamtego lata zamierzał wyjechać z plecakiem na północ. Silvia
już tam była (oczywiście!) i zaczęła mu doradzać, mówiła, żeby do niej
zadzwonił, to mu poleci tanie hotele i adresy rodzin wynajmujących
pokoje, a on wszystko to łykał, mimo że nie miała ani jednego zdjęcia,
ani jednego, które mogłoby świadczyć o tym, że ta podróż - czy
jakakolwiek inna, Silvia już się sporo najeździła - naprawdę się odbyła.
To ona tamtego lata wpadła na pomysł z gliniankami i musiałyśmy oddać
jej sprawiedliwość: był bardzo dobry. Silvia nienawidziła basenów
publicznych ani klubowych, nawet tych na prywatnych działkach albo przy
domach wynajmowanych na weekendy. Mówiła, że woda w nich nie jest
świeża, wydaje jej się stojąca. Ponieważ najbliższa rzeka była skażona,
nie miała gdzie się kąpać. My uznałyśmy, że "za kogo się ta Silvia
uważa, zupełnie jakby urodziła się na plaży na południu Francji". Ale
Diego wysłuchał wyjaśnienia, dlaczego zależy jej na wodzie "świeżej", i całkowicie się z nią zgodził. Porozmawiali trochę o morzach, wodospadach
i strumykach, aż na koniec Silvia wspomniała o gliniankach. Ktoś w pracy
powiedział jej, że przy południowej wylotówce jest ich mnóstwo i że mało
kto w nich się kąpie, bo ludzie się boją; podobno są niebezpieczne. Od
razu zaproponowała, żebyśmy pojechali w następny weekend, i zgodziłyśmy
się natychmiast, gdyż wiedziałyśmy, że Diego powie tak, a nie
chciałyśmy, żeby jechali tylko we dwoje. Może kiedy zobaczy jej brzydkie
ciało: strasznie masywne nogi (Silvia mówiła, że to od hokeja, w którego
grała jako dziecko, jednak połowa nas grała w hokeja i żadna nie miała
takich schabów), płaski tyłek, szerokie biodra (dlatego tak fatalnie jej
było w dżinsach); kiedy zobaczy te defekty (i jeszcze te włoski, których
nigdy sobie dobrze nie depilowała, może nie potrafiła wyrwać ich z cebulką, była bardzo śniada), Diego przestanie uganiać się za Silvią i wreszcie skupi się na nas.
Popytała tu i tam i powiedziała, że musimy się wybrać nad gliniankę
Maryi Dziewicy; że jest najlepsza, najczystsza. I zarazem największa,
najgłębsza i najgroźniejsza. Leżała bardzo daleko, prawie przy pętli
autobusu 307, w miejscu, gdzie już wjeżdżał na wylotówkę. Glinianka
Maryi Dziewicy była wyjątkowa, gdyż podobno nikt się tam nie zapuszczał.
Powodem, dla którego ludzie trzymali się na dystans, była nie jej
niebezpieczna głębokość, ale właściciel. Ponoć ktoś ją kupił i przyjęłyśmy to do wiadomości: żadna z nas nie wiedziała, do czego mogła
służyć ani że można ją nabyć, jednak nie zdziwiło nas, że miała
właściciela, i rozumiałyśmy, że ten nie życzyłby sobie, aby ktoś obcy
kąpał się na terenie jego posiadłości.
Zgodnie z tym, co opowiadano, kiedy pojawiali się jacyś intruzi,
właściciel wyjeżdżał zza skarpy i do nich strzelał. Czasami szczuł ich
również psami. Swoją prywatną gliniankę udekorował gigantycznym ołtarzem
Maryi Dziewicy, grotą wzniesioną na jednym z brzegów głównego
kąpieliska. Można było do niej dotrzeć, kierując się w prawo i okrążając
gliniankę bitą ścieżką, biegnącą od prymitywnej furtki wykończonej
wąskim żelaznym łukiem, znajdującej się w pobliżu wylotówki. Skarpa, zza
której mógł wyjechać samochód właściciela, wznosiła się po przeciwnej
stronie. Woda przy Maryi Dziewicy była niezwykle spokojna, czarna.
Bliżej wejścia rozciągała się niewielka plaża z gliniastej ziemi.
Wtedy, w styczniu, jeździliśmy tam każdej soboty; panował straszny
skwar, a woda była wręcz lodowata: było to tak, jakby zanurzać się w cudzie. Nawet prawie zapomniałyśmy o Diegu i Silvii. Oni też zapomnieli
o sobie nawzajem, rozkoszując się ową świeżością i tajemnicą. Staraliśmy
się zachowywać cicho, nie hałasować, żeby nie obudzić ukrywającego się
gdzieś właściciela. Nigdy nikogo więcej nie widzieliśmy, chociaż kiedy
wracaliśmy, na przystanku autobusowym oprócz nas stali też inni ludzie,
którzy musieli się domyślać, że wracamy z glinianki, po naszych
wilgotnych włosach i zapachu przywierającym nam do skóry, zapachu
kamienia i soli. Pewnego razu kierowca autobusu powiedział nam coś
dziwnego: żebyśmy uważali na puszczone wolno, na wpół zdziczałe psy.
Poczuliśmy dreszcze, jednak w następny weekend byliśmy równie sami co
zawsze i nie słyszeliśmy żadnego szczekania, nawet z daleka.
I zauważyłyśmy, że Diego zaczął z zainteresowaniem przyglądać się naszym
złocistym udom, naszym wąskim kostkom, płaskim brzuchom. Nadal trzymał
się bliżej Silvii i wydawał się nią zafascynowany, chociaż już zdał
sobie sprawę, że my jesteśmy znacznie, znacznie ładniejsze. Problem
leżał w tym, że oboje bardzo dobrze pływali i chociaż bawili się z nami
w wodzie i uczyli nas różnych rzeczy, czasami się nudzili i oddalali
szybkimi, precyzyjnymi ruchami. Nie dało się ich doścignąć. Glinianka
była naprawdę ogromna: my, przy brzegu, widziałyśmy ich dwie ciemne
głowy wystające nad powierzchnią wody oraz to, że poruszają wargami, ale
nie miałyśmy pojęcia, co mówią. Dużo się śmiali, o tak, a Silvia miała
bardzo donośny śmiech, musiałyśmy zwracać jej uwagę, żeby się uciszyła.
Oboje sprawiali wrażenie takich zadowolonych. Wiedziałyśmy, że niedługo
przypomną sobie, jak bardzo się sobie podobali, oraz że świeżość lata
przy autostradzie jest czymś przejściowym. Musiałyśmy ich powstrzymać.
To my znalazłyśmy Diega, ona nie mogła zagarnąć sobie wszystkiego.
Z dnia na dzień Diego wyglądał coraz lepiej. Kiedy pierwszy raz ściągnął
podkoszulek, odkryłyśmy, że ma opadające i silne ramiona, a jego
szerokie plecy tuż nad spodniami mają kolor piasku, po prostu piękny.
Nauczył nas z pudełka zapałek robić cybuch do skręta i pilnował, żebyśmy
nie wchodziły do wody naćpane, bo mogłybyśmy się potopić. Przegrywał nam
płyty kapel, jakie jego zdaniem powinnyśmy znać, a potem nas
przepytywał; był uroczy, cieszył się, kiedy widział, że któraś z jego
ulubionych naprawdę nam się spodobała. Słuchałyśmy z nabożeństwem i doszukiwałyśmy się podtekstów: czy chciał nam coś powiedzieć? Na wszelki
wypadek nawet przetłumaczyłyśmy ze słownikiem piosenki, które były po
angielsku; czytałyśmy je sobie przez telefon i szczegółowo omawiałyśmy.
Były bardzo niejasne, zawierały dziesiątki sprzecznych przesłań.
Wszelkie spekulacje zostały ucięte jak nożem - jakby ktoś przesunął nam
lodowatym ostrzem wzdłuż kręgosłupa - gdy dowiedziałyśmy się, że Diego i Silvia od dawna są parą. Kiedy!? Jak?! Byli dorośli, nie musieli
wcześnie wracać do domu, Silvia miała własne mieszkanie, ależ byłyśmy
głupie, żeby tak im przypisywać nasze szczeniackie ograniczenia.
Wymykałyśmy się dość często, to fakt, jednak sprawdzano nam rozkłady
zajęć, komórki, no i nasi rodzice się znali i wszędzie nas odwozili - na
dyskoteki, do koleżanek, do domu, do klubów.
Wkrótce poznałyśmy szczegóły i nie były one zbyt spektakularne. Już od
jakiegoś czasu widywali się bez nas: głównie wieczorami, ale nieraz on
wpadał po nią do ministerstwa i szli się czegoś napić, a kiedy indziej
zostawał u niej na noc. Z pewnością po bzykaniu wypalali w łóżku skręta
z krzaka Silvii. Niektóre z nas w wieku siedemnastu lat jeszcze tego nie
robiły, okropność; ciągnąć druta owszem, to umiałyśmy już bardzo dobrze,
ale pierdolić się tylko nieliczne, nie wszystkie. Ogarnęła nas
straszliwa nienawiść. Chciałyśmy Diega dla siebie, lecz nie jako naszego
chłopaka, a jedynie żeby nas pieprzył, żeby nas nauczył, tak jak
rock'n'rolla, przygotowywania drinków i pływania motylkiem.
Najbardziej ze wszystkich napaliła się Natalia. Była jeszcze dziewicą.
Mówiła, że chce zachować siebie dla kogoś, kto będzie tego wart, a Diego
był. Kiedy wbiła sobie coś do głowy, trudno było ją od tego odwieść.
Któregoś razu połknęła dwadzieścia tabletek swojej mamy, kiedy rodzice
zabronili jej przez tydzień chodzić na dyskoteki - w szkole miała
okropne stopnie. W końcu ją puścili, ale wysłali do psychologa. Natalia
nie chodziła na sesje, a przeznaczone na nie pieniądze wydawała na
siebie. Z Diegiem chciała przeżyć coś wyjątkowego. Nie miała zamiaru mu
się narzucać. Chciała, żeby to on jej zapragnął, spodobać mu się,
doprowadzić go do szaleństwa. Jednak na imprezach, kiedy podchodziła,
żeby go zagadnąć, Diego uśmiechał się do niej krzywo i dalej gawędził z którąś z nas. Nie odpowiadał na jej telefony, a jeśli już, to ich
rozmowy były drętwe i szybko je kończył. Nad glinianką nie patrzył na
jej ciało, długie, mocne nogi i jędrny tyłek, albo robił to tak, jakby
oglądał jakąś nudną roślinę, na przykład fikusa. W to już Natalia nie
mogła uwierzyć. Nie umiała pływać, ale chlapała się przy brzegu, a potem
wychodziła z lodowatej wody w żółtym kostiumie przyklejonym do opalonego
ciała tak bardzo, że aż widać jej było sutki sterczące od zimna, i wiedziała, że każdy inny na śmierć by się zabrandzlował, a Diego nie: on
wolał tę czarniawą z płaską dupą! Wszystkie zgodnie twierdziłyśmy, że to
niepojęte.
Któregoś popołudnia w drodze na lekcję wuefu powiedziała, że do kawy
Diega dodała swojej miesiączkowej krwi. Zrobiła to w mieszkaniu Silvii,
gdzie, jak nie tam! Byli tylko we troje i w którymś momencie Diego i Silvia wyszli do kuchni, na kilka minut, po ciasteczka; kawa stała już
na stole. Natalia pośpiesznie wlała to, co wcześniej udało się jej
zebrać w maleńkiej buteleczce po próbce perfum, bardzo niewiele. Musiała
wycisnąć wilgotną, zakrwawioną watę, co było ohydne, bo zawsze stosowała
podpaski albo tampony, waty użyła tylko po to, żeby zdobyć krew. Była
trochę rozwodniona, ale ona twierdziła, że i tak musi zadziałać. Sposób
zaczerpnęła z pewnej książki o parapsychologii: pisano tam, że jest mało
higieniczny, lecz niezawodny, jeśli chodzi o przywiązanie do siebie
ukochanej osoby.
Nie zadziałało. W tydzień po tym, jak Diego wypił krew Natalii, Silvia
sama nam powiedziała, że ze sobą chodzą. I to oficjalnie. Kiedy
zobaczyłyśmy ich następnym razem, bez przerwy się obcmokiwali. W tamten
weekend, kiedy pojechałyśmy z nimi nad gliniankę, trzymali się za ręce,
a my nie mogłyśmy tego zrozumieć. Nie mogłyśmy. Czerwone bikini w serduszka u jednej; płaściuteńki brzuch z piercingiem w pępku u drugiej;
doskonała fryzura z kosmykiem opadającym na twarz, nogi bez choćby
jednego włoska, pachy jak z marmuru. A on wolał ją? Bo co? Bo ją bzykał?
Przecież my też chciałyśmy się bzykać, o nic więcej nam nie chodziło! A może tego nie dostrzegał, kiedy siadałyśmy mu na kolanach, całą siłą
przyciskając do nich pupę i próbując dotknąć ręką jego wacka, niby to
niechcący. Albo kiedy śmiałyśmy się z twarzą tuż przy jego ustach,
pokazując język? Czemu nie rzuciłyśmy się na niego i już? Bo to
dotyczyło nas wszystkich, to nie była jedynie obsesja Natalii:
chciałyśmy, żeby Diego wybrał nas. Chciałyśmy z nim być jeszcze mokre od
zimnej wody z glinianki, pieprzyć się jedna po drugiej, a on niechby
leżał na maleńkiej plaży, czekając na strzały właściciela, a potem
uciekać, półnagie, do szosy pod gradem kul.
Ale nie. Siedziałyśmy tam w całej naszej chwale, a on całował się z Silvią z płaską dupą, w dodatku staruszką. Słońce prażyło, a płaskodupnej Silvii zaczęła schodzić skóra na nosie, ohyda, używała
emulsji ochronnych czwartego gatunku. A my nieskazitelne. W pewnej
chwili Diega chyba coś tknęło. Popatrzył na nas jakoś inaczej, jakby się
zorientował, że jest z brzydką czarnulą. Rzucił: "A może byśmy tak
popłynęli do Maryi Dziewicy?". Natalia pobladła, bo nie umiała pływać.
My owszem, jednak nie miałyśmy odwagi przeprawiać się przez gliniankę,
bardzo głęboką i długą, gdybyśmy zaczęły tonąć, nikt by nas nie
uratował, znajdowaliśmy się pośrodku niczego. Diego domyślił się: "Sil i ja przepłyniemy, a wy idźcie brzegiem i spotkamy się na miejscu. Chcę
zobaczyć ten ołtarz z bliska, a wy?".
Odpowiedziałyśmy, że tak, jasne, jednak poczułyśmy się skołowane, bo
skoro nazwał ją "Sil", może nasze wrażenie, że patrzył na nas inaczej,
było mylne, a tylko umierałyśmy z pragnienia, aby okazało się prawdą, i już nam odbijało. Zaczęłyśmy iść. Okrążyć gliniankę nie było łatwo:
kiedy siedziało się na plaży, wyglądała na znacznie mniejszą. A była
ogromna. Mogła mieć jakieś trzysta metrów długości. Diego i Silvia
posuwali się szybciej niż my i widziałyśmy ich ciemne głowy, wyłaniające
się miarowo, jakby złocone w promieniach słońca, takie błyszczące, i śliskie ramiona wzbijające strużki wody. W pewnym momencie musieli się
zatrzymać, patrzyłyśmy na to z brzegu - my, w pełnym słońcu, z kurzem
przyklejonym do spoconych ciał, niektóre z nas z bólem głowy od upału i silnego światła bijącego po oczach, idąc, jakbyśmy wspinały się pod górę
- widziałyśmy, że zatrzymują się i rozmawiają. Silvia śmiała się,
przechylając głowę do tyłu i poruszając rękami, żeby się nie zanurzyć.
Nie dało się przepłynąć aż tylu metrów za jednym zamachem, nie byli
zawodowcami. Jednak Natalia odniosła wrażenie, że nie zatrzymali się
tylko dlatego, że się zmęczyli, lecz przyszło jej do głowy, że spiskują.
"Ta suka coś kombinuje", stwierdziła i dalej ruszyła w stronę Maryi
Dziewicy, którą w grocie ledwo było widać.
Diego i Silvia dopłynęli dokładnie w chwili, gdy skręcałyśmy w prawo,
żeby przejść ostatnie pięćdziesiąt metrów dzielące nas od groty. Z pewnością widzieli, że ciężko dyszymy, spod pach jedzie nam cebulą, a włosy przyklejają się do skroni. Dokładnie się nam przyjrzeli,
roześmieli się tak samo jak wtedy, kiedy przestali płynąć, i znowu
rzucili się do wody, żeby z całą prędkością zawrócić do małej plaży. I tyle. Pośród chlupotu dobiegły nas ich drwiące wybuchy śmiechu. "Cześć,
dziewczyny!", zawołała triumfalnie Silvia, zanim odpłynęła, a my
stałyśmy skostniałe pomimo upału, dziwna rzecz, skostniałe i zgrzane jak
nigdy, z uszami płonącymi od nienawiści, obserwując, jak się oddalają i śmieją z nas, głupich, nieumiejących pływać, i domyślają się, że plujemy
sobie w brodę. Upokorzone, pięćdziesiąt metrów od Maryi Dziewicy, której
nikt już nie chciał oglądać, której żadna z nas nigdy nie chciała
oglądać. Popatrzyłyśmy na Natalię. Była tak nabuzowana, że nie uroniła
nawet jednej łzy. Stwierdziłyśmy, że musimy wracać. Odparła, że nie,
chce zobaczyć Maryję Dziewicę. Byłyśmy zmęczone i zawstydzone,
usiadłyśmy, żeby zapalić, powiedziałyśmy, że na nią zaczekamy.
Nie było jej dość długo, jakieś piętnaście minut. Dziwne: czyżby się
modliła? Nie zapytałyśmy, dobrze wiedziałyśmy, jaka jest, kiedy się
wkurzy, kiedyś jedną z nas ugryzła w ataku furii, naprawdę, został jej
potem ogromny ślad widoczny przez prawie tydzień. Wróciła do nas,
poprosiła o sztacha - nie lubiła palić całych papierosów - i zaczęła
iść. Ruszyłyśmy za nią. Widziałyśmy, jak na plaży Silvia i Diego
wycierają się nawzajem, nie słyszałyśmy ich zbyt dobrze, ale się śmiali,
i naraz krzyk Silvii: "Nie gniewajcie się dziewczyny, to był żart".
Natalia nagle się odwróciła. Była cała pokryta kurzem. Miała go nawet w oczach. Popatrzyła na nas badawczo. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- To nie Maryja Dziewica.
- Co takiego?
- Ma biały płaszcz, dla niepoznaki, ale to wcale nie Maryja Dziewica.
Tylko czerwona kobieta, z gipsu, i goła. Ma czarne sutki.
Wystraszyłyśmy się. Zapytałyśmy, kto to w takim razie jest. Powiedziała,
że nie wie, to coś brazylijskiego. Dodała też, że o coś ją poprosiła. I że ta czerwień była naprawdę dobrze namalowana i błyszczała,
przypominała farbę akrylową. Że figura miała bardzo piękne włosy, czarne
i długie, ciemniejsze i bardziej jedwabiste niż te u Silvii. I że kiedy
podeszła, fałszywy biały dziewiczy płaszcz sam opadł, a nawet go nie
dotknęła, jakby rzeźba chciała, żeby Natalia ją rozpoznała. I wtedy o coś ją poprosiła.
Nic jej nie odpowiedziałyśmy. Czasami robiła takie szalone rzeczy, jak z tą miesiączką w kawie. Ale potem jej przechodziło.
Do plaży dotarłyśmy w bardzo zwarzonych humorach i chociaż Silvia i Diego starali się nas rozśmieszyć, nic im z tego nie wychodziło.
Widziałyśmy, jak ogarnia ich poczucie winy. Przepraszali i poprosili o wybaczenie. Przyznali, że to był żart w złym guście, słaby, wymyślony,
żeby nas zawstydzić, wdeptać w ziemię, pogrążyć. Z lodóweczki, którą
zawsze zabieraliśmy nad gliniankę, wyjęli dobrze schłodzone piwo i kiedy
Diego sięgnął po otwieracz w kształcie breloczka do kluczy, usłyszeliśmy
pierwsze warczenie. Było takie głośne, wyraźne i mocne, że zdawało się
dobiegać z bardzo bliska. Jednak Silvia wstała i wskazała palcem skarpę,
zza której miałby wyłonić się właściciel. Stał tam jakiś czarny pies.
Chociaż pierwsze słowa Diega brzmiały: "To koń", ledwie skończył je
wypowiadać, pies zaszczekał, a jego szczekanie wypełniło popołudnie i mogłyśmy przysiąc, że zmarszczyło nieco powierzchnię wody w gliniance.
Był wielki jak źrebak, całkiem czarny i ewidentnie zamierzał zbiec na
dół. I nie był jedyny. To pierwsze warczenie dobiegło nas z tyłu, z końca plaży. A tam, bardzo niedaleko, szły trzy śliniące się psy
źrebaki, ich boki unosiły się i opadały, wystawały im żebra, były
wychudzone. Nie należały do właściciela, pomyślałyśmy, to psy, o których
mówił kierowca autobusu, dzikie i niebezpieczne. Diego psyknął do nich
"Pst!", żeby nad nimi zapanować, Silvia powiedziała: "Nie wolno pokazać,
że się ich boimy", a wtedy Natalia, wkurzona, nareszcie zalana łzami,
wrzasnęła: "Zasrane ważniaki, ty jesteś czarna i masz płaską dupę, a ty
jesteś gnojek, i to są moje psy!".
Jeden stał o pięć metrów od Silvii. Diego nawet nie słyszał słów
Natalii: stanął przed swoją dziewczyną, żeby ją osłonić, ale wtedy za
nim pojawił się drugi pies, i jeszcze dwa mniejsze, które ujadając,
spuściły się ze skarpy, zza której nie wychynął właściciel, i nagle
rozległo się wycie, z głodu czy z nienawiści, nie wiedziałyśmy. To, co
wiedziałyśmy, z czego natychmiast zdałyśmy sobie sprawę, bo było takie
oczywiste, to że psy nawet na nas nie spojrzały. Na żadną z nas. Nie
zwracały na nas uwagi, jakbyśmy nie istniały, jakby tam nad glinianką
znajdowali się tylko Diego i Silvia. Natalia włożyła podkoszulkę i spódnicę, szepnęła, żebyśmy też się ubrały, a potem wzięła nas za ręce.
Doszła aż do żelaznej łukowatej furtki, wychodzącej na wylotówkę, i dopiero tam rzuciła się pędem na przystanek 307, a my za nią. Jeśli
pomyślałyśmy, żeby poszukać pomocy, to tego nie powiedziałyśmy. Jeśli
pomyślałyśmy, żeby zawrócić, to też tego nie powiedziałyśmy. Kiedy już
przy wylotówce dobiegły nas krzyki Silvii i Diega, pomodliłyśmy się
ukradkiem, żeby żadne auto nie zatrzymało się i nikt inny też ich nie
usłyszał; czasami, jako że byłyśmy takie młode i śliczne, oferowano nam
darmową podwózkę do miasta. Przyjechał autobus 307 i wsiadłyśmy
spokojnie, żeby nie budzić podejrzeń. Kierowca zapytał, co u nas
słychać, a my odparłyśmy, że dobrze, wporzo, wszystko spoko, wszystko
spoko.
Wózek
Tamtego wieczoru Juancho był napruty i krążył po chodniku, udając twardziela, chociaż w dzielnicy już nikt nie
czuł się zagrożony czy choćby zaniepokojony jego pijacką obecnością. W połowie kwartału ulic Horacio mył samochód jak w każdą niedzielę, w szortach i klapkach, z wypiętym, sterczącym brzuchem, siwym zarostem na
klatce piersiowej i radiem nastawionym na mecz. Na rogu Hiszpanie ze
sklepiku "Wszystko za peso" sączyli mate; termos stał na ziemi między
dwoma składanymi krzesełkami, które wyciągnęli na dwór, ponieważ było
ładne słońce. Po drugiej stronie ulicy chłopaki Coki na progu pili piwo,
a grupa świeżo wykąpanych i nazbyt wymalowanych dziewcząt plotkowała w drzwiach garażu Valerii. Wcześniej mój tata próbował powiedzieć sąsiadom
dobry wieczór i jakoś nawiązać z nimi rozmowę, jednak jak zwykle wycofał
się w głąb domu ze spuszczoną głową, lekko zirytowany, gdyż był dobrym
człowiekiem, ale nie miał gadki; każdego niedzielnego wieczoru mówił to
samo.
Mama popatrywała przez okno. Nudziła ją niedzielna telewizja, ale nie
chciało się jej wychodzić. Wyglądała przez szczeliny w półprzymkniętych
żaluzjach i co jakiś czas prosiła nas o herbatę albo ciastko, albo
aspirynę. Mój brat i ja w niedziele zwykle siedzieliśmy w domu; czasami,
w nocy, robiliśmy rundkę po centrum, o ile tata pożyczył nam auto.
Mama zobaczyła go pierwsza. Szedł od rogu Tuyutí, środkiem ulicy, z wyładowanym po brzegi wózkiem z supermarketu, i był jeszcze bardziej
podpity niż Juancho, a jednak radził sobie z pchaniem nagromadzonych
śmieci, butelek, kartonów, książek telefonicznych. Zataczając się,
przystanął przed autem Horacia. Tamtego wieczoru było gorąco, lecz
mężczyzna nosił stary zielonkawy pulower. Musiał mieć z sześćdziesiąt
lat. Zatrzymał wózek przy krawężniku, obszedł auto i stanąwszy dokładnie
na linii wzroku mamy, spuścił spodnie.
Przywołała nas do siebie głośnym krzykiem. Wszyscy troje, mój brat, tata
i ja, podeszliśmy bliżej i popatrzyliśmy przez szczeliny w żaluzjach.
Mężczyzna, który pod niechlujnymi spodniami od garnituru nie miał
majtek, zesrał się na chodniku: kupa była rzadka, niemal jak przy
biegunce, i ogromna; smród dotarł aż do nas, jechało od niego i gównem,
i alkoholem.
Biedny człowiek, odezwała się mama. Co za nędza, jak to się można
stoczyć, stwierdził tata.
Horacio osłupiał, ale widać było, że zaczyna się wkurzać, bo szyja mu
poczerwieniała. Jednak zanim zdołał zareagować, Juancho biegiem przeciął
ulicę i popchnął mężczyznę, który nie zdążył jeszcze wyprostować się ani
podciągnąć spodni. Staruszek wpadł we własną kupę i umazał sobie pulower
i prawą rękę. "Aj", wyszeptał tylko.
- Pieprzony czarnuchu! - wydarł się na niego Juancho. - Ty gnoju,
gównojadzie, nie będziesz tu przyłaził srać nam po dzielnicy, łachudro
jedna!
Kopnął go, leżącego. Sam też upaćkał stopy kupą, nosił klapki.
- Wstajesz, skurczybyku, wstajesz i szorujesz Horaciowi chodnik, nie ma
tu srania, spierdalaj do swoich slumsów, skurwysynu w mordę jebany.
I dalej go kopał po piersiach, po plecach. Mężczyzna nie mógł się
podnieść; wyglądał, jakby nie rozumiał, co się dzieje. Nagle wybuchnął
płaczem.
Nic takiego się nie stało, rzucił tata. Jak może tak upokarzać tego
biedaka, stwierdziła mama, po czym wstała i ruszyła do drzwi. Poszliśmy
za nią. Nim dotarła do chodnika, Juancho zdążył podnieść pochlipującego
i przepraszającego mężczyznę i próbował wetknąć mu w ręce szlauch,
którym Horacio mył samochód, żeby sprzątnął swoją kupę. Cały kwartał
ulic cuchnął. Nikt nie miał odwagi się zbliżyć. Horacio rzucił:
"Juancho, przestań", ale po cichu.
Do akcji wkroczyła moja mama. Wszyscy czuli przed nią respekt, a zwłaszcza Juancho, gdyż zwykła mu dawać parę drobnych na wino, ilekroć
ją prosił; pozostali odnosili się do niej z szacunkiem, ponieważ była
kinezjolożką, lecz myśleli, że jest lekarką, i mówili na nią doktorka.
- Daj spokój. Niech sobie idzie i już. My posprzątamy. Jest pijany, nie
wie, co robi, nie ma powodu go bić.
Staruszek spojrzał na mamę, a ona zwróciła się do niego: "Proszę pana,
niech pan przeprosi i odjedzie". On coś wymamrotał, odrzucił szlauch i z ciągle opuszczonymi spodniami chciał odciągnąć wózek.
- Doktorka darowuje ci życie, czarny cwaniaczku, ale wózka nie
zabierzesz. Zapłacisz za ten chlew, łajzowaty dupku, tutaj na dzielni
się nie świni.
Mama próbowała powstrzymać Juancha, ale był pijany i wnerwiony i wznosił
okrzyki bojowe, a w oczach nie zostało mu ani trochę bieli, tylko czerń
i czerwień, jak kolory szortów, które miał na sobie. Stanął przed
wózkiem i nie pozwolił mężczyźnie go ruszyć. Bałam się, że dojdzie do
kolejnej bójki - a raczej tego, że Juancho znowu spuści mu łomot - lecz
mężczyzna jakby się ocknął. Zasunął suwak w spodniach - nie miały guzika
- i środkiem jezdni, jak poprzednio, odszedł w stronę ulicy Catamarca;
wszyscy odprowadzali go wzrokiem, Hiszpanie szeptali "coś okropnego",
synowie Coki podśmiewali się, a spośród dziewczyn stojących w drzwiach
garażu Valerii jedne nerwowo chichotały, inne zaś pospuszczały głowy,
jakby się wstydziły. Horacio rzucał pod nosem kurwami. Juancho wyciągnął
z wózka jakąś butelkę i cisnął nią w mężczyznę, jednak przeleciała
bardzo daleko od niego i roztrzaskała się o asfalt. Mężczyzna,
usłyszawszy hałas, wzdrygnął się, odwrócił i zawołał coś
niezrozumiałego. Nie wiedzieliśmy, czy mówi w obcym języku (ale jakim?),
czy po prostu jest zbyt pijany, żeby wyraźnie artykułować słowa. Jednak
zanim oddalił się zygzakiem, uciekając przed Juanchem, który gonił go z wrzaskiem, zupełnie przytomnie popatrzył na moją mamę i dwukrotnie
skinął głową. Jeszcze coś powiedział, wywracając oczami i obejmując
spojrzeniem cały kwartał ulic, a nawet więcej. Potem zniknął za rogiem.
Juancho, za bardzo narąbany, nie pobiegł za nim. Tylko dalej się
wydzierał, i to długo.
Weszliśmy do domu. Sąsiedzi pewnie wałkowali ten temat przez cały
wieczór, a nawet tydzień. Horacio sięgnął po szlauch, cały wkurwiony, i zasrane czarnuchy, zasrane czarnuchy.
W tej dzielnicy już nie da się żyć, stwierdziła mama i zamknęła żaluzję.
* * *
Ktoś, prawdopodobnie sam Juancho, odprowadził wózek na róg ulicy Tuyutí
i zostawił go przed opuszczonym domem do?i Rity, zmarłej rok wcześniej.
Po kilku dniach nikt nie zwracał na niego uwagi. Z początku jeszcze tak,
gdyż spodziewano się, że przybysz ze slumsów - no bo niby kim innym
mógłby być - po niego wróci. Jednak się nie pojawił i nikt nie wiedział,
co zrobić z jego rzeczami. Więc tam zostały i któregoś dnia zmokły na
deszczu, a wilgotne kartony zbutwiały i śmierdziały. W tym syfie
cuchnęło coś jeszcze, prawdopodobnie psująca się żywność, lecz
obrzydzenie nie pozwalało nikomu go sprzątnąć. Wystarczyło omijać go z daleka, chodzić pod ścianami domów i nie patrzeć. W dzielnicy zawsze
unosił się smród zielonkawego szlamu, zbierającego się w rynsztokach
wzdłuż chodników oraz od strony Riachuelo, ilekroć zawiał stamtąd pewien
określony wiatr, szczególnie o zmierzchu.
Wszystko zaczęło się po jakichś piętnastu dniach od pojawienia się
wózka. A może i wcześniej, jednak potrzebne było nagromadzenie
nieszczęść, aby w dzielnicy zdano sobie sprawę, że dzieje się coś
dziwnego. Pierwszy był Horacio. Miał w centrum knajpę, dobrze mu szło.
Którejś nocy, kiedy podliczał kasę, weszli złodzieje i wszystko zabrali.
Zdarza się. Jednak tej samej nocy, kiedy złożywszy wcześniej doniesienie
- na próżno, jak w większości kradzieży, między innymi dlatego, że
dranie przyszli zamaskowani - poszedł do bankomatu, żeby wypłacić forsę,
odkrył, że na koncie nie ma ani jednego peso. Zwrócił się do banku,
narobił rabanu, skopał drzwi, chciał rzucić się pracownikowi do gardła i dotarł nawet do kierownika oddziału, a następnie do przedstawiciela
sieci bankowej. Jednak nic to nie dało: pieniędzy nie było, ktoś je
podjął, a Horacio z dnia na dzień został zrujnowany. Sprzedał samochód.
Dano mu mniej, niż się spodziewał.
Obaj synowie Coki stracili pracę w warsztacie samochodowym przy alei.
Bez wypowiedzenia; właściciel nawet im się nie tłumaczył. Rzucili mu
parę kurew, a on wyniósł ich na kopach. W dodatku Coce nie przyznano
renty. Chłopaki przez tydzień szukali pracy, po czym zabrali się do
wydawania swoich oszczędności na piwo. Coca położyła się do łóżka,
mówiąc, że chce umrzeć. Nigdzie nie dawano im na krechę. Nawet na
autobus nie mieli.
Hiszpanie musieli zamknąć sklepik. Bo nie chodziło tylko o synów Coki
albo o Horacia; każdy sąsiad nagle, w ciągu paru dni, stracił wszystko.
Towar z kiosku w tajemniczy sposób zniknął. Taksówkarzowi ukradziono
auto. Mąż i jedyny żywiciel rodziny Mari, cieśla, spadł z rusztowania i umarł. Dziewczęta musiały odejść z prywatnych szkół, gdyż rodzice nie
mogli za nie płacić: dentysta nie miał już klienteli, modystka podobnie,
a rzeźnikowi spięcie elektryczne przepaliło wszystkie lodówki.
Po dwóch miesiącach nikt w dzielnicy nie miał już telefonu, bo nie było
go stać. Po trzech musiano odłączyć kable elektryczne, z powodu braku
opłat za światło. Synowie Coki poszli kraść i jeden z nich, ten mniej
wprawny, wpadł w łapy policji. Drugi którejś nocy nie wrócił; może
został zabity. Taksówkarz piechotą zapuścił się na drugą stronę alei.
Tam, opowiadał, wszystko było w najlepszym porządku. Jeszcze przez trzy
miesiące po tym, jak się to wszystko zaczęło, w sklepach po drugiej
stronie dawano na zeszyt. W końcu jednak przestano.
Horacio wystawił dom na sprzedaż.
Wszyscy zamykali drzwi na stare kłódki, bo na alarmy ani skuteczniejsze
zamki nie było forsy; z domów zaczęły znikać rzeczy, telewizory i odbiorniki radiowe, i wieże stereo, i komputery, i widać było, jak
niektórzy sąsiedzi, we dwóch albo trzech, taszczą AGD w wózkach z supermarketów albo na własnych barkach. Wszystko zawozili do lombardów
albo sklepów z używanym sprzętem po drugiej stronie alei. Tymczasem inni
sąsiedzi zorganizowali się i kiedy próbowano wyważyć im drzwi, ściskali
w dłoniach scyzoryki albo rewolwery, o ile takowe mieli. Cholo z warzywniaka za rogiem zdzielił taksówkarza w łeb żelaznym prętem,
którego używał przy grillu. Początkowo grupa kobiet skrzyknęła się, żeby
rozdawać jedzenie pozostałe w zamrażarkach, jednak kiedy wyszło na jaw,
że niektóre kłamały i chowały je dla siebie, dobrą wolę diabli wzięli.
Coca zjadła swojego kota, a następnie popełniła samobójstwo. Trzeba było
pójść do siedziby opieki społecznej przy alei, żeby wywieziono ciało i pochowano je za friko. Jeden z tamtejszych pracowników chciał się
dowiedzieć czegoś więcej, opowiedziano mu, i przyjechała telewizja z kamerami, żeby nagrać materiał dotyczący lokalnego pecha, który trzy
kwartały ulic w dzielnicy pogrążył w nędzy. Przede wszystkim chciano
ustalić, dlaczego sąsiedzi mieszkający dalej, o cztery przecznice na
przykład, nie byli solidarni.
Przybyli asystenci społeczni i rozdali jedzenie, lecz jedynie wywołali
kolejne wojny. Po pięciu miesiącach nie przyjeżdżała nawet policja i ci,
którzy jeszcze chodzili oglądać telewizję na odbiornikach wystawionych w salonach ze sprzętem AGD przy alei, opowiadali, że w wiadomościach nie
mówiono o niczym innym. Jednak nagle zostali odizolowani, gdyż ci z alei
kazali im się wynosić, kiedy tylko ich rozpoznawali.
Mówię "zostali", gdyż my mieliśmy i telewizję, i prąd, i gaz, i telefon.
Zapewnialiśmy, że nie, i mieszkaliśmy tak samo pozamykani jak inni;
jeśli mijaliśmy kogoś, kłamaliśmy: zjedliśmy psa, zjedliśmy rośliny,
Diego - mój brat - wziął na krechę w sklepie o dwadzieścia przecznic
stąd. Mama, żeby wyjść do pracy, skakała po dachach (w dzielnicy, w której wszystkie domy były niskie, nie było to takie trudne). Tata nadal
mógł podejmować swoją emeryturę z bankomatu, a za media płaciliśmy
online, gdyż jeszcze mieliśmy internet. Nie zostaliśmy okradzeni; może
przez szacunek dla doktorki albo bardzo dobre działania z naszej strony.
To Juancho, zwędziwszy alkohol z odległego supermarketu, siedząc na
chodniku i pijąc wino z gwinta, zaczął krzyczeć i rzucać kurwami. "To
przez ten pieprzony wózek, wózek tego śmierdziela ze slumsów". Całe
godziny krzyczał, całe godziny chodził po ulicy, walił w drzwi i okna:
"To ten wózek, to wina tego starucha, trzeba po niego iść, zasrani
tchórze, zrobił nam macumbę". Po Juanchu bardziej było widać, że jest
głodny, niż po wszystkich pozostałych, gdyż nigdy niczego nie miał i żył
z datków, jakie uzbierał każdego dnia, dzwoniąc do drzwi (zawsze coś mu
dawano, ze strachu albo z litości, kto to wie). Tamtej nocy podpalił
wózek, a sąsiedzi z okien obserwowali płomienie. Juancho miał trochę
racji. Wszyscy myśleli, że to przez niego. Przez coś, co było w środku.
Coś zaraźliwego, co się przywlokło ze slumsów.
Tej samej nocy tata zebrał nas w jadalni na naradę. Powiedział, że
musimy się wynieść. Że zorientują się, że jesteśmy uodpornieni. Że Mari,
sąsiadka mieszkająca obok, coś podejrzewa, bo raczej trudno było ukryć
zapach jedzenia, chociaż gotowaliśmy, pilnując, żeby dym albo zapach nie
wydostał się spod drzwi uszczelnionych taśmą. Że szczęście w końcu nas
opuści, że wszystko gnije. Mama zgodziła się z nim. Stwierdziła, że
widziano ją, jak skacze z dachu od strony podwórza. Nie ma pewności, ale
czuła się obserwowana. Diego również. Opowiedział, że pewnego wieczoru,
unosząc żaluzje, zobaczył, jak kilkoro sąsiadów ucieka, ale że inni
patrzyli na niego wyzywająco; ze złością, już oszaleli. Prawie nikt nas
nie widywał, gdyż żyliśmy w zamknięciu, jednak chcąc dalej udawać,
musieliśmy szybko się wynieść. I nie byliśmy wychudzeni ani mizerni.
Tylko przerażeni, jednak strach nie przypomina rozpaczy.
Wysłuchaliśmy planu taty, który nie wydał się nam zbyt rozsądny. Mama
przedstawiła swój, nieco lepszy, ale też nic takiego. Przyjęliśmy plan
Diega: mój brat zawsze potrafił myśleć jasno i bardziej trzeźwo.
Poszliśmy do łóżek, jednak żadne nie mogło zasnąć. Długo kręciłam się w pościeli, aż na koniec zapukałam do drzwi pokoju brata. Zastałam go
siedzącego na podłodze. Był bardzo blady, jak my wszyscy, z braku
słońca. Zapytałam, czy uważa, że Juancho ma rację. Skinął głową.
- Mama nas uratowała. Widziałaś, jak ten facet na nią spojrzał, zanim
odszedł? Uratowała nas.
- Na razie - powiedziałam.
- Na razie - odpowiedział.
Tamtej nocy poczuliśmy zapach przypalonego mięsa. Mama była w kuchni;
poszliśmy ją zrugać, oszalała, piec befsztyk na grillu o tej porze,
zorientują się. Jednak mama stała przy kuchennym blacie i dygotała.
- To nie jest zwykłe mięso - rzuciła.
Uchyliliśmy lekko żaluzję i popatrzyliśmy w górę. Zobaczyliśmy, że dym
pochodzi z tarasu domu naprzeciwko. I jest czarny, i pachnie jak żaden
inny znany dym.
- Przeklęty stary skurwiel ze slumsów - powiedziała mama i zaczęła
płakać.
Cysterna
I am terrified by the dark thing
That sleeps in me;
All day I feel its soft, feathery turnings, its malignity1.
Sylvia Plath
Josefina pamiętała upał i ścisk wewnątrz
renaulta 12, jakby ta podróż odbyła się zaledwie kilka dni wcześniej, a nie kiedy miała sześć lat, zaraz po Bożym Narodzeniu, w duszny i słoneczny styczniowy dzień. Ojciec prowadził, niemal się nie odzywając;
matka siedziała na przednim fotelu, na tylnym zaś tkwiła ona, uwięziona
między swoją siostrą a babcią Ritą, która obierała mandarynki, od czego
w samochodzie roznosił się zapach przegrzanych owoców. Jechali na
wakacje do Corrientes, w odwiedziny do wujostwa ze strony matki, ale
była to zaledwie część ważnego planu, którego Josefina nie mogła się
domyślać. Pamiętała, że nikt nie kwapił się do rozmowy; babcia i matka
założyły ciemne okulary i otwierały usta jedynie po to, żeby przestrzec
ojca, kiedy jakaś ciężarówka przejeżdżała za blisko ich auta, albo
poprosić, by zwolnił, gdyż w każdej chwili spodziewały się wypadku.
Bały się. Stale się bały. Latem, kiedy Josefina i Mariela chciały się
wykąpać w plastikowym baseniku, babcia Rita napełniała go na głębokość
zaledwie dziesięciu centymetrów i siedząc na patiu w cieniu cytrynowca,
pilnowała swoich baraszkujących wnuczek, aby zdążyć na czas, gdyby się
topiły. Josefina pamiętała, że mama zalewała się łzami i bladym świtem
wzywała lekarzy i pogotowie, jeśli ona lub siostra miały kilka kresek
temperatury. Albo gdy łapały lekki katar, nie puszczała ich do szkoły.
Nigdy nie pozwalała im spać u koleżanek i niechętnie się zgadzała, żeby
poszły się pobawić na dworze, a jeśli już, to widziały, jak nad nimi
czuwa, wyglądając zza firanki przez okno. Czasami Mariela w nocy
płakała, mówiła, że pod łóżkiem coś się rusza, i nigdy nie mogła zasnąć
przy zgaszonym świetle. Josefina jako jedyna niczego się nie bała,
podobnie jak jej ojciec. Do czasu tamtej podróży do Corrientes.
Ledwo pamiętała, ile dni spędzili u wujostwa, czy byli na bulwarze albo
czy spacerowali po deptaku. Za to doskonale przypominała sobie wizytę u do?i Irene. Tamtego dnia niebo było zachmurzone, a powietrze parne i ciężkie, jak zawsze przed burzą w Corrientes. Ojciec nie poszedł z nimi;
do?a Irene mieszkała niedaleko wujostwa i wszystkie cztery, w towarzystwie cioci Clarity, wybrały się piechotą. Nie nazywano jej
czarownicą, mówiono o niej Se?ora; jej dom miał od frontu piękne patio,
trochę zbyt gęsto obsadzone roślinami, na którym niemal pośrodku
znajdowała się pomalowana na biało cysterna na deszczówkę; widząc ją,
Josefina wyrwała się babci i nie słysząc okrzyków paniki, pobiegła, żeby
popatrzeć na nią z bliska i do niej zajrzeć. Nie zdołały jej zatrzymać,
dopóki nie zobaczyła głębokiego dna.
Matka wymierzyła Josefinie policzek, a ona byłaby się rozpłakała, gdyby
nie przywykła do takiego nerwowego karcenia, które kończyło się
szlochaniem i przytulaniem, i "córeńko, córciu kochana, a gdyby coś ci
się stało". Coś, czyli co, pomyślała Josefina. Przecież wcale nie
zamierzała się tam rzucać. Przecież nikt by jej nie wepchnął. Przecież
chciała tylko zobaczyć, czy woda odbije jej twarz, jak to zawsze bywało
w studniach z bajek; jej twarz niczym księżyc z jasnymi włosami w czarnej toni.
Josefina miło spędziła tamto popołudnie w domu Se?ory. Matka, babcia i siostra siedziały na ławkach, a jej pozwoliły myszkować wśród darów i świecidełek zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem ciocia Clarita,
paląc, czekała z szacunkiem na patiu. Se?ora coś mówiła albo się
modliła, lecz Josefina nie potrafiła sobie przypomnieć niczego dziwnego,
ani śpiewów, ani okadzania, ani nawet tego, czy ich dotykała. Tylko
szeptała na tyle cicho, żeby ona nie usłyszała, co mówi, ale jej to nie
obchodziło: na ołtarzu odkryła buciczki dla niemowlęcia, bukiety kwiatów
i suche gałązki, kolorowe i czarno-białe zdjęcia, krzyże przybrane
czerwonymi wstążkami, obrazki świętych, dużo różańców - z plastiku, z drewna, z posrebrzanego metalu - oraz brzydkie figurki świętego, do
którego modliła się babcia, San La Muerte, Świętego Umrzyka w postaci
szkieletu z kosą, różnych rozmiarów i z różnych materiałów; czasami
toporne, kiedy indziej rzeźbione z zachowaniem szczegółów, z czarnymi
wgłębieniami na gałki oczne i szerokim uśmiechem.
Po jakimś czasie Josefina zaczęła się nudzić i Se?ora powiedziała:
"Maleńka, może się prześpisz w fotelu, no idź". Usłuchała i od razu
zasnęła, na siedząco. Kiedy się obudziła, ciocia Clarita zdążyła już
sobie pójść; zmęczyła się czekaniem. Musiały wracać same. Josefina
pamiętała, że zanim wyszły, zamierzała znowu spróbować zajrzeć do
wnętrza cysterny, ale się nie odważyła. Było ciemno i biała farba lśniła
niczym kości Świętego Umrzyka; pierwszy raz obleciał ją strach. Kilka
dni później wrócili do Buenos Aires. Pierwszej nocy, kiedy Mariela
zgasiła nocną lampkę, Josefina nie mogła zasnąć.
* * *
Mariela spała smacznie w swoim łóżeczku na wprost niej, a lampka stała
teraz na stoliku przy łóżku Josefiny, która zaczynała być senna dopiero
wtedy, kiedy fosforyzujące wskazówki zegara z rysunkami postaci z serialu Hello Kitty pokazywały trzecią albo czwartą nad ranem. Mariela
tuliła do siebie swojego pluszaka, a Josefina widziała, że w półmroku
jego plastikowe oczy błyszczą jak ludzkie. Albo w środku nocy słyszała
pianie koguta i przypominała sobie - tylko kto jej to mówił? - że taki
dźwięk o tej porze oznacza, że ktoś umrze. I to pewnie miała być ona,
więc mierzyła sobie tętno; nauczyła się tego od mamy, która zawsze,
kiedy miały gorączkę, badała im puls. Jeśli był za szybki, Josefina tak
się bała, że nawet nie miała odwagi zawołać rodziców na ratunek. Jeśli
za wolny, kładła rękę na piersi, żeby sprawdzać, czy nie zamiera jej
serce. Czasami zasypiała, licząc jego uderzenia, czujnie śledząc
minutową wskazówkę. Pewnej nocy odkryła, że plama tynku na suficie,
dokładnie nad jej łóżkiem - poprawka po zacieku - ma kształt twarzy z rogami, oblicze diabła. O tym już powiedziała Marieli, ale siostra,
śmiejąc się, stwierdziła, że plamy są jak chmury i jeśli ktoś za bardzo
się im przygląda, może się dopatrzeć różnych kształtów. A ona nie widzi
żadnego diabła, dla niej to ptak na dwóch nogach. Innej nocy usłyszała
rżenie konia albo osła... lecz dłonie zaczęły się jej pocić, kiedy
pomyślała, że to musi być Alma Mula, duch zmarłej, który - zamieniony w muła - nie mógł zaznać spokoju i nocą wychodził sobie potruchtać. O tym
opowiedziała ojcu; ten pocałował ją w głowę, powiedział, że to głupstwa,
a wieczorem usłyszała, jak krzyczał do mamy: "Niech twoja stara
przestanie opowiadać małej bzdury! Nie życzę sobie, żeby jej zapychała
nimi głowę, zasrana durna baba!". Babcia zaprzeczyła, jakoby coś jej
opowiadała, i nie kłamała. Josefina nie miała pojęcia, skąd jej się to
brało, ale czuła, że o tym wszystkim w i e, tak jak wiedziała, że nie
może zbliżać ręki do płomienia kuchenki, bo się sparzy, albo że jesienią
musi na bluzę wkładać kurteczkę, bo w nocy robi się chłodno.
Wiele lat później, siedząc przed jednym ze swoich kolejnych psychologów,
próbowała sobie wytłumaczyć i zracjonalizować każdy dawny lęk: to, co
Mariela powiedziała o plamie na tynku, mogło być prawdą; może usłyszała,
jak babcia opowiada te historie, bo stanowiły część mitologii prowincji
Corrientes; może jakiś sąsiad miał kurnik; może muł należał do
właścicieli skupu butelek, którzy mieszkali za rogiem. Ale nie wierzyła
w te wyjaśnienia. Mama zwykła chodzić z nią na sesje i tłumaczyć, że ona
i jej matka były "strachliwe" i "miały fobie"; że zapewne mogły zarazić
nimi Josefinę, ale już im lepiej, a Mariela przestała cierpieć na lęki
nocne, tak więc "to z José" to kwestia czasu.
Jednak ów czas przeciągnął się na lata i Josefina znienawidziła ojca, bo
któregoś dnia odszedł i zostawił ją samą z tymi kobietami, które teraz,
po długim okresie niewychodzenia z domu, planowały wakacje i wyjazdy na
weekend, podczas gdy jej robiło się niedobrze, ledwo dotarła do drzwi;
nienawidziła tego, że musiała odejść ze szkoły i że matka towarzyszyła
jej przy zdawaniu egzaminów na koniec każdej klasy; tego, że jedyni
chłopcy, którzy je odwiedzali, byli kolegami Marieli; nienawidziła,
kiedy mówili o "tym z José", zniżając głos, a przede wszystkim
nienawidziła spędzać całych dni w swoim pokoju, na lekturze opowiadań,
nocami przeradzających się w koszmary. Przeczytała historię o Anahí i kwiecie puchowca i w snach objawiła się jej kobieta w płomieniach;
przeczytała o urutaú i teraz przed zaśnięciem słyszała tego ptaka,
który w rzeczywistości był zmarłą dziewczynką płaczącą pod jej oknem.
Nie mogła pójść do dzielnicy La Boca, bo wydawało się jej, że pod
powierzchnią wody czarnej rzeczki kryją się topielcy i z pewnością
zechcą się wynurzyć, kiedy ona stanie na brzegu. Nigdy nie spała, mając
jedną nogę odkrytą, bo spodziewała się muśnięcia czyjejś zimnej ręki.
Kiedy jej mama musiała wyjść, zostawała pod opieką babci Rity, a jeśli
spóźniała się więcej niż pół godziny, Josefina wymiotowała, gdyż mogło
to oznaczać jedynie to, że zginęła w wypadku. Pędem przebiegała obok
portretu nieżyjącego dziadka, którego nigdy nie poznała, bo czuła, że
wodzi za nią czarnymi oczami, i nigdy się nie zbliżała do pokoju ze
starym pianinem mamy, bo wiedziała, że kiedy nikt na nim nie gra, robi
to diabeł.
* * *
Siedząc w fotelu z włosami tak przetłuszczonymi, że wydawało się, iż
stale są mokre, patrzyła na świat, który powoli traciła. Nawet nie
poszła na piętnaste urodziny siostry i wiedziała, że Mariela była jej za
to wdzięczna. Od dawna krążyła od jednego psychiatry do drugiego i pewne
tabletki pozwoliły jej rozpocząć szkołę średnią, jednak dobrnęła tylko
do trzeciej klasy, kiedy odkryła, że na szkolnych korytarzach, poza
szmerem rozmów kolegów umawiających się na imprezy i pijaństwa, słychać
także inne głosy; kiedy robiąc siusiu, w prześwicie drzwi kabiny
zobaczyła czyjeś nagie stopy chodzące po kafelkach, a koleżanka
powiedziała jej, że to pewnie zakonnica, która przed laty popełniła
samobójstwo, wieszając się na maszcie. Na próżno mama, dyrektorka i pedagog szkolny zapewniali ją, że nigdy żadna zakonnica na dziedzińcu
się nie zabiła; Josefina już miała koszmarne wizje Świętego Serca
Jezusa, otwartej piersi Chrystusa, która w snach broczyła krwią,
zalewając jej twarz; Łazarza, bladego i gnijącego, który wstawał z grobu
w skałach; aniołów, które chciały ją zgwałcić.
Tak więc znowu zostawała w domu i na podstawie świadectwa lekarskiego na
koniec każdego roku zdawała egzaminy. A tymczasem Mariela wracała o świcie samochodami, które z piskiem opon hamowały pod drzwiami, i u schyłku nocy pełnej przygód, których Josefina nie potrafiła sobie nawet
wyobrazić, słychać było nawoływania chłopaków. Zazdrościła Marieli,
nawet kiedy mama na nią krzyczała, że nie ma z czego opłacić rachunku za
telefon; gdyby tak ona miała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Bo nic
jej nie dawała terapia grupowa, te wszystkie dzieciaki, które miały
prawdziwe problemy, nieobecnych rodziców albo dzieciństwo pełne
przemocy, i opowiadały o dragach i seksie, i anoreksji, i braku miłości.
A mimo to nadal na nią jeździła, zawsze taksówką, tam i z powrotem, a taksówkarz musiał być stale ten sam i czekać na nią pod drzwiami, bo
miała nudności i bicie serca nie dawało jej oddychać, jeśli zostawała
sama na ulicy. Od czasu tamtej podróży do Corrientes nie wsiadła do
autobusu, a jedyny raz, kiedy znalazła się w metrze, tak krzyczała, że
aż straciła głos, i matka musiała z nią wysiąść na następnej stacji;
szarpała ją wtedy i ciągnęła po schodach, ale Josefinie było wszystko
jedno, bo za wszelką cenę musiała wyjść z owego zamknięcia, owego
hałasu, owej wijącej się ciemności.
* * *
Nowe tabletki, niebieskie, jeszcze niemal w fazie eksperymentu,
błyszczące, jakby dopiero co opuściły laboratorium, były łatwe do
połknięcia i już po chwili sprawiały, że chodnik nie wydawał się polem
minowym; dzięki nim nawet spała i nie miała snów, które potrafiłaby
zapamiętać, a kiedy pewnej nocy zgasiła lampkę, nie poczuła, że pościel
robi się zimna jak mogiła. Nadal się bała, ale umiała sama pójść do
kiosku, nie będąc przekonaną, że po drodze umrze. Wydawało się, że
Mariela odczuwa z tego powodu większy entuzjazm niż ona sama.
Zaproponowała jej wspólny wypad na kawę i Josefina - co prawda taksówką
w tę i we w tę - odważyła się to zrobić; tamtego wieczoru porozmawiała
sobie z siostrą jak nigdy dotąd i sama była zaskoczona, że planują
pójście do kina (Mariela obiecała, że wyjdą w połowie filmu, jeśli
będzie trzeba), a nawet przyłapała się na tym, jak wyznaje, że może
miałaby chęć iść na studia, o ile w aulach nie byłoby zbyt dużo ludzi i miałaby blisko do okien albo drzwi. Mariela przytuliła ją, wcale się
tego nie wstydząc, strącając przy tym na podłogę jedną z filiżanek,
która pękła dokładnie na pół. Kelner pozbierał skorupy z uśmiechem;
jakżeby nie, przecież Mariela była piękna z tymi swoimi kosmykami
jasnych włosów nad czołem, grubymi, wiecznie wilgotnymi wargami i oczami
ledwie podkreślonymi czarną kreską, tak żeby zieleń ich tęczówek
hipnotyzowała wszystkich, którzy w nie spojrzeli.
Wiele razy wychodziły na kawę - to z kinem nigdy nie doszło do skutku -
i kiedyś Mariela przyniosła programy studiów na kierunkach, które
mogłyby się Josefinie spodobać: antropologii, socjologii, humanistyce.
Robiła jednak wrażenie niespokojnej, i to nie była już ta nerwowość z pierwszych wyjść, kiedy musiała być przygotowana, że trzeba będzie
pilnie wezwać taksówkę albo w najgorszym przypadku karetkę i odwieźć
Josefinę z powrotem do domu lub na ostry dyżur. Schowała kosmyki długich
jasnych włosów za uszy i zapaliła papierosa.
- José - powiedziała. - Jest pewna sprawa.
- Jaka?
- Pamiętasz, jak pojechaliśmy do Corrientes? Ty mogłaś mieć jakieś sześć
lat, ja osiem...
- No.
- A pamiętasz, jak poszłyśmy do czarownicy? Mama i babcia miały to samo
co ty, to samiusieńko, cały czas się bały, więc chciały się wyleczyć.
Josefina słuchała teraz uważnie. Serce biło jej bardzo szybko, ale
wzięła głęboki wdech, wytarła dłonie o spodnie i spróbowała się
skoncentrować na tym, co mówiła siostra, tak jak jej to zalecił
psychiatra ("Kiedy nadchodzi lęk", powiedział, "skup się na czymś innym.
Czymkolwiek. Popatrz, co czyta osoba obok ciebie. Oglądaj plakaty
reklamowe albo policz, ile czerwonych samochodów przejeżdża ulicą").
- I ja pamiętam, jak czarownica powiedziała, że mogą wrócić, jeśli znowu
by to miały. Może byś pojechała. Teraz, kiedy już ci lepiej. Wiem, że to
szaleństwo, jestem jak babcia z tymi jej prowincjonalnymi głupotami,
jednak im przeszło, tak czy nie?
- Mariela, ja nie mogę podróżować. Wiesz, że nie.
- A jeśli pojadę z tobą? Ja stawiam, serio. Dobrze to zaplanujemy.
- Nie dam rady. Nie potrafię.
- Dobra. Jasne, że dasz, przemyśl to, co ci szkodzi? Pomogę ci, serio.
* * *
Tamtego ranka, kiedy Josefina próbowała wyjść z domu, żeby się zapisać
na uniwersytet, odkryła, że odległość od drzwi do taksówki jest dla niej
nie do pokonania. Jeszcze zanim postawiła stopę na chodniku, drżały jej
kolana i płakała. Od kilku dni obserwowała zastój, a nawet regres w efektach, jakie dotychczas przynosiły tabletki; wróciła owa niemożność
napełnienia płuc, a raczej obsesyjna uwaga, którą poświęcała każdemu
wdechowi, jakby musiała kontrolować dopływ powietrza, żeby mechanizm
mógł funkcjonować; jakby sama sobie robiła sztuczne oddychanie metodą
usta-usta, chcąc pozostać przy życiu. Znowu wobec najdrobniejszej zmiany
miejsca przedmiotów w jej pokoju ogarniał ją paraliż; znowu, żeby
zasnąć, musiała zapalać już nie tylko nocną lampkę, ale i telewizor oraz
światło na suficie, bo nie mogła znieść choćby jednego cienia. Czekała
na kolejne objawy, rozpoznawała je; jednak oprócz tej rezygnacji i rozpaczy pierwszy raz poczuła coś jeszcze. Gniew. A także wyczerpanie,
jednak nie chciała wracać do łóżka i tam próbować opanować drżenia i tachykardii ani w piżamie wlec się na fotel, żeby rozmyślać o swoim
dalszym życiu, o przyszłości w jakimś szpitalu psychiatrycznym albo o prywatnych pielęgniarkach, bo przecież nie mogła się uciec do
samobójstwa, skoro tak bardzo bała się umrzeć!
W zamian za to zaczęła myśleć o Corrientes i o Se?orze. I o tym, jak
wyglądało życie w jej domu przed tamtą podróżą. Przypomniała sobie
babcię płaczącą w kucki przy łóżku, modlącą się, żeby burza ustała, bo
bała się piorunów, grzmotów, błyskawic, a nawet deszczu. Przypomniała
sobie, jak mama szeroko otwartymi oczami wyglądała przez okno, ilekroć
ulica była zalewana, i jak krzyczała, że jeśli woda nie opadnie, wszyscy
się potopią. Przypomniała sobie, że Mariela nigdy nie chciała się bawić
z dziećmi sąsiadów, nawet kiedy po nią przychodziły, i tuliła do siebie
swoje lalki, jakby się bała, że je ukradną. Przypomniała sobie, że
ojciec raz w tygodniu zawoził mamę do psychiatry, a ona zawsze wracała
na wpół śpiąca i szła prosto do łóżka. A nawet przypomniała sobie do?ę
Carmen, która robiła zakupy i odbierała rentę babci, bo ta nie chciała -
nie mogła, teraz Josefina to wiedziała - wychodzić z domu. Do?a Carmen
nie żyła od dziesięciu lat, o dwa dłużej niż babcia, ale od tamtej
podróży do Corrientes odwiedzała ją tylko po to, żeby napić się herbaty,
bo całe to izolowanie się i lęki ustały. Dla nich. Bo dla Josefiny
dopiero się zaczęły.
Co takiego zaszło w Corrientes? Czyżby Se?ora zapomniała ją "uzdrowić"?
Ale przecież nie miała z czego jej uzdrawiać, skoro Josefina się nie
bała. Jednak w takim razie, jeśli wkrótce potem zaczęła się uskarżać na
to samo co tamte, czemu nie zawiozły jej do Se?ory? Bo jej nie kochały?
A jeśli Mariela się myli? Josefina zaczęła pojmować, że ów gniew stanowi
granicę i jeśli się go nie uchwyci i nie pozwoli mu się zawieźć
dalekobieżnym autobusem do Se?ory, nigdy nie zdoła wyjść ze swojego
odosobnienia, oraz że podejmując tę próbę, warto umrzeć.
Któregoś dnia wstała przed świtem i zaczekała na Marielę, a kiedy
wróciła, na rozjaśnienie umysłu podała jej kawę.
- Mariela, jedziemy. Dam radę.
- Dokąd?
Josefina przestraszyła się, że siostra odstąpi od swego pomysłu, cofnie
obietnicę, jednak zdała sobie sprawę, że tamta jej nie rozumie tylko
dlatego, że jest całkiem pijana.
- Do Corrientes, do czarownicy.
W jednej chwili Mariela popatrzyła na nią trzeźwym wzrokiem.
- Jesteś pewna?
- Już to przemyślałam, łyknę dużo tabletek i prześpię całą drogę. A jak
mi będzie niedobrze... wezmę więcej. One nic nie zrobią. Najwyżej będę
dużo spać.
* * *
Josefina wsiadła do autobusu prawie na śpiąco; czekała na jego przyjazd,
siedząc na ławce obok siostry i chrapiąc z głową opartą o torbę. Mariela
przestraszyła się, widząc, że bierze aż pięć tabletek i popija łykiem
seven-upa, ale nic nie powiedziała. I zadziałało, bo Josefina obudziła
się dopiero na terminalu w Corrientes, z kwaśnym posmakiem w ustach i bólem głowy. Przez całą drogę taksówką do domu wujostwa siostra
obejmowała ją ramieniem, a Josefina próbowała nie połamać sobie zębów,
tak nimi dzwoniła. Poszła prosto do pokoju cioci Clarity, która na nie
czekała, i nie przyjęła ani jedzenia, ani picia, ani odwiedzin krewnych;
z trudem otwierała usta, żeby przełknąć kolejne tabletki, bolały ją
szczęki i nie mogła zapomnieć błysku nienawiści i paniki w oczach matki,
kiedy jej powiedziała, że pojedzie do czarownicy, ani tego, jak tamta
triumfalnym tonem rzuciła: "Dobrze wiesz, że gówno ci to da". Mariela
krzyknęła do niej "ty kurwo, stara krowo" i nie chciała słuchać żadnych
wyjaśnień; zamknięta w sypialni z Josefiną, przez całą noc nie spała,
tylko bez słowa paliła i wybierała lekkie T-shirty i spodnie odpowiednie
na upał w Corrientes. Kiedy wychodziły na dworzec, Josefina była już
otumaniona, jednak na tyle przytomna, by zauważyć, iż matka nie opuściła
swojego pokoju, żeby się z nimi pożegnać.
Ciocia Clarita powiedziała, że Se?ora nadal mieszka w tym samym miejscu,
ale jest bardzo wiekowa i już nie otwiera ludziom przychodzącym z prośbami. Mariela się uparła: przyjechały do Corrientes tylko po to,
żeby się z nią spotkać, i nie wyjadą, dopóki ich nie przyjmie. W oczach
Clarity czaił się ten sam lęk co u jej matki, zdała sobie sprawę
Josefina. I zrozumiała również, że z nimi nie pójdzie, toteż ścisnęła
Marielę za ramię, żeby przerwać jej krzyki ("Ale co z tobą, do cholery,
czemu ty też nie chcesz jej pomóc, nie widzisz, jak ona wygląda?!"), i szepnęła: "Idziemy same". Pokonując trzy przecznice dzielące je od domu
Se?ory, które wydawały się kilometrami, Josefina myślała o owym "nie
widzisz, jak ona wygląda?!" i poczuła gniew na siostrę. Ona także
mogłaby być ładna, gdyby nie wypadały jej włosy, gdyby nie miała nad
czołem tych prześwitów, w których widać było pokrytą meszkiem skórę;
mogłaby mieć takie długie i mocne nogi, gdyby dała radę obejść bodaj
jeden kwartał ulic; potrafiłaby się malować, gdyby miała po co i dla
kogo; jej ręce byłyby piękne, gdyby nie obgryzała paznokci; jej skóra
byłaby złotawa jak u Marieli, gdyby słońce częściej jej dotykało. I nie
miałaby stale zaczerwienionych i podkrążonych oczu, gdyby mogła spać, a jej rozrywką byłoby coś więcej niż tylko telewizja albo internet.
Na patiu Se?ory Mariela musiała zaklaskać, żeby tamta otworzyła drzwi,
gdyż w domu nie było dzwonka. Josefina rozejrzała się po ogrodzie, który
teraz wyglądał na bardzo zaniedbany, róże umierały z gorąca, białe lilie
były bez życia, za to wszędzie rozsiała się ruta, wyrastając na
niebywałą wysokość. Se?ora stanęła w progu, kiedy Josefina wypatrzyła
cysternę, niemal ukrytą w zaroślach; biała farba tak poodpadała, że
wyzierały spod niej czerwone cegły.
Se?ora natychmiast je poznała i wpuściła do środka. Jakby na nie
czekała. Ołtarz nadal stał, ale leżało na nim trzy razy więcej darów
oraz ogromny San La Muerte wielkości kościelnego krucyfiksu; w pustych
oczodołach migotały mu błyszczące światełka, zapewne z elektrycznego
bożonarodzeniowego łańcucha. Chciała posadzić Josefinę w tym samym
fotelu, w którym dwadzieścia lat wcześniej zasnęła, ale musiała pobiec
po wiadro, bo Josefinie zaczęło się zbierać na mdłości; zwymiotowała
żółcią i poczuła, że serce podchodzi jej do gardła i dławi, ale Se?ora
położyła jej rękę na czole.
- Oddychaj głęboko, dziecinko, oddychaj.
Josefina usłuchała i pierwszy raz od wielu lat znowu poczuła ulgę oraz
to, że jej płuca są pełne powietrza, wolne, już nie ściśnięte między
żebrami. Miała ochotę się rozpłakać, dziękować; była pewna, że Se?ora ją
uzdrowiła. Ale kiedy, starając się uśmiechnąć przez zaciśnięte zęby,
podniosła głowę, żeby spojrzeć jej w oczy, dostrzegła w nich żal i poczucie winy.
- Dziecko, nic nie poradzę. Kiedy cię tu przywiozły, już było gotowe.
Musiałam je wrzucić do cysterny. Wiedziałam, że święci mi tego nie
darują; że A?á, utopiec, z powrotem cię tu sprowadzi.
Josefina pokręciła przecząco głową. Czuła się dobrze. Co ona jej chciała
powiedzieć? Czy naprawdę tak się zestarzała, że już się jej pomieszało w głowie, jak twierdziła ciocia Clarita? Ale Se?ora z westchnieniem
wstała, podeszła do ołtarza i wzięła stamtąd jakieś stare zdjęcie.
Josefina poznała je: mama i babcia siedziały w fotelach, między nimi po
prawej stronie stała Mariela, a po lewej, tam, gdzie powinna stać ona,
wycięto dziurę.
- Było mi ich żal, bardzo żal. Wszystkie trzy miały niedobre myśli,
gęsią skórę, od wielu lat ciążył na nich zły urok. Już na sam ich widok
obleciał mnie strach, odbijało mi się, nie mogłam zdjąć tych czarów.
- Jakich czarów?
- Dawnych czarów, dziecinko, czarów, o których nie wolno mówić. - Se?ora
zrobiła znak krzyża. - Nawet Chrystus Podwójnej Światłości nie dał rady,
oj nie. Stary był. A one były bardzo udręczone. Jednak ty, maleńka, nie.
Nie byłaś dręczona. Nie wiem dlaczego.
- Dręczona przez co?
- Złe czary! Nie wolno o nich mówić. - Se?ora podniosła palec do warg,
prosząc o ciszę, i zamknęła oczy. - Nie mogłam usunąć z nich tej
zgnilizny i wchłonąć w siebie, bo nie mam takiej mocy, i nikt jej nie
ma. Nie mogłam jej upłynnić, nie mogłam odczynić. Mogłam ją tylko
przenieść, i przeniosłam. Na ciebie, dziecinko, kiedy tu spałaś. Święty
mówił, że nie będzie cię tak dręczył, bo byłaś czysta. Ale mnie oszukał
albo go nie zrozumiałam. One chciały przerzucić te uroki na ciebie,
mówiły, że się o ciebie zatroszczą. Jednak się nie zatroszczyły. A ja je
musiałam wrzucić. To zdjęcie, wrzuciłam je do cysterny. I nie można go
wyłowić. Nigdy nie zdołam zdjąć z ciebie tych czarów, bo one są w wodzie, razem z twoim zdjęciem, a ono już pewnie zgniło. Tam zostały, na
twoim zdjęciu, przywarły do ciebie.
Se?ora zasłoniła sobie twarz rękoma. Josefinie wydawało się, że Mariela
płacze, ale nie zwracała na nią uwagi, bo starała się zrozumieć.
- Same chciały się uratować, dziecko. Ona też. - I pokazała na Marielę.
- Była mała, ale już zepsuta, o tak.
Josefina podniosła się, oddychając resztką powietrza, jakie zostało jej
w płucach, z nowymi siłami, od których poczuła, że stoi mocno na nogach.
To nie miało długo potrwać, była tego pewna, ale niechby wystarczyło;
niechby wystarczyło, żeby dobiec do cysterny i rzucić się do deszczówki,
i oby była bez dna; utonąć w niej razem z tym zdjęciem i podstępem.
Se?ora i Mariela nie ruszyły za nią, a Josefina pobiegła najszybciej,
jak potrafiła, jednak kiedy dotarła na miejsce, jej wilgotne dłonie
ześlizgnęły się z krawędzi, kolana zesztywniały i nie mogła, nie mogła
się wspiąć; ledwo udało się jej dostrzec w wodzie swoją twarz, po czym
opadła w wybujałe trawy, siedziała i zanosiła się tłumionym płaczem, bo
się bała, tak bardzo bała się skoczyć.
Rambla Smutna
Mądrze, podstępnie, owo miasto
bierze odwet.
Manuel Delgado
Możliwe, że nos zatkany z powodu
przeziębienia - w samolotach zawsze łapała jakiegoś wirusa - wywołał u niej zaburzenie węchu; to musiało być to, jednak kiedy smarkała w papierową chusteczkę i mogła wziąć wdech, zapach był jeszcze gorszy. Nie
pamiętała, żeby Barcelona była taka brudna, przynajmniej nie zauważyła
tego podczas swojej pierwszej podróży, jakieś pięć lat wcześniej. Jednak
to musiało być przeziębienie, może jakiś śmierdzący gil, który gdzieś
jej utknął, ponieważ mijając kolejne przecznice, nie czuła absolutnie
nic i nagle fetor atakował i wywoływał u niej gwałtowny odruch wymiotny.
Cuchnęło zdechłym psem, rozkładającym się na poboczu szosy, zepsutym
mięsem zapomnianym w lodówce, przybierającym purpurowy kolor czerwonego
wina. Smród przyczajał się, a jego podmuchy rujnowały najpiękniejsze
ulice, malownicze zaułki z bielizną rozwieszoną między jednym balkonem a drugim, niepozwalającą dostrzec nieba. Docierały nawet do Rambli. Sofía
zaczęła z uwagą obserwować turystów, chcąc sprawdzić, czy jak ona
marszczą nosy, jednak nie zauważyła, aby ktokolwiek okazywał
obrzydzenie. Może to wyobraźnia, ponieważ miasto przestało się jej
podobać. Wąskie uliczki, które przedtem wydawały się romantyczne, teraz
napawały ją lękiem; bary straciły swój urok i przypominały te z Buenos
Aires, pełne pijaków, krzyczących albo silących się na głupie zaczepki;
upał, który wcześniej wydawał się śródziemnomorski, suchy i rozkoszny,
teraz był męczący. Jednak nie chciała mówić przyjaciołom o tych nowych
wrażeniach, wyjść na typową argentyńską turystkę, z wyższością
wytykającą defekty rajskiemu miastu.
Chciała wyjechać.
Może z powodu tej dziewczyny.
Pięć lat wcześniej na ulicy Escudellers, na całej jej długości, roiło
się od ćpunów leżących na chodnikach na stertach swoich wyświnionych
ciuchów. Teraz już ich tam nie było; zostali zapewne usunięci przez
policję, grzywny, mandaty, nie mówiąc o polewaczkach, które przez całą
noc sprzątały miasto, zraszając każde miejsce, gdzie ktoś mógłby
przysiąść i niewinnie wypić piwo albo zjeść kebab. Należało chodzić albo
korzystać z barów; ulice służyły jedynie do tego, żeby się nimi
przemieszczać. Przecinając dzielnicę Raval znanym sobie szlakiem,
ominęła niepokojącą ulicę Robadors - mroczną i pełną złodziei, jak
głosiła legenda podtrzymywana przez jej nazwę, której nikt nie ośmielał
się kwestionować - i dotarła do ulicy Marqués de Barbera, szerszej i jasnej. Przed nią, nieco chwiejnie, szła jakaś dziewczyna w zbyt niskich
i opiętych na biodrach dżinsach; spod krótkiego podkoszulka wylewał się
jej sflaczały brzuch, oponka białawego ciała z rozstępami, które łatwo
dałoby się ukryć pod długim i szerokim T-shirtem, jednak dziewczyna
wyraźnie miała w nosie estetykę. Były same; dochodziła zaledwie ósma
wieczór, lecz ulica o dziwo świeciła pustkami, nawet turyści z hostelu
obok kawiarenki internetowej nie wyszli na zewnątrz.
W pewnym momencie dziewczyna odwróciła się, spojrzała Sofíi w oczy i powiedziała z silnym katalońskim akcentem, chociaż bardzo wyraźnie po
hiszpańsku: "Nie mogę dłużej". Po czym spuściła spodnie i załatwiła się
na chodniku; to była eksplozja bolesnej biegunki, od której twarz jej
się ściągnęła pod wpływem skrętu kiszek. A potem osunęła się po ścianie.
Jeszcze kilka centymetrów, a wpadłaby zemdlona we własne gówno.
Sofía próbowała ją podnieść, pytała, gdzie mieszka, czy ma telefon, żeby
zadzwonić do kogoś, kto by po nią przyszedł; pytała, co jej jest, co
wzięła. Dziewczyna tylko patrzyła na nią wystraszonym wzrokiem, nie
mogąc wydusić ani słowa. Smród nie był już wytworem wyobraźni i od
ciągłego powstrzymywania się od wymiotów łzy napłynęły Sofíi do oczu.
Dziesięć minut później zjawiło się dwóch policjantów i zabrało
dziewczynę; Sofía odpowiedziała na pytania funkcjonariuszy i została,
żeby upewnić się, że ją dobrze traktują. Jednak nie zaczekała, aż ktoś
uprzątnie ulicę. Żeby przytłumić zapach gówna, zapaliła papierosa i prawie pobiegła w stronę ulicy La Cera, do mieszkania Juliety, w którym
zamierzała spędzić owe dziesięć dni w Barcelonie. Miała klucz i użyła
go: wejście do budynku zostało wyremontowane, ponieważ kilka miesięcy
wcześniej doszło w nim do pożaru. Jako że zamek działał źle, kilku
bezdomnych weszło do środka, żeby się przespać, i ognisko, które
rozpalili, chcąc się rozgrzać, wymknęło się spod kontroli. Na szczęście
w chwili wybuchu pożaru Juliety nie było w domu, ale i tak miała swoje
problemy z ogniem: zaledwie rok wcześniej w samym środku zimy trafiła do
szpitala z powodu zatrucia tlenkiem węgla, gdyż piecyk gazowy w jej
mieszkaniu nie miał zewnętrznego odprowadzenia.
Miejsce, w którym przebywała Julieta, w rzeczywistości nie było
mieszkaniem, lecz biurem wynajmowanym jako lokal mieszkalny, bez
łazienki, zaledwie ze wspólnym sedesem oraz umywalką na korytarzu, na
zewnątrz. Za to było dość duże jak na standardy Barcelony, tanie, i ponieważ chodziło o "poddasze", miało balkon, wielki jak taras, który
latem był fantastyczny. Sofía nie wiedziała, po co Julieta przyjechała
do Hiszpanii, lecz przypuszczalnie ona sama też tego nie wiedziała.
Siedziała tu już osiem lat, kręcąc krótkie filmy animowane oraz wideo
dla każdego, kto jej to zlecił. Gdy się znudziła, szła na bezrobocie. A nudziła się często.
Kiedy Sofía się zjawiła, właśnie przygotowywała sałatkę. Julieta została
wegetarianką z chwilą przylotu do Europy, między innymi dlatego, że jej
pierwszym przystankiem był squat, a tam jedzenie mięsa było grzechem
śmiertelnym. Początkowo z zapałem neofity zaakceptowała wegetarianizm
swoich nowych przyjaciół. Gdy z nimi zerwała, rozczarowana odrzuciła
cały styl życia owych nielegalnych lokatorów z wyjątkiem ich sposobu
odżywiania. Sofíi nie przeszkadzało, że musi przejść na dietę swojej
gospodyni, a poza tym ilekroć miała ochotę, zjeżdżała kupić sobie pyszną
shoarmę z kurczakiem albo wołowiną.
Sofía usiadła w czerwonym fotelu, który rozkładany na noc zamieniał się
w łóżko, i opowiedziała Juliecie o dziewczynie i biegunce. Przyjaciółka
wymieszała sałatkę i stwierdziła, że w Barcelonie to normalne.
- W żadnym innym mieście w Hiszpanii nie ma tylu świrów. Nawet w Madrycie nie mieszka aż tylu, w Saragossie jeszcze mniej; mój brat mówi,
że w Sewilli tak samo. Tylko tutaj. Aż się roi od czubków, i to na
swobodzie, sama nie wiem.
Rozłożyła sałatkę na dwa talerze, usiadła do stołu i wyjaśniła, że
wariaci w dodatku wychodzą w określonych porach. Pani z tysiącem spinek,
na przykład, kobieta, która nosi na głowie tyle ozdób, że nie widać jej
włosów, pojawia się latem. Czubek z dredami, pięćdziesięciolatek walący
kijem w żelazne żaluzje pozamykanych sklepów, zjawia się jedynie z okazji świąt, w okolicach Bożego Narodzenia. To straszny hałas,
opowiadała Julieta; uderzenia przypominają wystrzały i turyści nieraz
uciekają w popłochu. Ona już się przyzwyczaiła, ale kiedy zobaczyła go
pierwszy raz, pomyślała, że chce ją zaatakować, bo oprócz tego, że
grzmocił tym swoim kijem, to wrzeszczał. I poznasz jeszcze, ciągnęła,
tego staruszka zza rogu: wychodzi na zmianę, raz rano i raz wieczorem,
idzie jakieś pięćdziesiąt metrów i zawraca, czasami krzyczy, czasami
skarży się po cichu, zawsze wymachując rękami, jakby starał się
przekonać kogoś niewidzialnego o czymś bardzo istotnym. Teoria Juliety
głosiła, że rodzina wyprowadzała go codziennie na spacer, zmęczona
wysłuchiwaniem jego narzekań w mieszkaniu, które - o ile leżało w tym
samym kwartale ulic - musiało być bardzo małe. Dziwne było to, że
Julieta nigdy nie widziała, aby wychodził z jakiejś bramy; musi się mu
dokładniej przyjrzeć, może zaczekać na przeciwległym chodniku i zlokalizować jego dom, przede wszystkim po to, żeby pozbyć się dziwnego
wrażenia, jakie robił na niej ten stary wariat, i nie tylko on, ale
wszyscy pomyleńcy z Barcelony stłoczeni w dzielnicy Raval.
- To tak, jakby... to, co ci powiem, jest całkiem od czapy. Ale niech tam.
Czasami myślę, że te świry nie są ludźmi, nie są prawdziwi. Są jak
wcielenia szaleństwa tego miasta, zawory bezpieczeństwa. Gdyby ich nie
było, powybijalibyśmy się nawzajem albo pozdychalibyśmy ze stresu, albo,
czy ja wiem, rzucilibyśmy się na tych strażników miejskich, skurwysynów,
którzy nie dają ci usiąść na schodach muzeum, na Plaça dels Angels...
zauważyłaś? Te bydlaki robią łapanki, tutaj siadanie na chodniku, żeby
napić się piwa, to "zachowanie antyspołeczne".
- A to dopiero początek! - dobiegło od strony balkonu.
To Daniel, chłopak Juliety, też Argentyńczyk, ale mieszkający w Barcelonie już od dwunastu lat. Sofía nie zauważyła, że był w domu.
Daniel wszedł, wytarł ręce o spodnie i zaczął wygłaszać swoją diatrybę.
Że kiedy on tu przyjechał, było wspaniale. Impreza za imprezą, a wszystkie mocno zakrapiane, mów, co chcesz, ale miało klimat. Teraz to
miasto policyjne.
- Posłuchaj tego bełkotu - powiedział i zaczął grzebać w stercie gazet,
aż na koniec znalazł dziennik "La Vanguardia". Sofía zdała sobie
sprawę, że przyjaciele robili wszystko, byle nie wypowiadać się językiem
hiszpańskim używanym w Hiszpanii. O mieszkaniu nie mówili piso, ale
departamento, na coś do dupy nigdy nie powiedzieli chungo, zły okres
to nie mal rollo, byli w związku, lecz nie se líaban, na pieprznik
zaś zawsze mówili quilombo, a nie mogollón. Wcześniej, przypomniała
sobie, podczas jej pierwszej wizyty, bawiło ją, jak wiele guapas i vengas padało z ust tych dwojga. Teraz wydawało się, że kompletnie
wyparli wszelkie lokalne wyrażenia, chyba że jakieś im się wypsnęło. Z pewnością było to celowe; rodzaj argentyńskiego fundamentalizmu,
mieszanka nostalgii i autentycznego dyskomfortu.
- Tu jest - oznajmił triumfująco Daniel i rozsiadł się w fotelu, żeby
przeczytać:
Wraz z nastaniem dobrej pogody Plaça dels Angels znów przypomina
Barcelonę sprzed dwóch lat, żyjącą z piętnem zachowań antyspołecznych.
Począwszy od dziewiątej wieczorem na rampie i schodach na wprost MACBY
leży porozrzucanych mnóstwo butelek, podczas gdy niewielka armia
ulicznych handlarzy krąży po okolicy, sprzedając puszki z piwem. Pomimo
starań ekip sprzątających - bardziej aktywnych i wydajnych niż przed
dwoma laty - nie udaje się usunąć z chodnika stert butelek, toreb i resztek jedzenia. Wraz z nadejściem ciepła rośnie ochota na spędzanie
czasu na świeżym powietrzu. Skorzystanie z ogródka, żeby po pracy napić
się piwa w towarzystwie przyjaciół, wydaje się atrakcyjne, jednak są
tacy, którzy wolą usiąść na cemencie Plaça dels Angels, scenie
improwizowanych alkoholowych libacji. Młodzi ludzie gromadzą się tam
przed kolacją z trunkami zakupionymi w okolicznych supermarketach. Jeśli
zapomną, korzystają z usług licznych sprzedawców, oferujących piwo w cenie zaledwie jednego euro, znacznie poniżej tego, co musieliby
zapłacić, gdyby wypili je w jakimkolwiek barze w sąsiedztwie.
Uliczny sprzedawca wyjaśnił naszej gazecie, że zwykle zarabia około 30
euro netto za noc. Sprzedawcy ustalają między sobą godziny i strefy
działania, żeby nie robić sobie konkurencji. Kupują butelki po 70 centów
i sprzedając je po 1 euro, mają 30 centów zysku. Ryzykują, ponieważ
rozporządzenie dotyczące norm współżycia w przestrzeni publicznej
(Rozporządzenie w sprawie zachowania społecznego) przewiduje grzywny do
500 euro za nielegalną sprzedaż alkoholu oraz przepadek jeszcze
niesprzedanego towaru. Podobnie ryzykują zaopatrujący się u nich
klienci.
- I tak żyjemy, z tym kapusiowatym dziennikarstwem, w samym środku
tego gówna - westchnął z irytacją Daniel. - Nie tak dawno wlepili mandat
gościowi, który pił na placu colę. Ściągnęli od niego dwieście euro, bo
nie chciał wstać, kiedy miała przejeżdżać polewaczka. Cały czas leją
wodę. Teraz w barach nie wolno też palić. Tak, wiem, że wszędzie jest
tak samo, ale bar to nie jakieś zdrowe miejsce, na litość boską. Idziesz
tam, jak chcesz się z kimś umówić, rozerwać, uwalić. Ale nie tutaj.
Wynajem to istny skandal: chcą, żeby w tym mieście mieszkali sami goście
przy forsie i więcej nikt. Jest dla turystów. Zamalowują graffiti! Kilka
było naprawdę pięknych, żadne inne miasto na świecie takich nie miało.
Ale idź i wytłumacz tym dupkom, co to jest sztuka. Cholera by to wzięła.
Wszystko niszczą.
- Jeden nasz kumpel poszedł siedzieć, bo wymalował napis: "Turyści,
jesteście terroryści". Dostał jakieś cztery miesiące. Biedaczek -
odezwała się Julieta. - Nie masz pojęcia, jak byśmy chcieli przenieść
się do Madrytu. Ale tutaj znaleźliśmy pracę. Mam dość tego miasta. Nawet
nigdzie nie wychodzę. Jak mam się dołować, to już wolę siedzieć w domu.
* * *
Zjedli i poszli się przejść. Noc była piękna i oboje chcieli, żeby Sofía
poznała nowe bary, których nie było, kiedy odwiedziła miasto pierwszy
raz, oraz odkryła już istniejące, których podczas tamtej podróży nie
widziała. Tak dotarli do Yasmine. Sofía próbowała odczytać plakat
opowiadający zapewne historię Madame Yasmine, patronki tego miejsca, ale
światło było za słabe, a ona nie widziała dobrze bez okularów. Zapytała
Daniela, który zwykle znał stare historie o Chińskiej Dzielnicy, jednak
nie pamiętał. "Ale skoro nazywali ją Madame, to musiała być dziwką",
stwierdził. A potem poprosił, żeby na niego zaczekały. Za chwilę wrócił
z Manuelem, znajomym z dzielnicy. Przedstawił go jako jednego z nielicznych Katalończyków do rzeczy. Manuel nosił krótkie dredy i T-shirt w czarno-białe paski. "Ta koleżanka z Buenos Aires chce
posłuchać legend o Chińskiej Dzielnicy".
- Zobaczymy, czy zdołam się panience na coś przydać. - Manuel się
uśmiechnął. Był trochę pijany. Julieta wyjaśniła, że pracuje z nimi jako
dźwiękowiec przy montażu wideo. Po czym spytała go o Madame Yasmine,
kobietę, której imię nosił bar. Manuel odparł, że to głośna historia.
Yasmine urodziła się w Chińskiej Dzielnicy pod koniec dziewiętnastego
wieku. Jako córka kwiaciarki. A że była biedna, to się skurwiła. W tamtym czasie Chińska Dzielnica to był istny syf, a ona została "madame"
w burdelu, do którego przychodzili poeci i anarchiści. W jednym z anarchistów zakochała się i urodziła mu syna. Ale frankiści go zabili -
tego anarchistę - a ona założyła palarnię opium. A ten syn zginął: jakiś
powóz urwał mu na Rambli głowę, powiedział Manuel, i dodał, że więcej
szczegółów nie zna, legenda głosi tylko, że wóz urwał dzieciakowi głowę,
ale jak, to już nie wie.
- Ojej, to straszne - powiedziała Julieta. A Manuel ciągnął dalej, że
Yasmine zamknęła się w domu i zaczęła palić opium i opróżniać butelki.
Wychodziła raz w tygodniu, na zakupy, na targ La Boquería, z lalką bez
głowy w ramionach, i dodał, że szyja lalki była zrobiona ze skóry jej
zmarłego synka.
- Cóż za piękna historia na zakończenie nocy - roześmiał się Daniel,
jednak papierosa zapalił nieco nerwowo. Zdanie zabrzmiało głupio,
niezręcznie.
- Kamienica, w której mieszkała, była gdzieś tutaj, dlatego to miejsce
nazwano Madame Yasmine. Ale zburzono ją, żeby zbudować Ramblę del Raval.
- Przygnębiającą Ramblę del Raval - stwierdził Daniel.
- Stary, nie bez racji mówią na nią Rambla Smutna. Ponoć ten dzieciak
ciągle tu krąży, bez głowy. To jeden z wielu duchów dzieci Barcelony...
- Manuel, proszę, wiesz, że robi mi się niedobrze - obruszyła się
Julieta.
Na to Manuel uśmiechnął się do Sofíi i rzucił: "Zadowolona? Mam więcej
takich historii, ale będziesz musiała umówić się ze mną na kawę, bo ta
dama tutaj nie znosi opowieści z dreszczykiem". A następnie, nie
czekając na odpowiedź, zapytał Daniela o daty najbliższych spotkań, żeby
doszlifować wideo, nad którym pracowali, i rozmowa zeszła na osoby,
których Sofía nie znała, oraz na spory zawodowe, które jej nie
interesowały. Jako że Julieta również uczestniczyła w wymianie zdań,
mogła przez chwilę pomilczeć niemalże w samotności, myśląc o szyi ze
skóry umarlaka. Nagle bar ze swoimi dizajnerskimi koktajlami i sałatkami
z daktyli wydał jej się okropny i zapragnęła wyjść. Jednak zaczekała, aż
przyjaciołom zebrało się na ziewanie.
* * *
Następnej nocy Sofía i Julieta wyszły same. Chciały sobie zrobić babski
wieczór. Daniel z radością je puścił; dzięki temu mógł zostać domu i obejrzeć wszystkie zaległe odcinki swoich ulubionych seriali. Wolał
oglądać telewizję, niż łazić wieczorami po Barcelonie, stwierdził, i chyba mówił szczerze.
Zamknąwszy bramę budynku, Julieta chwyciła przyjaciółkę za ramię, bardzo
mocno. Nie chcę iść do La Concha oglądać drag queens, powiedziała. I tak ten ich show to już nie to samo co kiedyś, teraz urządzają wieczory
panieńskie i przez połowę czasu pozdrawiają ze sceny przyszłe mężatki.
Nawet dzieci, całkiem małe, tam chodzą. To już dno, bardzo smutne.
Kiedyś były takie wspaniałe i dzikie, teraz aż przykro na nie patrzeć,
poprzebierane za Marisę Paredes robią przedstawienie dla szerokiej
publiczności. Nie i nie. Julieta chciała iść do baru. Chciała pogadać.
Opowiedzieć o rzeczach, o których nigdy nie ośmieliła się jej wspomnieć
ani w mailach, ani w listach, ani w rzadkich rozmowach telefonicznych.
"Zeszły rok był dla mnie fatalny", powiedziała i rozpłakała się jak to
ona, nagle i ciężkimi, długo powstrzymywanymi łzami. Sofía wciągnęła ją
do pierwszego z brzegu otwartego baru i podała jej swoje papierowe
chusteczki; w stojącym powietrzu unosił się zapach stęchlizny, lecz
Julieta zdawała się go nie dostrzegać. To nie był dobry moment, żeby
pytać przyjaciółkę, czy ona też go czuje.
Zamówiły kawę. Żadna nie miała ochoty na alkohol. Dopiero kiedy trochę
doszła do siebie, Julieta zdołała mówić dalej. Odbiło jej, stwierdziła.
Może od tego, że tyle myśli o tych psycholach z Barcelony.
- W tym mieście co rusz jest jakaś impreza, jak nie jakieś biennale, to
spotkanie prezydentów, mecze Barçy. A wtedy aż się roi od helikopterów,
latają nisko, nawet nie wiesz, co to za wrażenie.
Sofía skinęła głową, potrafiła to sobie wyobrazić.
- I w zeszłym roku Danielowi i mnie zachciało się... dobra, mnie się
zachciało zajść w ciążę. Całkiem mi odbiło, serio. Teraz uważam, że to
był obłęd, wychowywać dziecko, no straszne, bez pieniędzy. A w dodatku...
ale o tym potem.
Julieta obejrzała się za siebie, jakby wyczuła czyjąś obecność.
Odetchnęła z ulgą i mówiła dalej.
- Chodzi o to, że w zeszłym roku chciałam mieć dziecko, za wszelką cenę.
Ale kiedy zaczęliśmy się o nie starać, przyszło mi do głowy, że te
helikoptery lecą po mnie. Że przylatują tylko po to, żeby mnie
szpiegować.
- No co ty, Julieto.
- Wiem, nie musisz mi nic mówić, miałam paranoję. Dopiero miesiąc temu
przestałam brać leki na wyrównanie nastroju. Trochę za nimi tęsknię, ale
muszę wytrzymać. No więc: myślałam, że lecą po mnie, żeby porwać mnie i dziecko i przeprowadzać na nas eksperymenty, taka delirka science
fiction. Albo żeby ukraść mi dziecko. To było, jak by ci to powiedzieć,
coś jak jakieś komando kidnaperów miasta Barcelony. Aż tak poważnie.
Daniel zorientował się bardzo późno. W tamtym czasie przez cały dzień
zasuwał, już nie pamiętam, co kręcił, jakieś ważne wideo. Chowałam się
przed tymi helikopterami pod łóżkiem. Albo robiłam sobie namiot z pościeli. Nie chciałam wychodzić na ulicę. Kiedyś Daniel mnie znalazł,
taką schowaną i... no dobra, zabrał mnie do psychiatry. Okropnie się
wystraszył, biedaczek.
- Zaszłaś w ciążę?
- Nie. Dziwne, bo nie zabezpieczaliśmy się dobre sześć miesięcy. Może
któreś z nas nie może mieć dzieci. I tak kiedy zaczęłam terapię,
musiałam przestać się starać, bo te tabletki są niewskazane dla kobiet w ciąży. Poza tym zdałam sobie sprawę, że chęć posiadania dzieci była
częścią mojego obłędu.
Julieta dopiła kawę i ściszyła głos.
- W Barcelonie nie należy mieć dzieci. Słyszałaś, co nam wczoraj w nocy
opowiedział Manuel? Tutaj nie należy mieć dzieci.
- Co takiego mówił?
- Przecież wiesz! Myślisz, że tamto dziecko Yasmine to jedyny dzieciak,
jaki krąży po Barcelonie? Manuel ci powiedział.
Oczy Juliety całkiem zmatowiały, a uśmiech, jaki zastygł jej na twarzy,
był taki sztuczny, że stanowił całkowite przeciwieństwo radości. Sofía
pomyślała, że przyjaciółka nadal jest szalona, że musi porozmawiać z Danielem, jak tylko wrócą do domu. Julieta ujęła jej dłoń ponad stołem.
Miała zimne palce i dygotała.
- Ty już zauważyłaś - stwierdziła.
- Co takiego, Juli, na Boga?
- Już poczułaś ten zapach. Zapach dzieci. Widziałam, jak marszczyłaś
nos.
Sofía zadrżała. Julieta uznała, że powinna wiedzieć wszystko.
Opowiedziała, że kiedy Daniel i ona zamieszkali na Ravalu w 1997 roku, w dzielnicy wrzało. Największa siatka pedofili w Europie zapuściła tam
jedną ze swych głównych macek i mówiło się o dzieciach fotografowanych w sypialniach, oddawanych przez ich matki prostytutki, rzucanych przez te
biedne kobiety prosto w łapy pedofila nazwiskiem Xavier Tamarit Tamarit.
Dzieciach, na które pedofile polowali na Plaça Negra. Świetlica została
zamknięta, nikt nie wiedział, kim były te dzieci; księża i zakonnice
zniszczyli kartotekę z danymi osobowymi. Mali nożownicy, wyłudzacze,
bandy dzieciaków niechodzących do szkoły. Jeden z chłopców cuchnął;
cuchnął, bo jego własne i jedyne ubranie służyło mu za materac. Ten
dzieciak krąży po całym mieście, wypełnia je tym smrodem, żeby o nim nie
zapomniano. Podobno opiekunowie społeczni nie mogli go rozebrać, bo z brudu ubranie przywarło mu do ciała. Podobno na owłosionej skórze głowy
miał wszy, a do tego jakieś białe robaki, i rany pod pachami, z brudu;
nigdy nie dał się wykąpać, zwierzątko, ze strachu robił pod siebie i nie
podcierał się. Tego małego ludzie widują najczęściej, to
najpopularniejszy duch; ten, który dotyka cię czarnymi rękami; sprawia,
że twoja kurtka zawieszona na krześle w barze zacznie śmierdzieć martwym
mięsem, ledwie ją muśnie. Dzieci, które spadały z balkonów, zostawione
tam przez matki ćpunki. W wieku trzech, czterech lat wieszały sobie
klucze na szyi. Zabijały taksówkarzy, a same umierały z przedawkowania,
kurwiły się, szły tylko za dragi. Ludziom dawano po czterdzieści tysięcy
peset, żeby opuścili swoje mieszkania. To była najgęściej zaludniona
dzielnica na świecie, zaraz za Kalkutą. Budynki zawalały się, nie było
światła, ten, kto miał łazienkę, był szczęśliwcem, brakowało bieżącej
wody. Fizyczna eliminacja Dzielnicy Chińskiej. Obszar operacji: Illa
Negra, ulice Nou, Sant Ramon, Marqués de Barbera. Na pewnym graffiti
można było przeczytać: "Narasta gniew". Zdaniem ludzi odpowiadających za
modernizację Ciutat Vella "sprawa Ravalu" miała świadczyć o kryminalnym
charakterze działalności ruchu sąsiedzkiego. Tamarit nie jest agresywny,
moje badanie pacjenta wykazuje, że potrafi się powstrzymywać, tłumaczy
się ze swojej pedofilii, niemniej został poddany chemicznej kastracji
mającej na celu obniżenie poziomu libido, anatomiczne zmniejszenie
rozmiarów penisa, skurczenie, zwłóknienie, zwężenie cewki moczowej,
przeszedł wiele operacji.
Ta sprawa to był podstęp, wyjaśniła jej Julieta, oszustwo. Wykorzystano
ją, żeby wyrzucić mnóstwo ludzi, oczyścić dzielnicę. Jedni należeli do
jednego komitetu sąsiedzkiego, drudzy do innego, nie bardzo to
pojmowała, ale to problemy Generalitat, to taka katalońska
Intendencia, dodała argentyński termin, żeby Sofía mogła zrozumieć.
Kwestia polityczna.
Jednak nikt już nie mówił o "sprawie Ravalu". A czemu? Julieta
wiedziała. Bo gdyby znowu zaczęto mówić, trzeba by wspomnieć o dzieciach. Nie o tych zgwałconych, bo najwyraźniej żadne nie zostało
zgwałcone, to był czysty szantaż. O innych dzieciakach. Tych
nieżyjących.
- Jeden ciągle krąży po ulicy Tallers i mówi: "Przysięgam na moich
zmarłych". Myślałam, że istnieje naprawdę, początkowo, ale nie, bo
chodzi zawsze o tej samej godzinie i nie wszyscy go widzą. Okropność, a to taka piękna ulica, tyle sklepów z płytami... Czasami nie mam odwagi,
żeby tam pójść. A w dodatku to nie jest jego rewir, to Dzielnica
Gotycka.
- Dziewczyno, musisz...
- Nie traktuj mnie jak wariatki. W tym mieście wszyscy o tym wiedzą i udają idiotów. Ale ty już to zauważyłaś, znać to po tobie. Którego
widziałaś?
Sofía popatrzyła na filiżankę z wystygłą kawą. Potem podniosła wzrok i omiotła pozostałe stoliki. Obok nich dwóch ogromnych Skandynawów piło
piwo, rozmawiając w dziwnym języku pełnym głosek A. Przy maszynie z papierosami dwaj Katalończycy wrzucali do otworu monety. Na ścianach
wisiały plakaty reklamujące występy w klubie Sidecar, wystawy w Muzeum
Sztuki Współczesnej. Anglicy ugruntowywali swoją złą sławę, wydzierając
się na ulicy, być może śpiewając jakąś klasyczną piosenkę, której w ich
pijackim wykonaniu nie sposób było rozpoznać. Wszystko wydawało się
normalne, miasto z ekskluzywnymi barami jak ten, w którym podawano
wyłącznie naturalne soki owocowe i smoothies, ze sklepami z markową
odzieżą, z turystami zachwycającymi się modernistyczną architekturą i z dziewczynami rozkoszującymi się morzem w dzielnicy Barceloneta. Sofíę
ogarnął lęk, że się zasugerowała, że uległa paranoi przyjaciółki,
uczuciu, które zdawało się potwierdzać jej własną udrękę. A może ta
obawa to nic innego jak tylko głęboka niechęć do dumnej Barcelony? A jeśli to fobia prowincjonalnej turystki? Postanowiła milczeć, lecz wtedy
smród wdarł się jej do nosa niczym ostra papryczka, niczym silny zapach
mięty, sprawiając, że łzy nabiegły jej do oczu; smród wyraźnie
namacalny, czarny, grobowy.
- Ja nic nie widziałam - odparła Sofía. Mówiła prawdę. Jednak wierzyła
przyjaciółce. Wierzyła, że wkrótce zobaczy.
Julieta wydawała się rozczarowana, przestraszona. Sofía ścisnęła
uspokajająco jej rękę i dokończyła:
- Ale poczułam. Czuję.
Sofíi zebrało się na wymioty. Powstrzymała je, oddychając głęboko i przykładając do ust serwetkę, żeby stłumić nieco zapach.
- Poczułaś? Gdzie? - wyszeptała Julieta.
- Wszędzie. Teraz.
- Wiesz, co one robią? Nie pozwalają ci wyjechać.
- Co takiego?
- Te dzieciaki nie pozwalają ci wyjechać. Nie możemy wynieść się z Ravalu. Te dzieci były nieszczęśliwe, nie chcą, żeby ktokolwiek
wyjeżdżał, chcą, żebyś cierpiała. Wysysają cię. Kiedy chcesz wyjechać,
sprawiają, że gubisz paszport. Albo spóźniasz się na samolot. Albo
taksówka, którą jedziesz na lotnisko, ma wypadek. Albo dostajesz
propozycję pracy, której nie możesz odrzucić, bo to kupa forsy. Są jak
te baśniowe duszki przestawiające w nocy w domu rzeczy z miejsca na
miejsce, ale znacznie gorsze. Wszyscy, którzy mówią, że nie chcą się
wynieść z Ravalu, kłamią. Nie mogą odejść. I uczą się wszystko znosić.
Sofía zamknęła oczy. Wydawało się jej, że słyszy pospieszne kroki malców
biegających na bosaka po poprzerabianych mieszkaniach w dzielnicy Raval,
i wyobraziła sobie dziecko w brudnym ubranku, służącym mu za materac,
takie zagniewane, takie nieszczęśliwe. Niemal widziała jego bezzębne
usta i zastarzałą nędzę. Nie chciała zobaczyć go naprawdę, jak siedzi na
progu któregoś z domów przy ulicy Escudellers, zajmując stary koc
jakiegoś ćpuna. Nie chciała widzieć nocnego obchodu, w jaki wyrusza z koleżkami na Plaça Negra.
- Jutro wyjedziesz - stwierdziła Julieta, teraz poważnym opiekuńczym
tonem. - Zmienimy bilet. Pomogę ci. Jesteś z wizytą. Gości nie mogą
zatrzymywać.
Po czym, śledząc wzrokiem światła helikoptera, który przecinał niebo,
lecąc na północ, wyszeptała:
- Wracaj do domu. Zostaw nas samych. I nie martw się. Pewnego dnia
uciekniemy. Już niedługo.
Wieża widokowa
Zawsze chciała powiedzieć tej
dziewczynce, córce ostatniego i aktualnego właściciela, żeby się nie
bała. Nie miała czego się bać. Była tam, ale dziewczynka jej nie
wyczuwała, nie mogła jej zobaczyć; nikt nie mógł, chyba żeby,
oczywiście, przybrała kształt. Jednak bez niego obecność nie była jej
dana. Nie chodziło o to, że dziewczynka przejawiała jakąś szczególną
wrażliwość: była jedynie przerażona. Przebiegała pędem przed schodami
prowadzącymi na wieżę widokową hotelu, wyobrażając sobie, że tam, na
wieży, przez lata stanowiącej najwyższą budowlę Ostende, ukrywa się
jakaś wariatka, wariatka długowłosa, która przegląda się w lustrze,
ubrana w białą nocną koszulę; bała się włoskiego kucharza dorzucającego
drew do paleniska, nawet po tym, kiedy już został zwolniony (wierzyła,
że mogłaby natknąć się na niego, jak szpieguje w korytarzach, i że ją
też wrzuciłby do ognia, tak jak te drwa). Teraz, już jako kobieta, córka
właściciela nie spędzała zim w hotelu. Mówiła, że nie znosi bylejakości
kurortu opuszczonego na czas lodowatych miesięcy, kiedy nic, tylko
wiało, a w Pinamar nawet kino nie pozostawało otwarte; mówiła też, że
boi się ewentualnych złodziei. Ale to było kłamstwo. Chodziło o ten sam
lęk, który paraliżował ją w kolistych korytarzach hotelu, kiedy była
mała, trzymał z dala od niemal klasztornej jadalni na pierwszym piętrze
albo od wielkiego lustra, czekającego na renowację w pokoju rupieciarni,
w którym obawiała się zobaczyć odbicie czegoś nieznanego.
Dziwne. A jeszcze dziwniejsze było to, co opowiadali ludzie, goście, sam
właściciel. Historia robotnika, który zginął na budowie i został
zamurowany, jakby hotel rościł sobie pretensje do bycia gotycką katedrą.
Kobieta zameldowana w nim zapewniała, że w głównej jadalni słyszała
odgłosy jakiegoś przyjęcia, które ucichły wraz z ostrożnym "pst", kiedy
próbowała się zbliżyć. Kucharz, który potwierdzał plotki o świętujących
duchach. Wszystko to fałsz. Do niej należało znalezienie w hotelu tego,
czego inni się obawiali albo co zmyślali. I jak dotąd nigdy jej się to
nie udało. Ani kiedy Belgowie opuścili go, idąc na wojnę. Ani w sezonach, kiedy piasek z wydm zasypywał budynek aż do pierwszego piętra.
Ani w tamto lato z wielorybem i tymi wszystkimi muchami, które opanowały
plażę swoim śmiertelnym bzyczeniem, żywiąc się padłym, unieruchomionym
zwierzęciem. Lato, kiedy nikt się nie kąpał.
Tak, w hotelu zatrzymywali się ludzie zdesperowani. Tak, słyszała, jak w myślach powtarzają, że pragną śmierci, i obdarowywała ich snami o straszliwym dzieciństwie i zapomnianych cierpieniach. Jednak nikt nie
był gotów. I to nieprawda, że dla istot takich jak ona czas nie upływał.
Była zmęczona. Miała nadzieję, że każde lato będzie tym ostatnim, i coraz więcej czasu spędzała na wieży widokowej, dokąd ledwo docierały
odgłosy żywych, które tak dobrze umiała naśladować, lecz których nie
rozumiała.
* * *
Jeśli ten pieprzony żakiet nie wejdzie do walizki, to się posram z zimna, w nocy nad morzem jest ziąb, pomyślała Elina i znowu nie udało
się jej powstrzymać od płaczu, tak jak to teraz stale się działo w obliczu każdego niewielkiego niepowodzenia; kiedy przepaliła się żarówka
w jadalni i nie miała zapasowej - ani pojęcia, jak ją wymienić; kiedy
zapomniała zapłacić za światło i do biura dostawcy musiała iść przez
całe miasto; kiedy zabrakło jej tabletek i o czwartej nad ranem
wyruszała na poszukiwanie dyżurnej apteki. Na wydziale poprosiła o urlop, a wobec rodziny i przyjaciół próbowała udawać trzeźwość umysłu,
jednak było to takie trudne, że już nie odbierała telefonów i rzadko
kiedy odpowiadała na maile, i niech się wypchają; nie obchodziło jej, że
się martwili. Nawet ich nie powiadomiła, że przerwała terapię i została
tylko przy tabletkach; nie było o czym więcej mówić ani czego
rozgrzebywać, pragnęła tylko tego chemicznie wywołanego poczucia
lekkiego dystansu, który ją wyłączał, jednak pozwalał dalej żyć, coraz
to mniej, lecz wystarczająco.
Nawet nie chciało się jej jechać do hotelu, ale obiecała to sobie samej,
wiele miesięcy wcześniej, przed szpitalem, kiedy jeszcze wierzyła, że
tydzień nad morzem sprawi, iż poczuje się lepiej, zmusi do tego, że
przestanie myśleć o Pablu. Odszedł i więcej do niej nie zadzwonił ani
nie napisał; nie wiedziała, czy jest żywy, czy martwy, a ona wolała
którąkolwiek z tych dwóch wiadomości, którąkolwiek z nich zamiast tego
życia w zawieszeniu, w oczekiwaniu na niego już od roku. Jak zwykle
posłała mu esemesa, uprzedzając, dokąd jedzie. Nawet podała numer
telefonu. Miała spędzić w hotelu swoje urodziny. Jeśli Pablo żył, jeśli
kiedykolwiek ją kochał, musiał zadzwonić.
Tęskniła za tym, jak ją głaskał po plecach, jak śmiał się z jej paranoi,
jak nieudolnie próbował ją pocieszać, za godzinami, jakie spędzał w kąpieli, za tym, że właściwie nie lubił jeść, za jego kośćmi biodrowymi,
za tym, jak mówił, wymachując rękami; chciała znowu oglądać jego zdjęcia
i czuć zazdrość, kiedy więcej uwagi poświęcał kotu niż jej, i spacerować
z nim w słońcu, zawsze w ciemnych okularach, i za telefonami o świcie, i za patrzeniem na niego, jak śpi, i za tym, że umiał siedzieć cicho, a ona wściekała się na niego, że za długo siedzi cicho, i za porankami,
kiedy błagała go, żeby nie wychodził, i płakała, kiedy to robił, chociaż
za dwie godziny wracał i ona nigdy, przenigdy by go tak nie zostawiła,
bez wiadomości, bez pożegnania niewdzięcznik a co jeśli nie żyje bo
mogło tak być nikt o nim więcej nie słyszał chyba że to przed nią
ukrywali ale jak mogli ukrywać coś takiego skoro widzieli że wymiotuje
krwią bo nic nie je, skoro widzieli że tak gryzie poduszkę że aż
rozszarpała poszewkę skoro widzieli jak się okalecza i upija i godzinami
ze wzrokiem utkwionym w ekran czeka na mail aż do bólu głowy i zaczerwienionych oczu i płacze nad klawiaturą i nie rusza się z domu
czekając na telefon; skoro słyszeli jak posyła ich w cholerę za te
wszystkie pierdoły że alleluja i do przodu umarł król niech żyje król
życie toczy się dalej musisz się bzykać facetów są tysiące jesteś ładna
chodźmy potańczyć chcę ci kogoś przedstawić.
* * *
Dziewczyna jej się spodobała, jednak z latami nauczyła się nie ufać
pierwszemu wrażeniu. Pamiętała, jak to było poprzednim razem, niemal
dwadzieścia lat wcześniej, kiedy zobaczyła pewną jasnowłosą kobietę, z nosem czerwonym od płaczu i zagubionym spojrzeniem; jeszcze tej samej
nocy odkryła, że tamta kobieta przyjechała spędzić kilka dni w hotelu,
żeby pobyć nad morzem i próbować się pocieszyć - trochę - po śmierci
dziecka. Przybrała kształt chłopca i ukazała się jej w korytarzach, w pokoju, w pobliżu kąpieliska, na schodach prowadzących na pierwsze
piętro; jednak kobieta tylko krzyknęła i krzyczała, i wywieziono ją
karetką. Była z mężem. Odebrała lekcję: powinna tego próbować tylko na
kobietach samotnych.
Dziewczyna nazywała się Elina i przyjechała sama. Była piękna, ale nie
zdawała sobie z tego sprawy. Miała oczy podkrążone od bezsenności i zbyt
wielu papierosów; miała wyzywający wyraz twarzy i była antypatyczna w stosunku do gadatliwych i uroczych właścicieli. Nawet nie spojrzała na
pozostałych gości. Pierwszego dnia nie zeszła na plażę ani na śniadanie,
ani na obiad, a przy kolacji rozgrzebała jedzenie na talerzu i ukradkiem
popiła winem trzy tabletki. Poznała, że Elina nienawidzi plaży. Czemu
zatem tu była? Coś musiało ją spotkać na plaży, przed laty. Musi to
ustalić jeszcze tej samej nocy, żeby Elina przypomniała sobie o tym w snach.
Korytarzami wyłożonymi niebieskimi chodnikami przeszła do pokoju. Elina
opłaciła jeden z najdroższych, z mikrofalą i lodówką, suite, jednak było
oczywiste, że nie zamierza użyć żadnego z tych udogodnień. To jeszcze
nie był moment na przybieranie kształtu. Jutro. Tej nocy wystarczyło, że
Elina śniła o tamtej nocy na plaży, kiedy miała siedemnaście lat i myślała, że nic nie może jej się stać; tamtej nocy, kiedy wychodząc z dyskoteki, zgodziła się pójść z jakimś pijanym facetem w stronę pustego
kąpieliska. Zasłonił jej usta dłonią, żeby nie krzyczała, lecz Elina
nawet nie drgnęła, ze strachu. A potem nikomu o tym nie powiedziała.
Tylko umyła się i płakała, i nakupowała sobie kremów do higieny
intymnej, żeby uśmierzyć ból i pieczenie od piasku palącego jej miękką
wewnętrzną skórę.
* * *
Cóż za cudowny moment na wspominanie tamtego gówna, pomyślała Elina i wyjrzała przez okno swojego pokoju wychodzące na basen. Nie żeby o tym
zapomniała, lecz owa noc na plaży rzadko pojawiała się w jej snach.
Niemniej wiedziała, że to dlatego Pablo ją zostawił. Bo czasami jej
dotykał, a ona przypominała sobie piasek między nogami i ból, i musiała
powiedzieć dosyć, i nigdy nie zdołała mu nic wyjaśnić ze strachu, aż w końcu mu się znudziło, jakżeby nie, skoro była wrakiem, na zawsze.
Na zewnątrz jakaś para rozmawiała, każde na swoim leżaku, trzymając się
za ręce. Nienawidziła ich. Dzieci chlapały się w wodzie, chociaż nie
było gorąco, a jakiś na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna czytał książkę
w żółtych okładkach, w cieniu. Niewielu gości albo przynajmniej hotel
sprawiał takie wrażenie, jakże cichy. To nie był dobry pomysł, uznała
Elina i odczekała godzinę, dwie godziny, jednak nikt z recepcji do niej
nie zadzwonił, by powiadomić, że jest do niej telefon. Trzydzieści jeden
lat i żeby tak nie wiedzieć, co robić. Co robić. Kolejnych dwadzieścia
prowadzenia zajęć na wydziale. Kolejnych dwadzieścia lat na stanowisku
adiunkta. Kolejnych dwadzieścia za marną forsę, a potem śmierć w samotności; dwadzieścia lat zebrań pracowników wydziału i narzekań. Nie
miała innego planu. A poza tym, jeśli miałaby być szczera, może wcale
nie potrafiłaby znowu być adiunktem. Na ostatnich zajęciach, kiedy
wyjaśniała teorię Durkheima, wybuchnęła płaczem, kretynka. Wybiegła z sali. Nie mogła zapomnieć chichotów studentów, nawet nie tyle okrutnych,
co nerwowych, a jednak z jaką chęcią by ich wymordowała. Zamknęła się w gabinecie profesorskim. Ktoś ją tam znalazł, rozdygotaną. Ktoś inny
wezwał karetkę i pamiętała niewiele więcej aż do chwili, gdy obudziła
się w jakiejś klinice - drogiej, z uroczym i nie do zniesienia
personelem, opłaconej przez jej matkę - i sesje grupowe, i to okropne
wrażenie, że nie obchodzi jej, co mówią inni, i myślenie podczas zajęć
praktycznych, jak umrzeć ("czy potrafię wbić sobie pędzel w żyłę
szyjną?"), i sesje terapii indywidualnej, gdzie siedziała jak
zamurowana, bo nie umiała niczego wyjaśnić, i podejrzany wypis. Rodzice
wynajęli jej mieszkanie, żeby była niezależna, żeby szybciej doszła do
siebie, żeby się pozbierała, wszystkie te gadki szmatki. I Pablo, który
nawet o nią nie spytał, gdziekolwiek był. I pod naciskiem psychiatry
powrót na uczelnię na miesiąc, jednak udało się jej wytrzymać tylko dwa
tygodnie, i zwolnienie, i teraz plaża.
Zebrała włosy w niechlujny koński ogon i postanowiła zejść na obiad -
jak zwykle zaspała, ponieważ już nie kontrowała liczby przyjmowanych
tabletek. A potem, powiedziała sobie, na plażę. Świeciło słońce. Podobno
morze uspokaja. Wychodząc, minęła dziwne rzeźby owiec, jakby żywcem
wyjętych z jakiejś ogromnej szopki, i z niejaką ciekawością popatrzyła
na dwóch nastolatków próbujących trafić korkiem do pyska żaby z brązu.
Znowu rozgrzebała jedzenie na talerzu, jednak udało się jej przełknąć
dwa kęsy i wypić cały seven-up, przynajmniej jakiś cukier. I ruszyła w stronę kąpieliska położonego zaledwie sto metrów dalej; dochodziło się
tam brukowaną ścieżką, obrośniętą krzakami, na widok których zabrakło
jej tchu, a co, jeśli coś się tam ukrywa, jednak pobiegła i dotarła do
starych drewnianych schodów i morza, ogromnej plaży, jaśniejszej i o piasku bardziej przejrzystym niż na pozostałej części wybrzeża, pod
niebem w kolorze fioletowobłękitnym, gdyż zbierało się na deszcz.
Usiadła na jednym z krzeseł, pod namiotem, i popatrzyła na kilku
czterdziestoletnich mężczyzn o jeszcze smukłych ciałach, którzy grali w piłkę; pomyślała, żeby podejść, może wziąć sobie któregoś do łóżka,
czemu nie, skoro od ponad roku się nie bzykała, jednak wiedziała, że
nie, że desperację się wyczuwa, a ona cuchnęła. Zobaczyła dziewczęta w bikini rzucające wyzwanie wiatrowi. I zaczekała na deszcz. Dała się
zmoczyć. A kiedy z jej długich włosów krople skapywały już na spodnie, a zimna woda spływała strużką z szyi na pierś i brzuch, wyjęła z kieszeni
żyletkę i na ramieniu zaczęła sobie robić dokładne sznyty, jeden, dwa,
trzy, aż zobaczyła krew i poczuła ból i coś zbliżonego do orgazmu.
Niechby dalej było zimno, wtedy mogłaby się okryć. Chociaż aż tak jej
nie zależało. Obawiała się jedynie, że jakaś litościwa dusza to zauważy,
zacznie jej współczuć i przerażona zadzwoni do Buenos Aires albo po
karetkę, albo na telefon zaufania dla samobójców.
Kiedy wróciła, zapytała, czy ktoś do niej dzwonił. "Nie, kochaniutka",
odparła telefonistka, cała w uśmiechach. W pokoju zanurzyła się w wannie
i ponownie przeciągnęła żyletką po sznytach, żeby krew mogła unosić się
wokół niej i zabarwiać wodę na czerwono. Było pięknie. Włożyła głowę pod
wodę i otworzyła oczy na ocean różowawej piany.
* * *
Nie zamierzała z nikim rozmawiać, jednak przy śniadaniu jakaś nowo
przybyła dziewczyna - tak jej się wydawało, gdyż była bardzo blada i wyglądała na nieco skrępowaną - przysiadła się do jej stolika. Rano
jadalnia się zapełniała. Elina poprosiła o kawę z mlekiem, żeby się
rozbudzić, gdyż nie spała i czuła się półprzytomna. Wraz z pierwszym
natarciem kofeiny serce wierzgnęło jej w piersiach, ale miała to gdzieś.
Jak miło tak umrzeć, nagle, wcale tego nie planując, w taki prosty
sposób. Znacznie lepiej niż od tabletek: kiedy tego spróbowała, kiedy
obudziła się z rurką w gardle, zdała sobie sprawę, jak trudno jest
przedawkować. Później zrozumiała swój błąd, dowiedziała się, jakie
tabletki powinna była połknąć, jednak nie ośmieliła się tego powtórzyć.
Po nieśmiałym "cześć" dziewczyna zapytała, czy była już w pokoju
Saint-Exupéry'ego. Elina odparła, że jeszcze nie, chociaż pomyślała: "a gówno mnie obchodzi pokój jakiegoś pisarza". Jednak dziewczyna nie
odpuściła. Nie z uwagi na zamiłowanie do literatury. "Słyszałam, że jak
się tam w środku robi zdjęcia, zawsze wychodzą zamazane. Podobno widać
na nich ducha. Ja tam nie wiem. Ale ten hotel zasługuje na ducha".
Może, odparła Elina, jednak, prawdę mówiąc, duch Saint-Exupéry'ego jakoś
mnie nie przeraża. Dziewczyna roześmiała się. Miała dziwny śmiech,
wymuszony, lecz nie udawany. Jakby nie nawykła się śmiać. Spodobała się
jej. Albo przynajmniej nie sprawiała wrażenia takiej antypatycznej jak
ci bogaci i wypomadowani młodzieńcy, panowie prowadzący jakże zajmujące
rozmowy, wyluzowane dziewczyny z narzeczonymi w okularach, z książkami
pod pachą, czterdziestolatkowie, którzy wieczorami odkorkowywali drogie
wina i wąchali je, i wzdychali, zanim zapalili cygaro.
"A o tej wieży widokowej wiedziałaś?", spytała dziewczyna. Coś niecoś,
powiedziała Elina. Tyle że nie pokazują jej byle komu, bo konstrukcja
jest stara, nie wyremontowali jej i jest niebezpieczna. Dziewczyna
pokręciła przecząco głową. Miała długie ręce, lecz była bardzo niska. W efekcie wyglądała nieproporcjonalnie, niemalże jakby była zdeformowana.
"Nie jest niebezpieczna. Schody są strome. Ja je znam. Mogłybyśmy pójść.
Nie zamykają jej na klucz, to kłamstwo. Drzwi trochę się zacinają.
Trzeba je pchnąć".
Dobra, zgodziła się Elina. Jutro pójdziemy. Poprosiła o te dwadzieścia
cztery godziny zwłoki, żeby sprawdzić, czy zdoła się przespać. I, co
ważniejsze, żeby znaleźć jakąś kawiarenkę internetową na wypadek, gdyby
Pablo napisał.
Jednak nigdy nie dotarła do kawiarenki. Znała to drżenie rąk, brak
powietrza, ową konieczność opuszczenia ciała, owo myślenie stale o tym
samym. Idąc korytarzem, zapaliła papierosa i wróciła do pokoju, położyła
się na wznak na łóżku i czekała na noc i kolejny dzień, przy włączonym
telewizorze, lecz nie mogła uchwycić sensu jakiegokolwiek programu,
przerażona, że nie potrafi płakać.
* * *
Istoty takie jak ona nie wpadały w zachwyt ani w podniecenie. Były
jedynie pewne. I ona była pewna, że Elina jest tą właściwą. Że to zrobi.
Zaprowadziła ją do wieży widokowej. Właściciele rzeczywiście zamykali
drzwi prowadzące na tak strome schody na klucz, jednak, ma się rozumieć,
takie działania nie mogły jej powstrzymać. Elina weszła za nią,
oddychając z trudem; na schodach wbiła sobie drzazgę w rękę, ale nawet
się nie poskarżyła. A kiedy dotarła do kwadratowego pomieszczenia wieży,
do okien, z których stojąc na palcach, można było w oddali zobaczyć
morze, do światła koloru ochry, do zapachu drewna i cieni gdzieś
poniżej, w czymś w rodzaju zapadliny u stóp wieży, zauważyła, że Elina
się uśmiecha.
- Córka właściciela, kiedy była mała, wierzyła, że ukrywali tu wariatkę.
- Jaką wariatkę? - Elina ciągle się uśmiechała.
- Żadną, nigdy takiej nie było. Dziewczynka przeczytała jakąś książkę o uwięzionej wariatce i się zasugerowała.
- W książkach zawsze zamykają wariatki - wyszeptała Elina.
- Mogłyby uciec.
- Mogłyby - powiedziała Elina i usiadła na podłodze, żeby pobawić się
odłamkami szyb pozostałymi po remoncie, który nigdy nie został
zakończony. - Przedwczoraj były moje urodziny - ciągnęła. - Skończyłam
trzydzieści jeden lat.
- I nie chciało ci się ich świętować?
Elina popatrzyła na nią i dziewczyna się uśmiechnęła, chociaż na pewno
to nie było to, co musiała zrobić. Może powinna objąć Elinę, jak często
widywała u ludzi. Jednak to mogłoby wszystko zniweczyć.
Lepiej było przyprowadzić ją na wieżę jeszcze raz, następnego dnia.
I zostawić zamkniętą.
I może pokazać jej swój prawdziwy kształt, przed pozostawieniem jej
samej tam na górze.
I nie dopuścić do tego, aby goście i właściciele usłyszeli krzyki.
Potrafiła zapanować nad tym, co docierało do ludzkich uszu, a co nie.
I zaczekać, aż głód doprowadzi ją do rozpaczy, i przemawiać do niej
przez drzwi, mówić, że nikt nie przyjdzie jej szukać, bo nikogo nie
obchodzi.
Może nawet wejść jeszcze raz, wiele razy, jeśli będzie trzeba, i za
każdym razem ukazywać jej coś więcej ze swojego prawdziwego kształtu. I swego prawdziwego zapachu. I oczywiście ze swego prawdziwego dotyku.
Och, wiedziała, że nic tak nie przeraża, jak jej dotyk.
I czekać na skok, hałas, krzyki: Elina z uwagą obejrzała nie tylko okna,
lecz również schody. Jeden fałszywy krok na owych schodach wystarczy. A jak nie, Elina mogła z powrotem wejść na wieżę i ponownie rzucić się z samej góry. Była gotowa to zrobić.
A wtedy hotel miałby Elinę, która krążyłaby w kółko z zimnymi dłońmi i zakrwawionymi ramionami.
A ona byłaby wolna, bo w końcu ją znalazła.