Nie wracaj do domu, Michelle - Hannah Mary McKinnon

Kup ebooka

40.00 zł
33.20 zł (28,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Mia­rowe tyka­nie zabyt­ko­wego zegara kare­to­wego sto­ją­cego na gzym­sie kominka stało się jakby gło­śniej­sze - ryt­miczne cyk-cyk-cyk, na które zwy­kle nie zwraca się uwagi. Pra­wie godzinę sie­dzia­łem nie­ru­chomo i trzy­ma­łem za rękę chorą teściową. Tyka­nie wni­kało mi do mózgu i szar­pało nerwy, wywo­łu­jąc wyobra­że­nia młot­ków, mie­dzia­nych sprę­żyn, roz­bi­tego szkła.

Nora wyglą­dała znacz­nie gorzej, niż gdy ją odwie­dzi­łem na początku tygo­dnia. Sie­działa w łóżku, oto­czona mnó­stwem podu­szek. Jesz­cze bar­dziej schu­dła, choć już przed cho­robą była szczu­pła. Widzia­łem ster­czące kości, a poca­łu­nek w poli­czek oka­zał się spor­tem eks­tre­mal­nym - można było stra­cić oko. Blada cera koja­rzyła się z maki­ja­żem dzieci, które zapu­kały do domu w Hal­lo­ween kilka dni temu. Pod­kre­ślała ciemne kręgi pod oczami przy­po­mi­na­ją­cymi stud­nie bez dna. Nie wie­dzia­łem, ile czasu jej zostało. Nie byłem medy­kiem, ale wszy­scy czu­li­śmy, że to nie potrwa długo. Kiedy zale­d­wie trzy tygo­dnie temu poin­for­mo­wała mnie o dia­gno­zie, leka­rze pro­gno­zo­wali, że prze­żyje dwa mie­siące, lecz jej stan pogar­szał się tak szybko, że nie zdzi­wił­bym się, gdyby umarła za kilka dni.

Rak jaj­nika. Byłem Angli­kiem, mia­łem trzy­dzie­ści dwa lata i nie osią­gną­łem nawet połowy wieku Nory. Wcze­śniej nie wie­dzia­łem, dla­czego rak jaj­nika jest nazy­wany "cichym zabójcą", ale teraz już to rozumia­łem. Moja teściowa była bar­dzo bogata i miesz­kała w eks­klu­zyw­nym, malow­ni­czym osie­dlu Chelm­swood na przed­mie­ściach Bostonu, jed­nak kiedy wresz­cie poszła do leka­rza z powodu bólu w ple­cach i usta­lono, co się dzieje, jej organy wewnętrzne były już zaata­ko­wane. Cho­roba oka­zała się pod­stępna, dzia­łała w ukry­ciu, nisz­czyła orga­nizm, nim ktoś się zorien­to­wał, że dzieje się coś złego.

Wielka szkoda, bo w całej rodzi­nie War­dów tylko ją naprawdę lubi­łem. Przy łóżku teścia na pewno nie sie­dział­bym tak długo z odrę­twia­łym tył­kiem. Miał­bym ochotę udu­sić go poduszką w chwili, gdy pie­lę­gniarka się odwróci. Ale Nora nie budziła we mnie nega­tyw­nych emo­cji. Była dobra, łagodna. W sekre­cie poświę­cała mnó­stwo czasu na pracę w orga­ni­za­cjach cha­ry­ta­tyw­nych i prze­ka­zy­wała im pie­nią­dze, nie licząc na wdzięcz­ność. Cza­sami wyobra­ża­łem sobie, że gdyby moja matka żyła, byłaby podobna do Nory. Przez moment się zasta­na­wia­łem, co by się ze mną stało, gdyby nie umarła tak młodo. Czy wyrósł­bym na porząd­nego czło­wieka?

Stop­niowo uwol­ni­łem rękę z dłoni Nory i się­gną­łem po komórkę. Posta­no­wi­łem roze­grać w tele­fo­nie kilka par­ty­jek tryk­traka, nim się obu­dzi. Ostat­nim razem pro­gram trzy razy mnie poko­nał i musia­łem się zre­wan­żo­wać, ale palce Nory poru­szyły się, nim wyko­na­łem pierw­szy ruch. Popa­trzy­łem na jej czoło, które wyda­wało się zmarsz­czone z bólu nawet we śnie. Nie pierw­szy raz mia­łem nadzieję, że śmierć zabie­rze ją wcze­śniej, a nie póź­niej. Gdy­bym był śmier­cią, dzia­łał­bym szybko, sku­tecz­nie i miło­sier­nie, nie prze­kształ­cał­bym odej­ścia z tego świata w długi, bole­sny pro­ces roz­padu ciała i umy­słu. Ludzie nie powinni cier­pieć przed śmier­cią. Przy­naj­mniej nie wszy­scy.

- Lucas?

Pod­sko­czy­łem. Była to Diane, pie­lę­gniarka Nory i moja sąsiadka; poło­żyła mi rękę na ramie­niu. Wyszła z pokoju zale­d­wie na dwie minuty, ale pod­czas pracy zawsze nosiła buty na mięk­kich pode­szwach, co spra­wiało, że ni­gdy nie sły­sza­łem, że się zbliża. Jakby się skra­dała, pomy­śla­łem i posta­no­wi­łem wię­cej nie sia­dać odwró­cony ple­cami do drzwi.

Kiedy prze­cho­dziła obok mnie, poczu­łem wyraźny zapach środ­ków bak­te­rio­bój­czych i płynu odka­ża­ją­cego do rąk. Nie­na­wi­dzi­łem tego odoru. Budził zbyt wiele złych wspo­mnień, któ­rych nie potra­fi­łem odpę­dzić. Diane posta­wiła szklankę wody na sto­liku przy łóżku, spraw­dziła stan Nory i odwró­ciła się. Stała wsparta pod boki, patrząc na mnie z góry. Miała metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i ciemne kędzie­rzawe włosy przy­po­mi­na­jące maleń­kie świ­derki.

- Możesz wra­cać do domu. Zostanę tu dziś wie­czo­rem. - Mówiła przy­ja­znym tonem, lecz nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że to roz­kaz. - Odpocz­nij - dodała. - Wyglą­dasz kosz­mar­nie.

- Bar­dzo dzię­kuję - powie­dzia­łem z uda­wa­nym obu­rze­niem. - Naprawdę umiesz mówić kom­ple­menty męż­czy­znom.

Diane prze­chy­liła głowę na bok, splo­tła ramiona na piersi i obrzu­ciła mnie dłu­gim spoj­rze­niem, które każdy uznałby za groźne.

- Kiedy ostat­nio nor­mal­nie spa­łeś?

Mach­ną­łem ręką.

- Jest dopiero siódma.

- Domy­ślam się, że w tych oko­licz­no­ściach ja też nie chcia­ła­bym być sama w domu.

Odwró­ci­łem wzrok.

- Nie o to cho­dzi. Zacze­kam, aż Nora się obu­dzi. Chcę się z nią poże­gnać. Wiesz, na wypa­dek, gdyby... - po ostat­nim sło­wie głos lekko mi się zała­mał i uda­łem, że kaszlę. Przy­ci­sną­łem do oczu nasady dłoni.

- Nie umrze... - szep­nęła Diane. - Nie dziś w nocy. Możesz mi zaufać. Nie jest gotowa do odej­ścia.

Diane od dwu­dzie­stu lat pra­co­wała w hospi­cjum i widziała wielu ludzi wyda­ją­cych ostat­nie tchnie­nie. Skoro powie­działa, że Nora nie umrze w nocy, rano będzie na­dal żyła.

- Niech się obu­dzi. Potem pojadę do sie­bie.

Diane wes­tchnęła z rezy­gna­cją i usia­dła w fotelu po dru­giej stro­nie łóżka. Mil­cze­li­śmy. Czu­li­śmy się dobrze w swo­jej obec­no­ści, choć spo­ty­ka­li­śmy się rzadko. Pozna­łem Diane i jej żonę Karinę nie­spełna trzy lata temu, gdy wpro­wa­dzi­li­śmy się do domu w Chelm­swood. Miesz­kały po prze­ciw­nej stro­nie ulicy; pew­nego dnia nawią­zały roz­mowę ze mną i Michelle. Zdaje się, że cho­dziło o ter­miny wywozu śmieci i recy­kling odpa­dów. Przy­ziemna dys­ku­sja mogłaby się prze­ro­dzić w przy­jaźń: jedli­by­śmy razem kola­cje, spo­ty­kali się na drinka, zwie­rzali z wsty­dli­wych sekre­tów dzie­ciń­stwa. Jed­nak Michelle uwa­żała, że nie mamy na to czasu: jej zda­niem byli­śmy "zaję­tymi przed­sta­wi­cie­lami wol­nych zawo­dów z napię­tym har­mo­no­gra­mem utrud­nia­ją­cym nawią­zy­wa­nie nowych zna­jo­mo­ści". Mój auto­ma­tyczny trans­la­tor tłu­ma­czył ten komen­tarz nastę­pu­jąco: "Nie chcemy, by zawra­cano nam głowę", więc ni­gdy nie sta­li­śmy się przy­ja­ciółmi i pozosta­li­śmy tylko sąsia­dami.

Cza­sem zapra­sza­li­śmy się na świą­teczne przy­ję­cia albo opie­ko­wa­li­śmy się swo­imi domami pod­czas wyjaz­dów - wyj­mo­wa­nie listów ze skrzynki, pod­le­wa­nie kwia­tów i tak dalej - lecz poza tym spo­ty­ka­li­śmy się tylko na ulicy. Mimo to Karina regu­lar­nie zosta­wiała w naszej kuchni pozdro­wie­nia wraz z kwia­tami ze swo­jego ogrodu i butelką wina. Nie chcąc być gor­sza, Michelle odwza­jem­niała gest, lecz zawsze wybie­rała bar­dziej wysma­ko­wane bukiety i lep­sze wino. Bar­dzo iry­to­wały mnie pod­stępne, zło­śliwe gierki żony, choć uda­wa­łem zbyt głu­piego, by je zauwa­żyć. Jed­nak kiedy Nora zacho­ro­wała i Diane została jedną z jej pie­lę­gnia­rek, czu­łem ulgę, że teściową opie­kuje się osoba, któ­rej mogę ufać.

- Przy­kro mi, że masz tyle kło­po­tów. - Diane prze­rwała moje myśli o mał­żeń­stwie. - To nie­spra­wie­dliwe. Oczy­wi­ście cho­roby ni­gdy nie są spra­wie­dliwe, lecz jest jesz­cze sprawa Michelle. Po pro­stu nie umiem sobie wyobra­zić, co prze­ży­wasz. To kosz­marne...

Ski­ną­łem głową, potwier­dza­jąc nie­wy­po­wie­dziane słowa wiszące w powie­trzu. Temat Michelle był wyczer­pany: wszystko prze­dys­ku­to­wa­li­śmy, roz­ło­ży­li­śmy na czyn­niki pierw­sze i z powro­tem zło­ży­li­śmy w całość. Nie roz­wią­za­li­śmy zagadki jej znik­nię­cia ani nie zna­leź­li­śmy żad­nych tro­pów. Nie było niczego nowego, pomoc­nego, budzą­cego nadzieję. Ni­gdy niczego się nie dowiemy.

Znowu zapa­dła cisza. Tyka­nie ozdob­nego zegara kare­to­wego przy­po­mi­nało mi chwilę, gdy sta­łem z młot­kiem w ręku. Nagle roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

- Ja otwo­rzę - mruk­nęła Diane i zanim zdą­ży­łem się pod­nieść, wyszła z pokoju i zamknęła drzwi. Mimo woli się zasta­na­wia­łem, czy nie opu­ściła pomiesz­cze­nia tak szybko, bo chciała się ode mnie uwol­nić: w ciągu ostat­niego mie­siąca nie­mal codzien­nie udzie­lała mi wspar­cia. Posta­no­wi­łem nieco sto­no­wać swoje zacho­wa­nie. Nikt nie lubi być postrze­gany jak histe­ryczna płaksa, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

Pochy­li­łem się w stronę drzwi i wycią­gną­łem szyję, lecz nie sły­sza­łem żad­nych gło­sów. Nie chcia­łem wsta­wać, bo Nora mogłaby się obu­dzić. Jej ciało było chore, lecz umysł pozo­stał sprawny jak szwaj­car­ski zega­rek. Gdyby zoba­czyła mnie przy­kła­da­ją­cego ucho do maho­nio­wych drzwi, zasta­na­wia­łaby się, co knuję. To był solidny mahoń. Naj­lep­szy, jaki można kupić za pie­nią­dze zaro­bione przez trzy poko­le­nia War­dów, wła­ści­cieli impe­rium budow­la­nego. W domu nie użyto tanich mate­ria­łów, jak zauwa­żył teść, kiedy po raz pierw­szy opro­wa­dził mnie po sze­ściu sypial­niach, czte­rech salo­nach, wewnętrz­nych i zewnętrz­nych kuch­niach (kosz­mar­nie zim­nych w cza­sie lodo­wa­tych zim w Bosto­nie). Do tego docho­dziły tereny zie­lone, znacz­nie więk­sze niż zwy­kłe podwórko, na któ­rym można przy­strzy­gać trawę kosiarką.

- Moja rodzina musi mieć wszystko, co naj­lep­sze - powie­dział Gideon swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym, pom­pa­tycz­nym basem, wypiw­szy kolejną szkla­neczkę szkoc­kiej. Po każ­dym łyku w jego gło­sie coraz wyraź­niej było sły­chać roz­wle­kły akcent ze Wschod­niego Wybrzeża, który zwy­kle sta­ran­nie ukry­wał. - Żad­nych płyt pil­śnio­wych, winylu, lami­natu ani innych śmieci. W ogóle mnie to nie inte­re­suje, ani tro­chę.

Płyty pil­śniowe, winyl i lami­nat są w domach, które budu­jesz dla innych - pomy­śla­łem, ale tylko mruk­ną­łem coś w odpo­wie­dzi. Nie­wąt­pli­wie uznał to za oznakę zgody, ponie­waż ludzie rzadko się z nim nie zga­dzali. Unio­słem szkla­neczkę szkoc­kiej i nie wspo­mnia­łem o miesz­ka­niach komu­nal­nych, w któ­rych się wycho­wa­łem i które Gideon uwa­żał za "nędzne nory dla bie­da­ków". Nie opo­wie­dzia­łem, jak mnie i ojca wiele razy eks­mi­to­wano z obskur­nych kli­tek, ponie­waż nie mogli­śmy zapła­cić czyn­szu, po czym lądo­wa­li­śmy na bruku. Mia­łem zupeł­nie inne dzie­ciń­stwo niż moja żona i wyobra­ża­łem sobie, że Gideon wyba­łu­szyłby oczy ze zdu­mie­nia, gdy­bym opi­sał kosz­marne warunki, w jakich się wycho­wa­łem. Zro­zu­miałby, że pocho­dzę ze śro­do­wi­ska, które nie ma nic wspól­nego z ele­ganc­kim wize­run­kiem mojej osoby - choć zdo­ła­łem wmó­wić całemu światu, że jest praw­dziwy. Byłby wstrzą­śnięty, gdyby zro­zu­miał, że jego ide­alna córka wyszła za mąż za kogoś ze znacz­nie niż­szej sfery. Wycią­gnęła mnie z ziemi jak mar­chewkę, i to wcale nie drogi, eko­lo­giczny gatu­nek. Śmia­łem się w duchu, gdy przy­cho­dziły mi do głowy te porów­na­nia.

Oczy­wi­ście niczego mu nie powie­dzia­łem. Wypi­łem kolejny łyk szkoc­kiej, któ­rej nie­na­wi­dzi­łem, i mil­cza­łem. Nie mia­łem zamiaru zdra­dzać teściowi prawdy o swoim pocho­dze­niu, choć dałoby mi to tro­chę satys­fak­cji. Tak czy ina­czej, mimo wysił­ków Gide­ona, wszystko ukła­dało się zgod­nie z pla­nem. A nawet jesz­cze lepiej. Zado­wo­lony z sie­bie sukin­syn nie żyje.

Nie tylko on.

Rozdział 2

2

Ręka teścio­wej znowu zadrżała i sku­pi­łem na niej uwagę, zapo­mi­na­jąc o jej nie­ży­ją­cym mężu. Kiedy Nora otwo­rzyła oczy, odcze­ka­łem chwilę, by cał­kiem oprzy­tom­niała. Zasta­na­wia­łem się, jak się czuła przez uła­mek sekundy po prze­bu­dze­niu, nim przy­po­mniała sobie, że umiera, a Michelle zagi­nęła. Może poczuła ulgę, że cier­pie­nie wkrótce się skoń­czy? Może była zado­wo­lona, że jej walka zbliża się do kresu?

- Znowu zasnę­łam - powie­działa, napo­tkaw­szy mój wzrok. Mówiła ochry­ple, a jej akcent z połu­dniowo-zachod­niej Anglii był zauwa­żalny nawet po kil­ku­dzie­się­ciu latach życia w Sta­nach. - Nie jestem naj­lep­szą towa­rzyszką, prawda? Powi­nie­neś iść do domu.

Przy­gła­dziła krót­kie, siwe włosy. Cienka, pomarsz­czona skóra na wierz­chu drżą­cej dłoni przy­po­mniała kre­pinę, któ­rej uży­wa­li­śmy w szkole na zaję­ciach arty­stycz­nych, gdy byłem chłop­cem. Przy­po­mniał mi się stwo­rzony przeze mnie pająk. Mozol­nie wycięte złote trój­ką­ciki przy­kle­jone do kolo­ro­wych dru­ci­ków do czysz­cze­nia fajek. Kiedy dum­nie nio­słem swoje dzieło do domu, by poka­zać je ojcu, bar­czy­sty chło­pak o imie­niu Tony ode­brał mi je, wrzu­cił do kałuży i pode­ptał wiel­kimi bucio­rami. Pod­bi­łem mu oko i wyrwa­łem kępę wło­sów, czym zyska­łem podziw kole­gów; dyrek­torka szkoły na trzy dni zawie­siła mnie w pra­wach ucznia. Warto było to zro­bić, ale był to jeden z ostat­nich przy­pad­ków, gdy publicz­nie podnio­słem na kogoś rękę.

- Jesz­cze nie chcę iść do domu - powie­dzia­łem. - Nie pozbę­dziesz się mnie tak łatwo.

- Na to wygląda. - Nora usi­ło­wała się uśmiech­nąć, lecz na jej twa­rzy poja­wił się gry­mas. Rozej­rzała się po pokoju prze­krwio­nymi, załza­wio­nymi oczami. - Gdzie jest Diane? - spy­tała z lekką paniką w gło­sie. - Nie wyszła, prawda?

- Nie, ktoś zadzwo­nił do...

Nagle otwo­rzyły się drzwi i do pokoju weszła Diane. Podą­żała za nią inspek­tor Anjali Dubal. Wypro­sto­wa­łem plecy, a Nora otwo­rzyła sze­roko oczy. Pró­bo­wała się pod­nieść i wycią­gną­łem rękę, by jej pomóc, ale pokrę­ciła głową.

- Ma pani jakieś wia­do­mo­ści, pani inspek­tor? - spy­ta­łem z wes­tchnie­niem.

Anjali, która od początku nale­gała, byśmy zwra­cali się do niej po imie­niu, pode­szła do łóżka. Dłu­gie ciemne włosy spły­wały jej na ramiona. Miała prze­szło trzy­dzie­ści pięć lat i była ode mnie o głowę niż­sza, ale niski wzrost nie odbie­rał jej pew­no­ści sie­bie. Wyda­wała się ambitna i zde­ter­mi­no­wana. Czujna.

- Posta­no­wi­łam wpaść - powie­działa. - Miło mi, że panią widzę. Jak się pani czuje?

Nora chwy­ciła mnie za rękę, wbi­ja­jąc mi w dłoń kości­ste palce.

- Jakoś się trzy­mam, prawda?

- Ale z tru­dem. - Wsta­łem, odwró­ci­łem się w stronę Anjali i powtó­rzy­łem pyta­nie Nory nieco bar­dziej szorst­kim tonem. - Ma pani jakieś wia­do­mo­ści?

Inspek­tor wło­żyła ręce głę­boko do kie­szeni czar­nego płasz­cza się­ga­ją­cego do kolan. Stała w lek­kim roz­kroku. W cza­sie naszych roz­mów dowie­dzia­łem się, że jest sin­gielką, nie ma dzieci i w ciągu ostat­nich dwóch lat spę­dziła na urlo­pie zale­d­wie tydzień. Nie skar­żyła się. Uwiel­biała swoją pracę i była w niej dobra. Stała w sypialni Nory z pisto­le­tem na bio­drze i wyda­wało się, że jest w swoim żywiole. Ema­no­wała z niej pew­ność sie­bie. Miała impo­nu­jące umie­jęt­no­ści i intu­icję. Jed­nak tym razem w niczym jej to nie pomoże.

- Otrzy­ma­li­śmy wyniki badań labo­ra­to­ryj­nych skra­dzio­nej fur­go­netki. - Na twa­rzy Anjali poja­wił się prze­pra­sza­jący wyraz. Już dawno spo­strze­głem, że nie potrafi ukry­wać uczuć, i mia­łem nadzieję, że ni­gdy nie gra w pokera. Mimo to jej słowa wzbu­dziły moją cie­ka­wość. I, szcze­rze mówiąc, zanie­po­ko­iły mnie.

- Coś zna­leź­li­ście? - spy­ta­łem, usi­łu­jąc nie wstrzy­my­wać odde­chu w ocze­ki­wa­niu na odpo­wiedź.

Pokrę­ciła głową

- Nie­stety, nic pomoc­nego.

- Nic? - ode­zwa­łem się. Moc­niej zabiło mi serce. - W całej fur­go­netce? Jak to moż­liwe?

- Została spa­lona, więc wie­dzie­li­śmy, że bada­nia okażą się trudne - odparła. - Nie­stety ogień znisz­czył wszyst­kie ślady DNA. Nie zna­leź­li­śmy odci­sków pal­ców ani stóp dają­cych się ziden­ty­fi­ko­wać. Żad­nego włosa ani włókna. - Tak głę­boko wbi­jała ręce w kie­sze­nie, że zasta­na­wia­łem się, czy stra­ciła pew­ność sie­bie, czy szuka magicz­nej drogi ucieczki. - Przy­kro mi to mówić, ale bada­nia labo­ra­to­ryjne zakoń­czyły się fia­skiem. Przej­rze­li­śmy też wszyst­kie nagra­nia z moni­to­ringu.

- Cią­gle nie ma żad­nych świad­ków? - szep­nęła Nora.

- Nie - odparła Anjali. - Ludzie, któ­rzy porwali Michelle, znali się na rze­czy.

- Byli zawo­dow­cami - wtrą­ciła Diane. Inspek­tor przy­tak­nęła.

- Ma pani nadzieję, że Michelle wyj­dzie z tego żywa? - spy­tała drżą­cym gło­sem Nora.

Anjali zro­biła krok do przodu. Mil­czała przez chwilę.

- Na początku obie­ca­łam, że nie będę pań­stwa okła­my­wać - rze­kła w końcu. - To, że pory­wacz nie ode­brał okupu, może ozna­czać wiele rze­czy. Mógł się prze­stra­szyć...

- Zgo­dziła się pani, że to zawo­dowcy - zauwa­ży­łem.

- Tak, ale mogły się poja­wić pro­blemy logi­styczne...

- Logi­styczne?! - rzu­ci­łem. - Michelle to nie jakaś cho­lerna paczka z Ama­zona. Wie­dzieli, że tam jeste­ście, to jasne. Wie­dzieli, że poli­cja obser­wuje to miej­sce. - Anjali otwo­rzyła usta, lecz nie dałem jej dojść do słowa. - List z żąda­niem okupu wyraź­nie zabra­niał zawia­da­miać poli­cję, ale pani nale­gała. Powie­działa pani, że nad wszyst­kim panu­je­cie, wie­cie, co robi­cie.

- Lucas, pro­szę! - prze­rwała Diane. - Wszy­scy sto­imy po tej samej stro­nie.

- Może. - Zaci­sną­łem usta, odzy­sku­jąc pano­wa­nie nad sobą. - Ale jeśli... A jeśli ją skrzyw­dzili, bo nie speł­ni­łem ich żądań? Gdy­bym to zro­bił, mogłaby już tu być.

Anjali unio­sła dłoń.

- Nie możemy...

- Minęło trzy­dzie­ści jeden dni od porwa­nia Michelle. Trzy­dzie­ści jeden. - Wszy­scy sły­szeli nara­sta­jące napię­cie w moim gło­sie. Przy­po­mi­nało wzbie­ra­jącą falę tsu­nami. - I dwa­dzie­ścia osiem dni od nie­uda­nego prze­ka­za­nia okupu, czego nikt nie potrafi wytłu­ma­czyć.

- Rozu­miem, co pan czuje - rze­kła Anjali.

- Naprawdę? Czy porwano miłość pani życia?

- Nie, Lucas, ale przy­rze­kam, że...

- Że zro­bi­cie wszystko, co w waszej mocy? - Zaśmia­łem się gorzko. - Powta­rzała to pani tyle razy, że stra­ci­łem już rachubę. A tym­cza­sem jest coraz mniej czasu. Dla Michelle i dla... - Uszczyp­ną­łem się w grzbiet nosa, ale było już za późno. Wszy­scy wie­dzieli, kogo mam na myśli. Wes­tchną­łem i pokrę­ci­łem głową. - Nie odpo­wie­działa pani na pyta­nie Nory. Jaką ma pani nadzieję, że moja żona wróci do domu żywa? I pro­szę tym razem nie opo­wia­dać non­sen­sów o logi­styce.

Anjali spu­ściła wzrok i prze­chy­liła głowę na bok. Przy­go­to­wy­wa­łem się na odpo­wiedź, która musiała paść.

- Bio­rąc pod uwagę to, że pory­wa­cze nie komu­ni­kują się z nami od czte­rech tygo­dni i nie wysu­wają żad­nych żądań, cóż... w tej sytu­acji trudno być opty­mi­stą.

Nora wydała lekki okrzyk i opa­dła na poduszki, a Diane mocno wykrę­ciła ręce, aż myśla­łem, że je sobie poła­mie. Mru­gną­łem trzy razy i zaci­sną­łem zęby, roz­wa­ża­jąc słowa inspek­tor.

- Nie możemy tra­cić nadziei. - Anjali po kolei popa­trzyła każ­demu z nas w oczy. - Tak, wiem, że mówi­łam to już wcze­śniej, ale odna­le­zie­nie Michelle to dla mnie prio­ry­tet. Popro­si­łam, by przy­dzie­lono mi tę sprawę. Wal­czy­łam o nią. I mają pań­stwo moje słowo, że będę wal­czyć dalej.

- Dzię­kuję, Anjali, jeste­śmy pani bar­dzo wdzięczni. - W gło­sie Nory brzmiało ogromne roz­cza­ro­wa­nie. - Czy może nam pani powie­dzieć coś jesz­cze?

- Nie. - Inspek­tor lekko pokrę­ciła głową. - Żałuję, że nie mam lep­szych wia­do­mo­ści.

Nora unio­sła pod­bró­dek, z pozoru nie­wzru­szona. Teściowa była ser­deczną kobietą, ale nie lubiła publicz­nie oka­zy­wać emo­cji. Jedyny wyją­tek sta­no­wił dzień, gdy poślu­bi­łem Michelle. Wszy­scy się wtedy popła­kali, rów­nież ja, choć urzą­dzi­łem to przed­sta­wie­nie z innych powo­dów.

- Diane, mogła­byś odpro­wa­dzić inspek­tor Dubal? - rze­kła cicho Nora. - Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać z Luca­sem w cztery oczy.

Diane się zawa­hała, ale kiedy Anjali się poże­gnała i usły­sze­li­śmy ich kroki na scho­dach, Nora spoj­rzała na mnie z deter­mi­na­cją. Wska­zała fotel obok łóżka i odcze­kała, aż usiądę.

- Zawsze byłeś ide­al­nym zię­ciem - powie­działa w końcu.

Zro­bi­łem scep­tyczną minę i poru­szy­łem w fotelu.

- Och, nie sądzę...

- Tak, byłeś. Nie wiesz o tym, bo nie jesteś rodzi­cem, ale kiedy ma się dzieci, czło­wiek zawsze się mar­twi, że nie podej­mo­wał wła­ści­wych decy­zji. Że był za łagodny albo za surowy, że dawał dzie­ciom za dużo albo za mało swo­body.

- A one się skarżą nie­za­leż­nie od naszego postę­po­wa­nia?

- Wła­śnie. Sta­ramy się kie­ro­wać nimi naj­le­piej, jak potra­fimy, a potem prze­ży­wamy ich nie­po­wo­dze­nia jak wła­sne - umil­kła, łapiąc oddech. - Ale kiedy wzię­li­ście ślub, wie­dzia­łam, że osią­gnę­łam coś dobrego. Michelle wybrała dobrego męż­czy­znę. Nie mogła doko­nać lep­szego wyboru.

- Jak możesz to mówić? - Wbi­łem wzrok w pod­łogę. - Gdy­bym nie wyje­chał do Anglii w tygo­dniu, kiedy ją porwano, gdy­bym został w Sta­nach albo nie dał poli­cji listu z żąda­niem okupu, może...

- Nie obwi­niaj się - prze­rwała zaska­ku­jąco suro­wym tonem. - Nie mar­nuj czasu i ener­gii na wyrzuty sumie­nia, kiedy cię potrze­buję, żebyś dopin­go­wał poli­cję. - Wzięła mnie za rękę. - Lucas, musisz zro­bić wszystko, by Michelle wró­ciła do domu.

- Oczy­wi­ście, że tak.

- Wszystko, co będzie konieczne. Jeśli potrze­bu­jesz pie­nię­dzy...

- Nie, jakoś sobie radzę - Zgar­bi­łem się i wymam­ro­ta­łem: - Przy­naj­mniej pod wzglę­dem finan­so­wym.

Pochy­liła się lekko w moją stronę.

- Muszę cię pro­sić o coś jesz­cze.

- Tak?

- Miej oko na Tra­visa, kiedy was opusz­czę. Będzie cię potrze­bo­wał bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

- Może korzy­stać z pokoju gościn­nego, jak długo chce albo potrze­buje.

- Jestem ci głę­boko wdzięczna. Wierz mi, wiem, jak uciąż­liwy może być mój syn. Znowu zaczął brać nar­ko­tyki, co mnie mar­twi, i chcę, żebyś się nim zajął. Wyślij go z powro­tem na tera­pię. Pomóż mu wyzdro­wieć. Już raz mu się udało, a teraz liczę na cie­bie. Będziesz miał dostęp do nie­zbęd­nych fun­du­szy...

- Noro, nie potrze­buję pie­nię­dzy...

- Ty nie, ale Tra­vis będzie potrze­bo­wał - umil­kła. - Mogę mu powie­dzieć, że jeśli nie podej­mie tera­pii, prze­każę więk­szą część przy­pa­da­ją­cego na niego spadku orga­ni­za­cjom cha­ry­ta­tyw­nym wal­czą­cym z uza­leż­nie­niami.

Wyba­łu­szy­łem oczy.

- Naprawdę?

- Nie wszystko, ale dużą część. Jakiś czas temu roz­ma­wia­łam o tym w sekre­cie z Michelle, zanim... - Zaci­snęła usta i zamru­gała. Ja też zamru­ga­łem. Żona o niczym mi nie wspo­mniała. - Tak czy ina­czej, nie sądzę, że prze­każę mu w spadku gotówkę. Jego ostat­nie zacho­wa­nia wska­zują, że może bły­ska­wicz­nie roz­trwo­nić ją na nar­ko­tyki. - Zamknęła oczy. Nagły przy­pływ ener­gii zaczął się koń­czyć. Cze­ka­łem, aż poczuje się na tyle lepiej, by kon­ty­nu­ować. - Zasta­na­wia­łam się, czy nie wyzna­czyć cie­bie i Michelle na admi­ni­stra­to­rów fun­du­szu powier­ni­czego zarzą­dza­ją­cego pie­niędzmi nale­żą­cymi do Tra­visa. Nie chcę, żeby decy­zje podej­mo­wała ano­ni­mowa osoba, jeśli nie będzie potra­fił sam o nie zadbać; tego rodzaju rze­czy powinny pozo­stać w rodzi­nie. Kiedy Michelle wróci do domu, musi­cie mu pomóc. Czy mogę liczyć, że to dla mnie zro­bisz?

- Przy­rze­kam - odpo­wie­dzia­łem. Wiro­wało mi w gło­wie. - Zro­bię to, co będzie naj­lep­sze, masz moje słowo.

Oparła się na podusz­kach i wes­tchnęła.

- Dzię­kuję ci, dzię­kuję. Wie­dzia­łam, że mogę ci zaufać.

- Zawsze. Tra­vis cię dzi­siaj odwie­dził?

- Nie.

Jej odpo­wiedź nie była dla mnie zasko­cze­niem. Tra­vis kom­plet­nie ole­wał matkę: gdy się dowie­dział, że ma raka, poja­wiał się punk­tu­al­nie tylko w jed­nym wypadku - kiedy potrze­bo­wał gotówki. Ucie­szy­łem się, że bez mojej pomocy nie będzie w sta­nie dobrać się do jej majątku, nie prze­ko­nałby mnie słod­kimi słów­kami. Rola admi­ni­stra­tora fun­du­szu powier­ni­czego bar­dzo mi odpo­wia­dała; przed kil­koma mie­sią­cami pod­su­ną­łem ten pomysł Norze, suge­ru­jąc, co mogłaby zro­bić, gdyby Tra­vis znowu zaczął ćpać. Nie wspo­mnia­łem jed­nak o daro­wiź­nie na cele cha­ry­ta­tywne i ten pomysł bar­dzo mi się nie podo­bał.

Przez jakiś czas roz­ma­wia­łem z Norą i Diane na banalne tematy, po czym wysze­dłem z domu. Zamkną­łem trzy­me­trowe drzwi wyko­nane na spe­cjalne zamó­wie­nie, nie po raz pierw­szy zasta­na­wia­jąc się, czy ich roz­miar nie ma coś wspól­nego z kom­plek­sami Gide­ona.

Chłodne, rześ­kie listo­pa­dowe powie­trze zapo­wia­dało kolejną długą zimę. Miejmy nadzieję, że moją ostat­nią na Wschod­nim Wybrzeżu. Jeśli za rok zapra­gnę zoba­czyć śnieg albo lód, sam wybiorę odpo­wied­nie miej­sce, znacz­nie cie­kaw­sze. Aspen, Cha­mo­nix, Ver­bier, Whi­stler. Do licha, odwie­dzę naj­lep­sze ośrodki nar­ciar­skie na każdą literę alfa­betu!

Myśla­łem z eufo­rią o nie­zbyt dale­kiej przy­szło­ści, uśmie­cha­łem się coraz sze­rzej, aż wresz­cie gło­śno się zaśmia­łem. Waka­cje w wybra­nych kuror­tach nie były fan­ta­zją, spe­ku­la­cją ani poboż­nymi życze­niami, tylko pew­no­ścią. Wkrótce będę mógł wyda­wać pie­nią­dze żony, na co tylko zechcę. Zro­bi­łem, co zro­bi­łem, i wie­dzia­łem, że Michelle ni­gdy nie wróci do domu.

Rozdział 3

3

Z pew­nym wysił­kiem usi­ło­wa­łem nie iść ener­gicz­nym kro­kiem do samo­chodu, nowiut­kiego mer­ce­desa klasy C coupé, który Michelle poda­ro­wała mi na ostat­nie uro­dziny. Nie była to okrą­gła rocz­nica i zapro­te­sto­wa­łem - oświad­czy­łem, że jestem zado­wo­lony z uży­wa­nego audi kupio­nego przed kilku laty po przy­jeź­dzie do Sta­nów. Powie­dzia­łem, że nowe auto jest zbyt eks­tra­wa­ganc­kie, a cena skan­da­liczna, ale Michelle odrzu­ciła głowę do tyłu i wybuch­nęła śmie­chem.

- Fun­du­sze powier­ni­cze służą wła­śnie do zaspo­ka­ja­nia eks­tra­wa­ganc­kich, skan­da­licz­nych zachcia­nek, kocha­nie! - Zde­cy­do­wa­nym ruchem wci­snęła mi do ręki klu­czyki. Z wysił­kiem usi­ło­wa­łem nie myśleć o kolej­nej ogrom­nej sumie zni­ka­ją­cej z jej rachunku ban­ko­wego, choć wie­dzia­łem, że to jeden z jej naj­tań­szych zaku­pów. W tym momen­cie naro­dził się mój wielki plan. Roz­po­częło się odli­cza­nie.

- Muszę ci przy­po­mnieć - cią­gnęła prze­ko­nu­ją­cym tonem, który rzu­cał więk­szość jej opo­nen­tów na kolana - że ni­gdy nie należy zaglą­dać daro­wa­nemu koniowi w zęby, a zwłasz­cza strze­lać mu w głowę. Cóż, nie byłam ostat­nio naj­ła­twiej­sza we współ­ży­ciu. Mam nadzieję, że w ten spo­sób się zre­ha­bi­li­tuję, a poza tym mam jesz­cze inne plany...

Objęła mnie za szyję i na jej ustach w kształ­cie serca poja­wił się chy­try uśmie­szek. Wie­dzia­łem, że ten rodzaj uści­sku zapro­wa­dzi nas do sypialni, na kanapę albo pod­łogę w kuchni. Poca­ło­wa­łem ją moc­niej, nie tylko z powodu obiet­nicy seksu, który zawsze był fan­ta­styczny. Nie chcia­łem mimo woli powie­dzieć, że ostat­nio jest jak wrzód na dupie, ponie­waż była nim od dnia, gdy się pozna­li­śmy.

Ale mer­ce­des... Do licha, cóż za wspa­niała maszyna! Kiedy drzwi się zamknęły z cięż­kim meta­licz­nym szczęk­nię­ciem i moje wspo­mnie­nia z dnia uro­dzin pozo­stały na zewnątrz, gdzie roz­wiał je wiatr, roz­ko­szo­wa­łem się samot­no­ścią w cichym, mecha­nicz­nym koko­nie. Przez chwilę sie­dzia­łem na pod­jeź­dzie domu Nory, po czym zapa­li­łem sil­nik i się­gną­łem do schowka na ręka­wiczki po paczkę marl­boro, którą tam scho­wa­łem.

Michelle nie­na­wi­dziła pale­nia, dym przy­pra­wiał ją o mdło­ści i ni­gdy się nie dowie­działa, że papie­rosy to jedna z moich sekret­nych przy­jem­no­ści. Pali­łem rzadko i dobrze potra­fi­łem ukryć różne rze­czy - dzieje swo­jego życia, praw­dziwe myśli, emo­cje, nawyki. Żona nie wie­działa o mnie mnó­stwa rze­czy.

Kiedy prze­je­cha­łem przez bramę posia­dło­ści War­dów, wyko­naną z kutego żelaza, znowu z zado­wo­le­niem zacią­gną­łem się dymem. Uśmiech­ną­łem się na myśl, że ni­gdy wię­cej nie będę musiał nosić ręka­wi­czek, by ukryć zapach papie­ro­sów, ani słu­chać pry­cha­nia Michelle, gdy mija­li­śmy na ulicy kogoś, kto wyszedł zapa­lić. Obra­cała za takimi ludźmi głowę nie­mal o sto osiem­dzie­siąt stopni i twier­dziła, że rzuca na nich zły urok; można było się dzi­wić, że nie zamie­niają się w kamień.

Posłu­chaj­cie. Nie czu­łem nie­na­wi­ści do Michelle - powi­nie­nem to jasno powie­dzieć już na początku. Jak mogłem jej nie­na­wi­dzić, skoro dawała mi wszystko, czego pra­gną­łem? Kiedy byłem chłop­cem, ojciec zawsze mawiał: "Nie­na­wiść to mocne słowo, synu". Spo­tka­łem w życiu mnó­stwo ludzi, któ­rzy budzili we mnie znacz­nie bar­dziej nega­tywne uczu­cia niż Michelle, i to o wiele szyb­ciej. Nie, nie nie­na­wi­dzi­łem jej, lecz z pew­no­ścią nie darzy­łem sym­pa­tią. Szcze­rze mówiąc, cho­ler­nie mnie iry­to­wała.

Założę się, że wasi part­ne­rzy też was iry­tują. Czy zamier­za­cie uda­wać, że w naj­mrocz­niej­szych chwi­lach życia, w głębi duszy, po kolej­nej pie­kiel­nej awan­tu­rze wywo­ła­nej bez­pod­stawną zazdro­ścią, pre­ten­sjami na temat podziału obo­wiąz­ków domo­wych, sta­nem finan­sów rodzin­nych albo dwu­znacz­nymi kom­ple­men­tami teściów, ni­gdy nie wyobra­ża­li­ście sobie, że wasza druga połowa znika?

Świet­nie, może nie marzy­cie o pokro­je­niu śpią­cej żony japoń­skim nożem san­toku, ale jeśli snu­je­cie takie fan­ta­zje, kim jestem, by to oce­niać? A może wyobra­ża­cie sobie rze­czy, nad któ­rymi nie macie kon­troli? Nagły atak serca w super­mar­ke­cie, runię­cie twa­rzą w mro­żony gro­szek? Albo samo­chód wpa­da­jący w poślizg i roz­trza­sku­jący się o stu­letni dąb? Może macie bar­dziej komik­sową wyobraź­nię - fan­ta­zju­je­cie o pia­ni­nie albo kowa­dle spa­da­ją­cym z nieba? Wszyst­kie te sce­na­riu­sze wydają się tra­giczne, ale po sto­sow­nym okre­sie żałoby mogli­by­ście robić to, co chce­cie. Nie musie­li­by­ście zno­sić niczy­ich iry­tu­ją­cych zacho­wań. Zaci­skać zębów, obser­wu­jąc dzi­waczne przy­zwy­cza­je­nia żony. Unik­nę­li­by­ście dener­wu­ją­cego postę­po­wa­nia sądo­wego, ogrom­nych wydat­ków na adwo­ka­tów i dłu­gich spo­rów, kto weź­mie kota.

Ni­gdy nie przy­szło wam to do głowy? Ani razu? Cóż, tak wła­śnie myśla­łem.

Michelle była kura­torką w gale­rii sztuki w dziel­nicy Black Bay w Bosto­nie. Wyjąt­kowo pre­ten­sjo­nal­nego przy­bytku, gdzie orga­ni­zo­wano ele­ganc­kie wer­ni­saże. Goście cmo­kali się w policzki, wycho­dzili bar­dziej głodni niż w chwili przy­by­cia, bo kanapki ser­wo­wano mikro­sko­pijne, popi­jali dro­giego szam­pana i zasta­na­wiali się, co ostat­nia gwiazda sztuki współ­cze­snej chciała powie­dzieć za pomocą swo­ich abs­trak­cyj­nych dzieł. Zwy­kle uwa­ża­łem, że prze­kaz brzmi: "Daj­cie mi waszą forsę", a egzal­to­wani goście ocho­czo speł­niali prośbę. Prze­chwa­lali się, ile wydali na sztukę nowo­cze­sną i jak wzro­sła war­tość ich kolek­cji w ciągu ostat­niego roku. Współ­za­wod­ni­czyli ze sobą dla sportu.

Ja dzia­ła­łem w innej branży. Byłem zatrud­niony w fir­mie zaj­mu­ją­cej się rekru­ta­cją infor­ma­ty­ków. Mniej efek­towna praca, lecz także intratna, zwłasz­cza gdy weź­mie się pod uwagę krótki czas spę­dzany w biu­rze. Rów­nie pre­sti­żowa, choć kon­ku­ren­cja była dzie­sięć razy ostrzej­sza, co zna­czyło, że zawsze muszę być gotowy do walki na śmierć i życie.

Pra­co­wa­łem w tej branży od lat. Per­so­nel czę­sto się zmie­niał, bo wielu ludzi nie radziło sobie z rywa­li­za­cją, ter­mi­nami, fru­stra­cją wywo­łaną współ­pracą z nie­so­lid­nymi kan­dy­da­tami i nie­słow­nymi sze­fami zespo­łów rekru­ta­cyj­nych. A ja? Czu­łem się w tym śro­do­wi­sku jak ryba w wodzie. Nie­ustan­nie się zmie­niało, sta­wało się coraz bar­dziej wyma­ga­jące. Ni­gdy nie było nudy. W odróż­nie­niu od kole­gów, któ­rych poko­na­łem, nie inte­re­so­wała mnie sta­bi­li­za­cja życiowa i drobne korzy­ści zwią­zane z pracą. Pra­gną­łem odno­sić suk­cesy, zatrium­fo­wać nad dawną toż­sa­mo­ścią i byłem naprawdę świetny.

Michelle ni­gdy nie rozu­miała, dla­czego uwiel­biam tę pracę.

Kiedy pozna­łem swoją przy­szłą żonę, pla­no­wa­łem, że będziemy mał­żeń­stwem tro­chę dłu­żej, przy­naj­mniej kilka lat. Miała mnó­stwo pie­nię­dzy i lubiła je wyda­wać, co było jej zaletą, choć rów­nież wadą. Na początku nie­ustanne otrzy­my­wa­nie kosz­tow­nych pre­zen­tów wyda­wało się zabawne, lecz dener­wo­wał mnie brak kon­troli nad finan­sami i roz­rzut­ność Michelle. Po wpro­wa­dze­niu się do nowego domu dwa razy zmie­nia­li­śmy kanapy, choć oba kom­plety były rów­nie dobre. Ich kształty i szary odcień pra­wie się nie róż­niły, ale według żony pierw­szy zestaw źle wyglą­dał. Były też nowe samo­chody, biżu­te­ria, kosz­towne wypady do restau­ra­cji i - wielki Boże! - buty. Ile par iden­tycz­nych szpi­lek mogła potrze­bo­wać Michelle?! Była nor­malną kobietą, a nie sto­nogą, i nie nosiła ich jed­no­cze­śnie.

Przy­znaję, że oże­ni­łem się z nią dla pie­nię­dzy. Począt­kowo pla­no­wa­łem dość szybki roz­wód, ale nie wcho­dziło to w rachubę, ponie­waż kilku gor­li­wych dorad­ców namó­wiło ją do pod­pi­sa­nia ze mną pie­kiel­nie szcze­gó­ło­wej inter­cyzy mał­żeń­skiej, któ­rej ni­gdy nie mógł­bym pod­wa­żyć. Musia­łem ponow­nie prze­my­śleć swoją stra­te­gię, sta­ran­nie się zasta­no­wić przed wyko­na­niem następ­nego ruchu. Gdy­bym tego nie zro­bił, mogłoby zostać zbyt mało pie­nię­dzy, by zawra­cać sobie nimi głowę.

Przez jakiś czas odwle­ka­łem reali­za­cję planu, zasta­na­wia­jąc się, czy naprawdę będę w sta­nie tego doko­nać. Przy­cho­dziło mi do głowy, że mógł­bym ukraść część pie­nię­dzy Michelle i znik­nąć, ale nie chcia­łem do końca życia oglą­dać się z lękiem za sie­bie. Pra­gną­łem być wolny i bogaty, a nie ukry­wać się w jakiejś dziu­rze, drżąc ze stra­chu, że dopad­nie mnie poli­cja. Moja decy­zja nie była nagła. Bar­dzo długo roz­wa­ża­łem mnó­stwo sce­na­riu­szy, jeden dziw­niej­szy od dru­giego. Zamie­rza­łem zmi­ni­ma­li­zo­wać zagro­że­nia. Potem zaata­ko­wała pan­de­mia, co skło­niło mnie do przej­ścia do dzia­ła­nia.

Michelle i ja pra­co­wa­li­śmy w róż­nych dziel­ni­cach mia­sta i nie widy­wa­li­śmy się całymi dniami, więc kiedy wpro­wa­dzono lock­down i prze­szli­śmy na pracę zdalną, wyda­wało się, że jeste­śmy szczę­ścia­rzami. Nie gro­ziło nam zwol­nie­nie, mie­li­śmy gabi­nety w domu, nasz burz­liwy romans stał się legendą w nie­wiel­kim kręgu naszych przy­ja­ciół, pra­wie wyłącz­nie zna­jo­mych Michelle. Byli­śmy ide­alną parą; wszy­scy wie­dzieli, że w domu rzą­dzi żona, ale pozwala mi wie­rzyć, że jest odwrot­nie. Tak przy­naj­mniej im się wyda­wało.

Pan­de­mia spra­wiła, że moja cier­pli­wość zaczęła się bły­ska­wicz­nie wyczer­py­wać. Szcze­rze mówiąc, jeśli ktoś spę­dza dłu­gie mie­siące uwię­ziony w domu z osobą, któ­rej nie kocha, lecz udaje, że kocha, zaczyna wyobra­żać sobie naj­dziw­niej­sze rze­czy, a nawet sły­szeć mar­sze żałobne grane na jej pogrze­bie.

Michelle nie miała jesz­cze pogrzebu. Przede wszyst­kim nie było ciała, które można by pocho­wać, i cią­gle mie­li­śmy "nadzieję", że wróci (celowo umiesz­czam to słowo w cudzy­sło­wie). Nawia­sem mówiąc, pogrzeb jest cho­ler­nie kosz­towny. Kiedy zosta­nie ofi­cjal­nie uznana za zmarłą, będę musiał to zro­bić. Praw­do­po­dob­nie zamó­wię drogą, pustą trumnę, by cere­mo­nia wyglą­dała nor­mal­nie, i zor­ga­ni­zuję pre­ten­sjo­nalną stypę z udzia­łem pre­ten­sjo­nal­nych kole­gów z gale­rii. Wszystko na pokaz, ale nie­stety nie mógł­bym użyć sym­bo­licz­nego pojem­nika z folii alu­mi­nio­wej i tanich kwia­tów ze sta­cji ben­zy­no­wej. Zro­bił­bym to, gdy­bym uwa­żał, że mi się upie­cze.

Skoń­czy­łem papie­rosa i wyrzu­ci­łem nie­do­pa­łek przez okno. Wje­cha­łem w ślepą uliczkę i dotar­łem do domu na jej końcu, pre­zentu ślub­nego od Gide­ona i Nory. Nie był to pre­zent dla mnie, bo nie sta­łem się wła­ści­cie­lem nie­ru­cho­mo­ści. Michelle chciała być bli­sko rodzi­ców, a poza tym zawsze pra­gnęła miesz­kać w Chelm­swood, na zie­lo­nym pod­miej­skim osie­dlu.

Moja żona ni­gdy nie prze­pa­dała za eks­pe­ry­men­tami, może z wyjąt­kiem sypialni. Zwy­kle spę­dza­li­śmy jedno- lub dwu­ty­go­dniowe waka­cje w pię­cio­gwiazd­ko­wym hotelu na Kara­ibach, gdzie wyle­gi­wała się na leżaku, opa­lała i pstry­kała pal­cami na kel­ne­rów. Ja upra­wia­łem sporty. Nie była osobą spon­ta­niczną, poszu­ku­jącą, więc prych­nęła, gdy usły­szała moją pro­po­zy­cję wyprawy z ple­ca­kami do Azji i Austra­lii. Myślała, że żar­tuję.

- Z ple­ca­kami?! - spy­tała z unie­sio­nymi brwiami. - Po co, do licha?! Chcesz powie­dzieć, że masz ochotę noco­wać w zaplu­skwio­nych hoste­lach?! Potworne. Dla­czego mnie od razu nie zabi­jesz?

Och, gdy­bym tylko mógł...

Fan­ta­zju­jąc na temat wycie­czek, które kie­dyś odbędę, zapar­ko­wa­łem na pod­jeź­dzie zamiast w garażu na trzy samo­chody. Michelle byłaby nie­za­do­wo­lona. Uro­dzi­li­śmy się w tym samym cza­sie, więc jesz­cze nie­dawno była nasto­latką, a jed­nak wyda­wała się wie­rzyć, że miej­scowa mło­dzież, gdyby miała tylko oka­zję, w naj­lep­szym wypadku pory­so­wa­łaby samo­chód, a w naj­gor­szym go ukra­dła i w ciągu nocy sprze­dała na czę­ści. Pojazd miał ultra­no­wo­cze­sne zabez­pie­cze­nia przed kra­dzieżą i sys­tem loka­li­za­cyjny, miesz­ka­li­śmy na zamknię­tym osie­dlu, gdzie dzia­łała straż sąsiedzka - raz w mie­siącu jej człon­ko­wie spo­ty­kali się na plotki przy kok­taj­lach. Nie dys­ku­to­wa­li­śmy o prze­stęp­czo­ści, ponie­waż nie było o czym roz­ma­wiać. Mło­dzi ludzie z Chelm­swood nie potrze­bo­wali zdo­by­wać gotówki, krad­nąc samo­chody. Więk­szość już przed uro­dze­niem figu­ro­wała na listach ocze­ku­ją­cych do szkół Ivy League, na litość boską!

Ni­gdy nie roz­ma­wia­łem o tym z Michelle, ale gdy­bym poje­chał swoim mer­ce­de­sem do dziel­nicy w Man­che­ste­rze, gdzie kie­dyś miesz­ka­łem, ktoś odkrę­ciłby mi koła, zanim zdą­żył­bym się zatrzy­mać. Aby udo­wod­nić sobie, że miesz­kam w lep­szej oko­licy, zosta­wi­łem samo­chód nie­za­mknięty i skie­ro­wa­łem do fron­to­wych drzwi. W ostat­nim cza­sie tro­chę za bar­dzo kusi­łem los. Lepiej nie zacho­wy­wać się jak aro­gancki sukin­syn. Nie teraz, gdy mam na gło­wie mnó­stwo pro­ble­mów.

Rozdział 4

4

Posze­dłem ścieżką w stronę naszego domu, kolo­nial­nej willi o dwóch kon­dy­gna­cjach, z czte­rema sypial­niami i czte­rema łazien­kami. Od początku był bar­dziej niż zado­wa­la­jący, ale Michelle odre­mon­to­wała go i prze­bu­do­wała za moją mil­czącą zgodą. Oto­cze­nie rów­nież prze­szło magiczną prze­mianę - żona oświad­czyła: "Pierw­sze wra­że­nie jest bar­dzo ważne, kocha­nie". Malow­ni­cza ścieżka z fachowo przy­cię­tymi klo­nami pal­mo­wymi po obu stro­nach była zale­d­wie wstę­pem do cudów znaj­du­ją­cych się w środku. Śliczna willa, jeśli ktoś lubi takie rze­czy. Bar­dzo mi się to podo­bało, zwłasz­cza myśl, za ile wysta­wię dom na sprze­daż. Każdy dolar wydany na remont trafi z powro­tem do mojej kie­szeni, powięk­szony o dwa­dzie­ścia pięć pro­cent. Zawsze potra­fi­łem wyczuć dobre inwe­sty­cje - dom... żona.

Mia­łem nadzieję, że nie zastanę Tra­visa. Od frontu nie paliło się świa­tło, a przed domem nie stało jego bmw, lecz to nic nie zna­czyło. Mógł sprze­dać samo­chód, prze­grać go, zało­żyw­szy się z kimś, albo ude­rzyć w fur­go­netkę z taco. Każda z tych rze­czy już się zda­rzyła.

Powie­dzia­łem Norze, że jej syn może u mnie miesz­kać, ile chce, ale nie była to prawda. Będzie musiał się wypro­wa­dzić po śmierci matki. Mogę zno­sić Tra­visa tylko do chwili, gdy znajdę miej­sce, by ukryć jego ciało. Żar­tuję, choć nie byłby to pierw­szy raz, gdy się kogoś pozby­łem. Jed­nak obie­ca­łem, że zała­twię mu odwyk; gdyby coś mu się przy­tra­fiło, znisz­czy­łoby to moją nie­ska­zi­telną repu­ta­cję. Wróci do nałogu, sam o to zadbam, ale na razie powi­nie­nem go prze­ko­nać do pod­ję­cia tera­pii; mówi­łem prawdę, obie­cu­jąc Norze, że zro­bię wszystko, co w mojej mocy. Aby odnieść korzyść.

Dla­czego nie, do licha? Nie mia­łem wobec Tra­visa żad­nych zobo­wią­zań.

Był inte­li­gentny, ale kosz­mar­nie leniwy, a poza tym zupeł­nie nie można było na nim pole­gać. Skoń­czył dwa­dzie­ścia dzie­więć lat; podob­nie jak Michelle wycho­wał się w uprzy­wi­le­jo­wa­nym śro­do­wi­sku, lecz nie zdo­łał tego sen­sow­nie wyko­rzy­stać. Noco­wał w pokoju gościn­nym w moim domu; przy­cho­dził i odcho­dził, kiedy chciał. Grzecz­nie uda­wa­łem uczyn­nego szwa­gra, choć tak naprawdę mia­łem ochotę udu­sić go brud­nymi skar­pet­kami, które wszę­dzie roz­rzu­cał. Nie raczył po sobie sprzą­tać ani umyć kubka, bo zawsze robił to za niego słu­żący. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby pod­trzy­my­wał mu fiuta w cza­sie sika­nia.

Otwo­rzy­łem drzwi, lecz dzięki Bogu nie było śladu Tra­visa. Nie poczu­łem rów­nież kwa­śnego odoru jego płynu po gole­niu, któ­rego szcze­gól­nie nie zno­si­łem, choć nie miał podob­nie odstra­sza­ją­cego wpływu na kobiety. Rzu­cił się na mnie kudłaty pies wiel­ko­ści cie­laka. Szcze­kał i mer­dał ogo­nem.

- Co się dzieje, Roger? - spy­ta­łem. Pochy­li­łem się i pogła­ska­łem jego ogromny łeb.

Usiadł na pod­ło­dze i wycią­gnął przed­nią łapę. Wyda­wało się, że się uśmie­cha; wysta­wił język, a póź­niej prze­wró­cił się na grzbiet, pro­sząc o pogła­ska­nie po brzu­chu. Przy­kuc­ną­łem i speł­ni­łem jego prośbę, nazwa­łem go bied­nym palan­tem, a on poli­zał mnie po rękach.

Roger był kun­dlem. Zawsze powta­rza­łem, że nie­któ­rzy jego przod­ko­wie to wil­cza­rze, ponie­waż miał długą, zmierz­wioną sierść, ale jego gene­alo­gia musiała być dużo bar­dziej skom­pli­ko­wana. Zauwa­ży­łem go krę­cą­cego się wokół domu na tydzień przed znik­nię­ciem Michelle; stał na końcu ogrodu, za któ­rym zaczy­nał się wąwóz. Wyglą­dał, jakby potrze­bo­wał kąpieli, ucze­sa­nia i solid­nego posiłku. Kiedy Michelle zauwa­żyła, że idę w stronę tyl­nych drzwi z tale­rzem wegań­skiego bekonu w ręku, nie była zachwy­cona.

- Nie waż się tego robić. Jeśli go nakar­misz, będzie się tu krę­cił. Zgło­szę, że przy­błą­kał się bez­pań­ski pies.

- Zała­twią go, Michelle - mruk­ną­łem.

- Słu­cham?

- Uśpią go, kocha­nie.

Wzru­szyła ramio­nami i cmok­nęła, po czym przy­gła­dziła jasne włosy opa­da­jące na ramiona. Co rano pie­lę­gno­wała swo­jego boba co naj­mniej pół godziny, pro­stu­jąc każde pasmo. Jej włosy były z natury falu­jące, co mi się podo­bało, lecz ona tego nie zno­siła. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że zawsze odzna­czała się olśnie­wa­jącą urodą. Kla­syczna pięk­ność. Kiedy doro­sła, znik­nęły wszel­kie ślady dzie­cię­cej nie­zgrab­no­ści, fałdki tłusz­czu. Widzia­łem foto­gra­fie.

- Euta­na­zja to naj­lep­sza rzecz, jaka może go spo­tkać - powie­działa. Wzięła komórkę, pode­szła i poca­ło­wała mnie lekko w poli­czek. - Bądźmy poważni, kto chciałby wziąć takiego kun­dla?

Wyj­rza­łem przez okno. Pies sie­dział naprze­ciwko mnie, prze­krzy­wia­jąc łeb. Wyraz jego pyska przy­po­mi­nał moją wła­sną twarz, kiedy przy­pad­kiem zer­k­ną­łem w lustro w okre­sie doj­rze­wa­nia. Wyglą­dał jak nie­udacz­nik, ktoś, kogo wszy­scy uwa­żają za prze­gra­nego, nie doce­niają, kto zawsze czuje się gor­szy, pogar­dzany, nie­pewny. Ja już tak nie wyglą­da­łem.

- Nie odbie­rają tele­fonu - rze­kła Michelle i wrzu­ciła komórkę do torebki. - Wycho­dzę, ale to zwie­rzę może mieć wście­kli­znę, więc zgłoś, że przy­błą­kał się pies, dobrze? Jeśli to zro­bisz, pój­dziemy dziś wie­czo­rem wcze­śnie do łóżka...

Tym razem jej poca­łu­nek był długi, suge­stywny. Namiętny. Nie­dawno dała mi w pre­zen­cie nowy samo­chód i powie­działa, żebym nie zaglą­dał daro­wa­nemu koniowi w zęby. Nie, nie zgło­si­łem poja­wie­nia się bez­pań­skiego psa, a póź­niej ją okła­ma­łem.

Nie widzia­łem Rogera do końca tygo­dnia, lecz kilka dni po znik­nię­ciu Michelle i moim powro­cie z Anglii znowu się poja­wił. Było to nie­zwy­kłe, pra­wie jakby wyczuł, że Michelle już nie ma, że groźba uśpie­nia zni­kła. Sprytna bestia.

W ciągu paru tygo­dni dopro­wa­dzi­łem go do porządku. Wizyta u psiego fry­zjera, u wete­ry­na­rza, kilka szcze­pień i odro­ba­cze­nie. Był oka­zem zdro­wia i lep­szym towa­rzy­szem niż więk­szość zna­nych mi ludzi. Rów­nież bar­dziej lojal­nym; kiedy ogar­niało mnie lek­kie poczu­cie winy z powodu tego, co zro­bi­łem, albo tęsk­ni­łem za żoną w wiel­kim, pustym domu, w któ­rym spę­dza­łem samot­nie czas, przy­po­mi­na­łem sobie, że Michelle chciała go uśmier­cić.

- Masz ochotę na spa­cer? - spy­ta­łem, cie­sząc się, że wygrał.

Pod­sko­czył z gło­śnym szczek­nię­ciem, nim zdą­ży­łem chwy­cić smycz. Po chwili wyszli­śmy z domu. Ulica była pusta; więk­szość sąsia­dów spę­dzała wie­czór w gro­nie rodzin­nym. Ele­ganc­kie samo­chody stały na pod­jaz­dach; nikt nie miał pro­ble­mów z zaufa­niem, jakie prze­śla­do­wały Michelle. Na wypie­lę­gno­wane krzewy i traw­niki padał zło­ci­sty blask świa­teł w poko­jach.

Zoba­czy­łem kilka domów dalej naszą roz­no­si­cielkę gazet, dziew­czynę o imie­niu Katie, która zawsze nosiła żółtą odbla­skową czapkę. Cią­gnęła czer­wono-zie­lony wózek. Zwol­ni­łem, by się z nią nie spo­tkać, bo nie byłem w nastroju do roz­mowy.

Wie­dzia­łem, że Katie ma dwa­na­ście lat i że od dwóch lat, nie­za­leż­nie od pogody, roz­wozi dar­mową lokalną gazetę wraz z pli­kami ulo­tek. Jej rodzice nie odzie­dzi­czyli for­tuny jak wielu miesz­kań­ców naszej ulicy, ale ją zdo­byli dzięki przed­się­bior­czo­ści: zało­żyli sieć barów ze świe­żymi sokami, którą sprze­dali za kilka milio­nów dola­rów tuż przed wybu­chem pan­de­mii.

Na jed­nym ze świą­tecz­nych przy­jęć pod­słu­cha­łem, jak mówią, że są tra­dy­cjo­na­li­stami, więc kazali Katie oszczę­dzać na stu­dia w college?u, by uzy­skała dyplom, nie mając do spła­ce­nia kre­dy­tów stu­denc­kich. Posta­no­wiła wcze­śnie pod­jąć pracę. Michelle uwa­żała, że jej rodzice sto­sują dra­koń­skie metody wycho­waw­cze, i żar­to­wała, że nale­ża­łoby zawia­do­mić służby zaj­mu­jące się ochroną dzieci, do czego z pew­no­ścią byłaby zdolna. Mimo to podej­ście rodzi­ców Katie wyda­wało mi się sen­sowne. W wieku Katie ja rów­nież zara­bia­łem pie­nią­dze, chyba znacz­nie więk­sze - wła­my­wa­łem się do kom­pu­te­rów nauczy­cieli, wykra­da­łem testy i sprze­da­wa­łem po pięć fun­tów od sztuki. Świetny biz­nes i ni­gdy nie został­bym zła­pany, ale oka­za­łem się za sprytny i umie­ści­łem testy na ano­ni­mo­wej stro­nie inter­ne­to­wej, którą stwo­rzy­łem w kilka godzin, zamiast sprze­da­wać je klien­tom z ręki do ręki. Był to mój pierw­szy krok w stronę życia oszu­sta, zawo­do­wego prze­stępcy. Nie posze­dłem na stu­dia, ale zawsze mia­łem w sobie ducha przed­się­bior­czo­ści, nie­ważne, jak go wyko­rzy­sty­wa­łem.

Sze­dłem ulicą, pozwa­la­jąc Roge­rowi się wysi­kać i obwą­chi­wać latar­nie, gdy miał na to ochotę. Podej­rze­wa­łem, że ktoś może mnie obser­wo­wać zza firanki, więc kiedy dotar­li­śmy do maleń­kiego placu zabaw na rogu, z żółtą zjeż­dżal­nią i mode­lem statku pirac­kiego, usia­dłem na ławce, zwie­si­łem głowę i zakry­łem oczy dłońmi. Gdyby kto­kol­wiek na mnie patrzył, pomy­ślałby, że pła­czę i usi­łuję się opa­no­wać. W trak­cie prze­słu­cha­nia na poli­cji nie­wąt­pli­wie zeznałby, że wyda­wa­łem się wytrą­cony z rów­no­wagi, wymi­ze­ro­wany i zroz­pa­czony - jak zawsze od zagi­nię­cia Michelle.

Bez wąt­pie­nia była to moja naj­więk­sza życiowa rola. Wszy­scy uwa­żali, że zakoń­czy­łem karierę aktor­ską, kiedy w wieku dzie­się­ciu lat zagra­łem osiołka w jaseł­kach w szkole pod­sta­wo­wej, a póź­niej zepchną­łem Ste­viego Prit­charda ze sceny, gdy ten gów­niarz pięć razy ude­rzył mnie w plecy pla­sti­ko­wym mie­czem. Bójka zakoń­czyła się kolej­nym zawie­sze­niem w pra­wach ucznia i stała się punk­tem zwrot­nym w moim życiu. Nikt nie widział, co zro­bił Ste­vie, a kiedy dwie­ście pięć­dzie­siąt razy pisa­łem zda­nie: "Nie będę popy­chał kole­gów", co kazał mi zro­bić ojciec, zro­zu­mia­łem, że potrze­buję spryt­niej­szych, dys­kret­niej­szych spo­so­bów radze­nia sobie z przy­szłymi pro­ble­mami.

Sie­dząc na skwerku, wie­dzia­łem, że moja obecna rola jest bar­dziej skom­pli­ko­wana niż kiwa­nie głową, porykiwa­nie i popy­cha­nie Ste­viego. Musia­łem pozo­stać wzo­rem zroz­pa­czo­nego męża, któ­rego żonę upro­wa­dzono i który ma do sie­bie pre­ten­sje, że nie był w sta­nie jej ochro­nić. Mąż zagi­nio­nej żony zawsze jest głów­nym podej­rza­nym - nie bez powodu, co potwier­dzają sta­ty­styki. Mój przy­pa­dek paso­wał do sta­ty­styk, choć nikt oprócz mnie nie wie­dział, co się stało z Michelle. Chcia­łem, żeby tak zostało.

Rozdział 5

5

Nie jestem głup­cem. Wiem, że inspek­tor Anjali Dubal i jej kole­dzy uznali mnie za jed­nego z podej­rza­nych; praw­do­po­dob­nie dalej tak mnie trak­tują. Dokład­nie spraw­dzili moją bio­gra­fię i finanse, uda­jąc, że stoją po mojej stro­nie. Nie mam nic prze­ciwko temu: wiem, na czym polega gra. Przez ostat­nie dzie­sięć lat stwo­rzy­łem sie­bie na nowo i zatar­łem za sobą ślady, co ozna­cza, że mogli zna­leźć tylko to, na co im pozwo­li­łem. Nie­dawno zdmuch­ną­łem na tor­cie uro­dzi­no­wym trzy­dzie­ści dwie świeczki; góruję nad nimi inte­lek­tu­al­nie i nie jestem naiw­nia­kiem.

Czy ich zda­niem mia­łem motyw, by zabić Michelle? Wszy­scy mówili, że byli­śmy ide­alną parą. Ni­gdy się nie kłó­ci­li­śmy, rzadko mie­li­śmy roz­bieżne poglądy, ni­gdy jej nie zdra­dza­łem. Z pozoru byli­śmy wspa­nia­łym mał­żeń­stwem. A pie­nią­dze? Michelle była znacz­nie bogat­sza ode mnie, więc oczy­wi­ście mia­łem motyw, jeden z naj­sil­niej­szych, jakie ist­nieją. Środki? Tak. A oka­zję?

W nocy, kiedy Michelle zagi­nęła, byłem w Anglii z wizytą u ojca. Opu­ści­łem Stany i zadba­łem, by mogło to potwier­dzić mnó­stwo świad­ków; poza tym dys­po­no­wa­łem doku­men­tami podróży. Dosko­nałe alibi jed­nak nie wystar­czyło, by prze­ko­nać poli­cję, że nie macza­łem pal­ców w porwa­niu żony. Prze­szu­kali dom i samo­chody, spraw­dzili lap­top, iPhone?y i iPady, które chęt­nie im prze­ka­za­łem, lecz niczego nie zna­leźli. Ani jed­nej rysy w fasa­dzie naszego ide­al­nego mał­żeń­stwa. Nie zaan­ga­żo­wa­łem adwo­kata, bo nie było potrzeby. Wyglą­dał­bym jak czło­wiek mający coś na sumie­niu, a poza tym nie mia­łem ochoty napy­chać komuś kabzy pie­niędzmi Michelle.

Zapro­po­no­wa­łem, że pod­dam się bada­niu wario­gra­ficz­nemu, by skre­ślili mnie z listy podej­rza­nych i sku­pili uwagę na poszu­ki­wa­niu praw­dzi­wego sprawcy. Zda­łem test śpie­wa­jąco, akro­ba­tycz­nie balan­su­jąc na gra­nicy kłam­stwa i prawdy. Wario­grafy nie­trudno oszu­kać, pod warun­kiem że ktoś wie, co robi.

Moje zezna­nia i zacho­wa­nie świet­nie do sie­bie paso­wały; poświę­ci­łem wiele mie­sięcy na pla­no­wa­nie i ćwi­cze­nia. Nawet lata. Poli­cjanci szu­kają nie­ty­po­wych zacho­wań, odstępstw od normy, lecz w moim przy­padku niczego nie zna­leźli. Pro­wa­dzi­łem spo­kojne, ure­gu­lo­wane życie; wyda­wa­łem się wzo­rem przy­zwo­ito­ści. Mia­łem świetne rela­cje z Norą i wspie­ra­łem Tra­visa. Liczyły się rów­nież drobne szcze­góły i gesty, które sta­ran­nie pla­no­wa­łem w ciągu trzech i pół roku mał­żeń­stwa z Michelle. Krótko mówiąc, gli­nia­rze nie mieli do czego się przy­cze­pić.

Czy mnie podej­rze­wali? Gwa­ran­tuję w stu pro­cen­tach, że zna­la­złem się na pierw­szym miej­scu listy podej­rza­nych. Czy pozo­sta­łem nume­rem jeden? W żad­nym wypadku.

- Chodź - zwró­ci­łem się do Rogera i wsta­łem, doszedł­szy do wnio­sku, że tego wie­czoru nie muszę wię­cej odgry­wać spek­ta­klu dla ludzi, któ­rzy mogą mnie obser­wo­wać. - Mar­zną mi jaja. Wra­camy do domu.

Szczek­nął, co uzna­łem za zgodę. Idąc ulicą, rozej­rza­łem się, by spraw­dzić, czy Katie już sobie poszła. Była dobrą dziew­czyną, ale nie mia­łem zamiaru dać się spro­wo­ko­wać do kupie­nia kolej­nych sze­ściu opa­ko­wań cia­ste­czek marki Thin Mint i Lemon-Up. Szybko zja­dłem poprzed­nią par­tię i zmu­si­łem się do prze­bie­gnię­cia kilku dodat­ko­wych kilo­me­trów, by spa­lić nad­miar kalo­rii.

Po powro­cie, sto­jąc na progu domu, który wkrótce miał się stać moją wła­sno­ścią, pod­nio­słem plik papie­rów pozo­sta­wio­nych przez Katie. Michelle rzadko czy­tała gazetki rekla­mowe i ni­gdy nie brała do ręki ulo­tek. Nie inte­re­so­wały ją wyprze­daże. Jeśli pra­gnęła coś kupić, po pro­stu szła do sklepu; nie cze­kała tydzień dłu­żej, by zapła­cić znacz­nie niż­szą cenę. Kie­dyś powie­dzia­łem, że mogłaby ofia­ro­wać na cele cha­ry­ta­tywne pie­nią­dze zaosz­czę­dzone dzięki kupo­nom raba­to­wym. Ani przez chwilę nie przy­pusz­cza­łem, że się zgo­dzi. Spoj­rzała na mnie takim wzro­kiem, jak­bym zapro­po­no­wał, by nasma­ro­wała się mio­dem, a póź­niej prze­szła przez las, w któ­rym gra­sują niedź­wie­dzie. Zamru­gała i odpo­wie­działa ze śmie­chem:

- Mogę po pro­stu wypi­sać czek. Nie mam czasu ani ener­gii na uga­nia­nie się za oka­zjami. W życiu są waż­niej­sze rze­czy.

Gro­te­skowa roz­rzut­ność żony prze­stała już mieć zna­cze­nie, ale kiedy wsze­dłem do domu i powie­si­łem płaszcz w gar­de­ro­bie, znów poczu­łem iry­ta­cję z tego powodu. Przez wiele lat pra­co­wi­cie wyci­na­łem z gazet kupony raba­towe i zawsze szu­ka­łem oka­zji do tań­szych zaku­pów. Był to jedyny spo­sób, żeby­śmy mieli z ojcem dość jedze­nia i znowu nie wylą­do­wali na ulicy. Opa­no­wa­łem tę umie­jęt­ność już jako dziecko, podob­nie jak wśli­zgi­wa­nie się do barów dla doro­słych, gdy nie skoń­czy­łem jesz­cze osiem­na­stu lat, albo pod­kra­da­nie paczek papie­ro­sów dla ojca, choć zawsze i tak sam je wypa­la­łem.

Cią­gle przy­po­mi­na­łem sobie wietrzną Wigi­lię, kiedy mia­łem jede­na­ście lat i w końcu prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do miesz­ka­nia komu­nal­nego na jed­nym z naj­bar­dziej szem­ra­nych osie­dli Man­che­steru. W domu czuć było zasta­rzały zapach sma­że­niny i psich szczyn. Sądząc po głę­bo­ko­ści zadra­pań na lami­no­wa­nej pod­ło­dze maleń­kiego, obskur­nego holu, poprzedni loka­to­rzy musieli hodo­wać lwa.

Pra­cow­nica socjalna wci­snęła ojcu do ręki klu­cze i szybko się ulot­niła, nie­wąt­pli­wie pra­gnąc spę­dzić święta z rodziną i opy­chać się indy­kiem, pie­czo­nymi ziem­nia­kami i wigi­lij­nym pud­din­giem. Pobie­głem do skle­piku na rogu po dwa opa­ko­wa­nia bły­ska­wicz­nego maka­ronu; zja­dłem go z ojcem, sie­dząc na pod­ło­dze nowej kuchni. Na ścia­nach wisiały roz­kle­ko­tane szafki z drzwicz­kami w czarno-białą sza­chow­nicę. Nie­które drzwiczki były prze­krzy­wione pod tak dziw­nymi kątami, że zasta­na­wia­łem się, czy nie spadną i nie zmiaż­dżą mi pal­ców u nóg; pod­wi­ną­łem stopy pod tyłek i zasta­na­wia­łem się, czy mamy śru­bo­kręt.

Reszta miesz­ka­nia była w podob­nym sta­nie. Ściany pokry­wał grzyb, któ­rego wykwity przy­po­mi­nały abs­trak­cyjną kom­po­zy­cję (ojciec oświad­czył, że grzyb można usu­nąć wybie­la­czem). Nie mogli­śmy otwo­rzyć okien, bo fra­mugi zama­lo­wano, ale czu­li­śmy się bez­piecz­nie i po raz pierw­szy od lat mia­łem wła­sny pokój. Każ­dego wie­czoru krzy­żo­wa­łem palce, by tak już zostało. Nie chcia­łem spać w samo­cho­dzie ojca albo na czy­jejś kana­pie, trzy­mać rze­czy w dwóch tor­bach z Tesco. Mia­łem nadzieję, że ni­gdy wię­cej nie usły­szę uwag kole­gów, któ­rzy zaty­kali nosy i skar­żyli się, że nie myłem się od tygo­dnia. Kiedy pierw­szej nocy leża­łem w nowym łóżku, nie marzy­łem o sto­sach pre­zen­tów, które dostanę naza­jutrz rano. Chcia­łem wresz­cie prze­stać się zakra­dać pod prysz­nice w szkole, a póź­niej kła­mać, że byłem na base­nie, na co ni­gdy nie było mnie stać.

Dzień po prze­pro­wadzce ukra­dłem małą pla­sti­kową cho­inkę sprzed drzwi jed­nego z sąsia­dów i okła­ma­łem ojca, że zna­la­złem ją w kon­te­ne­rze na śmieci. W cza­sie świąt nie zdą­ży­li­śmy porząd­nie posprzą­tać miesz­ka­nia; zro­bi­li­śmy to dopiero po następ­nej wie­czor­nej eska­pa­dzie ojca do pubu, gdy stra­cił kon­trolę nad pęche­rzem na dywa­niku w łazience. Wpa­dłem we wście­kłość, bo dywa­nik nada­wał się do wyrzu­ce­nia. Zaklą­łem, gdy jeden z tan­det­nych samo­przy­lep­nych kafel­ków, które kupi­łem, przy­kleił się do miski klo­ze­to­wej. Były to cięż­kie czasy, ale zahar­to­wały mnie jak stal. W tym okre­sie już nie kra­dłem w skle­pach, lecz zawsze wrzu­ca­łem kilka dola­rów do puszek na datki na dzieci, sto­ją­cych w skle­pach na rogach ulic. Chcia­łem odpo­ku­to­wać w ten spo­sób swoje dawne liczne prze­stęp­stwa. I nie­dawne brzyd­kie postępki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki