Nie wszystko złoto - Linda H. Staaf

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jäm­tland, po­nie­dzia­łek 20 lu­tego 2017 roku

1

Śnieg skrzy­piał pod jej bu­tami przy każ­dym kroku. In­spek­tor po­li­cji Ma­rita Lan­der nie pa­mię­tała, kiedy ostatni raz tyle go na­pa­dało. Ścieżkę po­kry­wała dzie­się­cio­cen­ty­me­trowa war­stwa bia­łego pu­chu, pod którą znaj­do­wała się cienka war­stwa lodu, na któ­rej ła­two się było po­śli­zgnąć. Ma­rita mu­siała uważ­nie sta­wiać kroki, żeby się nie prze­wró­cić, i po­rząd­nie się za­sa­pała. Po­cią­gała no­sem, żeby ka­tar nie spły­wał jej do gar­dła. Jesz­cze nie za­częło świ­tać, ale ścieżka w le­sie była na tyle do­brze oświe­tlona, że po­li­cjantka wie­działa, któ­rędy iść. Mu­siała przejść kil­ka­set me­trów, ale droga od par­kingu przy wieży wi­do­ko­wej Frösötor­net do po­czątku trasy zjaz­do­wej na wzgó­rzu Gu­sta­vs­bergs­bac­ken pięła się w górę, dla­tego Ma­rita co chwilę przy­sta­wała. Ile­kroć ła­pała od­dech, wdy­chała drobne lo­dowe krysz­tałki, a dys­kom­fort po­głę­biała prze­po­cona na ple­cach ko­szulka. Kiedy wy­cho­dziła z domu rap­tem kwa­drans wcze­śniej, ter­mo­metr wska­zy­wał mi­nus czter­na­ście stopni.

Zna­la­zł­szy się na szczy­cie stoku nar­ciar­skiego, uj­rzała naj­pięk­niej­szy wi­dok w ca­łej oko­licy. Mi­go­czące w dole świa­tła Öster­sund po dru­giej stro­nie sku­tej lo­dem i za­sy­pa­nej śnie­giem rzeki. Ła­god­nie oświe­tlony most łą­czący Frösön z Öster­sund. Nie zdą­żyła się tym jed­nak na­cie­szyć, bo na­gle usły­szała skrzy­pie­nie śniegu pod czy­imiś bu­tami. Od­wró­ciła się. Był to umun­du­ro­wany po­li­cjant, który na nią tu­taj cze­kał. Miał rudą ko­zią bródkę, od razu go roz­po­znała. W po­li­cji w Öster­sund pra­co­wało tylko kilka osób, więc wszy­scy się znali, mimo to Ma­rita nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, jak się na­zy­wał, wie­działa tylko, że miał trudne do za­pa­mię­ta­nia i dziwne szla­chec­kie na­zwi­sko. Młod­szy ko­lega się roz­pro­mie­nił i uniósł rękę na po­wi­ta­nie.

- No więc, co tu się wy­da­rzyło? - za­py­tała, sta­jąc przy nim.

Funk­cjo­na­riusz po­krę­cił głową.

- To jedna z gor­szych spraw, nad któ­rymi pra­co­wa­łem.

Kiedy mó­wił, z jego ust wy­do­by­wała się para, na bro­dzie i brwiach osiadł szron.

- Ża­den po­li­cjant nie miałby wąt­pli­wo­ści, że do­szło tu do mor­der­stwa - kon­ty­nu­ował.

- Coś strasz­nego - rzu­ciła Ma­rita, prze­cho­dząc pod ta­śmą po­li­cyjną. Za­pewne uzy­skała na to zgodę pra­cu­ją­cego tam tech­nika.

- Naj­gor­szy jest chyba ten pies - do­dał funk­cjo­na­riusz, wska­zu­jąc ręką w kie­runku, w któ­rym szła.

Ka­wa­łek da­lej, wciąż na stoku, na skraju lasu, do­strze­gła le­żą­cego na śniegu se­tera ir­landz­kiego z otwar­tym py­skiem i zwi­sa­ją­cym z boku ję­zy­kiem. Śnieg przy nim był czer­wony od krwi wy­pły­wa­ją­cej z psiego gar­dła, które, jak przy­pusz­czała, zo­stało po­de­rżnięte. Mimo że tech­nik wpu­ścił ją na miej­sce prze­stęp­stwa, sta­rała się nie pod­cho­dzić zbyt bli­sko. Nie chciała znisz­czyć ja­kich­kol­wiek śla­dów.

Za­nim po­szli da­lej, ką­tem oka za­uwa­żyła, że ktoś się zbliża. Wy­star­czyło, że zo­ba­czyła ele­gancki płaszcz oraz sza­lik Bur­berry i już wie­działa, kto to taki.

- Dzień do­bry, panno Lan­der - po­wie­dział La­xman, jed­no­cze­śnie przy­bie­ra­jąc po­waż­niej­szy wy­raz twa­rzy. - Co się stało z psem?

Ma­rita mruk­nęła coś nie­wy­raź­nie pod no­sem, nie wie­dząc, co wła­ści­wie chce po­wie­dzieć. Jej mózg nie pra­co­wał z rana tak do­brze jak umysł La­xmana.

Młod­szy funk­cjo­na­riusz za­pro­wa­dził ich za drew­niany wia­tro­chron, ja­kieś dzie­sięć me­trów da­lej. La­xman wy­prze­dził Ma­ritę i jako pierw­szy do­tarł na miej­sce. Nie pod­cho­dząc zbyt bli­sko, przy­glą­dał się le­żą­cemu na boku męż­czyź­nie ze wciąż wbitą w po­ty­licę sie­kierą. Tuż obok niego le­żał jego kasz­kiet. In­spek­tor zwró­ciła uwagę na to, że ka­łuża krwi była ra­czej nie­wielka. Być może więk­szość wsią­kła w śnieg. Przy­pusz­czała, że mógł mieć około sie­dem­dzie­siątki. Nie zdą­żyła się le­piej przyj­rzeć, po­nie­waż La­xman wy­krzyk­nął ze zdu­mie­niem w oczach:

- Boże drogi! Wi­dzisz, kto to jest?

Ma­rita po­de­szła kilka kro­ków bli­żej. Poza sie­kierą wbitą w głowę ciało było nie­na­ru­szone. W chwili, gdy go roz­po­znała, za­marła.

- Nie po­zna­jesz? - kon­ty­nu­ował La­xman. - To Malm­berg, były szef po­li­cji!

2

Do­wódca pa­trolu Chri­stian St?hl wpraw­nie prze­szu­ki­wał chło­paka, pod­czas gdy jego part­nerka Nora Lind­man ro­biła to samo z ko­legą za­trzy­ma­nego. Po spraw­dze­niu kie­szeni czar­nej pu­cho­wej kurtki Chri­stian za­brał się do prze­szu­ki­wa­nia no­ga­wek dżin­sów. Nic tym ra­zem nie zna­lazł, więc pu­ścił mło­dego wolno. Choć wszy­scy wie­dzieli, że w cen­trum mia­sta le­piej nie no­sić przy so­bie nar­ko­ty­ków ani noży, prze­szu­ka­nia były dla Chri­stiana i jego ko­le­gów po fa­chu spo­so­bem na utrzy­ma­nie po­rządku w Öster­sund.

St?hl spoj­rzał na ze­ga­rek i stwier­dził, że na­de­szła pora na lunch.

- Jedźmy na ko­mi­sa­riat - po­wie­dział, sia­da­jąc na miej­scu pa­sa­żera, po czym zdjął rę­ka­wiczki, by roz­grzać palce.

- Może naj­pierw po­win­ni­śmy gdzieś sta­nąć i spraw­dzić trzeź­wość kilku kie­row­ców? - za­py­tała Nora, uru­cha­mia­jąc sil­nik.

- Nie, jedźmy już - za­pro­te­sto­wał Chri­stian lo­do­wa­tym to­nem.

Nie miał ochoty stać na dwo­rze i mar­z­nąć, żeby po­pra­wić sta­ty­styki. Wła­ści­wie nie miał ochoty na nic. Pra­wie dzie­sięć lat ha­rówki w tym sa­mym cha­rak­te­rze, dzień po dniu. Wie­lo­krot­nie apli­ko­wał na sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze, cza­sem na­wet nie za­pra­szano go na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Uwa­żał się za po­li­cjanta z po­wo­ła­nia, choć nie­kiedy i on tra­cił chęć do pracy.

W słu­chawce roz­legł się dźwięk. Dy­żurny z cen­trum do­wo­dze­nia wy­da­wał dys­po­zy­cje pa­tro­lowi. Głos był zde­cy­do­wany i rze­czowy.

- Mamy na li­nii męż­czy­znę, który dzwoni z ?re i mówi, że jego żona za­gi­nęła wczo­raj wie­czo­rem. Wy­szła z domu około dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści i po­je­chała sa­mo­cho­dem na za­kupy. Do tej pory nie wró­ciła.

Chri­stian przy­trzy­mał przy­cisk nada­wa­nia i wark­nął:

- A nie ma in­nego ra­dio­wozu, który jest bli­żej? Od­biór!

- Ra­dio­wóz z za­chod­niej czę­ści zo­stał wy­słany do Stora Bl?sjön. Je­ste­ście naj­bli­żej. Od­biór.

Po­li­cjant wes­tchnął gło­śno.

- Przy­ją­łem. Po­je­dziemy do ?re i to spraw­dzimy. Masz nu­mer te­le­fonu do męż­czy­zny, który dzwo­nił?

Wy­jął pi­sak ze schowka i na mi­nia­tu­ro­wej ta­blicy su­cho­ście­ral­nej, którą oparł o de­skę roz­dziel­czą, za­pi­sy­wał nu­mer te­le­fonu ko­mór­ko­wego do ja­kie­goś Hen­rika Sjölina dyk­to­wany przez dy­żur­nego z cen­trum do­wo­dze­nia. Nora przy­spie­szyła i zje­chała w stronę drogi E14, tym­cza­sem Chri­stian wy­brał za­pi­sany przed chwilą nu­mer. Po dru­gim sy­gnale od­po­wie­dział mu mę­ski głos. Męż­czy­zna wy­da­wał się otę­piały i zre­zy­gno­wany, gdy opo­wia­dał o żo­nie, która po­przed­niego wie­czoru wsia­dła do sa­mo­chodu i za­raz miała wró­cić, jed­nak na­dal jej nie było.

- Do­kąd po­je­chała?

Męż­czy­zna się za­wa­hał.

- Tak na­prawdę to nie wiem. Po­wie­działa tylko, że za­raz wraca.

- Miał pan z nią kon­takt te­le­fo­niczny?

- Dzwo­nię od rana. I albo ma wy­łą­czony te­le­fon, albo sły­chać sy­gnał ocze­ki­wa­nia, ale ona nie od­biera.

Chri­stian i Nora wy­mie­nili po­dejrz­liwe spoj­rze­nia.

- Czy stało się coś, co mo­gło ją skło­nić do wy­jazdu?

- Co pan ma na my­śli? - za­py­tał męż­czy­zna. - Niby co?

- Ujmę to ina­czej. Po­kłó­cili się pań­stwo? Do­szło mię­dzy pań­stwem do nie­po­ro­zu­mie­nia?

Na chwilę za­pa­dła ci­sza.

- Była w do­brym na­stroju, kiedy wy­cho­dziła.

- Czy pań­ska żona ma skłon­no­ści sa­mo­bój­cze?

- Sa­mo­bój...?

- Czy cierpi na de­pre­sję?

Znowu ci­sza.

- Nie, nie wy­daje mi się.

Chri­stian do­wie­dział się od męż­czy­zny, że żona po­je­chała srebr­no­sza­rym mer­ce­de­sem i za­pi­sał nu­mer re­je­stra­cyjny, po czym się roz­łą­czył.

- W ta­kim ra­zie mu­simy tam po­je­chać i zmar­no­wać tro­chę czasu - wes­tchnął.

- Może miała dość i ucie­kła - po­wie­działa Nora z uśmie­chem, nie od­ry­wa­jąc wzroku od drogi.

- Nie zdzi­wi­łoby mnie to. Wy, ko­biety, je­ste­ście tro­chę ka­pry­śne.

W jego gło­sie nie było sły­chać żar­to­bli­wego tonu, a Nora tego nie sko­men­to­wała.

- No i tyle, je­śli cho­dzi o lunch - mruk­nął Chri­stian.

3

Ma­ri­cie chciało się pła­kać, ale łzy nie po­pły­nęły. Od naj­młod­szych lat uczono ją, by nie oka­zy­wać wielu emo­cji. Czuła przy­gnę­bie­nie i smu­tek. Wpraw­dzie za­pa­mię­tała Malm­berga jako sta­ro­świec­kiego dżen­tel­mena, ale także jako nie­ustę­pli­wego sta­ruszka, który przez więk­szość czasu żył prze­szło­ścią. Przy po­że­gna­niu, gdy sześć lat wcze­śniej prze­cho­dził na eme­ry­turę, nie czuła wiel­kiego smutku. Miała na­dzieję, że za­stąpi go ktoś o nieco bar­dziej no­wo­cze­snym spo­so­bie my­śle­nia. Wciąż jed­nak nie mo­gła prze­bo­leć, że czło­wiek, który le­żał mar­twy na śniegu, to ktoś, kogo znała. Po­li­cjan­tem zo­staje się na całe ży­cie. Malm­berg był jed­nym z nich.

Chwy­ciła ku­bek obu­rącz i po­woli zbli­żyła do ust. Go­rąca cze­ko­lada tro­chę po­pra­wiła jej sa­mo­po­czu­cie. Naj­le­piej sma­ko­wała wła­śnie na mro­zie, kiedy czło­wiek był zzięb­nięty. Swoją drogą ten na­pój z au­to­matu, który mieli na ko­mi­sa­ria­cie, ra­czej nie za­słu­gi­wał na miano praw­dzi­wej go­rą­cej cze­ko­lady.

Po­li­cjantka stała w po­koju śled­czych przy bia­łej ta­blicy, którą wkrótce miały za­peł­nić no­tatki i zdję­cia. Mor­der­stwa w Jäm­tland na­le­żały do rzad­ko­ści, jed­nak w ostat­nich la­tach pro­wa­dzono kilka śledztw w spra­wie za­bójstw, a ta­kie do­cho­dze­nia wciąż przy­pra­wiały ją o szyb­sze bi­cie serca. Szu­ka­nie sprawcy miało w so­bie coś szcze­gól­nego. Tro­chę jak za­bawa w kotka i myszkę czy w cho­wa­nego. Ni­gdy po­waż­nie nie my­ślała o zmia­nie za­wodu.

Do po­koju wszedł La­xman. Cze­kała na niego, po­wi­tała go, lekko uno­sząc rękę.

- Straszne, co się stało z Malm­ber­giem - stwier­dziła. - Bar­dzo mnie to po­ru­szyło.

- Coś okrop­nego - zgo­dził się po­li­cjant, od­su­wa­jąc krze­sło od stołu.

- I ten pies! Bie­dac­two! Czym on so­bie na to za­słu­żył?

- A czym za­wi­nił Malm­berg? - za­py­tał La­xman z po­ważną miną.

Jesz­cze nie usiadł, kiedy usły­szeli dźwięk czyt­nika kart i otwie­ra­nie drzwi. Do środka wpa­dła sze­fowa wy­działu do­cho­dze­niowo-śled­czego, ko­mi­sarz Anna Vi­king, i klap­nęła na krze­sło tak gwał­tow­nie, że ude­rzyła pi­sto­le­tem w opar­cie. Miała krót­kie, za­cze­sane na czoło, ja­sne blond włosy. Ma­rita uwa­żała, że Anna by­łaby piękna, gdyby nie te su­rowe i ostre rysy twa­rzy. A także znaczny ty­ło­zgryz. Mo­gła mieć z metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu, same mię­śnie, pra­wie zero tłusz­czu, a na obu przed­ra­mio­nach duże ta­tu­aże. Wy­glą­dała jak po­li­cjantka z jed­nostki spe­cjal­nej i ewi­dent­nie kre­owała się wła­śnie na ko­goś ta­kiego. Mimo że była sze­fową jed­nostki śled­czej, któ­rej wszy­scy pra­cow­nicy ubie­rali się po cy­wil­nemu, ona za­wsze no­siła gra­na­tową bluzę tak­tyczną i po­lowe spodnie po­li­cyjne.

- Może każdy z nas na­kre­śli ob­raz sy­tu­acji? Ja za­cznę - ode­zwała się z moc­nym ak­cen­tem z po­łu­dnio­wej czę­ści Szwe­cji.

Ma­ritę tak za­sko­czyło chłodne przy­ję­cie przez Annę in­for­ma­cji o zna­le­zie­niu ciała za­mor­do­wa­nego by­łego po­li­cjanta, że nie­świa­do­mie zmarsz­czyła brwi i zro­biła po­dejrz­liwą minę. I dla­czego sze­fowa miała wła­sny ogląd sy­tu­acji? Wszel­kie in­for­ma­cje na te­mat za­bój­stwa po­winna uzy­skać od Ma­rity.

Anna szybko ob­ra­cała w pal­cach dłu­go­pis. Jej twarz była po­kryta de­li­kat­nymi czer­wo­nymi pla­mami, jak zwy­kle, gdy roz­ma­wiała z in­spek­torką Lan­der.

- Były szef po­li­cji, Bo Malm­berg, zo­stał zna­le­ziony przez pra­cow­nika ko­mu­nal­nego, który za­czął dziś pracę wcze­śnie rano, do­kład­nie o szó­stej dwa­dzie­ścia pięć, żeby prze­je­chać stok ra­tra­kiem przed otwar­ciem wy­cią­gów. Po­nie­waż w nocy nie było opa­dów śniegu, trudno okre­ślić, jak długo le­żało tam ciało Malm­berga. Być może zo­stał za­bity już ze­szłej nocy.

Ma­rita spoj­rzała w swoje no­tatki i stwier­dziła, że otrzy­mała tę samą in­for­ma­cję od ofi­cera przy­go­to­wu­ją­cego ra­port. Za­nim co­kol­wiek po­wie­działa, Anna kon­ty­nu­owała:

- Pod­py­ta­łam jego daw­nych współ­pra­cow­ni­ków i do­wie­dzia­łam się, że od kilku lat był zwią­zany z ko­bietą, So­lveig Per­s­son. Oczy­wi­ście trzeba ją prze­słu­chać.

Ma­ri­cie nie umknęło ner­wowe drgnie­nie po­liczka La­xmana. Poza tym sie­dział bez ru­chu i wpa­try­wał się w sze­fową, która nie prze­sta­wała mó­wić z po­ważną, a za­ra­zem wy­nio­słą miną:

- Mu­szę jak naj­szyb­ciej zło­żyć ra­port prze­ło­żo­nym. O tej spra­wie zrobi się gło­śno w me­diach i Ste­fan uważa, że to ja po­win­nam się tym za­jąć. Daj­cie mi znać, jak bę­dzie­cie mieli nowe in­for­ma­cje.

Na­stęp­nie wy­szła z po­koju rów­nie szybko, jak do niego we­szła.

- Co to, do cho­lery, było?! - wy­krzyk­nął La­xman, gdy tylko za­mknęły się drzwi. - Dla­czego mia­łaby od­po­wia­dać za kon­takt z me­diami? My­śla­łem, że to my pro­wa­dzimy śledz­two.

- No i tak jest - oznaj­miła Ma­rita. - Praw­do­po­dob­nie po pro­stu czuje się nie­pew­nie. To pierw­sze mor­der­stwo, od kiedy tu przy­je­chała.

- To chyba pierw­sza sprawa w ogóle, od kiedy tu przy­je­chała. Jak długo ona tu jest? Trzy mie­siące?

- Nie­całe.

- Mo­gła zo­stać w Ska­nii.

Ma­rita oparła się na krze­śle i po­pi­jała go­rącą cze­ko­ladę. Nie mo­gła po­wstrzy­mać uśmie­chu. Jaka to róż­nica, czy ktoś przy­je­chał tu z Ny­köping, jak La­xman, czy po­cho­dził ze Ska­nii?

- Utrzy­my­wa­łeś kon­takt z Malm­ber­giem w ostat­nich la­tach? - za­py­tała.

- Nie pa­mię­tam, że­bym się z nim wi­dział, od kiedy prze­szedł na eme­ry­turę. A ty?

- Nie przy­po­mi­nam so­bie. Nie mam po­ję­cia, co się z nim działo. Z dru­giej strony nie sły­sza­łam też, żeby in­te­re­so­wał się świat­kiem prze­stęp­czym.

- Chyba żar­tu­jesz. Czło­wiek ho­noru po­kroju Malm­berga, cho­dząca nie­na­gan­ność, miałby stra­cić swoją toż­sa­mość i za­cząć się za­da­wać z prze­stęp­cami? W ży­ciu.

Ma­rita za­uwa­żyła na ekra­nie ko­mórki po­wia­do­mie­nie z apli­ka­cji z wia­do­mo­ściami:

"Mar­twy męż­czy­zna zna­le­ziony w Öster­sund - za­bój­stwo po­li­cjanta?"

- Te­raz Anna osza­leje. Ga­zeta z Öster­sund jest naj­wy­raź­niej o krok przed nami - po­wie­działa zmar­twiona. - Już za­częli spe­ku­lo­wać, że to zbrod­nia na po­li­cjan­cie.

La­xman wy­glą­dał na zmar­twio­nego.

- Cóż, ra­czej nie cho­dzi o to, że ktoś chciał za­mor­do­wać po­li­cjanta. Mu­simy się jed­nak do­wie­dzieć, czy mor­der­stwo może mieć ja­ki­kol­wiek zwią­zek z jego służbą w po­li­cji.

- No tak - od­parła za­my­ślona. - Co wiemy oprócz tego, o czym po­wie­działa nam Anna? Co mu­simy zro­bić i w ja­kiej ko­lej­no­ści?

La­xman jakby cze­kał na to py­ta­nie.

- Naj­waż­niej­sze to spraw­dzić, czy ist­nieje ja­kiś ma­te­riał do­wo­dowy inny niż ten, który tech­nicy pró­bują za­bez­pie­czyć na miej­scu zbrodni.

- Masz na my­śli ka­mery?

- Tak, na przy­kład. A także na­rzę­dzie zbrodni, te­le­fon ko­mór­kowy...

Ma­rita prze­wer­to­wała pa­piery na stole.

- Nie mogę zna­leźć nic o świad­kach, więc pew­nie sami bę­dziemy mu­sieli zna­leźć ko­goś, kogo chcie­li­by­śmy prze­słu­chać.

- Jego sa­mo­chód był za­par­ko­wany nie­da­leko, prawda?

- Tak - po­twier­dziła. - Oka­zało się, że stał tuż pod wieżą Frösötor­net, w tym sa­mym miej­scu, gdzie ja za­par­ko­wa­łam dziś rano. Tech­nicy wła­śnie go prze­glą­dają.

- Je­śli bę­dziemy mieli szczę­ście, w sa­mo­cho­dzie znajdą ślady jesz­cze ko­goś in­nego - za­uwa­żył La­xman.

- A pro­pos kogo in­nego - wtrą­ciła po­li­cjantka. - Naj­waż­niej­sze, że­by­śmy usta­lili, jak wy­glą­dało ży­cie Malm­berga do wczo­raj. Co się wy­da­rzyło, od kiedy prze­szedł na eme­ry­turę, i czy było coś, czego o nim nie wie­dzie­li­śmy, kiedy jesz­cze tu pra­co­wał? A je­śli ktoś chciał się ze­mścić za coś, co Malm­berg zro­bił jako po­li­cjant?

La­xman skwi­to­wał to obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy i uniósł kciuk.

Cho­ciaż sprawa do­ty­czyła nie­przy­jem­nych i tra­gicz­nych wy­da­rzeń, Ma­rita lu­biła pro­wa­dzić do­cho­dze­nia tego typu. To wła­śnie dla ta­kiej pracy zo­stała po­li­cjantką i to ją mo­ty­wo­wało do służby. Tym ra­zem jed­nak czuła pe­wien nie­po­kój. Spoj­rzała w stronę ko­legi i po­cze­kała, aż na­wiąże z nią kon­takt wzro­kowy, po czym de­li­kat­nie po­ru­szyła inny te­mat:

- My­ślisz, że i my je­ste­śmy w nie­bez­pie­czeń­stwie?

La­xman spu­ścił wzrok, przez chwilę wpa­try­wał się w stół i wy­glą­dał, jakby się za­sta­na­wiał, na­stęp­nie znów spoj­rzał na Ma­ritę.

- Chyba nie mo­żemy tego wy­klu­czyć.

4

Nora pro­wa­dziła ra­dio­wóz z włą­czo­nym ko­gu­tem na da­chu i mimo trud­nych zi­mo­wych wa­run­ków na dro­dze do­tarli do ?re w nie­całą go­dzinę. Słońce roz­świe­tlało bez­chmurne, błę­kitne niebo nad szczy­tem ?re­sku­tan, a śnieg skrzył się na ho­ry­zon­cie w bla­sku jego pro­mieni. W cza­sie po­dróży Chri­stian szu­kał in­for­ma­cji na te­mat męż­czy­zny, który dzwo­nił w spra­wie za­gi­nio­nej żony. Hen­rik Sjölin, lat czter­dzie­ści trzy, za­mel­do­wany w ?re pod ad­re­sem po­da­nym przez cen­trum do­wo­dze­nia. Nie był ka­rany i nie fi­gu­ro­wał w żad­nym re­je­strze spraw­ców wy­kro­czeń. Żona, So­fie, lat trzy­dzie­ści osiem. Rów­nież nie­ka­rana za nic po­waż­niej­szego niż prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści.

- Naj­pierw po­jedźmy do fa­ceta, który dzwo­nił, i sprawdźmy, co jesz­cze uda nam się z niego wy­cią­gnąć.

Chri­stian po­czuł wi­bro­wa­nie pry­wat­nej ko­mórki w kie­szeni na piersi. SMS. Wzdry­gnął się i za­wa­hał, czy w ogóle się nim przej­mo­wać i go od­czy­tać. Nie­po­kój jed­nak wziął górę, więc wy­jął te­le­fon. Wia­do­mość od Sary. Dziś późno wróci do domu. Ma dużo pracy w kan­ce­la­rii. "Tym le­piej", po­my­ślał męż­czy­zna i po­czuł ucisk w żo­łądku.

Tuż przed do­tar­ciem do za­bu­do­wań zje­chali z drogi E14 i ru­szyli pod górę. Nora przy­spie­szyła. Naj­pierw mi­nęli dziel­nicę dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, lecz po chwili po­ja­wił się inny typ za­bu­dowy - star­sze gór­skie chatki. Te­ren ten był słabo za­go­spo­da­ro­wany, po­je­dyn­cze małe bu­dynki wy­glą­dały na opusz­czone. Droga wio­dła ser­pen­ty­nami w górę. Była tak wą­ska, że mi­nię­cie się z dru­gim sa­mo­cho­dem nie wcho­dziło w grę, za to po­rząd­nie ją od­śnie­żono. Po obu stro­nach drogi na wy­so­kość więk­szą niż metr wzno­siły się za­spy śnieżne. Od wy­cią­gów i sto­ków dzie­lił ich rap­tem rzut ka­mie­niem. Kiedy pod­je­chali wy­żej, droga koń­czyła się du­żym pla­cem do za­wra­ca­nia. Nad nim znaj­do­wał się naj­pięk­niej­szy dom, jaki Chri­stian kie­dy­kol­wiek wi­dział w gó­rach. Był po­chy­lony w stronę do­liny, z dwoma ol­brzy­mimi pa­no­ra­micz­nymi oknami w kształ­cie strze­li­stych trój­ką­tów. Do ele­wa­cji wy­ko­rzy­stano duże, okrą­głe ka­mie­nie, co nada­wało bu­dyn­kowi wy­gląd sta­rego zamku. Przed do­mem znaj­do­wał się ogromny ta­ras ze szklaną ba­lu­stradą.

Nora za­trzy­mała sa­mo­chód. Nie zdą­żyli wy­siąść, kiedy drzwi domu się otwo­rzyły i na scho­dach po­ja­wił się męż­czy­zna w ja­sno­nie­bie­skiej lnia­nej ko­szuli i chi­no­sach, na po­zór nie­zra­żony zim­nem. Miał za­cze­sane do tyłu blond włosy, po­twier­dzał wy­obra­że­nia Chri­stiana o tym, jak wy­gląda do­ro­sły dzie­ciak za­moż­nych ro­dzi­ców. Funk­cjo­na­riusz na­cią­gnął po­li­cyjną czapkę na łysą głowę i wy­siadł z sa­mo­chodu.

- Tro­chę wam za­jęło do­tar­cie tu­taj - ode­zwał się Hen­rik Sjölin.

St?hl wbił w niego wzrok.

- W Szwe­cji bra­kuje po­li­cjan­tów. Nie mamy za­miaru za­bie­rać panu za dużo czasu, chcemy się jed­nak do­wie­dzieć wię­cej o znik­nię­ciu pań­skiej żony, by oce­nić, czy to sprawa dla po­li­cji.

Hen­rik wy­glą­dał na zi­ry­to­wa­nego.

- Dla­czego nie mia­łaby to być sprawa dla po­li­cji?

- Je­śli żona ode­szła do­bro­wol­nie, nie jest to ani prze­stęp­stwem, ani wy­pad­kiem, a wtedy sami bę­dzie­cie mu­sieli so­bie wy­ja­śnić, co mię­dzy wami za­szło.

Na to Hen­rik nie od­po­wie­dział, tylko wło­żył ręce do kie­szeni spodni. Nie miał za­miaru za­pra­szać ich do środka, by się ogrzali.

- Jak była ubrana żona, kiedy wczo­raj wy­szła? - za­py­tała Nora przy­ja­znym gło­sem.

- Nie wiem. My­ślę, że miała na so­bie ubra­nie, które zwy­kle nosi po domu, czyli szare dresy Adi­dasa. I pew­nie czer­woną, pi­ko­waną kurtkę.

- Czy żona ma skłon­no­ści sa­mo­bój­cze? - do­cie­kał Chri­stian.

- Już pan mnie o to py­tał - wark­nął Hen­rik.

Po­li­cjant prze­wró­cił oczami, nie pró­bu­jąc tego ukryć.

- To ważne py­ta­nie. Dla­tego za­daję je po­now­nie. Czy wy­ka­zy­wała ob­jawy de­pre­sji?

- Nie, nie miała żad­nych oznak de­pre­sji - od­po­wie­dział ostro Hen­rik, po czym kon­ty­nu­ował ła­god­niej­szym to­nem: - Cza­sem bywa przy­gnę­biona.

"A kto nie?", po­my­ślał Chri­stian.

- Jak to się ob­ja­wia? - cią­gnął po­li­cjant.

Hen­rik wy­jął jedną rękę z kie­szeni spodni i prze­su­nął nią po wło­sach.

- Jest ci­cha. Wy­co­fana. Za­myka się w swoim świe­cie.

- Mu­szę wie­dzieć, czy ist­nieje ry­zyko, że ucie­kła, bo chce zro­bić so­bie krzywdę.

Męż­czy­zna za­milkł na se­kundę i wy­glą­dał, jakby do­piero te­raz po­czuł chłód.

- Nie można tego wy­klu­czyć.

Je­śli rze­czy­wi­ście ist­niało za­gro­że­nie, że może się za­bić, to wstęp­nie była to sprawa dla po­li­cji. Chri­stian jed­nak uwa­żał, że zdaw­kowe od­po­wie­dzi Hen­rika nie uła­twią de­cy­zji o pod­ję­ciu ak­cji ra­tun­ko­wej. O ile w ogóle by­łaby ona ko­nie­czna, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści.

- Z na­szej wcze­śniej­szej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej wy­ni­kało, że się wczo­raj po­kłó­ci­li­ście. O co cho­dziło?

- Kiedy wsia­dała do auta, by­li­śmy już po­go­dzeni...

- Nie o to py­ta­łem. O co się po­kłó­ci­li­ście?

Hen­rik zro­bił krok do przodu i uniósł ręce.

- Nie po­win­ni­ście za­cząć jej szu­kać za­miast stać tu­taj i ze mną dys­ku­to­wać?

Za­pa­dła krótka ci­sza, ale na tyle długa, by Chri­stian pod­jął de­cy­zję. Tego dnia miał już nie­zwy­kle dość by­cia po­tul­nym.

- A dla­czego pan nie na­rzu­cił kurtki od Prady i sam nie po­szedł szu­kać żony za­miast cze­kać pół dnia, żeby do nas za­dzwo­nić?

Chri­stian się od­wró­cił i ru­szył w stronę sa­mo­chodu. Sły­szał, jak Nora po­wie­działa coś do Hen­rika, by za­ła­go­dzić sy­tu­ację, a chwilę póź­niej po­czuł lek­kie ude­rze­nie w plecy. Od­wró­cił głowę, nie za­trzy­mu­jąc się.

- Co się z tobą dzieje? - wy­szep­tała.

- Nie moja wina, że to głu­pek.

Na­stęp­nie od­wró­cił się w stronę Hen­rika i krzyk­nął, żeby się ode­zwał, je­śli na­wiąże ja­ki­kol­wiek kon­takt z żoną.

- Co o tym my­ślisz? - za­py­tała Nora, gdy tylko wsie­dli do sa­mo­chodu. - Czy jest w tym coś, co by su­ge­ro­wało, że to sprawa dla nas?

Chri­stian po­krę­cił głową.

- Nie bar­dzo. Nie w tej chwili.

Jed­no­cze­śnie miał prze­czu­cie, że coś się tu nie zga­dzało. Hen­rik nie opo­wie­dział im wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło, za­nim jego żona znik­nęła.

- Prze­jedźmy się po oko­licy i po­szu­kajmy jej sa­mo­chodu - do­dał, za­pi­na­jąc pasy. - Może uda nam się go zna­leźć.

Sztok­holm, 31 dni wcze­śniej

5

Mę­ski sa­lon fry­zjer­ski mie­ścił się w Sund­by­berg nie­opo­dal me­tra. Po­po­łu­dniami by­wało tam tłoczno od lu­dzi cze­ka­ją­cych na strzy­że­nie, ale w tej chwili w po­cze­kalni sie­dział tylko je­den klient. Rami przy­glą­dał się Yous­se­fowi, gdy ten go­lił ma­szynką włosy na karku męż­czy­zny sie­dzą­cego w fo­telu fry­zjer­skim.

- Kiedy strzy­żesz na mid fade, koń­czysz tu­taj - in­stru­ował Yous­sef, wska­zu­jąc pal­cem kark klienta. - W przy­padku high fade, go­lisz wy­żej.

Rami już to wie­dział i uwa­żał, że Yous­sef robi za dużo sam. Skoro miał być prak­ty­kan­tem, chciał strzyc, a nie tylko pa­trzeć. Przy­cho­dził tam jed­nak głów­nie ze względu na matkę. Yous­sef był jej przy­ja­cie­lem i po­pro­siła go o pracę dla swo­jego syna dzi­kusa. Rami nie uwa­żał, że po­trze­buje pracy. W końcu już za­ra­biał. I to le­piej od nie­jed­nego fry­zjera.

Pod­czas gdy Yous­sef zaj­mo­wał się strzy­że­niem klienta oraz w prze­sad­nie pro­sty spo­sób tłu­ma­czył wszyst­kie czyn­no­ści, Rami spoj­rzał na sie­bie w lu­strze. Jego krótka, pra­wie czarna broda była ide­al­nie przy­strzy­żona i po­dą­żała ści­śle za li­nią szczęki w kie­runku szyi i uszu. Ciemne włosy za­le­d­wie kilka dni wcze­śniej zo­stały ścięte bar­dzo krótko na karku i po bo­kach, w stylu high fade. Wła­ści­wie byłby cał­kiem za­do­wo­lony ze swo­jego wy­glądu, gdyby nie nos. Był tro­chę za duży.

- Szybko się na­uczysz - stwier­dził Yous­sef i wy­jął szczotkę, którą prze­tarł kark klienta.

- Mhm - przy­tak­nął Rami i zer­k­nął na ze­ga­rek.

Była to pod­róba Omegi, ale wy­glą­dała jak ory­gi­nał.

"Yous­sef jest za stary", po­my­ślał, sza­cu­jąc jego wiek na ja­kieś czter­dzie­ści pięć lat. Nie wie­dział nic o ży­ciu, ja­kie dzie­więt­na­sto­la­tek pro­wa­dził poza sa­lo­nem.

Drzwi się otwo­rzyły i do środka we­szło dwóch mło­dych męż­czyzn w pu­cho­wych ka­mi­zel­kach i spodniach Adi­dasa. Na­le­żeli do Sza­kali, kon­ku­ren­cyj­nej siatki prze­stęp­czej, Rami do­brze ich znał. Pa­trząc na ich aro­ganc­kie miny i na­pięte ciała, od razu wy­wnio­sko­wał, że nie przy­szli z po­ko­jo­wymi za­mia­rami.

Wyż­szy z nich pod­szedł do Yous­sefa, po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu i spoj­rzał pro­sto w oczy.

- Przy­szli­śmy ode­brać dług.

- Jaki dług? Nie mam wo­bec was żad­nych dłu­gów - od­parł Yous­sef, od­wra­ca­jąc się do klienta, by do­koń­czyć strzy­że­nie.

- Masz dług wo­bec jed­nego ze swo­ich by­łych pra­cow­ni­ków. My­ślę, że wiesz, o kim mó­wię - oświad­czył wy­soki chło­pak, sku­biąc rzadką ko­zią bródkę. - Mu­stafa Mo­ha­med. Nie do­sta­wał pen­sji przez wiele mie­sięcy.

- Jaja so­bie ze mnie ro­bisz? - Yous­sef uniósł ręce w ge­ście wzbu­rze­nia. - Prze­cież to on ukradł mi pie­nią­dze. I dla­tego mu­sia­łem go zwol­nić.

- Przy­szli­śmy ode­brać dług - po­wtó­rzył niż­szy z nich. Zro­bił kilka kro­ków w stronę Yous­sefa i po­pchnął go tak, że fry­zjer się za­chwiał.

- Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz? - wtrą­cił się Rami, rzu­ca­jąc się w ich stronę i blo­ku­jąc chło­paka. - Nie sły­sza­łeś, co po­wie­dział? Chcesz wpier­dol czy co? Wy­no­ście się stąd!

Rami nie zdą­żył za­re­ago­wać, kiedy geod ciosu dru­giego chło­paka upadł na pod­łogę. Jesz­cze się nie pod­niósł, a już obaj za­częli go ko­pać w że­bra i głowę.

Rami krzy­czał ze zło­ści, choć dzięki ad­re­na­li­nie nie od­czu­wał bólu. Jedną ręką pró­bo­wał się za­sło­nić przed kop­nię­ciami, drugą zaś wy­cią­gnął nóż przy­cze­piony do łydki pod dre­sami i wy­ce­lo­wał nim w na­past­ni­ków. Wtedy prze­stali go ko­pać i cof­nęli się na tyle, żeby Rami mógł wstać.

- Wy­pier­da­lać albo obe­tnę wam fiuty! - ryk­nął na nich, ma­cha­jąc no­żem.

- Po­ża­łu­jesz tego, su­kin­synu - rzu­cił ten wyż­szy. - Wy­zna­czymy na­grodę za twoją głowę. Ka­pu­jesz?

Po­tem opu­ścili sa­lon i znik­nęli za ro­giem.

Rami się trząsł, ale przed Yous­se­fem usi­ło­wał zgry­wać twar­dziela. Jego klient sie­dział ci­cho z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Wy­my­ślili so­bie ten dług. Tak wła­śnie dzia­łają. Czy te­raz ro­zu­miesz, dla­czego chcę, że­byś tu ze mną pra­co­wał? Nie po­wi­nie­neś się z nimi za­da­wać. To źli lu­dzie! To się źle dla cie­bie skoń­czy!

- To nie o mnie im cho­dziło - mruk­nął Rami.

Yous­sef cią­gnął da­lej, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, co chło­pak wła­śnie po­wie­dział:

- Po­wi­nie­neś mieć praw­dziwą pracę, z któ­rej miał­byś uczciwe pie­nią­dze. A nie za­ra­biać na głu­po­tach.

Yous­sef mógł pra­wić mu ka­za­nia, ile chciał. Rami uwa­żał, że po­wi­nien usły­szeć po­dzię­ko­wa­nie za po­moc z tymi ko­le­siami. Te­raz sam bę­dzie mu­siał się trzy­mać z dala od Sza­kali oraz wszyst­kich ich braci i ku­zy­nów. Wie­dział, jak to działa. Nie żar­to­wali, kiedy mó­wili, że wy­zna­czą na­grodę za jego głowę.

Jäm­tland, po­nie­dzia­łek, 20 lu­tego 2017 roku

6

Mimo że funk­cjo­na­riu­sze lo­kal­nej po­li­cji po­ma­gali im w prze­py­ty­wa­niu miesz­kań­ców do­mów przy dro­dze pro­wa­dzą­cej do wieży wi­do­ko­wej Frösötor­net, uzy­skali je­dy­nie skąpe in­for­ma­cje od po­ten­cjal­nych świad­ków. Tak na­prawdę tylko jedna osoba wi­działa coś, co mo­gło być in­te­re­su­jące dla sprawy: Be­atrice Sun­dqvist, która miesz­kała w nowo wy­bu­do­wa­nej luk­su­so­wej willi i pach­niała cięż­kimi per­fu­mami. Kiedy Ma­rita i La­xman za­dzwo­nili do drzwi, miała na so­bie tur­ku­sowy we­lu­rowy dres i wy­glą­dała, jakby za bar­dzo po­więk­szyła so­bie usta. Ma­rita za­częła się za­sta­na­wiać, czy "żony Hol­ly­wood" nie prze­nio­sły się przy­pad­kiem do Frösön, i nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że od razu była do niej na­sta­wiona ne­ga­tyw­nie.

Stali w ja­snym, otwar­tym holu, kiedy Be­atrice wy­jęła swój do­wód oso­bi­sty i wrę­czyła go Ma­ri­cie. Po­li­cjantka szybko ob­li­czyła, że ko­bieta za kilka dni skoń­czy pięć­dzie­siąt dwa lata.

- By­łam na spa­ce­rze z psem - za­częła Be­atrice, sia­da­jąc na ma­łej bia­łej so­fie w holu.

Mó­wiła w taki spo­sób, jakby uwa­żała się za tro­chę lep­szą od nich.

- Pro­szę nam opo­wie­dzieć, co pani wi­działa - rze­kła Ma­rita, spo­glą­da­jąc na psa, któ­rego Be­atrice trzy­mała na rę­kach.

Był biały i miał loczki. Przez brą­zowe za­cieki pod oczami jego mordka wy­glą­dała na brudną.

- Roz­ma­wia­łam już o tym z po­li­cjan­tami, któ­rzy byli tu wcze­śniej. Chce­cie, że­bym to po­wtó­rzyła?

- Tak, pro­szę - ode­zwał się La­xman, który do tej pory się nie od­zy­wał.

Be­atrice stęk­nęła i prze­wró­ciła oczami, tak, żeby to za­uwa­żyli.

- Spa­ce­ro­wa­li­śmy wo­kół góry ścieżką do jog­gingu i spo­tka­li­śmy star­szego pana z se­te­rem ir­landz­kim. Bobo się prze­stra­szył, nie lubi du­żych psów.

- Która była wtedy go­dzina? - za­py­tała Ma­rita, szu­ka­jąc miej­sca, gdzie mo­głaby usiąść.

- Och, nie pa­mię­tam. Dzie­wiąta, może wpół do dzie­sią­tej.

- Był sam? - chciała wie­dzieć po­li­cjantka.

Za­miast od­po­wie­dzi Be­atrice uprzej­mie ski­nęła głową.

- Czy pod­czas spa­ceru wi­działa pani ko­goś jesz­cze? - kon­ty­nu­owała Ma­rita po tym, jak do­szła do wnio­sku, że bę­dzie mu­siała stać.

Be­atrice kle­pała psa jedną ręką, Ma­rita za­uwa­żyła na jej pal­cach parę du­żych pier­ścion­ków z bry­lan­tami.

- Mhm, przy ścieżce stał ktoś w po­ma­rań­czo­wej kurtce - po­wie­działa po chwili na­my­słu. - Tyle że wi­dzia­łam tę osobę na po­czątku spa­ceru. Do­piero po dłuż­szej chwili spo­tka­łam męż­czy­znę z psem.

Ma­rita ro­biła no­tatki. To były ważne in­for­ma­cje dla śledz­twa.

- Czy mo­głaby pani opi­sać tę osobę bar­dziej szcze­gó­łowo?

- Nie­wiele wię­cej pa­mię­tam.

- Wy­soka czy ni­ska? - do­py­ty­wała Ma­rita.

- Ra­czej nor­mal­nego wzro­stu. W każ­dym ra­zie ni­czym się nie wy­róż­niała.

- Wi­działa pani męż­czy­znę czy ko­bietę?

- Nie­stety nie wiem. Po­stać stała za da­leko.

- W któ­rym miej­scu ją pani za­uwa­żyła?

Pies ze­sko­czył na pod­łogę i za­szcze­kał.

- To było za­raz na po­czątku ścieżki do jog­gingu, tuż przy szczy­cie stoku nar­ciar­skiego.

- Świet­nie, dzię­kuję! - po­wie­działa Ma­rita, koń­cząc prze­słu­cha­nie.

Kiedy stam­tąd wra­cali, La­xman włą­czył ra­dio w sa­mo­cho­dzie. Wła­śnie mieli słu­chać wia­do­mo­ści emi­to­wa­nych w pro­gra­mie P4, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon Ma­rity.

- Co się tam u was dzieje? - za­re­cho­tał zna­jomy głos, gdy tylko ode­brała po­łą­cze­nie.

- Cześć, tato - przy­wi­tała się Ma­rita z na­pię­ciem w gło­sie.

- Kogo za­mor­do­wali? Wła­śnie prze­czy­ta­łem w in­ter­ne­cie, że w Öster­sund do­szło do mor­der­stwa po­li­cjanta.

"Dzięki za tro­skę", po­my­ślała. Za­sta­na­wiała się, czy nie po­wie­dzieć mu, że u niej wszystko do­brze i nic jej się nie stało, ale się po­wstrzy­mała. Jej oj­ciec Gun­nar był mi­strzem w mó­wie­niu nie­sto­sow­nych rze­czy.

- Toż­sa­mość ofiary nie zo­stała jesz­cze ujaw­niona...

- Ale mnie prze­cież mo­żesz po­wie­dzieć - prze­rwał jej Gun­nar. - W końcu ja też je­stem po­li­cjan­tem i tam pra­co­wa­łem.

"By­łeś po­li­cjan­tem", po­my­ślała Ma­rita. Wa­hała się. I tak wkrótce wszy­scy się do­wie­dzą, ale nie była pewna, jak za­re­aguje La­xman, je­śli usły­szy, że nie do­cho­wała ta­jem­nicy służ­bo­wej.

- Pi­sali coś o tym, że ofiarą jest były ofi­cer wyż­szego szcze­bla. Cho­dzi o Malm­berga? - kon­ty­nu­ował Gun­nar, za­nim co­kol­wiek po­wie­działa.

- Mhm - od­parła Ma­rita.

Za­ło­żyła, że La­xman sły­szy tylko to, co ona mówi.

- Mój Boże! To był po­rządny czło­wiek. Fakt, miał słabe strony, ale bez prze­sady.

- Oczy­wi­ście, wszy­scy są tu wstrzą­śnięci, ale wiesz, jak to jest. Sie­dząc w tym, je­ste­śmy znie­czu­leni i za­miast roz­pa­czać na­tych­miast za­czy­namy dzia­łać.

- Czy to ty nad­zo­ru­jesz to śledz­two?

- Tak.

- Ale masz ko­goś do­świad­czo­nego do po­mocy? Chyba nie zaj­mu­jesz się tym sama?

Choć Ma­rita znała swo­jego ojca i była przy­zwy­cza­jona do jego nie­wy­bred­nych ko­men­ta­rzy, miała ochotę się na niego wy­drzeć. Jed­nak tego nie zro­biła. Smu­tek wziął górę. Mu­siała kil­ka­krot­nie prze­łknąć ślinę.

Roz­mowa z nim wy­warła na niej jesz­cze więk­szą pre­sję. Za­mie­rzała mu po­ka­zać, że na­prawdę po­trafi roz­wią­zać sprawę mor­der­stwa.

7

Nora skrę­ciła w stronę rynku w ?re, spraw­dzili każdą uliczkę i wszyst­kie par­kingi. Mia­steczko było nie­wiel­kie i zda­niem Chri­stiana mieli duże szanse na zna­le­zie­nie sa­mo­chodu, o ile w ogóle się tam znaj­do­wał. Nora kil­ka­krot­nie zwal­niała, gdy wi­dzieli srebr­no­sza­rego mer­ce­desa, jed­nak za każ­dym ra­zem nu­mer re­je­stra­cyjny się nie zga­dzał. Chri­stian za­sta­na­wiał się, czy So­fie mo­gła z ja­kie­goś po­wodu uciec od męża, ale prze­czu­cie pod­po­wia­dało mu co in­nego. Tyle razy uczest­ni­czył w prze­słu­cha­niach, że po­tra­fił roz­po­znać, kiedy lu­dzie kła­mią lub coś ukry­wają.

Za­trzy­mali się w su­per­mar­ke­cie ICA i na­prędce ku­pili coś na prze­trwa­nie kilku na­stęp­nych go­dzin, po czym bez­sku­tecz­nie pró­bo­wali po­łą­czyć się z So­fie, okrą­żyli parę razy mia­steczko, a na­wet roz­sze­rzyli po­szu­ki­wa­nia, ale i tak nie zna­leźli sa­mo­chodu. Chri­stian roz­wa­żał, czy nie zwró­cić się do ko­men­danta po­li­cji re­jo­no­wej z prośbą o de­cy­zję do­ty­czącą roz­po­czę­cia ak­cji po­szu­ki­wa­nia So­fie na więk­szą skalę. Nie można było wy­klu­czyć, że pa­dła ofiarą prze­stęp­stwa, mimo że tak na­prawdę nie mieli żad­nych kon­kret­nych do­wo­dów, które by na to wska­zy­wały. Mi­nęło pięt­na­ście go­dzin, od kiedy wi­dziano ją po raz ostatni. W ciągu kilku ko­lej­nych zrobi się ciemno. To jesz­cze bar­dziej utrudni po­szu­ki­wa­nia. Chri­stian nie­pew­nie spoj­rzał w stronę Nory, nie ocze­ku­jąc wła­ści­wie żad­nej re­ak­cji. Mu­sieli zwięk­szyć za­równo wy­siłki, jak i tempo. Dla­tego po krót­kim na­my­śle za­dzwo­nił do Ste­fana Gir­langa, ko­men­danta po­li­cji re­jo­no­wej. Ta­kie de­cy­zje w za­sa­dzie po­winni po­dej­mo­wać funk­cjo­na­riu­sze dy­żurni, ale Gir­lang wy­raź­nie oświad­czył, że w re­jo­nie, który nad­zo­ruje, on chce za to od­po­wia­dać. Na­le­żał do star­szego po­ko­le­nia i nie przej­mo­wał się zbyt­nio we­wnętrz­nymi prze­pi­sami. W do­datku był oszczędny do prze­sady i pra­co­wał zgod­nie z za­sadą, że nie na­leży wkła­dać w sprawę wię­cej wy­siłku, niż jest to ko­nie­czne. Zda­niem Chri­stiana, Gir­lang bar­dziej przej­mo­wał się bu­dże­tem i tym, co do­brze wy­gląda przed prze­ło­żo­nymi, niż rze­telną pracą po­li­cyjną.

- Czy do­brze ro­zu­miem, że na­dal nie zna­leź­li­śmy ani jej, ani sa­mo­chodu, ale nic nie wska­zuje na prze­stęp­stwo? - do­py­ty­wał Ste­fan Gir­lang wy­nio­słym to­nem.

- Zga­dza się - od­parł Chri­stian. - Ma wy­łą­czoną ko­mórkę.

- Czy wy­ka­zy­wała skłon­no­ści sa­mo­bój­cze?

- Tu­taj sprawa za­czyna się kom­pli­ko­wać i dla­tego chcę, że­by­śmy roz­po­częli ak­cję ra­tun­kową. Zda­niem jej męża So­fie na pewno nie ma ani ni­gdy nie miała skłon­no­ści sa­mo­bój­czych, ale prze­czuwa, że żona jest przy­gnę­biona. I kiedy z nim roz­ma­wia­łem, mia­łem wra­że­nie, że jest coś, co...

Gir­lang prze­rwał mu w pół zda­nia:

- Prze­ry­wamy ak­cję.

- Jak to? Jest zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie.

- Wiesz rów­nie do­brze jak ja, że mamy mało pa­troli, a poza tym je­ste­śmy za­jęci śledz­twem w spra­wie mor­der­stwa Malm­berga.

Chri­stian wes­tchnął i się roz­łą­czył. Nie miał ochoty po­le­mi­zo­wać. Nie­po­trzeb­nie za­dzwo­nił do Gir­langa, który prze­cież już od dawna nie miał do czy­nie­nia z praw­dziwą pracą w te­re­nie i za­po­mniał, jak to było. St?hl wy­brał inny nu­mer - służb wy­wia­dow­czych. W Öster­sund była to nie­wielka jed­nostka, wie­dział, kto tam pra­cuje.

- Mo­gła­byś spraw­dzić Hen­rika Sjölina z ?re?

- Cho­dzi ci o tego po­ten­tata Hen­rika Sjölina? Do któ­rego na­leży więk­szość biz­ne­sów w ?re? - ode­zwała się Erika Djup, urzęd­niczka ad­mi­ni­stra­cyjna, bar­dziej kom­pe­tentna niż ko­le­dzy po­li­cjanci.

- To aż taka szy­cha?

- Pro­wa­dzi dużą ro­dzinną firmę za­ło­żoną przez swo­jego ojca. Obec­nie są wła­ści­cie­lami wielu ho­teli i re­stau­ra­cji w ?re. Wy­daje mi się, że firma na­zywa się Mon­ta­gna.

- Nie był ka­rany, nie ma go w żad­nym re­je­strze - do­dał Chri­stian, który wła­śnie to spraw­dził. - Wie­cie coś o nim?

Usły­szał, jak Erika stuka w kla­wia­turę, więc cze­kał, aż skoń­czy.

- Mamy ja­kieś nie­po­twier­dzone in­for­ma­cje na te­mat nar­ko­ty­ków w jego krę­gach - ode­zwała się po chwili.

Chri­stian nad­sta­wił uszu i za­py­tał:

- Co masz na my­śli, mó­wiąc o krę­gach?

Zdał so­bie sprawę, że Erika czyta z ekranu.

- Im­prezy u niego w domu... ko­ka­ina... Nic nie­zwy­kłego w tym śro­do­wi­sku w ?re... I jesz­cze kilka in­for­ma­cji na te­mat han­dlu nar­ko­ty­kami w jego ho­telu. Ale nic nie da się po­wią­zać z nim bez­po­śred­nio.

Jako do­świad­czony po­li­cjant Chri­stian ro­zu­miał, co miała na my­śli, choć sam w tych krę­gach ni­gdy się nie ob­ra­cał. Spę­dzał dużo czasu na sto­kach, może na­wet wię­cej na apr?s-ski, ale wtedy im­pre­zo­wał ze sta­rymi kum­plami z woj­ska i kil­koma ko­le­gami z po­li­cji. W ciągu ostat­nich kilku lat by­wał tam rów­nież la­tem z Sarą, która wkrę­ciła go w ko­lar­stwo gór­skie. Ni­gdy jed­nak w ta­kich sy­tu­acjach nie miał kon­taktu z nar­ko­ty­kami.

- Pro­szę, daj mi pe­łen ob­raz sy­tu­acji! Czy kie­dyś sto­so­wał prze­moc? Czy ktoś mu gro­ził?

Erika obie­cała od­dzwo­nić jak naj­szyb­ciej, po czym się roz­łą­czyli.

Nora od­pa­liła sa­mo­chód i zro­bili jesz­cze kilka okrą­żeń wo­kół mia­steczka. W tym cza­sie Chri­stian przed­sta­wiał moż­liwe sce­na­riu­sze. Jego part­nerka nie miała tak dłu­giego stażu jak on, ale pra­co­wali ra­zem od sze­ściu mie­sięcy i po­tra­fiła słu­chać.

- Może So­fie ucie­kła, bo była zła na męża po kłótni i dla­tego się ukrywa? Albo się ukrywa, bo chce zro­bić so­bie krzywdę.

Prze­rwał na chwilę i skrę­cił ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie, po czym mó­wił da­lej:

- Jest jesz­cze inna moż­li­wość... mo­gła paść ofiarą prze­stęp­stwa. Nie­wy­klu­czone, że to Hen­rik lub ktoś inny coś jej zro­bił... So­fie może już nie żyć.

Nora po­spiesz­nie od­wró­ciła głowę i spoj­rzała na niego z za­in­te­re­so­wa­niem, po czym do­dała od sie­bie:

- Albo miała wy­pa­dek.

Chri­stian ski­nął głową.

- Oczy­wi­ście, tak też mo­gło się zda­rzyć. Może z ja­kie­goś nie­zna­nego nam po­wodu do­kądś się udała i nie mo­gła wró­cić.

Roz­pa­ko­wał ba­ton pro­te­inowy ku­piony wcze­śniej w skle­pie i ugryzł ka­wa­łek.

- Gir­lang po­wie­dział, że mamy od­wo­łać ak­cję, ale my­ślę, że jest na to za wcze­śnie. A je­śli rze­czy­wi­ście coś jej się stało lub wkrótce sta­nie?

- W ta­kim ra­zie za­dzwoń do Gir­langa jesz­cze raz i spró­buj go skło­nić do zmiany de­cy­zji - stwier­dziła Nora.

Chri­stian wziął głę­boki wdech.

- Ech, wku­rza mnie ta cała biu­ro­kra­cja. Ko­bie­cie grozi śmierć, a my zaj­mu­jemy się ja­ki­miś bzde­tami.

Po chwili za­sta­no­wie­nia wziął ko­mórkę i za­czął stu­kać w wy­świe­tlacz.

- Co chcesz zro­bić? - za­py­tała za­cie­ka­wiona Nora.

- Spró­buję to wszystko przy­spie­szyć. W tej or­ga­ni­za­cji na­uczy­łem się jed­nego: ła­twiej jest pro­sić o prze­ba­cze­nie niż o po­zwo­le­nie.

Na­ci­snął przy­cisk po­łą­cze­nia i po kilku sy­gna­łach ode­brał Hen­rik Sjölin.

- Tu znowu ja, Chri­stian z po­li­cji. Czy So­fie się do pana od­zy­wała?

Hen­rik mu­siał wziąć so­bie do serca wcze­śniej­szą uwagę roz­mówcy, bo te­raz brzmiał bar­dziej przy­jaź­nie.

- Nie, na­dal zero kon­taktu.

- Czym żona się na co dzień zaj­muje?

- Pro­wa­dzi dom.

- Czy mają pań­stwo ja­kichś krew­nych lub przy­ja­ciół, do któ­rych mo­gła się udać?

- Jej sio­stra mieszka w Un­der­s?ker. Dzwo­ni­łem do niej już kilka razy, ale So­fie się tam nie po­ja­wiła.

- Ro­dzice?

- Już nie żyją.

- Ro­zu­miem. Mają pań­stwo dzieci?

W chwili, gdy Chri­stian za­dał to py­ta­nie, po­czuł ukłu­cie w żo­łądku, ale udało mu się stłu­mić to uczu­cie.

- Mamy trzy­na­sto­let­nią córkę, Ali­cję.

- Gdzie ona te­raz jest?

- Tu­taj, w domu. Jest bar­dzo smutna i pła­cze, bo mama znik­nęła.

Po­li­cjant do­brze ro­zu­miał dziew­czynkę. W dzie­ciń­stwie wie­lo­krot­nie do­świad­czył tego, że jego oj­ciec na­gle zni­kał, a on z bra­tem mu­sieli go szu­kać. Cza­sami znaj­do­wali go pi­ja­nego w parku. Nie­kiedy wra­cał sam po tym, jak nie było go przez wiele dni. Wąt­pił jed­nak, że So­fie ucie­kła z po­dob­nego po­wodu.

- Jak długo pan i So­fie je­ste­ście ra­zem?

- Ja­kieś pięt­na­ście lat - od­parł Hen­rik po chwili na­my­słu.

- Czy So­fie nad­używa al­ko­holu lub in­nych sub­stan­cji uza­leż­nia­ją­cych?

- Co? Czy jest uza­leż­niona? Nie, na pewno nie.

- My­śli sa­mo­bój­cze?

- Na mi­łość bo­ską! Tyle razy już mó­wi­łem, że nie ma ta­kich skłon­no­ści. Co jesz­cze mam po­wie­dzieć?

- Chciał­bym, żeby pan się nad tym głę­biej za­sta­no­wił i stwier­dził, że skoro żona była przy­gnę­biona, to się pan oba­wia, że mo­gła chcieć zro­bić so­bie krzywdę.

- Dla­czego miał­bym tak po­wie­dzieć?

- Bo wtedy ła­twiej mi bę­dzie uzy­skać de­cy­zję od prze­ło­żo­nego o roz­po­czę­ciu ak­cji ra­tun­ko­wej. Tego wła­śnie prze­cież pan chce.

Ci­sza w słu­chawce.

- W po­rządku. Moja żona ostat­nio była przy­gnę­biona i boję się, że zrobi so­bie krzywdę.

Chri­stian uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem, ale upew­nił się, żeby nie było tego sły­chać, kiedy mó­wił da­lej:

- To zro­zu­miałe. Po­trak­tu­jemy pań­skie obawy bar­dzo po­waż­nie.

Chwilę póź­niej znowu za­dzwo­nił do Gir­langa i po kilku sło­wach wy­ja­śnień, dla­czego da­lej pra­cuje nad sprawą, którą ten ka­zał mu za­mknąć, otrzy­mał de­cy­zję, by roz­po­czął ak­cję po­szu­ki­waw­czą jako do­wódcą ope­ra­cji.

Sztok­holm, 31 dni wcze­śniej

8

- Bez jaj, stary! - wy­krzyk­nął Has­san, wy­le­gu­jąc się na ka­na­pie w domu u Ra­miego w Akalli. - Sza­kale?

Rami, ubrany w czarne dresy Adi­dasa, le­żał na dru­gim końcu ka­napy. Na bia­łej ko­szulce zwi­sał mu łań­cu­szek z po­zła­ca­nego me­talu. Przez całe po­po­łu­dnie był roz­trzę­siony po bójce w sa­lo­nie fry­zjer­skim, ale po za­pa­le­niu jo­inta czuł się zre­lak­so­wany i miał lep­szy na­strój.

- No ale ej! Głupi je­steś czy co? - za­gaił Yazid, sie­dzący na pod­ło­dze przy sto­liku ka­wo­wym. - Nie można za­dzie­rać z Sza­ka­lami. Będą chcieli cię do­paść.

- Niech pró­bują - stwier­dził Rami to­nem twar­dziela, choć wcale nie czuł się pew­nie. Wie­dział, że za­darł nie z tymi, co trzeba. Ze­msz­czą się na nim. Ale co miał zro­bić? Nie mógł tam stać jak ciota i po­zwo­lić, żeby gro­zili Yous­se­fowi.

Rami usiadł i po­chy­lił się nad sto­li­kiem z mnó­stwem róż­nych rze­czy, by się­gnąć po ka­wa­łek ha­szy­szu le­żący tuż obok pliku bank­no­tów. Ogrzał go i po­kru­szył na mniej­sze czę­ści, po czym sta­ran­nie za­wi­nął ra­zem z ty­to­niem w bi­bułkę Ri­zla i za­pa­lił. Za­mknął oczy i z roz­ko­szą wcią­gnął dym, wstrzy­mał od­dech, po­tem zaś wy­pu­ścił po­wie­trze.

- Chcesz tro­chę, stary? - za­py­tał, wy­cią­ga­jąc wy­ta­tu­owaną rękę z jo­in­tem w stronę Yazida.

- Wiesz, że to nie moja bajka. - Chło­pak pod­niósł rękę na znak, że nie chce.

Yazid po­cho­dził z Afryki, miał dużą okrą­głą twarz i gę­ste krę­cone włosy, dość umię­śnione ciało i przy­ja­zny wy­gląd. Has­san, po­dob­nie jak Rami, po­cho­dził z Bli­skiego Wschodu i był ostrzy­żony w pra­wie taki sam spo­sób, tyle że tech­niką skin fade, więc miał pra­wie cał­ko­wi­cie ogo­lony kark. Poza tym wo­lał no­sić kil­ku­dniowy za­rost za­miast za­dba­nej brody. Wszy­scy troje do­ra­stali ra­zem w Akalli i nie przy­wią­zy­wali du­żej wagi do po­zna­wa­nia hi­sto­rii ży­cio­wej swo­ich ro­dzi­ców. Li­czyło się trudne ży­cie tu i te­raz.

- A ty, ziom? - za­py­tał Rami Has­sana, po­da­jąc jo­inta w jego stronę.

- Stary, wiesz, że nie od­ma­wiam. - Has­san za­chi­cho­tał.

Chło­pak po­chy­lił się, wziął skręta, za­cią­gnął się i zro­bił za­do­wo­loną minę.

- Jak ci idzie z na­uką? - spy­tał Rami, pa­trząc na Yazida.

Yazid uczył się na młod­szego pie­lę­gnia­rza i do­dat­kowo pra­co­wał w budce z je­dze­niem. W prze­ci­wień­stwie do Ra­miego wie­rzył, że można osią­gnąć coś w ży­ciu, nie ła­miąc prawa.

- No więc, kiedy ćwi­czymy ro­bie­nie za­strzy­ków, jest na­prawdę strasz­nie.

- Do­brze, stary, że to ćwi­czysz. Po­mo­żesz nam wstrzy­ki­wać coś moc­niej­szego - skwi­to­wał Has­san i się ro­ze­śmiał.

- Kiedy już za­czniesz pra­co­wać jako pie­lę­gniarz, bę­dziesz miał do­stęp do do­brego to­waru - za­uwa­żył Rami.

- Do­brego to­waru? - zdzi­wił się Yazid.

- W szpi­ta­lach jest dużo do­brego to­waru, któ­rym mo­żemy han­dlo­wać - wy­ja­śnił Rami, choć sam nie bar­dzo wie­dział, jaką kon­kret­nie sub­stan­cję ma na my­śli.

Yazid za­mknął oczy i po­woli po­krę­cił głową.

- Za­ra­biamy za mało hajsu - stwier­dził Has­san.

- To zna­czy? - do­py­ty­wał Rami, pa­trząc na niego.

- Zbyt wielu lu­dzi musi dzie­lić się zy­skiem i nie­wiele z tego zo­staje dla nas.

- Mhm - przy­tak­nął Rami.

Has­san miał oczy­wi­ście cał­ko­witą ra­cję, ale co mo­gli na to po­ra­dzić? Ry­nek był, jaki był. Wielu li­czy na szybki cash.

Rami wstał, żeby pójść do to­a­lety. Mu­siał przejść po­mię­dzy wszyst­kimi rze­czami le­żą­cymi na pod­ło­dze. Pla­sti­kowe torby do po­łowy wy­peł­nione śmie­ciami, pu­ste opa­ko­wa­nie po pie­ro­gach, tro­chę szwedz­kich i za­gra­nicz­nych mo­net, brudna torba ze sta­rymi na­rzę­dziami skra­dzio­nymi z placu bu­dowy, a także nie­świeża czarna bluza z kap­tu­rem - to tylko nie­które z rze­czy po­roz­rzu­ca­nych po pod­ło­dze. Miesz­ka­nie znaj­do­wało się na trze­cim pię­trze be­to­no­wego getta i miało nie wię­cej niż trzy­dzie­ści dwa me­try kwa­dra­towe, ale Rami, w prze­ci­wień­stwie do wielu osób, z któ­rymi do­ra­stał, przy­naj­mniej miał swoje wła­sne "M" i nie mu­siał miesz­kać u mamy.

Rami jesz­cze nie do­szedł do to­a­lety, kiedy usły­szał dźwięk wia­do­mo­ści z jed­nej z ko­mó­rek. Był to te­le­fon służ­bowy. Pod­szedł więc do szafki w ko­ry­ta­rzu, wziął ko­mórkę i spraw­dził, kto do niego na­pi­sał.

"Ziom. Masz coś dla mnie?"

Je­den z jego sta­łych klien­tów. Rami szybko mu od­pi­sał:

"A co byś chciał, stary? Mam, co ze­chcesz".

Nie chciało mu się wy­cho­dzić z domu. Po­mi­ja­jąc ry­zyko by­cia za­ata­ko­wa­nym przez Sza­kali, na dwo­rze było zimno, ciemno i wietrz­nie.

Od­po­wiedź otrzy­mał nie­mal na­tych­miast.

"Pięć gra­mów. Tam, gdzie za­wsze za dwa­dzie­ścia mi­nut?"

Rami spoj­rzał na pod­róbę Omegi, zo­ba­czył, że jest już po pół­nocy, i jęk­nął wście­kły, po czym wró­cił do chło­pa­ków.

- Mu­szę wyjść. Praca wzywa.

Has­san ski­nął głową.

- Ru­chy, ru­chy! Tylko nie za­po­mnij o ju­trze! Czeka nas nie­zła ak­cja, ziom. Do zo­ba­cze­nia w po­łu­dnie na par­kingu!

- Wiem, stary - po­wie­dział Rami, wcią­ga­jąc ka­mi­ze­lkę ku­lo­od­porną przez głowę, po czym za­ci­snął rzepy.

- Pa­mię­taj o sprzę­cie. Ku­masz, o co cho­dzi?

Rami ski­nął głową. Po dro­dze musi wpaść do młod­szego brata Ab­bego i za­brać od niego swo­jego glocka. Zrobi to na­stęp­nego dnia rano. Do tego czasu pi­sto­let jest w bez­piecz­nym miej­scu. Nikt prze­cież nie bę­dzie go szu­kał u dzie­wię­cio­latka.

Wy­szedł na ko­ry­tarz, scho­wał nóż do po­chwy, którą przy­cze­pił do łydki, wło­żył kurtkę pu­chową, a na­stęp­nie otwo­rzył drzwi. Uchy­lił je na tyle, by wyj­rzeć na ze­wnątrz. Szybko ro­zej­rzał się po ga­le­rii. Ni­kogo nie wi­dział. Ostroż­nie wy­chy­lił się przez ba­rierkę i zer­k­nął w dół na po­dwó­rze. Było pu­sto i ci­cho. Nie czuł się bez­piecz­nie, ale mimo to ru­szył w stronę klatki scho­do­wej i zszedł po scho­dach.

Prze­ni­kliwe zimno, które go ude­rzyło, gdy wy­szedł na ze­wnątrz, od­zwier­cie­dlało ży­cie, ja­kie pro­wa­dził.

Jäm­tland, po­nie­dzia­łek, 20 lu­tego 2017 roku

9

Ma­rita i La­xman opu­ścili Frösön i żonę Hol­ly­wood, Be­atrice, po czym udali się do domu Malm­ber­gów w ?s, dzie­sięć ki­lo­me­trów na pół­noc od Öster­sund. Słońce świe­ciło na bez­chmur­nym, błę­kit­nym nie­bie, a tem­pe­ra­tura wzro­sła do mi­nus dzie­wię­ciu stopni. Nie­cały kwa­drans póź­niej do­tarli na miej­sce. Malm­berg miesz­kał w sta­rej re­zy­den­cji utrzy­ma­nej w nie­na­gan­nym sta­nie. Te­ren był od­śnie­żony, śnieg sta­ran­nie od­gar­nięto i mię­dzy głów­nym bu­dyn­kiem a za­bu­do­wa­niami go­spo­dar­czymi znaj­du­ją­cymi się przed nim utwo­rzyły się spore za­spy.

Ślu­sarz jesz­cze nie przy­je­chał, więc po­sta­no­wili po­cze­kać w sa­mo­cho­dzie.

- Czy tylko mnie wku­rza, że mamy za szefa ko­goś tak nie­kom­pe­tent­nego? - za­sta­na­wiał się gło­śno La­xman.

Ma­rita nie mo­gła się nie zgo­dzić. Anna Vi­king miała rap­tem trzy­dzie­ści pięć lat i za­nim zo­stała sze­fową wy­działu, pra­co­wała jako kie­row­niczka jed­nostki in­ter­wen­cyj­nej po­li­cji z re­gionu po­łu­dnio­wego. We­dług wie­dzy Ma­rity ta cała Vi­king ni­gdy nie pro­wa­dziła żad­nego śledz­twa. Ni­gdy też nie pra­co­wała jako funk­cjo­na­riuszka jed­nostki do za­dań spe­cjal­nych, mimo że bar­dzo się sta­rała, by tak ją po­strze­gano.

- Kie­row­nic­two chce, żeby dzia­łal­ność po­li­cji była bar­dziej zo­rien­to­wana na wy­niki - po­wie­działa, włą­cza­jąc z po­wro­tem sil­nik, by się tro­chę roz­grzać.

Nie mu­siała długo cze­kać na re­ak­cję ze strony La­xmana.

- I niby ona ma tego do­ko­nać? - prych­nął. - Ona nie ma po­ję­cia o pro­wa­dze­niu śledz­twa.

- Może wła­śnie dla­tego. Sta­wiają na nowy spo­sób my­śle­nia i roz­wój.

- Nowy spo­sób my­śle­nia ma na pewno. Szkoda tylko, że błędny.

Na po­dwó­rze wje­chała fur­go­netka z na­zwą firmy ślu­sar­skiej z boku i za­trzy­mała się tuż obok nich. Wy­siadł z niej chudy męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce i na­tych­miast za­brał się do wy­wa­ża­nia drzwi. Naj­wi­docz­niej po­le­gał na in­for­ma­cjach otrzy­ma­nych przez te­le­fon, po­nie­waż nie chciało mu się na­wet spraw­dzić, czy fak­tycz­nie są z po­li­cji. Po­dzię­ko­wali mu za po­moc, Ma­rita pod­pi­sała ja­kiś pa­pier, po czym we­szli do środka.

We­wnątrz dom był rów­nie za­dbany jak na ze­wnątrz. W holu na wie­szaku wi­siała gruba zi­mowa kurtka, a na sto­jaku stały trzy pary zi­mo­wych bu­tów i kap­cie. W kuchni pa­no­wał po­rzą­dek, żad­nych śla­dów po po­sił­kach z wy­jąt­kiem kilku szkla­nek sto­ją­cych w zle­wie przy kra­nie. Ma­rita miała pełną świa­do­mość, że u niej w domu tak to nie wy­gląda. Wo­lała po­świę­cać wolny czas na nad­ra­bia­nie nie­do­boru snu niż na zmy­wa­nie na­czyń i sprzą­ta­nie, poza tym lu­dzie, któ­rzy utrzy­my­wali swoje domy w pe­dan­tycz­nym po­rządku, wy­da­wali jej się nudni.

La­xman otwo­rzył zmy­warkę. Była w po­ło­wie za­peł­niona brud­nymi na­czy­niami, wzdry­gnął się na wy­do­by­wa­jący się z niej za­pach. Mimo to po chwili znowu od­wró­cił głowę w jej stronę, by spraw­dzić, co się w niej znaj­duje, i gło­śno stwier­dził, że obiad mu­siały jeść dwie osoby. Na pod­ło­dze stały dwie więk­sze me­ta­lowe mi­ski. Jedna wy­peł­niona wodą, druga pu­sta. Ma­rita się za­sta­na­wiała, czy mar­twy pies na stoku był tym sa­mym, o któ­rym Malm­berg opo­wia­dał, gdy spo­ty­kali go w sto­łówce. W ta­kim wy­padku pies mu­siał być dość stary. Może od tego czasu ku­pił so­bie no­wego.

Prze­szli do ga­bi­netu znaj­du­ją­cego się obok kuchni. Znaj­do­wało się w nim biurko w stylu an­giel­skim z ciem­nego drewna i kilka ciem­nych re­ga­łów peł­nych ksią­żek. Ma­rita rzu­ciła na nie okiem i zdzi­wiła się, że Malm­berg czy­tał współ­cze­sne po­wie­ści kry­mi­na­lne, choćby te pióra Vi­veki Sten. Za­wsze my­ślała, że jest sta­ro­świecki i ma prze­sta­rzałe po­glądy. Gdyby przy­szło jej zga­dy­wać, po­wie­dzia­łaby, że na­leży do tych, co czy­tają Jana Gu­il­lou i Le­ifa GW Per­s­sona. To od­kry­cie dało jej nieco bar­dziej po­zy­tywny ob­raz jego osoby. Za­nim udali się na dru­gie pię­tro, Ma­rita wzięła z biurka lap­topa, plik ra­chun­ków i kilka in­nych do­ku­men­tów, żeby póź­niej do­kład­nie je przej­rzeć.

Po paru kro­kach po scho­dach po­czuła ból w le­wym ko­la­nie. Wie­działa, że po­winna pójść do le­ka­rza, mę­czyła się z tym bó­lem od wielu lat, na­dal jed­nak nie udało jej się za­pi­sać na wi­zytę. Naj­bar­dziej oba­wiała się dia­gnozy, że nie można bę­dzie jej po­móc, do­póki nie schud­nie. Kie­dyś spró­buje, ale na to nie była jesz­cze go­towa. Wo­lała zno­sić ból i ro­biła wszystko, by uni­kać scho­dów i wy­siłku fi­zycz­nego.

Na gó­rze rów­nież nie zna­leźli nic in­te­re­su­ją­cego. Łóżko było sta­ran­nie po­słane. Na wie­szaku obok wi­siała zie­lona ko­szulka te­ni­sowa. W sza­fach znaj­do­wały się głów­nie mę­skie ubra­nia w stylu Malm­berga, z wy­jąt­kiem pary spodni dre­so­wych i góry od pi­żamy, które nie­wąt­pli­wie na­le­żały do ko­biety.

- Też o tym po­my­śla­łeś? - ode­zwała się Ma­rita, bio­rąc do ręki ma­ga­zyn "Al­lers".

- Tak, to musi być ta So­lveig Per­s­son, o któ­rej wspo­mi­nała Anna - od­parł La­xman, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

- Czas tam po­je­chać - po­wie­działa Ma­rita i za­częła scho­dzić. - Je­śli ty zaj­miesz się kom­pu­te­rem i resztą, ja od­wie­dzę So­lveig.

"Może na­wet bę­dzie wie­działa, kto go za­bił", po­my­ślała. Wtedy za­dzwoni do ojca, żeby mu po­wie­dzieć, że sprawa mor­der­stwa zo­stała roz­wią­zana. Pod jej zwierzch­nic­twem.

10

Ko­men­dant po­li­cji re­jo­no­wej Ste­fan Gir­lang może i mógł po­dej­mo­wać de­cy­zje, ale zda­niem Chri­stiana rzadko po­dej­mo­wał ta­kie, które po­py­chały sprawę do przodu. Choć ak­cja ra­tun­kowa już trwała, Chri­stian do­stał je­dy­nie ab­so­lut­nie nie­zbędne wspar­cie. Ozna­czało to, że oprócz po­mocy przy na­mie­rza­niu te­le­fonu ko­mór­ko­wego do po­szu­ki­wań prze­zna­czono tylko je­den do­dat­kowy pa­trol z Öster­sund, je­den śmi­gło­wiec, do­stępny w miarę moż­li­wo­ści, oraz jedną osobę do wy­szu­ki­wa­nia istot­nych in­for­ma­cji. Z Öster­sund je­chała jesz­cze ka­retka po­go­to­wia, praw­do­po­dob­nie bar­dziej po to, by uczest­ni­czyć w po­szu­ki­wa­niach niż w celu udzie­le­nia po­mocy me­dycz­nej.

Kiedy udało się na­mie­rzyć te­le­fon So­fie, usta­lono, że zo­stał włą­czony około ósmej po­przed­niego wie­czoru, po­tem o je­de­na­stej i kilka razy wcze­śniej tego sa­mego dnia. Nie zdo­łano okre­ślić do­kład­nej lo­ka­li­za­cji, usta­lono je­dy­nie, że sy­gnał do­cho­dził z po­łu­dnio­wych ob­sza­rów ?re. Chri­stian nie bar­dzo wie­dział, ja­kie wnio­ski wy­cią­gnąć z tych spo­ra­dycz­nych po­łą­czeń. Być może So­fie się ukry­wała i włą­czała te­le­fon od czasu do czasu, kiedy go po­trze­bo­wała?

Spę­dzili ko­lejną go­dzinę, prze­szu­ku­jąc wraz z dru­gim pa­tro­lem ulicę po ulicy i każdy za­ką­tek w oko­licy, ale mer­ce­desa nie zna­leźli. Do po­szu­ki­wań do­łą­czył he­li­kop­ter. Chri­stian ob­ser­wo­wał, jak prze­miesz­czał się nad szczy­tem ?re­sku­tan, ma­jąc pe­łen wi­dok na do­linę. Po­li­cjanci utrzy­my­wali kon­takt ra­diowy ze śmi­głow­cem, który był w sta­nie prze­szu­kać ob­szar więk­szy i bar­dziej nie­do­stępny niż ra­dio­wozy. W sa­mo­cho­dzie Chri­stiana i Nory, poza gło­sami do­cho­dzą­cymi przez ra­dio, pa­no­wała ci­sza. At­mos­fera była po­nura.

- Jak się czu­jesz? - spy­tała Nora po chwili, kiedy na­dal krą­żyli po gór­skim te­re­nie.

Męż­czy­zna nie był przy­go­to­wany na to py­ta­nie.

- Wszystko okej. Dla­czego py­tasz?

- Nie po­znaję cię. Wy­da­jesz się tro­chę ze­stre­so­wany.

- Nic mi nie jest, dzię­kuję za tro­skę - od­parł krótko.

Nora lekko się uśmiech­nęła, chcąc po­ka­zać, że mu nie wie­rzy i nie chce na niego na­ci­skać.

- Za­trzy­maj się tu­taj - po­pro­sił Chri­stian, wska­zu­jąc po­bo­cze.

Po­li­cjantka zje­chała z drogi, sta­nęła przy za­spie i wy­łą­czyła sil­nik. St?hl wy­siadł. Na dwo­rze było prze­raź­li­wie zimno, ale mu­siał za­czerp­nąć po­wie­trza. Po­woli czuł, jak znowu ogar­nia go nie­po­kój. Ucisk w klatce pier­sio­wej. Na­pię­cie. Ostat­nio co­raz czę­ściej od­czu­wał lęk.

Spoj­rzał na do­linę. Wi­dok za­pie­rał dech w pier­siach. Po dru­giej stro­nie za­mar­z­nię­tego je­ziora ?re pię­trzyła się jedna góra, a za nią jesz­cze kilka ośnie­żo­nych wyż­szych szczy­tów. Słońce po­mału za­cho­dziło, rzu­ca­jąc de­li­katną, nie­mal ró­żo­wawą po­światę. Po­mimo he­li­kop­tera uno­szą­cego się nad nimi, pa­no­wały tu spo­kój i ci­sza, któ­rej można do­świad­czyć je­dy­nie w gó­rach. W mło­do­ści nie zwra­cał na to wszystko uwagi, ale z bie­giem czasu doj­rzał i za­czął to do­ce­niać.

Wkrótce na­prawdę bę­dzie mu­siał do­ro­snąć.

Serce biło mu co­raz moc­niej. W pew­nej chwili bra­kło mu tchu, spró­bo­wał wziąć kilka głę­bo­kich wde­chów, by nie wpaść w pa­nikę. Po­woli od­li­czył do dzie­się­ciu i po­czuł, że udało mu się opa­no­wać. Wpa­try­wał się w gór­skie szczyty, choć nie mógł się sku­pić na tym, co rze­czy­wi­ście wi­dział.

Wresz­cie Nora za­pu­kała w okno i po­ma­chała. Do­piero wtedy Chri­stian po­czuł chłód na twa­rzy i zdał so­bie sprawę, że nie ma na so­bie rę­ka­wi­czek. Szybko wsko­czył do sa­mo­chodu i wy­jął ko­mórkę, żeby unik­nąć od­po­wia­da­nia na py­ta­nia ko­le­żanki. Palce mu ze­sztyw­niały, więc za­czął nimi po­ru­szać, a na­stęp­nie wpi­sał nu­mer te­le­fonu do cen­trum do­wo­dze­nia.

- Czy wy­da­li­ście na­kaz po­szu­ki­wa­nia sa­mo­chodu So­fie? - za­py­tał, gdy funk­cjo­na­riusz dy­żurny ode­brał po­łą­cze­nie.

- Na­kaz zo­stał wy­dany o go­dzi­nie czter­na­stej dwa­na­ście - od­po­wie­dział męż­czy­zna po dru­giej stro­nie słu­chawki.

Od kiedy cen­trum do­wo­dze­nia prze­nie­siono do miej­sco­wo­ści Ume?, Chri­stian znał je­dy­nie głosy pra­cu­ją­cych tam funk­cjo­na­riu­szy. Tego, który wła­śnie ode­brał, zu­peł­nie nie roz­po­zna­wał. Zda­wał się fleg­ma­tyczny. Dziwne, jak na ko­goś, kto do­piero za­czął tam pra­co­wać.

- To do­brze. Może można by było nadać ogło­sze­nie o po­szu­ki­wa­niu w lo­kal­nym ra­diu?

- Sa­mo­chodu?

- Tak.

- Po­trze­bu­jemy do tego cze­goś wię­cej. Ta ko­bieta praw­do­po­dob­nie po pro­stu trzyma się z dala od swo­jego sta­rego. Nie mo­żemy trą­bić w ca­łym re­gio­nie o ich pro­ble­mach mał­żeń­skich.

Chri­stian spoj­rzał na ze­ga­rek. Kwa­drans po czwar­tej. Ści­gali się z cza­sem i ogar­nęła go obawa, że szanse na od­na­le­zie­nie So­fie Sjölin ma­leją. Po­trze­bo­wali po­mocy zwy­kłych lu­dzi w szu­ka­niu jej sa­mo­chodu.

- Też o tym po­my­śla­łem, ale mu­simy za­ry­zy­ko­wać. Trwa ak­cja ra­tun­kowa. Jej mąż na pewno nie miałby nic prze­ciwko, w końcu to on zgło­sił za­gi­nię­cie, a ona może być w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. De­cy­zja jest pro­sta.

- Nie­stety, nie. W tej chwili to nie wcho­dzi w grę.

- Niech się pie­przą - za­klął Chri­stian po tym, jak się roz­łą­czyli. - Że to za­wsze tyle trwa!

W po­li­cyj­nym ra­diu ode­zwał się ktoś z ka­retki i py­tał, czy mają coś no­wego. Nora prze­ka­zała im ak­tu­alne in­for­ma­cje i po­pro­siła o dal­sze prze­szu­ki­wa­nie te­renu w kie­runku Du­ved.

- Po­jedźmy znowu do tego snoba - stwier­dził sta­now­czo Chri­stian. - Nie po­wie­dział nam ca­łej prawdy.

Sztok­holm, 30 dni wcze­śniej

11

O dwu­na­stej Rami cze­kał na par­kingu, w ka­mi­ze­lce ku­lo­od­por­nej, z gloc­kiem za­tknię­tym za pas, ukry­tym pod pu­chową kurtką. Ro­zej­rzał się ner­wowo. Le­piej, żeby te­raz nie spo­tkał glin. Jedno prze­szu­ka­nie i za­mknę­liby go na długo. Na szczę­ście nie mu­siał długo cze­kać. Po chwili zo­ba­czył star­sze już czarne bmw 530 na­le­żące do Has­sana, które wła­śnie skrę­ciło i zbli­żało do niego.

- Hej, ziom! Co tam? - przy­wi­tał się z nim Has­san po tym, jak Rami wsiadł do jego sa­mo­chodu i za­mknął za sobą drzwi.

Rami sze­roko się uśmiech­nął.

- Za­je­bi­ście, stary. Za­ro­bimy dziś dużo hajsu.

Has­san po­krę­cił głową.

- Za­ro­bimy, ale nie tyle, ile po­win­ni­śmy.

Has­san był o dwa lata star­szy i sta­no­wił dla niego wzór. Za­szedł da­lej niż on, je­śli cho­dzi o zbu­do­wa­nie re­pu­ta­cji, poza tym wię­cej za­ra­biał. To wła­śnie dzięki Has­sa­nowi do­łą­czył do in­te­resu.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej stali na par­kingu przy sta­cji Shell obok drogi kra­jo­wej E4 w dziel­nicy Ki­sta. Ukryli się wśród in­nych za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów, ale do­brze wi­dzieli po­jazdy wjeż­dża­jące na te­ren sta­cji.

Rami wpa­try­wał się w stronę wjazdu i na­gle po­de­rwał się z miej­sca, sły­sząc dźwięk do­cho­dzący z ko­mórki. To tylko Yazid. Py­tał, czy Rami idzie na tre­ning. Szybko mu od­pi­sał, że ode­zwie się póź­niej.

Kro­ple desz­czu ude­rzały o przed­nią szybę, więc mu­sieli włą­czyć wy­cie­raczki, żeby co­kol­wiek wi­dzieć. Na par­king wjeż­dżały różne cię­ża­rówki, ale nie ta, na którą cze­kali.

Has­san za­czy­nał się nie­cier­pli­wić.

- Kurwa, jak długo mamy cze­kać?

Chwilę póź­niej Rami do­strzegł zna­jome czarne audi po­woli wta­cza­jące się na par­king w ich kie­runku.

- Kurwa, stary, to Sza­kale!

Rami chwy­cił glocka, któ­rego wcze­śniej po­ło­żył mię­dzy sto­pami, ale za­nim go pod­niósł, Has­san zła­pał go za lewą rękę.

- Uspo­kój się! Chyba nas nie wi­dzieli.

Rami od­ru­chowo prze­cze­sał dło­nią włosy. Serce biło mu tak mocno, że czuł ból w klatce pier­sio­wej. Audi skrę­ciło w stronę dys­try­bu­to­rów pa­liwa i wy­siadł z niego je­den z młod­szych człon­ków Sza­kali. Był sam. Rami sta­rał się uspo­koić, ale czuł skok ad­re­na­liny na sam wi­dok ko­goś od Sza­kali.

Kiedy ko­leś za­czął tan­ko­wać sa­mo­chód, skie­ro­wał wzrok w ich stronę i się w nich wpa­try­wał.

- Stary, czy ty nie ku­masz? Mu­simy coś zro­bić! - bu­rzył się Rami, po­now­nie się­ga­jąc po glocka.

W tym sa­mym mo­men­cie młody Sza­kal od­wró­cił głowę i do­koń­czył tan­ko­wa­nie.

- Nie wi­dział nas - twier­dził Has­san, choć nie wy­glą­dał na tak opa­no­wa­nego, jak wcze­śniej.

Rami trzy­mał glocka na ko­la­nach.

Chwilę po tym, jak chło­pak w audi opu­ścił sta­cję ben­zy­nową, w końcu przy­je­chała cię­ża­rówka, na którą cze­kali - ciem­no­szara z pol­ską re­je­stra­cją i biało-czer­wo­nym nie­zro­zu­mia­łym na­pi­sem z boku. Has­san szybko się ro­zej­rzał, po czym wy­siadł z sa­mo­chodu. Rami wy­biegł za nim. W jed­nej chwili twarz zro­biła mu się mo­kra od mżawki. Za pa­sem, pod kurtką miał za­tknięty pi­sto­let.

Z ka­biny cię­ża­rówki wy­sko­czył ni­ski, łysy kie­rowca i skie­ro­wał się na tył po­jazdu. Za­nim do niego po­de­szli, Has­san jesz­cze raz się ro­zej­rzał, Rami zro­bił to samo. W skle­pie na sta­cji było pełno lu­dzi, kilka osób tan­ko­wało przy dys­try­bu­to­rach i wła­śnie pod­je­chało nie­bie­skie vo­lvo, które kie­ro­wało się w stronę po­jem­nika z wodą, wia­drami i skro­bacz­kami do szyb. Każda z tych osób mo­gła być gliną, ale Ra­miemu nie rzu­ciło się w oczy nic szcze­gól­nego, co by na to wska­zy­wało. Naj­waż­niej­sze jed­nak było to, że nie wi­dział ni­kogo, kto mógłby siłą ode­brać im to­war.

Kie­rowca roz­ło­żył plat­formę za­ła­dun­kową, otwo­rzył cię­ża­rówkę od tyłu i wsko­czył do środka. Bez słowa wy­cią­gnął dwa duże worki z brą­zo­wego, moc­nego ma­te­riału z wy­dru­ko­wa­nymi na biało na­pi­sami Gra­nos de café i He­cho en Co­lom­bia. Rami wie­dział od Has­sana, że mają do­stać worki z ziar­nami kawy, zda­wał so­bie sprawę, co po­winno być ukryte w środku.

Rami i Has­san wzięli po jed­nym worku, za­nie­śli je do bmw i wło­żyli do ba­gaż­nika. Prędko wró­cili po dwa ko­lejne worki. Przez cały czas Rami był przy­go­to­wany na to, że coś może się wy­da­rzyć. W ta­kim wy­padku rzu­ciłby wo­rek na zie­mię i wy­cią­gnął broń. Uwa­żał to za naj­lep­szy spo­sób na prze­trwa­nie, gdyby zo­stali za­ata­ko­wani przez kon­ku­ren­cję pró­bu­jącą prze­jąć ich te­ry­to­rium. Ale nic się nie wy­da­rzyło. Mu­sieli kil­ka­krot­nie prze­pa­ko­wać ba­gaż­nik, żeby zmie­ścić wszyst­kie worki. Na­stęp­nie za­mknęli tylną klapę i wsko­czyli do sa­mo­chodu.

- Kurwa! - wy­krzyk­nął pod­eks­cy­to­wany Has­san, gdy wy­jeż­dżali z par­kingu.

W tym mo­men­cie na par­king wje­chało dwóch po­li­cjan­tów w ozna­ko­wa­nym ra­dio­wo­zie. Tętno Ra­miego sko­czyło, ale funk­cjo­na­riu­sze pa­trzyli w inną stronę i po­woli od­da­lili się w kie­runku dys­try­bu­to­rów, żeby za­tan­ko­wać.

Rami mógł ode­tchnąć z ulgą cho­ciaż na chwilę. Od­je­chali z to­wa­rem w tor­bach i nikt do nich nie strze­lał. Te­raz mu­sieli tylko do­star­czyć to Re­ki­nowi.

Jäm­tland, po­nie­dzia­łek, 20 lu­tego 2017 roku

12

So­lveig Per­s­son miesz­kała w domu z bia­łej ce­gły w po­łu­dnio­wej dziel­nicy Öster­sund. Ko­le­dzy z jed­nostki in­ter­wen­cyj­nej zdą­żyli ją po­wia­do­mić o śmierci Malm­berga. Za­pła­kana otwo­rzyła drzwi Ma­ri­cie.

- Moje kon­do­len­cje. Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale czy mo­gła­bym wejść na chwilę?

Ma­rita wy­cią­gnęła le­gi­ty­ma­cję po­li­cyjną i So­lveig od razu wpu­ściła ją do środka.

W domu pani Per­s­son pa­no­wał rów­nie pe­dan­tyczny po­rzą­dek jak u Malm­berga.

- Jak długo się pań­stwo znali? - za­py­tała in­spek­tor po tym, jak usia­dła przy ku­chen­nym stole i od­mó­wiła fi­li­żanki kawy.

So­lveig miała pro­ste siwe włosy ścięte na boba i jak na swoje sześć­dzie­siąt dzie­więć lat wy­glą­dała na osobę w do­brej kon­dy­cji fi­zycz­nej. Ma­rita przy­pusz­czała, że ko­bieta jest w lep­szej for­mie niż ona. Lata nie­uda­nych prób od­chu­dza­nia tylko po­gor­szyły sy­tu­ację. W za­sa­dzie dała za wy­graną i dla­tego po­sta­no­wiła skosz­to­wać cy­na­mo­no­wej bu­łeczki, którą po­dała So­lveig. Mimo że ko­bieta była zroz­pa­czona i zszo­ko­wana, za­dbała o to, by za­pro­po­no­wać go­ściowi kawę i po­czę­stu­nek.

"Wy­mie­ra­jące po­ko­le­nie - po­my­ślała po­li­cjantka. - Bło­go­sła­wień­stwo i prze­kleń­stwo".

So­lveig miała przed sobą fi­li­żankę kawy, ale nie piła. Ręce trzę­sły jej się tak bar­dzo, że Ma­rita za­sta­na­wiała się, co by się stało z kawą, gdyby ko­bieta ze­chciała jed­nak pod­nieść fi­li­żankę.

- Po­zna­li­śmy się z Bos­sem pięć lat temu pod­czas po­dróży au­to­ka­ro­wej do To­ska­nii.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa ści­szo­nym gło­sem Ma­rita. - Jak czę­sto się pań­stwo spo­ty­kali od tego czasu?

So­lveig po­woli po­ru­szała głową na boki.

- W ostat­nich la­tach dwa, trzy razy w ty­go­dniu. Na po­czątku nie wi­dy­wa­li­śmy się tak czę­sto. Nie było ła­two się do niego zbli­żyć.

Nie zdzi­wiło to Ma­rity. Ni­gdy nie udało jej się na­wią­zać bliż­szej re­la­cji z Malm­ber­giem. Z tego, co pa­mię­tała, za­wsze trzy­mał się na ubo­czu i wy­co­fy­wał, gdy ktoś chciał z nim po­ga­dać. Ani razu nie za­in­te­re­so­wał się Ma­ritą, ani jej ży­ciem oso­bi­stym.

- Malm­berg... to zna­czy Bosse... nie ma dzieci. Co pani wie o jego ży­ciu to­wa­rzy­skim?

Na­stą­piła krótka ci­sza, So­lveig naj­wy­raź­niej za­sta­na­wiała się, co od­po­wie­dzieć.

- Ma są­siada, Nilsa, z któ­rym gra... grał u buk­ma­chera. Co ty­dzień ra­zem ob­sta­wiali wy­ścigi konne. Ma też młod­szego brata, mieszka w Sund­svall. Ale nie wi­dy­wali się zbyt czę­sto.

- Czy na­le­żał do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji? Sto­wa­rzy­sze­nia eme­ry­tów w ro­dzaju PRO?

Wi­dać było, że So­lveig nie ma co do tego pew­no­ści.

- Do PRO nie na­le­żał, ale opo­wia­dał o sto­wa­rzy­sze­niu eme­ry­tów po­li­cyj­nych. Wy­daje mi się, że spo­ty­kali się mniej wię­cej raz w mie­siącu.

Ma­rita ski­nęła głową. Znała to sto­wa­rzy­sze­nie. Re­gu­lar­nie za­pra­szano by­łych funk­cjo­na­riu­szy na ko­mi­sa­riat, by przy ka­wie po­wspo­mi­nali stare czasy. Nie wie­działa jed­nak, że Malm­berg do niego na­le­żał.

- Jak za­pewne już pani wie, ciało Bos­sego zo­stało zna­le­zione na szczy­cie stoku na wy­spie Frösön.

Ma­rita prze­rwała na chwilę, po czym za­raz z wy­czu­ciem za­częła drą­żyć sprawę mor­der­stwa.

- Czy do­my­śla się pani, co on mógł tam ro­bić? Mieszka w ?s, więc to chyba nie jest stan­dar­dowa trasa na wie­czorny spa­cer z psem, tak przy­pusz­czam.

Do­piero te­raz So­lveig upiła łyk kawy. Po­mału trzę­są­cymi się dłońmi pod­nio­sła fi­li­żankę do ust. Ma­rita ją ob­ser­wo­wała, So­lveig udało się wziąć mały łyk i nie po­roz­le­wać. Po­tem na­tych­miast od­sta­wiła fi­li­żankę na stół i opu­ściła ręce na ko­lana.

- Nie, nie ro­zu­miem tego. Szu­kał co prawda no­wych miejsc na spa­cery. Wiem, że od czasu do czasu jeź­dził z psem i spa­ce­ro­wał z nim wła­śnie tam, na ścieżce do jog­gingu, która bie­gnie przez wzgó­rze Frösöber­get...

Do tej pory So­lveig pod­czas roz­mowy trzy­mała emo­cje w ry­zach, ale kiedy wspo­mniała imię psa, głos jej się za­ła­mał i za­częła pła­kać. Ma­rita przez chwilę się nie od­zy­wała. Współ­czuła So­lveig. Od te­raz czeka ją sa­motne ży­cie i nie bę­dzie miała z kim dzie­lić co­dzien­no­ści. Ni­kogo, kto chciałby wy­słu­chać, jak jej mi­nął dzień, ni­kogo, z kim mo­głaby zjeść ko­la­cję, ni­kogo, kto by oka­zał wspar­cie, gdy bę­dzie smutna. Ciężko było zna­leźć coś na po­cie­sze­nie. Ma­rita wie­działa, jak to jest. Choć ona przy­naj­mniej miała kota.

- Ale tak późno wie­czo­rem? - kon­ty­nu­owała So­lveig, kiedy się nieco uspo­ko­iła. - Nie ro­zu­miem, co on tam ro­bił.

Ma­rita za­no­to­wała w pa­mięci, że w ze­zna­niu po­ja­wiło się coś nie­ty­po­wego, coś, co się wy­róż­niało. To mógł być ele­ment ukła­danki w śledz­twie, któ­rego nie wolno jej było prze­ga­pić.

- Czy Bosse mógł być w coś uwi­kłany? - za­py­tała.

So­lveig wy­jęła chu­s­teczkę z pu­dełka na stole i wy­dmu­chała nos.

- Uwi­kłany? Nie, nic mi nie przy­cho­dzi do głowy.

- Czy ostat­nio wspo­mniał o czymś, co wzbu­dziło pani żywą re­ak­cję? O czymś, co się wy­róż­niało na tle jego zwy­kłych spo­tkań to­wa­rzy­skich lub ru­ty­no­wych czyn­no­ści?

Ma­rita zdała so­bie sprawę, że na to py­ta­nie nie ma szyb­kiej i oczy­wi­stej od­po­wie­dzi, ale mu­siała je za­dać, żeby So­lveig mo­gła wró­cić do niego póź­niej, je­śli coś so­bie przy­po­mni.

- Dużo mó­wił o sta­rym ko­le­dze ze szkoły, z gim­na­zjum, jak mi się wy­daje. Wpa­dli na sie­bie w skle­pie kilka mie­sięcy temu, a po­tem ten męż­czy­zna do niego wy­dzwa­niał. Chciał ob­sta­wiać z nim wy­ścigi konne.

- U tego sa­mego buk­ma­chera?

- Tak, V75, Stryk­tip­set i tak da­lej. Za­sta­na­wiam się, czy nie na­po­mknął też o kup­nie ko­nia.

- Czy Bosse był na­ło­go­wym ha­zar­dzi­stą?

Gdy tylko Ma­rita za­dała to py­ta­nie, po­ża­ło­wała do­boru słów, So­lveig jed­nak nie ode­brała tego py­ta­nia jako cze­goś ne­ga­tyw­nego.

- Grał z Nil­sem, są­sia­dem, raz w ty­go­dniu i to uwiel­biał. Za­czy­nał już w środę wie­czo­rem, kiedy po­ja­wiał się pro­gram go­nitw, a piąt­kowe wie­czory były święte ni­czym święto. Wtedy to ra­zem z Nil­sem spo­ty­kali się w domu Bos­sego przy whi­sky i pla­no­wali za­kłady.

- A za­czął też spo­ty­kać się z tym daw­nym ko­legą ze szkoły?

- Nie wiem, ale nie są­dzę.

- Wie pani, jak się ten ko­lega na­zy­wał?

So­lveig od­gar­nęła włosy do tyłu, jakby chciała zwią­zać je w ku­cyk, spra­wia­jąc przy tym wra­że­nie zmę­czo­nej sie­dze­niem przy stole i od­po­wia­da­niem na py­ta­nia.

- Per Bo­hed. Po­win­ni­ście go spraw­dzić. W pew­nym sen­sie jakby nie chciał się od­cze­pić do Bos­sego.

Ma­rita to za­no­to­wała, po czym kon­ty­nu­owała prze­słu­cha­nie. Bała się za­dać kilku ostat­nich py­tań, ale wie­działa, że nie ma wy­boru.

- To de­li­katne py­ta­nie, ale nie­stety mu­szę je za­dać.

- Słu­cham... - So­lveig spoj­rzała na nią py­ta­jąco.

- Wróćmy do re­la­cji mię­dzy pa­nią a Bos­sem. Czy utrzy­my­wali pań­stwo sto­sunki sek­su­alne?

- Co ta­kiego? - obu­rzyła się So­lveig. - To sprawa wy­łącz­nie mię­dzy mną a nim.

Ma­rita współ­czuła ko­bie­cie, mimo to mu­siała wy­ko­ny­wać swoją pracę.

- Za­dam inne py­ta­nie. Czy to moż­liwe, że za­spo­ka­jał swoje po­trzeby sek­su­alne gdzie in­dziej?

- Na li­tość bo­ską!

Po­li­cjantka mil­czała i cze­kała, aż So­lveig po­wie coś wię­cej. Tro­chę to trwało, za­nim ko­bieta się ode­zwała.

- Do­brze nam było ze sobą. Nie było za dużo seksu... choć cza­sami się zda­rzało... - wy­du­siła z sie­bie w końcu.

- Czy za­uwa­żyła pani ja­kieś oznaki za­in­te­re­so­wa­nia inną ko­bietą lub męż­czy­zną?

- Męż­czy­zną? Nie, no to już prze­sada!

Ma­ri­cie zro­biło się głu­pio. Za­sad­ni­czo nie była osobą cie­kaw­ską ani wścib­ską, a te­raz jej py­ta­nia mocno na­ru­szały sferę pry­wat­no­ści tej star­szej ko­biety.

- Py­tam, po­nie­waż szu­kam moż­li­wego mo­tywu.

- W ta­kim ra­zie otrzy­masz od­po­wiedź. On nie był z ta­kich! - syk­nęła So­lveig z nie­sma­kiem.

"Nie z ta­kich", po­my­ślała Ma­rita, na chwilę za­my­ka­jąc się w so­bie. Przy­po­mniała so­bie, jak wal­czyła z proś­bami by­łej part­nerki Lisy - dą­żą­cej do tego, by ujaw­niły swój zwią­zek - wła­śnie dla­tego, że wie­działa, jak nie­któ­rzy lu­dzie będą ją po­strze­gać.

- Mu­szę za­dać jesz­cze jedno py­ta­nie dla for­mal­no­ści - mó­wiła da­lej Ma­rita po tym, jak So­lveig wzięła łyk kawy.

Ko­bieta spoj­rzała na po­li­cjantkę nie­mal ze zło­ścią.

- Gdzie pani była ze­szłej nocy?

So­lveig za­ci­snęła wargi.

- Te­raz to na­prawdę się wście­kłam! Jest pani co­raz bar­dziej bez­czelna. My­śli pani, że to ja go za­mor­do­wa­łam?

- Za­daję to py­ta­nie, bo mu­szę. Nie ma in­nego po­wodu.

- Cały czas by­łam w domu. I roz­ma­wia­łam z przy­ja­ciółką przez te­le­fon. Na­zywa się In­ger Ry­din. Może pani do niej na­tych­miast za­dzwo­nić, z pew­no­ścią to po­twier­dzi.

- Dzię­kuję bar­dzo! Nie są­dzę, żeby to było ko­nie­czne, ale we­zmę jej nu­mer te­le­fonu.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Ma­rita była w dro­dze po­wrot­nej na ko­mi­sa­riat. Źle się czuła z tym, że mu­siała na­ci­skać na star­szą ko­bietę, by uzy­skać od­po­wie­dzi znacz­nie wy­kra­cza­jące poza gra­nice pry­wat­no­ści, i po­trze­bo­wała chwili, żeby się uspo­koić. Ro­biło się już ciemno i tem­pe­ra­tura znów za­częła spa­dać. Ter­mo­metr wska­zy­wał mi­nus szes­na­ście stopni. Pod­krę­ciła ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie naj­bar­dziej, jak się dało, i za­sta­na­wiała się, kiedy te mrozy się wresz­cie skoń­czą.

13

Chri­stian po­now­nie prze­słu­chi­wał Hen­rika Sjölina, tym­cza­sem Nora prze­pro­wa­dzała roz­mowę z jego córką. Żona Hen­rika, So­fie, znik­nęła z nie­zna­nego po­wodu. Nie tra­cąc czasu, mu­sieli prze­ana­li­zo­wać oko­licz­no­ści tego, co się wy­da­rzyło dzień wcze­śniej, i oce­nić, czy ist­niało ja­kieś ze­wnętrzne za­gro­że­nie dla pary Sjölin.

- Przejdźmy przez to jesz­cze raz - za­czął Chri­stian, sto­jąc przed Hen­ri­kiem w sa­lo­nie na pię­trze. - Co się stało ze­szłej nocy?

Męż­czy­zna usiadł w fo­telu i wyj­rzał przez pa­no­ra­miczne okna z wi­do­kiem na mia­steczko, je­zioro ?re­sjön i góry. Po­chy­lił głowę i prze­tarł oczy.

- So­fie wsia­dła do sa­mo­chodu o wpół do ósmej i wy­brała się na krótką prze­jażdżkę.

- Po­kłó­ci­li­ście się?

- Nie by­li­śmy po­kłó­ceni.

- Okej, tak pan twier­dzi, ale spo­sób, w jaki pan to mówi, daje mi pod­stawy są­dzić, że tego wie­czoru się po­kłó­ci­li­ście.

Za­pa­dła długa ci­sza, Chri­stian wpa­try­wał się w Hen­rika.

- Nie chcę, żeby moja córka to sły­szała - od­parł w końcu Hen­rik.

- Moja ko­le­żanka jest z pań­ską córką na dole. Nie sły­szy nas.

Hen­rik ze­brał się w so­bie.

- Żona się do­wie­działa, że ją zdra­dzi­łem.

Po­li­cjant uniósł brwi.

- Dość istotna in­for­ma­cja w tej sy­tu­acji. Po­win­ni­śmy do­wie­dzieć się o tym wcze­śniej.

- Wy­ja­śni­li­śmy to so­bie wie­czo­rem i, jak już mó­wi­łem, nie by­li­śmy po­kłó­ceni, kiedy wy­cho­dziła.

- Czy ta­kie sprawy da się roz­wią­zać w je­den wie­czór?

Hen­rik nie od­po­wie­dział na py­ta­nie.

- A do­kąd chciała je­chać o wpół do ósmej wie­czo­rem? - drą­żył da­lej Chri­stian.

- Nie wiem. Wspo­mniała tylko, że chce się prze­je­chać. Nie py­ta­łem do­kąd.

Wszyst­kie do­dat­kowe war­stwy mun­duru, które po­li­cjant miał na so­bie, by móc przez długi czas stać na mro­zie, da­wały o so­bie znać w cie­płym po­miesz­cze­niu. Wo­lał nie wy­cho­dzić na dwór w prze­po­co­nym pod­ko­szulku pod ka­mi­ze­lką ku­lo­od­porną. Roz­piął kurtkę aż do pasa, gdzie była spięta ze­wnętrzną klamrą.

- Jak na­zywa się ko­bieta, z którą pan zdra­dził żonę?

- Wo­lał­bym nie mie­szać jej w tę sprawę.

- Nie­stety to nie­moż­liwe - od­parł Chri­stian.

- ?sa - po­wie­dział Hen­rik nie­chęt­nie. - ?sa Me­lin. Jest kie­row­niczką ho­telu.

Po­li­cjant po­czuł ukłu­cie w brzu­chu. Znowu po­ja­wił się nie­po­kój. Aby go stłu­mić, pró­bo­wał skon­cen­tro­wać się na za­da­niu.

- Z tego co zro­zu­mia­łem, jest pan wła­ści­cie­lem kon­cernu, do któ­rego na­leży znaczna część ?re. Czy w związku z tym ist­nieje ja­kie­kol­wiek za­gro­że­nie dla pana lub pań­skiej żony?

Hen­rik się skrzy­wił.

- Nic mi o tym nie wia­domo, ale pro­wa­dzę in­te­resy bez prze­rwy, więc za­wsze może się tra­fić ktoś, komu będę prze­szka­dzał.

"To praw­do­po­do­bne", po­my­ślał Chri­stian, ale nie wie­dział, jak by mo­gli zna­leźć taką osobę.

- Nic się nie wy­da­rzyło, za­nim wy­je­chała?

Hen­rik po­krę­cił głową.

- Poza ?są, kto jesz­cze jest panu bli­ski?

- Co ma pan na my­śli?

- Z kim pan pra­cuje na co dzień?

- Cóż... W biu­rze nie ma nas zbyt wielu. Oprócz ?sy jest jesz­cze Jo­han Ny­ström, kie­row­nik re­stau­ra­cji, praw­nik Jan-?ke Sven­n­mark i moja se­kre­tarka Gu­nilla Sun­din. W za­sa­dzie wszy­scy po­zo­stali pra­cow­nicy są za­trud­nieni przez inne firmy, to zna­czy ho­tele lub re­stau­ra­cje.

Chri­stian za­pi­sał na­zwi­ska w no­te­sie, w któ­rym umiesz­czał wszel­kie do­dat­kowe in­for­ma­cje zwią­zane ze śledz­twem.

- Nikt wię­cej?

Hen­rik pod­niósł wzrok i spoj­rzał w górę, jakby się za­sta­na­wiał.

- Mój oj­ciec też bywa w biu­rze.

- Pana oj­ciec? Co on tam robi?

- To on za­ło­żył tę firmę. Prze­szedł na eme­ry­turę, a ja prze­ją­łem in­te­res, ale tak na­prawdę nie po­trafi od­pu­ścić.

- Jak się na­zywa?

- Rolf Sjölin.

Chri­stian za­pi­sał tę in­for­ma­cję w no­te­sie.

- Gdzie mie­ści się sie­dziba firmy?

- W cen­trum. Przy rynku.

St?hl nie za­dał na­stęp­nego py­ta­nia, bo prze­rwało mu we­zwa­nie do­cho­dzące z po­li­cyj­nego ra­dia.

- Zero zero do dzie­więć osiem dwa zero, od­biór!

To he­li­kop­ter. Chri­stian na­ci­snął przy­cisk nada­wa­nia w swo­jej słu­chawce.

- Je­stem!

- Jaki był nu­mer re­je­stra­cyjny sa­mo­chodu? Od­biór!

Po­li­cjant bez za­sta­no­wie­nia wy­re­cy­to­wał za­pa­mię­tany nu­mer.

- No to go mamy. Stoi przy masz­cie, dość wy­soko.

- Zro­zu­mia­łem. Jak wy­gląda sy­tu­acja?

- Przy sa­mo­cho­dzie nie wi­dzimy ni­kogo. Moż­liwe, że ktoś jest w środku, ale nie­stety nie damy rady zejść ni­żej.

- Przy­ją­łem. Już tam je­dziemy.

Chri­stian rzu­cił się bie­giem po scho­dach, po­cią­gnął za sobą Norę, za­nim do­koń­czyła roz­mowę z córką Hen­rika, i z pi­skiem opon ru­szyli w stronę zlo­ka­li­zo­wa­nego mer­ce­desa.

14

Po po­wro­cie na ko­mi­sa­riat w Fy­rvalla Ma­rita spo­tkała się z La­xma­nem i Ylvą ?slund, ko­bietą na sta­no­wi­sku tech­nika kry­mi­na­li­styki, w du­żej sali kon­fe­ren­cyj­nej, gdzie na bia­łej ta­blicy za­częli roz­ry­so­wy­wać po­stępy w śledz­twie. Ylva pra­co­wała na swoim sta­no­wi­sku, od­kąd Ma­rita się­gała pa­mię­cią, i bar­dzo ją sza­no­wała. Je­śli Ylva cze­goś nie wie­działa, nie było to istotne dla jej pracy. Ma­rita, cze­ka­jąc, aż tech­niczka wy­pa­kuje ja­kieś rze­czy ze swo­jej teczki, za­sta­na­wiała się, czy nie pójść po ko­lejny ku­bek go­rą­cej cze­ko­lady z au­to­matu, ale zre­zy­gno­wała z tego po­my­słu. Nie­długo miała je­chać do domu na obiad. Prze­żyje do tego czasu.

- Nie ze­bra­li­śmy zbyt wielu do­wo­dów - za­częła Ylva po­waż­nym to­nem i od­gar­nęła ko­smyk si­wych wło­sów za ucho. - W tej chwili mamy dwie rze­czy. Jedna to sie­kiera, na któ­rej szu­kamy od­ci­sków pal­ców i DNA...

- Ja­kie są szanse, że uda się je do­pa­so­wać? - prze­rwał La­xman.

Ylva skrzy­wiła się scep­tycz­nie, jej po­liczki się unio­sły, two­rząc zmarszczki pod oczami.

- Przy odro­bi­nie szczę­ścia może coś się znaj­dzie. O ile DNA czy od­ci­ski pal­ców będą po­praw­nie przy­pi­sane do wła­ści­wej osoby.

- Okej. A co z dru­gim do­wo­dem?

- No więc zna­leź­li­śmy też rę­ka­wiczkę, nie­da­leko ciała.

- Co to za rę­ka­wiczka? - do­py­ty­wał La­xman, nie po­tra­fiąc ukryć eks­cy­ta­cji.

- Mę­ska, skó­rzana, duży roz­miar. Le­żała nie­da­leko par­kingu przy wieży Frösötor­net. Moż­liwe, że mor­derca ją zgu­bił, ale rów­nie do­brze może na­le­żeć do ko­go­kol­wiek. Z tego, co wiem, na wzgó­rzu jest oświe­tlony szlak, z któ­rego chęt­nie ko­rzy­stają za­równo nar­cia­rze, jak i spa­ce­ro­wi­cze.

- Czy na rę­ka­wiczce też szu­ka­cie śla­dów DNA? - za­py­tała Ma­rita, wie­dząc, że od­po­wiedź na to py­ta­nie jest oczy­wi­sta.

La­xman zmie­rzył ją po­gar­dli­wym spoj­rze­niem.

- Li­to­ści, panno Lan­der! Jak długo pra­cuje pani w tej branży?

Po la­tach słu­cha­nia tych nie­kiedy prze­kra­cza­ją­cych wszel­kie gra­nice ko­men­ta­rzy już się nimi za­nadto nie przej­mo­wała. Daw­niej by­wał okropny, ale od czasu, kiedy zo­stał po­strze­lony na far­mie w za­chod­niej czę­ści Jäm­tland, stał się ła­god­niej­szy. Przy­naj­mniej cza­sami.

Ma­rita zmie­niła te­mat:

- Jak idzie prze­szu­ki­wa­nie jego sa­mo­chodu?

- Zo­stał od­ho­lo­wany na par­king przed ko­mi­sa­ria­tem. Na ra­zie nic szcze­gól­nego nie rzu­ciło mi się w oczy.

Dla Ma­rity nie było to za­sko­cze­niem, ale mu­sieli spraw­dzić wszyst­kie tropy.

- Prak­tycz­nie nie mamy w tej chwili zbyt wielu do­wo­dów - po­wie­działa po­li­cjantka, co za­brzmiało bar­dziej jak stwier­dze­nie niż py­ta­nie.

Ylva ski­nęła przy­ta­ku­jąco głową.

- Zro­bi­łem, co mo­głem, żeby zna­leźć na­rzę­dzie zbrodni - do­dał La­xman - ale w tym przy­padku rów­nież nie po­su­nę­li­śmy się da­lej.

Po­ło­żył na stole zdję­cie sie­kiery.

- To sie­kiera po­do­bna do tej, którą za­bito Malm­berga. Marki Fi­skars. Dzwo­ni­łem do paru skle­pów z sie­kie­rami i wszę­dzie po­wie­dzieli to samo. To bar­dzo po­pu­larna marka oraz mo­del, sprze­dają ich na­prawdę dużo. Nie wi­dzę sensu, żeby pró­bo­wać na­mie­rzyć, kto ją ku­pił.

Ylva szyb­kim ru­chem po­tarła nos.

- Poza tym sie­kiera użyta przez mor­dercę nie wy­glą­dała na nową. Praw­do­po­dob­nie zo­stała ku­piona kilka lat temu.

Na­strój w po­koju nieco się po­gor­szył.

Ma­rita wstała i po­de­szła do ta­blicy, by pod­jąć próbę pod­su­mo­wa­nia sy­tu­acji.

- Malm­berg zo­stał za­mor­do­wany sie­kierą, a psu po­de­rżnięto gar­dło. Ma­te­ria­łem do­wo­do­wym jest na­rzę­dzie zbrodni, szu­kamy na nim od­ci­sków pal­ców oraz DNA. W po­bliżu miej­sca zbrodni zna­le­ziono rów­nież mę­ską rę­ka­wiczkę. Być może do­wiemy się wię­cej po prze­szu­ka­niu jego sa­mo­chodu. O ile nam wia­domo, w oko­licy nie ma żad­nych ka­mer, które mo­gły co­kol­wiek uchwy­cić.

- Nie zna­leź­li­śmy noża, któ­rym za­bito psa? - spy­tał La­xman.

- Nie - od­po­wie­działa na­tych­miast Ylva.

La­xman stęk­nął i spoj­rzał na Ma­ritę.

- Sy­tu­acja wy­daje się bez­na­dziejna.

- To prawda, ale mamy też te­le­fon ko­mór­kowy i kom­pu­ter Malm­berga, a także ze­zna­nia świad­ków - za­uwa­żyła Ma­rita. - No i ko­bieta ze zro­bio­nymi ustami, Be­atrice Sun­dqvist, na krótko przed za­mor­do­wa­niem Malm­berga wi­działa w oko­licy ko­goś ubra­nego na po­ma­rań­czowo.

Po­li­cjantka wska­zała kółko z po­ma­rań­czową kurtką na ta­blicy.

- Z tą osoba mu­simy się skon­tak­to­wać. Je­śli to nie mor­derca, to przy­naj­mniej mógł coś wi­dzieć.

- Czy mamy ogło­sić, że chcemy na­wią­zać kon­takt z kimś, kto ma po­ma­rań­czową kurtkę? - za­sta­na­wiał się La­xman, wy­raź­nie go­towy do pod­ję­cia się tego za­da­nia.

Ma­rita nie była pewna.

- Cóż, my­ślę, że po­win­ni­śmy się z tym wstrzy­mać. Na tym eta­pie ist­nieje ry­zyko, że spa­limy do­wody. Mu­simy z tym po­cze­kać, aż bę­dziemy bar­dziej zde­spe­ro­wani. Na­dal mamy jesz­cze je­den trop do spraw­dze­nia. So­lveig Per­s­son ze­znała, że ostat­nio ja­kiś na­trętny męż­czy­zna, Per Bo­hed, nie da­wał spo­koju Malm­ber­gowi.

La­xman kiw­nął ręką, po­ka­zu­jąc, że się z nią zga­dza, po czym spu­ścił wzrok i coś za­no­to­wał.

Ylva wstała.

- Skon­tak­tuję się z wami, jak tylko bę­dziemy mieć ja­kieś od­po­wie­dzi.

Go­dzinę póź­niej Ma­rita za­brała swoje rze­czy i po­je­chała do domu ciem­no­sza­rym volks­wa­ge­nem polo. Miesz­kała nie­opo­dal ko­mi­sa­riatu i rów­nie do­brze mo­głaby wró­cić na pie­chotę, ale po­nie­waż miała in­ten­sywny po­czą­tek dnia, przy­je­chała do pracy sa­mo­cho­dem i mu­siała nim wró­cić. Te­raz dzię­ko­wała za to lo­sowi. Zro­biło się zimno i po przej­ściu krót­kiego od­cinka od par­kingu do drzwi wej­ścio­wych już miała prze­mar­z­nięte po­liczki. Po dro­dze in­ten­syw­nie my­ślała o śledz­twie. Były szef po­li­cji, z któ­rym pra­co­wali, zo­stał za­mor­do­wany. Mi­nęło co prawda sześć lat, od kiedy prze­szedł na eme­ry­turę, nie można jed­nak wy­klu­czyć, że mor­der­stwo mo­gło mieć coś wspól­nego z jego służbą. Czy to samo cze­kało in­nych funk­cjo­na­riu­szy? Za­drżała na myśl, że mógł to być ja­kiś pie­niacz, który stra­cił nad sobą pa­no­wa­nie i za­ata­ko­wał. Tacy lu­dzie byli naj­bar­dziej nie­bez­pieczni. Gorsi niż gangi.

Była tak po­grą­żona w swo­ich my­ślach, że nie za­uwa­żyła męż­czy­zny wy­cho­dzą­cego z klatki w mo­men­cie, kiedy ona wła­śnie miała do niej wejść. Gdy do­tarło do niej, że na niego wpad­nie, było już za późno. W chwili zde­rze­nia usły­szała, jak coś się roz­trza­skuje o ka­mienną pod­łogę. Od razu wie­działa, że to, co upu­ścił, ra­czej nie prze­trwało upadku.

To był jego iPhone.

- O mój Boże, prze­pra­szam! - wy­krzyk­nęła za­kło­po­tana i cof­nęła się o krok.

Nie­zna­jomy po­chy­lił się i pod­niósł te­le­fon. Szklany ekran cał­kiem po­pę­kał. Ma­ri­cie było okrop­nie wstyd i pra­gnęła za­paść się pod zie­mię.

Męż­czy­zna miał pół­dłu­gie krę­cone włosy ciem­no­blond i ła­godne nie­bie­skie oczy. Wy­glą­dał ra­czej na smut­nego niż ze­złosz­czo­nego.

- Wie­dzia­łem, że kie­dyś to się sta­nie. Już dawno mo­głem ku­pić szybkę ochronną.

Był od niej wyż­szy przy­naj­mniej o głowę, mu­siała pa­trzeć w górę, choć wo­la­łaby spu­ścić wzrok.

- Ale wi­dzę, że do tej pory nie była po­trzebna. Na­prawdę prze­pra­szam - po­wie­działa Ma­rita gło­sem, który brzmiał pew­niej niż to, jak się czuła.

Mimo uczu­cia wstydu jej my­śli sku­piły się na męż­czyź­nie wy­glą­da­ją­cym jak rock­man z lat osiem­dzie­sią­tych. W tam­tych cza­sach była jesz­cze dziec­kiem, ale już wtedy uwiel­biała ze­społy Eu­rope i Bon Jovi. Te­raz wy­da­wało jej się, że ma przed sobą jed­nego z ich mu­zy­ków.

Męż­czy­zna, nie­świa­domy, o czym my­śli Ma­rita, wzru­szył ra­mio­nami i otwo­rzył drzwi do klatki. Po­że­gnał ją uprzej­mym ski­nie­niem głowy, po czym znik­nął w ciem­no­ściach i mro­zie.

Sztok­holm, 30 dni wcze­śniej

15

Szybko po­zbyli się to­waru ukry­tego w wor­kach z ziar­nami kawy. Za­wieźli go do kry­jówki Re­kina miesz­czą­cej się w jego piw­nicy. Rami zo­sta­wił pi­sto­let u Ab­bego, swo­jego młod­szego brata, który miesz­kał z ich mamą Sa­mirą. Ile­kroć tam przy­cho­dził, po­wta­rzał się ten sam sce­na­riusz. Oj­ciec Ab­bego, Hus­sein, wpa­dał w szał i mó­wił, że Rami ma się u nich nie po­ka­zy­wać, do­póki nie prze­sta­nie być kry­mi­na­li­stą. On jed­nak był prze­ko­nany, że to tylko pre­tekst. Nie pa­so­wał do no­wej ro­dziny swo­jej mamy. Hus­sein gro­ził Sa­mi­rze, że ją po­bije, je­śli sta­nie po stro­nie Ra­miego, ale rzadko to ro­biła. Je­śli Hus­sein był w domu, po pro­stu pro­siła star­szego syna, by jak naj­szyb­ciej stam­tąd od­je­chał. Mó­wiła, że tak jest naj­le­piej dla wszyst­kich. Po­tem jed­nak za jego ple­cami dzwo­niła do swo­jego przy­ja­ciela, fry­zjera Yous­sefa, i pro­siła o po­moc w ura­to­wa­niu Ra­miego przed świa­tem prze­stęp­czym.

Rami stał na scho­dach pro­wa­dzą­cych do sta­cji me­tra Ten­sta, gdzie było tro­chę cie­plej niż na gó­rze, na ulicy. Zaj­rzał do ze­wnętrz­nej prze­gródki w to­rebce, pod­róbce Guc­ciego, prze­wie­szo­nej przez ra­mię. Pięć ty­sięcy pięć­set ko­ron. Wie­czór jak każdy inny. Roz­legł się dźwięk w ko­mórce. Ko­lejny klient. Chciał trzy­dzie­ści gra­mów. Dało się to za­ła­twić.

Pół go­dziny póź­niej, po do­star­cze­niu to­waru i otrzy­ma­niu go­tówki, wró­cił na schody przy sta­cji me­tra. Więk­szość pie­nię­dzy tra­fiała do Re­kina. Sam mógł za­trzy­mać tylko nie­wielką ich część.

Za­dzwo­nił drugi te­le­fon. To Has­san.

- Ziom! Gdzie je­steś?

- O co cho­dzi, stary? Co ty je­steś taki na­bu­zo­wany?

- Spo­tkajmy się za ryn­kiem w Rin­keby za dzie­sięć mi­nut!

- Coś się stało?

W od­po­wie­dzi usły­szał syk­nię­cie.

- Za dzie­sięć mi­nut, okej?

Rami spoj­rzał na ze­ga­rek w te­le­fo­nie: dwu­dzie­sta czter­dzie­ści sześć. Do­tar­cie tam na pie­chotę za­ję­łoby mu dwa­dzie­ścia mi­nut. Na ta­blicy z go­dzi­nami od­jaz­dów i przy­jaz­dów me­tra zo­ba­czył, że na­stępny kurs w kie­runku Kung­sträd­g?r­den bę­dzie za cztery mi­nuty. Zbiegł po scho­dach, prze­sko­czył przez ba­rierki, zje­chał ru­cho­mymi scho­dami i do­tarł na pe­ron w chwili, gdy aku­rat wjeż­dżało me­tro. Nie było w nim tłoku i choć aku­rat w tym mo­men­cie nie czuł za­gro­że­nia, prze­szło mu przez myśl, że mógłby zo­stać za­ata­ko­wany przez Sza­kali. Na wszelki wy­pa­dek prze­ło­żył go­tówkę z to­rebki i wsa­dził ją so­bie za bok­serki. Gdyby przy­szli go za­bić, przy­naj­mniej mu­sie­liby się tro­chę na­tru­dzić, by do­stać się do jego hajsu.

Wy­siadł na na­stęp­nej sta­cji. Kilka żwa­wych kro­ków po scho­dach i już zna­lazł się na mro­zie. Od wielu ty­go­dni nie śnie­żyło, ale deszcz, który sią­pił przez cały dzień, zmie­nił się w deszcz ze śnie­giem. Białe płatki opa­da­jące na twarz Ra­miego na­tych­miast się roz­ta­piały. Wie­czo­rem o tej po­rze na mie­ście pa­no­wał spo­kój. Mi­nął go au­to­bus z kil­koma pa­sa­że­rami.

Z da­leka do­strzegł Has­sana sto­ją­cego w świe­tle la­tarni przy wia­cie przy­stan­ko­wej. W jed­nej ręce trzy­mał pa­pie­rosa, drugą ma­cał po kie­sze­niach, naj­wy­raź­niej szu­ka­jąc za­pal­niczki.

- O co cho­dzi, ziom? - spy­tał Rami, z tru­dem ła­piąc od­dech.

Has­san przy­wi­tał go ski­nie­niem głowy. Ro­zej­rzał się, chcąc się upew­nić, że nikt nie pod­słu­chuje.

- To­war znik­nął!

Rami roz­ło­żył ręce na boki z py­ta­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy i po­wie­dział pod­nie­sio­nym gło­sem:

- Co ta­kiego? Jak to znik­nął?

- Nie cza­isz, stary? To­war, który do­star­czy­li­śmy dziś do skrytki Re­kina, znik­nął!

- Jak mógł znik­nąć?

Has­san żywo ge­sty­ku­lo­wał.

- Ja­kieś skur­wy­syny go, kurwa, za­brały! Re­kin nie do­stał to­waru.

Rami prze­łknął ślinę. Has­san nie mu­siał wię­cej mó­wić. Obaj wie­dzieli, jak Re­kin za­re­aguje. Za­pła­cił za to­war, któ­rego nie otrzy­mał. Wia­domo, na kogo spad­nie wina.

- Mu­simy zna­leźć ten to­war!

- Je­śli go nie znaj­dziemy, bę­dzie po nas.

Ra­miemu za­schło w gar­dle. Serce mu wa­liło. Ści­skało go w żo­łądku. Pró­bo­wał my­śleć, ale nie miał po­ję­cia, gdzie za­cząć szu­kać.

Jäm­tland, po­nie­dzia­łek, 20 lu­tego 2017 roku

16

Kiedy Chri­stian i Nora do­tarli do mer­ce­desa, było tuż po wpół do ósmej wie­czo­rem, a na dwo­rze zro­biło się zu­peł­nie ciemno. Sa­mo­chód stał obok placu do za­wra­ca­nia na końcu wą­skiej, ale od­śnie­żo­nej drogi pro­wa­dzą­cej do ogro­dzo­nego masztu te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Mer­ce­des znaj­do­wał się nie­opo­dal furtki, obok po­tęż­nych zasp śniegu. Gdy tylko Nora za­par­ko­wała, Chri­stian wy­sko­czył z sa­mo­chodu i oświe­tlony re­flek­to­rami ra­dio­wozu pod­szedł do po­jazdu. Wy­glą­dało na to, że ni­kogo w nim nie ma. Do­tknął drzwi od strony kie­rowcy. Nie były za­mknięte, więc je otwo­rzył i po­świe­cił la­tarką do środka. Mię­dzy przed­nimi sie­dze­niami le­żało tro­chę śmieci w po­staci pu­stego pa­pie­ro­wego kubka, opróż­nio­nej do po­łowy bu­telki coli i kilku skraw­ków pa­pieru. Na tyl­nym sie­dze­niu le­żał roz­ło­żony koc. Chri­stian zna­lazł w drzwiach przy­cisk do otwie­ra­nia ba­gaż­nika, na­ci­snął go i klapa się pod­nio­sła. W tym mo­men­cie pod­bie­gła Nora i jako pierw­sza zaj­rzała do środka.

- Jest pu­sty? - spy­tał po­li­cjant z na­pię­ciem.

Po­li­cjantka ski­nęła głową.

- Nic tu nie ma. Na­wet zwy­kłych śmieci.

Chri­stian wie­dział, że Nora ma na my­śli róż­nego ro­dzaju ru­pie­cie, ta­kie jak stare na­rzę­dzia, od­padki, igły i worki pla­sti­kowe, które naj­czę­ściej znaj­dy­wali, prze­szu­ku­jąc sa­mo­chody po­dej­rza­nych.

Sta­nął obok niej przy ba­gaż­niku. Nie ma­jąc wła­ści­wie za­miaru spraw­dzać, czy Nora ma ra­cję, po­świe­cił la­tarką w ba­gaż­niku i do­szedł do tego sa­mego wnio­sku co ona.

Ko­bieta zdjęła po­li­cyjną czapkę i po­pra­wiła ja­sno­brą­zowe włosy, spięte na karku w ku­cyk.

- Co te­raz zro­bimy? To wszystko prze­ma­wia bar­dziej za hi­po­tezą, że coś się jed­nak stało tej ko­bie­cie.

- Za­dzwoń do dy­żur­nego i po­proś o spro­wa­dze­nie pa­trolu z psami! Jest ciemno, nie wiemy, czy na śniegu nie wi­dać ja­kichś śla­dów. Mu­simy się upew­nić, że nie wy­szła z sa­mo­chodu i nie udała się do­kądś pie­szo.

Nora pod­nio­sła rękę na po­twier­dze­nie, że się tym zaj­mie, i po­szła do ra­dio­wozu. W tym cza­sie Chri­stian prze­szedł na drugą stronę mer­ce­desa i otwo­rzył tylne drzwi od strony pa­sa­żera. Po­now­nie oświe­tlił la­tarką wnę­trze, ale tym ra­zem chciał mu się do­kład­niej przyj­rzeć. Jedną ręką pod­niósł koc i od­krył coś, co wzbu­dziło jego za­in­te­re­so­wa­nie. Na ja­sno­sza­rej ta­pi­cerce było wiele ciem­nych plam - trzy więk­sze, roz­miaru sta­rych pię­cio­ko­ro­nó­wek, i kilka le­dwo za­uwa­żal­nych kro­pek. Ostroż­nie się po­chy­lił, uwa­ża­jąc, by nie za­trzeć żad­nych śla­dów, i przyj­rzał im się z bli­ska. Bez wąt­pie­nia wy­glą­dały jak plamy krwi.

- Nora! Prze­każ dy­żur­nemu, że w zna­le­zio­nym sa­mo­cho­dzie praw­do­po­dob­nie jest krew!

Od­dech znacz­nie mu przy­spie­szył. Po­twier­dziło się to, co prze­czu­wał.

Nad­szedł czas, by roz­po­cząć po­stę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze i za punkt wyj­ścia przy­jąć, że po­peł­niono prze­stęp­stwo. Upro­wa­dze­nie.

Jäm­tland, wto­rek, 21 lu­tego 2017 roku

17

Gdy tylko Chri­stian się obu­dził, za­dzwo­nił do ofi­cera dy­żur­nego. Nocne po­szu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły żad­nych no­wych śla­dów So­fie, co ozna­czało, że wróci do swo­jej pracy w ?re. Miał kło­poty ze snem i był zmę­czony. Albo ra­czej nie chciał spać. Ile­kroć się bu­dził, po­wra­cał nie­przy­jemny ucisk w klatce pier­sio­wej. Więc rów­nie do­brze mógł wcale się nie kłaść.

- O któ­rej dziś wra­casz? - spy­tała Sara, kiedy wszedł do kuchni po po­ran­nym prysz­nicu i wy­ko­na­niu kilku pom­pek w ra­mach co­dzien­nego tre­ningu.

Praw­niczka Sara o kru­czo­czar­nych pro­stych wło­sach i spi­cza­stym no­sie sie­działa przy ku­chen­nym stole i ja­dła müsli. Gdy na po­licz­kach po­ja­wiły się do­łeczki, jej ostre rysy ła­god­niały i nada­wały jej cie­pły i życz­liwy wy­gląd.

Chri­stian usiadł na­prze­ciwko niej z fi­li­żanką kawy i ka­na­pką z se­rem.

- Na­prawdę nie wiem - od­po­wie­dział. - Mogę wró­cić późno. Nie cze­kaj na mnie.

- Okej... - od­parła Sara, a on od razu roz­po­znał ten ton.

Za­nim po­znał Sarę, nie są­dził, że mógłby być szczę­śliwy w związku. Ale wraz z nią wszystko się zmie­niło. Kiedy nie pra­co­wał, była jego ca­łym świa­tem. A te­raz mógł stra­cić naj­lep­sze, co go w ży­ciu spo­tkało.

Przez jej ton po­czuł jesz­cze więk­szy nie­po­kój i chciał jak naj­szyb­ciej wyjść z domu.

- Mam wra­że­nie, że coś się stało - stwier­dziła Sara, gdy skoń­czyła jeść. - Coś mię­dzy nami.

- Niby co? Nie, nie wy­daje mi się.

- Je­steś draż­liwy i nie­obecny.

- Nie ro­zu­miem - prych­nął Chri­stian.

Prędko do­pił kawę, wy­rzu­cił resztki ka­na­pki do ko­sza i wy­szedł z kuchni. Zu­peł­nie nie miał na­stroju na roz­mowę o uczu­ciach.

Pół­to­rej go­dziny póź­niej, około dzie­wią­tej, ra­zem z Norą do­je­chali do ?re. Ko­mi­sa­riat po­ło­żony był nieco da­lej od cen­trum. Zaj­mo­wał kilka pię­ter w daw­nym bloku miesz­kal­nym, który zo­stał prze­kształ­cony w biu­ro­wiec. W środku, na pią­tym pię­trze, do­wódca noc­nej zmiany zdał Chri­stia­nowi ra­port:

- W nocy nie po­su­nę­li­śmy się za da­leko. Pa­trole z psami prze­szu­ki­wały te­ren w po­bliżu sa­mo­chodu, ale nie zna­le­ziono tam śla­dów ani So­fie, ani ni­kogo in­nego.

- Psy nie zna­la­zły tam żad­nych przed­mio­tów? - spy­tał Chri­stian.

- Nie, nic.

- A tech­nicy?

- Pra­co­wali na miej­scu, szu­ka­jąc DNA, od­ci­sków pal­ców i in­nych śla­dów. Zo­ba­czymy, co to da.

- Ale nic wię­cej nie zna­leźli?

- Nie.

Chri­stian wie­dział, że od­na­le­zie­nie sa­mo­chodu, do­dat­kowo ze śla­dami krwi, wzmoc­niło po­dej­rze­nia o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa. Z dru­giej strony mieli jesz­cze mniej tro­pów, je­śli cho­dziło o po­szu­ki­wa­nia So­fie. Czego te­raz po­winni szu­kać? I gdzie?

- Co po­wie­działa córka? - spy­tał, kiedy do­wódca noc­nej zmiany wy­szedł, a on i Nora udali się na wcze­sny lunch. Po­czuł głód, kiedy za­jął się pracą.

Po­li­cjantka zdjęła kurtkę od mun­duru, usia­dła przy stole w ja­dalni i za­częła jeść rybę, którą naj­wy­raź­niej wcze­śniej pod­grzała w mi­kro­fa­lówce. Chri­stian wzdry­gnął się na ten za­pach. Pod­grze­wa­nie ryby w mi­kro­fali po­winno być za­ka­zane.

- Trudno było na­wią­zać z nią kon­takt. Przez więk­szość czasu wpa­try­wała się w ko­mórkę.

- Sły­szała kłót­nię ro­dzi­ców? - do­py­ty­wał i za­czął jeść car­bo­narę.

Nora kiw­nęła głową.

- Pew­nie tak, ale było wi­dać, że bała się opo­wia­dać o ro­dzi­cach. Tego wie­czoru była w domu i sły­szała ich roz­mowę w kuchni.

Chri­stian za­da­wał py­ta­nia w tym sa­mym tem­pie, w ja­kim jadł.

- O czym? Sły­szała, o czym roz­ma­wiali?

- Nie udało mi się tego z niej wy­cią­gnąć. Mar­twi się, że ro­dzice się roz­wiodą.

- Ale czy czę­sto się kłó­cili? - do­cie­kał tro­chę ostrzej, niż za­mie­rzał.

- Prze­rwa­łeś nam, za­nim skoń­czy­łam ją prze­słu­chi­wać, pa­mię­tasz? - od­parła Nora. - Nie zdą­ży­łam za­py­tać o nic wię­cej.

Chri­stian jadł przez chwilę w mil­cze­niu, ale nie trwało to długo.

- Po­pro­si­łem o nu­mery te­le­fo­nów z ko­mórki So­fie, żeby zo­ba­czyć, z kim się ostat­nio kon­tak­to­wała. Mu­simy też prze­słu­chać ro­dzinę i zna­jo­mych. Ktoś z nich po­wi­nien wie­dzieć coś, co by nas in­te­re­so­wało.

- Za­łożę się, że klu­czową osobą bę­dzie ko­bieta, z którą zdra­dzał żonę - stwier­dziła Nora.

- Zde­cy­do­wa­nie. Na pewno wie to i owo, ale może być stron­ni­cza. Dla­tego my­ślę, że po­win­ni­śmy tro­chę po­cze­kać, za­nim ją prze­słu­chamy - za­uwa­żył Chri­stian, po­chła­nia­jąc resztki ma­ka­ronu.

- My­ślisz, że może nie uła­twiać śledz­twa?

- W naj­gor­szym wy­padku można ją po­dej­rze­wać jako sprawcę. Tylko wtedy mu­simy ją prze­słu­chać na tej pod­sta­wie. - Wstał od stołu i po­szedł do kuchni po ko­lejną szklankę wody.

- Nie­trudno być mą­drym po fak­cie, kiedy ma się nowe in­for­ma­cje, ale jest jedna osoba, którą po­win­ni­śmy byli prze­słu­chać wczo­raj. Nie mo­żemy tra­cić wię­cej czasu.

- Chyba wiem...

- Jej sio­stra - prze­rwał Chri­stian, żeby uprze­dzić Norę.

- Też o tym my­śla­łam - przy­znała.

- Mieszka w Un­der­s?ker, kwa­drans stąd - za­zna­czył St?hl i upił spory łyk wody.

Na­stęp­nie wró­cił do stołu po pu­sty ta­lerz. Za­nim go pod­niósł, spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Ru­szamy za pięć mi­nut.

18

Po wy­jąt­kowo do­brze prze­spa­nej nocy i ob­fi­tym śnia­da­niu w po­staci ka­na­pek z do­mo­wego pie­czywa Ma­rita po­sta­no­wiła udać się pro­sto do ?s, by od­wie­dzić Nilsa, są­siada Malm­berga. Przed od­jaz­dem mu­siała po­świę­cić tro­chę czasu na skro­ba­nie szyb. Włą­czyła sil­nik, żeby na­grzać w sa­mo­cho­dzie. W końcu ru­szyła, prze­mar­z­nięta do szpiku ko­ści.

Pod­czas po­dróży udało jej się wy­ko­nać dwa te­le­fony. Naj­pierw za­dzwo­niła do La­xmana, żeby go po­pro­sić o zdalne prze­słu­cha­nie brata Malm­berga miesz­ka­ją­cego w Sund­svall, a póź­niej do ko­mi­sarz Anny Vi­king. Wła­ści­wie za­dzwo­niła do niej po to, by prze­ka­zać jej ak­tu­alne in­for­ma­cje na te­mat sprawy, ale roz­mowa szybko ze­szła na te­mat tego, że zda­niem Anny po­winni prze­ka­zać śledz­two Kra­jo­wemu Od­dzia­łowi Ope­ra­cyj­nemu, NOA, choć nie bar­dzo po­tra­fiła to uza­sad­nić. Była zde­ner­wo­wana tym, że w ga­ze­tach pu­bli­ko­wano na­zwi­sko i zdję­cie Malm­berga pod na­głów­kami ta­kimi jak "Mor­der­stwo szefa po­li­cji". Ma­rita oczy­wi­ście ro­zu­miała, że za­mor­do­wa­nie eme­ry­to­wa­nego ko­men­danta to de­li­katna sprawa, ale jak do­tąd nie po­strze­gała jej jako trud­niej­szej niż inne. Nie umiała zin­ter­pre­to­wać słów Anny w spo­sób inny niż w ten, że ta bała się kry­tyki i chciała zrzu­cić od­po­wie­dzial­ność na ko­goś in­nego. Sta­no­wiło to jedną z za­let NOA. Zwy­kle re­jo­nowa po­li­cja dbała o to, żeby in­ge­ren­cja ze strony NOA była jak naj­mniej­sza, ale w przy­pad­kach ta­kich jak ten, kiedy znaj­do­wali się pod wielką pre­sją, z do­świad­cze­nia Ma­rity wy­ni­kało, że prze­ło­żo­nym bar­dziej za­le­żało na za­an­ga­żo­wa­niu tej or­ga­ni­za­cji. Ma­rita nie wi­działa po­trzeby od­da­wa­nia śledz­twa, za to przy­da­łoby im się wspar­cie au­dy­to­rów śled­czych, wię­cej osób pro­wa­dzą­cych prze­słu­cha­nia i zdo­by­wa­ją­cych in­for­ma­cje z in­ter­netu. Wła­śnie do tego pró­bo­wała prze­ko­nać sze­fową. Nie wie­działa, na czym wła­ści­wie sta­nęło, po­nie­waż w trak­cie roz­mowy Anna była roz­ko­ja­rzona, nie słu­chała uważ­nie i roz­łą­czyła się, za­nim do­szły do kon­kre­tów. Ma­rita po­sta­no­wiła nie tra­cić na nią ener­gii, tylko wró­ciła do ko­lej­nego za­da­nia w śledz­twie, dzia­ła­jąc po swo­jemu.

Przed czer­wo­nym drew­nia­nym do­mem Nilsa po obu stro­nach pod­jazdu znaj­do­wały się wy­biegi dla koni. Kiedy Ma­rita wje­chała na po­dwó­rze, wpra­wił ją w za­chwyt wi­dok dwóch koni prze­żu­wa­ją­cych siano roz­ło­żone na jed­nym z pa­stwisk. Wy­sia­dła z sa­mo­chodu i za­pu­kała do drzwi, ale że nikt jej nie otwo­rzył, udała się do stajni. Po­czuła spe­cy­ficzny za­pach, jesz­cze za­nim we­szła do środka. Otwo­rzyła drzwi i je­den z koni od razu wy­sta­wił głowę z boksu, pry­chał i przy­glą­dał jej się z za­cie­ka­wie­niem. Ma­rita nie była wielką mi­ło­śniczką koni, a mimo to miała ochotę po­dejść do zwie­rzę­cia i po­kle­pać go po py­sku. Z po­miesz­cze­nia obok do­cho­dziły dźwięki kro­ków i po chwili zo­ba­czyła męż­czy­znę. Zi­den­ty­fi­ko­wała go jako Nilsa na pod­sta­wie zdję­cia pasz­por­to­wego, które wi­działa wcze­śniej. Chrząk­nął i po­słał jej nie­ufne spoj­rze­nie.

- Dzień do­bry, Ma­rita Lan­der z po­li­cji - przed­sta­wiła się, po­ka­zu­jąc od­znakę po­li­cyjną. - Chcia­ła­bym za­dać kilka py­tań do­ty­czą­cych Bo Malm­berga.

Nils po­now­nie chrząk­nął.

- To był do­bry czło­wiek. Mam na­dzieję, że znaj­dzie­cie tego, kto mu to zro­bił.

- Spę­dzi­li­ście tro­chę czasu ra­zem, prawda?

Męż­czy­zna chwy­cił mio­tłę i wy­ko­nał kilka za­ma­szy­stych ru­chów w przej­ściu.

- To nasz naj­bliż­szy są­siad. Do­brze się do­ga­dy­wa­li­śmy.

- Ro­zu­miem. Jak czę­sto się spo­ty­ka­li­ście?

- Przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu. Ob­sta­wia­li­śmy ra­zem u buk­ma­chera.

- Re­gu­lar­nie?

- Tak, można tak po­wie­dzieć. Co ty­dzień - od­po­wie­dział Nils i wy­glą­dał na nie­mal ura­żo­nego py­ta­niem.

Ma­rita po­pa­trzyła do­okoła, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie po­pro­sić go, żeby gdzieś usie­dli, ale miała prze­czu­cie, że nie by­łoby to mile wi­dziane. Nils nie wy­da­wał się osobą to­wa­rzy­ską.

- Czy w tej stajni są ko­nie wy­ści­gowe? - spy­tała, mimo że znała od­po­wiedź.

- Je­den to wierz­cho­wiec, prze­bywa tu tym­cza­sowo. Po­zo­stałe to kłu­saki.

- Czy wszyst­kie z nich na­leżą do pana?

- Mniej wię­cej po­łowa jest u mnie w stajni tym­cza­sowo, ale to nie moje ko­nie. Reszta na­leży albo tylko do mnie, albo do mnie i ko­goś jesz­cze.

Za­nim Ma­rita za­dała ko­lejne py­ta­nie, męż­czy­zna mó­wił da­lej:

- Malm­berg bar­dzo się an­ga­żo­wał w sprawy koni.

- Co ma pan na my­śli?

- Chciał wie­dzieć, jak so­bie ra­dzą na tre­nin­gach, jak się czują...

- Ach tak? Od dawna tak się w to an­ga­żo­wał?

- Od wielu lat, ale kon­takty mię­dzy nami się na­si­liły, kiedy prze­szedł na eme­ry­turę.

- Wie pan może, czy był na­ło­gow­cem?

Nils szyb­kim ru­chem od­sta­wił mio­tłę, po czym po­słał Ma­ri­cie groźne spoj­rze­nie.

- Na­ło­gow­cem? My­śli pani, że czło­wiek staje się ha­zar­dzi­stą tylko dla­tego, że ob­sta­wia wy­ścigi konne?

- Czy wie pan, kim jest Per Bo­hed?

Re­ak­cja Nilsa była tak oczy­wi­sta, że nie miała wąt­pli­wo­ści, co my­ślał, sły­sząc to imię.

- Mówi pani o tym oszu­ście. To wła­śnie taki typ.

- Czy on i Malm­berg się znali?

- Na pewno. Pera Bo­heda trudno nie znać. W za­sa­dzie jest ko­wa­lem, ale też han­dluje końmi.

- Czy mieli coś ze sobą wspól­nego, je­śli cho­dzi o ob­sta­wia­nie wy­ści­gów?

- Ni­gdy bym Malm­berga o to nie po­są­dzał, ale mu­szę przy­znać, że nie zna­łem go aż tak do­brze, żeby to wy­klu­czyć.

Ma­ri­cie zro­biło się cie­pło. Roz­pięła pu­chówkę i przy oka­zji wy­jęła mały no­tes i dłu­go­pis.

- Czy może pan po­wie­dzieć o tym oszu­ście coś wię­cej?

- To nie­uczciwy czło­wiek i tyle - od­parł Nils bez chwili za­sta­no­wie­nia. - Oszu­kuje lu­dzi, sprze­da­jąc im kiep­skie ko­nie, a po­tem działa jak bank i po­ży­cza pie­nią­dze z li­chwiar­skimi od­set­kami.

- Hm... A co się dzieje, je­śli ktoś nie spłaci długu?

- Cóż, więk­szość lu­dzi ra­czej go spłaca, ale ten typ na pewno do nie­jed­nego przy­ssał się jak nie­na­sy­cona pi­jawka.

Ma­rita unio­sła brwi.

- Gro­ził ko­muś? Uży­wał siły?

- Naj­wy­raź­niej do­szło do wielu ak­tów sa­bo­tażu na to­rze wy­ści­go­wym, w staj­niach, ale też poza wy­ści­gami.

- Poda pan przy­kład?

- Nie bar­dzo, ale mówi się o ran­nych ko­niach i zde­mo­lo­wa­nych sa­mo­cho­dach.

Sto­jący w bok­sie koń par­sk­nął. Ma­rita, ma­jąc już od­po­wie­dzi na nur­tu­jące ją py­ta­nia, za­pi­sała na ko­niec kilka do­dat­ko­wych in­for­ma­cji i po­dzię­ko­wała męż­czyź­nie za po­świę­cony czas.

Kiedy wy­szła na ze­wnątrz, za­czął pa­dać śnieg i po­śli­zgnęła się na lo­dzie po­kry­tym świe­żym śnie­giem. Ude­rzyła się w ko­lano. Wsia­dła do sa­mo­chodu i po­czuła na so­bie za­pach stajni. Nie był przy­jemny, ale trudno się go było po­zbyć.

19

Ur­sula, sio­stra So­fie, miała dwa­dzie­ścia osiem lat i czworo dzieci. Jedno z nich spało w wózku, a po­zo­stała trójka ba­wiła się w śniegu w ogródku przed do­mem, kiedy Chri­stian i Nora pod­je­chali ra­dio­wo­zem i sta­nęli za sta­rym vo­lvo V70. Po­li­cjant na­wet nie otwo­rzył drzwi sa­mo­chodu, a już jedno z dzieci szar­pało za klamkę. Chri­stian naj­chęt­niej po­pchnąłby drzwi tak mocno, żeby dzie­ciak po­le­ciał do tyłu, za­ci­snął jed­nak zęby i wy­siadł z sa­mo­chodu, nie ro­biąc ni­komu krzywdy.

- Zna­leź­li­ście ją? - To pierw­sze, co usły­szeli od Ur­suli, kiedy do nich po­de­szła.

Miała na so­bie ró­żową pu­chową kurtkę, a na gło­wie białą, ro­bioną na dru­tach czapkę, spod któ­rej wy­sta­wał długi ja­sno­brą­zowy war­kocz opa­da­jący na ra­mię.

Chri­stian wi­dział w jej oczach prze­ra­że­nie. Nie­wąt­pli­wie my­ślała, że chcą po­wia­do­mić ją o śmierci sio­stry, ale tym ra­zem jesz­cze nie mu­sieli tego ro­bić.

- Nie­stety nie - od­po­wie­dział od razu, żeby tro­chę ją uspo­koić. - Chcie­li­by­śmy za­dać pani kilka py­tań o to, gdzie może prze­by­wać pani sio­stra.

- Prze­cież gdy­bym to wie­działa, już dawno bym ją zna­la­zła - od­parła Ur­sula.

Naj­mniej­sze dziecko z ca­łej trójki bie­ga­ją­cej po po­dwórku prze­wró­ciło się i za­częło pła­kać. Ur­sula pod­nio­sła je i usi­ło­wała po­cie­szyć. Ką­tem oka Chri­stian wi­dział, jak Nora za­ga­duje jedno z po­zo­sta­łych dzieci.

- Mimo wszystko pró­bu­jemy się do­wie­dzieć, gdzie mo­głaby prze­by­wać. Każdy dro­biazg może się dla nas oka­zać cenną in­for­ma­cją.

- Do­brze - po­wie­działa Ur­sula, ko­ły­sząc dziecko w ra­mio­nach, by nie pła­kało.

- Ja­kie ma za­in­te­re­so­wa­nia? - spy­tał.

- Za­in­te­re­so­wa­nia? Hm, lubi jeź­dzić konno.

- Czy ma wła­snego ko­nia?

- Nie, jest współ­wła­ści­cielką jed­nego. To koń is­landzki, prze­bywa w stajni nie­da­leko domu So­fie i Hen­rika.

"Dla­czego Hen­rik nic o tym nie wspo­mniał?", za­sta­na­wiał się w my­ślach Chri­stian.

- By­łam tam wczo­raj wie­czo­rem i jej tam szu­ka­łam - mó­wiła da­lej Ur­sula.

- Co to za staj­nia?

- Szkółka jeź­dziecka.

- Aha. - Chri­stian po­my­ślał, że le­piej, gdyby to była mniej­sza, pry­watna staj­nia.

Naj­star­sze dziecko, które wcze­śniej szar­pało za klamkę drzwi sa­mo­chodu, te­raz po­de­szło do męż­czy­zny i za­częło do­ty­kać po­li­cyj­nego pasa.

- Czy So­fie mó­wiła, co się dzieje u niej w domu?

Ur­sula za­ci­snęła usta.

- Mhm, tak.

- Czy może pani po­wie­dzieć coś wię­cej?

Ko­bieta na­brała po­wie­trza.

- Chyba nie po­win­nam wcią­gać po­li­cji w ta­kie sprawy. Lu­bię Hen­rika. To spoko fa­cet.

Dziecko zła­pało za uchwyt la­tarki. Po­li­cjant od­su­nął się i uda­wał, że je igno­ruje.

- Pro­szę po­słu­chać, pani sio­stra za­gi­nęła. Nasi po­li­cjanci szu­kają jej dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. Je­śli co­kol­wiek pani wie, co mo­głoby nas choć tro­chę za­in­te­re­so­wać, musi się pani z nami tym po­dzie­lić.

Ur­sula ski­nęła głową i wi­dać było, że zbiera się na od­wagę, żeby coś po­wie­dzieć.

Chło­piec znowu sta­nął obok Chri­stiana i da­lej do­ty­kał ak­ce­so­riów przy pa­sie, co bar­dzo po­li­cjanta de­ner­wo­wało.

- So­fie za­dzwo­niła do mnie w nie­dzielę, rap­tem kilka go­dzin przed znik­nię­ciem. Chciała się ze mną spo­tkać, bo do­wie­działa się cze­goś strasz­nego i mu­siała z kimś po­roz­ma­wiać.

- Po­wie­działa, o co cho­dzi?

- Nie chciała roz­ma­wiać o tym przez te­le­fon, ale mó­wiła, że cho­dzi o Hen­rika.

W chwili, gdy chło­piec chwy­cił sig sau­era, Chri­stian od­wró­cił się i ode­pchnął malca tak mocno, że ten się prze­wró­cił. Naj­pierw mały za­milkł ze zdu­mie­nia. Po­tem za­czął gło­śno pła­kać. Ur­sula po­sa­dziła na ziemi dziecko, które trzy­mała na rę­kach, pod­bie­gła do łka­ją­cego syna i go pod­nio­sła, ob­rzu­ca­jąc po­li­cjanta spoj­rze­niem peł­nym oskar­że­nia i urazy.

Nora ode­szła od trze­ciego syna Ur­suli i ru­szyła w ich stronę.

- Co się stało?

Męż­czy­zna od­wró­cił się wście­kły i po­szedł do sa­mo­chodu.

- Nie­na­wi­dzę dzieci!

Sztok­holm, 27 dni wcze­śniej

20

Za każ­dym ra­zem, gdy drzwi się otwie­rały, Rami spo­glą­dał w ich stronę, by spraw­dzić, czy to nie któ­ryś z Sza­kali. Jak do­tąd do sa­lonu fry­zjer­skiego wcho­dzili wy­łącz­nie klienci. Żad­nych kło­po­tów. Tylko praca. Mieli dziś urwa­nie głowy. Rami szybko się uczył. Był do­bry w tym, co ro­bił.

Yous­sef strzygł klienta na krze­śle obok, ale co ja­kiś czas miał uwagi do Ra­miego i jego strzy­że­nia. Klient Ra­miego był w tym sa­mym wieku co Yous­sef. Star­sze po­ko­le­nie. Nie chciał mieć wy­go­lo­nego tyłu głowy. Rami przy­strzygł klienta zgod­nie z jego ży­cze­niem.

Wła­ści­wie nie miał za­miaru wra­cać na okres próbny. Chciał szybko za­ro­bić. I to dużo. Yous­sef prze­ko­nał go jed­nak, żeby wró­cił, i Rami mu­siał przy­znać, że za­czy­nało mu się tu po­do­bać. Sa­lon fry­zjer­ski był miej­scem spo­tkań, gdzie czę­sto się śmiano i miło spę­dzano czas. Przy­cho­dzili tam głów­nie nieco starsi lu­dzie i wszy­scy oka­zy­wali Yous­se­fowi sza­cu­nek. Ina­czej rzecz się miała z ró­wie­śni­kami Ra­miego. Oni z ko­lei nie zwra­cali uwagi na fry­zjera dwa razy star­szego od nich. Rami wi­dział to co­raz wy­raź­niej. Prze­paść mię­dzy star­szymi a młod­szymi ro­sła, w miarę jak młodsi za­ra­biali wię­cej na tra­wie i kok­sie.

- Byli tu znowu? - za­py­tał Rami na tyle nie­pre­cy­zyj­nie, żeby klienci nie do­my­ślili się, o czym mówi.

Yous­sef po­krę­cił głową.

- Od­ważny je­steś - stwier­dził.

Rami nie był pewny, czy można to na­zwać od­wagą. Dzia­łał in­stynk­tow­nie. Sza­kale chcieli go do­rwać. Mu­siał też uwa­żać na Re­kina. Rami i Has­san nie do­wie­dzieli się ni­czego o za­gi­nio­nym to­wa­rze, mimo że za­stra­szyli każ­dego ko­le­sia w oko­licy. Nikt nic nie wie­dział.

Roz­mowę prze­rwał dźwięk ko­mórki Ra­miego. Dzwo­nił Has­san.

- Stary! Re­kin chce nas wi­dzieć. Tam gdzie za­wsze.

Rami aż za­drżał. To nie zwia­sto­wało nic do­brego. Będą mu­sieli mu wy­ja­śnić, że po­trze­bują wię­cej czasu na zna­le­zie­nie to­waru. Nie spo­czną, do­póki go nie znajdą.

- Już jadę - po­wie­dział i do­koń­czył strzy­że­nie.

Ko­niec prak­tyk na dziś.

Go­dzinę póź­niej na dwo­rze było już ciemno. Rami i Has­san sie­dzieli w bmw tego dru­giego. Za­par­ko­wali tam, gdzie mieli się spo­tkać z Re­ki­nem. Rampa prze­ła­dun­kowa znaj­do­wała się na ty­łach lo­kal­nego sklepu spo­żyw­czego, na ubo­czu, w miej­scu rzadko uczęsz­cza­nym. Oświe­tlał ją je­dy­nie słaby blask la­tarni sto­ją­cej pięt­na­ście me­trów da­lej, do­dat­kowo przy­ćmiony przez prze­sła­nia­jące je drzewa.

- Co mu po­wiemy o to­wa­rze? - szep­nął Rami, mimo że w sa­mo­cho­dzie nie było ni­kogo poza nimi.

Has­san wzru­szył ra­mio­nami, jakby się ni­czym nie przej­mo­wał, choć wcale tak nie było.

- Po­wiemy, jak jest, ziom. Ukry­li­śmy jego pie­przony to­war i te­raz go tam nie ma, ale to nie my go za­bra­li­śmy.

Świa­tła re­flek­to­rów ozna­czały, że za ro­giem zbliża się sa­mo­chód. Roz­po­znali srebrne audi Re­kina. Rami się wzdry­gnął, wi­dząc jesz­cze jedno auto ja­dące za nim. Było zbyt ciemno, by móc je roz­po­znać.

Rami wy­siadł z sa­mo­chodu nieco szyb­ciej, niż za­mie­rzał, i wy­szedł Re­ki­nowi na­prze­ciw. Do­piero po dłuż­szej chwili Re­kin wy­łą­czył sil­nik. Otwo­rzył drzwi i wy­siadł, zo­sta­wia­jąc włą­czone świa­tła. Z ogo­loną głową i ru­do­brą­zową ko­zią bródką wy­da­wał się wyż­szy i po­tęż­niej­szy niż zwy­kle.

- Rami, przy­ja­cielu. Cie­szę się, że cię wi­dzę.

Rami tro­chę się uspo­koił. Re­kin nie wy­glą­dał na wku­rzo­nego.

- Wiesz co, stary, je­śli cho­dzi o ten to­war...

Prze­rwał mu uśmiech.

- Tak, gdzie on jest?

- Przy­się­gam, ziom, że nie wiem! Zo­sta­wia­li­śmy go tam, gdzie nam ka­za­łeś.

Usły­szał, jak Has­san mówi coś nie­wy­raź­nie tuż za nim, ale nie zro­zu­miał co, do­póki nie zo­ba­czył trzech osób wy­sia­da­ją­cych z dru­giego sa­mo­chodu. Gdy po­de­szli bli­żej, roz­po­znał Ara­sha i Omara. Trze­ciego nie ko­ja­rzył.

Uśmiech na ustach Re­kina zgasł, a jego twarz na­brała zu­peł­nie in­nego wy­razu. Rami wie­dział, że nie ozna­cza to nic przy­jem­nego. Re­kin się od­wró­cił i dał znak zbli­ża­ją­cej się trójce. Rami od­su­nął się o krok, wpa­da­jąc na Has­sana.

- Zro­bimy wszystko, co chcesz, stary. Po­wiedz tylko co. Se­rio.

Arash i Omar po­de­szli bli­żej i chwy­cili go za ręce. Trzeci schy­lił się do dżin­sów Ra­miego, roz­piął mu pa­sek i roz­po­rek. Rami usi­ło­wał się im wy­rwać, ale Arash i Omar mocno go trzy­mali.

- Co wy, kurwa, wy­pra­wia­cie? - krzy­czał Rami gło­sem, któ­rego sam nie roz­po­zna­wał.

Po­woli i spo­koj­nie, Re­kin roz­piął roz­po­rek w swo­ich spodniach.

- Ob­róć­cie go - po­le­cił dwóm męż­czy­znom.

Rami wił się i ko­pał, ale nie udało mu się nic tym wskó­rać. Na mo­ment na­po­tkał wzrok Has­sana. Czuł się, jakby zo­ba­czył du­cha. Has­san po pro­stu tam stał i bier­nie się wszyst­kiemu przy­glą­dał. W na­stęp­nej se­kun­dzie Rami po­czuł, jak coś twar­dego na­ci­ska na jego od­byt. Ręce miał wy­gięte do tyłu, tak że po­ru­sza­nie nimi spra­wiało ogromny ból. Po­mimo zimna, czuł od­dech Re­kina na karku.

Po­czuł ból spo­wo­do­wany pe­ne­tra­cją od­bytu i wy­dał z sie­bie krzyk, ale głos mu się za­ła­mał i brzmiał jak chło­piec.

Nie wie­dział, jak długo to trwało, za­nim Arash, Omar i ten trzeci go wresz­cie pu­ścili. Upadł na zie­mię. Pod rę­kami czuł mo­kry, zimny as­falt. Re­kin za­mie­nił kilka słów z jed­nym z męż­czyzn, ale Rami nic nie zro­zu­miał. Ką­tem oka do­strzegł buty Has­sana. Po­woli co­fał się w stronę sa­mo­chodu, ale jezd­nię blo­ko­wały po­zo­stałe dwa sa­mo­chody. Rami z tru­dem pod­cią­gnął spodnie i zwi­nął się w kłę­bek. Re­kin i po­zo­stali mil­czeli. Przez chwilę sły­chać było tylko dźwięk sil­nika sa­mo­chodu Re­kina. Po­tem Rami usły­szał coś, co brzmiało jak od­bez­pie­cza­nie broni. Po­my­ślał, że musi uciec, wstać i biec, ale nie miał siły, by sta­nąć na nogi. Pew­nie i tak nie miałby szans. Za­mknął oczy i przy­go­to­wał się na śmierć.

Od­głos wy­strzału za­dźwię­czał mu w uszach. Wszyst­kie inne dźwięki znik­nęły. Nie czuł, gdzie zo­stał tra­fiony. Może czło­wiek nic nie czuje? Ni­gdy wcze­śniej nie zo­stał po­strze­lony.

Wciąż nie sły­sząc nic poza pi­skiem w uszach, zo­ba­czył Has­sana upa­da­ją­cego na plecy przed bmw. Miał od­strze­lone pół głowy.

Jäm­tland, wto­rek, 21 lu­tego 2017 roku

21

Ma­rita za­po­mniała już, że śmier­dzi staj­nią, dla­tego nie czuła z tego po­wodu wstydu, je­dząc lunch w ja­dalni. To po­miesz­cze­nie w biu­rowcu było ogól­nie do­stępne, na­le­żało za­tem uwa­żać, o czym się mówi, prze­waż­nie jed­nak przy sto­łach sie­dzieli ko­le­dzy z po­li­cji. Zwy­kle Ma­rita trzy­mała się z boku i sia­dała sama albo przy­naj­mniej z tymi, z któ­rymi re­gu­lar­nie pra­co­wała, ale dziś zdo­była się na od­wagę i usia­dła z kil­koma pra­cow­ni­kami se­kre­ta­riatu. Od razu stało się ja­sne, że głów­nym te­ma­tem roz­mów był Malm­berg.

- To straszne - stwier­dziła Agneta, jedna ze star­szych pra­cow­ni­czek ad­mi­ni­stra­cji. - Był taki miły i życz­liwy.

- Nie wiem, czy mogę się z tym zgo­dzić - po­wie­dział nad­ko­mi­sarz po­li­cji, któ­rego Ma­rita le­dwo znała. - Ale stało się coś okrop­nego.

- Czy ktoś z was znał go pry­wat­nie? - spy­tała ko­bieta, kiedy nada­rzyła się oka­zja.

Trze­cia osoba przy stole, Ulf Rit­ter, ko­mi­sarz po­li­cji, który w związku z re­or­ga­ni­za­cją nie otrzy­mał no­wego sta­no­wi­ska i te­raz mu­siał się zaj­mo­wać wnio­skami w ad­mi­ni­stra­cji, wtrą­cił prze­pi­tym gło­sem:

- Nie mogę po­wie­dzieć, że zna­łem go pry­wat­nie, ale bli­sko współ­pra­co­wa­li­śmy przez wiele lat. Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt na­wet po jego przej­ściu na eme­ry­turę.

- Jak wy­glą­dało jego ży­cie, gdy od­szedł z po­li­cji? - do­cie­kała Ma­rita i wsa­dziła ka­wa­łek la­sa­gne do ust.

- No cóż, chyba cał­kiem spo­koj­nie. Przez kilka lat spo­ty­kał się z ja­kąś babą. No i miał tego psa. Jak on się wa­bił?

- Sigge - wtrą­ciła Agneta. - Sigge był jego praw­dzi­wym skar­bem. Coś po­twor­nego, że już go nie ma. Jak można coś ta­kiego zro­bić psu?

Ulf Rit­ter spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

- Psu? Bar­dziej przej­mu­jesz się psem?

Po­liczki Agnety za­pło­nęły i wy­mam­ro­tała coś pod no­sem. Ma­rita do­brze ją ro­zu­miała. Sama też była wraż­liwa na krzywdę zwie­rząt i czę­sto bar­dziej było jej żal psów niż lu­dzi. Te­raz nie prze­pa­dała za psami, wo­lała koty, przez co w tym przy­padku nie czuła tak sil­nych emo­cji.

Ma­rita za­sta­na­wiała się, ja­kich in­for­ma­cji wła­ści­wie szuka i w jaki spo­sób ci lu­dzie mo­gliby jej po­móc w dal­szym śledz­twie. Po­zo­stała trójka przy stole na­dal wspo­mi­nała dawne czasy, kiedy Malm­berg jesz­cze peł­nił służbę w po­li­cji. Za­cze­kała na prze­rwę w roz­mo­wie i sko­rzy­stała z oka­zji, by się wtrą­cić.

- Czy to praw­do­po­do­bne, żeby ja­kiś prze­stępca sprzed lat chciał się ze­mścić na Malm­bergu?

Ulf Rit­ter, który wła­śnie wło­żył do ust ka­wa­łek chrup­kiego pie­czywa, po­krę­cił głową.

- Malm­berg od dawna nie brał udziału w ak­cjach i nie miał do czy­nie­nia z kry­mi­na­li­stami. Od­kąd się­gam pa­mię­cią, za­rzą­dzał na szcze­blu stra­te­gicz­nym - ode­zwał się nad­ko­mi­sarz.

- Prze­szedł szko­le­nie dla ko­men­dan­tów po­li­cji jesz­cze na sta­rych za­sa­dach - do­dał Rit­ter, prze­żu­wa­jąc chrupki chleb. - Wtedy nie trzeba było mieć do­świad­cze­nia w praw­dzi­wej pracy po­li­cyj­nej.

- Co przez to ro­zu­miesz? - za­py­tał ura­żony nad­ko­mi­sarz.

Ma­rita rów­nież wie­działa, że Malm­berg zo­stał prze­szko­lony we­dług sta­rego sys­temu, kiedy to praw­nicy po ta­kim szko­le­niu od razu zo­sta­wali ko­men­dan­tami po­li­cji. Wielu miało za­strze­że­nia co do tych ko­men­dan­tów, po­nie­waż ni­gdy nie pra­co­wali w te­re­nie. Ta­kiego sys­temu awan­sów i szko­leń już nie było, te­raz naj­czę­ściej funk­cjo­na­riu­sze po­li­cji ciężko pra­co­wali, by osią­gnąć wyż­sze sta­no­wi­ska i piąć się po szcze­blach ka­riery, i zo­stać ko­men­dan­tami. Ma­rita nie wi­działa w tym więk­szej róż­nicy. Wła­dza de­pra­wo­wała tak samo praw­ni­ków, jak i po­li­cjan­tów. Tech­niki do­mi­na­cji na­dal były po­wszech­nie sto­so­wane.

- Więc uwa­ża­cie, że mo­żemy wy­klu­czyć akt ze­msty z cza­sów, kiedy Malm­berg pra­co­wał w po­li­cji? - Ma­rita chciała od­rzu­cić tę hi­po­tezę.

Dwaj pa­no­wie przy stole ski­nęli gło­wami, więc ko­bieta pod­jęła ko­lejny te­mat:

- A je­śli cho­dzi o sto­wa­rzy­sze­nie eme­ry­tów po­li­cyj­nych? Czy ak­tyw­nie w nim dzia­łał?

- Tak, na­le­żał do niego. Za­sta­na­wiam się, czy to nie on był tam skarb­ni­kiem - po­wie­dział Rit­ter.

- Czy wdał się w ja­kiś kon­flikt z kimś z tej or­ga­ni­za­cji? - chciała wie­dzieć Ma­rita.

To­wa­rzy­stwo wy­bu­chło śmie­chem.

- Tam chyba nie robi się nic in­nego, tylko po­pada w kon­flikty - ode­zwała się w końcu Agneta. - Kłócą się o to, kto po­wi­nien być prze­wod­ni­czą­cym, do­kąd po­winni jeź­dzić na wy­cieczki, u kogo or­ga­ni­zo­wać ze­bra­nia...

Ma­rita po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, jak za­cho­wują się eme­ryci, ale jed­no­cze­śnie trudno jej było uwie­rzyć, że mo­gliby się na­wza­jem po­za­bi­jać. Ni­czego jed­nak nie na­le­żało wy­klu­czać.

22

Oka­zało się, że szkółka jeź­dziecka, o któ­rej mó­wiła sio­stra So­fie, Ur­sula, znaj­do­wała się kilka ki­lo­me­trów przed ?re. Skrę­cili i wje­chali na jej te­ren. Na każ­dym pa­doku wi­dać było ko­nie, poza nimi spo­tkali na ze­wnątrz i w środku tylko parę mło­dych dziew­czyn pra­cu­ją­cych w stad­ni­nie. Znały So­fie bar­dzo do­brze i wska­zały ko­nia, któ­rym się opie­ko­wała. Po­mimo prze­pro­wa­dze­nia dłu­giej roz­mowy z dziew­czy­nami nie do­wie­dzieli się ni­czego, co by wska­zy­wało na to, że So­fie była uwi­kłana w ja­ki­kol­wiek kon­flikt zwią­zany ze staj­nią. Chri­stian i Nora po­sta­no­wili za­tem od­szu­kać Jo­hana Ny­ströma, kie­row­nika re­stau­ra­cji na­le­żą­cej do firmy Mon­ta­gna. W związku z tym, że było po­łu­dnie, za­częli od jego domu. We­dług da­nych z ewi­den­cji lud­no­ści miesz­kał bli­sko stad­niny, a kiedy po­de­szli bli­żej, uj­rzeli jego oświe­tlony dwu­pię­trowy dom znaj­du­jący się na zbo­czu góry ?re­sku­tan, z fa­scy­nu­ją­cym wi­do­kiem na do­linę, je­zioro ?re­sjön i pa­smo gór­skie na za­cho­dzie. Nie do­rów­ny­wał oczy­wi­ście pa­ła­cowi Hen­rika, ale dzięki pa­no­ra­micz­nym oknom i du­żemu ta­ra­sowi przy­ćmie­wał więk­szość do­mów w oko­licy. Przed do­mem stało no­wiut­kie vo­lvo V90, więc za­ło­żyli, że ko­goś za­staną. Chri­stian wy­siadł z sa­mo­chodu i za­dzwo­nił do drzwi, w tym cza­sie Nora cze­kała w au­cie, by słu­chać ko­mu­ni­ka­tów nada­wa­nych przez ra­dio.

- Jo­han Ny­ström? - za­py­tał Chri­stian, kiedy w drzwiach sta­nął ro­sły męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, ubrany w ko­szulkę polo i spodnie dre­sowe.

- Zga­dza się. Czy coś się stało?

- Chciał­bym za­dać panu kilka py­tań. Czy mógł­bym wejść? - po­wie­dział Chri­stian i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, prze­mknął obok niego.

Nie mu­siał się przed­sta­wiać. Jego mun­dur mó­wił wszystko. Bez słowa wszedł do kuchni, nie za­uwa­ża­jąc, że do środka wnosi śnieg. Otwarta kuch­nia z sa­lo­nem. Czy­sto i schlud­nie.

- Czy jest pan w domu sam? - chciał wie­dzieć Chri­stian.

- Żona jest jesz­cze w pracy, a dzieci u zna­jo­mych.

- Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie za­gi­nię­cia So­fie Sjölin i mamy na­dzieję, że nam pan po­może.

Jo­han zmarsz­czył brwi. Był prak­tycz­nie łysy, je­dy­nie po bo­kach miał krótko przy­strzy­żone ciem­no­siwe włosy. Po­pro­sił po­li­cjanta, by usiadł w kuchni, ale ten wo­lał stać przy ku­chen­nej wy­spie.

- Musi mi pan po­wie­dzieć coś wię­cej, żeby mnie wpro­wa­dzić w te­mat - oznaj­mił Jo­han. - Czy żona Hen­rika za­gi­nęła? Kiedy to się stało?

Chri­stian wy­ja­śnił, ale sta­rał się nie po­da­wać żad­nych szcze­gó­łów. Wo­lał roz­ma­wiać o Hen­riku Sjöli­nie i jego fir­mie.

- Jak długo zna pan Hen­rika?

- Po­zna­li­śmy się dawno temu. Kiedy by­li­śmy młodsi, nasi oj­co­wie byli wspól­ni­kami.

- Tu­taj w ?re?

- Wspól­nie za­ło­żyli firmę, która dziś na­zywa się Mon­ta­gna.

- Tak, ale tu­taj, w ?re?

- Zga­dza się - po­wie­dział Jo­han i po­woli ski­nął głową.

- Co się stało z pań­skim oj­cem?

- Sprze­dał swoje udziały już dawno. Zmarł lata temu.

- Przy­kro mi to sły­szeć.

- Ale my z Hen­ri­kiem cały czas utrzy­mu­jemy kon­takt, pra­cuję dla niego od wielu lat. To do­bry czło­wiek.

Chri­stian ro­zej­rzał się po kuchni. Dzięki gra­ni­to­wym bla­tom wy­glą­dała eks­klu­zyw­nie. Z po­li­cyj­nej pen­sji ni­gdy nie by­łoby go stać na coś ta­kiego.

- Jaka jest sy­tu­acja fi­nan­sowa Mon­ta­gny?

- Cóż - za­czął Jo­han i za­śmiał się krótko - chyba do­bra. Dla­czego pan o to pyta? Chciałby pan przej­rzeć księgi ra­chun­kowe?

- Może tak - od­parł po­li­cjant, igno­ru­jąc sar­kazm - ale nie te­raz. Czy ostat­nio wy­da­rzyło się coś, co mo­głoby wska­zy­wać na to, że Hen­ri­kowi i jego ro­dzi­nie grozi nie­bez­pie­czeń­stwo? Pro­blemy z kon­ku­ren­cją? Kiep­skie in­te­resy?

- Przed­się­biorcy za­wsze mie­rzą się z ja­ki­miś pro­ble­mami, ale nie ko­ja­rzę, żeby wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego.

Jo­han miał w so­bie coś, co spodo­bało się Chri­stia­nowi: au­to­ry­tet. Był ty­pem czło­wieka, który przej­mo­wał kon­trolę pod­czas roz­mowy. Na pewno miał po­nad sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i sze­ro­kie barki. Mó­wił wy­raź­nie i ge­sty­ku­lo­wał, ale w spo­kojny i opa­no­wany spo­sób.

- Ile lo­kali po­sia­dają Hen­rik i Mon­ta­gna?

- Czter­dzie­ści pro­cent knajp w ?re na­leży do Mon­ta­gny.

Chri­stian nie miał o tym po­ję­cia. Mon­ta­gna z Hen­ri­kiem na czele była po­tęż­niej­sza, niż są­dził.

W na­stęp­nej se­kun­dzie po­li­cjant usły­szał otwie­rane z hu­kiem drzwi i do kuchni wpa­dła Nora.

- Wła­śnie dzwo­nił ofi­cer dy­żurny. Mają od­czyt z lo­ka­li­za­tora. Te­le­fon So­fie zna­lazł się w in­nym miej­scu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

Dwoje dzieci z wiel­kim ape­ty­tem po­chła­niało owsiankę po­daną przez ojca. Jak w każdą so­botę do­dał do niej odro­binę musu jabł­ko­wego i tro­chę cu­kru, wy­da­wał się jed­nak mniej roz­mowny niż zwy­kle. Ostat­nio miał gor­szy na­strój i nie wi­dy­wali go zbyt czę­sto. Mama, jak co so­botę, na­dal spała, kiedy tata przy­go­to­wy­wał śnia­da­nie. Z ra­dia w kuchni do­cho­dził głos Has­sego Tel­le­mara pro­wa­dzą­cego pro­gram mu­zyczny. To ulu­biona au­dy­cja ojca, ale dzi­siaj nie ko­men­to­wał mu­zyki, tak jak miał to w zwy­czaju.

Chło­piec po­chy­lił głowę nad ta­le­rzem, pod­niósł łyżkę do ust i po­my­ślał o zbli­ża­ją­cych się uro­dzi­nach. Za kilka ty­go­dni, w po­ło­wie maja, skoń­czy dzie­sięć lat. Naj­bar­dziej ma­rzył o ro­we­rze. Jego star­sza sio­stra do­stała taki na dzie­siąte uro­dziny. On jed­nak wo­lałby nie­bie­ski albo może zie­lony, ale nie ró­żowy.

Oj­ciec do­kład­nie umył ron­del i od­sta­wił na su­szarkę do na­czyń. Na­stęp­nie wy­tarł ręce w ścierkę i od­wie­sił ją z po­wro­tem na ha­czyk przy ku­chence.

Córka pa­trzyła na niego i się uśmiech­nęła, gdy do niej pod­szedł i przy­ło­żył rękę do jej po­liczka. Trwało to tylko chwilę, ale wy­star­czyło, by po­czuła cie­pło, kiedy na­po­tkała jego spoj­rze­nie. Ogar­nęło ją dziwne uczu­cie, któ­rego nie ro­zu­miała. Tata od­wró­cił się do syna i rów­nież jego po­gła­dził po po­liczku.

Na­stęp­nie wy­szedł z kuchni i znik­nął na chwilę. Chło­piec za­uwa­żył, jak otwiera drzwi wej­ściowe i wy­cho­dzi na dwór. W ręce trzy­mał broń my­śliw­ską. Bez słowa za­mknął za sobą drzwi.

Dziew­czynka jako pierw­sza skoń­czyła jeść owsiankę i za­sta­na­wiała się, ja­kie zna­leźć so­bie za­ję­cie. Może mo­głaby się przejść do swo­jej przy­ja­ciółki Ca­riny, która mieszka po są­siedzku, po dru­giej stro­nie głów­nej ulicy? Była już w ta­kim wieku, że mo­gła to ro­bić sa­mo­dziel­nie.

Chło­piec miał wła­śnie wstać od stołu, kiedy roz­legł się gło­śny huk. Oboje pod­sko­czyli, sły­sząc ten nie­spo­dzie­wany dźwięk, po czym na­stała ci­sza.

Dzieci po­bie­gły do drzwi i otwo­rzyły je na oścież.

- Ta­tu­siu! - krzyk­nęły jed­no­cze­śnie.

- Tato! Co to było?! - za­wo­łał chło­piec.

- Tato, co się stało?! - za­wtó­ro­wała dziew­czynka.

Nie otrzy­mały od­po­wie­dzi.

Nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie wło­żyły cho­daki i wy­bie­gły na po­dwórko. Oj­ciec do­piero co wy­szedł. Nie mógł odejść za da­leko. Ro­zej­rzały się wo­koło, ale ni­g­dzie go nie do­strze­gły.

Chło­piec za­uwa­żył, że drzwi do szopy są uchy­lone i po­biegł w jej stronę, a dziew­czynka pę­dziła tuż za nim.

- Tato! - krzyk­nęła po­now­nie, po czym oboje we­szli do środka.

We­wnątrz było ciemno i do­piero po chwili ich wzrok przy­zwy­czaił się do pół­mroku. Wtedy go zo­ba­czyli. Le­żał na drew­nia­nej pod­ło­dze. Ciemna krew wy­pły­wała z tego, co zo­stało z jego głowy.