PROLOG
MARTA
18 GRUDNIA 2020 ROKU
Dziś ostatni dzień w szkole przed przerwą świąteczną. Jak co roku uczniowie i pracownicy liceum Freuda zgromadzą się na sali gimnastycznej, by wysłuchać życzeń dyrektora. Dziesięć minut przed apelem udaję się do Skrzynki Zwierzeń i wyjmuję z niej kilkanaście kartek. Część zwierzeń została napisana odręcznie, a inne na komputerze. Nie mogę uwierzyć, że projekt, który jeszcze niedawno nie wzbudzał większego zainteresowania, teraz cieszy się tak dużą popularnością. A wszystko dzięki wpisowi, który dwa tygodnie temu za zgodą dyrektora Kowala opublikowałam na facebookowej stronie szkoły. Ujawniłam się w nim przed wszystkimi jako autorka Skrzynki. Ku mojemu zaskoczeniu reakcje okazały się bardzo pozytywne, a ja jeszcze nigdy nie mogłam liczyć na tak duże zainteresowanie. Nagle wszyscy uśmiechają się do mnie na korytarzu i zabiegają o moje względy. Nie potrzebuję jednak fałszywych przyjaciół. Potrafię docenić tych, którzy byli przy mnie, gdy cała szkoła nazywała mnie "Martą kebsa wartą".
Ostatnio dyrektor zaproponował mi dołączenie do informatyka Sławka Osiejki i współtworzenie profili Freuda w social mediach. Zasugerował, że mogłabym publikować na nich wybrane zwierzenia. Jego zdaniem wpłynęłoby to na wzrost popularności liceum w sieci. Więcej polubień pod wpisami to większe zasięgi i rozgłos dla szkoły. Trudno się z nim nie zgodzić.
- Jakies? ciekawe historie przed s?wie?tami? - pyta idąca korytarzem Sara Haman.
- Hej. Dowiesz sie?, gdy powiesze? je na tablicy.
- Może lepiej wrzuć je na fejsa? Dziś nikt nie będzie już sobie zawracał głowy czytaniem ich tutaj.
- Hm... W sumie to nie pomyślałam o tym. Tylko widzisz... Nie wiem jeszcze, czy chcę wyjść ze Skrzynką poza ściany liceum.
- Czemu nie? Zyskałabyś jeszcze większy fejm.
- Ty tak na poważnie? - Przewracam oczami. - Wiesz, że nie obchodzą mnie takie rzeczy. Poza tym mówisz jak dyrektor. Tylko akurat jemu chodzi o rozpoznawalność szkoły.
- Zawsze możesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wyluzuj, nie patrz tak na mnie... Tylko się zgrywam. Mimo wszystko zastanów się nad tym.
- Pomyślę przez święta. Sara...
- No?
- Tylko wytrzymaj z piciem w klasie do końca apelu - mówię, posyłając w jej stronę wymowny uśmiech.
- No wiesz? - Sara udaje oburzenie. - Z góry zakładasz, że nie będzie mnie na apelu. Przecież wiesz, jak uwielbiam płomienne przemowy Romka.
- Tak, tak - odpowiadam, zanim się rozstajemy.
Sara ma rację. Po apelu i klasowych wigiliach uczniowie w pośpiechu rozejdą się do domów. Najlepiej będzie, jeśli jeszcze dziś opublikuję historie na Facebooku i sprawdzę, czy będą się klikały. Najwyżej dyrektor postawi na swoim...
Kilka minut później wchodzę na salę gimnastyczną i zmierzam w kierunku sceny. Wcześniej poprosiłam Wiki Szuber, by zajęła nam miejsca w jednym z pierwszych rzędów.
- Marta! - Po lewej stronie słyszę znajomy głos. Gdy się obracam, spostrzegam Wiki i Justynę. - Dokąd ty idziesz?
- Miało być z przodu - mówię niezadowolona, po czym zajmuję wolne miejsce między Wiki a jedną z uczennic z równoległej klasy.
- Wszystko było zajęte.
- Jasne... - Kręcę głową z dezaprobatą. - A gdzie Gośka?
- Właśnie nie wiem... - mówi Justyna. - Ej, dziewczyny, popilnujecie mi miejsca? Muszę iść do łazienki.
- Teraz? Zaraz się zacznie...
- To co? Przynajmniej ominie mnie paplanina dyra - odpowiada, po czym wstaje i rusza w stronę drzwi.
- Wygląda na to, że zostałyśmy we dwie - szepczę do Wiki, która ma minę sugerującą, że sama najchętniej urwałaby się z apelu.
Trzy minuty później prawie wszystkie miejsca są już zajęte. Widzę też, że zapełniają się trybuny. Tymczasem w przejściu dostrzegam Gośkę. Najniższa dziewczyna z naszej paczki rozgląda się, szukając nas wzrokiem.
- Gośka! - Staram się nie krzyczeć. Gdy odwraca się przodem do nas, macham do niej.
- Tu jesteście... - Siada na miejscu Justyny. - Słuchajcie, musimy iść.
- Jestem za! - Wiki błyskawicznie podrywa się z miejsca.
- Nie ma mowy. Nie zostawicie mnie na chwilę przed apelem - syczę.
- Idziemy wszystkie - mówi stanowczo Gośka. - Coś złego dzieje się z Dagą.
- Dagą? Ale co? - Przyglądam jej się pytająco.
- Zaraz wam wyjaśnię, ale najpierw wyjdźmy na zewnątrz. No już, ruchy! Inaczej Daga nam zwieje...
- A Justyna? Poszła na chwilę do łazienki...
- Nie ma czasu! - Gośka wydaje się mocno zdenerwowana.
Biegniemy niemal pustym korytarzem w kierunku szatni. Gośka tak nas popędza, że nie zdążam nawet włożyć kurtki.
- Powiesz wreszcie, o co chodzi? - dopytuję, próbując dotrzymać jej kroku.
- Cholera, odrzuca połączenie... Spróbujecie do niej zadzwonić? - Na jej prośbę Wiki wyjmuje z kieszeni dżinsów smartfona. Tymczasem Gośka kontynuuje: - Nie wiem, czy zauważyłyście, ale od jakiegoś czasu Daga dziwnie się zachowuje...
- Chodzi ci o to, że wciąż się na nas dąsa za akcję z Natanem? - pytam. - Nie da się tego nie zauważyć. Mija mnie na korytarzu jak obcą osobę.
Od pewnego czasu między naszą paczką a Dagą panuje napięta atmosfera. Wszystko się zaczęło, gdy oskarżyłyśmy ją o bycie Natanem - moim internetowym prześladowcą. Poznałam go dzięki aplikacji PoetFriend skupiającej poetów amatorów. Lubiłam wymieniać się z nim wierszami. Z czasem Natan stał się dla mnie kimś więcej. Uważałam go za przyjaciela i powiernika sekretów. On jednak popadł w obsesję na moim punkcie i zaczął ingerować w moje prywatne życie. Wreszcie wspólnymi siłami odkryłyśmy jego tożsamość. Natan okazał się Brajanem - schorowanym, spędzającym całe dnie przed komputerem chłopakiem. Próbowałyśmy przeprosić Dagę za to, że ją podejrzewałyśmy, ale ona nie chciała nas słuchać. Na jej miejscu pewnie też czułabym urazę. Mogę mieć jedynie nadzieję, że z czasem mi wybaczy.
- Daga zachowywała się dziwnie jeszcze przed Natanem - zauważa Gośka tuż po tym, jak opuszczamy budynek szkoły.
- No tak... Pamiętam, że złościła się na Sarę za to, że się ze mną spoufaliła. Naprawdę nie miałam złych zamiarów...
- Nie mówię o tym. Nigdy nie byłaś źródłem problemu. Daga wyładowała na tobie jedynie swoje frustracje. Wiem, że już wcześniej miewała wahania nastroju. I co, nie odbiera?
- Odzywa się ciągle poczta głosowa. Musiała wyłączyć telefon - sugeruje Wiki.
- Wiedziałam, że coś knuje...
- Gośka, o jakich wahaniach nastroju mówisz? - dopytuję.
- Gdy próbowałam z niej coś wyciągnąć, zwykle zmieniała temat - wyjawia przyjaciółka, maszerując w stronę ulicy. - Podejrzewałam, że ma depresję, ale nie wiedziałam, jak z nią o tym rozmawiać. Nie mówiłam wam o tym, bo czułam, że Daga by się wściekła i odsunęła ode mnie. Wiecie, jaka potrafi być przewrażliwiona na swoim punkcie...
- No dobra, ale powiesz nam w końcu, dokąd idziemy? - pyta krocząca za mną Wiki.
- Do zatoczki przy oddziale banku.
- Wiem, gdzie to jest - mówię. - Ale po co nas tam...
- Gdy szłam do szkoły, natknęłam się na stojącą tam Dagę - wchodzi mi w słowo, po czym przykłada do ucha telefon. - Poczta głosowa. Niech to szlag. Wracając do tematu: Daga miała ze sobą jedynie dużą torebkę. Podeszłam do niej i spytałam, dlaczego tam stoi, zamiast iść do szkoły. Powiedziała, że zaraz do mnie dołączy, i poprosiła, bym zajęła jej miejsce na sali gimnastycznej. Chciałam się dowiedzieć, na kogo czeka, ale zanim zdążyłam zadać pytanie, Daga obrzuciła mnie tym swoim surowym spojrzeniem i kazała iść. Jakby nie chciała, żebym wiedziała, z kim zamierza się spotkać. Kurczę, niepotrzebnie ją zostawiłam... Od razu wyczułam, że coś jest nie tak. Daga wcale nie myślała iść do szkoły.
- Może postanowiła zrobić sobie wagary? Albo ma jakiegoś tajemniczego chłopaka i nie jest jeszcze gotowa, by ci go przedstawić? - sugeruje Wiki. - Co w tym dziwnego?
- Boję się, że to coś poważniejszego. Ona chyba chce uciec... Na zawsze. Szybciej! Może jeszcze tam jest!
Gośka przyspiesza, oddalając się ode mnie i Wiki na parę metrów.
- Zaczekaj! - krzyczę. - Nie przesadzasz z tą ucieczką?
- Nie! Wreszcie wszystko składa się w całość. Wiem, co mówię, dziewczyny. Znam Dagę lepiej niż ktokolwiek. Zawsze wszystko robiłyśmy razem. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Co prawda, ostatnimi czasy nie była zbyt wylewna, ale parę razy zdradziła mi, że czuje się samotna i niechciana... Wspominała też o potrzebie rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Myślałam, że to tylko słowa rzucane na wiatr, ale gdy ją dziś zobaczyłam... Znacie to uczucie, kiedy przeszywają was dreszcze, a głos z tyłu głowy szepcze, że wkrótce wydarzy się coś złego?
- Piłaś coś, Gocha? - pyta poirytowana Wiki. Tymczasem od zatoczki dzieli nas zakręt.
- DAGA! - krzyczy Gośka na widok ubranej w puchową kurtkę pieguski z dużymi okularami na nosie. Dziewczyna akurat schyla się po leżący na chodniku plecak. Na nasz widok zarzuca go na ramię i próbuje się oddalić. - DAGA! STÓJ!
Zanim zdążymy ją dogonić, w zatoczce zatrzymuje się czarny volkswagen z przyciemnionymi szybami. Daga spogląda na nas po raz ostatni, po czym chwyta klamkę i otwiera drzwi od strony pasażera.
- DAGA, CO TY ODWALASZ?! - krzyczy Gośka, nie otrzymuje jednak odpowiedzi. Auto odjeżdża i znika za najbliższym zakrętem. - Zapamiętałyście numery rejestracyjne?
- Nie przyszło mi to nawet do głowy. - Wzruszam ramionami, po czym poklepuję Gośkę po ramieniu. - Spokojnie... Może Wiki ma rację i to wcale nic poważnego...
- Obyście się nie myliły... - odpowiada niepocieszona Gośka.
- Wracajmy do szkoły. Apel już się zaczął. - Moje słowa spotykają się z natychmiastowym sprzeciwem Wiki, która wskazuje ręką znajdującą się po drugiej stronie ulicy kawiarnię.
- Najpierw wpadnę po karmelową mokkę i tost z salami. Miałam je dziś sobie darować, bo wiem, że dziewczyny przyniosły mnóstwo jedzenia, ale skoro już tu jesteśmy... Poza tym i tak ktoś już nam pewnie zajął miejsca.
- Ech... W porządku.
Tost wygląda tak smacznie, że sama postanawiam go zamówić. Najwyżej odpuszczę sobie sałatkę z majonezem, której co roku nie brakuje podczas wigilii klasowej. Wiki proponuje, żebyśmy usiadły przy wolnym stoliku przy oknie, ale ja nalegam, abyśmy wzięły jedzenie na wynos. Chciałabym zdążyć chociaż na końcówkę apelu.
W drodze do szkoły staram się pocieszyć zmartwioną Gośkę, która bezskutecznie próbuje się dodzwonić do Dagi.
- Wszystko będzie dobrze... Może Daga potrzebuje paru godzin z dala od rodziny i przyjaciół?
- To nie w jej stylu. Pierwszy raz mnie tak zignorowała. Widziała nas, a mimo to wsiadła i odjechała. Przyjaciółki tak nie postępują.
- Nie bierz tego do siebie... Zobaczysz, że jeszcze dziś do ciebie oddzwoni i wszystko wyjaśni - przekonuję ją.
- Jasne... - Gośka wzdycha.
Od szkoły dzieli nas zakręt, gdy słyszymy huk wybuchu, po którym następują dwa kolejne. Wszystkie trzy zastygamy w bezruchu i spoglądamy po sobie pytająco.
- Co to było? Komuś się zachciało strzelać fajerwerkami? - odzywa się Wiki.
- Nie wiem, ale aż ziemia się zatrzęsła. Też to czułyście? - pyta Gośka.
Maszerujemy dalej w kierunku szkoły, nieświadome tego, co się wydarzyło chwilę wcześniej. Gdy mijamy jeden z budynków, docierają do nas przeraźliwe krzyki.
- Coś jest nie tak - mówię, a następnie przyspieszam. Chwilę później mijam drugi z budynków, w którym mieści się pralnia samoobsługowa, i docieram do placu przed Freudem. Nad szkołą unoszą się kłęby gęstego, ciemnego dymu, a z głównych drzwi wybiegają tłumy przerażonych uczniów. Niektórzy z nich mają umazane krwią policzki i ręce. Inni jak gdyby nigdy nic nagrywają całe zajście. Panuje całkowity chaos, a ja nie mogę się poruszyć.
- Boże... - Słyszę za plecami drżący głos Wiki. - Widzicie Sarę i Justynę?
W ciągu sekund przed budynkiem gromadzą się dziesiątki osób. Przeszywają mnie silne dreszcze, a nogi momentalnie mi miękną. Nagle słyszę odgłos wystrzału, zupełnie jakby w środku ktoś strzelał z karabinu. Uczniowie piszczą i kucają, zasłaniając głowy rękami. Inni uciekają, wbiegając na ulicę wprost pod jadące samochody. Auta hamują z piskiem opon. Słyszę liczne dźwięki klaksonów.
- MARTA! CO TY WYPRAWIASZ?! - woła mnie Wiki, która razem z Gośką chowa się za budynkiem sąsiadującym z placem. - CHODŹ TU!
Stoję nieruchomo niczym posąg, przyglądając się dramatycznym scenom i ignorując coraz częstsze wystrzały i przeraźliwe krzyki. Z czasem wszystkie odgłosy zlewają się w szum, a obraz przed oczami spowija gęsta mgła, zupełnie jakby mózg chciał mi oszczędzić widoku strachu i cierpienia. Z otępienia wytrąca mnie Wiki, która podbiega i szarpie mnie mocno za rękę.
- Życie ci niemiłe?! - Odciąga mnie w stronę drzwi do pralni samoobsługowej. Stoi przy nich kobieta w średnim wieku, prawdopodobnie pracownica.
- Do środka, dziewczyny - mówi, zwalniając nam przejście. W pachnącym detergentami wnętrzu czeka na nas Gośka.
- Co to było? - pyta zdyszana Wiki. - Myślicie, że to zamach?
- Może jakaś awaria? - sugeruje Gośka.
- Awaria? Nie słyszałaś wystrzałów? Boże... A jeśli Sarze i Justynie coś się stało? Muszę je odnaleźć...
- NIE! - krzyczy Gośka. - Nie pozwolę ci... To za duże ryzyko.
- Zgadzam się - wtóruje jej pracownica pralni.
- Ja pójdę - oferuję się pod wpływem impulsu.
- Nie ma mowy. Zostaniesz tutaj. Jesteś cała roztrzęsiona - mówi stanowczo Wiki, a potem kieruje się do drzwi.
- Wiki, zaczekaj! - wołam ją, ale jest już za późno. Patrzę, jak wybiega na zewnątrz i skręca w lewo, znikając za ścianą.
*
SARA
W TYM SAMYM CZASIE
Wraz z kilkoma kolez?ankami przygotowuje? sale? na wigilie? drugiej C. W mie?dzyczasie popijam piwko i wprawiam sie? w dobry nastrój. Nagle słyszymy huk, od którego cały budynek sie? trze?sie. Chwile? póz?niej naste?puja? kolejne dwa, równie silne wybuchy, a z sufitu opada biały pył. Przeraz?ona wypuszczam z dłoni szklanke?, która roztrzaskuje sie? na podłodze.
- Jezu, co to było? - pyta Patrycja, kolez?anka z klasy. Podbiega do drzwi i wygla?da na korytarz. Nagle słyszymy krzyk jakiegos? ucznia: "TO ZAMACH! RATUJCIE SIE?!". Po chwili rozlega sie? huk wystrzału, a naste?pnie pisk Patrycji. Dziewczyna zatrzaskuje drzwi i chowa sie? pod ławka?.
- Ja chce? do mamy... do mamy...
Słysze? krzyki przeraz?onych ucznio?w i kolejne wystrzały. Ktos? napadł na szkołe? i urza?dził sobie krwawa? jatke?. Musimy jakos? zabarykadowac? drzwi. Na szcze?s?cie otwieraja? sie? do s?rodka. Juz? mam prosic? dziewczyny, by pomogły mi zablokowac? je ławka?, gdy do klasy wbiega przeraz?ony chłopak.
- Uciekajcie! Za chwile? wysadza? cała? szkołe?! - krzyczy i podbiega do okna. Otwiera je i wyskakuje na zewna?trz. - No juz?! Chodz?cie! Chcecie, z?eby was rozwalili?!
Patrzymy po sobie z dziewczynami i postanawiamy sie? ewakuowac?. Niedługo po?z?niej biegniemy pochyleni, nasłuchuja?c krzyko?w ucznio?w. Nagle nad Patrycja? roztrzaskuje sie? szyba, jakby ktos? w nia? strzelił. Odłamki szkła trafiaja? moja? kolez?anke? w plecy i głowe?.
- Nic ci nie jest? - Odruchowo strzepuje? jej z pleco?w szkło, a potem cia?gne? ja? za re?ke?.
Docieramy do placu przed szkoła?, gdzie tłoczy sie? juz? spora grupa ucznio?w. Kolejne przeraz?one osoby wybiegaja? przez gło?wne wejs?cie. Niekto?rzy trzymaja? w re?kach telefony i wszystko nagrywaja?. Nad szkoła? unosi sie? ge?sty dym. Nigdzie nie widze? nauczycieli.
- Co to było? - pytam pokrytego pyłem ucznia. Wygla?da jak ofiara trze?sienia ziemi, kto?ra? wydobyto z gruzo?w zawalonego budynku. - To naprawde? zamach?
- Wysadzili granaty w sali gimnastycznej, a potem strzelali na os?lep. Sorry, ale spadam sta?d.
- Zaczekaj! Ktos? musi cie? opatrzyc?!
- Nie... Musze? is?c? do domu. Tam be?de? bezpieczny.
Jestem w szoku. Nie dociera do mnie, z?e to wszystko dzieje sie? naprawde?. Ktos? zaatakował nasze liceum. Zrobił to w chwili, gdy w sali gimnastycznej było co najmniej sto oso?b.
Krew uderza mi do głowy i nieomal mdleje?. Boz?e... Przeciez? na apel poszły Marta i Wiki. Daga, Gos?ka i Justyna na pewno tez?. Wymiotuje?, a potem biegne? w strone? drzwi. Musze? tam wro?cic? i sie? upewnic?, z?e moje kolez?anki z?yja?.
Przedzieram sie? przez tłum wystraszonych ucznio?w. Kolez?anka z ro?wnoległej klasy szarpie mnie za re?kaw koszuli.
- Doka?d idziesz, Sara? Z?ycie ci niemiłe?
- Marta, Wiki... dziewczyny... One tam zostały...
- Nikt nie przez?yłby takich wybucho?w! Wszyscy zgine?li. Uciekaj! Ratuj sie?!
Szumi mi w uszach i wymiotuje? po raz kolejny. Ktos? potra?ca mnie tak mocno, z?e upadam na beton. Dopiero teraz spostrzegam, z?e moja dłon? krwawi od szkła, kto?re strzepne?łam z pleco?w Patrycji.
- Sara! - Słysze? znajomy głos. Unosze? wzrok i dostrzegam Justyne?. - Och, jak dobrze, z?e jestes?.
- Co z reszta?? Gdzie dziewczyny?
- Boz?e, nie wiem... Poszłam do łazienki, kiedy to sie? zacze?ło... Wsze?dzie jest dym... Naprawde? pro?bowałam odnalez?c? Dage? i Gos?ke?, ale... - Justyna zalewa sie? łzami.
- No juz?... - Przytulam ja?. - Chodz?my sta?d.
- Nic im nie jest... Prawda, Sara? - pyta, gdy znajdujemy się juz? poza terenem szkoły. Pierwsze radiowozy i ambulanse przyjez?dz?aja? na miejsce. - Powiedz, z?e mam racje?...
- Przez?yły, zapewniam cie?. Zaraz do nas doła?cza? - mo?wie?. Bardzo chce? w to wierzyc?. Mijaja? jednak kolejne minuty, a ich nie ma.
Marta, Wiki, Daga i Gos?ka... Serce bije mi jak oszalałe, a przez głowe? przelatuja? najmroczniejsze mys?li. Nie jestem przesadnie religijna, w tej chwili prosze? jednak Boga, by je ocalił. Nie zasługuja? na tak okropna? s?mierc?.
Musza? przez?yc?.
Zmierzamy w kierunku przystanku tramwajowego, przy którym stoi rząd aut. Zamach na szkołę wstrzymał ruch. Ludzie wychodzą z pojazdów i wpatrują się w coraz większą chmurę dymu nad budynkiem liceum. Nagle wymija nas duża grupa przerażonych uczniów. Jeden z nich potrąca mnie z taką siłą, że tracę równowagę i upadam na chodnik, pociągając za sobą Justynę.
- SARA! - Słyszę za plecami czyjś krzyk. Gdy obracam się przez ramię, spostrzegam biegnącą w naszą stronę Wiki. - JUSTYNA! ŻYJECIE! - Przyjaciółka upada przede mną na kolana i mocno się we mnie wtula. Justyna dołącza do nas i trwa z nami przez dłuższą chwilę w zbiorowym uścisku.
- Wiki... Tak się bałam! - Wybucham płaczem.
- Co z resztą? Gdzie Marta i Gośka?
- Są bezpieczne... Co tam się stało?
- Nie wiemy - odpowiadam zapłakana, a następnie z pomocą przyjaciółek wstaję i otrzepuję ze spodni błoto. - Ktoś zaatakował szkołę i wysadził salę gimnastyczną. Myślałyśmy, że wy...
- Jesteśmy całe. Nie było nas w środku, gdy to się wydarzyło. Dziewczyny chowają się w pralni po drugiej stronie placu.
- Nie rozumiem... Przecież byłyście na sali gimnastycznej, kiedy szłam do łazienki... - mówi zdziwiona Justyna.
- Stop. Po kolei... - przerywam im. - Byłyście wszystkie na sali, tak?
- Z początku byłam z Martą i Justyną - wyjaśnia Wiki. - Chwilę po tym, jak Justyna poszła do łazienki, dołączyła do nas Gośka. Denerwowała się z powodu Dagi.
- Co z nią? - dopytuję, walcząc z silnymi drgawkami.
- To długa historia. Później wam wyjaśnię. Najważniejsze, że wszystkie jesteśmy bezpieczne.
- Boże... Jak pomyślę, że gdybym nie spotkała w łazience Kaśki Staniec i wróciła od razu na apel... - Justyna zakrywa twarz dłońmi. - Nawet nie wiem, czy żyje. Zniknęła mi z oczu, gdy tylko wybuchła panika.
- Już dobrze. - Wiki obejmuje Justynę i gładzi ją po plecach. - Chodźmy. Musimy jakoś okrążyć ten teren i dostać się do pralni. Sara, zadzwoń do Marty i powiedz, że jesteśmy razem. Pewnie się niepokoi.
- Okej.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy i wpatrujemy się z bezpiecznej odległości w gąszcz zgromadzonych na placu karetek i radiowozów. Słyszymy strzały i krzyki uczniów, z których część rozbiega się we wszystkie strony, a część chowa za pojazdami. Mam nadzieję, że wszystkim udało się wydostać z budynku. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, że mogłabym już więcej nie zobaczyć niektórych kolegów i koleżanek. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Mieliśmy świętować rozpoczęcie przerwy świątecznej przy pysznym jedzeniu i schowanym pod ławką piwie. Wszyscy byli szczęśliwi i zrelaksowani. To takie niesprawiedliwe... Ten świat jest okrutny.
Liceum Freuda już nigdy nie będzie takie jak dawniej.