Rozdział 1
1
Miarowe tykanie zabytkowego zegara karetowego stojącego na gzymsie
kominka stało się jakby głośniejsze - rytmiczne cyk-cyk-cyk, na które
zwykle nie zwraca się uwagi. Prawie godzinę siedziałem nieruchomo i trzymałem za rękę chorą teściową. Tykanie wnikało mi do mózgu i szarpało
nerwy, wywołując wyobrażenia młotków, miedzianych sprężyn, rozbitego
szkła.
Nora wyglądała znacznie gorzej, niż gdy ją odwiedziłem na początku
tygodnia. Siedziała w łóżku, otoczona mnóstwem poduszek. Jeszcze
bardziej schudła, choć już przed chorobą była szczupła. Widziałem
sterczące kości, a pocałunek w policzek okazał się sportem ekstremalnym
- można było stracić oko. Blada cera kojarzyła się z makijażem dzieci,
które zapukały do domu w Halloween kilka dni temu. Podkreślała ciemne
kręgi pod oczami przypominającymi studnie bez dna. Nie wiedziałem, ile
czasu jej zostało. Nie byłem medykiem, ale wszyscy czuliśmy, że to nie
potrwa długo. Kiedy zaledwie trzy tygodnie temu poinformowała mnie o diagnozie, lekarze prognozowali, że przeżyje dwa miesiące, lecz jej stan
pogarszał się tak szybko, że nie zdziwiłbym się, gdyby umarła za kilka
dni.
Rak jajnika. Byłem Anglikiem, miałem trzydzieści dwa lata i nie
osiągnąłem nawet połowy wieku Nory. Wcześniej nie wiedziałem, dlaczego
rak jajnika jest nazywany "cichym zabójcą", ale teraz już to rozumiałem.
Moja teściowa była bardzo bogata i mieszkała w ekskluzywnym, malowniczym
osiedlu Chelmswood na przedmieściach Bostonu, jednak kiedy wreszcie
poszła do lekarza z powodu bólu w plecach i ustalono, co się dzieje, jej
organy wewnętrzne były już zaatakowane. Choroba okazała się podstępna,
działała w ukryciu, niszczyła organizm, nim ktoś się zorientował, że
dzieje się coś złego.
Wielka szkoda, bo w całej rodzinie Wardów tylko ją naprawdę lubiłem.
Przy łóżku teścia na pewno nie siedziałbym tak długo z odrętwiałym
tyłkiem. Miałbym ochotę udusić go poduszką w chwili, gdy pielęgniarka
się odwróci. Ale Nora nie budziła we mnie negatywnych emocji. Była
dobra, łagodna. W sekrecie poświęcała mnóstwo czasu na pracę w organizacjach charytatywnych i przekazywała im pieniądze, nie licząc na
wdzięczność. Czasami wyobrażałem sobie, że gdyby moja matka żyła, byłaby
podobna do Nory. Przez moment się zastanawiałem, co by się ze mną stało,
gdyby nie umarła tak młodo. Czy wyrósłbym na porządnego człowieka?
Stopniowo uwolniłem rękę z dłoni Nory i sięgnąłem po komórkę.
Postanowiłem rozegrać w telefonie kilka partyjek tryktraka, nim się
obudzi. Ostatnim razem program trzy razy mnie pokonał i musiałem się
zrewanżować, ale palce Nory poruszyły się, nim wykonałem pierwszy ruch.
Popatrzyłem na jej czoło, które wydawało się zmarszczone z bólu nawet we
śnie. Nie pierwszy raz miałem nadzieję, że śmierć zabierze ją wcześniej,
a nie później. Gdybym był śmiercią, działałbym szybko, skutecznie i miłosiernie, nie przekształcałbym odejścia z tego świata w długi,
bolesny proces rozpadu ciała i umysłu. Ludzie nie powinni cierpieć przed
śmiercią. Przynajmniej nie wszyscy.
- Lucas?
Podskoczyłem. Była to Diane, pielęgniarka Nory i moja sąsiadka; położyła
mi rękę na ramieniu. Wyszła z pokoju zaledwie na dwie minuty, ale
podczas pracy zawsze nosiła buty na miękkich podeszwach, co sprawiało,
że nigdy nie słyszałem, że się zbliża. Jakby się skradała, pomyślałem i postanowiłem więcej nie siadać odwrócony plecami do drzwi.
Kiedy przechodziła obok mnie, poczułem wyraźny zapach środków
bakteriobójczych i płynu odkażającego do rąk. Nienawidziłem tego odoru.
Budził zbyt wiele złych wspomnień, których nie potrafiłem odpędzić.
Diane postawiła szklankę wody na stoliku przy łóżku, sprawdziła stan
Nory i odwróciła się. Stała wsparta pod boki, patrząc na mnie z góry.
Miała metr osiemdziesiąt wzrostu i ciemne kędzierzawe włosy
przypominające maleńkie świderki.
- Możesz wracać do domu. Zostanę tu dziś wieczorem. - Mówiła przyjaznym
tonem, lecz nie ulegało wątpliwości, że to rozkaz. - Odpocznij - dodała.
- Wyglądasz koszmarnie.
- Bardzo dziękuję - powiedziałem z udawanym oburzeniem. - Naprawdę
umiesz mówić komplementy mężczyznom.
Diane przechyliła głowę na bok, splotła ramiona na piersi i obrzuciła
mnie długim spojrzeniem, które każdy uznałby za groźne.
- Kiedy ostatnio normalnie spałeś?
Machnąłem ręką.
- Jest dopiero siódma.
- Domyślam się, że w tych okolicznościach ja też nie chciałabym być sama
w domu.
Odwróciłem wzrok.
- Nie o to chodzi. Zaczekam, aż Nora się obudzi. Chcę się z nią
pożegnać. Wiesz, na wypadek, gdyby... - po ostatnim słowie głos lekko mi
się załamał i udałem, że kaszlę. Przycisnąłem do oczu nasady dłoni.
- Nie umrze... - szepnęła Diane. - Nie dziś w nocy. Możesz mi zaufać.
Nie jest gotowa do odejścia.
Diane od dwudziestu lat pracowała w hospicjum i widziała wielu ludzi
wydających ostatnie tchnienie. Skoro powiedziała, że Nora nie umrze w nocy, rano będzie nadal żyła.
- Niech się obudzi. Potem pojadę do siebie.
Diane westchnęła z rezygnacją i usiadła w fotelu po drugiej stronie
łóżka. Milczeliśmy. Czuliśmy się dobrze w swojej obecności, choć
spotykaliśmy się rzadko. Poznałem Diane i jej żonę Karinę niespełna trzy
lata temu, gdy wprowadziliśmy się do domu w Chelmswood. Mieszkały po
przeciwnej stronie ulicy; pewnego dnia nawiązały rozmowę ze mną i Michelle. Zdaje się, że chodziło o terminy wywozu śmieci i recykling
odpadów. Przyziemna dyskusja mogłaby się przerodzić w przyjaźń:
jedlibyśmy razem kolacje, spotykali się na drinka, zwierzali z wstydliwych sekretów dzieciństwa. Jednak Michelle uważała, że nie mamy
na to czasu: jej zdaniem byliśmy "zajętymi przedstawicielami wolnych
zawodów z napiętym harmonogramem utrudniającym nawiązywanie nowych
znajomości". Mój automatyczny translator tłumaczył ten komentarz
następująco: "Nie chcemy, by zawracano nam głowę", więc nigdy nie
staliśmy się przyjaciółmi i pozostaliśmy tylko sąsiadami.
Czasem zapraszaliśmy się na świąteczne przyjęcia albo opiekowaliśmy się
swoimi domami podczas wyjazdów - wyjmowanie listów ze skrzynki,
podlewanie kwiatów i tak dalej - lecz poza tym spotykaliśmy się tylko na
ulicy. Mimo to Karina regularnie zostawiała w naszej kuchni pozdrowienia
wraz z kwiatami ze swojego ogrodu i butelką wina. Nie chcąc być gorsza,
Michelle odwzajemniała gest, lecz zawsze wybierała bardziej wysmakowane
bukiety i lepsze wino. Bardzo irytowały mnie podstępne, złośliwe gierki
żony, choć udawałem zbyt głupiego, by je zauważyć. Jednak kiedy Nora
zachorowała i Diane została jedną z jej pielęgniarek, czułem ulgę, że
teściową opiekuje się osoba, której mogę ufać.
- Przykro mi, że masz tyle kłopotów. - Diane przerwała moje myśli o małżeństwie. - To niesprawiedliwe. Oczywiście choroby nigdy nie są
sprawiedliwe, lecz jest jeszcze sprawa Michelle. Po prostu nie umiem
sobie wyobrazić, co przeżywasz. To koszmarne...
Skinąłem głową, potwierdzając niewypowiedziane słowa wiszące w powietrzu. Temat Michelle był wyczerpany: wszystko przedyskutowaliśmy,
rozłożyliśmy na czynniki pierwsze i z powrotem złożyliśmy w całość. Nie
rozwiązaliśmy zagadki jej zniknięcia ani nie znaleźliśmy żadnych tropów.
Nie było niczego nowego, pomocnego, budzącego nadzieję. Nigdy niczego
się nie dowiemy.
Znowu zapadła cisza. Tykanie ozdobnego zegara karetowego przypominało mi
chwilę, gdy stałem z młotkiem w ręku. Nagle rozległ się dzwonek do
drzwi.
- Ja otworzę - mruknęła Diane i zanim zdążyłem się podnieść, wyszła z pokoju i zamknęła drzwi. Mimo woli się zastanawiałem, czy nie opuściła
pomieszczenia tak szybko, bo chciała się ode mnie uwolnić: w ciągu
ostatniego miesiąca niemal codziennie udzielała mi wsparcia.
Postanowiłem nieco stonować swoje zachowanie. Nikt nie lubi być
postrzegany jak histeryczna płaksa, niezależnie od okoliczności.
Pochyliłem się w stronę drzwi i wyciągnąłem szyję, lecz nie słyszałem
żadnych głosów. Nie chciałem wstawać, bo Nora mogłaby się obudzić. Jej
ciało było chore, lecz umysł pozostał sprawny jak szwajcarski zegarek.
Gdyby zobaczyła mnie przykładającego ucho do mahoniowych drzwi,
zastanawiałaby się, co knuję. To był solidny mahoń. Najlepszy, jaki
można kupić za pieniądze zarobione przez trzy pokolenia Wardów,
właścicieli imperium budowlanego. W domu nie użyto tanich materiałów,
jak zauważył teść, kiedy po raz pierwszy oprowadził mnie po sześciu
sypialniach, czterech salonach, wewnętrznych i zewnętrznych kuchniach
(koszmarnie zimnych w czasie lodowatych zim w Bostonie). Do tego
dochodziły tereny zielone, znacznie większe niż zwykłe podwórko, na
którym można przystrzygać trawę kosiarką.
- Moja rodzina musi mieć wszystko, co najlepsze - powiedział Gideon
swoim charakterystycznym, pompatycznym basem, wypiwszy kolejną
szklaneczkę szkockiej. Po każdym łyku w jego głosie coraz wyraźniej było
słychać rozwlekły akcent ze Wschodniego Wybrzeża, który zwykle starannie
ukrywał. - Żadnych płyt pilśniowych, winylu, laminatu ani innych śmieci.
W ogóle mnie to nie interesuje, ani trochę.
Płyty pilśniowe, winyl i laminat są w domach, które budujesz dla innych
- pomyślałem, ale tylko mruknąłem coś w odpowiedzi. Niewątpliwie uznał
to za oznakę zgody, ponieważ ludzie rzadko się z nim nie zgadzali.
Uniosłem szklaneczkę szkockiej i nie wspomniałem o mieszkaniach
komunalnych, w których się wychowałem i które Gideon uważał za "nędzne
nory dla biedaków". Nie opowiedziałem, jak mnie i ojca wiele razy
eksmitowano z obskurnych klitek, ponieważ nie mogliśmy zapłacić czynszu,
po czym lądowaliśmy na bruku. Miałem zupełnie inne dzieciństwo niż moja
żona i wyobrażałem sobie, że Gideon wybałuszyłby oczy ze zdumienia,
gdybym opisał koszmarne warunki, w jakich się wychowałem. Zrozumiałby,
że pochodzę ze środowiska, które nie ma nic wspólnego z eleganckim
wizerunkiem mojej osoby - choć zdołałem wmówić całemu światu, że jest
prawdziwy. Byłby wstrząśnięty, gdyby zrozumiał, że jego idealna córka
wyszła za mąż za kogoś ze znacznie niższej sfery. Wyciągnęła mnie z ziemi jak marchewkę, i to wcale nie drogi, ekologiczny gatunek. Śmiałem
się w duchu, gdy przychodziły mi do głowy te porównania.
Oczywiście niczego mu nie powiedziałem. Wypiłem kolejny łyk szkockiej,
której nienawidziłem, i milczałem. Nie miałem zamiaru zdradzać teściowi
prawdy o swoim pochodzeniu, choć dałoby mi to trochę satysfakcji. Tak
czy inaczej, mimo wysiłków Gideona, wszystko układało się zgodnie z planem. A nawet jeszcze lepiej. Zadowolony z siebie sukinsyn nie żyje.
Nie tylko on.
Rozdział 2
2
Ręka teściowej znowu zadrżała i skupiłem na niej uwagę, zapominając o jej nieżyjącym mężu. Kiedy Nora otworzyła oczy, odczekałem chwilę, by
całkiem oprzytomniała. Zastanawiałem się, jak się czuła przez ułamek
sekundy po przebudzeniu, nim przypomniała sobie, że umiera, a Michelle
zaginęła. Może poczuła ulgę, że cierpienie wkrótce się skończy? Może
była zadowolona, że jej walka zbliża się do kresu?
- Znowu zasnęłam - powiedziała, napotkawszy mój wzrok. Mówiła ochryple,
a jej akcent z południowo-zachodniej Anglii był zauważalny nawet po
kilkudziesięciu latach życia w Stanach. - Nie jestem najlepszą
towarzyszką, prawda? Powinieneś iść do domu.
Przygładziła krótkie, siwe włosy. Cienka, pomarszczona skóra na wierzchu
drżącej dłoni przypomniała krepinę, której używaliśmy w szkole na
zajęciach artystycznych, gdy byłem chłopcem. Przypomniał mi się
stworzony przeze mnie pająk. Mozolnie wycięte złote trójkąciki
przyklejone do kolorowych drucików do czyszczenia fajek. Kiedy dumnie
niosłem swoje dzieło do domu, by pokazać je ojcu, barczysty chłopak o imieniu Tony odebrał mi je, wrzucił do kałuży i podeptał wielkimi
buciorami. Podbiłem mu oko i wyrwałem kępę włosów, czym zyskałem podziw
kolegów; dyrektorka szkoły na trzy dni zawiesiła mnie w prawach ucznia.
Warto było to zrobić, ale był to jeden z ostatnich przypadków, gdy
publicznie podniosłem na kogoś rękę.
- Jeszcze nie chcę iść do domu - powiedziałem. - Nie pozbędziesz się
mnie tak łatwo.
- Na to wygląda. - Nora usiłowała się uśmiechnąć, lecz na jej twarzy
pojawił się grymas. Rozejrzała się po pokoju przekrwionymi, załzawionymi
oczami. - Gdzie jest Diane? - spytała z lekką paniką w głosie. - Nie
wyszła, prawda?
- Nie, ktoś zadzwonił do...
Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Diane. Podążała za nią
inspektor Anjali Dubal. Wyprostowałem plecy, a Nora otworzyła szeroko
oczy. Próbowała się podnieść i wyciągnąłem rękę, by jej pomóc, ale
pokręciła głową.
- Ma pani jakieś wiadomości, pani inspektor? - spytałem z westchnieniem.
Anjali, która od początku nalegała, byśmy zwracali się do niej po
imieniu, podeszła do łóżka. Długie ciemne włosy spływały jej na ramiona.
Miała przeszło trzydzieści pięć lat i była ode mnie o głowę niższa, ale
niski wzrost nie odbierał jej pewności siebie. Wydawała się ambitna i zdeterminowana. Czujna.
- Postanowiłam wpaść - powiedziała. - Miło mi, że panią widzę. Jak się
pani czuje?
Nora chwyciła mnie za rękę, wbijając mi w dłoń kościste palce.
- Jakoś się trzymam, prawda?
- Ale z trudem. - Wstałem, odwróciłem się w stronę Anjali i powtórzyłem
pytanie Nory nieco bardziej szorstkim tonem. - Ma pani jakieś
wiadomości?
Inspektor włożyła ręce głęboko do kieszeni czarnego płaszcza sięgającego
do kolan. Stała w lekkim rozkroku. W czasie naszych rozmów dowiedziałem
się, że jest singielką, nie ma dzieci i w ciągu ostatnich dwóch lat
spędziła na urlopie zaledwie tydzień. Nie skarżyła się. Uwielbiała swoją
pracę i była w niej dobra. Stała w sypialni Nory z pistoletem na biodrze
i wydawało się, że jest w swoim żywiole. Emanowała z niej pewność
siebie. Miała imponujące umiejętności i intuicję. Jednak tym razem w niczym jej to nie pomoże.
- Otrzymaliśmy wyniki badań laboratoryjnych skradzionej furgonetki. - Na
twarzy Anjali pojawił się przepraszający wyraz. Już dawno spostrzegłem,
że nie potrafi ukrywać uczuć, i miałem nadzieję, że nigdy nie gra w pokera. Mimo to jej słowa wzbudziły moją ciekawość. I, szczerze mówiąc,
zaniepokoiły mnie.
- Coś znaleźliście? - spytałem, usiłując nie wstrzymywać oddechu w oczekiwaniu na odpowiedź.
Pokręciła głową
- Niestety, nic pomocnego.
- Nic? - odezwałem się. Mocniej zabiło mi serce. - W całej furgonetce?
Jak to możliwe?
- Została spalona, więc wiedzieliśmy, że badania okażą się trudne -
odparła. - Niestety ogień zniszczył wszystkie ślady DNA. Nie znaleźliśmy
odcisków palców ani stóp dających się zidentyfikować. Żadnego włosa ani
włókna. - Tak głęboko wbijała ręce w kieszenie, że zastanawiałem się,
czy straciła pewność siebie, czy szuka magicznej drogi ucieczki. -
Przykro mi to mówić, ale badania laboratoryjne zakończyły się fiaskiem.
Przejrzeliśmy też wszystkie nagrania z monitoringu.
- Ciągle nie ma żadnych świadków? - szepnęła Nora.
- Nie - odparła Anjali. - Ludzie, którzy porwali Michelle, znali się na
rzeczy.
- Byli zawodowcami - wtrąciła Diane. Inspektor przytaknęła.
- Ma pani nadzieję, że Michelle wyjdzie z tego żywa? - spytała drżącym
głosem Nora.
Anjali zrobiła krok do przodu. Milczała przez chwilę.
- Na początku obiecałam, że nie będę państwa okłamywać - rzekła w końcu.
- To, że porywacz nie odebrał okupu, może oznaczać wiele rzeczy. Mógł
się przestraszyć...
- Zgodziła się pani, że to zawodowcy - zauważyłem.
- Tak, ale mogły się pojawić problemy logistyczne...
- Logistyczne?! - rzuciłem. - Michelle to nie jakaś cholerna paczka z Amazona. Wiedzieli, że tam jesteście, to jasne. Wiedzieli, że policja
obserwuje to miejsce. - Anjali otworzyła usta, lecz nie dałem jej dojść
do słowa. - List z żądaniem okupu wyraźnie zabraniał zawiadamiać
policję, ale pani nalegała. Powiedziała pani, że nad wszystkim
panujecie, wiecie, co robicie.
- Lucas, proszę! - przerwała Diane. - Wszyscy stoimy po tej samej
stronie.
- Może. - Zacisnąłem usta, odzyskując panowanie nad sobą. - Ale jeśli...
A jeśli ją skrzywdzili, bo nie spełniłem ich żądań? Gdybym to zrobił,
mogłaby już tu być.
Anjali uniosła dłoń.
- Nie możemy...
- Minęło trzydzieści jeden dni od porwania Michelle. Trzydzieści jeden.
- Wszyscy słyszeli narastające napięcie w moim głosie. Przypominało
wzbierającą falę tsunami. - I dwadzieścia osiem dni od nieudanego
przekazania okupu, czego nikt nie potrafi wytłumaczyć.
- Rozumiem, co pan czuje - rzekła Anjali.
- Naprawdę? Czy porwano miłość pani życia?
- Nie, Lucas, ale przyrzekam, że...
- Że zrobicie wszystko, co w waszej mocy? - Zaśmiałem się gorzko. -
Powtarzała to pani tyle razy, że straciłem już rachubę. A tymczasem jest
coraz mniej czasu. Dla Michelle i dla... - Uszczypnąłem się w grzbiet
nosa, ale było już za późno. Wszyscy wiedzieli, kogo mam na myśli.
Westchnąłem i pokręciłem głową. - Nie odpowiedziała pani na pytanie
Nory. Jaką ma pani nadzieję, że moja żona wróci do domu żywa? I proszę
tym razem nie opowiadać nonsensów o logistyce.
Anjali spuściła wzrok i przechyliła głowę na bok. Przygotowywałem się na
odpowiedź, która musiała paść.
- Biorąc pod uwagę to, że porywacze nie komunikują się z nami od
czterech tygodni i nie wysuwają żadnych żądań, cóż... w tej sytuacji
trudno być optymistą.
Nora wydała lekki okrzyk i opadła na poduszki, a Diane mocno wykręciła
ręce, aż myślałem, że je sobie połamie. Mrugnąłem trzy razy i zacisnąłem
zęby, rozważając słowa inspektor.
- Nie możemy tracić nadziei. - Anjali po kolei popatrzyła każdemu z nas
w oczy. - Tak, wiem, że mówiłam to już wcześniej, ale odnalezienie
Michelle to dla mnie priorytet. Poprosiłam, by przydzielono mi tę
sprawę. Walczyłam o nią. I mają państwo moje słowo, że będę walczyć
dalej.
- Dziękuję, Anjali, jesteśmy pani bardzo wdzięczni. - W głosie Nory
brzmiało ogromne rozczarowanie. - Czy może nam pani powiedzieć coś
jeszcze?
- Nie. - Inspektor lekko pokręciła głową. - Żałuję, że nie mam lepszych
wiadomości.
Nora uniosła podbródek, z pozoru niewzruszona. Teściowa była serdeczną
kobietą, ale nie lubiła publicznie okazywać emocji. Jedyny wyjątek
stanowił dzień, gdy poślubiłem Michelle. Wszyscy się wtedy popłakali,
również ja, choć urządziłem to przedstawienie z innych powodów.
- Diane, mogłabyś odprowadzić inspektor Dubal? - rzekła cicho Nora. -
Chciałabym porozmawiać z Lucasem w cztery oczy.
Diane się zawahała, ale kiedy Anjali się pożegnała i usłyszeliśmy ich
kroki na schodach, Nora spojrzała na mnie z determinacją. Wskazała fotel
obok łóżka i odczekała, aż usiądę.
- Zawsze byłeś idealnym zięciem - powiedziała w końcu.
Zrobiłem sceptyczną minę i poruszyłem w fotelu.
- Och, nie sądzę...
- Tak, byłeś. Nie wiesz o tym, bo nie jesteś rodzicem, ale kiedy ma się
dzieci, człowiek zawsze się martwi, że nie podejmował właściwych
decyzji. Że był za łagodny albo za surowy, że dawał dzieciom za dużo
albo za mało swobody.
- A one się skarżą niezależnie od naszego postępowania?
- Właśnie. Staramy się kierować nimi najlepiej, jak potrafimy, a potem
przeżywamy ich niepowodzenia jak własne - umilkła, łapiąc oddech. - Ale
kiedy wzięliście ślub, wiedziałam, że osiągnęłam coś dobrego. Michelle
wybrała dobrego mężczyznę. Nie mogła dokonać lepszego wyboru.
- Jak możesz to mówić? - Wbiłem wzrok w podłogę. - Gdybym nie wyjechał
do Anglii w tygodniu, kiedy ją porwano, gdybym został w Stanach albo nie
dał policji listu z żądaniem okupu, może...
- Nie obwiniaj się - przerwała zaskakująco surowym tonem. - Nie marnuj
czasu i energii na wyrzuty sumienia, kiedy cię potrzebuję, żebyś
dopingował policję. - Wzięła mnie za rękę. - Lucas, musisz zrobić
wszystko, by Michelle wróciła do domu.
- Oczywiście, że tak.
- Wszystko, co będzie konieczne. Jeśli potrzebujesz pieniędzy...
- Nie, jakoś sobie radzę - Zgarbiłem się i wymamrotałem: - Przynajmniej
pod względem finansowym.
Pochyliła się lekko w moją stronę.
- Muszę cię prosić o coś jeszcze.
- Tak?
- Miej oko na Travisa, kiedy was opuszczę. Będzie cię potrzebował
bardziej niż kiedykolwiek.
- Może korzystać z pokoju gościnnego, jak długo chce albo potrzebuje.
- Jestem ci głęboko wdzięczna. Wierz mi, wiem, jak uciążliwy może być
mój syn. Znowu zaczął brać narkotyki, co mnie martwi, i chcę, żebyś się
nim zajął. Wyślij go z powrotem na terapię. Pomóż mu wyzdrowieć. Już raz
mu się udało, a teraz liczę na ciebie. Będziesz miał dostęp do
niezbędnych funduszy...
- Noro, nie potrzebuję pieniędzy...
- Ty nie, ale Travis będzie potrzebował - umilkła. - Mogę mu powiedzieć,
że jeśli nie podejmie terapii, przekażę większą część przypadającego na
niego spadku organizacjom charytatywnym walczącym z uzależnieniami.
Wybałuszyłem oczy.
- Naprawdę?
- Nie wszystko, ale dużą część. Jakiś czas temu rozmawiałam o tym w sekrecie z Michelle, zanim... - Zacisnęła usta i zamrugała. Ja też
zamrugałem. Żona o niczym mi nie wspomniała. - Tak czy inaczej, nie
sądzę, że przekażę mu w spadku gotówkę. Jego ostatnie zachowania
wskazują, że może błyskawicznie roztrwonić ją na narkotyki. - Zamknęła
oczy. Nagły przypływ energii zaczął się kończyć. Czekałem, aż poczuje
się na tyle lepiej, by kontynuować. - Zastanawiałam się, czy nie
wyznaczyć ciebie i Michelle na administratorów funduszu powierniczego
zarządzającego pieniędzmi należącymi do Travisa. Nie chcę, żeby decyzje
podejmowała anonimowa osoba, jeśli nie będzie potrafił sam o nie zadbać;
tego rodzaju rzeczy powinny pozostać w rodzinie. Kiedy Michelle wróci do
domu, musicie mu pomóc. Czy mogę liczyć, że to dla mnie zrobisz?
- Przyrzekam - odpowiedziałem. Wirowało mi w głowie. - Zrobię to, co
będzie najlepsze, masz moje słowo.
Oparła się na poduszkach i westchnęła.
- Dziękuję ci, dziękuję. Wiedziałam, że mogę ci zaufać.
- Zawsze. Travis cię dzisiaj odwiedził?
- Nie.
Jej odpowiedź nie była dla mnie zaskoczeniem. Travis kompletnie olewał
matkę: gdy się dowiedział, że ma raka, pojawiał się punktualnie tylko w jednym wypadku - kiedy potrzebował gotówki. Ucieszyłem się, że bez mojej
pomocy nie będzie w stanie dobrać się do jej majątku, nie przekonałby
mnie słodkimi słówkami. Rola administratora funduszu powierniczego
bardzo mi odpowiadała; przed kilkoma miesiącami podsunąłem ten pomysł
Norze, sugerując, co mogłaby zrobić, gdyby Travis znowu zaczął ćpać. Nie
wspomniałem jednak o darowiźnie na cele charytatywne i ten pomysł bardzo
mi się nie podobał.
Przez jakiś czas rozmawiałem z Norą i Diane na banalne tematy, po czym
wyszedłem z domu. Zamknąłem trzymetrowe drzwi wykonane na specjalne
zamówienie, nie po raz pierwszy zastanawiając się, czy ich rozmiar nie
ma coś wspólnego z kompleksami Gideona.
Chłodne, rześkie listopadowe powietrze zapowiadało kolejną długą zimę.
Miejmy nadzieję, że moją ostatnią na Wschodnim Wybrzeżu. Jeśli za rok
zapragnę zobaczyć śnieg albo lód, sam wybiorę odpowiednie miejsce,
znacznie ciekawsze. Aspen, Chamonix, Verbier, Whistler. Do licha,
odwiedzę najlepsze ośrodki narciarskie na każdą literę alfabetu!
Myślałem z euforią o niezbyt dalekiej przyszłości, uśmiechałem się coraz
szerzej, aż wreszcie głośno się zaśmiałem. Wakacje w wybranych kurortach
nie były fantazją, spekulacją ani pobożnymi życzeniami, tylko pewnością.
Wkrótce będę mógł wydawać pieniądze żony, na co tylko zechcę. Zrobiłem,
co zrobiłem, i wiedziałem, że Michelle nigdy nie wróci do domu.
Rozdział 3
3
Z pewnym wysiłkiem usiłowałem nie iść energicznym krokiem do samochodu,
nowiutkiego mercedesa klasy C coupé, który Michelle podarowała mi na
ostatnie urodziny. Nie była to okrągła rocznica i zaprotestowałem -
oświadczyłem, że jestem zadowolony z używanego audi kupionego przed
kilku laty po przyjeździe do Stanów. Powiedziałem, że nowe auto jest
zbyt ekstrawaganckie, a cena skandaliczna, ale Michelle odrzuciła głowę
do tyłu i wybuchnęła śmiechem.
- Fundusze powiernicze służą właśnie do zaspokajania ekstrawaganckich,
skandalicznych zachcianek, kochanie! - Zdecydowanym ruchem wcisnęła mi
do ręki kluczyki. Z wysiłkiem usiłowałem nie myśleć o kolejnej ogromnej
sumie znikającej z jej rachunku bankowego, choć wiedziałem, że to jeden
z jej najtańszych zakupów. W tym momencie narodził się mój wielki plan.
Rozpoczęło się odliczanie.
- Muszę ci przypomnieć - ciągnęła przekonującym tonem, który rzucał
większość jej oponentów na kolana - że nigdy nie należy zaglądać
darowanemu koniowi w zęby, a zwłaszcza strzelać mu w głowę. Cóż, nie
byłam ostatnio najłatwiejsza we współżyciu. Mam nadzieję, że w ten
sposób się zrehabilituję, a poza tym mam jeszcze inne plany...
Objęła mnie za szyję i na jej ustach w kształcie serca pojawił się
chytry uśmieszek. Wiedziałem, że ten rodzaj uścisku zaprowadzi nas do
sypialni, na kanapę albo podłogę w kuchni. Pocałowałem ją mocniej, nie
tylko z powodu obietnicy seksu, który zawsze był fantastyczny. Nie
chciałem mimo woli powiedzieć, że ostatnio jest jak wrzód na dupie,
ponieważ była nim od dnia, gdy się poznaliśmy.
Ale mercedes... Do licha, cóż za wspaniała maszyna! Kiedy drzwi się
zamknęły z ciężkim metalicznym szczęknięciem i moje wspomnienia z dnia
urodzin pozostały na zewnątrz, gdzie rozwiał je wiatr, rozkoszowałem się
samotnością w cichym, mechanicznym kokonie. Przez chwilę siedziałem na
podjeździe domu Nory, po czym zapaliłem silnik i sięgnąłem do schowka na
rękawiczki po paczkę marlboro, którą tam schowałem.
Michelle nienawidziła palenia, dym przyprawiał ją o mdłości i nigdy się
nie dowiedziała, że papierosy to jedna z moich sekretnych przyjemności.
Paliłem rzadko i dobrze potrafiłem ukryć różne rzeczy - dzieje swojego
życia, prawdziwe myśli, emocje, nawyki. Żona nie wiedziała o mnie
mnóstwa rzeczy.
Kiedy przejechałem przez bramę posiadłości Wardów, wykonaną z kutego
żelaza, znowu z zadowoleniem zaciągnąłem się dymem. Uśmiechnąłem się na
myśl, że nigdy więcej nie będę musiał nosić rękawiczek, by ukryć zapach
papierosów, ani słuchać prychania Michelle, gdy mijaliśmy na ulicy
kogoś, kto wyszedł zapalić. Obracała za takimi ludźmi głowę niemal o sto
osiemdziesiąt stopni i twierdziła, że rzuca na nich zły urok; można było
się dziwić, że nie zamieniają się w kamień.
Posłuchajcie. Nie czułem nienawiści do Michelle - powinienem to jasno
powiedzieć już na początku. Jak mogłem jej nienawidzić, skoro dawała mi
wszystko, czego pragnąłem? Kiedy byłem chłopcem, ojciec zawsze mawiał:
"Nienawiść to mocne słowo, synu". Spotkałem w życiu mnóstwo ludzi,
którzy budzili we mnie znacznie bardziej negatywne uczucia niż Michelle,
i to o wiele szybciej. Nie, nie nienawidziłem jej, lecz z pewnością nie
darzyłem sympatią. Szczerze mówiąc, cholernie mnie irytowała.
Założę się, że wasi partnerzy też was irytują. Czy zamierzacie udawać,
że w najmroczniejszych chwilach życia, w głębi duszy, po kolejnej
piekielnej awanturze wywołanej bezpodstawną zazdrością, pretensjami na
temat podziału obowiązków domowych, stanem finansów rodzinnych albo
dwuznacznymi komplementami teściów, nigdy nie wyobrażaliście sobie, że
wasza druga połowa znika?
Świetnie, może nie marzycie o pokrojeniu śpiącej żony japońskim nożem
santoku, ale jeśli snujecie takie fantazje, kim jestem, by to oceniać? A może wyobrażacie sobie rzeczy, nad którymi nie macie kontroli? Nagły
atak serca w supermarkecie, runięcie twarzą w mrożony groszek? Albo
samochód wpadający w poślizg i roztrzaskujący się o stuletni dąb? Może
macie bardziej komiksową wyobraźnię - fantazjujecie o pianinie albo
kowadle spadającym z nieba? Wszystkie te scenariusze wydają się
tragiczne, ale po stosownym okresie żałoby moglibyście robić to, co
chcecie. Nie musielibyście znosić niczyich irytujących zachowań.
Zaciskać zębów, obserwując dziwaczne przyzwyczajenia żony.
Uniknęlibyście denerwującego postępowania sądowego, ogromnych wydatków
na adwokatów i długich sporów, kto weźmie kota.
Nigdy nie przyszło wam to do głowy? Ani razu? Cóż, tak właśnie myślałem.
Michelle była kuratorką w galerii sztuki w dzielnicy Black Bay w Bostonie. Wyjątkowo pretensjonalnego przybytku, gdzie organizowano
eleganckie wernisaże. Goście cmokali się w policzki, wychodzili bardziej
głodni niż w chwili przybycia, bo kanapki serwowano mikroskopijne,
popijali drogiego szampana i zastanawiali się, co ostatnia gwiazda
sztuki współczesnej chciała powiedzieć za pomocą swoich abstrakcyjnych
dzieł. Zwykle uważałem, że przekaz brzmi: "Dajcie mi waszą forsę", a egzaltowani goście ochoczo spełniali prośbę. Przechwalali się, ile
wydali na sztukę nowoczesną i jak wzrosła wartość ich kolekcji w ciągu
ostatniego roku. Współzawodniczyli ze sobą dla sportu.
Ja działałem w innej branży. Byłem zatrudniony w firmie zajmującej się
rekrutacją informatyków. Mniej efektowna praca, lecz także intratna,
zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę krótki czas spędzany w biurze. Równie
prestiżowa, choć konkurencja była dziesięć razy ostrzejsza, co znaczyło,
że zawsze muszę być gotowy do walki na śmierć i życie.
Pracowałem w tej branży od lat. Personel często się zmieniał, bo wielu
ludzi nie radziło sobie z rywalizacją, terminami, frustracją wywołaną
współpracą z niesolidnymi kandydatami i niesłownymi szefami zespołów
rekrutacyjnych. A ja? Czułem się w tym środowisku jak ryba w wodzie.
Nieustannie się zmieniało, stawało się coraz bardziej wymagające. Nigdy
nie było nudy. W odróżnieniu od kolegów, których pokonałem, nie
interesowała mnie stabilizacja życiowa i drobne korzyści związane z pracą. Pragnąłem odnosić sukcesy, zatriumfować nad dawną tożsamością i byłem naprawdę świetny.
Michelle nigdy nie rozumiała, dlaczego uwielbiam tę pracę.
Kiedy poznałem swoją przyszłą żonę, planowałem, że będziemy małżeństwem
trochę dłużej, przynajmniej kilka lat. Miała mnóstwo pieniędzy i lubiła
je wydawać, co było jej zaletą, choć również wadą. Na początku
nieustanne otrzymywanie kosztownych prezentów wydawało się zabawne, lecz
denerwował mnie brak kontroli nad finansami i rozrzutność Michelle. Po
wprowadzeniu się do nowego domu dwa razy zmienialiśmy kanapy, choć oba
komplety były równie dobre. Ich kształty i szary odcień prawie się nie
różniły, ale według żony pierwszy zestaw źle wyglądał. Były też nowe
samochody, biżuteria, kosztowne wypady do restauracji i - wielki Boże! -
buty. Ile par identycznych szpilek mogła potrzebować Michelle?! Była
normalną kobietą, a nie stonogą, i nie nosiła ich jednocześnie.
Przyznaję, że ożeniłem się z nią dla pieniędzy. Początkowo planowałem
dość szybki rozwód, ale nie wchodziło to w rachubę, ponieważ kilku
gorliwych doradców namówiło ją do podpisania ze mną piekielnie
szczegółowej intercyzy małżeńskiej, której nigdy nie mógłbym podważyć.
Musiałem ponownie przemyśleć swoją strategię, starannie się zastanowić
przed wykonaniem następnego ruchu. Gdybym tego nie zrobił, mogłoby
zostać zbyt mało pieniędzy, by zawracać sobie nimi głowę.
Przez jakiś czas odwlekałem realizację planu, zastanawiając się, czy
naprawdę będę w stanie tego dokonać. Przychodziło mi do głowy, że
mógłbym ukraść część pieniędzy Michelle i zniknąć, ale nie chciałem do
końca życia oglądać się z lękiem za siebie. Pragnąłem być wolny i bogaty, a nie ukrywać się w jakiejś dziurze, drżąc ze strachu, że
dopadnie mnie policja. Moja decyzja nie była nagła. Bardzo długo
rozważałem mnóstwo scenariuszy, jeden dziwniejszy od drugiego.
Zamierzałem zminimalizować zagrożenia. Potem zaatakowała pandemia, co
skłoniło mnie do przejścia do działania.
Michelle i ja pracowaliśmy w różnych dzielnicach miasta i nie
widywaliśmy się całymi dniami, więc kiedy wprowadzono lockdown i przeszliśmy na pracę zdalną, wydawało się, że jesteśmy szczęściarzami.
Nie groziło nam zwolnienie, mieliśmy gabinety w domu, nasz burzliwy
romans stał się legendą w niewielkim kręgu naszych przyjaciół, prawie
wyłącznie znajomych Michelle. Byliśmy idealną parą; wszyscy wiedzieli,
że w domu rządzi żona, ale pozwala mi wierzyć, że jest odwrotnie. Tak
przynajmniej im się wydawało.
Pandemia sprawiła, że moja cierpliwość zaczęła się błyskawicznie
wyczerpywać. Szczerze mówiąc, jeśli ktoś spędza długie miesiące
uwięziony w domu z osobą, której nie kocha, lecz udaje, że kocha,
zaczyna wyobrażać sobie najdziwniejsze rzeczy, a nawet słyszeć marsze
żałobne grane na jej pogrzebie.
Michelle nie miała jeszcze pogrzebu. Przede wszystkim nie było ciała,
które można by pochować, i ciągle mieliśmy "nadzieję", że wróci (celowo
umieszczam to słowo w cudzysłowie). Nawiasem mówiąc, pogrzeb jest
cholernie kosztowny. Kiedy zostanie oficjalnie uznana za zmarłą, będę
musiał to zrobić. Prawdopodobnie zamówię drogą, pustą trumnę, by
ceremonia wyglądała normalnie, i zorganizuję pretensjonalną stypę z udziałem pretensjonalnych kolegów z galerii. Wszystko na pokaz, ale
niestety nie mógłbym użyć symbolicznego pojemnika z folii aluminiowej i tanich kwiatów ze stacji benzynowej. Zrobiłbym to, gdybym uważał, że mi
się upiecze.
Skończyłem papierosa i wyrzuciłem niedopałek przez okno. Wjechałem w ślepą uliczkę i dotarłem do domu na jej końcu, prezentu ślubnego od
Gideona i Nory. Nie był to prezent dla mnie, bo nie stałem się
właścicielem nieruchomości. Michelle chciała być blisko rodziców, a poza
tym zawsze pragnęła mieszkać w Chelmswood, na zielonym podmiejskim
osiedlu.
Moja żona nigdy nie przepadała za eksperymentami, może z wyjątkiem
sypialni. Zwykle spędzaliśmy jedno- lub dwutygodniowe wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu na Karaibach, gdzie wylegiwała się na leżaku,
opalała i pstrykała palcami na kelnerów. Ja uprawiałem sporty. Nie była
osobą spontaniczną, poszukującą, więc prychnęła, gdy usłyszała moją
propozycję wyprawy z plecakami do Azji i Australii. Myślała, że żartuję.
- Z plecakami?! - spytała z uniesionymi brwiami. - Po co, do licha?!
Chcesz powiedzieć, że masz ochotę nocować w zapluskwionych hostelach?!
Potworne. Dlaczego mnie od razu nie zabijesz?
Och, gdybym tylko mógł...
Fantazjując na temat wycieczek, które kiedyś odbędę, zaparkowałem na
podjeździe zamiast w garażu na trzy samochody. Michelle byłaby
niezadowolona. Urodziliśmy się w tym samym czasie, więc jeszcze niedawno
była nastolatką, a jednak wydawała się wierzyć, że miejscowa młodzież,
gdyby miała tylko okazję, w najlepszym wypadku porysowałaby samochód, a w najgorszym go ukradła i w ciągu nocy sprzedała na części. Pojazd miał
ultranowoczesne zabezpieczenia przed kradzieżą i system lokalizacyjny,
mieszkaliśmy na zamkniętym osiedlu, gdzie działała straż sąsiedzka - raz
w miesiącu jej członkowie spotykali się na plotki przy koktajlach. Nie
dyskutowaliśmy o przestępczości, ponieważ nie było o czym rozmawiać.
Młodzi ludzie z Chelmswood nie potrzebowali zdobywać gotówki, kradnąc
samochody. Większość już przed urodzeniem figurowała na listach
oczekujących do szkół Ivy League, na litość boską!
Nigdy nie rozmawiałem o tym z Michelle, ale gdybym pojechał swoim
mercedesem do dzielnicy w Manchesterze, gdzie kiedyś mieszkałem, ktoś
odkręciłby mi koła, zanim zdążyłbym się zatrzymać. Aby udowodnić sobie,
że mieszkam w lepszej okolicy, zostawiłem samochód niezamknięty i skierowałem do frontowych drzwi. W ostatnim czasie trochę za bardzo
kusiłem los. Lepiej nie zachowywać się jak arogancki sukinsyn. Nie
teraz, gdy mam na głowie mnóstwo problemów.
Rozdział 4
4
Poszedłem ścieżką w stronę naszego domu, kolonialnej willi o dwóch
kondygnacjach, z czterema sypialniami i czterema łazienkami. Od początku
był bardziej niż zadowalający, ale Michelle odremontowała go i przebudowała za moją milczącą zgodą. Otoczenie również przeszło magiczną
przemianę - żona oświadczyła: "Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne,
kochanie". Malownicza ścieżka z fachowo przyciętymi klonami palmowymi po
obu stronach była zaledwie wstępem do cudów znajdujących się w środku.
Śliczna willa, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Bardzo mi się to podobało,
zwłaszcza myśl, za ile wystawię dom na sprzedaż. Każdy dolar wydany na
remont trafi z powrotem do mojej kieszeni, powiększony o dwadzieścia
pięć procent. Zawsze potrafiłem wyczuć dobre inwestycje - dom... żona.
Miałem nadzieję, że nie zastanę Travisa. Od frontu nie paliło się
światło, a przed domem nie stało jego bmw, lecz to nic nie znaczyło.
Mógł sprzedać samochód, przegrać go, założywszy się z kimś, albo uderzyć
w furgonetkę z taco. Każda z tych rzeczy już się zdarzyła.
Powiedziałem Norze, że jej syn może u mnie mieszkać, ile chce, ale nie
była to prawda. Będzie musiał się wyprowadzić po śmierci matki. Mogę
znosić Travisa tylko do chwili, gdy znajdę miejsce, by ukryć jego ciało.
Żartuję, choć nie byłby to pierwszy raz, gdy się kogoś pozbyłem. Jednak
obiecałem, że załatwię mu odwyk; gdyby coś mu się przytrafiło,
zniszczyłoby to moją nieskazitelną reputację. Wróci do nałogu, sam o to
zadbam, ale na razie powinienem go przekonać do podjęcia terapii;
mówiłem prawdę, obiecując Norze, że zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Aby odnieść korzyść.
Dlaczego nie, do licha? Nie miałem wobec Travisa żadnych zobowiązań.
Był inteligentny, ale koszmarnie leniwy, a poza tym zupełnie nie można
było na nim polegać. Skończył dwadzieścia dziewięć lat; podobnie jak
Michelle wychował się w uprzywilejowanym środowisku, lecz nie zdołał
tego sensownie wykorzystać. Nocował w pokoju gościnnym w moim domu;
przychodził i odchodził, kiedy chciał. Grzecznie udawałem uczynnego
szwagra, choć tak naprawdę miałem ochotę udusić go brudnymi skarpetkami,
które wszędzie rozrzucał. Nie raczył po sobie sprzątać ani umyć kubka,
bo zawsze robił to za niego służący. Nie zdziwiłbym się, gdyby
podtrzymywał mu fiuta w czasie sikania.
Otworzyłem drzwi, lecz dzięki Bogu nie było śladu Travisa. Nie poczułem
również kwaśnego odoru jego płynu po goleniu, którego szczególnie nie
znosiłem, choć nie miał podobnie odstraszającego wpływu na kobiety.
Rzucił się na mnie kudłaty pies wielkości cielaka. Szczekał i merdał
ogonem.
- Co się dzieje, Roger? - spytałem. Pochyliłem się i pogłaskałem jego
ogromny łeb.
Usiadł na podłodze i wyciągnął przednią łapę. Wydawało się, że się
uśmiecha; wystawił język, a później przewrócił się na grzbiet, prosząc o pogłaskanie po brzuchu. Przykucnąłem i spełniłem jego prośbę, nazwałem
go biednym palantem, a on polizał mnie po rękach.
Roger był kundlem. Zawsze powtarzałem, że niektórzy jego przodkowie to
wilczarze, ponieważ miał długą, zmierzwioną sierść, ale jego genealogia
musiała być dużo bardziej skomplikowana. Zauważyłem go kręcącego się
wokół domu na tydzień przed zniknięciem Michelle; stał na końcu ogrodu,
za którym zaczynał się wąwóz. Wyglądał, jakby potrzebował kąpieli,
uczesania i solidnego posiłku. Kiedy Michelle zauważyła, że idę w stronę
tylnych drzwi z talerzem wegańskiego bekonu w ręku, nie była zachwycona.
- Nie waż się tego robić. Jeśli go nakarmisz, będzie się tu kręcił.
Zgłoszę, że przybłąkał się bezpański pies.
- Załatwią go, Michelle - mruknąłem.
- Słucham?
- Uśpią go, kochanie.
Wzruszyła ramionami i cmoknęła, po czym przygładziła jasne włosy
opadające na ramiona. Co rano pielęgnowała swojego boba co najmniej pół
godziny, prostując każde pasmo. Jej włosy były z natury falujące, co mi
się podobało, lecz ona tego nie znosiła. Nie ulega wątpliwości, że
zawsze odznaczała się olśniewającą urodą. Klasyczna piękność. Kiedy
dorosła, zniknęły wszelkie ślady dziecięcej niezgrabności, fałdki
tłuszczu. Widziałem fotografie.
- Eutanazja to najlepsza rzecz, jaka może go spotkać - powiedziała.
Wzięła komórkę, podeszła i pocałowała mnie lekko w policzek. - Bądźmy
poważni, kto chciałby wziąć takiego kundla?
Wyjrzałem przez okno. Pies siedział naprzeciwko mnie, przekrzywiając
łeb. Wyraz jego pyska przypominał moją własną twarz, kiedy przypadkiem
zerknąłem w lustro w okresie dojrzewania. Wyglądał jak nieudacznik,
ktoś, kogo wszyscy uważają za przegranego, nie doceniają, kto zawsze
czuje się gorszy, pogardzany, niepewny. Ja już tak nie wyglądałem.
- Nie odbierają telefonu - rzekła Michelle i wrzuciła komórkę do
torebki. - Wychodzę, ale to zwierzę może mieć wściekliznę, więc zgłoś,
że przybłąkał się pies, dobrze? Jeśli to zrobisz, pójdziemy dziś
wieczorem wcześnie do łóżka...
Tym razem jej pocałunek był długi, sugestywny. Namiętny. Niedawno dała
mi w prezencie nowy samochód i powiedziała, żebym nie zaglądał
darowanemu koniowi w zęby. Nie, nie zgłosiłem pojawienia się
bezpańskiego psa, a później ją okłamałem.
Nie widziałem Rogera do końca tygodnia, lecz kilka dni po zniknięciu
Michelle i moim powrocie z Anglii znowu się pojawił. Było to niezwykłe,
prawie jakby wyczuł, że Michelle już nie ma, że groźba uśpienia znikła.
Sprytna bestia.
W ciągu paru tygodni doprowadziłem go do porządku. Wizyta u psiego
fryzjera, u weterynarza, kilka szczepień i odrobaczenie. Był okazem
zdrowia i lepszym towarzyszem niż większość znanych mi ludzi. Również
bardziej lojalnym; kiedy ogarniało mnie lekkie poczucie winy z powodu
tego, co zrobiłem, albo tęskniłem za żoną w wielkim, pustym domu, w którym spędzałem samotnie czas, przypominałem sobie, że Michelle chciała
go uśmiercić.
- Masz ochotę na spacer? - spytałem, ciesząc się, że wygrał.
Podskoczył z głośnym szczeknięciem, nim zdążyłem chwycić smycz. Po
chwili wyszliśmy z domu. Ulica była pusta; większość sąsiadów spędzała
wieczór w gronie rodzinnym. Eleganckie samochody stały na podjazdach;
nikt nie miał problemów z zaufaniem, jakie prześladowały Michelle. Na
wypielęgnowane krzewy i trawniki padał złocisty blask świateł w pokojach.
Zobaczyłem kilka domów dalej naszą roznosicielkę gazet, dziewczynę o imieniu Katie, która zawsze nosiła żółtą odblaskową czapkę. Ciągnęła
czerwono-zielony wózek. Zwolniłem, by się z nią nie spotkać, bo nie
byłem w nastroju do rozmowy.
Wiedziałem, że Katie ma dwanaście lat i że od dwóch lat, niezależnie od
pogody, rozwozi darmową lokalną gazetę wraz z plikami ulotek. Jej
rodzice nie odziedziczyli fortuny jak wielu mieszkańców naszej ulicy,
ale ją zdobyli dzięki przedsiębiorczości: założyli sieć barów ze
świeżymi sokami, którą sprzedali za kilka milionów dolarów tuż przed
wybuchem pandemii.
Na jednym ze świątecznych przyjęć podsłuchałem, jak mówią, że są
tradycjonalistami, więc kazali Katie oszczędzać na studia w college?u,
by uzyskała dyplom, nie mając do spłacenia kredytów studenckich.
Postanowiła wcześnie podjąć pracę. Michelle uważała, że jej rodzice
stosują drakońskie metody wychowawcze, i żartowała, że należałoby
zawiadomić służby zajmujące się ochroną dzieci, do czego z pewnością
byłaby zdolna. Mimo to podejście rodziców Katie wydawało mi się
sensowne. W wieku Katie ja również zarabiałem pieniądze, chyba znacznie
większe - włamywałem się do komputerów nauczycieli, wykradałem testy i sprzedawałem po pięć funtów od sztuki. Świetny biznes i nigdy nie
zostałbym złapany, ale okazałem się za sprytny i umieściłem testy na
anonimowej stronie internetowej, którą stworzyłem w kilka godzin,
zamiast sprzedawać je klientom z ręki do ręki. Był to mój pierwszy krok
w stronę życia oszusta, zawodowego przestępcy. Nie poszedłem na studia,
ale zawsze miałem w sobie ducha przedsiębiorczości, nieważne, jak go
wykorzystywałem.
Szedłem ulicą, pozwalając Rogerowi się wysikać i obwąchiwać latarnie,
gdy miał na to ochotę. Podejrzewałem, że ktoś może mnie obserwować zza
firanki, więc kiedy dotarliśmy do maleńkiego placu zabaw na rogu, z żółtą zjeżdżalnią i modelem statku pirackiego, usiadłem na ławce,
zwiesiłem głowę i zakryłem oczy dłońmi. Gdyby ktokolwiek na mnie
patrzył, pomyślałby, że płaczę i usiłuję się opanować. W trakcie
przesłuchania na policji niewątpliwie zeznałby, że wydawałem się
wytrącony z równowagi, wymizerowany i zrozpaczony - jak zawsze od
zaginięcia Michelle.
Bez wątpienia była to moja największa życiowa rola. Wszyscy uważali, że
zakończyłem karierę aktorską, kiedy w wieku dziesięciu lat zagrałem
osiołka w jasełkach w szkole podstawowej, a później zepchnąłem Steviego
Pritcharda ze sceny, gdy ten gówniarz pięć razy uderzył mnie w plecy
plastikowym mieczem. Bójka zakończyła się kolejnym zawieszeniem w prawach ucznia i stała się punktem zwrotnym w moim życiu. Nikt nie
widział, co zrobił Stevie, a kiedy dwieście pięćdziesiąt razy pisałem
zdanie: "Nie będę popychał kolegów", co kazał mi zrobić ojciec,
zrozumiałem, że potrzebuję sprytniejszych, dyskretniejszych sposobów
radzenia sobie z przyszłymi problemami.
Siedząc na skwerku, wiedziałem, że moja obecna rola jest bardziej
skomplikowana niż kiwanie głową, porykiwanie i popychanie Steviego.
Musiałem pozostać wzorem zrozpaczonego męża, którego żonę uprowadzono i który ma do siebie pretensje, że nie był w stanie jej ochronić. Mąż
zaginionej żony zawsze jest głównym podejrzanym - nie bez powodu, co
potwierdzają statystyki. Mój przypadek pasował do statystyk, choć nikt
oprócz mnie nie wiedział, co się stało z Michelle. Chciałem, żeby tak
zostało.
Rozdział 5
5
Nie jestem głupcem. Wiem, że inspektor Anjali Dubal i jej koledzy uznali
mnie za jednego z podejrzanych; prawdopodobnie dalej tak mnie traktują.
Dokładnie sprawdzili moją biografię i finanse, udając, że stoją po mojej
stronie. Nie mam nic przeciwko temu: wiem, na czym polega gra. Przez
ostatnie dziesięć lat stworzyłem siebie na nowo i zatarłem za sobą
ślady, co oznacza, że mogli znaleźć tylko to, na co im pozwoliłem.
Niedawno zdmuchnąłem na torcie urodzinowym trzydzieści dwie świeczki;
góruję nad nimi intelektualnie i nie jestem naiwniakiem.
Czy ich zdaniem miałem motyw, by zabić Michelle? Wszyscy mówili, że
byliśmy idealną parą. Nigdy się nie kłóciliśmy, rzadko mieliśmy
rozbieżne poglądy, nigdy jej nie zdradzałem. Z pozoru byliśmy wspaniałym
małżeństwem. A pieniądze? Michelle była znacznie bogatsza ode mnie, więc
oczywiście miałem motyw, jeden z najsilniejszych, jakie istnieją.
Środki? Tak. A okazję?
W nocy, kiedy Michelle zaginęła, byłem w Anglii z wizytą u ojca.
Opuściłem Stany i zadbałem, by mogło to potwierdzić mnóstwo świadków;
poza tym dysponowałem dokumentami podróży. Doskonałe alibi jednak nie
wystarczyło, by przekonać policję, że nie maczałem palców w porwaniu
żony. Przeszukali dom i samochody, sprawdzili laptop, iPhone?y i iPady,
które chętnie im przekazałem, lecz niczego nie znaleźli. Ani jednej rysy
w fasadzie naszego idealnego małżeństwa. Nie zaangażowałem adwokata, bo
nie było potrzeby. Wyglądałbym jak człowiek mający coś na sumieniu, a poza tym nie miałem ochoty napychać komuś kabzy pieniędzmi Michelle.
Zaproponowałem, że poddam się badaniu wariograficznemu, by skreślili
mnie z listy podejrzanych i skupili uwagę na poszukiwaniu prawdziwego
sprawcy. Zdałem test śpiewająco, akrobatycznie balansując na granicy
kłamstwa i prawdy. Wariografy nietrudno oszukać, pod warunkiem że ktoś
wie, co robi.
Moje zeznania i zachowanie świetnie do siebie pasowały; poświęciłem
wiele miesięcy na planowanie i ćwiczenia. Nawet lata. Policjanci szukają
nietypowych zachowań, odstępstw od normy, lecz w moim przypadku niczego
nie znaleźli. Prowadziłem spokojne, uregulowane życie; wydawałem się
wzorem przyzwoitości. Miałem świetne relacje z Norą i wspierałem
Travisa. Liczyły się również drobne szczegóły i gesty, które starannie
planowałem w ciągu trzech i pół roku małżeństwa z Michelle. Krótko
mówiąc, gliniarze nie mieli do czego się przyczepić.
Czy mnie podejrzewali? Gwarantuję w stu procentach, że znalazłem się na
pierwszym miejscu listy podejrzanych. Czy pozostałem numerem jeden? W żadnym wypadku.
- Chodź - zwróciłem się do Rogera i wstałem, doszedłszy do wniosku, że
tego wieczoru nie muszę więcej odgrywać spektaklu dla ludzi, którzy mogą
mnie obserwować. - Marzną mi jaja. Wracamy do domu.
Szczeknął, co uznałem za zgodę. Idąc ulicą, rozejrzałem się, by
sprawdzić, czy Katie już sobie poszła. Była dobrą dziewczyną, ale nie
miałem zamiaru dać się sprowokować do kupienia kolejnych sześciu
opakowań ciasteczek marki Thin Mint i Lemon-Up. Szybko zjadłem
poprzednią partię i zmusiłem się do przebiegnięcia kilku dodatkowych
kilometrów, by spalić nadmiar kalorii.
Po powrocie, stojąc na progu domu, który wkrótce miał się stać moją
własnością, podniosłem plik papierów pozostawionych przez Katie.
Michelle rzadko czytała gazetki reklamowe i nigdy nie brała do ręki
ulotek. Nie interesowały ją wyprzedaże. Jeśli pragnęła coś kupić, po
prostu szła do sklepu; nie czekała tydzień dłużej, by zapłacić znacznie
niższą cenę. Kiedyś powiedziałem, że mogłaby ofiarować na cele
charytatywne pieniądze zaoszczędzone dzięki kuponom rabatowym. Ani przez
chwilę nie przypuszczałem, że się zgodzi. Spojrzała na mnie takim
wzrokiem, jakbym zaproponował, by nasmarowała się miodem, a później
przeszła przez las, w którym grasują niedźwiedzie. Zamrugała i odpowiedziała ze śmiechem:
- Mogę po prostu wypisać czek. Nie mam czasu ani energii na uganianie
się za okazjami. W życiu są ważniejsze rzeczy.
Groteskowa rozrzutność żony przestała już mieć znaczenie, ale kiedy
wszedłem do domu i powiesiłem płaszcz w garderobie, znów poczułem
irytację z tego powodu. Przez wiele lat pracowicie wycinałem z gazet
kupony rabatowe i zawsze szukałem okazji do tańszych zakupów. Był to
jedyny sposób, żebyśmy mieli z ojcem dość jedzenia i znowu nie
wylądowali na ulicy. Opanowałem tę umiejętność już jako dziecko,
podobnie jak wślizgiwanie się do barów dla dorosłych, gdy nie skończyłem
jeszcze osiemnastu lat, albo podkradanie paczek papierosów dla ojca,
choć zawsze i tak sam je wypalałem.
Ciągle przypominałem sobie wietrzną Wigilię, kiedy miałem jedenaście lat
i w końcu przeprowadziliśmy się do mieszkania komunalnego na jednym z najbardziej szemranych osiedli Manchesteru. W domu czuć było zastarzały
zapach smażeniny i psich szczyn. Sądząc po głębokości zadrapań na
laminowanej podłodze maleńkiego, obskurnego holu, poprzedni lokatorzy
musieli hodować lwa.
Pracownica socjalna wcisnęła ojcu do ręki klucze i szybko się ulotniła,
niewątpliwie pragnąc spędzić święta z rodziną i opychać się indykiem,
pieczonymi ziemniakami i wigilijnym puddingiem. Pobiegłem do sklepiku na
rogu po dwa opakowania błyskawicznego makaronu; zjadłem go z ojcem,
siedząc na podłodze nowej kuchni. Na ścianach wisiały rozklekotane
szafki z drzwiczkami w czarno-białą szachownicę. Niektóre drzwiczki były
przekrzywione pod tak dziwnymi kątami, że zastanawiałem się, czy nie
spadną i nie zmiażdżą mi palców u nóg; podwinąłem stopy pod tyłek i zastanawiałem się, czy mamy śrubokręt.
Reszta mieszkania była w podobnym stanie. Ściany pokrywał grzyb, którego
wykwity przypominały abstrakcyjną kompozycję (ojciec oświadczył, że
grzyb można usunąć wybielaczem). Nie mogliśmy otworzyć okien, bo framugi
zamalowano, ale czuliśmy się bezpiecznie i po raz pierwszy od lat miałem
własny pokój. Każdego wieczoru krzyżowałem palce, by tak już zostało.
Nie chciałem spać w samochodzie ojca albo na czyjejś kanapie, trzymać
rzeczy w dwóch torbach z Tesco. Miałem nadzieję, że nigdy więcej nie
usłyszę uwag kolegów, którzy zatykali nosy i skarżyli się, że nie myłem
się od tygodnia. Kiedy pierwszej nocy leżałem w nowym łóżku, nie
marzyłem o stosach prezentów, które dostanę nazajutrz rano. Chciałem
wreszcie przestać się zakradać pod prysznice w szkole, a później kłamać,
że byłem na basenie, na co nigdy nie było mnie stać.
Dzień po przeprowadzce ukradłem małą plastikową choinkę sprzed drzwi
jednego z sąsiadów i okłamałem ojca, że znalazłem ją w kontenerze na
śmieci. W czasie świąt nie zdążyliśmy porządnie posprzątać mieszkania;
zrobiliśmy to dopiero po następnej wieczornej eskapadzie ojca do pubu,
gdy stracił kontrolę nad pęcherzem na dywaniku w łazience. Wpadłem we
wściekłość, bo dywanik nadawał się do wyrzucenia. Zakląłem, gdy jeden z tandetnych samoprzylepnych kafelków, które kupiłem, przykleił się do
miski klozetowej. Były to ciężkie czasy, ale zahartowały mnie jak stal.
W tym okresie już nie kradłem w sklepach, lecz zawsze wrzucałem kilka
dolarów do puszek na datki na dzieci, stojących w sklepach na rogach
ulic. Chciałem odpokutować w ten sposób swoje dawne liczne przestępstwa.
I niedawne brzydkie postępki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki