WIELKIE SPORY CHRYSTOLOGICZNE W STAROŻYTNOŚCI
Mało na ogół znane Kościoły wschodnie, nazywane orientalnymi, bądź przedchalcedońskimi powstały w wyniku wielkich sporów chrystologicznych (chrystologia - nauka o Chrystusie) jakie miały miejsce jeszcze w starożytności, a które od jedności z resztą chrześcijaństwa odłączyły się po Soborze Chalcedońskim, który miał miejsce w roku 451. Są to Kościoły historycznie i teologicznie odwołujące się do czterech wielkich tradycji chrześcijaństwa na Wschodzie: armeńskiej, aleksandryjskiej, antiocheńskiej oraz indyjskiej. Kościoły owe, są całkowicie niezależne od siebie, zachowując w ramach własnych tradycji odrębne dziedzictwo doktrynalne, liturgiczne, kanoniczne i duchowe.
Ponieważ jednak w nauczaniu o rzeczach ostatecznych człowieka i świata nie ma pomiędzy nimi jakichś zasadniczych różnic, bo te dotyczyły nie eschatologii, a chrystologii, sądzę że wystarczy, iż eschatologię Kościołów orientalnych zaprezentuję na przykładzie tylko jednego z nich Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Chociaż ostatnio w polskiej literaturze religioznawczej i teologicznej zaczyna się nazywać Kościoły orientalne Cerkwiami prawosławnymi, to ja jednak będę nazywał je Kościołami ortodoksyjnymi, ponieważ dla przeciętnego Polaka nazwa Cerkiew jednoznacznie kojarzy się z rosyjską Cerkwią prawosławną. W tym miejscu uwaga: "ortodoksyjny" i "prawosławny" oznacza dokładnie to samo - czyli "prawidłowo sławiący Boga, prawidłowo modlący się do Boga". Zanim jednak zajmę się tym zagadnieniem, muszę nakreślić tło historyczne, przedstawiając wydarzenia, których ciąg doprowadził do wyodrębnienia się Kościołów przedchalcedońskich jako niezależnych i z odmienną nieco teologią niż katolicka.
A wszystko zaczęło się w Egipcie...
NESTORIUSZ
W obronie Jezusowego człowieczeństwa
Powstanie herezji, o której teraz będzie mowa, przypadło na okres, gdy na tronie cesarskim w Konstantynopolu zasiadał siedmioletni imperator Teodozjusz II (408 - 450). Po kilku latach (w 414 roku) za sprawą regentów do rządów dopuszczono jego siostrę Pulcherię, a ta, rozsmakowawszy się we władzy, nie myślała nawet, by ją oddać bratu. Ożeniła go tedy z równie sprytną Eudoksją, która z nieopierzonego młokosa (bo miał wówczas ledwie dwadzieścia lat) rychło uczyniła pantoflarza. I od tej pory obie ambitne kobiety - ulegając rozmaitym wpływom dworskich koterii - same kierowały cesarstwem. Ale nic nie trwa wiecznie i któregoś dnia nadszedł kres rządów obu niewiast. Trafił się sprytniejszy od nich - wyzwoleniec Cuma Chryzafiusz. I Pulcheria, chcąc nie chcąc, musiała zamieszkać w klasztorze...
Los wszakże okazał się dla niej raz jeszcze łaskawy. Gdy bowiem w roku 450 cesarz Teodozjusz II zmarł, Pulcheria porzuciła ponure mury klasztorne i - tym razem nie krępowana już przez nikogo - sięgnęła po pełnię władzy. Jak się można domyślać, Chryzafiusz za swe wobec niej przewiny został najpierw ukarany wygnaniem, a później śmiercią. Na koniec oddała swą piękną i zarazem cenną rękę Marcjanowi i uczyniła zeń nowego imperatora. Oto mamy z grubsza zarysowane tło, na którym rozegrały się wypadki związane z nowym wielkim sporem teologicznym.
A wszystko zaczęło się od zwalczania herezji apolinaryzmu. Jej głosiciel - biskup syryjskiej Laodycei - dowodził, iż Jezus w swym ziemskim życiu miał co prawda rzeczywiste ludzkie ciało, nie miał wszakże ludzkiej duszy, którą zastąpiło Bóstwo. Był zatem prawdziwym Bogiem-człowiekiem, ale owo człowieczeństwo nie było pełne, bo uszczuplone na rzecz boskości. Tak więc Maryja była Matką Boga - po grecku Theotokos. Bóg się urodził w Betlejem i Bóg umarł na Golgocie.
Oczywiście taka nauka, chociaż pozwalająca prostaczkom pojąć tajemnicę Boga-człowieka, budziła sprzeciw licznych teologów. Podniósł się też natychmiast przeciwko niej krzyk i przeciwstawiano jej inną naukę.
Począł ją głosić (tzw. doktrynę o zamieszkaniu - enoikesis) Diodor z Tarsu, dowodząc, iż Chrystus miał tak ciało, jak i duszę ludzką, zaś Bóstwo zamieszkało w owym człowieku "niczym posąg w świątyni", absolutnie zaś nie zastąpiło w nim ludzkiej duszy. Owo twierdzenie dało właśnie asumpt do wybuchu nowej waśni trwającej ni mniej, ni więcej, tylko trzy stulecia! Później teologowie szkoły antiocheńskiej, zwalczając apolinaryzm poprzez rozwinięcie nauki Diodora z Tarsu, posunęli się aż do absurdu. Dowodzili mianowicie, iż Zbawiciel miał dwie natury i dwie osoby (sic!) - boską i ludzką!
Póki owe spory dotyczyły wyłącznie teologów, nie działo się jeszcze nic złego, ale - jak to zwykle bywa - znalazł się zdolny i fanatyczny zwolennik doktryny o zamieszkaniu, który gromkim głosem ją rozpowszechniać z kazalnicy. Nosił on imię Nestoriusza.
Ów Nestoriusz - dobry teolog i świetny mówca - był Syryjczykiem. W młodości wstąpił do klasztoru Eutropiosa w Antiochii, gdzie wiodąc życie nad wyraz bogobojne i ascetyczne, rychło zwrócił na siebie uwagę władz zwierzchnich. Toteż został wyświęcony na diakona, a później prezbitera i znalazł się w otoczeniu biskupa, pełniąc służbę Bożą w świątyni katedralnej. Nie był to wszakże kres tej kariery. Sława Nestoriuszowej pobożności, krasomówstwa i niezmordowanej obrony ortodoksji - co równie ważne - uwielbianego przez tłumy, rychło dotarła na dwór cesarski. A musiał ów mąż cieszyć się nie byle jaką opinią, skoro - gdy tylko zawakowało stanowisko patriarchy Konstantynopola - dwór jego właśnie osadził na tym ważnym stolcu. Sakrę biskupią przyjął nominat w roku 428. Jak można się było spodziewać, stając się drugim po papieżu rzymskim dostojnikiem kościelnym, postanowił z tego niezwłocznie skorzystać i z ogromną energią wypowiedział wojnę znienawidzonemu apolinaryzmowi.
Twierdzenie apolinarystów, iż odwieczny Bóg miałby się narodzić, a co więcej, nieśmiertelny miałby umrzeć, były dlań niedorzecznością i bluźnierstwem. Szczególnie drażniło go określenie: Matka Boga - po grecku Theotokos. Według Nestoriusza, zwolennika teorii o zamieszkaniu Bóstwa w ciele Jezusa, pełnego człowieka, Maryję można było zwać co najwyżej: Matką Chrystusa - Christotokos.
Spory między apolinarystami a zwolennikami nauki Diodora z Tarsu trwały już dość długo, ale dzień Narodzenia Pańskiego roku 429 był dla nich dniem przełomowym. Oto bowiem Nestoriusz, oficjalnie, ex cathedra, wobec licznie w ów dzień uroczysty zgromadzonych tłumów, ogłosił co następuje:
"Przypisywanie Bóstwu matki to czyste pogaństwo, materia bowiem może porodzić tylko materię. Maryja zatem dała życie tylko człowiekowi, którym był Jezus. W owego człowieka wcieliło się Bóstwo i zamieszkało w nim "niczym posąg w świątyni". Jeśli Jezusa można nazwać Bogiem, to tylko dlatego, iż nosi w sobie Boga. Zatem to nie Bóg narodził się w stajence betlejemskiej i nie Bóg skonał na krzyżu wzniesionym na Golgocie, lecz tylko i wyłącznie człowiek imieniem Jezus. Bzdurą jest twierdzenie, jakoby Bóstwo mogło przeżywać mękę narodzin i mękę śmierci. Bóg się nie zrodził z ciała Maryi, lecz wyłącznie przez nie przeszedł."
Można się domyślać, jak wielka po owym oświadczeniu podniosła się wrzawa. Nestoriusz, broniąc Chrystusowego człowieczeństwa przeciw apolinarystom, którzy mu częściowo zaprzeczali, popadł w drugą skrajność - odmówił Jezusowi boskości. Gwoli sprawiedliwości wszakże przyznać trzeba, iż większość jego poglądów była słuszna. Bóstwo istotnie ani się narodzić, ani tym bardziej umrzeć nie mogło, a stworzenie nie było w stanie dać początku Stworzycielowi. Największym błędem Nestoriusza było to, iż przyznawał Chrystusowi nie tylko dwie odrębne natury (jak to czynili również ortodoksi): boską i ludzką, ale również i dwie - boską i ludzką - odrębne osoby. Według zatem nauki patriarchy Nowego Rzymu Chrystus-człowiek był jak gdyby futerałem, w którym tkwił Chrystus-Bóg.
Cyryl
Najostrzejsza reakcja na heretycką naukę głoszoną przez Nestoriusza powstała w Aleksandrii. Patriarchowie aleksandryjscy, którzy zawsze mieli ambicje objęcia przywództwa w chrześcijaństwie, programowo niechętnie odnosili się zarówno do antiocheńczyków, jak i konstantynopolitańczyków. W owym czasie na stolicy patriarszej w Aleksandrii zasiadał człowiek twardy, nieugięty obrońca prawowierności - biskup Cyryl (zwany potem Aleksandryjskim) który później za zasługi położone dla ortodoksji został ogłoszony świętym.
Był to człowiek dość trudnego charakteru, twardy, bezkompromisowy, apodyktyczny, niezbyt lubiany przez podwładnych. Cyryl - podobnie jak i Nestoriusz - był nieugiętym bojownikiem prawowierności, chociaż ironiczny los postawił obydwu tych mężów odznaczających się wybitnymi intelektami i nietuzinkowymi charakterami po różnych stronach barykady.
Cyryl, zapoznawszy się z poglądami Nestoriusza, natychmiast przystąpił do walki. W liście pasterskim wystosowanym do wiernych z okazji Świąt Wielkiejnocy roku 429 zaatakował patriarchę Konstantynopola piórem, ale jednocześnie począł rozwijać kampanię na wszystkich frontach. Oto swym autorytetem poparł mnichów ze stolicy odmawiających wypełniania niewygodnych dla nich rozporządzeń swego biskupa. Jednocześnie oskarżył Nestoriusza przed cesarzem i jego rodziną o wtrącanie się w sprawy kościoła aleksandryjskiego, czego dowodem było udzielenie schronienia i życzliwej gościny duchownym, którzy narazili się patriarsze Cyrylowi i zbiegli do Konstantynopola.
Ale i Nestoriusz nie zasypiał gruszek w popiele. Usiłował montować obronę i szukał potężnego alianta. Jego wybór padł na Rzym. Nie miał jednak szczęścia. I tym razem Cyryl okazał się sprytniejszy. Dowiedziawszy się o próbach kontaktu Nestoriusza z biskupem rzymskim Celestynem, posłał do tego ostatniego swojego posła, diakona Posydoniusza, z listem pełnym pochlebstw i umizgów jako do głowy Kościoła całego Zachodu i dokumentami, które miały w oczach Celestyna skompromitować patriarchę konstantynopolitańskiego. Owym genialnym posunięciem zdobył Cyryl Aleksandryjski nie tylko poparcie papieża rzymskiego, ale i cesarza Zachodu, a to było bardzo wiele.
Celestyn całkowicie poparł Cyryla i zredagował pismo wymierzone przeciw Nestoriuszowi, ale skierował je nie do Konstantynopola, lecz do... Aleksandrii. Niezbyt to uczciwe i eleganckie. Cyryl uzyskał od patriarchy Zachodu pełnomocnictwo do walki z heretykiem i upoważnienia do występowania w imieniu Rzymu. Papież aleksandryjski nie omieszkał z tego skorzystać i z jeszcze większą zaciekłością począł zwalczać poglądy Nestoriusza.
W tym miejscu należy wyjaśnić, że tytuły patriarchów oficjalnie nadał najważniejszym hierarchom Kościoła dopiero Sobór Chalcedoński w roku 451. Z czasem ustaliło się, że przysługuje on pięciu biskupom: rzymskiemu, konstantynopolitańskiemu, aleksandryjskiemu, antiocheńskiemu i jerozolimskiemu. Dziś używają go jeszcze inni hierarchowie. Wtedy też pomniejszono prawo używania tytułu papież, ograniczając go dwóch patriarchów - rzymskiego i aleksandryjskiego.
Cyryl zatem w roku 430 zwołał synod lokalny do swej biskupiej stolicy, na którym zapoznał zebranych z pismem papieża rzymskiego i napisał słynny "List Synodalny", wymierzony w nestorianizm. Głosił w nim m.in.:
"Syn Boży - Logos, Jezus Chrystus - narodził się z Dziewicy jako człowiek, lecz nie przestał być Bogiem i nie zatracił boskiej natury. Ta ostatnia nie przekształciła się w naturę ludzką, ale też jego natura ludzka nie zmieniła się w boską. Bóstwo hipostatycznie zjednoczyło się z człowieczeństwem. Dlatego nie wolno mówić o istnieniu dwu Chrystusów ani też głosić zamieszkania Bóstwa w ciele Jezusa-człowieka, owo Bóstwo bowiem i człowieczeństwo zjednoczyły się w Chrystusie tak jak dusza z ciałem. Wynika z tego, iż chociaż boska natura nie może podlegać cierpieniom, to jednak Zbawiciel - Logos - cierpiał dla naszego zbawienie, będąc obecnym w ciele, które poniosło śmierć na Golgocie. W tym też znaczeniu można mówić, iż Bóg się narodził (ale nie Bóstwo!) i Bóg umarł (ale nie Bóstwo!)."
Jeszcze szczegółowsze rozwinięcie nauki Cyryla Aleksandryjskiego zawarte były w opracowanych przezeń anatematyzmach, to jest w zdefiniowanych orzeczeniach za co grozi anatema, czyli klątwa, zazwyczaj zaczynały się one od słów: "Kto nie wyznaje, że... niech będzie wyłączony", lub "Niech będzie wyłączony, kto mówi, że..." Nie będę ich tu przytaczał, by nie nudzić Czytelnika zawiłością teologicznych sformułowań. Zaznaczyć wszakże muszę, iż Cyryl - choć był świetnym teologiem - w swych anatematyzmach popełnił dwa rażące błędy, pisząc o "zjednoczeniu naturowym" Chrystusa i że "Bóg cierpiał w ciele" (S. Włodarski, "Siedem soborów", Warszawa 1969, s. 88), co natychmiast wykorzystał Nestoriusz, zarzucając Cyrylowi głoszenie herezji odmawiającej Jezusowi dwu natur. Koniecznie jeszcze wspomnieć należy, iż owe sformułowania przyczyniły się do powstania w przyszłości jeszcze innej, równie boleśnie nękającej chrześcijaństwo heretyckiej nauki zwanej monofizytyzmem.
Jak z powyższego wynika, zamieszanie i niesnaski w Kościele miast maleć, rosły. Nie można już było nawet marzyć o tym, by tych dwu teologów popieranych przez licznych zwolenników obydwu poglądów mogło się pogodzić bez zwołania powszechnego soboru. Stało się to bardzo szybko, bo już 19 listopada 430 roku. Władca Wschodu Teodozjusz II wydał dekret wyznaczający rozpoczęcie obrad na dzień Zesłania Ducha Świętego 432 roku. Na miasto soborowe wyznaczono Efez, gdzie mieli się stawić hierarchowie Wschodu i Zachodu.
Biskup Efezu Memnon był zdecydowanym przeciwnikiem Nestoriusza, który najbardziej mu się naraził chyba tym, iż odmówił Maryi tytułu Matki Bożej (Theotokos), a jak wiadomo, efezjanie szczególnie byli wrażliwi na punkcie Najświętszej Maryi Panny, która - jak głosiła tradycja - ponoć w ich mieście mieszkała i tam zakończyła swą ziemską wędrówkę. Wiadomo więc było, iż Memnon ze wszystkimi biskupami jego archidiecezji staną murem za Cyrylem i jego sojusznikiem Celestynem.
Motłoch efeski i mnisi, którzy wbrew rozkazom cesarskim pozostali w mieście, nastawieni byli bardzo niechętnie do Nestoriusza. Gdy ten przybył do Efezu, ulice, gdzie prym wiedli ciemni, fanatyczni mnisi, przywitały go obelgami i groźbą pobicia. Powstałe rozruchy rzeczywiście niosły ze sobą niebezpieczeństwo naruszenia nietykalności cielesnej hierarchy bizantyjskiego, tak iż władze zmuszone były, chcąc zapobiec rozlewowi krwi, przydzielić mu zbrojną eskortę.
Zgoła inaczej witano Cyryla, gdy zjawił się w mieście w otoczeniu pięćdziesięciu biskupów, prezbiterów, diakonów, mnichów i laików. Tłumy wiwatowały na cześć aleksandryjczyka, a ten cieszył się, widząc, iż w razie niefortunnego obrotu spraw, będzie mógł liczyć na poparcie i ochronę klasztorów i ludu.
Chociaż otwarcie obrad soboru miało nastąpić w dniu 7 czerwca, ze względu na spóźnianie się delegatów patriarchatów antiocheńskiego i rzymskiego okazało się to niemożliwe. Zgromadzeni w Efezie ojcowie soborowi w oczekiwaniu na rozpoczęcie obrad dyskutowali zawzięcie. Rychło też podzielili się na trzy ugrupowania: zwolenników Nestoriusza, zwolenników Cyryla i niezdecydowanych. Ta ostatnia grupa była tak liczna, że gdyby któreś z dwóch zwalczających się stronnictw mogło ją przeciągnąć na swoją stronę, miałoby pewność osiągnięcia zwycięstwa. Istniało wszakże uzasadnione podejrzenie, iż owi niezdecydowani mogą poprzeć Nestoriusza, co dla Cyryla i Rzymu oznaczałoby sromotną klęskę. Ponieważ od dawna wiadomo, iż zwykle wygrywa ten, kto atakuje, nie zaś ten, który się broni, Cyryl postanowił nie czekać.
Dnia 22 czerwca 431 roku papież egipski wraz ze swoimi poplecznikami, samowolnie, bez cesarskiego upoważnienia, rozpoczął sobór, nie czekając na antiocheńczyków, ani rzymian. Pewny siebie i pewny poparcia efezjan, wezwał Nestoriusza, aby stawił się przed zgromadzeniem. Nestoriusz wszakże odmówił, wiedząc że okazanie uległości wobec Cyryla automatycznie postawiłoby go na przegranej pozycji. Odpowiedział zatem, że weźmie udział w obradach, ale dopiero po przybyciu wszystkich ojców soborowych.
Postępek alaksandryjczyka zirytował nie tylko Nestoriusza, ale również biskupów z grupy niezdecydowanych, a i samego cesarza. Ten ostatni wydał nawet dekret zobowiązujący Cyryla i jego zwolenników do rozwiązania - nielegalnego z punktu widzenia prawa - zgromadzenia. Dokument cesarski odczytał palatyn Kandydian, który z rozkazu imperatora miał czuwać nad porządkiem podczas soboru. Ale zgromadzeni w kościele Matki Bożej przeciwnicy nestorianizmu byli pewni siebie, bo i mieli przewagę liczebną i stał za nimi cały Zachód, łącznie z jego władcą Walentynianem III i - co w danej sytuacji było chyba najważniejsze - miejscowa ludność. Kandydiana razem z biskupami z grupy niezdecydowanych, którzy stanowili asystę palatyna, wyrzucono ze świątyni, nie szczędząc im kułaków i obelg. W taki oto sposób dokonano otwarcia obrad soboru.
Jak było do przewidzenia, obradom jął przewodniczyć Cyryl, co również nie było zgodne z wolą cesarza, tyle że dla dodania sobie powagi głosił, iż kieruje soborem w imieniu nieobecnego papieża rzymskiego Celestyna, na mocy otrzymanego odeń upoważnienia.
Wszyscy zgromadzeni na owej pierwszej sesji soborowej biskupi, a było ich około 160, wraz z częścią biskupów (w liczbie 38) ze stronnictwa niezdecydowanych, którzy doszli do wniosku by poprzeć Cyryla, jednomyślnie potępili naukę Nestoriusza.
Decyzją ojców soborowych biskup stołecznego miasta Konstantynopola nazwany został bezbożnym i - co również było wbrew prawu, bo pod nieobecność oskarżonego - wydano nań wyrok skazujący. Mocą tego wyroku ogłoszono jego sakrę biskupią za niebyłą i wykluczono go z szeregów duchowieństwa.
Skoro tylko dokumenty owe zostały podpisane przez uczestników pierwszej sesji, Cyryl Aleksandryjski, nie zwlekając przesłał listy powiadamiające o zapadłych decyzjach do Egiptu i Konstantynopola. Ale sytuacja się pogmatwała, bo oto do Efezu przybył długo oczekiwany patriarcha antiocheński Jan. Na wieść o rozpoczęciu (przypomnijmy: bezprawnym rozpoczęciu!) obrad przez Cyryla i Memnona wpadł w gniew i sprzymierzywszy się z palatynem Kandydianem, otworzył własny, konkurencyjny sobór w kościele św. Jana.
Jak można się było spodziewać, Jan i zebrani wraz z nim biskupi potępili nielegalne zgromadzenie z kościoła Matki Boskiej, wzięli w obronę Nestoriusza i odpowiadając Egipcjaninowi pięknym za nadobne, ogłosili jego i Memnona efeskiego sakry biskupie za niebyłe. Oczywiście natychmiast wysłali pismo do cesarza informujące o wydarzeniach zaszłych w Efezie. Postawiło to władcę w niezbyt zręcznej sytuacji, wcześniej bowiem zatwierdził wyrok Cyrylowy sądząc, iż został uchwalony przez zgromadzenie legalne. Nie przyszło władcy nawet do głowy, iż jego dekret zabraniający Cyrylowi organizowania soboru na własną rękę, może zostać zignorowany, ani tym bardziej, że jego przedstawiciel Kandydian może zostać tak grubiańsko potraktowany. Teraz cesarz zmuszony był odwołać swoje wcześniejsze poparcie dla wyroku Cyryla, ale nie poparł też Jana z Antiochii. Wezwał natomiast i zobowiązał wszystkich ojców soborowych do rozwagi, wspólnych obrad i dokładnego rozpatrzenia tych, tak ważkich przecież dla chrześcijaństwa kwestii dogmatycznych.
Sytuacja skomplikowała się. Kto mógł zwyciężyć? Nestoriusz, chociaż cesarz oficjalnie oświadczył, że go nie popiera, lecz pragnie, by zwyciężyła prawda, był teraz lepszej myśli. Bezprawne działania Cyryla sprawiły, iż wiele stracił w oczach Konstantynopola. Zwycięstwo nestorian mogło okazać się możliwe, ale pod warunkiem, iż poparłby ich Zachód. Nestorianie, jak na razie, nadal stanowili mniejszość w Efezie.
Ale zachód ich nie poparł, zadbał o to Cyryl, który legatów papieskich - gdy tylko przybyli do Efezu - natychmiast przeciągnął na swoją stronę. Nie sprawiło mu to zresztą większych trudności, papież Celestyn bowiem pouczył ich przed wyjazdem, by we wszystkim słuchali Cyryla. Legaci papiescy, zapoznawszy się z uchwałą i dokumentami z pierwszej sesji soboru Cyrylowego, bez zastrzeżeń zgodzili się z nimi i opatrzyli swymi podpisami. Teraz Egipcjanin był górą, stał oto bowiem za nim Rzym. Natychmiast też wystosował pismo do cesarza, w którym raz jeszcze poinformował go o złożeniu Nestoriusza z urzędu i pozbawieniu go wszelkiej władzy kościelnej, tym razem wszakże przy poparciu zdecydowanej większości ojców soborowych.
Konkurencyjny sobór patriarchy antiocheńskiego Jana nie stanowił już większego zagrożenia dla partii Cyryla i Memnona, ale dla zachowania powagi i podkreślenia tego (jakże wszystko w życiu szybko się zmienia!) zażądano, by zgromadzenie zostało rozwiązane, a Jan odwołał krzywdzące Cyryla i Memnona oskarżenia o herezję. Na soborze odbywającym się w kościele Matki Bożej, który z nielegalnego stał się ekumeniczny, omawiano też inne - nie tylko nestoriańską - kwestie, ale nie będziemy się tym zajmować.
Chciałbym natomiast jeszcze wrócić do soboru patriarchy Jana. Dość ciekawe jest, iż pomijając względy natury ambicjonalnej, które kazały się wzajemnie wyklinać Cyrylowi i Janowi, na soborze tego ostatniego wypracowano dokładnie taką samą naukę, jaką wypracowali przeciwnicy, przyznając Chrystusowi dwie natury: boską i ludzką, zjednoczone w jednej osobie i w świetle tego Najświętszej Maryi Pannie przyznano tytuł Bogurodzicy (Theotokos). Nestoriusz zatem i jego doktryna ponieśli sromotną klęskę. Przegrana jednak nie oznaczała automatycznie wygaśnięcia nestoriańskiej nauki i zwycięstwa ortodoksji.
Długa droga do zgody
Naiwnością byłoby sądzić, iż cesarz bez namysłu poprze Cyryla, a potępi Nestoriusza. Ponieważ od decyzji władcy zależało bardzo wiele, należało zadbać, by była ona ostatecznie przychylna dla ortodoksów. Nie zaniedbano tedy niczego. Dla osób wpływowych na dworze zwolennicy Cyryla rozsupłali mieszki, a złoto popłynęło szeroką strugą do kieszeni sprzedajnych dostojników. Jednocześnie poczęto podburzać lud, rozpuszczając pogłoski o złym traktowaniu ojców soborowych broniących prawowierności i Theotokos przez patriarchę Jana i jego poplecznika Kandydiana. Jak można się było spodziewać, lud stanął po stronie Cyryla. Również mnisi stołecznych klasztorów nie zapomnieli mu poparcia jakiego powagą swego urzędu udzielił im w sporze z biskupem stolicy. Teraz więc, spłacając zaciągnięty dług wdzięczności, wyszli z monastyrów - mimo iż było to przeciwne regule - i w manifestacjach ulicznych demonstrowali swe poparcie dla egipskiego papieża. Dotarli nawet przed oblicze władcy, od którego zażądali wprost, aby zatwierdził uchwały Cyrylowego soboru.
Ale decyzja cesarza zaskoczyła wszystkich. Oto bowiem zatwierdził uchwały... obydwu zgromadzeń efeskich. Jak pamiętamy, pod względem doktrynalnym nie różniły się one między sobą. Tyle iż zgromadzenie z kościoła Matki Bożej składało z urzędu patriarchę Nestoriusza, zaś to od św. Jana, papieża Cyryla i biskupa Memnona. Teraz całą tę trójkę władca pozbawił godności kościelnych i - mimo iż sobór efeski zakończył już swoje obrady - wezwał ojców, by je kontynuowali. Po raz pierwszy zatem - w początkach sierpnia - obie strony spotkały się na jednej sali, ale niczego to nie rozwiązało. Jedynie na rozkaz cesarski Nestoriusz, Memnon i Cyryl zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu. Zapanowała ogólna konsternacja, a później podniósł się wielki krzyk i lament.
Obie strony interweniowały u cesarza. Ten częściowo się ugiął i rozkazał uwolnić Nestoriusza, ale jednocześnie zesłał go na wygnanie, do jego dawnego klasztoru w Antiochii. Tymczasem Cyryl i Memnon nadal karmieni byli więziennym chlebem. Przepychanka trwała, sytuacja obydwu stron była nad wyraz niepewna. Trudno było zgadywać, kogo ostatecznie Teodozjusz II poprze. W końcu jednak władca zdecydował się na poparcie obozu cyrylian i mianował nowego patriarchę konstantynopolitańskiego. Został nim rzymianin Maksyminian.
Jednocześnie w październiku 431 roku został wydany edykt ogłaszający zakończenie soboru, który według odczuć cesarza wcale nie rozstrzygnął sporu teologicznego (bo nie było dysput pomiędzy obydwiema stronami) i nie doprowadził do pojednania aleksandryjczyków i rzymian z antiocheńczykami. Na mocy owego edyktu pozwolono Cyrylowi i Memnonowi ponownie objąć ich dawne stolice biskupie.
Takie postanowienie nie zakończyło wcale walki obydwu obozów. Cyryl nadal występował przeciwko nauce nestoriańskiej i czynił wszystko, aby potępił ją rzeczywiście cały świat chrześcijański. Patriarcha antiocheński Jan natomiast, który po usunięciu Nestoriusza ze stolicy patriarszej w Konstantynopolu nie upierał się już przy tym, by go bronić, nadal nie chciał uznać soboru Cyrylowego za prawdziwy i ekumeniczny. W tej sytuacji cesarz postanowił interweniować i doprowadzić do zgody między obydwoma stronami, które przecież nie różniły się między sobą, jeśli idzie o dogmaty, a kłóciły wyłącznie ze względów ambicjonalnych.
Po wielu zabiegach doprowadzenie do pełnej jedności zakończyło się sukcesem. Cyryl zaakceptował wyznanie wiary opracowane przez patriarchę Jana, a Jan zaakceptował uchwały podjęte przez sobór z kościoła Matki Bożej w Efezie w dniu 22 czerwca 431 roku. Ostatecznie więc w marcu 433 roku doszło do pełnej zgody i jedności powaśnionych stron, a sobór cyryliański uznany został przez wszystkich patriarchów Wschodu i Zachodu za sobór prawdziwie ekumeniczny.
A Nestoriusz? Bojąc się, by nie znalazł zwolenników w ojczyźnie, doprowadzono do tego, iż cesarz nakazał go deportować do miejscowości Oazis w Górnym Egipcie, gdzie w klasztorze żył jeszcze długie lata, pisując listy, a nawet rozprawy teologiczne (które później zostały spalone) pod czujnym okiem niechętnych mu mnichów. Myśl Nestroriusza i jego nauka w granicach cesarstwa poszła w zapomnienie. Ale poza jego granicami przetrwała. Do dziś nawet ostały się Kościoły nestoriańskie posiadające własną hierarchię duchowną.
O Kościołach tych będzie nieco dalej, gdy zostanie omówiona kolejna herezja, powstała niejako w odzewie na naukę Nestoriusza, a która również doprowadziła do oderwania się części duchowieństwa i wiernych od katolicyzmu i utworzenia przez nich niezależnej organizacji kościelnej.
ARIUSZ I ARIANIE
Początki
Natura ludzka jest już taka, że bezwzględnie dąży nie tylko do wyjaśnienia świata i zjawisk na nim zachodzących, ale od owych wyjaśnień żąda, aby były jak najprostsze i co najważniejsze - zrozumiałe. Ponieważ doktryna chrześcijańska opiera się na kilku dogmatach, które z punktu widzenia ludzkiej logiki są nielogiczne, już od samego początku istnienia Kościoła niektórzy myśliciele i teologowie odrzucali je, starając się podstawić na ich miejsce takie "prawdy wiary", które nie kłóciłyby się z rozumem. Cóż zatem czynili? Mimo przyznawania, iż bóstwo istnieje w innym od ziemskiego wymiarze, jednocześnie odmawiali mu prawa do posługiwania się własną logiką, usiłując je wcisnąć w ludzkie ramy i zależności.
Najwięcej kontrowersji wśród teologów, i to już od I wieku naszej ery, budziły dogmaty o bóstwie Jezusa Chrystusa i o Trójcy Świętej, początkowo wśród chrześcijan -Żydów, później zaś również wśród nawróconych pogan. Chrześcijaństwo, tkwiące korzeniami w judaizmie, na jego wzór głosiło wiarę w Jedynego Boga, twierdząc jednocześnie, iż istnieje On w Trzech Osobach, jako Ojciec, Syn i Duch Święty. Dla wielu umysłów było to zupełnie niepojęte. Twierdzenie, iż Bóg może mieć Syna i na dodatek równego mu we wszystkim, zrodzonego, a jednocześnie odwiecznego jak Ojciec, mogło doprowadzić do konkluzji, że Bogów jest dwóch, a jeśli jeszcze do tego dołożymy Ducha Świętego, będzie ich trzech. A to już najczystszy politeizm.
Jednym z czołowych myślicieli chrześcijańskich, który starał się rozwikłać te sprzeczności i troistość Boga wyjaśnić racjonalnie, był Libijczyk Sabeliusz (zm. około 260 roku n.e.). Nauczał on, iż Bóg jest tylko jeden, ale w dziejach świata objawiał się trzy razy, zawsze grając inną rolę i przybierając trzy różne postaci: Ojca - Stwórcy, Syna - Zbawiciela, Ducha - Pocieszyciela i Uświęciciela. Zrozumiałe, że nauka owego teologa i jego szkoły jako prostsza i bardziej zrozumiała dla szerokich rzesz wiernych, przemawiała do nich silniej niż ortodoksyjny dogmat o trójjedności.
Oczywiście prócz Sabeliusza i inni teologowie próbowali tę kwestię wyjaśniać na różne sposoby. Biskup Antiochii Paweł z Samosaty (III wiek) twierdził, iż Jezus był wyłącznie człowiekiem, w którego wcielił się Bóg podczas chrztu w Jordanie. I w tym znaczeniu Chrystus jest współistotny (po grecku homouzjos) Ojcu.
Skrajnie odmienne stanowisko zajmowali tzw. subordynacjonaliści, którzy twardo bronili realnego istnienia trzech osób w Bogu, z tym, iż zaprzeczali ich równości, tworząc pewną hierarchię. Odwiecznym i najwyższym, od nikogo niezależnym miał być tylko Ojciec. Temu podlegał Syn, którego istnienie miało początek. A skoro miało początek, można przyjąć, że Jezus nie tylko nie uczestniczy w pełni bóstwa Ojca, lecz jest stworzeniem - najdoskonalszym co prawda, ale nie współistotnym (homouzjos) Ojcu. Gdy się więc mówi o Jezusie-Bogu, to jego bóstwo należy rozumieć jako częściowe i zależne. Duch Święty jest natomiast podległy Synowi, więc ma tej boskości jeszcze mniej w sobie. Mętne to wszystko i zawikłane, ale próbujące jakoś wybrnąć z sytuacji i równocześnie obronić i troistość, i jedyność Boga.
Owe spory chrystologiczne miały z czasem doprowadzić do rozdźwięków w chrześcijaństwie. Mimo iż liczne synody lokalne potępiły zarówno sabelianizm, jak i naukę Pawła z Samosaty, nie spowodowały zaniechania spekulacji teologicznych i ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii.
Jednym z najzagorzalszych przeciwników sabelianizmu był Ariusz (około 260 - 336 roku n.e.), prezbiter i proboszcz kościoła Baukalis w Aleksandrii. Niezbyt wiele szczegółów z jego życia znamy obecnie. Wiadomo, że był człowiekiem gruntownie wykształconym, pobożnym i świetnym kaznodzieją. Jego osobowość zjednywała mu uwielbienie tłumów, a w szczególności kobiet (pisząc to, nie mam nic złego na myśli. Ariusz prowadził się nienagannie). Kim był z pochodzenia, nie wiadomo. Wiadomo tylko, iż nie był Egipcjaninem, a do Aleksandrii przybył najprawdopodobniej z Libii. Być może (chociaż nie ma na to żadnych dowodów) jakiś czas przebywał w Antiochii, gdzie zaznajomił się z nauką o Logosie (Chrystusie) głoszoną przez prezbitera Lucjana i stał się jej gorącym zwolennikiem i rzecznikiem. W zasadzie za ojca arianizmu - herezji, która uczyniła wiele zamieszania w Kościele - uważać należałoby właśnie Lucjana, ale ponieważ Ariusz ją szeroko rozpropagował, wzięła nazwę od jego imienia.
Cała sprawa zaczęła się około roku 318, od zatargu Ariusza z patriarchą aleksandryjskim. Hierarcha egipski Aleksander w swojej nauce o Chrystusie używał skompromitowanego przez biskupa Pawła z Samosaty terminu "współistotny" (homouzjos). Co prawda w innym znaczeniu niż ten ostatni, ale mimo prawowiernych wywodów patriarchy Ariusz uparł się, że jego zwierzchnik jest heretykiem. Nie pomogły żadne wyjaśnienia i obaj teologowie stanęli po dwu stronach barykady. Wówczas Ariusz zaczął już otwarcie głosić naukę szkoły Lucjana (rozbudowując ją i modyfikując nieco) i tym samym zwalczać ortodoksów. Wkrótce zyskał zwolenników wśród duchowieństwa aleksandryjskiego i co najważniejsze - poparcie ogromnej liczby wiernych. A to już groziło rozłamem w łonie kościoła egipskiego.
Cóż skłoniło wiernych, jeśli pominiemy osobiste walory Ariusza, do spontanicznego przyjmowania jego nauki? Zanim poszukamy odpowiedzi na to pytanie, przedstawmy jej zarys.
Głównym zrębem było twierdzenie, iż Bóg znajduje się poza zasięgiem poznawalnego świata, a skoro tak, to nie angażuje się w nim poprzez żadne emanacje: ani nie zstępuje w nasz wymiar, ani się w tym celu nie dzieli, ani tym bardziej rodzi. Wniosek z tego prosty, że Logos (Syn Boży) nie może być tym samym co Ojciec, co więcej - nie można mniemać, iż został przez Ojca zrodzony, choćby i nawet w określonym czasie. Wolno o Synu mówić wyłącznie, że został stworzony przez Boga z niczego na początku, aby dać początek światu. Jak wszystkie stworzenia rozumne: aniołowie i ludzie, tak i Chrystus został obdarzony wolną wolą. Wybierając dobro i odrzucając zło, uświęcił się. Jeśli mówimy o Jezusie jako o Bogu, to rozumiemy przez to, iż boskość została mu przez Ojca podarowana, został usynowiony, ale nie jest to bynajmniej boskość tożsama z Ojcowską, lecz raczej pełnia świętości.
"Nauka Ariusza, która wykształcała się stopniowo, przedstawia się, jak następuje: 1) Logos miał początek swego istnienia (...); w przeciwnym bowiem razie nie byłoby monarchii lecz dyarchia (dwa pierwiastki); Logos nie byłby Synem; Syn nie jest przecież Ojcem. 2) Logos nie jest zrodzony z istoty Ojca (co prowadziłoby do gnostycznego podziału istoty boskiej albo do pojęć zmysłowych, sprowadzających pierwiastek boski do poziomu ludzkiego), lecz stworzony z niczego wolą Ojca. 3) Ma on wprawdzie przedświatowe i przedczasowe istnienie, nie jest jednak wiecznym. Nie jest przeto Bogiem prawdziwym, lecz co do istoty różni się od Boga Ojca. Jest On stworzeniem (ktisma, pojema), i z tego też powodu Pismo św. używa dla określenia Go odpowiednich wyrażeń (Dz. Apostol. 2, 36; Żyd. 3, 2) i nazywa Go pierworodnym. 4) Chociaż Syn, co do swej istoty, jest stworzonym, to jednak przewyższa inne stworzenia pod wielu względami, a nawet dzierży po Bogu godność najwyższą; przez Niego Bóg stworzył wszystko, nie wyłączając czasu. Ponieważ przedział pomiędzy Bogiem (którego wyobrażano sobie abstrakcyjnie na sposób platoński) a światem jest zbyt wielki, aby Bóg mógł go stworzyć bezpośrednio, przeto stworzył najpierw Logosa, jako "początek dróg wszystkich". Pomiędzy Bogiem a Logosem zachodzi różnica istotna; pomiędzy Logosem a stworzeniem jedynie co do stopnia doskonałości. 5) Jeśli Syn nazywa się pomimo to Bogiem, to jedynie w tem zrozumieniu, że stał się Bogiem, dzięki łasce i woli Ojca; jest On Synem przybranym; niewłaściwie (katachrestycznie) i w dalszym znaczeniu nazywa się Bogiem. 6) Jego wola, jako istoty stworzonej, jest w zasadzie zmienna, zdolna tak samo do złego jak do dobrego, nie jest on niezmienny (atreptos); jedynie skutkiem woli swej jest On bez grzechu i niezmienny pod względem moralnym; Jego chwała jest zasługą Jego życia świętego, przewidzianego przez Boga (Filip. 2,9)" (J. Hergenröther, "Historya powszechna...", s. 150-151).
Oczywiście nie jest to wyczerpujące i dokładne przedstawienie nauki Ariusza, ale z tego, co powiedziano wyżej, wyłania nam się obraz Jezusa zgoła inny, niż malowany przez ortodoksów. Jezus ariański jest raczej najpotężniejszym herosem, o wiele bliższym człowiekowi i mniej niedostępnym niż Zbawiciel patriarchy Aleksandra. Sądzę, iż właśnie owo "odbóstwienie" Chrystusa i przybliżenie go prostemu człowiekowi stało się powodem spontanicznego przyjmowania przez kler (w Aleksandrii poprało go 7 prezbiterów, 12 diakonów i 700 mniszek), jak i przez ogromne rzesze szeregowych wiernych nauki Ariusza.
Ten ostatni bynajmniej nie zamierzał poprzestać na lokalnym sukcesie (który nawiasem mówiąc był tylko połowiczny, jako że patriarcha Aleksander wraz ze zwolennikami twardo bronił swoich przekonań) i wystosował szereg listów do biskupów chrześcijańskiego Wschodu, dowodząc w nich swoich racji i prosząc o poparcie przeciwko egipskiemu patriarsze.
Lecz i Aleksander nie zasypiał gruszek w popiele i około roku 321 zwołał synod biskupów Egiptu i Libii. Dostojne zgromadzenie dość długo roztrząsało nauki Ariusza i Aleksandra, aby w końcu przyznać rację temu drugiemu, zaś pierwszego wraz ze zwolennikami wyłączyć z jedności kościelnej.
O tym, iż popularność Ariusza rosła, świadczy fakt, że wespół z nim ekskomunikowano dwu biskupów, pięciu prezbiterów i sześciu diakonów, którzy nie zgodzili się z orzeczeniem synodu. Znamienne jest również, że Ariusz bynajmniej nie poddał się wyrokowi, ale nadal urzędując jako proboszcz przy świątyni Baukalis, w porywających kazaniach zwalczał poglądy przeciwników, zdobywając coraz większą liczbę zwolenników. W końcu doszło do tego, iż patriarcha aleksandryjski, obawiając się rozruchów zbrojnych mogących się skończyć antyrzymskim powstaniem (którego nieuchronną konsekwencją byłyby prześladowania chrześcijan), zmuszony został do wypędzenia niesfornego proboszcza poza granice Egiptu.
Wygnanie owo nie było klęską teologa, wręcz przeciwnie - sukcesem. Osiadłszy w Nikomedii u boku sprzyjającego mu biskupa Euzebiusza, oddał się pracy pisarskiej i rozwinął akcję propagandową zakrojoną na szeroką skalę. Efektem tego działania było powstanie dzieła teologicznego "Thialeia", napisanego językiem zrozumiałym dla ogółu wiernych, które popularyzowało naukę Ariusza, a przez arian czczone było na równi z Biblią. Doprowadził również do zwołania synodów lokalnych w Palestynie i Azji Mniejszej. Zgromadzenia hierarchów tych prowincji nie tylko zrehabilitowały Ariusza, zdejmując zeń klątwę i suspensę, czyli zakaz sprawowania funkcji kapłańskich, ale i przywróciły go do jedności kościelnej. Aby dodać pikanterii, wyroki rzeczonych synodów zawierały stwierdzenie, iż to nie Ariusz, lecz jego przeciwnicy są heretykami!
Niestety, los do tej pory przychylny aleksandryjskiemu proboszczowi zaczął się od niego odwracać, a zmiany polityczne w cesarstwie rzymskim miały w przyszłości doprowadzić do jego klęski. W roku 322 rozgorzała walka pomiędzy cesarzami Zachodu i Wschodu, zakończona w 324 roku zwycięstwem pierwszego, który konkurenta najpierw uwięził, później pozbawił życia, stając się tym samym jedynowładcą. Aby zrozumieć późniejszą politykę cesarza względem chrześcijan, należy cofnąć się w czasie i poświęcić nieco uwagi sytuacji polityczno-gospodarczej imperium.
Sytuacja w cesarstwie i Konstantyn Wielki (306 - 337)
Sytuacja wewnętrzna i zewnętrzna państwa rzymskiego w III wieku n.e. była, delikatnie mówiąc, trudna. Imperium przeżywało kryzys gospodarczy i społeczny oraz zamęt polityczny pod rządami tzw. cesarzy wojskowych, wynoszonych przez żołnierzy na tron dzięki walorom osobistym. Niezatwierdzanie owych władców przez senat stanowiło dogodny pretekst dla uzurpatorów (których nie brakowało), rozruchów wewnętrznych, prób odrywania poszczególnych dzielnic i tworzenia nowych organizmów państwowych (np. imperium galickiego obejmującego swym zasięgiem Galię, Hiszpanię i Brytanię). Jednocześnie granice płonęły niepokojone z jednej strony przez Germanów, z drugiej zaś przez Persów. Szczególnie dotkliwym ciosem dla Rzymu była utrata na rzecz tych ostatnich ważnej twierdzy Dura-Europos położonej nad Eufratem. Szach Szapur I w wyprawie wojskowej na Syrię, Azję Mniejszą i Armenię zagroził imperium i upokorzył je.
Cesarz Walerian (253 - 260), zdając sobie sprawę z ogromu niebezpieczeństwa, wyruszył osobiście na wyprawę przeciwko Persom. Niestety eskapada zakończyła się dlań niepomyślnie - w 259 roku w bitwie pod Edessą nie tylko został pokonany, ale dostał się do niewoli. Była to rzecz niesłychana i nie mająca precedensu, nic zatem dziwnego, iż zbulwersowała społeczeństwo.
W tym samym czasie, kiedy ojciec tak niefortunnie skończył swą karierę na Wschodzie, jego syn i współrządca Galienus usiłował odeprzeć napierających na granice cesarstwa Germanów. Niestety, jego usiłowania spełzły na niczym. Wojsko oburzone nieudolnością Galienusa zamordowało go, obwołując cesarzem Marka Aureliusza Klaudiusza. Z tą chwilą władza na dłuższy okres przeszła w ręce cesarzy pochodzenia bałkańskiego, którzy doprowadzili do odnowienia państwa i umocnienia go przez zaprowadzenie reform.
Władcą zasługującym na uwagę był Dioklecjan (284-305), który wprowadził równoczesne rządy dwu cezarów i dwu augustów (tetrarchia), usiłując w ten sposób zapobiec przewrotom wojskowym i uzurpacjom. Niestety pomysł był chybiony, jako że sprzeciwiał się coraz popularniejszym wówczas tendencjom dynastycznym, które zresztą wkrótce zwyciężyły. Dla nas dużo bardziej interesujący będzie fakt, iż pod rządami Dioklecjana zakończył się ostatecznie proces zespolenia imperium (jednolita administracja na całym jego obszarze). Wtedy też pozbawiono Italię jej szczególnego i uprzywilejowanego znaczenia. Fakt ów jest chyba pewnego rodzaju symbolem - symbolem końca epoki supremacji italskiej, jej tradycji i jej bogów. Owszem cesarstwo się ostało, a nawet okrzepło (pokonano Persów i Germanów, przywrócono spokój wewnątrz granic), ale równocześnie jasne się stało, iż stare symbole są już bezwartościowe i najwyższy czas, aby zastąpić je nowymi i to takimi, które będą zdolne przemówić do wielonarodowej masy ludności zamieszkującej imperium i ją skonsolidować.
Z chwilą odsunięcia się w 305 roku od rządów Dioklecjana i Maksymiana skończyła się wymyślona przez tego pierwszego tetrarchia. Po pełnię władzy sięgnęli Maksencjusz i Konstantyn, syn Augusta Konstancjusza Chlorusa. Jak się można domyślić, spowodowało to wojnę domową, z której zwycięsko wyszedł po bitwie przy moście Mulwijskim (312 r.) Konstantyn zwany później Wielkim. Był trzeźwym politykiem i zdawał sobie sprawę z siły, jaką reprezentowało sobą chrześcijaństwo rozwijające się w szybkim tempie mimo licznych prześladowań. Chrześcijanie byli wszędzie, również i w armii. Na nich zatem postawił Konstantyn i przy ich pomocy pokonał Maksencjusza. W następnym roku chrześcijaństwo zrównano w prawach z pogańską religią państwową (edykt mediolański).
Czy kokietowanie wyznawców Chrystusa miało na celu tylko i wyłącznie zapewnienie sobie ich poparcia w walce o władzę? Raczej nie. Konstantyn bez wątpienia zdawał sobie sprawę z tego, iż lawinowy rozwój chrystianizmu może stać się czynnikiem integrującym poważnie osłabione imperium. Dostrzegł w nim ów nowy symbol, który można było podstawić na miejsce starych, zmurszałych.
Potrzebne mu było chrześcijaństwo do wzmocnienia państwa i władzy. Kościół zaś za cenę bezpieczeństwa zgodził się na poparcie cesarza i od tej chwili obie strony zjednoczyły swoje siły na długie, długie lata.
Władcy potrzebny był do zrealizowania swych zamierzeń Kościół silny i skonsolidowany. Słaby i rozdarty wewnętrznie nie mógłby bowiem spełniać pokładanych w nim nadziei. Toteż jedną z pierwszych czynności jedynowładcy (po zamordowaniu własnego szwagra Licyniusza) było wezwanie skierowane do patriarchy egipskiego Aleksandra i do Ariusza, aby zaprzestali sporów. Ponieważ ani jeden, ani drugi nie usłuchali cesarza, postanowił on zwołać biskupów całego chrześcijaństwa, aby wspólnie rozstrzygnęli, po czyjej stronie jest racja. Zdanie większości miało obowiązywać wszystkich wierzących w Chrystusa i tym samym zakończyć walkę religijną.
Pierwszy sobór ekumeniczny w Nicei
Ponieważ do dzisiejszych czasów zachowało się niewiele dokumentów soborowych, trudno jest precyzyjnie określić datę jego otwarcia i przebieg. Najprawdopodobniej rozpoczął się 20 maja 325 roku. Brało w nim udział około 250 biskupów (jak informuje Euzebiusz z Cezarei - pierwszy historyk Kościoła), wielu prezbiterów, diakonów, laików, a nawet... pogan. Poza biskupami z diecezji znajdujących się w granicach cesarstwa na sobór przybyli również hierarchowie ze Scytii i Persji. W początkowej fazie obrad Konstantyn nie uczestniczył. Na sali soborowej zjawił się prawie w miesiąc po otwarciu.
Ojcowie soborowi podzieleni byli na trzy stronnictwa: skrajnych ortodoksów (zwolenników tradycyjnej nauki głoszonej przez patriarchę egipskiego Aleksandra), arian i niezdecydowanych - lawirujących między obydwoma stronnictwami i usiłujących doprowadzić do kompromisu. W okresie przed przybyciem cesarza arianie byli dobrej myśli. Za Ariuszem opowiedziało się siedemnastu biskupów, wielkie rzesze prezbiterów, diakonów i wiernych, a co najważniejsze - sam dwór cesarski. Cesarz po przybyciu na salę obrad w wygłoszonym przemówieniu wyraził troskę z powodu rozbieżności doktrynalnych i wezwał biskupów do zaniechania sporów. Oczywiście troska Konstantyna nie wynikała z pobudek religijnych, jak chcą jego hagiografowie i niektórzy historycy kościelni. Cesarz gotów był poprzeć większość bez względu na to, którą z nauk by ona preferowała. Zależało mu jedynie na wewnętrznej spójności Kościoła, którym chciał się posłużyć w swych planach politycznych, a czy byłby on tradycjonalistyczny - katolicki, czy ariański, to już dla władcy było obojętne. Wiadomo, iż zarówno dwór, jak i sam cesarz darzył sympatią arianizm, lecz swoją władzą i autorytetem poparł jego przeciwników. W świetle tego nie może być prawdą twierdzenie niektórych pisarzy, jakoby Konstantyn siłą narzucił chrześcijaństwu swoje koncepcje teologiczne.
Nie będę rozwodził się nad przebiegiem obrad soborowych. W dyskusjach trwających od połowy czerwca ostatecznie zwycięstwo odniosło stronnictwo patriarchy aleksandryjskiego. Zredagowano tekst tzw. symbolu wiary (wyznania wiary, credo), w którym jasno i wyraźnie sprecyzowano naukę o Jezusie, która miała obowiązywać w całym Kościele.
Tekst symbolu nicejskiego głosi: Jezus jest jednorodzonym Synem Bożym, który "z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony, a nie stworzony, współistotny (homouzjos) Ojcu [...]". Jak widać, większość soborowa nie poszła na żaden kompromis z Ariuszem i nawet skompromitowany przez heretyków termin homouzjos znalazł się w Nicejskim Credo.
Dokumentu tego nie chciał podpisać jedynie Ariusz oraz pięciu biskupów - Sekundus z Ptolemaidy, Maris z Chalcedonu, Teogonis z Nicei, Teonas z Marmariku i Euzebiusz z Nikomedii. Ale ta jednomyślność zdecydowanej większości ojców soborowych nie spełniła oczekiwań Konstantyna. Cesarz chciał, aby wszyscy przyjęli symbol. Spośród oponentów biskupi Maris, Euzebiusz i Teogonis ostatecznie, ulegając namowom, złożyli swe podpisy pod symbolem, natomiast Ariusz i dwaj pozostali biskupi za nic nie chcieli wyrzec się swoich przekonań. Wyrzucono ich zatem (na rozkaz Konstantyna) z sali obrad, aby pełna jednomyślność obradujących stała się faktem. Trójkę nieugiętych skazano na wygnanie do Ilyrii, a dzieła Ariusza spalono. Jednocześnie prześladowaniami uciszono jego zwolenników.
Najciekawsze jest to, iż jedność Kościoła szczególnie leżała na sercu nie jego hierarchii, jak można by się spodziewać, ale cesarzowi, który przez całe swoje życie odkładał przyjęcie chrztu. Kościół ogłosił cesarza Konstantyna świętym, uznając jego zasługi położone dla chrześcijaństwa w ogóle, a dla chrześcijańskiej ortodoksji w szczególności. Konstantyn przyjął chrzest na łożu śmierci z rąk biskupa... ariańskiego.
Po soborze
Zdawać by się mogło, że w chrześcijaństwie zapanowały już zgoda i spokój. Niestety - pozostawało to w sferze pobożnych życzeń. Niemniej od czasów pierwszego soboru ekumenicznego w Nicei dla Kościoła rozpoczęła się tzw. era konstantyńska, czyli era ścisłej współpracy z państwem, trwająca w niektórych (nielicznych już) krajach po dziś dzień.
Jeśli chodzi o spory dogmatyczne, to miast ustać, rozgorzały ze zdwojoną siłą, tak jakby postanowienie Niceanum I dolało tylko oliwy do ognia. Przede wszystkim ci z uczestników obrad, którzy należeli do grupy niezdecydowanych, wbrew zaleceniom cesarskim i soborowym nie opublikowali wyznania wiary zawierającego skompromitowane przez Pawła z Samosaty wyrażenie "współistotny" (homouzjos), aby nie narazić się na zarzut herezji ze strony własnego kleru i wiernych. Jednocześnie członkowie stronnictwa ariańskiego, którzy ulegli presji cesarskiej i podpisali się pod symbolem nicejskim, wcale nie mieli zamiaru dać za wygraną. Przy użyciu wszystkich dostępnych im środków walczyli z ortodoksami, z których i na soborze, i po jego zakończeniu najaktywniejszy okazał się Atanazy z Aleksandrii, który objął egipską stolicę patriarszą po śmierci Aleksandra.
Pozbawienie ortodoksów wpływu u dworu i łaski cesarskiej pozwalałoby arianom doprowadzić do rewizji uchwał i wyroków soborowych. Główny ich przywódca, Euzebiusz z Nikomedii, po dziesięciu latach zabiegów i intryg osiągnął zamierzony cel, chociaż nie w pełni. Cesarz przebaczył Ariuszowi i nakazał mu wrócić do Aleksandrii, z której - aby zachować równowagę - wywieziono Atanazego na zsyłkę do Trewiru. Niestety powrotowi przeszkodziła śmierć Ariusza w 336 roku. Z wygnania odwołano wszakże innych ariańskich banitów. Te fakty tak rozzuchwaliły przeciwników Niceanum I, że na powrót jawnie zaczęli głosić swoje nauki i domagać się ułożenia nowego symbolu wiary, rozumiejąc, iż decyzje cesarskie przekreśliły uchwały soboru. Chaos w chrześcijaństwie pogłębił się jeszcze, gdy Konstantyn w roku 337 "oddał ducha Bogu".
Jego śmierć miała poważne skutki polityczne, które z kolei nie pozostawały bez wpływu na sytuację wewnątrzkościelną. Otóż cesarz podzielił imperium pomiędzy trzech swoich synów - Konstancjusza, Konstansa i Konstantyna II. Zgodnie z wcześniej już wypracowanym przez rzymskich cesarzy schematem rozpoczęła się walka o władzę. Spadkobiercy świętego - bo Kościół wyniósł go później na ołtarze, nadając mu nawet zaszczytny tytuł "Równy Apostołom" - Konstantyna najpierw wspólnymi siłami pomogli bliższym i dalszym krewnym przenieść się do lepszego świata. W ten sposób zabezpieczyli tyły do rozgrywki pomiędzy sobą. Stawką w grze było jedynowładztwo. Ostatecznie po latach zmagań i bitew o tron w roku 353 zwyciężył Konstancjusz. Fakt ten miał doniosłe następstwa dla Kościoła, ponieważ cesarz skłaniał się ku arianizmowi.
Jeszcze przed zagarnięciem władzy nad całym imperium zaczął robić czystkę w swojej dzielnicy. Prawowiernych biskupów - gdzie to tylko było możliwe - pozbawiał katedr, osadzając je arianami. W 338 roku Euzebiusza z Nikomedii (przyjaciela i protektora Ariusza) mianował biskupem stołecznego Konstantynopola. Skoro został jedynowładcą, swoją politykę kościelną rozciągnął na obszar całego cesarstwa.
Niestety Konstancjusz musiał się liczyć z poglądami na temat osoby Jezusa szeregowych wiernych, których przecież nie sposób było nakłonić edyktem do tego, aby przestali wierzyć w boskość Chrystusa. Należało podjąć działania, które sprawiłyby wrażenie legalnych, oraz wypracować nową formułę dogmatyczną, która w duchu byłaby ariańska i jednocześnie możliwa do przyjęcia przez szerokie rzesze zwykłych chrześcijan.
Na życzenie cesarza zwoływano zatem synody, na których biskupi głosili to, czego władca sobie życzył. Niezwykle pomocni dla planów imperatora okazali się ci teologowie, którzy na soborze nicejskim należeli do grupy niezdecydowanych. Wpadli oni bowiem na pomysł, aby słowo homouzjos (współistotny) budzące wiele kontrowersji, zastąpić słowem homoiuzjos, które oznaczało coś zupełnie innego, mianowicie "podobny". Chociaż wybieg ten zadowolił władcę, to wcale nie zadowolił teologów prawowiernych, którzy rozumiejąc, iż istota podobna do Boga Bogiem wcale być nie musi, podnieśli krzyk protestu.
Sporządzono zatem inną formułę, głoszącą, iż Jezus jest Ojcu podporządkowany, pomijając zupełnym milczeniem to, czy jest do niego podobny, czy też współistotny. Ale i na to nie chcieli się ortodoksi zgodzić, twierdząc, że jeśli ktoś jest komuś podporządkowany, to przez to samo nie może być mu współistotny. Tym razem jednak zabrakło Konstancjuszowi cierpliwości i siłą nakłonił do podpisania się pod tym orzeczeniem dogmatycznym większości opornych dotąd biskupów.
Z owym wydarzeniem wiąże się niezwykle ciekawa sprawa. Mianowicie jednym z hierarchów, który ugiął się przed wolą cesarską i podpisał heretycką formułę dogmatyczną, był papież rzymski Liberiusz (352 - 366), który jako oporny do tego momentu przebywał na wygnaniu w Tracji, a jego miejsce w Rzymie zajął, z nadania cesarskiego, antypapież Feliks II. Liberiusz podpisując ów dokument, stał się tym samym heretykiem, co kłóci się z uchwalonym podczas obrad Vaticanum I (1870 r.) dogmatem o nieomylności biskupów rzymskim w sprawach wiary i moralności. Oczywiście, gdy głoszą oni coś ex cathedra. Sprawę heretyckiego papieża wywlekali - i do dziś zresztą powołują się na nią - przeciwnicy owego dogmatu. Owszem, papieżowi wolno być heretykiem i nie zaprzeczy to dogmatowi o jego nieomylności pod warunkiem, iż będzie nim prywatnie. Występując oficjalnie, w całym majestacie swego urzędu, papież jakoby herezji głosić nie może.
Niestety pewien czyn Liberiusza zdaje się podważać rzymskokatolicką naukę o nieomylności. Otóż po powrocie ze zsyłki do Rzymu, chociaż nie ogłaszał - a przynajmniej brak na to dowodów - formuły zawierającej termin "podporządkowany", to jednak uczynił coś, co zdaje się wskazywać na to, że był heretykiem ex cathedra. Mianowicie wyklął w sposób uroczysty przed całym zgromadzeniem duchowieństwa rzymskiego największego przeciwnika arianizmu - św. Atanazego, podpisując się niejako tym czynem publicznie pod ariańskim credo.
Ostatecznie woli cesarza uczyniono zadość w roku 359, kiedy to większość biskupów przyjęła nieprawowierną formułę. Ale, jak mówił Heraklit, wszystko płynie i nic nie pozostaje na miejscu. Toteż gdy Konstancjusz zakończył życie w 361 roku, a jego miejsce zajął Julian, obdarzony przez chrześcijan przydomkiem "Apostata", który, porzuciwszy chrześcijaństwo, zaczął popierać starych bogów, los dla arian przestał być łaskawy.
Julian, chcąc zniszczyć chrystianizm przy użyciu różnych metod, rozpoczął walkę z Kościołem. Jednym z pierwszych jego posunięć było odwołanie z wygnania wszystkich prawowiernych hierarchów. Cesarz wiedział, że tym sprytnym manewrem przyczyni się do wzrostu zamieszania i zaostrzy walkę w Kościele. Naturalnie jego oczekiwania spełniły się i trudno przewidzieć, jakie byłyby dalsze losy chrześcijaństwa pod rządami tego zdecydowanego i jednocześnie niezwykle inteligentnego wroga, gdyby nie to, że Julian bardzo szybko "przeniósł się na Pola Elizejskie", czyli w pogańskie zaświaty, (w 363 roku).
Po śmierci Apostaty koronę cesarską przywdział Jowian, którego rządy nie miały praktycznie żadnego znaczenia dla Kościoła, zmarł bowiem również rychło (w 364 roku). Dopiero po nim, gdy po władzę sięgnęli Walentynian (zmarł w roku 375) i Walens (zmarł w roku 378) i podzielili imperium na wschodnie i zachodnie, ustaliła się niejako linia graniczna między arianami i ortodoksami. Ci ostatni wzmocnili swoje bastiony na Zachodzie, ciesząc się poparciem Walentyniana I, drudzy natomiast na Wschodzie, mając oparcie w Walensie.
Niestety skrajni arianie "przedobrzyli". Jeden z ich teologów, biskup Eunomisz z Cyzyku, począł twierdzić, iż Jezus nie jest nawet podobny do Ojca. Pogląd ów, miast przyczynić się do umocnienia arianizmu, okazał się dlań niezmiernie szkodliwy. Spowodował, że grupa niezdecydowanych, chętnych do wypracowania formuły możliwej do przyjęcia przez obie strony, na skutek nazbyt radykalnych poglądów Eunomiusza ostatecznie przyłączyła się do ortodoksów, dając się wreszcie przekonać do prawowierności osławionego homouzjos. Teraz arianie znaleźli się w mniejszości, a nowa postać na tronie cesarskim Wschodu doprowadziła do ich ostatecznej klęski.
Tym władcą był Teodozjusz zwany Wielkim (379 - 395), który okazał się tak gorliwym obrońcą nicejskiego symbolu wiary, że z chwilą objęcia rządów od razu rozpoczął walkę z arianami. Najpierw powypędzał ich z kościołów stolicy, oddając je ortodoksom. W roku 380 wydał edykt zakazujący poddanym inaczej wierzyć, niż głosi symbol nicejski, a w rok później zabronił arianom publicznego sprawowania kultu oraz pozbawił ich świątyń w całym państwie.
Działalność Teodozjusza spowodowała ostateczną klęskę arianizmu, a właściwie jego form zorganizowanych. W Kościele zwyciężył pogląd głoszony niegdyś, przed laty, przez egipskiego patriarchę i obowiązuje po dziś dzień w kościołach: prawosławnym, rzymskokatolickim, starokatolickim, anglikańskim i w znacznej liczbie wyznań protestanckich.
Oczywiście nie ma takiej ludzkiej siły, która by potrafiła zniszczyć, unicestwić myśl człowieczą. Toteż metody Teodozjusza, chociaż skuteczne w tym sensie, że pozwoliły zwolennikom Niceanum I całkowicie zapanować nad Kościołem w cesarstwie, nie sprawiły, że myśl Ariusza uległa zapomnieniu i że wszyscy bez wyjątku biskupi, kler niższych stopni oraz wierni zaczęli wierzyć, jak tego domagał się cesarz. Uciskani arianie na obszarze samego cesarstwa zeszli do podziemia, a większość z nich wyemigrowała do krajów ościennych.
Nauka Ariusza w zmienionej formie i rozciągnięta również na Ducha Świętego, przez długie jeszcze wieki przysparzała niepokojów w łonie Kościoła.
Neoarianizm wyznawany był i w Polsce, gdzie znalazł podatny grunt i w swoim rozwoju zdawał się zagrażać nie tylko Kościołowi rzymskokatolickiemu, ale również i protestantom. Najbujniej rozwijał się w Sandomierskiem, a jego głównym ośrodkiem był Raków wraz ze swą słynną Akademią. Ale to już inne czasy i inni ludzie. I inna historia.
Dziś także są tacy, którzy za kamień węgielny swych doktryn uważają naukę głoszoną w starożytności przez złotoustego proboszcza aleksandryjskiego kościoła Baukalis.
Nauki Ariusza na temat Jezusa zasiały nie tylko niepokój w Kościele, ale sprawiły, że przez długie lata miały się toczyć zażarte spory na temat natury Chrystusa.
Wcześniej publicznie nie zastanawiano się nad takimi kwestiami, gdy jednak Ariusz i Sobór Nicejski I niejako "przetarły szlak" teologowie jęli - zastanawiając się nad Jezusowym bóstwem i człowieczeństwem - snuć najrozmaitsze, fantastyczne nieraz spekulacje.
Ponieważ Niceanum I obroniło bóstwo Jezusa, tym samym w oczach wielu (nie tylko teologów, ale i zwykłych wiernych) Jezus przestał być człowiekiem. Nie mógł się z tym pogodzić jeden człowiek, który stał się ojcem nowej herezji. Był nim patriarcha Nowego Rzymu, czyli Kontantynopola, Nestoriusz.
CHRZEŚCIJAŃSTWO
Chrześcijaństwo to objawiona religia monoteistyczna, głosząca wiarę w jedynego Boga, ale - zdecydowana większość wyznań - twierdzi, iż istnieje On w trzech osobach: Boga Ojca, Syna Bożego Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego. Nauka ta stanowi dogmat wiary.
W Kościołach: rzymskokatolickim, katolicyzujących, prawosławnych czy orientalnych istnieje również rozwinięty kult Maryi - Matki Bożej (po grecku Theotokos), aniołów i świętych ludzi - męczenników za wiarę i wyznawców, charakteryzujących się "cnotami heroicznymi".
Źródłem wiary chrześcijan jest Biblia Starego i Nowego Testamentu, a u licznych wyznań także tzw. św. Tradycja. Obowiązuje Dekalog dany Żydom przez Boga za pośrednictwem Mojżesza, oraz zalecone przez Jezusa Chrystusa dwa przykazania miłości:
"Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy." (Mat. 22, 37-40 BT - Biblia Tysiąclecia - Biblia Tysiąclecia, [w:] Internet - http://www.biblia.poznan.pl/Biblia.htm)
Chrześcijanie wierzą, że Jezus z Nazaretu, zwany Chrystusem (Pomazańcem) był przyobiecanym przez Boga Ojca Mesjaszem, który za sprawą Ducha Świętego narodził się w ludzkim ciele z żydowskiej dziewczyny Maryi, umarł za grzechy ludzkości, zmartwychwstał, wstąpił do nieba, skąd powróci by wskrzesić umarłych, osądzić ludzkość i ostatecznie pokonać wszelkie zło.
To, w co wierzy zdecydowana większość chrześcijan precyzuje Nicejsko-Konstantynopolitański tzw. "Symbol Wiary", którego nazwa pochodzi od Soboru Nicejskiego I - pierwszego soboru powszechnego, z 325, i Soboru Konstantynopolitańskiego I z 381 r., na których opracowano tekst "Symbolu Wiary". Symbol Wiary, potocznie nazywany "Credo" - od pierwszego łacińskiego słowa tegoż "Symbolu", które właśnie brzmi "Credo" - "Wierzę". Prezentuję go tu w wersji prawosławnej:
"Wierzę w jedynego Boga,
Ojca wszechmogącego,
Stworzyciela nieba i ziemi,
wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.
I w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
Który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami.
Światłość ze światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego,
Zrodzony a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.
On to dla nas, ludzi
i dla naszego zbawienia
zstąpił z nieba
i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy
i stał się człowiekiem.
Ukrzyżowany również za nas,
pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.
I zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo.
I wstąpił do nieba,
siedzi po prawicy Ojca.
I powtórnie przyjdzie w chwale
sądzić żywych i umarłych:
a Królestwu Jego nie będzie końca.
Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela,
Który od Ojca (Filioque) pochodzi,
Który z Ojcem i Synem
Wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę,
Który mówił przez proroków.
Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół.
Wyznaję jeden Chrzest
Na odpuszczenie grzechów.
I oczekuję wskrzeszenia umarłych
i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen"
("Obrzęd Świętej i Boskiej Liturgii świętych Ojców naszych Jana Złotoustego i Bazylego Wielkiego", [w:] "Św. Jan Chryzostom, Wybór pism. Modlitwy liturgiczne. Pisma o charakterze wychowawczym", przeł.: ks. H. Paprocki, ks. W. Kania, Warszawa 1974, s. 86-87; por też: "Nauczanie i wyjaśnienia modlitw. Książka pomocnicza do nauki religii prawosławnej w szkołach powszechnych", Warszawa 1939, s. 30-31; W wersji zachodniej, katolickiej Symbolu Wiary w tym miejscu zostały dodane słowa: "i Syna" (po łacinie: "Filioque") - por.: "Missale Romanum. Ex Decreto sacrosancti Concilii Tridentini restitutum summorum pontificum cura recognitum", Novi Eboraci, Bostoniae, Cincinnati, Chicagiae, Sancti Francisci [1960], s. 223; por. też: "Mszał Kościoła Polskokatolickiego", Warszawa 1963, s. 208)
"Chrześcijanie wierzą w Kościół powszechny ustanowiony przez Jezusa, jako wspólnotę ludzi wierzących i dążących do zbawienia. Część z nich uważa, że owym Kościołem jest zgromadzenie do którego należą (...), a inna część - że Kościołem tym jest niewidzialna wspólnota ludzi połączonych wspólną wiarą, należących do różnych wyznań (...) Pierwsze podejście skłania do odmawiania innym wyznaniom prawa do nazywania się Kościołami oraz prozelityzmu - nawracania innowierców. Drugie skłania do ekumenizmu oraz dostrzegania w innych wiarach inspirujących wartości. Ponieważ w ramach chrześcijaństwa funkcjonuje wiele wyznań (denominacji) te wewnętrzne podziały mogą być przez wiernych traktowane jako największa rana współczesnego chrześcijaństwa, ale również jako bogactwo i wartość." ("Chrześcijaństwo", [w:] "WIKIPEDIA, WOLNA ENCYKLOPEDIA", [w:] Internet - http://pl.wikipedia.org/).
A zatem chrześcijaństwo po ponad dwu tysiącleciach istnienia jawi się nam rozbite i skłócone. Obecnie egzystują dziesiątki i setki Kościołów, wyznań, sekt, które chociaż głoszą wiarę w Chrystusa, to jednak różnią się między sobą. Czasem rozbieżności doktrynalne są minimalne, czasem zaś głębokie i rozległe niczym przepaść, której ani przeskoczyć, ani nawet obejść się nie da, bo tyczące podstawowych dogmatów - w tym oczywiście także nauki o rzeczach ostatecznych człowieka i świata. (A. J. Sarwa, "Herezjarchowie i schizmatycy", Poznań 1991, s. 7).
Od samego początku istnienia chrystianizmu różni ludzie w różny sposób interpretowali naukę Jezusa Chrystusa. Od samego początku brak było jednomyślności, czego ślady da się odszukać nawet i na kartach Pisma Świętego Nowego Testamentu. Mijały lata i stulecia i nic się nie zmieniało. Inaczej myślących, nie godzących się z nauką Kościoła Powszechnego, czyli Kościoła większości wierzących i duchowieństwa, miast ubywać, przybywało. (Tamże).
Obecnie można chrześcijaństwo podzielić, nawiasem mówiąc dość umownie zresztą, na kilka grup, czy też rodzajów. Oto one: Kościół katolicki wraz z Kościołami tzw. katolicyzującymi (starokatolickie, sedewakantystyczne, liberalne itp.), Cerkiew prawosławna (oraz niezależne i tzw. "niekanoniczne" Cerkwie prawosławne), Kościoły orientalne (tzw. "przedchalcedońskie"), Kościół anglikański i episkopalny (wraz z bardzo licznymi jego "odmianami" - o zabarwieniu katolickim, prawosławnym, liberalnym itp.), Wyznania tradycji protestanckiej (staroprotestanckie jak luteranizm czy kalwinizm i nowoprotestanckie jak np. adwentyzm), Kościoły afrochrześcijańskie, wyznania chrześcijańskie nietrynitarne (jak np. Świadkowie Jehowy czy też nietrynitarne ruchy religijne pochodzenia prawosławnego), restoracjonizm (mormonizm), wierzenia synkretyczne (mieszanka pogańskich wierzeń afrykańskich, indiańskich i katolicyzmu), nowe ruchy religijne o charakterze lub tradycji chrześcijańskiej. ("Chrześcijaństwo", [w:] "WIKIPEDIA, WOLNA ENCYKLOPEDIA"..., por. także: Rev. Fr. Begonja, Churches/Denominations/Jurisdictions, Dioceses/Eparchies and Priestly Societies, [w:] Internet - http://www.ind-movement.org/links_denominations.html, oraz: Independent Christian Churches, [w:] Internet - http://www.localeye.info/pages?catId=1189; oraz: Rev. A.R. Kemp, "A Brief History of Independent Catholicism in North America", [w:] Internet - http://www.concentric.net/~Cosmas/indcath.htm).
Szacunkowo oblicza się, że chrześcijaństwo wyznaje około 30% ludności świata (2 miliardy), w tym: około 1.100 milionów to katolicy, 367 milionów - protestanci, 216 milionów - prawosławni, 84 miliony - anglikanie, 414 milionów - wyznawcy Kościołów wschodnich - niechalcedońskich oraz niezaliczający się do poprzednich, ponad 12 milionów - mormoni, około 6 milionów - świadkowie Jehowy. ("Chrześcijaństwo", [w:] "WIKIPEDIA, WOLNA ENCYKLOPEDIA"...).
Chrześcijaństwo ma swoje korzenie w religii żydowskiej, a nawet uważa się (tu jednomyślne są wszystkie wyznania, kościoły, czy sekty), za "Izrael duchowy", ten, który zajął miejsce "narodu wybranego", odrzuconego przez Boga, gdy Żydzi nie uznali Jezusa z Nazaretu za Mesjasza.
W religii żydowskiej głosiło się (i głosi po dziś dzień) wiarę w przyjście Mesjasza-Pomazańca, który ma dokonać zgromadzenia rozproszonych synów Izraela, stworzenia silnego żydowskiego państwa, zbawienia całej ludzkości i uzdrowienia świata z grzechu.
Chrześcijaństwo uważa natomiast, że Mesjasz już nadszedł, i był nim Jezus, który narodził się po to, by zbawić wszystkich ludzi, uwolnić ich z władzy Szatana, a nie być wyłącznie żydowskim przywódcą politycznym, mającym doprowadzić jedynie do wyzwolenia Izraela i stworzenia silnego państwa żydowskiego.
Chrześcijaństwo powstało na Bliskim Wschodzie, w Palestynie, w wyniku działalności nauczycielskiej Jezusa Chrystusa, po jego śmierci kontynuowanej przez Apostołów i uczniów jakich pozostawił po sobie, a którzy uwierzyli, że był on tym przyobiecanym przez proroków Mesjaszem-Pomazańcem.
Jak wspomniałem, chrześcijaństwo wyrosło na gruncie religii żydowskiej i w środowisku żydowskim, rychło jednak oddzieliło się od judaizmu, nie odcinając się jednak zupełnie od swych żydowskich korzeni.
Jezus urodził się za panowania cesarza rzymskiego Oktawiana Augusta około 750 roku od założenia Rzymu, czyli - najprawdopodobniej - na kilka lat przed pierwszym rokiem nowej ery, liczonej od domniemanej daty jego narodzenia. (E. Renan, "Żywot Jezusa", przeł. A. Niemojewski, Warszawa 1907, s. 70). Przyjmuje się, że narodzenie miało miejsce w 747 r. od założenia Rzymu, ale dziś już wiadomo, że jest to data nieścisła. Niektórzy historycy uważają, że wydarzyło się to w 7 roku p.n.e. (А. Боголюбов, "Сын человеческий, Bruxelles [1976], s. 321). Inni uważają nawet, że miało to miejsce na jesieni 5 roku p.n.e., na co wskazuje dogłębna analiza Pisma Świętego. (A. J. Palla, Skarby Świątyni, Rybnik 1999). Mnich Dionizy Mały, który na zlecenie cesarza Justyniana Wielkiego, obliczając w 562 roku n.e. datę narodzin Jezusa w stosunku do "ab Urbe condita", po prostu pomylił się o kilka lat.
Według nauki chrześcijańskiej Jezus przyszedł na świat jako syn dziewicy Maryi w niewielkim żydowskim miasteczku Betlejem. Jego poczęcie odbyło się w cudowny sposób, za sprawą Ducha Świętego. Przez swą matkę pochodził z królewskiego rodu Dawida. Tak więc - według ciała - był Żydem, potomkiem Abrahama, i królem żydowskim, zaś z racji miejsca narodzenia i zamieszkania poddanym rzymskiego cesarza, członkiem lokalnej społeczności miasta Nazaret, gdzie spędził wiele lat swego życia, jako syn ubogiej rodziny, którego opiekun, mąż Maryi Józef, utrzymywał się z pracy rąk, wykonując zawód cieśli. Można domniemywać, że i Jezus do trzydziestego roku życia, czyli do czasu, gdy porzucił rodzinne miasto i zajął się nauczaniem, również wykonywał ten zawód. (J. Hergenröther, "Historya powszechna Kościoła Katolickiego", Warszawa 1901, t. II, s. 95-96).
O okresie dzieciństwa i młodości Jezusa prawie nic nie wiemy, poza tym, iż jego rodzina, aby ocalić życie nowonarodzonemu dziecku, na które czyhał król Herod, ratowała się ucieczką do Egiptu. Tam też mieszkał Jezus aż do śmierci krwiożerczego władcy. Prócz tego, znany jest nam jeszcze jeden epizod z życia młodego Jezusa, jego spotkanie i dysputa z kapłanami w Świątyni Jerozolimskiej, kiedy liczył 12 lat. (W. O. Didon Z.K., "Jezus Chrystus", przeł. H. Piotr Kossowski, bp, Warszawa 1891, s. 174-179).
W okresie panowania rzymskiego cesarza Tyberiusza, pomiędzy rokiem 28 a 30 nowej ery, Jezus rozpoczął działalność publiczną. ("Leksykon religii", z inicjatywy F. Königa przy współpracy wielu uczonych wydał H. Waldenfels, przekład opracował i bibliografię polską sporządził P. Pachciarek, Warszawa 1997, s. 60). Dzisiaj już żaden poważny historyk nie ośmieli się zakwestionować historyczności Jezusa z Nazaretu, chociaż we wcześniejszym okresie (XIX i XX w.) takie próby były podejmowane. Mimo skąpości źródeł historycznych, jego istnienie i działalność nie podlegają żadnej dyskusji.
Około 30 roku swego życia Jezus zgromadził wokół siebie zwolenników swojej nauki, powołał także ściślejsze grono najbliższych swych współpracowników, czyli 12 apostołów i 72 uczniów. Wraz z nimi wędrował po kraju, głosząc nadejście Królestwa Bożego i wzywając ludzi do nawrócenia i zmiany życia.
Nauki głoszone przez Jezusa nie podobały się starszym ludu, kapłanom i uczonym w Piśmie, stanowiły bowiem zagrożenie dla ich uprzywilejowanych pozycji, godząc ponadto w ustalony ład i porządek społeczny, prawny i religijny.
Dlatego też w pewnym okresie, mniej więcej w trzy lata po rozpoczęciu publicznej działalności przez Jezusa, kapłani i starsi rozpoczęli kampanię mającą na celu wyeliminowanie go z życia publicznego.
Na skutek działań podjętych przez starszyznę żydowską, na skutek zdrady jakiej dopuścił się jeden z 12 Apostołów, Judasz, Jezus został pojmany, osądzony i stracony okrutną i haniebną śmiercią przez przybicie do krzyża. Gdy zawiodły nieprawdziwe oskarżenia, bo fałszywi świadkowie składali sprzeczne zeznania, bezpośrednim powodem do zabicia Jezusa stało się jego oświadczenie, że jest on Mesjaszem, Synem Bożym, co było dla żydów (żyd - pisane z małej litery oznacza nie członka narodu, lecz wyznawcę religii żydowskiej) bluźnierstwem. A za bluźnierstwo można było orzec jedną tylko karę, karę śmierci. Kapłani i starsi żydowscy skazali zatem - zgodnie ze swym prawem - Jezusa, ale ponieważ, nie chcieli na siebie brać odpowiedzialności, wydali go w ręce rzymskiego prokuratora Poncjusza Piłata, na którego wywarli nacisk, zmuszając go do wydania wyroku śmierci przez ukrzyżowanie.
"Tak więc prowadzono Jezusa, dźwigającego krzyż, na miejsce stracenia. Na Golgocie przybito go do krzyża i podniesiono pomiędzy dwoma łotrami. Straż nieludzka rozdzieliła szaty Jego pomiędzy siebie; lud i kapłani, a nawet jeden ze współukrzyżowanych złorzeczyli Mu, gdy drugi wyprosił sobie przebaczenie i łaskę. Z szyderstwem mówili do Niego prześladowcy: "jeśli jesteś Synem Bożym, zstąp z krzyża!" Ocet zmieszany z żółcią podano Mu jako napój odurzający; On jednak odmówił napoju, ponieważ chciał z całą przytomnością umysłu ponieść ofiarę śmierci. Z uczniów Jego jeden tylko Jan stał pod krzyżem z matką Jezusa. Matkę polecił Zbawiciel opiece Apostoła Miłości. Coraz straszliwsza, stawała się męka Jego, zdawało się, że ugnie się pod nią natura ludzka Syna Bożego. W końcu wyrzekł Jezus słowa Psalmu, przepowiadające Jego cierpienia: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" Wreszcie słowami: "Wykonało się", oświadczył, że dzieło Jego odkupienia zostało spełnione i oddał swego ducha w ręce Ojca niebieskiego.
Nadzwyczajne zjawiska przyrody towarzyszyły śmierci Jezusa: zaćmienie słońca, trzęsienie ziemi rozdarcie zasłony w świątyni, jako oznaka, że ze śmiercią Chrystusa zniknął przedział i wszystkim ludziom otwarty został dostęp do królestwa Bożego, do prawdziwej najświętszej świątyni. Ten tryumf odniósł jeszcze Sprawiedliwy, że napis nakazany przez Piłata "Jezus Nazareński król żydowski", pomimo oporu Żydów, pozostał na krzyżu. Z ciała przebitego włócznią, dla przekonania się o śmierci, spłynęła krew i woda. (...) Setnik pogański uznał ukrzyżowanego za Sprawiedliwego, za Syna Bożego. Zdjęte z krzyża ciało przez bogatego Józefa z Arymatei, członka Sanhedrynu, który wyprosił je sobie, pochowane zostało w nowym, przeznaczonym na ten cel grobie. Grób ten został opieczętowany i strzeżony bacznie przez żołnierzy, aby zapobiec usunięciu ciała przez uczniów Chrystusa. (...)
Cel jednak zgładzenia na zawsze ze świata znienawidzonego Nazarejczyka i Jego nauki nie został osiągnięty; śmierć nie mogła przeciąć nici życia Twórcy żywota. Ukrzyżowany powstał, jak to przepowiedział, dnia trzeciego, składając tym najbardziej przekonywający dowód swej boskości. W dniu Swego zmartwychwstania ukazał się Maryi Magdalenie, następnie Kefasowi, dwom uczniom w drodze Emaus, a późno w nocy swym Apostołom, którzy widząc Go, z trudnością dowierzali swym zmysłom. Ukazywania się Chrystusa powtarzają się odtąd przeważnie w Galilei, gdzie przebywało wielu wiernych i dokąd na Jego rozkaz Apostołowie udali się po skończonych świętach wielkanocnych. Krótko przed uroczystością Zielonych Świątek Apostołowie przybyli również na Jego rozkaz do Jerozolimy. Jezus objawił się im tam kilkakrotnie i ukazał prawdziwe swe ciało ludzkie, ale w stanie chwalebnym. Wszystkie wątpliwości wiernych musiały umilknąć; nawet Tomasz, który najdłużej nie wierzył, przekonał się w zupełności o prawdzie zmartwychwstania i uznał Jezusa za swego Pana i Boga. On, Pan, przebywał po zmartwychwstaniu jeszcze, czterdzieści dni pomiędzy swoimi, udzielał im dalsze polecenia i nauki co do rozszerzania i rozwoju swego królestwa, Nakazał im oczekiwać zesłania Ducha Św. w Jerozolimie i wzniósł się następnie z Góry Oliwnej, gdzie rozpoczęło się Jego cierpienie, niesiony na obłokach do nieba, aby kiedyś powrócić stamtąd, jako Sędzia żywych i umarłych." (J. Hergenröther, Historya powszechna..., s. 104-105).
Dla chrześcijan śmierć Jezusa, "doskonałego baranka paschalnego" miała i ma wymiar kosmiczny, oto bowiem składając z samego siebie ofiarę doskonałą, zniweczył skutki grzechu Prarodziców.
Bardzo pięknie mówi na ten temat św. Andrzej z Krety:
"Ciało Twoje i Krew, Słowo, złożyłeś w ofierze, za wszystkich będąc krzyżowanym. Ciało, aby mnie odnowić, a Krew, aby mnie obmyć, i ducha oddałeś, Chryste, aby mnie doprowadzić do Twego Ojca. (...) Pośrodku ziemi uczyniłeś zbawienie, Miłosierny, abyśmy byli zbawieni. Dobrowolnie zostałeś ukrzyżowany na drzewie, otwiera się zamknięty Eden, niebieskie i ziemskie stworzenia, i wszystkie zbawione ludy kłaniają się Tobie." (Andrzej z Krety, św., "Wielki Kanon Pokutny", przekład i opracowanie ks. dr H. Paprocki, Hajnówka 2000, s. 81).
Po śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Jezusa liczba wszystkich jego zwolenników wynosiła w Galilei 500 osób, zaś w Jerozolimie 120, włączając w to Apostołów. (J. Hergenröther, "Historya powszechna...", s. 107). Byli to ludzie zastraszeni, którzy, chociaż byli świadkami zmartwychwstania Mesjasza, wcale nie nabrali przez to większej odwagi. Nie prowadzili oni działalności misjonarskiej, starając się raczej nie afiszować, aby nie narazić się starszyźnie żydowskiej. Po wniebowstąpieniu Apostołowie uzupełnili swe grono w drodze losowania, wybierając na miejsce zdrajcy Judasza, który się powiesił, Macieja na którego padł los. Spotykali się na modlitwie nie bardzo chyba wiedząc co mają dalej począć.
Tak jednak było do czasu, bowiem w dziesięć dni po wniebowstąpieniu, w święto Pięćdziesiątnicy nastąpiło coś niezwykłego, oto na zebranych uczniów i Apostołów, w szumie wichru, w postaci ognistych języków zstąpił Duch Święty, napełniając zebranych męstwem, mądrością i zapałem.
Uczniowie Jezusa przestali się obawiać czegokolwiek i kogokolwiek, rozpoczynając działalność misyjną, która natychmiast przyniosła ogromne efekty. Oto bowiem, po wygłoszeniu przemówienia do ludzi zebranych w Jerozolimie z okazji święta, chrzest przyjęło aż trzy tysiące osób.
W pierwszym okresie działalności apostolskiej związek ze Świątynia Jerozolimską nie uległ zerwaniu, sami zaś chrześcijanie byli postrzegani przez żydów jako marginalna, niegroźna sekta. W miarę jednak upływu czasu liczba zwolenników nauki Jezusa z Nazaretu powiększała się, dlatego wyznawcy religii mojżeszowej poczęli siłą zwalczać chrześcijan. Po pierwszym wyroku śmierci dokonanym w imieniu prawa żydowskiego, dokonanym na jednym z pomocników Apostołów, diakonie Szczepanie, którego ukamienowano, cześć wiernych zamieszkała poza Jerozolimą, rozpraszając się po Judei, Samarii, Fenicji, Syrii i Cyprze, zanosząc ewangelię - czyli dobrą nowinę - o Królestwie Bożym (lub Królestwie Niebieskim - "Nowy Testament" używa tych nazw zamiennie) do ludów pogańskich.
Tymczasem prześladowania chrześcijan nie ustawały, ale zamiast przynosić spodziewany efekt, czyli doprowadzić do wytępienia nowego ruchu, sprawiały, że umacniał się on potężniał.
Gwałtowny rozwój Kościoła nastąpił, gdy jeden z jego największych prześladowców, Szaweł z Tarsu sam się nawrócił w drodze z Jerozolimy do Damaszku, dokąd został wysłany przez kapłanów, aby prześladować wyznawców Jezusa. Szaweł przeistoczył się w Pawła i stał się najgorliwszym z misjonarzy, którzy działali w środowisku pogańskim.
Nauka Jezusa z Nazaretu rozprzestrzeniała się bardzo szybko, stanowiąc coraz poważniejsze zagrożenie już nie tylko dla judaizmu, lecz także dla religii pogańskich istniejących na terenie cesarstwa rzymskiego, mogąc tym samym zagrozić jedności państwa. Imperatorzy dostrzegając to niebezpieczeństwo, usiłowali utopić chrześcijaństwo w morzu krwi. Efekt ich działań był jednak żaden, bo choć prześladowania chrześcijan były straszliwe, to wyznawców Jezusa miast ubywać - przybywało.
Poważniejszym niebezpieczeństwem dla młodego Kościoła, od prześladowań władzy państwowej, były istniejące od samego początku różnice w interpretacji nauczania Chrystusa, co prowadziło do powstawania schizm i herezji.
I tyle w zasadzie można w wielkim skrócie powiedzieć o powstaniu chrześcijaństwa, które ostatecznie swą nazwę zawdzięcza imieniu Jezusa Chrystusa, mimo iż jego pierwsi wyznawcy sami siebie tak nie nazywali.
A oto dokładne wyjaśnienie tej kwestii:
"Chrześcijanie, wyznawcy Chrystusa, chrztem św. odrodzeni. Nazwa ta pochodzi z Antjochji nad Orontem, gdzie około 40 r. po Chr. powstała pierwsza parafja złożona z chrześcijan, z poganizmu nawróconych, gdzie też po raz pierwszy wierni około 43 r. zostali nazwani chrześcijanami. Dzieje Apostolskie opowiadają to w r. 11, 26. Oczywistą jest rzeczą, że nazwa ??????????, christiani, znaczy to samo, co ?? ??? ???????, t.j. uczniów, zwolenników Chrystusa. Nazwa ta nie pochodzi zapewne od samych chrześcijan, bo ci nazywali się zazwyczaj uczniami, braćmi, świętymi; nadto, wyraz christiani był początkowo używany w pewnego rodzaju pogardliwym znaczeniu, jak to widać z Dz. Ap. 26, 28. 1 Piotr. 4, i z Tacyta, Annal. XV 44. Nie żydzi też nazwę tę wymyślili, bo nienawistnych sobie ludzi nie nazywaliby zaszczytnym mianem zwolenników Mesjasza, uczniów Pomazańca (...); zresztą wiadomo, że nazywali ich nazarejczykami, galilejczykami. Prawdopodobnie więc nazwa, o której tu mowa, pochodzi od pogan, a mianowicie, jak rzymska jej forma wskazuje, od Rzymian. Grecy powiedzieliby ?? ??? ???????, ci (co są) Chrystusa; Rzymianom zaś, mieszkającym w Antjochji, poręczniej było mówić: christiani, tak jak zwolenników Cezara nazywano caesariani, Pompejusza - pompejani; uważali oni bowiem wyraz Chrystus za imię własne, nie domyślając się bynajmniej, że to jest nazwa honoru (godności - A.S.) i że znaczy namaszczonego. Że nazwa ta wyszła z Antjochji, tem się objaśnia, iż tu pierwsza powstała parafja z pogan i że ta wyraźniej wyróżniała się od żydów, niż to miało miejsce w Palestynie. Obok nazwy christiani, spotyka się i drugą formę chrestiani, gdy niektórzy poganie, nie rozumiejący znaczenia mesjanizmu, nazwę Zbawiciela wywodzili nie od ???? - namaszczam, ale od ??????? - wybrany, prawy (...) Nazwa ta za pogardliwą przez pogan uważana, przez wyznawców Chrystusowych przyjęta była niebawem, jako zaszczytna, Dawni Ojcowie Kościoła dawali jeszcze nadto chrześcijanom następne nazwy: catholici, dla odróżnienia od heretyków i dla oznaczenia chrześcijan prawowiernych, należących do jednego kościoła powszechnego; ecclesiastici, kościelni, członkowie kościoła; dogmatici, wyznawcy prawdziwej nauki chrześcjańskiej; gnostici, t.j. uczestniczący w prawdziwej mądrości (gnosis). Symbolicznie jeszcze oznaczali ich nazwą pielgrzymów, wędrowców, baranków (...), ryb (...). żydzi i poganie bogaty mieli słownik przezwisk dla chrześcjan. Oprócz wyżej wspomnianych nazw nazarejczyków i galilejczyków, zwali ich jeszcze magami, sibyllistami, parabolanami, desperatami (biatanatami), ateuszami, nowinkarzami, staurolatrami czyli crucicolae, t.j. czcicielami krzyża, asinarii v. onochoëtae, czcicielami osła, cinerarii, czcicielami popiołów, relikwii i.t.p. W późniejszych wiekach żydzi nazywali chrześcjan hopherim (zbrodniarzami, bezbożnikami), chiconim (znajdującymi się poza społeczeństwem ludu Bożego), Idumejczykami, ludem Ezawa i.t.p. U mahometan nazywają się chrześcijanie nazari lub nassrai, od ansar, pomocnik Mesjasza almoszrikona, czciciele trzech bogów, i.t.p." ("Encyklopedja Kościelna podług Teologicznej Encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami, przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób", wydana przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1874, t. III, s. 367-358).