Nie zapomnij o mnie (#2) - Anna Bińkowska

-
Proszę czekać

Prolog

Marzył o tym, żeby puścić serię z karabinu. Taką rasową, ra-ta-ta-ta, żeby taśma z nabojami turkotała, żeby broń walczyła o wolność na jego ramieniu, żeby musiał napinać wszystkie mięśnie, by ją utrzymać. Strzelał kiedyś z wiatrówki i pamiętał, jak kolba kopała go w ramię przy każdym strzale - był pewien, że karabin też musiał podobnie kopać.

Marzył, żeby stanąć z karabinem przed budą, z opaską przewiązaną na czole, jak Rambo, żeby wycelować broń i puścić serię po ścianie szkoły; tynk odpryskiwałby jak fontanna, z budy z krzykiem zaczęliby wybiegać nauczyciele, zwłaszcza ta krowa od matematyki... A on stałby i strzelał, jak gimnazjalny wybawiciel od bezsensownej presji i ucisku nauki.

Ani nie zauważył, że pogrążając się w marzeniach, zszedł ze ścieżki i wdepnął w głęboki wykrot pełen gęstego, zbitego śniegu, który z wierzchu był pokryty skorupką lodu. Lód trzasnął pod jego butem, noga wpadła niemal po kolano w śnieg.

Wybawiciel nazywał się Leon Wiśniewski, miał czternaście lat i kolosalne problemy życiowe. Taka matka na przykład. Nie chciała kupić mu nowego smartfona, choć przecież tłumaczył jej, że cała klasa - ba, cała szkoła miała już nowe! Tylko on nie, jak ten ostatni dziadyga. Leon miał również problemy sercowe - kto ich nie ma! Wydawało mu się, że Julka - taka jedna z jego klasy - go lubi i że są poważną parą, jak Brad Pitt i Angelina Jolie. I choć Leon uważał, że między nim a Bradem jest jakieś podobieństwo, to Julka miała jak na Angelinę zbyt wystające zęby. No, ale mimo wszystko. I tak mówili na nich w szkole "Julon", prawie jak "Brangelina". Nie, "Julona" już nie było, bo Julka ostatnio umówiła się z tym debilem Kubą z II b. Wszyscy o tym wiedzieli i Leon czuł się poniżony. "Julon" był już przeszłością! Ale i tak najgorsza była matematyca. Stara krowa, czepiała się go zawsze, nawet bez okazji - nic nie umiesz, ściągasz, do tablicy, pała, jak zwykle, wyprostuj się...!

Leon miał serdecznie dosyć wszystkiego. I domu, i szkoły, i Julki. A dzisiaj czara goryczy się przelała, kiedy matematyca zabrała mu telefon, bo niby nie uważał na lekcji. A jak miał uważać, skoro ona truła jak... jak... jak Leon sam nie wiedział co! Upokorzyła go przed całą klasą, Julka zaczęła chichotać i Leon poczuł, że więcej już nie zniesie. Więc po prostu zerwał się z durnej nieporęckiej budy.

Teoretycznie mógł pojechać do miasta, do kina. Mógł wrócić do domu w Białobrzegach i pograć na playstation, korzystając z okazji, że starszego brata nie było w domu. Mógł zrobić mnóstwo rzeczy, jednak wiedział, że wszystkie niosły ze sobą pewne niebezpieczeństwo - podwarszawskie Białobrzegi były małą miejscowością, a jego matkę znało zbyt wielu ludzi, jeszcze ktoś by jej doniósł, że syn się włóczy w godzinach szkolnych. Kiedyś na jego wagarującego brata doniosła na przykład właścicielka cukierni, bo go widziała na ulicy przed kościołem. Taaaa.

Za Leona zadecydował los, podsuwając mu autobus linii podmiejskiej do Ryni. A zatem przeznaczenie kazało mu pojechać do Białobrzegów i wybrać się do Fortu Beniaminów. Matka nie pozwalała im tam chodzić, ale i tak zawsze z bratem się wymykali i buszowali wśród carskich zabudowań, które z każdym rokiem popadały w coraz większą ruinę. Wycieczkom zawsze towarzyszył dreszczyk emocji, bo to przecież teren zamknięty.

W dodatku zamiast iść jak człowiek, wzdłuż alei Wojska Polskiego, co rusz schodził w bok, w las. Też trochę na złość, bo matka nie pozwalała im chodzić również po lesie. Że niby bagna.

Leon szedł zatem ścieżką przez zimowy las. Ostatnio nawet pogoda jakby się obudziła i przypomniała sobie, że w zimę przecież powinny być i mróz, i śnieg, i cała ta otoczka. Teraz były, w końcu. Co dzień sypało i co dzień było w cholerę zimno. Prezenterzy wiadomości straszyli "zimą stulecia", a osoby ze starszych roczników z niejakim wzruszeniem wspominały "prawdziwą zimę stulecia", zapominając, że już czternasty rok trwał kolejny wiek.

I jakkolwiek przedzieranie się przez zaśnieżony las miało ogromny urok, na który młodzieńcza dusza Leona nie pozostawała nieczuła, to jednak chłopak trzeźwo pomyślał, że przydałby mu się jakiś kij. Znalezienie czegoś odpowiedniego nie powinno być trudne.

Leon wszedł głębiej między drzewa i zaczął wypatrywać odpowiedniego kija - nie mógł być ani zbyt gruby, ani zbyt krótki, bo wtedy źle się z takim idzie. Najlepiej byłoby go trochę od razu obrobić, Leon miał przy sobie scyzoryk, dobrze, że matematyca też mu go nie zabrała, bo przecież ona jakaś psychiczna była. Na koniec lekcji co prawda telefon oddała, ale ze scyzorykiem mogłoby już nie pójść tak gładko.

Kiedy Leon zagłębił się między drzewa, nagle dotarł do niego warkot silnika samochodu, doskonale słyszalny w panującej wokół śnieżnej ciszy. Chłopak przystanął i nastawił uszu. Owszem, lasy w okolicach Jeziora Zegrzyńskiego były atrakcyjnymi terenami turystycznymi, choć raczej latem, zimą zapędzali się tu głównie jacyś piesi zapaleńcy, ale mało kto jeździł tu samochodami. Silnik ucichł, do Leona dotarły ludzkie głosy. Wiśniewski porzucił poszukiwania odpowiedniego kostura i powodowany nieprzebraną ciekawością ruszył w stronę, z której dochodziły głosy.

Na jednej z polanek, jakie ostatnio powstały obok leśnej drogi, stał samochód, wokół którego kręcili się ludzie. Wózek był srebrny, ledwo było go widać spomiędzy drzew, a z tej odległości Leon nie był w stanie określić marki. Musiał podejść bliżej. Ruszył nieco skosem, jakby odruchowo starając się omijać gałęzie i krzaki wystające spod śniegu, choć zdążył zauważyć, że faceci przy samochodzie w ogóle nie zwracali uwagi na las dookoła.

Leon zatrzymał się za krzakami od strony leśnej drogi - teraz widział już wyraźnie, że wózek na polance to była srebrna audica. Co taka bryka robiła nad zalewem, w środku lasu? Przy samochodzie kręciło się dwóch mocno przypakowanych gości w czarnych kurtkach. Obaj palili papierosy, których końcówki z każdym buchem jarzyły się na tle monochromatycznego lasu - jeden z nich opierał się o bagażnik, drugi chodził w tę i we w tę. Czekali na coś - albo na kogoś.

Od strony drogi, zza pleców Leona, dał się słyszeć odgłos drugiego zbliżającego się samochodu. Wiśniewski odruchowo ukucnął i skrył się głębiej między gałęziami zarośli, co prawda nagimi o tej porze roku, jednak kurtka Leona była moro - niebiesko-białe, a nie ordynarne, zielone czy brązowe. Wydębił, choć matka chciała mu kupić czerwoną.

Przy niewielkiej polance zatrzymało się czarne audi, a dwóch gości przy zaparkowanym wozie natychmiast rzuciło papierosy na ziemię. Nawet nie musieli ich wdeptywać piętami w glebę, bo żar zasyczał w zetknięciu ze śniegiem i momentalnie zgasł. Z tylnego siedzenia nowego wozu wysiadł elegancki facet, do którego natychmiast podszedł gość, który wcześniej łaził po polance. Drugi wciąż opierał się tyłkiem o bagażnik. Jasiu Wędrowniczek, jak go sobie nazwał w myślach Leon, zamienił z nowo przybyłym kilka zdań, po czym dał znak swojemu kumplowi. Leniwy Joe - tak przynajmniej nazywał się w głowie nastolatka - oderwał wreszcie tyłek od wozu, otworzył bagażnik i nachylił się do środka. Próbował chyba coś wyjąć, ale bagaż był zbyt ciężki, bo Jasiu Wędrowniczek pospieszył mu na pomoc. We dwóch wyciągnęli wór i rzucili go na ziemię. Wór poruszył się, a Leniwy Joe, bez żadnych skrupułów, najpierw wymierzył mu kopniaka, a potem pociągnął go do góry.

Leon zmartwiał. Dotarło do niego, że wór to nie żaden wór, tylko człowiek, w ciemnych dżinsach i lekkiej puchówce, z rękami wykręconymi do tyłu i związanymi na plecach. Tych dwóch gości wyciągnęło trzeciego z bagażnika samochodu, w którym go najwyraźniej przywieźli! Chłopakowi zrobiło się nieco niewyraźnie. Sięgnął do kieszeni kurtki i wymacał komórkę. Pomyślał, że nie byłoby dobrze, gdyby nagle ktoś do niego zadzwonił. Nie, byłoby całkiem źle. Na ślepo przytrzymał klawisz dźwięku i wyciszył aparat. Starając się nie potrącić łokciem żadnej gałęzi, wyciągnął telefon i powolnym ruchem naciągnął czapkę bardziej na twarz. Przypomniały mu się wszystkie filmy wojenne i szpiegowskie, jakie oglądał. Włączył aplikację aparatu i zmienił ustawienie na nagrywanie. W końcu miał wszystko jak na tacy.

Na polance tymczasem facet z czarnej audicy podszedł do klęczącego w śniegu gościa. Zamienili kilka zdań, których jednak Leon nie usłyszał. Właściciel audicy zadał jakieś pytanie, na które klęczący odpowiadał zaskakująco długo. I cicho, bo do Leona w zaroślach docierały jedynie strzępki słów. Chłopak wycelował telefon w stronę polanki, włączył nagrywanie i starał się rozpłaszczyć na ziemi jak żaba, żeby tylko nikt go nie dostrzegł. Zauważył, że na twarzy gościa, który przyjechał jako ostatni, malowała się wściekłość, którą Leon był w stanie rozpoznać nawet z odległości, jaka ich dzieliła. Twarzy klęczącego nie widział, był do niego obrócony plecami.

Jaś Wędrowniczek i Leniwy Joe stali kilka kroków od gościa od audicy, przyglądając się wszystkiemu z obojętnością. Leon uświadomił sobie, że wyglądali tak, jakby dość często bywali świadkami podobnych scen - związany, klęczący facet w środku lasu, wokół niego bandziory... Gimnazjalista nagle uświadomił sobie, do czego to wszystko zmierza - zaraz któryś z nich wyciągnie giwerę i strzeli klęczącemu między oczy! Po plecach przeleciał mu dreszcz, aż zarośla się poruszyły, a z gałęzi spadł śnieg, prosto na jego głowę. Leonowi prawie stanęło serce - jeśli go tu zauważą... spróbował ostrożnie się wycofać, ale trafił butem na gałązkę, która trzasnęła jak wystrzał, a przynajmniej tak to zabrzmiało w uszach Leona. Zamarł. Leniwy Joe spojrzał w jego stronę, a chłopak zacisnął mocno oczy i skulił się, wciąż trzymając w dłoni nagrywający telefon. Modlił się, żeby nie chciało im się wchodzić w las i śnieg.

Facet z audicy powiedział coś do obu gości z obstawy - chyba musieli być jego obstawą? - w odpowiedzi na co Leniwy Joe wyjął z kieszeni papierosa, a Jaś Wędrowniczek rzucił się do samochodu wyciągać coś z tylnego siedzenia.

Leonowi powiększyły się oczy, kiedy zrozumiał, że Jaś trzyma kij baseballowy, jakby prosto z amerykańskich filmów. Poczuł, jak kanapki z żółtym serem, które zjadł na drugie śniadanie, podchodzą mu do gardła.

Wędrowniczek zbliżył się z kijem do gościa z audicy i tego drugiego, klęczącego. Leon zacisnął mocno szczęki. Wiedział, co za chwilę nastąpi, musiałby być kompletnie głupi, żeby nie wiedzieć - mało to razy widział na filmach? Nie był przecież dzieckiem! Ale co innego wiedzieć, a co innego - zobaczyć na własne oczy. Nikt w Białobrzegach nie tłukł się kijami baseballowymi. A jednak Leon nie był w stanie się ruszyć, żeby uciec. Tkwił jak przymurowany pomiędzy zaroślami, rozpłaszczony na śniegu, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w polanę, na której zaraz miał się rozegrać krwawy spektakl.

Wędrowniczek podał kij facetowi z audicy. Gość podrzucił kij w ręku, patrząc z obrzydzeniem na klęczącego - ten z kolei był zaskakująco spokojny. Leon był pewien, że facet musiał być nienormalny, bo on na jego miejscu wrzeszczałby wniebogłosy i błagał o litość...! A to jakiś głupek musiał być, w ogóle nie reagował...!

Facet z audicy poprawił chwyt na kiju i wziął zamach.

Telefon wypadł z dłoni Leona prosto w śnieg.

Rozdział 1

Wcześniej

Są w życiu człowieka takie chwile, kiedy wszystko zdaje się zmierzać ku nieuniknionej zmianie - a potem okazuje się, że oczekiwana zmiana nie nadchodzi, a człowiek zostaje z niedosytem, z bolesnym napięciem mięśni, ciała, duszy, myśli. Czasem zmiana przychodzi niepostrzeżenie, po cichu, bez fajerwerków. Czasem zaś zmiany nic nie zapowiada, nikt nie sądzi, że przyjdzie, a ona mimo to przychodzi. Wystarczy mrugnąć - i wszystko może wywrócić się do góry nogami, a potem życie zbiera się do kupy łyżeczką deserową.

Józef Szajno znał te typy zmian. W swoim sześćdziesięciosiedmioletnim życiu doświadczał zarówno niespełnionego oczekiwania, łagodnego przejścia, jak i trzęsienia, kiedy ziemia usuwa się spod nóg, a człowiek ma wrażenie, jakby leciał głową naprzód, upadał i upadał bez końca.

I prawdę mówiąc, nie lubił żadnej z tych sytuacji. Nie lubił zmian. Nie lubił, kiedy coś się zmieniało na jego oczach, a jeszcze bardziej nienawidził, kiedy zmieniało się bez jego wiedzy i świadomości.

Co dzień rano patrzył w niewielkie lustro w swojej łazience i co dzień widział zachodzące zmiany. Nie, Szajno nie był umierający. Po prostu każdego ranka w łazience docierało do niego, że się coraz bardziej starzeje, że życie przecieka mu między palcami, zmierza ku ostatecznej zmianie, a on nie jest w stanie nic na to poradzić. Czuł się trochę jak więzień we własnym ciele; myśląc o sobie, cały czas miał przed oczami siebie sprzed dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu lat. Ale lustro w łazience nie kłamało, pokazując mu zmarszczki, posiwiałe włosy, wzdęty brzuch.

Może na tym polegał jego problem, że Józef już od lat nie pamiętał, co to znaczy "cieszyć się życiem". Jakoś mu się to nie składało.

W ten poranek, kiedy patrzył na siebie w łazienkowym lustrze, wszystko było jak zawsze. On wciąż był podstarzałym facetem na emeryturze i z problemami zdrowotnymi. Nic nowego.

Ogolił się na gładko, wklepał w twarz old spice'a - tak, był aż tak stereotypowy - i poszedł do kuchni robić śniadanie. Od dwudziestu lat to samo - kanapki z szynką i ogórkiem. Tylko ostatnio z margaryną zamiast masła, bo margaryna, choć smakowała chemią, była jednak tańsza. W dyskoncie brał wiadro margaryny, które starczało mu na pół roku, kawał szynki konserwowej i kilka ogórków w folii. Wszystko sztuczne, ale łatwiej kupić raz a dobrze, niż tak co chwila latać.

Zrobił sobie kanapki i usiadł z nimi przed telewizorem, włączając jedną ze śniadaniówek. Jakoś jednak nie był głodny. Popijał tylko herbatę, patrząc bez większego zainteresowania, jak para prowadzących robiła z siebie debili na wizji. Doprawdy nie miał pojęcia, dlaczego to oglądał - może dlatego, że nic innego sensownego nie było.

Zjadł pół kanapki z dwóch przygotowanych i uświadomił sobie, że zupełnie nie czuje smaku jedzenia, więc z odrazą rzucił nadgryzionym chlebem na talerz.

Szajno wstał, wyłączył telewizor z irytacją i wyniósł niedokończone śniadanie do kuchni, gdzie przykrył je drugim talerzykiem wyciągniętym z kredensu. Niech stoi. Może zachce mu się jeszcze jeść.

Bolała go głowa, więc połknął paracetamol i popił herbatą.

Józef był poirytowany. Bolała go skóra po lewej stronie ciała i na szyi. Półpasiec to było gówno w czystej postaci, choć podobno u niego i tak lekko przebiegał. Lekarz uprzedzał go, że nerwobóle pewnie zostaną mu dłużej. Strasznie go to wkurzało, bo nerwobóle były akurat ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Ubrał się, choć skóra go piekła. Ale nawet półpasiec nie był w stanie sprawić, żeby Józef jak ostatni menel spędzał cały dzień w jakiejś... piżamie. Dlatego zacisnął zęby i ubrał się. Zdecydował, że musi się przewietrzyć.

Wyszedł z domu, zamykając za sobą liche drzwi na klucz, po czym ruszył ścieżką między szopą a chaszczami, które niegdyś były przydomowym ogródkiem. Otworzył furtkę i wyszedł na ulicę. Była ślepa, dzięki czemu mało kto się w nią zapuszczał. Szczerze mówiąc, trudno ją było nazwać ulicą, ot, wydeptana i wyjeżdżona ścieżka do kilku domów. Skierował się w stronę głównej ulicy i skręcił w lewo.

Powietrze pachniało charakterystycznie. Niektórzy co bardziej oświeceni ekolodzy twierdzili, że to był smog, ale Szajno uważał ich za wariatów. Odkąd pamiętał, powietrze w Sochaczewie zawsze pachniało tak samo, zwłaszcza od jesieni do wiosny - palonym drewnem, węglem, trochę gumą, trochę plastikiem. No pachniało, i co z tego? To był zapach domu, a nie żaden tam smog. Smog to może był w Krakowie albo Katowicach.

Szajno szedł wolno chodnikiem. Zima była w tym roku jak dotąd łaskawa, chłodna, ale mrozu ani śniegu nie było. To dobrze, bo nie trzeba było dużo palić, a węgiel kosztuje. Choć teraz było tak dziwnie, że nawet trawa była wciąż zielona, mimo że był już grudzień. Ruiny piastowskiego zamku, z pieczołowitością odnowione i odrestaurowane, tkwiły dumnie na wzgórzu wznoszącym się tuż za domem Szajny. Czasem w okresie letnim przychodziły tu jakieś klasy szkolne, ale rzadko. Tyle pieniędzy wywalić tylko po to, żeby ruiny wyglądały na bardziej eleganckie!

Szajno nie lubił tej inwestycji. Amfiteatr poniżej ruin by lepiej odnowili, ławki nowe zrobili, a nie takie tam. Podreptał więc chodnikiem wzdłuż niecki amfiteatralno-zamkowej, starając się nie patrzeć w tamtym kierunku, po czym skręcił znów w lewo. Kiedyś, kiedy nie postawiono na końcu jego ulicy płotu prywatnej posesji, mógł przejść nad rzekę normalnie, prosto z domu, tylko trzeba było zejść po stromej skarpie. Nie żeby ostatnio chodził nad Bzurę. Jego stopa nie stanęła tam od dobrych... piętnastu lat.

Teraz jednak Szajno zdecydował się zejść nad rzekę. Bzura w ostatnich latach przycichła, uspokoiła się - zmniejszyła. Kiedyś rozlewała się szeroko, w okresie wysokiej wody potrafiła podchodzić naprawdę wysoko, sam pamiętał takie lata. Dziś nie zdziwiłby się, gdyby można ją było przejść na piechotę, choćby na wysokości mostu. Szajno ruszył łagodnym, piaszczystym zejściem nad rzekę, mijając zamek i biedachałupy, które jeszcze jakimś cudem tu stały. Niedawno miasto postanowiło zrobić nad rzeką tor motocrossowy, wykorzystując naturalne warunki nabrzeża. Szajno słyszał czasami ryk motorów.

Podszedł do rzeki powoli i trochę niepewnie, choć mieszkał obok niej niemal całe życie.

Brzeg był łagodny, ubita ziemia spokojnie przechodziła w piasek dna. Woda wyglądała nawet na czystą. Podobno wciąż można było tu złowić całkiem ładne okonie, szczupaki i klenie.

Szajno podszedł do rzeki tak blisko, że woda niemal obmywała mu buty. Trochę ciągnęło chłodem, ale w dole, w korycie rzeki, przynajmniej nie wiało - wiało zawsze wyżej, na skarpie.

Na brzegu było pusto. Tu zresztą więcej ludzi bywało jedynie latem, jak robiło się ciepło. Wtedy wszyscy lgnęli nad wodę, była nawet plaża miejska, zlokalizowana nieco dalej, poniżej cmentarza.

Szajno poczuł, jak ból głowy trochę się zmniejsza. Cholerny półpasiec! Wiedział doskonale, skąd mu się to diabelstwo przyplątało, lekarz mu tłumaczył przyczyny. Ostatnie miesiące były dla Szajny... trudne. Stresy przygnały mu półpaśca.

Patrzył na toczące się leniwie wody Bzury, po raz pierwszy od lat, i czuł, jak powoli ogarnia go spokój.

Zmiana do Józefa Szajny przyszła wczoraj.

*

Wskazówka sekundnika przeskakiwała po tarczy. Trochę zacinała się na godzinie dwunastej, jakby zegarek potrzebował więcej sił, by przepchnąć wskazówkę minutnika naprzód.

Balon z gumy do żucia pękł z głośnym trzaskiem i Mikołaj Szewczyk podskoczył, odrywając w końcu wzrok od tarczy zegarka. Rzucił okiem z ukosa na swojego pasażera.

- Na litość boską...! - powiedział z wyrzutem.

Kura spojrzał na niego i wzruszył ramionami, robiąc jednocześnie kolejnego balona.

- Na co tak właściwie jeszcze czekamy? - zapytał.

- Na odpowiedni moment.

- Bardziej odpowiedni niż teraz? - Kura uniósł jasne brwi i rozejrzał się wymownie. Tego grudniowego przedpołudnia, jak to zwykle w Polsce bywa, było po prostu szaro. Gruba warstwa chmur wisiała nad miastem. Było chłodno, temperatury utrzymywały się w okolicach zera już od dłuższego czasu. Warszawska Radość, wbrew swojej nazwie, w środku grudniowego tygodnia była cicha i spokojna - mieszkańcy pojechali już do szkół i firm, tłocząc się w wypełnionych do granic wagonach szybkiej kolei miejskiej bądź klnąc na siebie nawzajem w korkach na drogach dojazdowych do centrum. Na ulicy Wilgi, długiej, ciągnącej się od torów kolejki linii Otwock-Pruszków, panował charakterystyczny, niemal podmiejski przedpołudniowy spokój.

Mikołaj uświadomił sobie, że Kura miał rację. Najwyższy czas zabrać się do roboty. Nie mógł jednak tak po prostu przyznać racji temu głupkowi - Kura był tutaj tylko mięśniakiem. Wysoki i dobrze wytrenowany, dysponował przede wszystkim tężyzną fizyczną, choć z rozbrajaniem alarmów radził sobie zaskakująco dobrze. Najważniejsze jednak było to, że na twarzy nie miał wypisanej głupoty. Nie wyglądał na troglodytę, choć inteligencją specjalnie nie błyszczał; nie był również upiornie brzydki czy też zabójczo przystojny. Krótko mówiąc - w takich okolicach jak Radość Kura był nie do przecenienia, bo nie zwracał na siebie szczególnej uwagi, dobrze wpasowując się w tło, a Mikołaj go po prostu potrzebował. Cóż, największymi atutami Szewczyka były spryt, inteligencja i zwinne palce, siła fizyczna zawsze znajdowała się na drugim planie. I choć Mikołaj nie darzył Kury wielkim sentymentem, to jednak musiał przyznać, że ich duet był... zadziwiająco sprawny. Nikt, patrząc na nich, nie odgadłby ich profesji, jeden budził większe zaufanie od drugiego. A jeśli ktoś był wyspecjalizowany w działaniach na pewnych specyficznych terenach, jak właśnie Szewczyk, to towarzysz pokroju Kury był mu niezbędny. Należało tylko pilnować, by Kura nie poczuł zbyt dużego wiatru w żaglach: w tym duecie tylko jeden z nich mógł być mózgiem i była to rola przeznaczona dla Szewczyka.

- Odpowiedni moment będzie wtedy, kiedy ja tak uznam. - Mikołaj nie zamierzał przyznać, że Kura miał jednak rację. Musieli zabierać się do roboty, bo czas płynął, mamuśki zaraz będą wybywać po dzieciaki do szkół, nie ma co ryzykować. Kura wzruszył tylko ramionami, wyjął z kieszeni komórkę i wszedł w gry. Mikołaja omal nie zatchnęło. - Wziąłeś telefon na akcję?!

Kura uśmiechnął się lekceważąco.

- Wyluzuj, stary - mruknął. - Tryb samolotowy, już od centrum.

Szewczyk milczał przez chwilę. Tryb samolotowy to chyba dobrze, znaczy, że telefon się nigdzie nie loguje... chyba, choć nie był do końca pewny. Mikołaj wolałby jednak, żeby ten ciołek po prostu jak człowiek wyłączył telefon. Albo jeszcze lepiej, żeby go w ogóle nie brał. Pierwsza zasada dobrego włamu, nie brać prywatnych komórek na robotę. Glinowo namierza komóry jak złoto, po co się podkładać. Szewczyk nie był specjalistą od takich rzeczy, ale ogólne zasady znał.

Mikołaj przeżegnał się i westchnął ciężko, odpalając samochód i ruszając spod ogrodzenia kościoła Matki Bożej Anielskiej. Jechali powoli w dół ulicy Wilgi, mijając szkołę, przedszkole i prywatne posesje, na których stały domy w otoczeniu zieleni. Im bardziej oddalali się od centrum, tym działki stawały się większe. Ulica z kolei zwężyła się, zniknął chodnik z jednej strony, a okolica nabrała już typowego podmiejskiego charakteru.

Mieli szczęście. Dom, który ich interesował, był przedwojenną willą na dużej, zarośniętej gęstym lasem działce. Co więcej, po drugiej stronie ulicy był wjazd na inną posesję - gdyby to był dom działkę dalej, to już na bramę filowałyby całe dwa piętra plus parter sąsiadów, osiem mieszkań jak nic. Tak, dom dalej musieliby się bardziej wysilać i sam budynek stał bardziej na widoku. Na szczęście ich docelowa willa miała wręcz idealne położenie. Mikołaj zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Skinął na Kurę i obaj wysiedli z wozu, białego fiata doblo, na którego pace widniała reklama firmy ochroniarskiej. Nawet nie lipnej, tylko jak najbardziej prawdziwej. Szewczyk i Kura, w kurtkach z logo firmy, obładowani sprzętem monterów sieci ochroniarskiej, ruszyli w stronę bramy. Kura stanął i rozejrzał się jak gdyby nigdy nic, Mikołaj wyjął zaś z kieszeni wytrych. Zamek w furtce nie był skomplikowany, zwykły, zapadkowy. Pikuś. Zwinne palce Szewczyka uporały się z przeszkodą w kilkanaście sekund.

Drzwi w willi wymagały już odrobinę więcej czasu. Niby antywłamaniowe, ale Szewczyk był zdania, że nic, co stworzył człowiek, nie może być nie do sforsowania przez drugiego człowieka. Kwestia odpowiedniej techniki... i sprzętu.

A zarówno jednym, jak i drugim Szewczyk dysponował na bardzo wysokim poziomie.

- Kurde, ale cacko. - Kura gwizdnął, kiedy Mikołaj wyciągnął z kieszeni elegancki wytrych, który kojarzył się bardziej z jakimś narzędziem chirurgicznym.

- Import - mruknął Szewczyk.

- No to widzę, pewnie swoje kosztuje. - Kura pokiwał głową, a potem cofnął się o dwa kroki i spojrzał na dom. - Ty, a ten facet na pewno teraz nie wróci? - zapytał z lekkim niepokojem w głosie.

- Na pewno. - Szewczyk z wyczuciem operował wytrychem. Miał go

od niedawna, ale już go kochał, miłością wielką i namiętną. - Nie marudź, wiesz, co mamy robić.

- Aha.

Drzwi stanęły przed nimi otworem. Mikołaj wskazał Kurze, by wszedł pierwszy, na co jego towarzysz przekroczył próg domu. Przy wejściu znajdowała się kontrolka alarmu. To była działka Kury. Chłopak otworzył białą klapkę i zmarszczył brwi.

- Co jest? - zaniepokoił się Mikołaj.

- Alarm jest wyłączony - powiedział Kura.

- Na bank? Weź się upewnij, żeby nam nie zaczęło wyć! - Szewczyk poczuł lekki ucisk w żołądku.

- Na bank, mur i beton - przyświadczył Kura, wciskając kilka przycisków na kontrolce. - Alarm w ogóle nie był włączony. Jesteś pewien, że tego faceta nie ma w domu?

- Jestem pewien. A cichy alarm? - Szewczyk wciąż na wszelki wypadek tkwił przed progiem. Kura spojrzał na niego z politowaniem i popukał się w czoło, po czym ruszył w głąb domu, zdejmując z ramienia wielką torbę. Wahanie Szewczyka trwało chwilę, ale przełamał się, wszedł do budynku i zamknął za sobą drzwi. Trudno, najwyżej będą kombinować... Podążył za Kurą i znalazł się w wielkim salonie, którego okna wychodziły na ogród i bramę posesji. Kura gwizdnął, rozglądając się wokół.

- No, no, no. - Pokiwał głową z uznaniem i rozciągnął szerokie ramiona, aż mu coś strzeliło w plecach. - To się ładnie obłowimy.

Mikołaj musiał przyznać mu rację. Salon był naprawdę spory, pewnie zmieściłoby się w nim całe mieszkanie Szewczyka, a i wtedy zostałoby jeszcze trochę miejsca. Na szarych ścianach wisiały gustowne grafiki w cienkich, złotych ramkach. Złote, kuliste lampy zwieszały się z sufitu, na nowoczesnym regale stał sprzęt elektroniczny wysokiej klasy. Na szklanym barku pyszniła się bateria drogich alkoholi, na stoliku pudełko cygar...

- Dobra, Kura, do roboty - zdecydował Mikołaj. - Tylko pamiętaj, ostrożnie!

Kura tylko na to czekał. Doskoczył do regału i zabrał się do demontażu sprzętu elektronicznego. Szewczyk również ruszył do pracy - wciągnął na dłonie lateksowe rękawiczki i podszedł do stolika z cygarami. Wysunął szufladę spod blatu i zaczął w niej metodycznie grzebać. Nie znalazł jednak tego, czego szukał, bo chwilę później podszedł do biblioteczki zastawionej książkami i znów zajrzał najpierw do szuflad. Kura rzucił Mikołajowi dziwne spojrzenie, ale nie skomentował jego działań.

- Myślisz, że te obrazki to cenne? - zapytał tylko, wskazując na abstrakcyjne grafiki na ścianach.

- Jak nie wiesz, co przedstawiają, to cenne - zaopiniował Mikołaj, wyciągając z szuflad ich zawartość. Część papierów wyleciała mu z rąk i rozsypała się po pokoju. Kura przekrzywił głowę i zmrużonymi oczami przyjrzał się grafikom. Uznał, że nie ma pojęcia, o co na nich chodzi, więc zaczął zdejmować je ze ścian i upychać do torby, obok zdemontowanych głośników, odtwarzacza i kamery.

- Ale telewizor to będziemy musieli we dwóch - zauważył z troską.

Mikołaj przytaknął nieuważnie, był bowiem wyraźnie zajęty swoimi poszukiwaniami.

Działali metodycznie. Kura zdejmował i chował do wielkiej torby to, co nie budziło wątpliwości co do swojej wartości, Mikołaj uzupełniał łupy według własnego uznania, to dorzucając coś, czym Kura pogardził, to wyrzucając to, co tamten zapakował. Szewczyk był w swoich działaniach subtelniejszy, Kura bardziej obcesowy - to, co nie znalazło w jego oczach uznania, lądowało na podłodze. Poza tym poruszał się szybciej, jak tajfun, pustosząc kolejne ściany i pomieszczenia. Szewczyk działał wolniej, dokładnie sprawdzając teren, zwłaszcza szuflady, półki, regały.

- Ty, ale w sumie to dziwne, co? - zauważył Kura, obserwując, jak Mikołaj wyciąga z szuflady w kuchni srebrne widelce. - Gość taki nadziany i nie ma żadnego sejfu?

- Może ma na górze - mruknął Szewczyk, a jego głos z trudem przebijał się przez szczęk wysypywanych sztućców. - Ludzie często wolą mieć takie rzeczy w prywatnej części domu, wiesz, sypialnia czy coś takiego.

- Sypialnia - powtórzył Kura. Dla niego to słowo było czymś kompletnie nierealnym. Sypialnia Kury była jednocześnie jego garderobą, siłownią, jadalnią, pokojem dziennym i co tam jeszcze ci bogacze mają w domach. Poza tym mieściła się w mieszkaniu jego rodziców. - A tak w ogóle to skąd ty wytrzasnąłeś tego gościa? - zapytał, kiedy Mikołaj uznał, że w kuchni naprawdę nie ma dla nich już absolutnie nic ciekawego, i kiedy ruszyli na pierwsze piętro po ładnych schodach z ciemnego drewna. Szewczyk tylko wzruszył chudymi ramionami.

Na piętrze panowała taka sama cisza, jak na parterze, Mikołaj poczuł jednak, że nie wiedzieć czemu podnoszą mu się włoski na karku. Pokręcił głową, usiłując pozbyć się dziwnego uczucia. To było głupie, przecież wiedział, że właściciela nie ma w domu, to było pewne. Gdyby był, to musiałby zareagować, kiedy szabrowali parter, nie siedziałby przecież cicho. Mikołaj poluzował nieco kołnierzyk kurtki. Kura wciąż coś nawijał, ale Szewczyk już go wcale nie słuchał.

Na górze było troje drzwi. Jedne były otwarte i znajdowała się za nimi łazienka, wyłożona jasnymi płytkami. Kura odruchowo sięgnął do gałki sąsiednich drzwi - tu powinna być sypialnia właściciela. Drzwi były jedynie przymknięte, więc Kura pchnął je i wszedł do środka, po czym zatrzymał się jak wryty. Mikołajowi przebiegł dreszcz po plecach.

- Co jest...? - zapytał, stając za Kurą. Chłopak nagle pochylił się i zwymiotował, a oczom Szewczyka ukazał się widok, który tak zaskoczył Kurę.

Owszem, to była sypialnia, przestronna, urządzona ze smakiem. Na łóżku, na narzucie z jakimś ozdobnym motywem, leżało ciało. W miejscu głowy znajdowała się brunatnoczarna masa pocętkowana białymi kawałeczkami. Ścianę, stylizowany fotel obok łóżka oraz podłogę znaczyły ciemne rozbryzgi i zacieki z czegoś, co przypominało starą galaretę. Wokół głowy na narzucie utworzyła się upiorna, ciemna aureola.

Pod Mikołajem ugięły się nogi.

- Kurwa - szepnął i zakołysał się na piętach. - Jezu, może on jeszcze żyje, może trzeba pomóc... - Przemógł się i podszedł do łóżka. Starał się nie myśleć, czym były ciemne kropki na szarej podłodze. Kiedy nachylał się nad łóżkiem, przemknęło mu przez głowę, że może to tylko manekin, ludzie czasami miewają głupie pomysły. Przyklęknął na łóżku i wyciągnął rękę, powściągając obrzydzenie. Starając się nie patrzeć na to, co zostało z twarzy, dotknął szyi leżącego, by wyczuć tętno.

- Ocipiałeś? - wycharczał Kura z klęczek, znad własnych wymiocin. - Przecież to trup...!

Palce Szewczyka ześlizgnęły się z szyi zwłok. Mikołaj wziął głęboki wdech: w nos uderzył go mocny odór krwi, po czym ściągnął z dłoni rękawiczkę i ponownie pomacał ciało, przymykając oczy i starając się opanować żołądek. Kura po raz kolejny zwymiotował.

- Pojebało cię...! - jęknął z obrzydzeniem. - Człowieku, czy ty normalny jesteś...?!

Mikołaj cofnął rękę i wyprostował się, patrząc z niedowierzaniem na własne palce. Jezu, dotykał trupa...! Musiał jednak pomacać ciało, a przez tę cholerną rękawiczkę nic nie czuł. Ale upewnił się, że trup był już całkiem zimny i zdecydowanie nieżywy. To było bardzo ważne, bo przecież nikt nie może ich skojarzyć z tymi zwłokami, sam się chyba facet nie wykończył, co, głowa sama mu wybuchła? No raczej nie! Ale zwłoki były już zimne, a to znaczyło, że na wszelki wypadek muszą sobie znaleźć alibi na ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Albo lepiej na dwa ostatnie dni, Mikołaj nie był znawcą trupów, pomyślał, że diabli wiedzą, ile ten gość już tak leży. Kto to w ogóle jest?!

Uświadomił sobie, że mają przejebane. Wdepnęli w coś tak paskudnego, że już bardziej się nie dało.

- Spierdalamy - powiedział, z trudem opanowując odruch wytarcia ręki o spodnie. Tego by mu jeszcze tylko brakowało! Od strony Kury, z okolic podłogi, dobiegło niewyraźne mruknięcie. Delikatny się znalazł, diabli by to wszystko wzięli...! Trzeba będzie te rzygi sprzątnąć, trudno, przecież to jak zostawić wizytówkę dla psów!

Mikołaj wyszedł z sypialni i skierował się do łazienki. Obrzucił wnętrze rozbieganym wzrokiem i zatrzymał spojrzenie na chromowanym kranie. Podskoczył do umywalki, ściągnął drugą rękawiczkę, odkręcił kurek z ciepłą wodą i wsadził palce pod strumień. Odruchowo podniósł wzrok nad umywalkę, nad którą wisiało duże lustro. Z trudem rozpoznał się w odbiciu - ze szklanej tafli patrzyła na niego para ciemnych oczu z nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami. Skóra na twarzy jakoś poszarzała, miał wrażenie, że ciemny zarost odcina się tak, jakby ktoś naszkicował go węglem. I czy to możliwe, żeby mu się zakola powiększyły? W kilkanaście sekund? To na pewno on?

Tarł skórę na dłoni, aż zrobiła się czerwona. Zakręcił ciepłą wodę i odkręcił zimną, złożył razem ręce, nabrał w nie lodowatej wody i chlusnął sobie na twarz. Wzdrygnął się, ale spojrzenie w lustrze stało się jakby nieco przytomniejsze.

Odetchnął głęboko raz i drugi, przy akompaniamencie lejącej się wody i charczenia Kury, który chyba zwracał na podłogę sypialni wszystko, co kiedykolwiek zjadł w życiu. "Myśl, Szewczyk, myśl!", pogonił sam siebie.

Dobra. Więc tak. Chrzanić poszukiwania. W domu był trup, być może właściciela, być może jakiegoś innego amatora cudzej własności, wszystko jedno. Koniec z sejfem, na piętrze może być i milion sejfów, Mikołaj nie zamierzał ryzykować. Samo włamanie to jedno, ale przeciąganie struny i szabrowanie domu nad głową umarlaka to już był niebezpieczny hazard. Im dłużej tu zostaną, tym łatwiej będzie psom połączyć ich z miejscem zdarzenia. Nie, trzeba się zmywać! A propos zmywania, trzeba będzie sprzątnąć po Kurze. Dureń.

A potem spierdalać. W podskokach. I modlić się do Najświętszej Panienki, żeby przy ewakuacji przypadkiem nikt ich nie zobaczył. Trup zmieniał wszystko.

- Kura! - zawołał Mikołaj, ściągając z wieszaka śnieżnobiały ręczniki mocząc go pod kranem. - Kura, zbieraj manatki! - Wrócił do sypialni, niosąc cieknący wodą ręcznik. Kura siedział pod ścianą, cały spocony i żałosny, i gapił się na trupa, mając sieczkę w głowie.

- Jezu, w co my wdepnęliśmy... - mamrotał pod nosem. Mikołaj bezceremonialnie cisnął w niego ręcznikiem.

- Ogarnij się - polecił sucho. - Jak chcesz jojczeć, to możesz tu zostać, jak cię gliny znajdą nad ciałem, od razu wlepią ci to morderstwo!

Kura wzdrygnął się, ale przetarł twarz ręcznikiem i dźwignął się na nogi.

- Coś z nim robimy? - zapytał.

- Jasne, że nie - zniecierpliwił się Mikołaj. - To nie nasz problem. Nigdy nas tu nie było. No już, zabieraj się! Musimy usunąć nasze ślady, posprzątaj ten syf, co go tu zrobiłeś, ale już!

- Ale łupy z dołu bierzemy? - Kura niemal zastrzygł uszami.

Mikołaj westchnął.

- Sprzątaj.

Niech chłopak posprząta. A on tymczasem rzuci jednak okiem na górze. Sypialnia oczywiście odpada, nie ma głupich, nie będzie tu grzebał, ale drugi pokój lub łazienka... Nie, łazienka to głupota. Ochłonął już nieco z pierwszego szoku, rozejrzy się tylko, ale bez przesady, jak znajdzie co trzeba to dobrze, jak nie - trudno.

Kura zabrał się do sprzątania, starając się nie patrzeć w kierunku ciała na łóżku. Jako tako pozbierał resztki pochodzące ze swojego żołądka, z obrzydzeniem wypłukał ręcznik w łazience pod kranem, po czym wyżął go i zabrał ze sobą. Popatrzył na pokrętła wody, ściągnął z wieszaka drugi, suchy ręcznik i wytarł nim starannie oba kurki nad umywalką. Zastanowił się, czego mógł dotykać Mikołaj, na wszelki wypadek wytarł jeszcze gałkę od drzwi, włącznik światła, zajrzał do sypialni i jego wzrok zatrzymał się na trupie. Szewczyk jak ostatni debil dotykał umarlaka, czy gliny ściągną jego paluchy? Przecież Kura nie będzie wycierał zwłok, na litość boską!

- No co tak stoisz? - odezwał się nagle Mikołaj za jego plecami, a Kura drgnął nerwowo. - Idziemy!

- Dotykałeś czegoś? - zapytał, starając się opanować walenie serca. Cholera, przecież on był tylko włamywaczem, tu się obrobiło dom, tam mieszkanie czy działkę, po kij mu jakieś trupy w karierze!

Mikołaj spojrzał na ręcznik w rękach Kury i pokręcił głową. Zeszli pospiesznie po schodach, Kura rzucił ręcznik Szewczykowi i sięgnął po wypchaną łupami torbę. Coś w środku zadźwięczało, coś stuknęło, ale Kura nie zamierzał teraz zastanawiać się, czy coś się nie potłukło - byle prędzej stąd uciec! Mikołaj owinął ręcznikiem prawą dłoń - miał tylko jedną parę rękawiczek, które ściągnął, a nie mógł przecież niczego dotknąć gołą ręką.

- Spierdalamy - polecił i otworzył drzwi wejściowe. Kura ruszył w kierunku wyjścia, ale zawahał się, podrzucając ciężką torbę z łupem na ramieniu. W drugiej ręce trzymał drugą, nie mniej wypchaną. Mikołaj zniecierpliwił się. - No co znowu?

- Telewizor - stęknął Kura, rzucając spojrzenie w kierunku splądrowanego salonu. Na stoliku stał przygotowany do wyniesienia czterdziestocalowy telewizor, wart kilka dobrych kafli.

Mikołaj poczuł, jak ogarnia go irytacja.

- Mało ci tego, co tam nawciskałeś? - Pchnął torbę na ramieniu Kury. Chłopak stał jednak jak przymurowany, gapiąc się to na Mikołaja, to na telewizor. Szewczyk przymknął na moment oczy. - Dobra, bierzemy - wycedził przez zęby. Kura od razu pojaśniał, jakby zapomniał o trupie leżącym kilka metrów wyżej. Przeszli do salonu i każdy z nich chwycił telewizor z jednej strony.

- Na trzy - powiedział Kura. - Raz, dwa, trzy.

Unieśli sprzęt i podreptali do wyjścia, momentalnie dopasowując do siebie kroki. Kura wyniósłby telewizor sam, bez pomocy, jednak z dwiema torbami było mu wyjątkowo nieporęcznie, a Mikołajowi zaczynało się powoli spieszyć. I tak miał wrażenie, że spędzili w tym przeklętym domu już za dużo czasu. Zdecydowanie za dużo!

Wyszli z budynku i Szewczyk wolną dłonią owiniętą w ręcznik zatrzasnął za nimi drzwi wejściowe. Zeszli ze schodków i ruszyli pospiesznie do furtki. Mikołaj poczuł, jak na jego czole pojawia się pot. Z nerwów - to była najbardziej newralgiczna część działalności akcji, wyjść tak, żeby nikt ich nie zauważył.

Szczęście chyba jednak im choć trochę sprzyjało, bo ulica Wilgi była pusta. Mikołaj prztyknął alarmem i otworzył tylne drzwi fiata. Z ulgą włożyli do środka telewizor, Kura zwalił bezceremonialnie torby na podłogę i zamknął bagażnik. Mikołaj zatrzasnął furtkę, a Kura w tym czasie wsunął się za kierownicę samochodu i nacisnął pedał gazu. Zawył silnik, kiedy Kura wrzucił zbyt wysoki bieg.

- Spokojniej, idioto! - syknął Mikołaj, wskakując na miejsce pasażera. - Mamy odjechać jakby nigdy nic!

- Nigdy nic - powtórzył Kura i ruszył już spokojniej. Jechali w stronę torów kolejki i Kura musiał się z całej siły powstrzymywać, żeby nie przykitować i nie odjechać w siną dal z piskiem opon, wiedział jednak, że Szewczyk by go za to oskalpował, i miałby całkowitą rację.

Dopiero kiedy wjechali w Ostrobramską, Kura zorientował się, że dotąd zaciskał kurczowo szczęki. Poruszył nimi ostrożnie, starając się rozluźnić.

- No to z głowy - powiedział, a jego głos, nawet dla niego samego, zabrzmiał nienaturalnie piskliwie. Kura chrząknął i spróbował jeszcze raz: - I z głowy. To jak się dzielimy?

Szewczyk nie zareagował. Gapił się przez okno w milczeniu i Kura musiał go mocno szturchnąć, żeby się ocknął.

- Wiesz co, a weź ty sobie wszystko - mruknął.

Kura rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.

- Wszystko? - Coś tu musiało śmierdzieć. Przecież to był pomysł Mikołaja, on miał wszystko nagrane, a teraz nic nie chce? Co u licha, znalazł sejf, wyczyścił go i się nie przyznał? Tylko ciekawe kiedy, przecież praktycznie cały czas byli razem, mieli się nawzajem na oku. Poza momentem, kiedy Kura sprzątał, ale Mikołaj się kręcił... nie, niemożliwe. Nic nie znalazł. Kura by o tym wiedział.

- Taki bonus masz. - Szewczyk machnął ręką.

Kura przez chwilę toczył wewnętrzną walkę.

- Siedemdziesiąt do trzydziestu dla mnie - powiedział w końcu. Pracowali razem, należało chłopu coś odpalić. Tym bardziej, że Kura znał żonę Szewczyka, hetera jakich mało, a Szewczyk był w sumie porządny gość.

Porządny gość znów wzruszył ramionami, najwyraźniej niespecjalnie ruszony hojnością Kury. Jego partner spojrzał we wsteczne lusterko i nagle się wyprostował.

- Gliny...! - rzucił.

Szewczyk pobladł i również się wyprostował, złapał za pasy, upewniając się, że ma je zapięte, i popatrzył w boczne lusterko. Faktycznie jechała za nimi policyjna kia.

- Tylko spokojnie - szepnął Szewczyk, nie odrywając wzroku od bocznego lusterka. - Tylko spokojnie, jedź, jakby nigdy nic się nie działo...

Kura zacisnął dłonie na kierownicy, aż pobielały mu kłykcie. Nagle kia włączyła sygnalizację. Kura zaklął, a Szewczyk pobladł i przymknął oczy. Wycie policyjnych syren rozbrzmiało obok nich, kiedy kia wzięła się do wyprzedzania, a potem pognała do przodu. Mikołaj ostrożnie otworzył oczy - najwyraźniej wcale nie chodziło o nich. Spojrzał w bok na poszarzałego Kurę i nagle zaczął się śmiać.

Kura pomyślał, że staruszkowi musiało już całkiem odwalić, ale po chwili dołączył do niego, zanosząc się cienkim piskliwym śmiechem.

- Kończę z tą robotą - powiedział po chwili Szewczyk, kiedy już się trochę opanowali. Coś go zakłuło w klatce piersiowej i Mikołaj się skrzywił.

- Nie peniaj - zlekceważył go Kura, ocierając łzy śmiechu. Skręcił na most. - Jedna kijanka i już? Ech, staruszku...!

Mikołaj pomyślał, że przed chwilą Kura mało się nie posikał na widok policji, a wcześniej na widok trupa puścił pawia, ale nic nie powiedział. Serio, czas się wycofać.

*

Terenia Szewczyk była kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu. Zwłaszcza przy swoim Mikołaju. Dobrze ponad ćwierć wieku temu Terenia była panienką, która miała wobec życia pewne oczekiwania - mąż, który nie pije, dzieci, które wstydu nie przynoszą, i pyszne futro z norek, żeby sąsiadkom zbielało oko.

Życie dało jednak Tereni w kość i już od małego Terenia wiedziała, że trzeba spinać poślady i nie dać sobie w kaszę dmuchać, bo inni nie dość, że nadmuchają, to jeszcze naplują. No i to spinanie pośladów - a Terenia miała naprawdę ładny zadek - podziałało zwłaszcza na takiego jednego, Mikołaja. Chodził, chodził, aż wychodził - no trzeba przyznać, że nawet na Tereni zrobił wrażenie, bo chłopak był rokujący. Niegłupi, miły, nie żaden tam cham czy prostak. Obrotny był i układny, może nie był bogaczem, ale biedy też nie klepał. No i pił mało - bo ogólnie to owszem, ale z umiarem zawsze. To się Tereni bardzo spodobało. A jak już się na coś decydowała, to na dobre. I dopiero po ślubie wyszło na jaw, że jej małżonek owszem, układny i akuratny, zwłaszcza na cudze mieszkania! Terenia nawet rozważała, czy mężowych walizek za drzwi nie wystawić, bo ślubny miał być przecież porządnym człowiekiem, ale się rozmyśliła. Raz, że grzech tak się rozstawać, przed Bogiem przysięgali, to jak to tak teraz zdanie zmieniać, nie wypada. Dwa, że w sumie Mikołaj krzywdy ludziom nie robił. Że tam kogoś obrobił? No bywa, ale kto się mógł dorobić w tamtych czasach, jak nie jakiś kombinator i złodziej! Gazrurką nikogo przez łeb nie walił. Jakoś więc Terenia poradziła sobie z mężowskim fachem. Był również i trzeci powód, mianowicie Mikołaj zaskakująco dobrze radził sobie w łóżku. Terenia miała pewne doświadczenie w tej kwestii i musiała przyznać, że trafiło jej się z tym mężem, co to potrafił ją zadowolić. Nie ściągnęła zatem walizek z pawlacza. Dzieci się pojawiły i też głupie nie były, więc Terenia tym bardziej nie narzekała. Tyle że potem przestało być tak różowo.

Mikołaj dał ciała raz i drugi, aż w końcu go zamknęli. Niby na krótko i niby tylko na Białołęce, i Terenia myślała, że na tym się skończy. Nie skończyło się, Mikołaj jeszcze dwa razy wracał do zakładu karnego, co doprowadzało jego małżonkę do szału - mniej denerwował ją fakt, że Mikołaj trafiał do więzienia, a bardziej to, że okazywał się fajtłapą, który dawał się przymknąć. Za każdym razem zatem kiedy Mikołaj wychodził na wolność, Terenia przykręcała mu śrubę. Mąż nie pił, dzieci jakoś wyrosły, syn to nawet do Anglii do pracy pojechał. A Mikołaja należało przytrzymać w domu. Wziąłby się do normalnej roboty, fach w ręku miał, klucze dorabiał jak ta lala, na zamkach się znał, a ludzie przecież gubią klucze, zamki zmieniają, noże chcą ostrzyć. Żadnego więcej więzienia dla Mikołaja. A brak więzienia równał się zawieszeniu pokątnej działalności, więc Terenia pilnowała męża, żeby mu oczy na widok błyskotek za bardzo nie błyszczały i żeby nigdzie na robotę już nie lazł.

I wydawało jej się, że nie szlajał się, pracował uczciwie, razem z tym swoim pomocnikiem, Kurą, którego Terenia złośliwie nazywała Kurakiem.

- Patryk dzwonił, że nie przyjedzie na święta - poinformowała Mikołaja Terenia, która zaczynała gotować świąteczny bigos. Najwyższy czas, pozostały dwa tygodnie do świąt.

- Aha - odpowiedział automatycznie małżonek, krając z wprawą cebulę do wigilijnej kapusty.

- Ta jego Fiona niby źle się czuje, ale ja myślę, że ta ciąża to tylko wymówka - ciągnęła Terenia, sięgając po słoiczek z kminkiem. Sypnęła hojnie do gara z kapustą, bo oboje z Mikołajem lubili. - Ale może i dobrze. Chybabym nie chciała jej widzieć nad opłatkiem. - Wzdrygnęła się. - Aż mi ciarki latają, jak sobie pomyślę, że to ich dzieciątko to czarne będzie...

Angielska dziewczyna ich syna była ciemnoskóra. I Terenia właściwie nie miała nic przeciwko niej - chłopak jest młody, niech się wyszumi, zakosztuje. Ona też by próbowała, gdyby w jego wieku mogła sobie wyjechać. Ale nie mogła, więc niech chociaż on coś ma z życia. Problem pojawił się, kiedy Patryk oznajmił im przez Skype'a, że spodziewają się dziecka. Noooo jakże to, czarne dziecko będzie? To już się Tereni nie bardzo podobało, a Mikołaj zasadniczo podzielał zdanie żony. I na ogół to był temat, który nawet w spokojnym, żeby nie powiedzieć flegmatycznym, Mikołaju budził spore emocje, teraz jednak pan domu siedział i w milczeniu kroił kolejną cebulę. Terenia przyjrzała mu się uważnie. Coś było nie tak.

- Za rok pójdziemy na pasterkę z czarnym dzidziusiem - powiedziała na próbę, zerkając znad gara kapusty. - Mikołajku, słyszysz? Zupełnie czarny. Jak Bambo.

- Aha - przytaknął znowu mąż. Terenia wbiła w kapustę wielką łychę, którą przed chwilą przewalała zawartość gara, żeby kminek się ładnie rozłożył, i odruchowo wzięła się pod boki, stając w identycznej pozie, w jakiej stawały jej matka i babka wobec życiowych problemów.

- Mikołaj - powiedziała surowo. - Możesz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje? Jesteś jakiś... dziwny! - "Dziwny" to nie był komplement w ich domu.

Małżonek ocknął się i podniósł na nią wzrok.

- Chyba skończyłem z cebulą - oznajmił. Terenia przyglądała mu się badawczo spod zmarszczonych brwi. Mikołaj poruszył się niespokojnie, zgarnął pokrojoną cebulę na kupkę i odłożył nóż na kuchenny stół pokryty elegancką, czyściutką ceratą w kratę. - Ale wiesz, wydaje mi się, że mamy chyba za mało grzybków do kapustki. - Wstał, odsuwając swoje krzesło.

- Mamy dwa sznury suszonych grzybów, moja siostra sama suszyła. - Terenia ściągnęła usta w ciup.

- No właśnie, dwa sznury - podchwycił Mikołaj, a Terenia już wiedziała, że jej mąż najpewniej wpakował się w jakieś tarapaty. Znowu. I oczywiście musiał to zrobić przed świętami, na złość jej chyba...! - A przecież wiesz, jak bardzo lubię zupkę grzybową. A jeszcze pierogi z grzybami i kapustą. Nie, nie, za mało mamy, ja skoczę i kupię grzybki. - Wykonał ruch w kierunku drzwi. - Dużo grzybków kupię.

- Oszalałeś? Grzyby są ciężkostrawne, chcesz, żebyśmy się oboje

pochorowali na święta? Wystarczy, że będą w bigosie!

- Nie, nie, ja jeszcze dokupię, na miseczkę zupki grzybowej! - Mikołaj już wycofywał się rakiem z kuchni, w przedpokoju chwycił z wieszaka swoją kurtkę, błyskawicznie zamienił kapcie na półbuty i pospiesznie wyszedł z mieszkania.

Zdziwiona Terenia pozwoliła mu wyjść. Nie ma co chłopa na siłę zatrzymywać, jak widać, jak mu się pod tyłkiem pali, ale spokojna głowa, już ona się dowie, co było na rzeczy, jak tylko Mikołaj wróci. A że coś było, i to mocno, to Terenia doskonale wiedziała choćby po tych idiotycznych zdrobnieniach - już dawno zauważyła, że jej mąż w chwilach nerwów zaczynał wszystko zdrabniać.

Nic, wróci, to się wytłumaczy, pomyślała, wrzucając do kapusty poszatkowaną elegancko cebulę.

Mikołaj tymczasem zbiegł po schodach ich kamienicy i wypadł na dwór. Wiedział, że jego zachowanie było dla Tereni co najmniej podejrzane, ale trudno. Cztery dni wcześniej był na robocie z Kurą w Radości. Cztery dni temu znaleźli w pięknej willi trupa z głową w kawałkach i od czterech dni za każdym razem, kiedy Mikołaj zamykał oczy, widział na siatkówce wypalony obraz krwawej jatki w eleganckiej sypialni. Na początku jakoś się trzymał - Kura odwiózł go do domu i pojechał z towarem, doprowadzić samochód do porządku i usunąć z niego logotyp firmy. Żaden z nich nie wspomniał już wtedy ani słowem o tym, co widzieli. I Mikołaj sądził, że było dobrze, dopóki nie położył się spać - zerwał się w środku nocy z walącym w piersi sercem i z obrazem zwłok przed oczami. Może byłoby mu łatwiej, gdyby pił - sięgnąłby po flaszkę i urżnąłby się nomen omen w trupa. Ale Terenia nie lubiła, kiedy Mikołaj pił, więc właściwie już prawie w ogóle nie pił. I miał się coraz gorzej, bo nie mógł pozbyć się uporczywego wspomnienia. Przeglądał rano gazety, szperał w internecie, ale nigdzie nie było nawet wzmianki o trupie w Radości.

Najwyraźniej zwłoki wciąż tam były, nieodkryte, i Mikołajowi robiło się coraz bardziej nieswojo z tą myślą. Zbliżało się Boże Narodzenie, a Szewczyk zastanawiał się, kim była martwa osoba. Facetem, to było akurat proste, ale kim? Czy może ktoś na niego czekał? Może się martwił? Ktoś go szukał? Może gdzieś była taka druga Terenia, która umierała ze strachu? Pocieszał się myślą, że właściciel domu kiedyś w końcu wróci i znajdzie gościa w swojej sypialni, ale nie wiadomo, kiedy to może nastąpić. A do tej pory potencjalna druga Terenia będzie się zamartwiać.

Dlatego też Mikołaj postanowił poradzić się wyższej instancji - a że nie było dla niego instancji wyższej niż Bóg, więc poszedł do spowiedzi. Podczas wieczornej mszy wszedł do konfesjonału w zimnym kościele pod wezwaniem świętego Józefa Oblubieńca. Akurat był ksiądz Jurek, więc Mikołaj, nieco zacinając się, wydusił z siebie całą historię. Ksiądz Jurek niejedną historię już słyszał, wysłuchał i tej - i w ramach pokuty kazał bezwzględnie poinformować policję o całej sytuacji. Zadana pokuta wzbudziła w Szewczyku zrozumiałe opory i rozważał wszystkie za i przeciw. Z jednej strony zdrowy rozsądek mówił mu, żeby o wszystkim zapomniał i dał sobie spokój, z drugiej strony - pokuta to pokuta, musiał ją wypełnić, przecież święta szły, jak on do komunii nie pójdzie? Terenia by przecież tego nie przeżyła, taki wstyd!

Dlatego też krojąc cebulę, Mikołaj zastanawiał się, czy powinien coś zrobić. W końcu podjął męską decyzję, postanowił zawiadomić glinowo. W końcu ani on, ani Kura nie mieli z truposzem nic wspólnego, niech psy zajmą się szukaniem prawdziwego sprawcy, a Mikołaj wiedział, że im więcej czasu upłynie od momentu śmierci tego gościa, tym mniejsze szanse będą na znalezienie mordercy. A Szewczyk miał swój honor, może i się włamywał, ale na pewno nie miał nic wspólnego z bandziorami, którzy mordowali ludzi. I nie zamierzał ich kryć, nawet tylko milcząc.

Poszedł więc na przystanek autobusowy na Kole i pojechał do centrum. Pod Dworcem Centralnym przesiadł się w autobus na Pragę i wyjechał aż na Nowodwory. Planował co prawda wypad nieco bliżej, ale pomylił numery autobusów, no trudno. Ale w sumie dobrze, w centrum zawsze wsiadało dużo ludzi, toteż w autobusach był tłok. Dla Mikołaja w sam raz. Za drugim podejściem udało mu się zwędzić telefon komórkowy z torebki jakiejś kobiety obładowanej świątecznymi zakupami - nie wyglądała na specjalnie biedną, więc Mikołaj również nie miał specjalnych wyrzutów sumienia, a potrzebował obcego telefonu. Nie wyglądała również na taką, która kłopotałaby się skomplikowanymi zabezpieczeniami komórki. Zresztą było mu wszystko jedno - w końcu nie zamierzał się bawić jej aparatem, a połączenie alarmowe działa nawet przy zablokowanym sprzęcie. Szewczyk może nie znał się specjalnie na elektronice, ale o namierzaniu telefonów i numerów coś niecoś wiedział, obcy telefon był mu niezbędny.

Nie dojechał do pętli na Nowodworach, wysiadł kilka przystanków wcześniej. Przeszedł na drugą stronę ulicy i ruszył w stronę przystanku powrotnego, wyciągając jednocześnie z kieszeni zdobyczny telefon. Wprowadź PIN. Jasne. Wybrał połączenie alarmowe.

- W willi w Radości leżą zwłoki - powiedział lekko nosowym głosem, kiedy po drugiej stronie zgłosił się operator. - Na piętrze. Leżą już od kilku dni, lepiej się nimi szybko zajmijcie. Ulica Wilgi. Moje nazwisko? Kowalski. Jan Kowalski. Jeszcze raz podam adres, proszę zanotować, ulica Wilgi... - Powtórzył dokładny adres wraz z numerem domu, po czym się rozłączył i schował telefon do kieszeni. Nieopodal przystanku był McDonald's, więc Mikołaj podążył w jego kierunku. Wszedł do środka i odetchnął ciepłym powietrzem przesyconym zapachem frytek. Dziwna sprawa, ale już w momencie, kiedy wciskał na telefonie dwie jedynki i dwójkę, od razu zrobiło mu się jakoś lżej. Kiedy przekroczył próg fastfoodowej restauracji, poczuł - po raz pierwszy od wizyty w Radości! - uporczywe ssanie w żołądku. Sięgnął do kieszeni i stwierdził, że stać go jeszcze na podwójnego hamburgera. I małe frytki.

- Big Maca poproszę - powiedział, opierając się o kontuar, kiedy już przed kasami przewaliły się hordy gimnazjalistów, którzy byli stałym elementem wyposażenia chyba każdego McDonald'sa w Polsce. - I frytki.

- A może jeszcze milkshake'a? - zaproponowała ekspedientka, wstukując zamówienie w komputer.

- No co też pani? - obraził się Mikołaj. - Czy ja pani wyglądam na dzieciaka, żebym milkshaki brał?

Ekspedientka wzruszyła ramionami. Szewczyk przesunął po ladzie odliczoną kwotę, odczekał swoje i odebrał zamówienie. Wsunął się na kanapę przy wolnym stoliku gdzieś z tyłu knajpy. Hamburgera pochłonął w kilku dużych gryzach, bo jednak oczyszczanie własnego sumienia zżera sporo energii, którą trzeba uzupełnić. Frytki już mu jednak nie smakowały, bo były jakieś zimne i nie pomogły nawet dwie saszetki keczupu. Zjadł je jednak, bo zostawienie jedzenia nie mieściło mu się w głowie, nawet jeśli było niedobre. Jedząc, czuł w kieszeni kurtki wibrowanie trefnego telefonu, ktoś bardzo uporczywie próbował skontaktować się z właścicielką numeru, ale Mikołaj miał to w głębokim poważaniu.

Wytarł usta w papierową serwetkę, którą zmiął w kulkę, odstawił tacę po posiłku i poszedł do toalety. Wszedł do jednej z kabin, rozpiął spodnie i wysikał się z ulgą. Strząsnął, zapiął rozporek i sięgnął do kieszeni kurtki, wyciągając z niej ukradziony telefon. Było mu wszystko jedno, co się z nim stanie - szło Boże Narodzenie, więc oczywiście miał nadzieję, że ktoś uczciwy go znajdzie i odda właścicielce, ale prawdę mówiąc, było mu wszystko jedno. Nie jego broszka.

Zamknął klapę sedesu i położył na niej komórkę, po czym spuścił wodę. Wyszedł z mcdonaldsowej łazienki z uspokojonym sumieniem. Ksiądz Jurek co prawda miał chyba co innego na myśli, zadając mu jako pokutę "wyznanie wszystkiego policji", ale w głowie Mikołaja pokuta została wypełniona, mógł już iść do komunii.

No i przede wszystkim mógł skupić się na wymyślaniu, co właściwie powinien powiedzieć Tereni. Układając w głowie kolejne scenariusze, podążył na przystanek 518 do centrum i w zimnym, szarym warszawskim popołudniu pozwolił zawieźć się na drugą stronę Wisły, prosto pod bryłę Dworca Centralnego, skąd wrócił na swoją Wolę.

Trup w Radości w magiczny sposób zszedł z jego umysłu, zastąpiony zupełnie przyziemnymi sprawami: wytłumaczeniem się przed żoną i palącą potrzebą zakupienia suszonych grzybów, o których myśl zawróciła go na schodach skromnego, niskiego bloczku przy Bolecha.

Była co prawda jeszcze jedna sprawa, która nie dawała mu spokoju.

To było mniej pilne niż trup w willi, budziło jednak w Mikołaju podobne obawy, jeśli nawet nie większe. Ale wszystko po kolei. Najważniejsze, że już pokutę miał z głowy. Druga w kolejności była Terenia. A reszta... potem.

*

Dorota milczała.

Było to jednak milczenie znamienne - nie musiała nic mówić, Jacek Budryś znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, co właśnie kłębiło się w jej głowie - gniazdo żmij, szerszeni i innych tym podobnych przyjemnych żyjątek. Cała Dorota. Przez te wszystkie lata małżeństwa i rozwód - a może zwłaszcza dzięki niemu - zaglądał do jej głowy wystarczająco skutecznie. W sumie może nawet szkoda, że nie wiedział tego wszystkiego wcześniej.

Budryś wbił ręce w kieszenie kurtki i odruchowo namacał pudełko papierosów.

Razem z Dorotą nie spuszczali z siebie wzroku, a telefon leżący między nimi na kuchennym stole wibrował w oszalałym tańcu. Jednak i Jacek, i jego była żona zdawali się w ogóle nie zwracać na niego uwagi. To był pojedynek na przetrwanie - jego, jej albo dzwoniącego.

Chwilowo mieli remis, jednak po kolejnych trzech sygnałach Dorota nie wytrzymała i odwróciła się.

- No proszę, odbierz - rzuciła przez ramię.

Budryś nie drgnął, choć w głębi duszy poczuł coś na kształt satysfakcji. Pomyślał, że gdyby ona była tak samo wytrwała jak on, to wciąż byliby małżeństwem.

- Nie muszę, mam wolne.

- Musisz, przecież wiem. - W głosie Doroty zabrzmiało zniecierpliwienie. - Wiem również, że chcesz odebrać ten pierdolony telefon.

- Nie klnij!

- Nie pouczaj mnie!

- To się zachowuj!

To była ich norma. Każdy temat mógł stać się zarzewiem konfliktu na poziomie atomowym.

W progu kuchni od dłuższej chwili stała Janka Budryś. Niedawno Janka wystrzeliła gwałtownie w górę, jak na osobę wkraczającą w poważny nastoletni wiek przystało, i teraz przypominała trochę pajęczaka, z długimi, patykowatymi rękami i nogami, chudym korpusem oraz wielkimi, okrągłymi, ciemnymi oczami, których nie powstydziłby się żaden skakun. Nawet blond grzywkę miała podobną do fryzury tych charakterystycznych pająków. I choć miała tylko jedną parę oczu, a nie cztery, to jednak i tak widziała więcej, niż można się było spodziewać. Jak pająk.

Do braku jakiegokolwiek porozumienia między rodzicami była przyzwyczajona - tak samo jak do mieszkania na dwa domy. Ojciec przyjechał po nią na Jelonki, bo wypadał jego weekend w opiece. Wszedł do kuchni, usiadł na chwilę i już się wydawało, że choć raz będą mieli z matką cywilizowaną rozmowę, dopóki Janka się nie ogarnie do wyjścia. Ba, matka nawet dała mu kawy, takiej parzonej w kawiarce, jak ojciec lubi! Ale niestety potem ojciec rozpiął kurtkę i wyjął z kieszeni telefon, kładąc go na stole, a telefon, oczywiście, od razu zaczął dzwonić, jak wywołany do odpowiedzi. Jak daleko Janka sięgała pamięcią, tak telefony zawsze były kością niezgody między rodzicami. Zawsze. Więc oczywiście teraz, kiedy tylko komórka zaczęła dzwonić, starzy wskoczyli w swoje utarte role. Zawieszenie broni było chwilowe, znikło równie szybko, jak się pojawiło, zostawiając po sobie tylko wspomnienie w postaci filiżanki niedopitej kawy na kuchennym stole. Bo telefon ojca w piątkowe popołudnie mógł oznaczać tylko jedno - że coś gdzieś się działo na mieście i jego obecność była tam wręcz nieodzowna. A matkę za każdym razem doprowadzało to do białej gorączki, choć prawdę mówiąc, Janka trochę nie mogła tego pojąć - dla niej te telefony do niego były jego nieodzowną częścią. Nie byłby jej ojcem, gdyby ktoś do niego wiecznie nie wydzwaniał i nie wzywał na kolejne miejsca zdarzeń, tak samo jak nie byłby jej ojcem bez skórzanej kurtki przesyconej zapachem tytoniu albo bez drapiącej brody, która ostatnio drapała coraz bardziej.

- Odbierz w końcu to gówno, bo ci je wywalę przez okno!

- Tylko spróbuj...!

Janka pokręciła głową z niezadowoleniem. Doprawdy, gdzie ci ludzie mieli głowy, kiedy brali ślub...! Nie była w stanie pojąć, co ich mogło skłonić do takiego kroku. Miała co prawda dopiero jedenaście lat - prawie dwanaście, jak sama lubiła podkreślać - i pomimo zaskakującej dojrzałości jeszcze nie pojmowała niektórych motywacji dorosłych. Nie rozumiała, że od miłości do nienawiści było naprawdę bardzo blisko, a rodzice wcale nie byli ślepi ani głusi, kiedy stanęli na ślubnym kobiercu.

Teraz jednak wyraźnie wyczuła, że to odpowiedni moment na interwencję.

Wkroczyła raźno do kuchni, w której atmosfera była już tak gęsta, że można ją było kroić nożem, podeszła do stołu i chwyciła telefon, który wciąż dzwonił. Doskonale wiedziała, że jej wspólny weekend z ojcem właśnie odszedł w niebyt.

- Telefon komisarza Budrysia, słucham - powiedziała do aparatu, wcisnąwszy "odbierz".

- Janka...! - zawołali rodzice chórem, zaskoczeni jej nagłym pojawieniem się. Zawsze byli zaskoczeni. Ciekawe dlaczego, przez ponad dekadę powinni się w sumie już przyzwyczaić.

- Już daję tatę - powiedziała do słuchawki, wysłuchawszy głosu po

drugiej stronie. - Do ciebie. - Podała ojcu telefon. - Z pracy.

Budryś odebrał od córki komórkę, grożąc jej palcem, ale Janka się tym nie przejęła.

- Janka, na litość boską, nie można odbierać cudzych telefonów! - zareagowała natychmiast matka. Janka tylko uśmiechnęła się spod blond grzywki.

- To nie był cudzy telefon - odparła spokojnie.

Dorota popatrzyła na nią z konsternacją, jej jasne brwi wygięły się zabawnie, jak zawsze, kiedy była zaskoczona.

- Czasem się zastanawiam, co z ciebie wyrośnie - powiedziała i uczyniła taki gest, jakby chciała córkę przytulić, ale Janka odsunęła się zdecydowanie. Miała w końcu jedenaście lat, prawie dwanaście, była już za duża na takie przytulanki. Nawet w domowym zaciszu.

Ojciec niby wyszedł z telefonem do przedpokoju, ale to było tylko symboliczne działanie. W jelonkowskich blokach ściany wyznaczające pomieszczenia były w zasadzie umowne.

- Budryś, Budryś, a kto...! - powiedział rozzłoszczony ojciec do telefonu. - Muminek ma dzisiaj dyżur, do kur...yyy ciężkiej - zakończył niezgrabnie przekleństwo, które samo wyszło mu na usta. - To Marcina wezwijcie! Co mnie obchodzi, że nie odbiera!

On też by nie odebrał, gdyby nie Janka. Wiedział również, że w komendzie zdawali sobie sprawę, że Budryś poza dyżurami w weekendy bywa trudno uchwytny, więc chyba naprawdę mieli coś ważnego.

- Tato. - Janka pociągnęła go za połę skórzanej kurtki. - W porządku, naprawdę. Możesz jechać, bo pewnie cię potrzebują. A my nasz weekend przełożymy, co?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.