GODZINA DZIESIĄTA TRZYDZIEŚCI PIĘĆ
- Tato - powiedziała Halinka. - Mama mówiła, że tato obiecał zabić karpia, ale że tato nie zabił, to ona nie będzie smażyła żywego. I ma już tego zupełnie dosyć.
Popatrzyłem na córkę niezbyt przytomnie. Wpatrywała się we mnie z wyrzutem i nie miała zamiaru dać mi spokoju.
- Co tu, do licha, robisz? - syknąłem na nią, a potem odwróciłem się w kierunku gromadki ludzi stojących na skraju szosy i wrzasnąłem: - Mówiłem, żeby się nie skupiać! Co to znaczy? Teatr przyjechał czy co? Baby, rozejść się! Ciasto piec, Wigilię przygotowywać, a nie gapić się bez potrzeby! Nieboszczyka nie widzieliście czy co?!
Cofnęły się o kroczek do szosy, ale wcale nie miały zamiaru się rozchodzić.
- Tato - Halinka pociągnęła mnie za rękaw - no to co będzie z tym karpiem? Kto ma go zabić?
Popatrzyłem na nią najgroźniej, jak umiałem.
- Jak zaraz stąd nie pójdziesz, to ściągnę pas i tak ci przyrżnę, że się nie pozbierasz. Marsz do domu!
- Ja mogę pójść, ale mama nie będzie zadowolona.
Wiedziałem, że mama nie będzie zadowolona, bo rzeczywiście zapomniałem rano zabić tego karpia, ale w tej chwili mnie to zupełnie nie interesowało.
- Uciekaj stąd i już - warknąłem przez zęby. - Jeżeli za sekundę tu jeszcze będziesz, to ci naprawdę przyłożę.
Halinka zawróciła na pięcie i pogalopowała w kierunku domu. Józef Biedronek, najmłodszy milicjant z mojego posterunku, groźnie podszedł do bab na skraju szosy i pomachał im przed nosami zaciśniętym kułakiem.
- Uciekajta, baby - powiedział - pan komendant mówił, żeby się rozejść. A jak władza mówi, to trzeba się słuchać. Rozumiecie?
- Ależ tyś zważniał, Józuś - zaśmiała się któraś z kobiet. - Jeszcze niedawno nosa ci podcierałam, a teraz bez kija do ciebie nie przystąp.
- No, no, no - denerwował się Józek - tylko bez takiego gadania, obywatelko Maciaszkowa, bo wam wlepię mandat za opór władzy i utrudnianie!
Maciaszkowa się zaperzyła i już chciała coś chlapnąć jęzorem, ale jak raz wtrąciła się żona Matesaka, sołtysa w Gwiazdowie.
- Józek ma rację, Maciaszkowa. Widzicie, człowiek zabity leży, a wy tu z żartami i przeszkadzacie. Wracajmy, kobity, do domów, do swojej roboty, nic tu nie wypatrzymy!
Maciaszkowa zamilkła. Kobiety cofnęły się jeszcze o krok, ale jakoś nie spieszyły do domów. Maciaszkowa też zresztą nie odchodziła. Śnieg padał coraz gęstszy. Szosa była pusta. Kilka czarnych wron, wcale nie spłoszonych naszą obecnością, przechadzało się po śniegu w odległości kilkunastu metrów od nieboszczyka, którego zresztą mało już nawet było widać, bo z minuty na minutę ginął pod warstwą śniegu.
Przez jakąś chwilę wydawało mi się, że wszystko to jest tylko koszmarnym snem, po którym człowiek budzi się zlany zimnym potem. Ale nieboszczyk w szatach świętego Mikołaja był, niestety, koszmarną rzeczywistością. Pilnowaliśmy go wspólnie z Józkiem Biedronkiem, a mój zastępca, kapral Duda, siedział tymczasem na posterunku przy telefonie.
Przed godziną posłałem po nich Walendziaka. Zameldowali się szybciutko. Dudę wysłałem na posterunek, żeby zadzwonił do województwa, a sam z Biedronkiem pozostałem przy zwłokach. A potem, nie wiadomo jak i kiedy, zwiedziały się baby i zaraz ich tu już było pełno, i trzeba się było z nimi użerać, a w końcu pojawiła się Halinka w sprawie tego żywego jeszcze karpia, tak że w głowie powstał mi zupełny mętlik.
- Panie komendancie - powiedział Walendziak, który stał koło nas - to ja już sobie pójdę.
- Co? - zapytałem niezbyt przytomnie, ocierając rękawicą płatki śniegu z brwi.
To może ja już sobie pójdę? - powtórzył niepewnie.
- Ani mi się ważcie. Jesteście ważnym świadkiem.
- A toż mi kobita głowę urwie.
- Wy mi, Walendziak, nawet nie mówcie o odejściu. Z dębu spadliście czy co?
- A długo to jeszcze potrwa?
- Jak będzie trzeba, to postoicie tu nawet i do rana. A w ogóle to nie zawracajcie mi głowy. Widzicie, że jestem zajęty. Baby! Ostatni raz mówię, rozejść się! Żarty się skończyły! No raz, dwa, trzy!
W moim głosie musiało być tyle pasji, że tym razem posłusznie się odwróciły i gorączkowo coś poszeptując oraz stale za siebie się oglądając, podreptały jednak w kierunku zabudowań.
- Ale obywatel komendant to ma posłuch - rzekł Biedronek z przypochlebczym podziwem w głosie. - Jak powiedział, to się od razu posłuchały.
- Nie pochlebiaj, Józuś. Patrz lepiej na szosę, czy jeszcze nie jadą.
- A toż patrzę, panie sierżancie - obruszył się Biedronek. - Nic tylko oczy wypatruję. Pewnie niedługo już będą. - Pogapił się przez chwilę na szosę, na której nic nie było widać, a potem zapytał: - Popalić można?
- Popalcie sobie - zgodziłem się. - Tylko mi niedopałków nie rzucajcie, bo potem ci z wojewódzkiej pomyślą, że to jaki ślad - dodałem bez większego przekonania, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, że padający bez przerwy śnieg zniszczył wszelkie ślady, a najrozmaitszych starych niedopałków poniewierało się zawsze koło szosy do licha i trochę.
Zapalił papierosa, zasłaniając dłonią od śniegu i wiatru migotliwy płomyczek zapałki. Potem zapałkę zgasił i schował do pudełka. Widać wziął na serio moje gadanie o pozostawieniu fałszywych śladów. Przez chwilę popatrzył na szosę, a potem zagadnął:
- A pan sierżant to myśli, że kto go załatwił? - wskazał rękawicą w kierunku zasypanego śniegiem nieboszczyka.
- A skąd ja, Józuś, mogę to wiedzieć? Czy ja jestem Duchem Świętym czy co? - obruszyłem się łagodnie. - Przyjadą specjaliści, poniuchają, poszukają i będzie wiadomo co i jak. To są, chłopie, fachowcy. Nie to co my. Gdybyś mnie zapytał na przykład, kto ukradł prosiaka albo kto komuś przyłożył na drodze koło gospody, to pewno bym ci odpowiedział. Ale to? - wzruszyłem ramionami: - Nie na nasze głowy.
- A mnie się coś widzi - powiedział Józek - że to nasz artysta maczał w tym palce. Dla niego to nie pierwszyzna.
Chrząknąłem, wskazując na Walendziaka.
- Nie gadałbyś głupot, Józek. Nikt cię nie pyta, co o tym myślisz. Wypatruj lepiej na szosie.
Józek w lot się zorientował, że nie powinien dzielić się swymi podejrzeniami w obecności Walendziaka, bo burknął pod nosem:
- A wy, Walendziak, uszami nie strzyżcie. Pan komendant kazał wam czekać, więc cierpliwie czekajcie i nic wam do tego, o czym władza rozmawia.
Walendziak przybrał nieszczęśliwą minę i chciał coś odpowiedzieć, ale do tego nie doszło, bo Józek nagle zameldował:
- Jadą już, panie komendancie!
I rzeczywiście. Z głębi szosy, z tumanu śnieżycy błysnęły reflektory, a po chwili na naszej wysokości mimo śniegu z fasonem i ostro zahamowały dwa wozy.
Podbiegłem do szosy i poczekałem, aż przybyli wygramolą się z samochodów. Z willysa wyskoczył najpierw porucznik Fronczak, który często do Gwiazdowa przyjeżdżał, potem wyszedł jakiś nie znany mi cywil, a na końcu oficer w stopniu kapitana. Z czarnego citroena wysiedli lekarz, fotograf i dwóch nie znanych mi funkcjonariuszy.
Podszedłem do kapitana i zameldowałem mu:
- Obywatelu kapitanie, melduje się komendant posterunku w Gwiazdowie Górnym, sierżant Stanisław Komorowski. Miejsce znalezienia zwłok zostało zabezpieczone.
Kapitan przyłożył dwa palce do daszka czapki i przedstawił się:
- Bartczak, z Komendy Wojewódzkiej.
Potem kapitan w towarzystwie cywila podszedł do przysypanych śniegiem zwłok. Niepewnie podążyłem za nimi.
- To chyba będzie on, kapitanie - powiedział cywil, przypatrując się nieboszczykowi i energicznie pociągając nosem.
Zauważyłem, że nos miał zapuchnięty, a oczy czerwone jak u królika. Wyglądał na solidnie zagrypionego. Jego żółte półbuty tonęły w śniegu, a kapelusz z oklapłym rondem robił wrażenie, jakby za chwilę miał ulecieć w powietrze.
- Chyba to będzie on - zgodził się kapitan, a potem zwrócił się do porucznika Fronczaka: - No, zabierajcie się do roboty.
Fronczak skinął na fotografa i już po chwili biel śniegu poczęła połyskiwać w jaskrawych rozbłyskach flesza.
Spłoszone wrony ciężko poderwały się do lotu. Walendziak rozdziawił gębę i z podziwem patrzył na przybyłych, Józef Biedronek zamarł w pozycji prawie że zasadniczej, zakatarzony cywil w żółtych półbutach pociągał nosem, od strony wsi dobiegało gwałtowne psie naszczekiwanie, a śnieg padał coraz gęstszy i gęstszy.