Nie Zgubisz Mnie - D.&.J Przybysz

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (15,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3

Cisza, która mówi więcej

Poranek był chłodniejszy niż zwykle.

Światło wpadało do kuchni spokojnie, miękko osiadając na blacie. Morze za oknem wyglądało inaczej - jakby wyciszone, jakby na chwilę zatrzymało swój rytm.

Viktoria stała przy oknie, trzymając w dłoniach kubek kawy.

Nie piła.

Patrzyła przed siebie, choć nie widziała widoku.

Myślała.

Albo próbowała przestać.

Drzwi skrzypnęły cicho.

Julien wszedł bez pośpiechu.

- Nie śpisz? - zapytał spokojnie.

Nie odwróciła się.

- Śpię mniej... odkąd wróciłeś.

Słowa zawisły między nimi.

Nie były oskarżeniem.

Były faktem.

Julien oparł się o framugę i przez chwilę tylko na nią patrzył.

- Boisz się mnie?

Zapytał wprost.

Viktoria lekko pokręciła głową.

- Nie.

Krótka pauza.

- Boję się tego, co czuję.

To uderzyło mocniej niż jakiekolwiek wyznanie.

Odwróciła się powoli.

Ich spojrzenia spotkały się bez ucieczki.

Bez zasłony.

- To nie jest normalne, Julien - powiedziała ciszej. - Nie powinno być tak... łatwo.

Zrobił krok w jej stronę.

- A jest?

- Za bardzo.

Kolejny krok.

Zatrzymał się blisko, ale jej nie dotknął.

Jeszcze nie.

- To nie jest łatwe - powiedział. - To jest... nieuniknione.

Jej oddech przyspieszył.

Nie odsunęła się.

- Wciąż widzę go w tobie.

Nie musiała mówić imienia.

- A ja wciąż czuję ciebie.

Odpowiedział bez zawahania.

Cisza wróciła.

Ale tym razem nie była przypadkiem.

Była wyborem.

Wieczorem usiedli na tarasie.

Bez Emilki.

Bez Adriana.

Po raz pierwszy od dawna - tylko oni.

Lampiony rzucały ciepłe światło, a powietrze było gęste od tego, co narastało między nimi od miesięcy.

Nie rozmawiali.

Nie od razu.

Viktoria siedziała nieruchomo, dłonie miała splecione na kolanach.

Julien patrzył na nią uważnie.

Jakby czekał.

A może wiedział, że tym razem to ona musi zrobić pierwszy krok.

I zrobiła.

- Powiedz mi prawdę.

Nie spojrzała na niego.

- Nie tę bezpieczną. Prawdziwą.

Cisza nie trwała długo.

- Kocham cię.

Powiedział to spokojnie.

Bez dramatyzmu.

Bez ukrywania.

- Nie jako wspomnienie. Nie jako przeszłość.

Krótka pauza.

- Jako teraz.

Viktoria zamknęła oczy.

Jedna łza spłynęła powoli, ale nie próbowała jej zatrzymać.

- To nie fair... - wyszeptała. - Dajesz mi coś, czego nie powinnam chcieć.

Julien pochylił się lekko.

- To ty decydujesz, czego chcesz.

Otworzyła oczy.

Spojrzała na niego naprawdę.

- A jeśli chcę ciebie?

Tym razem to on zamilkł.

Nie dlatego, że nie wiedział.

Tylko dlatego, że nie musiał już nic dodawać.

Podszedł bliżej.

Powoli.

Bez pośpiechu.

- To przestajemy uciekać.

Ich dłonie spotkały się.

Nie przypadkiem.

Świadomie.

Jej palce zacisnęły się lekko na jego dłoni, jakby sprawdzała, czy to naprawdę się dzieje.

- A jeśli wszystko się zawali? - zapytała cicho.

- To zbudujemy to na nowo.

Nie było w tym patosu.

Była pewność.

Spojrzała mu w oczy.

I tym razem nie było w niej strachu.

Tylko decyzja.

Zrobiła krok bliżej.

- To nie jest przeszłość... prawda?

- Nie.

- To my.

Nie odpowiedział.

Nie musiał.

Pochyliła się pierwsza.

Pocałowała go.

Krótko.

Delikatnie.

Prawdziwie.

I w tej jednej chwili wszystko, co było niepewne, przestało takie być.

Nie dlatego, że zniknęły wątpliwości.

Ale dlatego, że przestali przed nimi uciekać.

A kiedy się odsunęła, nie cofnęła dłoni.

I on też nie.

ROZDZIAŁ 4

To, czego nie da się ukryć

Poranek był cichy.

Jakby dom próbował ukryć coś, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru.

Emilka siedziała przy stole, mieszając łyżeczką w herbacie. Dźwięk był monotonny, powtarzalny, ale jej ruchy nie wynikały z przyzwyczajenia.

Myślała.

Co chwilę podnosiła wzrok - najpierw na Viktorię, potem na Juliena. I znowu.

Coś było inaczej.

Nie potrafiła tego nazwać.

Ale czuła.

- Coś się stało?

Słowa padły nagle.

Prosto.

Bez przygotowania.

Viktoria zatrzymała się w pół ruchu.

- Dlaczego pytasz?

Jej głos był spokojny.

Za spokojny.

Emilka wzruszyła ramionami, ale nie odwróciła wzroku.

- Bo... patrzycie na siebie inaczej.

Cisza rozlała się po pomieszczeniu.

Julien oparł dłonie o stół.

- Inaczej... czyli jak?

Nie było w tym obrony.

Była ciekawość.

Emilka zawahała się przez moment.

- Jakbyście się znali od dawna.

Krótka pauza.

- Nie tak... jak teraz.

Te słowa nie były oskarżeniem.

Były obserwacją.

Czystą.

Niepodważalną.

Viktoria spuściła wzrok.

Julien patrzył tylko na Emilkę.

- A to źle?

- Nie.

Odpowiedziała od razu.

- Tylko... dziwne.

Wstała powoli.

- Ale w dobry sposób.

I wyszła na taras.

Drzwi zamknęły się cicho.

Viktoria odetchnęła głębiej, niż zamierzała.

- Ona czuje więcej, niż myślałam.

Julien nie odwrócił wzroku od drzwi.

- Ona zawsze czuła.

Spojrzeli na siebie.

Tym razem bez ucieczki.

Nie musieli nic więcej mówić.

Popołudnie było spokojne.

Za spokojne.

Emilka siedziała na schodach tarasu. W dłoniach trzymała starą muszlę - tę samą, którą znalazła wcześniej. Obracała ją powoli, jakby spodziewała się, że coś z niej usłyszy.

Kroki za plecami.

Julien.

Usiadł obok niej, zostawiając między nimi niewielką przestrzeń.

Nie odsunęła się.

Przez chwilę milczeli.

Wiatr poruszył liśćmi.

- Mogę cię o coś zapytać?

- Zawsze.

Tym razem spojrzała na niego inaczej.

Bardziej świadomie.

- Czy ty mnie znałeś... wcześniej?

Pytanie było spokojne.

Ale trafiało dokładnie tam, gdzie powinno.

Julien nie odpowiedział od razu.

To nie było pytanie, które można było zbyć.

- Dlaczego tak myślisz?

Emilka wzruszyła lekko ramionami.

- Bo czasem mam wrażenie, że wiesz, co zrobię. Albo co powiem.

Krótka pauza.

- I że patrzysz na mnie tak, jakbyś mnie nie poznawał... tylko sobie przypominał.

Słowa były proste.

Ale precyzyjne.

Cisza między nimi zgęstniała.

Julien wziął powoli oddech.

- Może... niektóre relacje nie zaczynają się od początku.

Emilka zmarszczyła lekko brwi.

- To znaczy?

Spojrzał na nią łagodnie.

- Że czasem spotykasz kogoś... i czujesz, jakbyś znała go od zawsze.

Nie odwróciła wzroku.

- Ja tak mam z tobą.

To zdanie było spokojne.

Ale miało w sobie coś nieodwracalnego.

Julien zamknął oczy na krótką chwilę.

- Ja też.

Nie próbował tego ukryć.

Nie tym razem.

W drzwiach domu stała Viktoria.

Nie weszła.

Nie przerwała.

Słyszała wszystko.

I wiedziała jedno.

To już nie były przeczucia.

To nie były sny.

To była droga, na którą weszli.

I której nie dało się już zatrzymać.