Nie zakochuj się we mnie! - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Reflow text when sidebars are open.
Pocketful of Sunshine, Natasha Bedingfield
Poranek na Ołbinie zawsze pachniał tak samo – wilgocią, kurzem i starym tynkiem. Przed wyjściem do szkoły wyskoczyłam na dół, żeby wyrzucić śmieci. Wychodziłam na klatkę schodową z ostrożnością kogoś, kto wie, że nawet stopnie mogą "krzyczeć". Drewniane schody skrzypiały w proteście pod każdym krokiem, jakby miały coś przeciw temu, że próbuję przeżyć kolejny dzień bez zwracania na siebie uwagi. Poza tym sąsiadka, która mieszkała na parterze pod nami, miała niezwykle wyczulony słuch i wystarczyło, że postawiłam nogę na pierwszym stopniu, ona już uchylała drzwi i przyszpilała mnie krytycznym wzrokiem.
Mama krzątała się w kuchni.
– Zjesz coś, Sarula? – zapytała zmęczonym głosem.
Pokręciłam głową.
– Wezmę coś w szkole – mruknęłam niechętnie.
Obie wiedziałyśmy, że nie wezmę. Nigdy nie brałam. Ale mama i tak udawała, że w to wierzy.
Przyglądałam się jej w milczeniu, jak robi sobie kanapki do pracy. Miała bladą cerę i podkrążone oczy. Wyraźne zmarszczki wokół ust zaciśniętych w wąską kreskę nadawały jej twarzy wyraz zaciętości i determinacji. Wyglądała dużo starzej niż na swoje czterdzieści lat. Była ładną kobietą, ale praca ponad siły, wieczne troski, brak pieniędzy, w ogóle codzienność, z jaką musiałyśmy się zmagać – to wszystko zrobiło swoje. Ciągle próbowała mnie przekonywać, że świat jest dobry, tylko że ten świat osobiście regularnie udowadniał mi coś całkiem odwrotnego. Dlatego starałam się jej pomagać, jak tylko mogłam. Wiele razy brałam zlecenia sprzątania lub kelnerowania na zamkniętych imprezach. Nie było o to łatwo, bo choć skończyłam już siedemnaście lat, nadal byłam niepełnoletnia, ale znajomy mamy czasami gdzieś mnie polecał jako pomoc i udawało mi się dorobić do naszego skromnego budżetu.
W drodze do szkoły założyłam swoje wysłużone słuchawki. Stare, odrapane, posklejane taśmą. Kiedyś ktoś się śmiał, że wyglądają jak sprzęt z muzeum PRL. Może i tak. Ale były moje. Włączyłam Pocketful of Sunshine. Zawsze to samo. Ta piosenka była moją bezpieczną przestrzenią.
Gdy dotarłam do szkoły, wiedziałam już z tonu rozmów na korytarzu, że coś jest nie tak. Dziewczyny piszczały, jakby sam Jungkook postanowił je odwiedzić.
– Widziałeś?! – wykrzyknęła Sandra, patrząc na Grześka. – Nowy chłopak przyjechał Porsche!
– Podobno wrócił po psychiatryku – dodała Samanta teatralnym szeptem.
Zatrzymałam się przy swojej szafce. W tej samej chwili Samanta stanęła obok mnie.
– Uważaj, buraku, żeby cię nie przejechał tym swoim autkiem – wysyczała z pełnym jadu uśmiechem. – Ale pewnie i tak byś tego nie zauważyła. Masz słuchawki przyklejone do uszu jak gumę do włosów.
Zakręciło mi się nieprzyjemnie w żołądku. Nie odpowiedziałam. Nigdy nie odpowiadałam. Nie widziałam w tym sensu. Od początku szkoły te dwie dziewczyny się na mnie uwzięły. Mogłam domyślać się dlaczego. Byłam nijaka, szara, biednie ubrana, a przede wszystkim nie trzymałam z nikim z klasy. Uczyłam się w miarę dobrze, ale do typowego kujona było mi daleko. Nie uprawiałam żadnego sportu, nie udzielałam się w samorządzie, nie przejawiałam zdolności plastycznych. Unikałam publicznych występów, nie chodziłam na imprezy, zresztą nigdy na żadne nie byłam zapraszana. Najbardziej lubiłam swoją muzykę i zacisze mojego skromnego pokoju. Ale do szkoły chodzić musiałam, więc tym samym byłam nieustanie narażona na szyderę i "bekę", którą uwielbiały sobie robić ze mnie panny z mojej klasy. O dziwo, chłopcy dawali mi względny spokój, czasami tylko Oliwier, chłopak Samanty, śmiał się ze mnie i wołał "Felerna Sarka!". Tak, nazywałam się Sara Feler i z tego też robiono sobie żarty. Jakbym to ja wybierała własne nazwisko, które było zresztą panieńskim mojej mamy. Urodziła mnie w wieku dwudziestu trzech lat. A ojciec? Mama spędziła z nim jedną noc po jakiejś imprezie, a potem on nie chciał mieć z nami nic wspólnego. To ja też nie chciałam go znać. Było dobrze tak, jak było. Nawet nie wiedziałam, kto to taki, bo do niczego nie było mi to potrzebne.
W szkole jedyną osobą, z którą utrzymywałam bliższy kontakt, był Adam. Podobnie jak ja nie pochodził z jakiegoś bogatego domu. W dodatku jego stary był po odsiadce za kradzież z włamaniem. Adam miał jeszcze dwóch młodszych braci, a ich mama pracowała w szpitalu, prowadziła tam mały kiosk, który wzięła w ajencję. Wcześniej nawet jakoś sobie radzili, ale gdy ojciec zrobił to, co zrobił, okazało się, że muszą pokryć koszty sądowe, opłacić adwokata... Wtedy Kaczorowska nieźle się zadłużyła. Adam udawał, że nie cierpi za to swojego starego, ale jednocześnie pan Kaczorowski był dobrym ojcem dla swoich synów i z tego, co wiedziałam, teraz po odsiadce zaczął pracę w zajezdni tramwajowej na Słowiańskiej. Tak więc jedynie z Adamem mogłam pogadać normalnie, on mnie nie wyśmiewał, bo i sam miał raczej niewesoło w domu.
Teraz czekał na mnie przed wejściem do klasy, zaraz zaczynaliśmy lekcję polskiego. Podeszłam do niego, ściągnęłam słuchawki i kiwnęłam głową. Adam spojrzał na mnie i przewrócił oczami.
– Wielka afera. Laski się jarają jak słoma w garażu.
– Czasami nie rozumiem twoich porównań. O co chodzi z tym kimś?
– Mówi ci coś nazwisko Nestor?
– Ten gość od tych głupkowatych reality show?
Przyjaciel pokiwał głową.
– Producent, właściciel stacji telewizyjnej i twórca apki z muzyką, z której namiętnie korzystasz.
– No wiem. I co z nim? – Wzruszyłam obojętnie ramionami.
– Ano to, że jego syn właśnie podjechał swoim Porsche pod nasze cudowne liceum i będzie chodzić z nami do klasy. Podobno jest starszy o rok, ale zamknęli go w psychiatryku, bo kogoś zabił.
Wzniosłam spojrzenie ku niebu.
– Co ty gadasz, Adaś? Gdyby kogoś faktycznie zabił, siedziałby w więzieniu, skoro jest pełnoletni. Nie powtarzaj bajek.
– Mówię ci, co słyszałem. Podobno pobił jakiegoś kolesia na śmierć.
– I chodzi z nami normalnie do szkoły? – Popukałam się w czoło.
– Wiesz, jego stary to jeden z najbogatszych Polaków. Pieniądz może wszystko.
– Yhm, to czemu nie chodzi do prywatnej szkoły? Albo nie siedzi gdzieś za granicą? – Skrzywiłam się. – Gdzie w tej bajce smok? Poza tym... średnio mnie to interesuje. Już widzę, jak Sandra unosi się nad ziemią, a Samanta jej pomaga.
– Ojej, ciekawe, co na to Oliwier! – Adam teatralnym gestem przyłożył dłoń do ust.
– Nie wiem, może liczy na trójkącik.
– Czworokącik.
– Romb.
Śmialiśmy się pod nosem, bo zauważyłam, że Kownacki, czyli właśnie Oliwier, gapi się na nas spod zmarszczonych brwi. Chyba chciał podejść i znowu się przyczepić, ale coś innego zaprzątnęło jego uwagę. W korytarzu pojawił się nowy uczeń.
W tym samym momencie poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Mocne, intensywne. Podniosłam wzrok na nieznajomego. Stał tam. Patryk Nestor. Wysoki. Zbyt przystojny, żeby było to sprawiedliwe. Włosy w kolorze dojrzałego zboża nosił w artystycznym nieładzie. Oczy ciemne, głębokie, patrzące tak, jakby widziały więcej, niż powinny. Nie mrugnął, nie uśmiechnął się. Po prostu patrzył. Zbyt długo.
– Co się gapisz, buraku? Nie dla psa kiełbasa.
Wzdrygnęłam się. Kpiący ton Sandry wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam szybko głowę i założyłam słuchawki. Natasha Bedingfield już czekała na mnie ze swoją piosenką, która przeniosła mnie do innego świata, gdzie nikt mnie nie widział – i było mi z tym bardzo dobrze.
Na szczęście zadzwonił dzwonek na lekcję i korytarz wypełnił się uczniami zmierzającymi niespiesznie do swoich klas. Adam chciał mi coś jeszcze powiedzieć, ale ścigana spojrzeniem czarnych oczu nowego, czym prędzej zgarnęłam swoją torbę z parapetu i postarałam się o to, aby zniknąć w tłumie. Przez trzy lata szkoły unikałam kłopotów i nie zamierzałam tego zmieniać.
Kiedy podjechałem pod szkołę, licząc na to, że nikt mnie nie zauważy, natychmiast pożałowałem tego planu. Dziewczyny zaczęły piszczeć. Chłopaki patrzyły, jakbym im coś zabrał. Nauczyciele się krzywili, bo podobno samochód był "za głośny na teren szkoły", ale sądzę, że chodziło o coś całkiem innego. Gdyby nie fakt, że ojciec wręczył mi kluczyki jak plaster na rany po Natalii, już dawno bym to auto spalił.
Szedłem szkolnym korytarzem. Ciekawskie spojrzenia śledziły każdy mój krok. Wszystko wokół mnie męczyło. Ciężar, który niosłem, nie miał nic wspólnego z luksusem. Moja uwaga przesuwała się po grupkach ludzi, aż nagle się zatrzymała.
Ona. Drobna, jakby zbyt delikatna na ten brudny, hałaśliwy hol. Z dużymi szarymi oczami, które wydawały się widzieć to, czego inni nie dostrzegali. Ze starymi słuchawkami na szyi, tak bardzo niepasującymi do jej wieku i tak bardzo pasującymi do niej. Stała przy oknie, obok niej tkwił jakiś chudy dryblas w okularach, a kawałek dalej dwie panny robiły przedstawienie. Ta w różowej bluzce właśnie syknęła do niej coś złośliwego. Dziewczyna o szarych oczach i gęstych czekoladowych włosach do ramion zamarła. Widziałem, jak się w sobie zapadła, a potem wciągnęła na głowę kaptur popielatej, zbyt dużej bluzy. Przyjęła cios jak ktoś do tego przyzwyczajony.
Zrobiło mi się zimno – znajome uczucie, które ogarniało mnie na widok niesprawiedliwości. Kiedy nieznajoma w końcu podniosła na mnie wzrok, coś we mnie drgnęło. Jakby ktoś wcisnął przełącznik w mojej głowie. Chciałem do niej podejść, zapytać, czy wszystko w porządku. Powiedzieć cokolwiek. Ale była szybsza. Odwróciła się na pięcie i zniknęła w tłumie. A ja stałem jak idiota, czując, że właśnie zobaczyłem kogoś, kto nie pasuje do tego świata. Kogoś, kto ma w sobie światło, ale kto kompletnie nie wie, że świeci. Niczym słońce.
Do klasy wszedłem jako ostatni. Byłem tu chyba najwyższy, a głowę nosiłem jeszcze wyżej, żeby nie musieć z nikim krzyżować spojrzeń. Moje metr osiemdziesiąt osiem skutecznie mi to umożliwiało. Dostrzegłem siedzącą w przedostatniej ławce tę dziewczynę. Słoneczko, jak już ją sobie nazwałem w myślach, bo mimo że tonęła w szarościach, to i tak dla mnie była najjaśniejszą osobą, jaką w ostatnim czasie spotkałem. Wcześniej... w moim dawnym życiu też była taka dziewczyna, która uwielbiała chować się przed całym światem, a jedynie przy mnie jaśniała. Niebywale mnie tym bawiła, była moją jasną stroną, światełkiem, moim jedynym pozytywem i powodem, dla którego wstawałem z łóżka i po prostu żyłem.
Lecz teraz... już jej nie było. A ja przez ostatni rok nie znalazłem powodu do tego, aby wstawać, żyć, oddychać. Dlatego straciłem ostatnie dwanaście miesięcy, których wcale nie żałowałem, zmieniłem szkołę i zacząłem pracować w klubie mojego kumpla. Postanowiłem jednak skończyć to cholerne liceum i zacząć żyć na własny rachunek. Byle jakoś wytrwać do czasu, kiedy skończę dwadzieścia jeden lat i odziedziczę pieniądze po moim ukochanym dziadku, ojcu mamy, i już całkowicie uniezależnię się nie tylko od kasy ojca, ale i od całego świata.
A tymczasem znowu byłem w szkole, znowu zauważałem te cholerne podziały i to, jak jedni niszczą drugich. Ale czułem, że tym razem będzie inaczej. Bo ja byłem inny. Stałem się zły. Bezlitosny. I nienawidziłem, gdy ktoś gasił światełka. Jedno moje już zgasło, dlatego nie zamierzałem pozwolić, aby to samo stało się z kolejnymi ciepłymi promieniami, które sprawiały, że moje lodowate serce chociaż na moment się ogrzewało.
***
Do weekendu niewiele się wydarzyło, w klasie znalazłem kilku kumpli. Z jednym z nich, Julkiem, znał się mój przyjaciel Jani, do którego należał klub Storytime, gdzie okazjonalnie przez wakacje pracowałem. A tak naprawdę miałem w nim także swoje udziały, o czym oczywiście nie wiedział mój stary. Bo i po co? Jego zamiarem było wysłać mnie na studia ekonomiczne i przekazać mi swoje medialne imperium, ale ja nie tego chciałem.
Czego tak naprawdę pragnąłem? Cofnąć czas. Ale to nie miało szansy się wydarzyć, więc musiałem żyć dalej, lecz chciałem robić to tylko na własnych zasadach.
Kiedy kończyliśmy zajęcia, podszedł do mnie wysoki blondyn, który miał chyba na imię Oliwier. Cały czas robił do mnie podchody, co trochę bawiło, ale też irytowało. Nie zamierzałem jednak przyciągać kłopotów, no chyba że to one mnie do siebie przyciągną. Ten cały Oliwier był chłopakiem jednej z dziewczyn, które nie szczędziły złośliwości Słoneczku, więc od razu znalazł się na mojej czarnej liście. O tym, że takową mam, jeszcze nikt nie wiedział. To oczywiste, że nie wystrzeliwujesz się od razu ze wszystkich swoich naboi.
– Słuchaj, stary, podobno masz wejścia do Storytime. Jest taka sprawa, że w sobotę ma tam grać DJ Future. Dałbyś radę załatwić kilka wejściówek?
Wzruszyłem lekko ramionami.
– Ile?
Oliwier odwrócił się do swojej ekipy i uśmiechnął krzywo.
– A tak z dziesięć?
– Da się zrobić.
– Kurczę, Nestor, jesteś moim bogiem! – Oliwier złapał moją dłoń i pochylił się tak, jakby składał mi ukłon.
– Kto wpada?
– Sama elita. Ja, Sammy, Sandra, Grzechu, reszta naszych, wiesz. No i oczywiście Julas. – Wskazał na Juliana, który akurat rozmawiał z jakąś dziewczyną z równoległej klasy.
– No spoko.
– I nie martw się, na pewno nie weźmiemy nikogo z marginesu – szepnął konspiracyjnie i puścił do mnie oko. Miałem wrażenie, że zerka w stronę Sary i Adama.
Nie dałem mu tej satysfakcji i nie odpowiedziałem wzrokiem, że rozumiem i że mnie to bawi. Poczuł się niepewnie, odchrząknął i odsunął się ode mnie, jakby nagle pojął, że podszedł zbyt blisko psa, który na pierwszy rzut oka wyglądał na przyjaznego, ale właśnie zaczął groźne warczeć.
– Jeszcze raz wielkie dzięki, stary. Będzie zajebisty melanż.
– Tak, zajebisty – mruknąłem, odwróciłem się i poszedłem w stronę szkolnego bufetu.
Po drodze coś mi błysnęło. Spojrzałem w stronę parapetu, gdzie stała ona. Sara. Słoneczko. Gdy zakładała wysłużone słuchawki, zauważyłem, że z jednej strony są zlepione taśmą. Promyk południowego słońca odbił się w jej pierścionku, który miała na palcu, i stąd się wziął ten błysk. Spojrzała na mnie przelotnie i szybko uciekła wzrokiem, zagryzając dolną wargę. A ja poczułem ciepło. Szczęście. I uśmiechnąłem się sam do siebie.
Słoneczko, nie uciekaj. Nie martw się. Niebawem się do ciebie zbliżę.
Youth, Daughter
Na lekcji polskiego próbowałam skupić się na Lalce, którą właśnie omawialiśmy, ale litery przeskakiwały mi po stronie jak mrówki we wzburzonym mrowisku. Głowa pulsowała rytmem Pocketful of Sunshine. Nic nowego, bo kiedy coś mnie przytłaczało, ta piosenka automatycznie odpalała mi się w myślach. Nawet kiedy nie miałam słuchawek. A dzisiaj przytłaczało mnie wszystko.
Nie powinnam była zgodzić się na wieczorne zastępstwo za mamę w klubie Nestora. To nie mój świat. Drogie perfumy, kryształowe kieliszki i ludzie, którzy potrafią jednym spojrzeniem ustawić cię w szeregu, najczęściej na samym końcu. A jednak kiedy mama się gorzej poczuła i zapytała, czy za nią pójdę, powiedziałam "tak". Nie mogłam pozwolić, żeby pracowała w takim stanie, a jej zależało na utrzymaniu tej dobrze płatnej fuchy.
Zamknęłam oczy, stukając w blat ławki końcówką długopisu. Jeden, dwa, trzy... rytm. Niezawodna metoda na uspokojenie. Ale tym razem nie działała. Bo po lewej stronie sali siedział ON. Nowy. Patryk Nestor.
Od kiedy się pojawił, nikt nie mówił już o niczym innym. Plotki rozchodziły się szybciej niż dym z ogniska.
"Przystojniejszy niż chłopaki z Netflixa".
"Luksusowy samochód to pewnie prezent na pocieszenie po wyjściu z psychiatryka".
"Jego ojciec ma więcej kasy niż prezydent".
"To on jest właścicielem tej wielkiej stacji TV".
"Może weźmie mnie do programu?!"
Starałam się przybrać obojętną minę i skupić na lekturze. Naprawdę. Ale mój wzrok od czasu do czasu mimowolnie wędrował do ławki Patryka. Nagle nasze spojrzenia się spotkały, na ułamek sekundy. I to wystarczyło, by moje serce zaczęło łomotać jak oszalałe. Czyżby mnie przyłapał na gapieniu się na niego?! Nie, to przypadek. Pewnie zerkał na okno albo na ścianę i przypadkiem trafił na mnie.
Wbijałam wzrok w książkę, próbując coś z niej wyczytać, ale w głowie miałam totalny chaos. Chciałam jak zwykle zmniejszyć się do mikroskopijnych rozmiarów. Stać się tłem, cichą plamą koloru w klasie pełnej głośnych barw. Albo najlepiej w ogóle zniknąć. Ale tym razem poczułam coś dziwnego. Jakby powietrze zgęstniało, stało się miękkie i lepkie, przezroczyste, a jednak ciężkie. Każdy ruch wydawał się wolniejszy, jakby ktoś podkręcił grawitację tylko wokół mnie.
– Sara, czy możesz odczytać kolejny fragment? – Głos nauczycielki brutalnie przebił się przez moje myśli.
Zamarłam. Czułam, jak wzbiera we mnie ogromna fala gorąca i zapala policzki. Wzrok rozbiegł mi się po linijkach, słowa przeskakiwały z miejsca na miejsce, jakby nagle straciły sens. Wciągnęłam głośno powietrze, ale ono ugrzęzło we mnie dławiącą gulą. I wtedy to usłyszałam. Ciche, rytmiczne: stuk-stuk-stuk. Ktoś lekko uderzył długopisem o blat w sekwencji jeden, dwa, trzy... Mojej sekwencji. Tej, którą wybijałam zawsze, kiedy chciałam się uspokoić. Tej, której nigdy nikomu nie zdradziłam – mojego małego kodu SOS.
Podniosłam głowę powoli, choć czułam dziwny lęk przed tym, co mogę zobaczyć. Patryk patrzył na mnie spod lekko opuszczonych powiek. Uważnie. Skupiony. Trzymał w palcach długopis i powtarzał ten sam rytm, choć już bez dźwięku. Jakby próbował mnie wyprowadzić z chaosu. Złapać. Podtrzymać, zanim się rozsypię.
Czy on naprawdę zauważył, że panikuję? A może ja to sobie wymyśliłam? Oczywiście, że tak. Ostatnio wyobraźnia robiła mi dziwne numery.
Tak czy siak, nie było już czasu na tego typu rozkminy. Zaczęłam czytać. W pierwszej chwili nie rozpoznałam swojego głosu. Był drżący, szorstki, jakby nie należał do mnie. Zacięłam się trzy razy. Albo cztery. Ale czytałam dalej, nawet jeśli czułam na sobie dziesiątki spojrzeń, jak mrówki pełzające po skórze.
Kiedy zadzwonił dzwonek, miałam wrażenie, że ktoś wcisnął przycisk "restart". Uratowana! Zerwałam się z krzesła i w pośpiechu pozbierałam podręczniki, udając, że nic się nie stało. Gdy w drodze do wyjścia z klasy mijałam ławkę Patryka, coś przyciągnęło moją uwagę. Delikatny męski zapach, ciepły, otulający. Od razu skojarzył mi się z letnią nocą nad wodą, taką spokojną i gładką, jakby wszystko dookoła wstrzymało oddech.
– Dobrze czytałaś – odezwał się cicho.
Zatrzymałam się. Mrugnęłam, niepewna, czy to było do mnie. Odwróciłam się minimalnie, szukając jego spojrzenia. Ale on już patrzył gdzie indziej, jakby to, co powiedział, nie miało większego znaczenia.
To wystarczyło, bym ruszyła do drzwi szybciej, niż powinnam. Miałam ochotę zapaść się w sobie jak zawsze, kiedy emocje wymykały mi się spod kontroli. W pośpiechu założyłam słuchawki. Drżące palce trafiły na właściwą playlistę dopiero za drugim razem. Potrzebowałam mojej piosenki. Potrzebowałam bezpiecznej przestrzeni, w której się schowam, zanim ogarnie mnie wzbierająca fala emocji i już nie będzie odwrotu. A ja przecież zawsze umiejętnie ukrywałam to, co naprawdę czuję, bo nie chciałam, aby ktokolwiek zwracał na mnie uwagę.
Kiedy po chwili moje uszy zalały dźwięki ukochanej piosenki, od razu odzyskałam spokój. Adam szedł teraz obok mnie, znał moje dziwactwa i niczego nie komentował. Część ludzi z klasy już się do tego przyzwyczaiła, jedynie ta złota czwórka, czyli Sandra, Samanta, Oliwier i Grzesiek, ciągle miała z tym problem. Ale ja coraz częściej się od tego odcinałam, bo naprawdę akceptacja ze strony takich dupków nie była na liście moich priorytetów.
Moja nowa szkoła śmierdziała tym samym co poprzednia – starą farbą, detergentem i stresem. Wszyscy wkoło gapili się na mnie, jakby w ich życiu nie wydarzyło się nic ciekawszego niż przyjazd jednego chłopaka w Porsche. Szkoda tylko, że to auto było bardziej klatką niż nagrodą. Ojciec twierdził, że "syn Nestora musi się jakoś prezentować". Syn Nestora mógł robić praktycznie wszystko – oprócz tego, czego naprawdę chciał, czyli żyć normalnie.
Moje wejście do klasy od razu wywołało śmieszny popłoch. Dziewczyny zaczęły szeptać jak stado ptaków. Na zmianę to udawały, że mnie nie widzą, a to stroiły dziwne pozy, zarzucając włosami z taką siłą, że miałem ochotę porozdawać im gumki, żeby nie zamachnęły się na mnie po raz kolejny. Wszyscy przecież znali mojego ojca, oglądali jego programy. Zaczynał od YouTube'a, a potem kupił stację telewizyjną i zasłynął jako ten, który uratował ją przed plajtą. Sprzedawał ludziom tanią rozrywkę – talk show, reality show, walki MMA Stars – i zbijał na tym wielką kasę. Nazwisko Nestor było hot w tej branży. Każdy kojarzył telewizję i kanały Nestor Productions Group. Tak jak każdy miał w swoim smartfonie apkę do słuchania muzyki, podcastów i audiobooków NestorMusicPlay. Dlatego byłem przyzwyczajony do reakcji ludzi na mój widok i do tego, że chcieli mi się przypodobać, najczęściej interesownie.
Tylko jedna osoba tutaj wydawała się szczera i niezdolna do udawania. To Sara. Słoneczko. Siedziała jak ktoś, kto próbuje zniknąć, skulona, cicha. Ale jednocześnie była w niej jakaś elektryzująca siła. Teraz wybijała rytm długopisem. Idealnie regularny. Jakby tym jednym ruchem próbowała zatrzymać świat, zanim się zawali. Znałem ten rytm. Znałem ten sposób oddychania. Znałem ten wzrok wbity w książkę, kiedy myśli odpływają daleko. Natalia tak miała. To uderzyło mnie mocniej, niż mogłem się spodziewać.
Kiedy nauczycielka poprosiła Sarę o przeczytanie fragmentu książki, widziałem jej nerwową reakcję. Sprawiała wrażenie kogoś stojącego na krawędzi przepaści, kto mimo że się trzęsie ze strachu, uparcie spogląda w dół. Chciałem jakoś... nie wiem... dać jej sygnał, że nie jest sama. Zrobiłem to, co pomagało Natalii, kiedy bała się wyjść na scenę podczas szkolnego występu. Wszedłem w jej rytm i wysłałem wiadomość, niczym alfabetem Morse'a, żeby ona zrozumiała, że ja też rozumiem. I że daję jej wsparcie. Raz, dwa, trzy.
Sara podniosła na mnie wzrok. Była w nim przepastna głębia, która nagle nabrała niesamowitej świetlistości. A może to mnie się tak zdawało, bo od dawna nikt nie patrzył na mnie w taki sposób. Bez oceny. Bez oczekiwań. Bez sztucznego uwielbienia. Bez chęci imponowania.
Po lekcji, kiedy przechodziła obok mnie, chciałem powiedzieć coś normalnego, coś, co nie zabrzmi jak tani podryw albo jak próba wywołania sensacji. Powiedziałem więc prawdę.
– Dobrze czytałaś.
Powinna odpowiedzieć. Spojrzeć. Uśmiechnąć się. Ale jej reakcja była inna. Dziewczyna po prostu uciekła. Założyła te swoje stare słuchawki, jakby musiała odgrodzić się od świata. Chyba niedokładnie wpięła je do smartfona, bo przez ułamek sekundy dał się słyszeć dźwięk wybranego z playlisty utworu. Zamroziło mnie. Znałem tę melodię. Pocketful of Sunshine.
To piosenka, którą Natalia puszczała w kółko, gdy była jeszcze zdrowa. Gdy śmiała się, kręcąc po kuchni jak szalona. Twierdziła, że ta melodia daje jej przestrzeń, w której może się schować i gdzie nic jej nie boli. Że ta piosenka ogrzewa ją jak słońce. I tak zostało do samego końca. Choroba zabrała jej wszystko poza tym jednym utworem, którego nie pozwalała wyłączyć. Słuchając znów tej piosenki, poczułem, jak coś we mnie pęka. Jakby ktoś otworzył drzwi, które zamknąłem na gruby łańcuch.
Sara Feler. Dziewczyna z rytmem w dłoni i muzyką Natalii w uszach. Kim była? I dlaczego los postawił ją na mojej drodze akurat teraz?
Wyszedłem na korytarz z jedną myślą: Sara. I wtedy dopadłem Julka Paprockiego. Typowy "fajny ziomek" z klasy: koszula w kratę, włosy w nieładzie, plecak obwieszony przypinkami zespołów, których nikt normalny nie słuchał. Znałem go z pozaszkolnych klimatów, o których nikt z naszego otoczenia nie miał pojęcia.
– Ej, Paprota – zagadnąłem ksywką, którą wołaliśmy na niego w naszym klubie. – Mogę o coś zapytać?
Julek spojrzał na mnie jak na kogoś, kto właśnie przerwał mu najważniejszą życiową misję: wybieranie drożdżówki ze swojego przepastnego plecaka, w którym nosił całkiem niezły zapas jedzenia.
– Jak musisz – mruknął.
– Ta dziewczyna... Sara. Feler. Co z nią?
Uniósł brwi, wyraźnie zdziwiony, co rzadko mu się zdarzało.
– Uuu, Nestor zainteresował się Sarą? Fiu, fiu – zagwizdał. – Grubo.
– Julek. Poważnie.
Chłopak prychnął, ale przestał pajacować. Oparł się o ścianę, popijając sok z kartonika.
– Dobra. Sara jest spoko. Cicha. Nikomu nie wchodzi w drogę. Uczy się dobrze. Wychowuje ją matka. Widuję je czasem, jak idą razem na autobus. Nie mają kasy, to widać. Ale Sara chyba nie narzeka. No i... – podrapał się po głowie – jest po prostu normalna. W sensie w porządku, nigdy nie robi nikomu syfu.
Poczułem znajome ukłucie. To brzmiało jak opis Natalii sprzed jej choroby. Co jest...?
– Widziałem, że ci kretyni z naszej klasy ją zaczepiają. Dlaczego? Co do niej mają?
Julek westchnął ciężko.
– Oliwier i Grzesiek to idioci do sześcianu. Robią wszystko na pokaz. A Sara ich... no, wkurza. Bo nie dała się kupić.
Zmarszczyłem brwi.
– Kupić...? Co masz na myśli?
Julek popatrzył na mnie z miną pod tytułem "Serio nie kumasz?", po czym zniżył głos:
– W pierwszej klasie Oliwier chciał z nią chodzić. Typ myślał, że jak ma ojca z kasą i nowy zegarek, to każda laska padnie przed nim na kolana. Sara mu odmówiła. Publicznie. Przy wszystkich.
– I to ma być powód, żeby ją gnębić?
– W ich świecie? – parsknął. – To największa możliwa zniewaga. Od tamtej pory nie mogą jej ścierpieć. Oliwier śmieje się z niej, że jest zadufaną w sobie szarą myszą. A jego dziewczyna Samanta nienawidzi jej chyba jeszcze bardziej. Bo kumasz... – Julek poruszył wymownie brwiami. – Sara była pierwsza na jego liście, a Sammy, no cóż... musiała brać to, czego nasza Sara nie zechciała.
Krew uderzyła mi do głowy. Samanta to ta, która przez pół lekcji gapiła się maślanym wzrokiem na swoje selfie. Idealne trio: błyskawiczna zazdrość, urażone ego i inteligencja na poziomie meduzy.
– A ty? – zapytałem nagle. – Też masz coś do Sary?
Julek zrobił wielkie oczy.
– Ja? Stary, nie! Ja ją nawet lubię. Znaczy... nie gadamy jakoś dużo, ale spoko dziewczyna. Tylko... no. Ludzie wolą jej unikać, żeby nie podpaść Oliwierowi. Masz tu swój dziki ranking popularności i wiesz... – wzruszył ramionami – Sara jest poza nim.
Patrzyłem na niego chwilę, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Sara Feler. Dziewczyna, która słuchała Pocketful of Sunshine. Która wybijała rytm jak Natalia. Która nie bała się odmówić aroganckiemu pajacowi. Która teraz siedziała skulona w ławce, broniąc się ciszą.
Coś mocno ścisnęło mnie w środku. Coś, czego dawno nie czułem.
– Dzięki – powiedziałem, ruszając do klasy.
– Ej, Nestor! – krzyknął jeszcze Julek, a kiedy się odwróciłem, spojrzał na mnie podejrzliwie. – Tylko nie rób syfu, co? Sara nie potrzebuje kolejnej dramy.
Zatrzymałem się na chwilę.
– Nie zamierzam jej skrzywdzić – odpowiedziałem cicho.
Julek gapił się na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby pierwszy raz zobaczył we mnie coś więcej niż markowe ciuchy i drogi telefon. Albo pięści. A ja wiedziałem jedno: muszę się dowiedzieć, co myśli ta dziewczyna z posklejanymi słuchawkami na uszach. I dlaczego właśnie ona, ze swoją cichą obecnością i muzyką Natalii, weszła w mój świat, zanim zdążyłem zatrzasnąć go przed wszystkimi na amen.