Świadectwo pierwsze - śmierć babci
Moja babcia urodziła się 6.02.1902 roku. Gdy wyszła za mąż za mojego dziadka, miała zaledwie 19 lat. Dziadek był jej nauczycielem muzyki i był dziesięć lat starszy od babci. Przychodził do domu babci, która była jego uczennicą i uczył ją grać na pianinie. Zakochali się w sobie i pobrali. Ślub wzięli 6.02.1921 roku. Była to niedziela. W dzień babci urodzin Bóg pobłogosławił ich małżeństwo i zaczęli żyć razem tworząc piękną rodzinę. Rok później urodził im się syn Stanisław, po kolejnych dwóch latach, następny syn - Jerzy, a sześć lat później w kwietniu 1930 roku, córka Wanda - moja mama.
Z opowiadań wiem, że byli bardzo kochającą się rodziną. Nigdy nie poznałam dziadka, ponieważ zmarł na długo przed moimi urodzinami w 1950 roku. Podobno pięknie grał na pianinie. Niewiele wiem o nim. Przed wojną, pomiędzy licznymi obowiązkami zawodowymi był taperem, czyli pianistą grającym podczas seansów w kinie niemym. Po wojnie był dyrektorem w fabryce prochu w Pionkach, co stało się przyczyną jego śmierci. Nie znam szczegółów, ale z opowiadań wiem, że były w fabryce jakieś konflikty, donosy i dziadek został zamordowany w więzieniu przez UB. Babcia została więc szybko wdową i resztę swego życia spędziła z rodziną swojej córki, a mojej mamy.
Moja mama była piękną kobietą. Nie piszę tak, bo to moja mama, ale dlatego, że zawsze słyszałam od wielu osób, że moją mama jest piękna. Mama najpierw wyszła za mąż za przystojnego studenta, sama jeszcze będąc studentką. Niestety, jej pierwsze małżeństwo rozpadło się w dramatycznych okolicznościach. Moja mama będąc w zaawansowanej ciąży miała wypadek. Spadła ze schodów. W wyniku wypadku nastąpił przedwczesny poród, w następstwie którego urodziła się moja siostra z dużą niepełnosprawnością.
Przystojny student, pierwszy mąż mojej mamy, zostawił swoją rodzinę i pozostawił mojej mamie opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem. Nigdy nie zatroszczył się o swoją niepełnosprawną córkę, zakładając kolejne rodziny. Moja babcia pomagała mamie w tych trudnych chwilach. Praktycznie przejęła opiekę nad moją starszą siostrą Jolą. Kilka lat później moja mama poznała naszego tatę, pobrali się i pojawiliśmy się na świecie my: moi dwaj bracia i ja. Babcia była z nami od zawsze, wspierając mamę w trudnych obowiązkach wynikających z opieki nad czwórką dzieci, w tym jednym niepełnosprawnym.
Od zawsze pamiętam babcię będącą dla nas tak samo ważną osobą jak mama. Tata był gdzieś z dala pochłonięty pracą i swoimi sprawami. Babcię pamiętam zawsze w akcji, pracowitą, energiczną wymagającą i dostojną, a przede wszystkim, modlącą się. Uczyła nas jak się zachowywać w różnych sytuacjach, jak się wysławiać, jak schludnie wyglądać, jak siedzieć przy stole. Taka przedwojenna kinder sztuba. Uczyła nas modlitw, wieczorem przed zaśnięciem czytała nam książki. Zawsze potrafiła zdobyć wspaniałą literaturę, czy to z różnych bibliotek, czy spod lady od zaprzyjaźnionej pani księgarki. Nasz dom był pełen książek, w części wydawnictw przedwojennych, które jakoś udało się uchronić przed zawieruchą wojenną. W naszym domu stało też stare rozstrojone pianino, na którym czasami babcia grała z przedwojennych nut, których także było w naszym domu bardzo dużo.
Zanim przejdę do zadziwiającej historii związanej z babci śmiercią, chciałabym napisać o jeszcze jednej ważnej rzeczy, chcąc oddać niejako hołd mojej babci, który w moim odczuciu jej się należy. Lata 60 i 70 zeszłego stulecia to były lata nie tylko PRL, ale też lata zupełnie inne niż obecne. Nie było internetu, nie było żadnych portali społecznościowych, a gazety publikowały treści jedynie słuszne. Dzieci niepełnosprawne nie miały praktycznie żadnego zainteresowania ze strony państwa i społeczeństwa. Rodziny, w których były takie dzieci musiały radzić sobie same. Często te dzieci były po prostu ukrywane w domach. I w tych właśnie czasach, moja babcia wraz z innymi rodzicami i opiekunami dzieci niepełnosprawnych stworzyli wspólnie duże środowisko rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, organizując tym dzieciom nie tylko szkołę (tzw. szkołę życia), ale też rozrywki, wyjazdy na kolonie, czy nawet Pierwszą Komunię św. w kościele Dominikanów w Gdańsku. Jeśli dobrze pamiętam, to kierownikiem tej szkoły była Pani Zimna, która także miała niepełnosprawnego syna. Jeśli dobrze pamiętam, nazywał się Wojtek. Był ładnym chłopcem, po którym w ogóle nie było widać umysłowej niepełnosprawności. Urodził się zupełnie zdrowy, jednak po zapaleniu opon mózgowych nigdy nie powrócił już do zdrowia.
Do dziś, gdy to wspominam, zastanawiam się nad tym, jak moja babcia znalazła tych ludzi, jak ci ludzie odnaleźli się i zebrali czyniąc tak dużo dobra i dając wiele szczęścia dzieciom, dla których w ogóle nie było miejsca w ówczesnym społeczeństwie. Moja niepełnosprawna siostra nie mogła nawet wyjść na podwórko bawić się z nami, ponieważ gdy tylko pojawiła się na placu zabaw, natychmiast była wyśmiewana przez inne dzieci. Dzięki swojej szkole mogła mieć własne życie, wraz z takimi dziećmi jak ona, gdzie nikt jej nie dokuczał.
W tym miejscu chciałabym jeszcze wspomnieć o innej ważnej sprawie. Babcia mówiła nam, że ukazał jej się Pan Jezus. Gdy byłam dzieckiem nie miałam problemu z tym, aby babci wierzyć. Z latami ta informacja wydawała mi się coraz bardziej nierealne. Jednak, nie twierdzę, że babci się coś przewidziało. Zakładam, że faktycznie tak było. W 1950 roku zmarł babci ukochany mąż. Jego śmierć poprzedziło uwięzienie go przez UB. Mogę się tylko domyślić, jak trudny to był czas dla mojej babci. Ona sama nigdy się nie skarżyła. Poniżej zdjęcie z babci notatnika, w którym wspomina to niebywałe zdarzenie z 5 czerwca 1950 roku.
Babcia spisywała ważne swoje przemyślenia, a między nimi znalazłam jej notatkę na temat tego, że w dwudziestopięciolecie ukazania się jej Pana Jezusa, zamówiła Msze św. w kilku kościołach.
Moja babcia zmarła w 1986 roku, mając 84 lata. Zmarła cichutko, we śnie. Jeszcze wieczorem, dzień przed jej śmiercią, rozmawiałam z nią, niczego nie przeczuwając, a w nocy odeszła.
Babci śmierć przyjęłam ze spokojem. Od kilku już lat powtarzała, że chciałaby już iść do swoich, że jest zmęczona. "Swoimi" nazywała swojego zmarłego męża i rodziców, będąc pewną, że są oni już wszyscy z Bogiem. Poszła więc do "swoich" i miałam nadzieję, że jest już szczęśliwa. Ale w tym wszystkim najciekawsza była data śmierci mojej babci i o tym chciałabym tutaj opowiedzieć. Moja babcia całe życie powtarzała, że związała się ślubem z ukochanym mężem (moim dziadkiem) w dzień swoich urodzin i na pewno dołączy do dziadka także w dniu swoich urodzin, czyli 6 lutego. Była tak przywiązana do tej myśli i tak o tym przekonana, że sądziliśmy wszyscy w rodzinie, iż psychicznie spowoduje sama, że faktycznie tego 6 lutego odejdzie.
Gdy babcia była już w sędziwym wieku, przeszła zawał serca w 1978 roku, po którym bardzo podupadła na zdrowiu. Od tamtego czasu, gdy zbliżał się dzień jej urodzin, to dzień wcześniej (5 lutego), przyjeżdżali jej synowie i starali się babcię przekonać, że 6 luty już minął, czyli, że babcia przegapiła datę swojej śmierci. To było bardzo zabawne. Babcia była zbyt inteligentna, aby na takie sztuczki się nabrać, ale cieszyła się, że widzi wszystkie swoje dzieci. Gdy ten 6 luty mijał, wszyscy oddychali z ulgą, rozjeżdżali się do domów i czekali do następnych urodzin w kolejnym roku, by znów powtórzyć sztuczkę z przegapioną datą urodzin i śmierci. Ciekawe, że nikt jakoś nie brał pod uwagę tego, że babcia może równie dobrze umrzeć w każdym innym dniu roku. I tak się właśnie stało.
Dzień, w którym zmarła moja babcia, to był 24 kwietnia 1986 roku, a więc nie 6 lutego. Zaskoczyła nas wszystkich odchodząc cichutko w ten właśnie dzień, a właściwie noc, podczas snu. Cudu nie było, nie było żadnej psychicznej wkrętki babci co do daty jej śmierci i życie potoczyło się dalej. Ale cud jednak się zdarzył, tylko nie od razu o tym wiedziałam. Jakiś czas po pogrzebie babci, zabrałam się za porządkowanie jej rzeczy. Ze szkatułek, pudełek, teczek wyciągałam różne dokumenty, książki, które w większości widziałam pierwszy raz na oczy. Wiele dokumentów dotyczyło mojego dziadka. Dopiero wówczas uświadomiłam sobie, że ja zupełnie nic o nim nie wiedziałam. Nie znałam nawet jego daty urodzin. Na różnych dokumentach dziadka była ta data i gdy ją ujrzałam, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój dziadek urodził się 24 kwietnia 1892 roku. Moja babcia, zmarła dokładnie w jego urodziny, w urodziny swojego ukochanego męża. Byłam pewna, że nie zadziałały tutaj żadne ziemskie mechanizmy, psychiczne presje, czy wkrętki. Powiązanie daty urodzin dziadka z datą śmierci babci, to było coś innego. Babcia zawsze z czułością mówiła o tym, jak w jej urodziny związała swe ziemskie życie z ukochanym mężem. Prawie jako pewnik uznała, że zobaczy ponownie mojego dziadka również w dniu jej urodzin. Nigdy nie wspominała daty urodzin dziadka. Nigdy. A jednak dziadek przyszedł po swoją ukochaną żonę w dniu swoich urodzin. Było sprawiedliwie: na ziemi połączyli się w dniu urodzin babci, a w niebie - w dniu urodzin dziadka. Są teraz razem.
Od dnia wydarzenia się tej całej historii z datami urodzin moich dziadków, zaczęłam uświadamiać sobie, że jest coś więcej, niż tylko to ziemskie życie. Ktoś może powiedzieć, że to czysty przypadek, ale ja tak nie uważam. Jest tyle dni w roku, a babcia zmarła dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego męża. Ponadto, była przekonana, że połączy się z dziadkiem w swoje urodziny, żyła tą myślą i było to dla niej w jakimś sensie ważne.
Moja babcia została pochowana 29 kwietnia 1986 roku, w dniu urodzin swojej jedynej córki, a mojej mamy. Nie wiem, czy to był jakiś znak, ale dwa lata później pochowałam moją mamę. Od czterech lat nie żył też już mój tata. W ciągu czterech lat odeszli wszyscy nasi dorośli: tata, babcia i mama. To był bardzo trudny czas dla mnie i mojego rodzeństwa. Dopiero wchodziliśmy w dorosłe życie i od razu trzeba było być bardzo dorosłym.
Porządkując babci rzeczy po jej śmierci, znalazłam także książkę o Ojcu Pio. Książkę przepisaną na maszynie i oprawioną u introligatora. Nie pamiętam, jaki był rok jej wydania. 1986 rok, to były czasy, gdy jeszcze nie można było kupić każdej książki tak jak dzisiaj. Nic nie wiedziałam wówczas o Ojcu Pio, nie znałam go. Nie był jeszcze świętym, ani beatyfikowanym. Żył w czasach zupełnie mi bliskich, nie był jakimś średniowiecznym mnichem, a zupełnie realną osobą, którą spotkało i widziało dziesiątki tysięcy współczesnych osób, które będąc pod ogromnym wrażeniem relacjonowały te spotkania. Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy jednym tchem i od tamtego czasu rozpoczęła się moja przyjaźń z Ojcem Pio. Gdy tylko nachodziły mnie jakieś wątpliwości co do wiary, czy Boga, zaraz przychodziła mi myśl, że przecież życie Ojca Pio jest jednym wielkim dowodem na istnienie Boga i wątpliwości natychmiast znikały.